Tag Archives: związek

O Płaczu Mężczyzn

Drogie Dzielne Dusze: chcę poruszyć temat płaczu mężczyzn. Tak jak napisałam w Biegnącej z Wilkami: “Łzy są rzeką, która dokądś prowadzi, do czegoś nowego i lepszego.”

Dzisiaj jedna z dusz zapytała czy kiedykolwiek napisałam  cokolwiek na temat płaczu mężczyzn, ponieważ trzeba mówić o tym głośno i wspierać integralność w tym oraz w innych aspektach męskości.

Tak, dawno temu napisałam list do kochanego starszego pana X, który po wielu latach małżeństwa stracił żonę. Na pogrzebie płakał i był tym tak zakłopotany, że cały czas przepraszał, nawet gdy ludzie podchodzili, aby go objąć i zapewnić, że jak najbardziej ma prawo płakać. Mimo tego wciąż powtarzał w przejmujący sposób, “Nie wiem, dlaczego płaczę…”

Dlatego napisałam później do niego ten list, mając nadzieję, że podziała jak balsam na jego rany. Nie miało być to w żadnym wypadku dzieło literackie, a jedynie próba wyrażenia tego co, jak sądzę, mogło pomóc. Pan X żyje nadal, jest teraz człowiekiem w wieku niemal dziewięćdziesięciu lat o bystrym umyśle i pięknej duszy. Nadal mam notatkę z podziękowaniami, którą do mnie napisał,  jej ton jest wdzięczny, a jednocześnie czuły jak u małego chłopca…to ten rodzaj wdzięczności mężczyzny, który promienieje, wręcz oślepia światłem dobiegającym zza drzwi, jakie otwarł w swojej duszy. Pan X wywodzi się z odchodzącego pokolenia, kiedy to słowo mężczyzny było wiarygodne, a uścisk dłoni cementował złożoną obietnicę. To pokolenie obserwowało jak szybko zmienia się świat, cały czas płynąc i kierując łódź przed siebie, nie gasząc przy tym ducha.

_______________________________

LIST O PŁACZU MĘŻCZYZN
(ze zgodą na cytowanie)

Drogi Panie X oraz pańscy synowie i wnukowie,

Moja rodzina i ja ślemy wyrazy współczucia z powodu straty żony, matki i babci. Chcę Panu przekazać, że pięknie zachował się Pan podczas pogrzebu, kiedy mówił Pan o długim swojej życiu ze swoją Ukochaną z tak wielkim szacunkiem i miłością.

Z całą pewnością jest z Pana dumna. Przebrnął Pan przez to. Spisał się Pan na medal. Trudno jest przecież przemawiać publicznie, szczególnie kiedy serce pęka z bólu.

Proszę pomyśleć, że dla Pana Ukochanej sztorm właśnie ucichł i znajduje się teraz w bezpiecznej przystani; okręt jej życia zakończył podróż i dobił do przeznaczonego jej portu, a Pan był jej najwierniejszym sprzymierzeńcem podczas podróży. Najbardziej lojalnym, jakiego tylko mogła mieć, w zdrowiu i w chorobie, dopóki śmierć nas nie rozdzieli. Dotrzymał Pan w całości przysięgi, pozostał Pan blisko niej przez całe dekady Waszego długiego małżeństwa.

Czy pamięta Pan jak odwiedziłam Was w tym roku w okolicach urodzin Pana Ukochanej? Powiedziała mi wtedy, że naprawdę dobrze się Pan opiekuje nią i domem. Ona znała pańską dobroć, Panie X, i z całą pewnością czuła się równie szczęśliwa jak Pan, że spędziliście ze sobą te długie lata.

Chciałabym też jeszcze raz wspomnieć o płaczu mężczyzn, o tym, że z wielu przyczyn kulturowych uczeni są, aby nie płakać, jednak teraz może Pan już zupełnie nie przejmować się tymi naukami. Teraz jest Pan już w zupełnie innej sytuacji.

Chłopców często uczy się powstrzymywać łzy aby nie śmiali się z nich inni chłopcy, aby zdobyć nad nimi przewagę czy też wyśmiewać się z tych, którzy jeszcze wyrażają otwarcie uczucia. Nie wierzę aby miało to jakikolwiek związek z ‘udowodnianiem’, że chłopiec jest mężczyzną, sądzę że po prostu rodzice, znając brutalny świat, często uczą swoich synów by w ten sposób bronili się przed ludzkimi drapieżnikami czekającymi na to by ich poniżyć, wykpić lub skrzywdzić. W takim przypadku uczenie, żeby nie pokazywać łez otoczeniu może być dobrą rzeczą.

Ale teraz jest inaczej. Tak jak już wspomniałam, napisałam w jednej z książek, że płacz jest jak deszcz padający na wyschniętą glebę, jest jak pokarm dla serca i duszy. “Łzy nigdy nie są ronione na próżno. Łzy są rzeką, która dokądś prowadzi, do czegoś lepszego, spokojniejszego i odpowiedniejszego.” Nauczyłam się tego sama poprzez wiele strat, jakie przeżyłam, łącznie ze stratą mojego ukochanego Ojca i pierworodnego, świętej pamięci wnuka wiele lat temu.

Drogi Panie X  oraz chłopcy, chciałabym też przypomnieć o kilku mężczyznach, których zapewne darzycie szacunkiem, a którzy w ważnych momentach życia płakali otwarcie. Oni przetrali drogę dla Was.

1. Tiger Woods płakał, kiedy wygrał Otwarte Mistrzostwa w golfie i zadedykował zwycięstwo swojemu ojcu Earlowi, który odszedł z tego świata na krótko przed turniejem. Ojciec był trenerem Tigera, jego towarzyszem i najlepszym przyjacielem dosłownie od niemowlęctwa. Byli prawdziwą drużyną, jeden na środku sceny, drugi za kulisami. Kiedy ostatnia kula trafiła do dołka i stało się jasnym, że Tiger zwyciężył, tak bardzo szlochał wspominając ojca, że chłopiec noszący kije golfowe objął go i podtrzymywał. Z całą pewnością Tiger płakał w samotności wiele razy przez pierwszych kilka tygodni czy miesięcy po tym jak jego ojciec odszedł i na pewno również potem.

2. Abraham Lincoln długo płakał po śmierci syna, który był jego oczkiem w głowie*. Lincoln płakał również po odejściu Stephena Douglasa, który zmarł na tyfus podczas pobytu na Południu, gdy próbował powstrzymać mieszkańców przed secesją. Mimo że Douglas i Lincoln stanęli do wyborów prezydenckich przeciwko sobie, Lincoln płakał, bo czuł, że stracił jedynego sprzymierzeńca, który rozumiał jego pragnienie uniknięcia wojny domowej, jaka pochłonęłaby wiele istnień ludzkich.

3. David Letterman płakał w telewizji przez całe tygodnie po 11 września. W pierwszym programie po tragedii zamiast rzucać żartami jak zwykle, wygłosił inteligentny monolog na temat tego jak nagle zmienił się świat. Mówił o małym miasteczku w stanie Montana, gdzie natychmiast po wydarzeniu zaczęto zbierać fundusze dla poszkodowanych w Nowym Jorku i o tym jak dzielnie zachowali się policjanci i strażacy spieszący na ratunek uwięzionym. Załamał się opowiadając o odwadze mieszkańców, bezowocności operacji ratunkowej i ogromnych stratach w ludziach. Jego łzy dały znać innym mężczyznom, że w porządku jest płakać i że ważniejszym jest zachowywać się spontanicznie niż oglądać się na innych.

4. Na pewno pamięta Pan jak Walter Cronkite rozpłakał się w telewizji, kiedy przyszło mu ogłosić, że prezydent John F. Kennedy zmarł w szpitalu w Dallas na skutek ran postrzałowych. Wiem, że Pan pamięta, my wszyscy pamiętamy.

5. Ike Eisenhower na rok przed zakończeniem drugiej wojny światowej wysłał swoje wojska na inwazję w Normandii, wiedząc że współczynnik śmiertelności może wynieść nawet 3 na 4 młodych mężczyzn. Misja rozpoczęła się ciemną nocą, a Eisenhower stał na dachu kwatery głównej salutując każdemu samolotowi wznoszącemu się i kierującemu ku Francji. Myśląc o ulotności życia, jego słodyczy, głębi, odwadze walczących, bliskości śmierci, płakał całą noc. I z całą pewnością jeszcze wiele razy płakał w samotności długo potem.

6. Warren Buffet przez pięćdziesiąt dwa lata był mężem Susie i był przy niej obecny w szpitalu oraz w domu podczas jej długoletniej walki z rakiem. Nalegał by towarzyszyć jej w codziennym spacerze i ku jej radości czynił to niemal do końca, ostatni raz wyszli razem wspólnie tydzień przed tym jak zmarła. Kiedy odeszła po wielu dniach zmagań z ciężką chorobą, Warren płakał ‘niemal nieprzerwanie przez dwa miesiące’ dopóki się nie uspokoił. Kiedy ktoś pytał dlaczego tak rozpaczał, odpowiadał że Bóg zesłał mu dar poprzez małżeństwo, a opiekując się żoną chciał być lojalnym wykonawcą jego woli.

Myślę, Panie X oraz pańscy synowie, że płaczemy z wielu przyczyn, nie tylko z tych wymienionych wcześniej. W naturalny sposób płaczemy, kiedy jesteśmy smutni, zranieni czy przygnębieni. Serca mężczyzn nie są wyłączone z tej reguły. Mężczyznom jak najbardziej wolno odrzucić stereotypy kulturowe, którym przez tak długi czas się poddawali, ponieważ TERAZ płakanie JEST oznaką męskości. W ten sposób pokazuje się, że żyło się pełnią życia, że odczuwało się ból, że doświadczyło się dotkliwej straty, że przez jakiś czas było wytrąconym z równowagi, że współodczuwało się smutek innej duszy i że odczuwało dumę widząc czyjąś odwagę. Również dlatego, że odważnie wypłynęło się wraz z ukochaną na otwarte morze i zostało aż bezpiecznie dopłynęła do swojego portu.

Przepłynął Pan przez wszystkie te ważne momenty w życiu, szczególnie przez ostatnie trudne miesiące. Chciałabym aby wiedział Pan, że łzy Pana oraz pańskich synów i członków rodziny są w tym czasie uświęcone. Płyną z dobrego powodu. Odejście lojalnej żony, matki, babci, teściowej, przyjaciela nagle zmieniło punkt oparcia w rodzinie. To ważny moment ‘końca ery’ i początek nowej.

Być może przypomina się Panu, że nawet Chrystus, który był w pełni Bogiem i w pełni człowiekiem, również płakał nad grobem Łazarza. Jeżeli Chrystus dał taki przykład to zgodnie z naszą wiarą powinniśmy Go naśladować.

Łzy nie są emocjami, które idą na marne. Łzy są rzeką, która dokądś prowadzi, przynoszą postęp, prowadzą ostatecznie do odpoczynku i spokoju, na które Pan zasługuje. Przynoszą ulgę i uzdrowienie aż docieramy do momentu, gdy na długi czas zabraknie nam łez. I to także jest dobre.

Przesyłam wyrazy miłości od mojej rodziny dla pańskiej, w tym trudnym czasie proszę wesprzeć się naszymi modlitwami, Pan oraz cała pańska rodzina.

______________________________________
Do Plemienia Uświęconego Serca, z którego część należy do Klanu Blizn: przesyłam wam najczulszą miłość. Pocieszajcie tych, którzy potrzebują pocieszenia. Pozwalajcie innym pocieszać siebie. Łzy są rzeką, która prowadzi nas do czegoś lepszego.

dr.e

Źródło: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=10151675887488635&set=a.391385543634.168955.29996683634&type=1

* Abraham i Mary Lincoln mieli czwórkę dzieci, z których wieku dorosłego dożył tylko jeden syn, Robert. Współcześni odnotowali, że strata dzieci wpędziła Lincolna w ‘melancholię’, której objawy przypominały kliniczną depresję.

Advertisements

Odcinek 11: Manawee. O jedności z drugim człowiekiem i współistnieniu przeciwieństw

biegnaca z wilkami manawee

Manawee

Był sobie młodzieniec, który zalecał się do dwóch sióstr bliźniaczek. Jednak ich ojciec powiedział:

— Nie dostaniesz ich za żony, dopóki nie odgadniesz ich imion.

Manawee myślał i myślał, zgadywał i zgadywał, ale nie odgadł imion sióstr. Ich ojciec potrząsał tylko głową i za każdym razem odsyłał Manawee z niczym.

Pewnego dnia, idąc z wizytą do sióstr, Manawee zabrał ze sobą swego małego psa, który od razu zauważył, że jedna z sióstr jest pięk­niejsza niż druga, druga zaś słodsza niż pierwsza. I choć żadna z nich nie posiadała wszelkich cnót, obie piesek polubił, bo dawały mu smakołyki i uśmiechały mu się prosto w oczy.

Tego dnia Manawee znowu nie odgadł imion dziewcząt i ciężkim krokiem wracał do domu. Ale jego piesek pobiegł z powrotem do chaty młodych kobiet. Przytknął ucho do jednej ze ścian i usłyszał, jak siostry chichocząc, rozmawiają o Manawee, jaki jest przystojny i męski. Piesek usłyszał, jak zwracają się do siebie po imieniu, i ile sił w nogach pobiegł do swego pana, by mu to powiedzieć.

Jednak niedaleko ścieżki, którą wracał, lew porzucił wielką kość z mięsem; pies zwęszył ją natychmiast. Nie zastanawiając się, dał nura w zarośla i rzucił się na kość. Uszczęśliwiony zaczął ją lizać i tarmosić, aż wylizał ją do czysta. Dopiero wtedy przypomniał sobie o swym zadaniu, ale niestety, całkiem zapomniał imiona młodych kobiet.

Ruszył więc z powrotem do chaty sióstr. Nastała już noc, dziewczyny nacierały ręce i nogi wonnym olejkiem. Wyglądało na to, że przygoto­wują się na jakąś uroczystość. Znowu mały piesek usłyszał, jak mówią do siebie po imieniu. Aż podskoczył z radości i pędem pobiegł do chaty Manawee, kiedy z zarośli dobiegł go zapach świeżej gałki musz­katołowej.

A trzeba wiedzieć, że dla naszego pieska nie było większego przy­smaku niż gałka muszkatołowa. Bez namysłu więc zboczył ze ścieżki i popędził w busz, gdzie na drewnianym balu leżał pieczony pasztet. Wkrótce nic z niego nie zostało, a piesek pachniał gałką muszkatołową. Z pełnym brzuchem ruszył do domu, próbując sobie przypomnieć imio­na bliźniaczek, ale na próżno, bo znowu je zapomniał.

Po raz trzeci więc zawrócił do ich chaty. Tym razem zobaczył, że przygotowują się do wesela.

— O nie! — pomyślał piesek — za chwilę będzie za późno!

I kiedy siostry znowu wymieniły swoje imiona, zapamiętał je dobrze i pospieszył do swego pana, postanawiając, że nic mu już nie przeszkodzi w zaniesieniu tej cennej wiadomości Manawee.

Na drodze leżało świeżo ubite zwierzę, ale pies przeskoczył je, nawet się nie zatrzymując. Przez chwilę zdało mu się, że w powietrzu unosi się zapach gałki muszkatołowej, ale nie zważając na to, biegł dalej do domu, do swego pana. Nie spodziewał się tylko, że z ciemności lasu wyskoczy na niego nieznajomy człowiek, złapie go za szyję i potrząśnie z całej siły.

Tak się właśnie stało, a obcy człowiek cały czas krzyczał:

— Powiedz mi ich imiona! Mów, jak się nazywają te dwie młódki,
żebym mógł je zdobyć!

Zdawało się pieskowi, że padnie bez życia, tak silny był uścisk pięści wokół jego szyi, ale walczył dzielnie. Warczał, drapał, kopał i wreszcie ugryzł napastnika w rękę zębami ostrymi jak osy. Nieznajomy zawył jak bawół, ale piesek nie puszczał. Człowiek wbiegł do buszu z małym pieskiem zwisającym mu u ręki.

— Puść, puść mnie, piesku, to ja też dam ci spokój — prosił
nieznajomy.

A pies zawarczał przez zęby:

— Nie waż się tu wracać, bo nie doczekasz poranka.
Nieznajomy uciekł do buszu, jęcząc i trzymając się za obolałą dłoń.

A mały piesek pospieszył do swego pana, Manawee.

I mimo że broczył krwią i szczęki go bolały, imiona dziewcząt pozo­stały w jego pamięci. Rozpromieniony pokuśtykał do Manawee. Ten de­likatnie obmył mu rany, a piesek opowiedział mu całą historię i wyjawił imiona sióstr. Manawee pobiegł ile sił do wioski, w której mieszkały; na ramionach niósł pieska, którego uszy powiewały jak dwa końskie ogony.

Kiedy wypowiedział przed ojcem imiona obu córek, bliźniaczki przyjęły go całkowicie ubrane do drogi; w istocie cały czas na niego czekały. Tak to Manawee zdobył dwie najpiękniejsze dziewice w nad­rzecznej krainie. I wszyscy czworo, siostry, Manawee i mały piesek żyli długo i szczęśliwie.

Krik-krak, krik-krak,

To było właśnie tak.

————————————————————————–

Skoro była już mowa o Dzikiej Kobiecie, to najwyższy czas przyjrzeć się także Dzikiemu Mężczyźnie. Element żeński i męski współistnieją ze sobą od zawsze nie tylko w przyrodzie, ale i w kulturze oraz religii. W hinduizmie Trimurti, męski aspekt boskości (Brahma, Wisznu, Śiwa) współistnieje z aspektem żeńskim Tridewi (Saraswati, Lakszmi, Parwati). Również mitologia mezopotamska i śródziemnomorska pełna jest par bóstw związanych ze sobą cyklami śmierci i odrodzenia, by wymienić tylko Inannę i Dumuziego (W micie babilońskim Inanna o cedrowych udach wzywa swego ukochanego, boga-rolnika: „Przyjdź do mnie ze swoją dzikością”), Isztar i Tammuza, Kybele i Attisa czy Afrodytę i Adonisa. Dlatego kobieta czerpiąca siłę z intuicji, natury i jej cykli potrzebuje mężczyzny, który rozumie i szanuje jej sposób bycia tak samo jak mężczyzna potrzebuje kobiety mądrej, uważnej i potrafiącej wyjść mu naprzeciw. O poszukiwaniu drogi do siebie opowiada baśń afroamerykańska opowiedziana dr E przez V.B. Washington, na potrzeby literackie nazwana Manawee.

PODWÓJNA NATURA

Odczytując baśń na dosłownym poziomie można założyć, że opowiada ona o poligamii, ale chyba nikt nie trafia w to miejsce by szukać znaczeń dosłownych zeby. Przyjrzyjmy się baśni o Manawee w kategoriach związ­ku między kobietą i jej partnerem, pamiętając cały czas, że „to, co na zewnątrz, jest odbiciem wnętrza”. Warstwa symboliczna mówi o tym, że zrozumienie i głębokie uczucie nie przychodzą ot tak, po prostu, ale znowu, tak jak w innych baśniach, aby je posiąść trzeba udać się na wyprawę, okazać cierpliwość, rozwiązać zagadkę i zaprząc do pracy instynkt (pojawiający się tutaj w postaci psa). Kluczem do sukcesu jest zrozumienie i zaakceptowanie podwójnej natury, dopiero wtedy mogą odbyć się zaślubiny. Próby pojęcia podwójnej natury kobiety często sprawiają, że mężczyźni, a nawet i same kobiety, przymykają oczy i błagalnie zawodzą, prosząc niebo o pomoc. Paradoks bliźniaczej natury kobiety polega na tym, że jedna strona jest chłodna, druga — gorąca. Jedna jest zdolna do trwałych i bogatych związków, druga może być wręcz lodowata. Często jedna jest radosna i elastyczna, druga — „sama nie wie, czego chce”. Jedna — słoneczna, uśmiechnięta, druga — smutna i zadumana. Te dwie kobiety w jednej to oddzielne, ale zjednoczone elementy, które w psy­chice mogą tworzyć tysiące kombinacji. Aby przedstawić to obrazowo powołam się na z pewnością doskonale znany symbol yin i yang, przedstawiający wszelkie przeciwieństwa świata, które są ze sobą połączone i współistnieją mimo diametralnych różnic między nimi.

Yin to wszystko co ciemne, zimne, ciężkie, wilgotne, delikatne, kobiece, nieruchome, bierne, czarne, niebieskie i zielone wraz z odcieniami, związane ze sferą snu, księżyca, zimą, doliną, ziemią, liczbami parzystymi, tym co znajduje się niżej, na prawo, wewnątrz i z tyłu, a także z pustką, krzywizną i ogrodem. Yang natomiast przejawia się w tym co jasne, ciepłe, lekkie, suche, twarde, męskie, białe, czerwone wraz z odcieniami, ruchome, aktywne, związane ze sferą rzeczywistości, słońca, lata, góry, nieba, liczbami parzystymi, tym co znajduje się wyżej, na lewo, na zewnątrz i z przodu, a także z domem, bryłą i kształtem geometrycznym. Jak mówi Jacek Kryg, znawca metafizyki chińskiej, elementy te współistnieją ze sobą, bo określamy jeden odnosząc się do drugiego, którego obraz od razu pojawia się w naszym umyśle (aby stwierdzić, że ławka, na której chcemy usiąść jest sucha automatycznie stwierdzamy, że nie jest mokra). Podobnie jest z naszą wewnętrzną, introwertyczną oraz ekstrawertyczną i nastawioną na zewnątrz naturą, mimo wielkich różnic muszą one ze sobą współistnieć.

Motyw bliźniąt i ich walki między sobą pojawia się w wielu kulturach, w Europie najbardziej znany jest z mitu o Remusie i Romulusie, ale pojawia się także wśród pierwotnych plemion Ameryki (opowieść o dwóch chłopcach, potomkach Aataentsic, również bardzo podobny mit o Gluskapie i Malsumie, stąd kobiety starały się unikać jedzenia podwójnych owoców, które uważano za nasilające prawdopodobieństwo urodzenia bliźniąt) czy Afryki (Nommo). Opowieści te symbolicznie przedstawiają sytuację, gdy dwa pierwiastki nie potrafią zachować równowagi i tworzyć całości, a pozbawione kontroli rozpoczynają proces autodestrukcji. Przekładając to na język psychiki, ważnym jest aby nasza podwójna natura potrafiła dogadywać się między sobą i współistnieć jako jeden organizm; jeżeli jedna ze stron będzie ukrywana lub faworyzowana, to brak równowagi zachwieje podstawami i siłami życiowymi, nie będziemy się w pełni realizować.

Jednak symbol bliźniąt niesie także ze sobą podwójny potencjał, a zatem podwójną siłę. I znowu pierwszym co nasuwa się osobie wychowanej w kulturze europejskiej to Dioskurowie czyli boskie bliźnięta Kastor i Polideukes (Polluks), ale dr E wspomina także o społecznościach, które uważają bliźnięta za dwa osobne byty połączone jedną duszą, dlatego nawet po śmierci bliźnięta karmi się, daje podarunki, rozmawia z nimi i składa ofiary. W kulturach afrykańskich oraz karaibskich, gdzie silne są wierzenia voodoo bliźnięta posiadają juju – energię duszy, dlatego należy podawać im takie samo jedzenie, dbać aby nie były względem siebie zazdrosne i szczególnie dbać o ich rozwój, zwłaszcza nie dopuścić by umarło jedno, bo wtedy również umiera i drugie, a całą wspólnotę dotyka zły los, gdy zabraknie juju. Obrazuje to doskonale jak bardzo powinniśmy dbać o to by nasze obydwie natury, i ta nastawiona na zewnątrz, i ta skierowana na życie wewnętrzne, pozostawały ze sobą w harmonii. Siłą bliźniaczej natury jest współdziałanie dwóch pierwiastków jako integralna całość. Symboliczną postacią reprezentującą integralność natury utrzymującą w równowadze obydwa elementy jest ojciec. To on wystawia na próbę wartość zalotnika, jego prawość. Sens tego fragmentu jest taki, że zdrowa psychika poddaje sprawdzianowi nowe elementy, które chcą się do niej przyłączyć. Zdrowa psychika, która ma opiekuńczego ojca, nie przyjmuje każdej zużytej, banalnej myśli, postawy czy osoby, tylko te, które są mądre i wyczulone lub robią wszystko, by się takimi stać. Ojciec sióstr mówi: „Czekaj. Dopóki mnie nie przekonasz, że naprawdę pragniesz poznać kwintesencję rzeczy — prawdziwe imiona — dopóty nie dostaniesz moich córek”.

Bliźniaczą naturę widać wyraźnie w postaciach sióstr, ale również sam Manawee reprezentuje dwa aspekty: cywilizowany i ludzki jako młodzieniec oraz instynktowny i dziki reprezentowany poprzez postać psa, który od wieków wiązany był ze światem podziemia i tajemnic (podając za przykłady chociażby postacie Anubisa, boga z głową szakala, pilnującego wrót Hadesu Cerbera czy bogini Hekate, której towarzyszyło właśnie to zwierzę)*. Ludzki charakter, choć dobry i kochający, nie wystarcza, by odnieść sukces w zalotach. To pies, symbol naturalnego instynktu, potrafi się podkraść do kobiet i bystrym słuchem rozpoznać ich imiona. To pies uczy się pokonywać światowe pokusy i zachować najważniejszą wie­dzę. To pies Manawee ma wyostrzony słuch i wytrwałość, to jemu instynkt każe ryć pod ścianą i znaleźć to, czego szuka, nie ustawać w pogoni, wydobywać najcenniejsze idee. I znowu motyw współdziałania cywilizowanego oraz dzikiego człowieka obecny jest w rozmaitych kulturach (chociażby w Eposie o Gilgameszu, gdzie racjonalnie postrzegającemu świat bohaterowi towarzyszy Enkidu, pochodzący z lasu, który posługuje się sferą instynktów, a w wersji jak najbardziej współczesnej widzę to w parze Han Solo&Chewbacca z Gwiezdnych Wojen). Manawee nie zaprzecza swojej podwójnej naturze ani nie lekceważy żadnego z jej pierwiastków, pozwala działać obydwóm. Jest przez to pozytywnym przykładem męskiej siły respektującej dwoistość w odróżnieniu od Sinobrodego, który dąży do opanowania, podporządkowania, narzucenia perfekcji i jedynej prawdy (a w praktyce często przybiera postać mężczyzny szukający ideału w jednej, idealnej kobiecie).

ODGADNIĘCIE IMIENIA

Akt nadania imienia jakiejś mocy, żywemu stworzeniu, osobie lub rzeczy ma kilka konotacji. W społeczeństwach, w których do wyboru imion przywiązuje się wielką wagę ze względu na ich magiczną moc lub dobrą wróżbę, poznanie prawdziwego imienia człowieka jest równoznaczne ze zrozumieniem jego życiowej drogi i charakteru. Prawdziwe imię często jest utrzymywane w tajemnicy, żeby chronić tego, który je nosi, tak by mógł przejąć moc zawartą w imieniu. Imię trzeba ukrywać, by nikt nie mógł go zbeszcześcić ani oderwać się od niego, aby władze duchowe mogły się w pełni rozwinąć. W wersji literackiej pięknym tego przykładem są opowieści o Ziemiomorzu Ursuli K. LeGuin, do których przeczytania bardzo gorąco zachęcam (autorka zresztą z wykształcenia i zawodu zajmuje się antropologią zeby). Pierwszym kluczem do poznania prawdziwego imienia czyli prawdziwej natury jest intencja, Manawee udaje się odgadnąć imiona bliźniaczek, ponieważ nie posłużą mu one do zagarnięcia ich mocy, ale do wzmocnienia w ten sposób swojej własnej, do wydobycia z siebie tego co najlepsze. Odgadnięcie imienia to symbol wprowadzenia harmonii między duszą a ego, stan wewnętrznej zgody, a także akceptacji drugiego człowieka.

WYTRWAŁOŚĆ PIERWOTNEJ NATURY

Drugim kluczem do poznania prawdziwego imienia jest wytrwałość, domena dzikiej natury. W baśni pies lubi siostry, ponieważ one również lubią go i karmią, dlatego nie waha się i wraca do ich domu, by poznać ich imiona mimo, że skoncentrowany na rzeczywistości Manawee poddaje się. Pies przypomina wilka, z tą różnicą, że jest bardziej oswojony, choć, jak widzimy w dalszym ciągu opowieści, niezupełnie. Piesek jako psychopompos reprezentuje sferę instynktu w psychice. Widzi i słyszy inaczej niż człowiek. Dokopuje się do poziomów, których istnienia ego nawet nie podejrzewa. Słyszy słowa i wskazówki niesłyszalne dla ego. Idzie za tymi wskazówkami(…) Świat psa jest wypełniony nieustającym katastroficznym zgiełkiem, dźwiękami, których nasze ludzkie ucho w ogóle nie rejestruje. Ucho psa to potrafi. Pies słyszy poza zakresem ludzkiego słuchu. Ten mediumiczny aspekt instynktownej psychiki intuicyjnie wychwytuje najgłębszy wy­siłek psychiczny, najgłębszą muzykę, najgłębsze tajniki żeńskiej psychiki. Właśnie taka istota zdoła pojąć dziką naturę kobiety.

Pies po usłyszeniu imion zawraca i chce przekazać je Manawee, ale po drodze napotyka na rozmaite smakołyki, które odwracają jego uwagę. Podobnie jest w życiu, jeżeli ulegamy pokusom i dajemy się rozpraszać to nie osiągniemy celu. Ten epizod obrazuje bardzo częste zdarzenie psychiczne: żądze i zachcianki hamują proces rozwoju. Często po niespełna miesiącu pracy z pacjentką słyszę: „Nie mogę się skupić na pracy nad sobą, miałam namiętny romans, ochłonęłam dopiero po tygodniu” albo: „W tym tygodniu akurat jest odpowiedni czas, żeby poprzesadzać rośliny doniczkowe, mam ich mnóstwo”, albo: „Zabrałam się za siedem nowych rzeczy, bardzo twórczych, czułam się rewelacyjnie, a potem się okazało, że żadna z nich nie ma tak naprawdę przyszłości i porzuciłam wszystkie”. W wersji extremalnej jest to nałóg, ale nawet jeżeli nie jesteśmy uzależnieni, to wyjątkowo łatwo ulegamy wymówkom i samousprawiedliwianiu się. Jak już o tym pisałam, wymówki są świetną pożywką dla ego, ale nigdzie nas nie prowadzą, raczej blokują proces rozwoju. Pies jako przedstawiciel instynktownej natury nie poddaje się, biegnie z powrotem do domu bliźniaczek, po raz kolejny daje się zwieść i po raz kolejny wraca. W tym zawiera się rada dla osób pragnących żyć w szczęśliwym, trwałym, satysfakcjonującym obie strony związku: zawsze powracaj**.

STAWIENIE CZOŁA WEWNĘTRZNEMU DRAPIEŻCY

Kiedy pies powraca do Manawee tym razem koncentrując się i nie dając zwieść smacznym pułapkom, musi stawić czoła jeszcze jednemu przeciwieństwu, dobrze nam już znanemu czyli psychicznemu drapieżcy, który chce go zmusić do wyjawienia imion sióstr. Psychicznemu drapieżcy nie zależy na poznaniu bliźniaczek, zaakceptowaniu ani zaprzyjaźnieniu się z nimi, on chce je zdobyć tak jak żonę – trofeum. Napastnikiem może być jakiś nasz kompleks czy słaby punkt, ale bardzo często jest to realna osoba, próbująca nas wykorzystać, zniewolić czy zmusić do przyjęcia jej punktu widzenia. W baśni mały pies walczy o życie. Czasami jedynym sposobem na utrzymanie głębokiej wiedzy jest właśnie pojawienie się „obcego”. Wówczas jesteśmy zmuszone do walki o to, co dla nas drogie — musimy walczyć, by poważnie traktować to, do czego dążymy; walczyć, by przezwyciężać powierzchowne duchowe zachcianki, które Robert Bly nazywa „pragnieniem odlotowych doznań”, walczyć by się trzymać najgłębszej wiedzy, by skończyć to, co zaczęte.

Pies walczy i nie pozwala sobie z powrotem popaść w nieświadomość. Przekazuje imiona Manawee, a ten powtarza je ojcu bliźniaczek, który widząc, że jest on gotowy dobrze zaopiekować się nimi pozwala na zaślubiny. Dobry partner to człowiek, który stale powraca i stale próbuje zrozumieć, który nie pozwala, by zatrzymały go błyskotki na drodze.

Jeśli kobiety pragną, by mężczyźni naprawdę je poznali, to muszą użyczyć im nieco swej głębokiej mądrości. Niektóre kobiety twierdzą, że już opadły z sił, stając na głowie, żeby swych mężczyzn czegoś nauczyć. Z całym szacunkiem muszę tu zasugerować, że widocznie wybrały mężczyznę, który nie dba o tę naukę. Większość mężczyzn chce wiedzieć i chce się uczyć. Właściwy czas na odsłonięcie prawdy przychodzi, kiedy mężczyźni przejawiają to pragnienie, a my nie robimy tego dla zasady, lecz dlatego, że drugi człowiek o to poprosił.(…) Jednak jeśli kobieta wybierze sobie na partnera ko­goś, kto nie może lub nie chce pokochać jej drugiego oblicza, to z pewno­ścią w pewnym sensie „rozpadnie się na części”, zostanie ułomna. Tak więc mężczyźni na równi z kobietami powinni nazywać po imieniu swe podwójne natury.

WSPÓŁPRACA MIĘDZY ELEMENTEM KOBIECYM I MĘSKIM

Jak rozumieć „nazywanie po imieniu swojej podwójnej natury”? Spróbuję przedstawić jak to rozumiem, uczciwie zaznaczając, że to moja własna interpretacja, bez pomocy dr E. Nie upieram się, że muszę mieć słuszność, ale bazuję na swoich obserwacjach życia codziennego i wnioskach, jakie wyciągam.

Przez wieki w naszej kulturze panował schemat sztywnego podziału ról społecznych, który sprowadzał się do tego, że mężczyźni mieli zapewniać podstawy materialne utrzymania rodzin, a kobiety koncentrować się na pracach domowych i wychowywaniu dzieci. Ten model już w świecie zachodnim praktycznie nie istnieje, a w krajach rozwijających się, gdzie jeszcze obowiązuje, jest coraz częściej kwestionowany i odrzucany. Dla mnie osobiście jego największą wadą jest właśnie brak elastyczności i zakładanie, że należy coś robić tylko dlatego, że urodziło się kobietą lub mężczyzną. Z tym modelem walczy się na różne sposoby, najczęściej w mediach wspomina się o nim w kontekście informacji o inicjatywach feministycznych, ale obawiam się, że ten przekaz nie przebija się przez szum medialny. Nie chcę nikogo oskarżać, ale uważam, że jednak mainstreamowe feministki być może nieświadomie robią tu krecią robotę.

Spójrzmy choćby na najważniejszą organizację feministyczną czyli Kongres Kobiet. Jakie są jedne z najważniejszych postulatów? M.in. wprowadzenie obowiązkowego parytetu do parlamentu i rad nadzorczych (bo kobiety są bardziej kompetentne, skłonne do kompromisu, łagodzą obyczaje etc) jako że panie chcąc awansować natykają się na szklany sufit, który uniemożliwia im osiąganie stanowisk na pewnym poziomie, a jeżeli we władzach będzie więcej kobiet to będą one nawzajem się promowały, a także bardziej dbały o sprawiedliwy podział dóbr, o żłobki i przedszkola dla matek etc. Przyznaję, że początkowo byłam za tym postulatem, ale po obserwacjach i przemyśleniu tematu doszłam do wniosku, że opiera się na fałszywych założeniach. Nie jest tak, że urodzenie się kobietą od razu czyni z ciebie istotę społecznikowską, opiekuńczą, sprawiedliwą i pełną innych cnót. Wystarczy spojrzeć na polski parlament, posłanki Sobecka, Szczypińska czy Pawłowicz są kobietami i co z tego? Ich poglądy wcale nie są z tego powodu automatycznie zbieżne z poglądami pań z Kongresu Kobiet, a zaangażowania w tworzenie nowych żłobków czy przedszkoli także nie widzę. Oczywiście są na pewno również bardzo kompetentne, zapracowane posłanki, tyle że o nich nie mówi się w wiadomościach. A już wiarę w to, że kobiety będą dbały o sprawiedliwszy podział dób skutecznie podważyła marszałkini Nowicka przyjmując sporą premię za wypełnianie obowiązków. Bardzo ciekawa była zresztą reakcja środowisk kongresowych, które nagle zaczęły oburzać się na oburzonych tym faktem, choć gdy na podobnych niekonsekwencjach finansowych przyłapuje się polityków innych opcji to zaraz uruchamiają krytykę (bardzo cenię profesor Środę jako etyczkę, ale zdecydowanie nie podoba mi gdy zamienia się w polityczkę).

Myślę, że paradoxalnie najlepszym co feministki mogłyby zrobić jest pójście w zupełnie  przeciwną stronę. Może zamiast walczyć ze szklanym sufitem lepiej byłoby zabrać się z niszczenie szklanej podłogi? Bo przez schematy i wzorce myślowe, w których utknęliśmy nie tylko kobieta aspirująca do najwyższych władz ma poważne problemy z przebiciem się, ale także ojciec, który chce aktywnie zająć się dziećmi i domem. W tym przekonaniu utwierdził mnie wywiad z Jesperem Juulem w Tygodniku Powszechnym , o którym pisałam prawie rok temu, zacytuję najistotniejszy dla mojego wywodu fragment:

Z mężczyznami jest trudniej. Zostali bardziej zniszczeni niż kobiety. Spójrzmy na warunki, w jakich funkcjonowali przez setki lat, pracując w kopalniach, fabrykach, walcząc na wojnach czy siedząc za ohydnymi biurkami. Traktowano ich potwornie, kompletnie nie brano pod uwagę ich osobowości, granic, potrzeb, rodzin…

Przyczyną tego, że kobiety są generalnie mądrzejsze od mężczyzn, była konieczność spędzania czasu z dziećmi. Bycie z dziećmi pozwala na rozwój emocjonalny. Ojcowie nigdy nie mieli takiej możliwości. Udziałem wielu kobiet jest pewna pomyłka: wyobrażają sobie, że mężczyzna jest jak sklep. Wchodzą do sklepu i mówią, czego pragną. A kiedy nie mogą tego dostać i nie widzą nigdzie na półkach, wyobrażają sobie, że to coś jest na zapleczu. Myślą, że nie dostają od swoich facetów troski czy miłości, bo oni nie chcą jej dać. A ci faceci po prostu tego nie mają na stanie, nie mają pojęcia, czym to jest ani skąd to wziąć. Zaplecze jest puste…Ciekawie wygląda to w Szwecji, gdzie kobiety zrównały się z mężczyznami pod względem wykształcenia i pozycji zawodowej (a nawet są lepiej wykształcone). Mieliśmy nadzieję, że gdy to się stanie, sposób zarządzania się zmieni, przestanie być oparty na tych idiotycznych męskich piramidach. Tak się nie stało: kobiety, które zdobyły władzę, zaczęły zachowywać się jak mężczyźni. Dzieje się za to coś innego. Mężczyźni-szefowie, np. prezes Volvo, chodzą coraz częściej na urlopy ojcowskie. A kiedy wracają do pracy, zmieniają prawo i wprowadzają w życie kobiece wartości. Mówią: „Więcej się nauczyłem o ludziach i o sobie w ciągu czterech miesięcy z dzieckiem niż kiedykolwiek podczas studiów i szkoleń”. Dawniej mężczyźni byli wrogami kobiet, ale dziś żaden nie może powiedzieć o swojej żonie: „To przez nią nie mogę się rozwijać”. Naszymi jedynymi wrogami jesteśmy my. Kiedy ojcowie już się zaangażują, kiedy rozwiną inteligencję emocjonalną, kiedy powiedzą sobie: „O kurczę, tego właśnie chcę…”, są nie do zatrzymania.

No właśnie. Możemy oburzać się, że kobiet jest mało w biznesie i żądać parytetów, ale prawdopodobny wynik ich wprowadzenia to większa ilość kobiet przyjmujących męski tryb zarządzania (nazywam je typami Ateny) jak niedawno zmarła, bardzo kontrowersyjna premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher niż faktyczna zmiana mentalności. Rzeczywistość jest taka, że mężczyźni na skutek tych sztywnych wzorców myślowych są również poszkodowani. Bycie macho krzywdzi zarówno kobiety z otoczenia jak i samego mężczyznę. Wychowujemy chłopców w przeświadczeniu, że świat emocji jest dla nich nieodpowiedni, że prawdziwi mężczyźni nie płaczą itd. Czy to eliminuje ich uczucia? Oczywiście, że nie! Sprawia tylko, że nie wyrzucają ich na zewnątrz, zamiast tego internalizują te negatywne albo próbują oszukać je nałogiem. Mówiąc wprost, popularny w Polsce scenariusz jest taki, że mężczyźni harują aby zarobić na rodzinę, nie dbają o zdrowie i tłumią emocje, umierają na zawał w wieku 60-65, a wdowy po nich żyją jeszcze kolejnych 15 – 20 narzekając w kolejce do lekarza, jakie to życie jest niesprawiedliwe. Jestem zbyt surowa? Być może, nie upieram się, że ten scenariusz jest prawdziwy dla każdego. Ale coś w tym jest, że chociaż tak przytłoczone stereotypowym postrzeganiem, kobiety mają jednak społeczne przyzwolenie na okazywanie strachu, żalu czy emocji w ogóle. Tyle, że to zawsze dzieje się czyimś kosztem. Aby bluszcz mógł piąć się do góry musi mieć oparcie w innej roślinie, aby jakiś element mógł być słabszy, drugi musi być silniejszy. Mimo że kobiety w coraz większej ilości odrzucają patriarchalne poglądy na swój temat to świadomie czy podświadomie trzymają się tych związanych z mężczyznami. Gdyby zapytać polskie kobiety czego szukają w mężczyźnie, większość zapewne gremialnie odpowiedziałaby: POCZUCIA BEZPIECZEŃSTWA! No to panowie są jak skała dopóki sił im na to starcza, a potem umierają na zawał. Niestety, ale sami z własnej woli konserwujemy sztywne wzorce myślowe. O ile „wyzwolona” kobieta, która jest niezależna, samodzielna i skoncentrowana na realizowaniu siebie jakoś „ujdzie” w towarzystwie to niepewny siebie, emocjonalny czy wystraszony mężczyzna jest traktowany z lekceważeniem, jeżeli nie z pogardą. Dlatego uważam, że dążenie do zrównania praw na poziomie legislacyjnym jest jak najbardziej istotne, ale i tak największą walkę musimy stoczyć sami z sobą. Nie sądzę aby świat potrzebował większej czy mniejszej ilości konkretnej płci u władzy, sądzę, że potrzebuje dojrzałych emocjonalnie ludzi.

Co rozumiem przez ludzi dojrzałych emocjonalnie? Gdybym miała podać kilka najważniejszych cech byłyby to zapewne:

1 zgoda z samym sobą, poczucie własnej wartości i szacunek dla samego siebie (stan, w którym potrafimy świadomie i bez wpadania w skrajności rozróżnić w czym jesteśmy świetni, a nad czym można popracować)

2 umiejętność obserwowania bez oceniania

3 odpowiedzialność, przyjmowanie za swoją zasady Co zasiałeś to zbierzesz i Co wysyłasz wraca do ciebie

4 umiejętność słuchania innych, a także wewnętrznego głosu intuicji

5 kierowanie się współodczuwaniem oraz empatią w relacjach ze światem istot żywych

6 umiejętność rozwiązywania problemów i znajdowania satysfakcjonujących kompromisów oraz realizowania własnych zamierzeń w relacjach z innymi ludźmi (ale NIE chodzi tu o wykorzystywanie czy manipulowanie!)

7 umiejętność nie ulegania emocjom i podświadomym strachom, nie narzucania ich innym, nie stosowania żadnej formy agresji (ani czynnej – fizycznej, ani biernej – psychicznej), a także zdolność kontrolowania gniewu i hamowania wybuchów emocji (nie tłumienia, a umiejętnego i bezpiecznego rozładowywania napięcia emocjonalnego, np. poprzez sport czy inną aktywność fizyczną)

8 umiejętność odczytywania i nazywania emocji innych oraz swoich własnych

9 umiejętność motywowania się i osiągania celu (co często oznacza odsunięcie w czasie przyjemności)

Punkty 5 – 9 powtarzam za Danielem Golemanem, który przedstawił je w książce Inteligencja Emocjonalna, gdzie w przekonujący sposób udowadnia, że na dłuższą metę bardziej niż wysokie IQ liczą się zdolności w relacjach międzyludzkich i, co ważne, w przeciwieństwie to ilorazu inteligencji można je w sobie wyćwiczyć. To właśnie dla mnie praktyczny sposób uznawania swojej podwójnej natury, a nie kierowanie się wyłącznie ego.

Celowo piszę tu o elemencie kobiecym i elemencie męskim, a nie stricte o kobietach i mężczyznach, bo wiem doskonale, że dusza niekoniecznie musi czuć się dobrze i swobodnie w płci i ciele, do jakiego trafiła. Zbyt wiele już widziałam kobiet o męskim usposobieniu, mężczyzn o kobiecym usposobieniu, gejów o kobiecej naturze, gejów o męskiej naturze etc. żeby używać ograniczających się do płci fizycznej stwierdzeń. Oczywiście, najbardziej radykalnym przypadkiem niedopasowania do płci fizycznej są transsexualiści, którzy płacą za to wielką cenę i fizycznie, i psychicznie, ale również w mniej drastycznych sytuacjach sztywne wzorce myślowe i stereotypy potrafią zatruwać duszę na wielką skalę. Przez wiele stuleci żyliśmy w mentalnych kajdanach, a nasze dusze doznawały wielkiej opresji. Reżim władzy świeckiej jasno określał co wolno, a czego nie wolno ciału i umysłowi. Reżim religii wymierzył duszę w centymetrach i tępił wszelkie odstępstwa od normy. W Europie i Stanach Zjednoczonych te reżimy już nie istnieją albo powoli dogorywają. Przegrywają z radością życia i naturalną ludzką potrzebą własnego wyboru i rozwoju. Na naszych oczach rodzi się nowy świat, którego porządek być może po raz pierwszy w historii są w stanie aktywnie tworzyć sami ludzie (wręcz dosłownie jak mieszkańcy Islandii piszący swoją konstytucję przy pomocy Internetu, oczywiście zdaję sobie sprawę, że to możliwe, bo społeczeństwo jest stosunkowo małe, wewnętrznie uczciwe i nastawione na współpracę, ale jednak o czymś to świadczy). Ten nowy świat jest jak dziecko, powinien mieć mądrą, dojrzałą matkę i mądrego, dojrzałego ojca, aby byli w stanie pokierować go na dobrą drogę. Mądrzy, dojrzali emocjonalnie rodzice współpracują ze sobą, przyglądają się uważnie swojemu życiu i są elastyczni jeżeli chodzi o podział ról. Być może teraz kiedy dziecko się urodziło bardziej  potrzebuje matki, więc to ona zostaje w domu, ale za jakiś czas kiedy podrośnie, to ojciec będzie się nim bardziej zajmował, a matka np. pójdzie na studia. Mam wielką nadzieję, że wychowamy wspólnie naprawdę dobry i szczęśliwy świat.

I na koniec dodam jeszcze, że jak być może niektórzy wiedzą, bardzo interesuję się duchowością i ezoteryką, dlatego po obserwacjach i przemyśleniach widzę wyraźnie, że to do jakiego ciała trafia dusza może ją wspierać albo ograniczać w przeżywaniu i gromadzeniu doświadczeń. Wierzę w reinkarnację i w ewolucję duszy. Wierzę, że dusza rozpoczyna rozwój jako dusza niemowlęca, a jej podstawowym celem jest nauczenie się przeżycia na podstawowym poziomie, potem staje się duszą dziecięcą uczącą się reguł funkcjonowania we wspólnocie, następnie duszą młodą skoncentrowaną na indywidualizacji i sukcesie, aż na etapie duszy dojrzałej dostrzega ważność relacji międzyludzkich by w końcu stać się duszą starą. Na tym ostatnim poziomie jest już naprawdę głęboka, po wielu wcieleniach przestaje utożsamiać się z konkretną płcią i potrafi spojrzeć na problem z szerokiej perspektywy. Dlatego chciałabym widzieć wśród rządzących więcej osób o starych duszach, które pielęgnują w sobie zarówno rozumowy jak i intuicyjny pierwiastek i które przeszły już w życiu niejedną wyprawę inicjacyjną. Chcę widzieć wśród władz i gremiów decydujących o prawie jak najwięcej mądrych osób niezależnie od ich fizycznej płci. Chciałabym abyśmy wszyscy nauczyli się rozpoznawać i uznawać zarówno świadome jak i podświadome elementy naszej osobowości i dzięki temu potrafili tworzyć satysfakcjonujące relacje międzyludzkie.

* Dr E sugeruje wręcz, że postać psa jest psychopomposem czyli przewodnikiem dusz, w mitologii podróżującym między światem widzialnym a niewidzialnym. Carl Gustaw Jung jako psychopomposa rozumiał element pośredniczący w psychice między tym co świadome i nieświadome (którego symbolem jest często zwierzę).

** Chodzi mi tu oczywiście o zdrowy związek, gdzie po konflikcie nie trzyma się długo urazy. Nie mówię o relacjach toxycznych, osaczaniu drugiej osoby itd., które nie mają nic wspólnego z miłością, bo zbudowane są na ego i potrzebie dominacji.

Ciekawy wywiad na temat dojrzałości psychicznej można przeczytać tu.

Na Dzień Matki

Zanim dogonię Czerwone Trzewiczki przy okazji Dnia Matki zamieszczam bardzo ciekawy wywiad, pochodzący ze strony: http://tygodnik.onet.pl/33,0,75899,1,artykul.html

Pozdrawiam 🙂

——————————

80 proc. europejskich kobiet poproszonych o szczerą odpowiedź na pytanie, czy czują się samotnymi matkami, odpowiedziałoby: „tak”. I miałoby rację. Z Jesperem Juulem, pedagogiem i terapeutą, rozmawiają Agata Kula i Agnieszka Nuckowska

AGATA KULA I AGNIESZKA NUCKOWSKA: Dlaczego matki są tak zmęczone?

JESPER JUUL: Poradziłem kiedyś matce trojga dzieci, która czuła się skrajnie wyczerpana, żeby powiedziała im: „moja miłość jest moją miłością, moja energia moją energią, mój czas moim czasem i daję je temu, komu chcę, wtedy, kiedy chcę”. Wściekła się na mnie, ale spróbowała użyć tych zdań w rozmowie z dziećmi. Powiedziała mi potem, że były to najtrudniejsze słowa, jakie musiała wypowiedzieć w życiu. Większość matek, kiedy próbuje wyrażać swoją wolę i potrzeby, nie jest w stanie przemówić. Tak jakby ich głos stawał się podwójny, jakby w tle słychać było ćwierkanie, że tak naprawdę mama nie chce tego, o czym mówi. I dzieci słuchają, oczywiście, tego ćwierkania. To logiczne, że tak się dzieje.

Logiczne?

Spójrzmy na tradycyjną definicję matczynej miłości. To 24-godzinna obecność, bycie na zawołanie, usługiwanie, zarówno dzieciom, jak i mężczyźnie. Próba zadbania o własne potrzeby jest określana różnie w zależności od kultury, tu, w Polsce, zapewne jako egocentryzm. Przyklejenie łatki egocentryczki to typowy dla katolicyzmu sposób pokazania kobiecie, gdzie jest jej miejsce. Widziałem to milion razy, bo przez 30 lat zajmowałem się terapią i edukacją kobiet. 70 proc. moich klientek było świetnie wykształconych, inteligentnych i silnych. W chwili, kiedy zaczynały traktować siebie trochę bardziej poważnie, zaczynały czuć się winne. I najczęściej były oskarżane o egocentryzm. Namawiałem je, żeby kiedy usłyszą od męża, dzieci, własnej matki, że są egocentryczkami, odpowiadały: „dziękuję, teraz wiem, że jestem na właściwej drodze”.

No wie Pan, to trudne.

Realia życia są takie, że albo weźmiesz odpowiedzialność za siebie, albo staniesz się ofiarą. I kobiety powszechnie się nimi stają. Pięcioletnie dziecko trzeba budzić rano pięć razy, zanim wstanie, piętnastoletnie – piętnaście razy. Nie mówię, że to źle. Jeśli jesteś w stanie codziennie wchodzić do pokoju piętnastoletniego dziecka z uśmiechem na ustach i miłością w sercu, i mówić: „Jest wpół do siódmej, czas wstawać”, rób to. Nie widzę potrzeby, żeby cię powstrzymywać. Ale jeśli wchodzisz i zrzędzisz: „ile razy mam ci powtarzać, masz trzy budziki, spóźnisz się…”, uważam, że powinnaś się zastanowić, jaki wzorzec miłości przekazujesz swojemu dziecku. Może lepiej powiedz: „Słuchaj, kiedy miałeś pięć lat, budziłam cię codziennie i nie był to dla mnie problem, ale teraz złości mnie to, nie chcę i nie będę tego więcej robić. Jestem przekonana, że dasz radę budzić się sam”.

Ale dlaczego zwraca się Pan teraz do kobiet? Mężczyźni nigdy nie poświęcają się zanadto, nie zrzędzą?

Adresuję te słowa zwłaszcza do kobiet, bo chodzi o powszechny model kobiecej miłości. To kobiety generalnie realizują miłość poprzez dawanie. Kobieta usługująca dzieciom i okazująca im jednocześnie zniechęcenie i zmęczenie – wzmacnia szkodliwy model społeczny. Przekazuje młodszemu pokoleniu, że kiedy kobieta kocha, to robi rzeczy, których nie chce robić (kiedy miałem 15 lat, usłyszałem od kolegów, że kiedy kobieta mówi „nie”, to znaczy „tak” – 50 lat temu w Danii wszyscy tak mówili…). Niezmiernie łatwo tu o przejście od wyczerpania z powodu nadmiernego obciążenia obowiązkami przy dziecku do stania się ofiarą przemocy i gwałtu. To dzieje się ciągle. Jest też druga strona medalu. Ofiarnicza postawa kobiet przyczynia się do masowej produkcji mężczyzn, którzy nigdy nie dorastają. Wielu mężczyzn (w Polsce, z tego, co obserwuję – większość) osiąga mentalny wiek 16 lat, a potem się zatrzymuje. Nie potrafi o siebie zadbać. I nie mam na myśli tylko ugotowania jajka. Powiedziałbym więc, że los nas wszystkich zależy od sposobu, w jaki funkcjonują kobiety.

Ktoś może powiedzieć: zawsze tak było, że kobiety zajmowały się domem. Czemu to zmieniać?

Wasze babki, matki ludzi mojego pokolenia, żyły w innym świecie. Możliwe, że czuły się spełnione, dzierżąc odpowiedzialność za dom. Ale dla młodych kobiet samotna odpowiedzialność za dzieci to w większości przypadków droga do frustracji. Nie jestem zwolennikiem wprowadzania zmian w imię jakichś idei. Zmiany są natomiast konieczne, jeśli w tym, co jest, ludzie się nie odnajdują.

Kiedy ktoś coś zmienia, ludzie z najbliższego otoczenia często protestują. Odbierają zmiany jako wymierzone w nich osobiście.

To prawda. Jeśli kobieta przestaje nagle obsługiwać członków rodziny, jeśli mówi: „Słuchaj, robię obiad i masę innych rzeczy, ale teraz nie będę, bo potrzebuję czasu dla siebie, chcę robić wywiady, a może napisać książkę”, budzi to w większości przypadków protest jej partnera. Uczestniczyłem w 10-letnim projekcie, gdzie pracowaliśmy z samotnymi matkami z nizin społecznych. Któregoś dnia dotarło do mnie, że na zajęcia rozpoczynające się o 9.00 rano docierały potwornie zmęczone. Zapytaliśmy, co się dzieje: czy źle sypiają, a może ich dzieci nie mogą spać, i odkryliśmy wtedy, że samotne matki nie zawsze żyły same. Miały partnerów i wstawały o 4.00 rano, żeby posprzątać i ugotować na cały dzień dla dzieci i mężczyzny, zanim same pójdą się uczyć w naszej szkole. Namówiliśmy je, żeby po powrocie powiedziały swoim facetom, że dłużej tak nie dadzą rady, że to dla nich za dużo i że to oni powinni robić rano kanapki dla wszystkich. Następnego dnia wiele przyszło z podbitym okiem albo złamanym nosem. Tak to wygląda w wersji prymitywnej, ale wersja cywilizowana jest taka sama, tylko ubrana w inny język. Nawet kulturalni faceci, którzy nie biją i nie wypowiadają pretensji na głos, po cichu myślą: „Ona mnie już nie kocha”.

Jak chce Pan zachęcić kobiety do wychodzenia naprzeciw swoim potrzebom?

Kobiet nie trzeba zachęcać. One już dokonały nowego otwarcia. Wiele lat temu zaczęły głośno mówić, co to znaczy być w małżeństwie, co to znaczy być matką, uwalniając – także podczas terapii, rodzinnych i indywidualnych – niesamowitą ilość bólu i konfliktów, o których nikt nie wiedział. Bo przecież kobiety miały być cicho, na tym polegał cały pomysł. Do mężczyzn wiele już dotarło. Na przykład, że to, iż jesteś moją żoną i cię kocham – a kocham cię bardzo – nic ci nie daje. Wiedza o tym może sprawić ci przyjemność, ale sam fakt miłości nie daje ci nic. Liczy się dopiero miłość przekształcona w działanie.

Dzisiejsi ojcowie coraz częściej próbują brać sprawy wychowania dzieci w swoje ręce…

I robią to dla siebie. Oni nie spędzają czasu z dzieckiem dlatego, że to dla niego dobre, albo dlatego że chcą pomóc żonie, tylko dlatego że sami tego potrzebują. To dopiero odwraca piramidę, w której kobiety znajdowały się na dole, pełniąc funkcje usługowe wobec będących na szczycie mężczyzn.

Czyli powinnyśmy po prostu wpuścić facetów do dziecięcego pokoju i pozwolić im wykonywać całą robotę?

Rozmowę z młodą matką zaczynam od podstawowej rady: kiedy dziecko skończy 11-12 miesięcy i zdecydujesz się odstawić je od piersi, wyjedź na co najmniej tydzień. Zostaw faceta z dzieckiem samego…

Przetrwają?

Ależ tak! Oczywiście nie można nikogo do takiego rozwiązania zmusić, ale polecam je każdemu. Bo dzięki niemu mężczyzna może doświadczyć tego, co kobieta dostaje niejako w prezencie, będąc w ciąży: wyczuwania dziecka niemal bez wchodzenia z nim w interakcję. Ten rodzaj radaru, który pozwala wiedzieć bez patrzenia, czy dziecko jest zdrowe czy chore, zadowolone czy znudzone, matki dostają, a ojcowie muszą zdobywać. W bliskości z niemowlęciem można być nie tylko dzięki karmieniu piersią. Ta bliskość pojawia się także, kiedy jest się samemu z płaczącym malcem i nie wie się, co robić. Każdy ojciec powinien tego doświadczyć, inaczej zawsze będzie przegrywał. Zawsze będzie słyszał od żony: „Co ty możesz wiedzieć…”.

Ale nawet gdy ojciec zajmuje się dzieckiem, matka dźwiga większy ciężar.

Istnieje fundamentalna różnica pomiędzy pomaganiem, zajmowaniem się tym czy tamtym – a przyjmowaniem odpowiedzialności. W każdym europejskim kraju, który znam, gdyby poprosić kobiety, żeby powiedziały szczerze, bez ukrywania czegokolwiek nawet przed sobą, czy czują się samotnymi matkami, 80 procent odpowiedziałoby, że tak. I mają rację, bo to one są odpowiedzialne za dzieci. Przed laty robiłem warsztaty dla rodziców dzieci przewlekle chorych. Jedna matka poprosiła o radę. Miała troje dzieci, wszystkie z astmą. Co najmniej dwa razy dziennie trzeba było smarować je maścią, codziennie któremuś zdarzał się taki atak, że wydawało się, iż umrze. Ta matka była dawniej oddziałową w szpitalu dziecięcym, ojciec był dyrektorem wielkiej firmy. Powiedziała: „Mąż bardzo mi pomaga, robi przy dzieciach bardzo dużo, a i tak chodzę poirytowana z poczuciem, że wszystko jest na mojej głowie”. Mówiła, że kilka razy wypisała sobie po jednej stronie kartki rzeczy, które robi przy dzieciach ona, a po drugiej te, które robi on, i za każdym razem wychodziło jej, że mąż robi więcej. Jak to wyjaśnić? Ta kobieta dźwigała całą odpowiedzialność za opiekę nad chorymi dziećmi, a mąż wykonywał przy dzieciach pracę. To wielka różnica: jak między sprzątaniem czyjegoś domu za pieniądze a sprzątaniem własnego. Mąż tej kobiety był wstrząśnięty. Na co dzień żył z wielką odpowiedzialnością za miliardy euro i setki pracowników swojej firmy, więc oczywiście potrafił przyjąć na siebie także tę domową odpowiedzialność. Tylko nigdy o tym nie pomyślał.

Jak w takim razie kobiety mają się dzielić obowiązkami, żeby uniknąć uczucia przeciążenia?

Sekret zajmowania się dziećmi polega na tym, że nie da się podzielić odpowiedzialnością po połowie. Oboje rodzice muszą być odpowiedzialni w stu procentach. I mam na myśli także wszystkie te głupie drobiazgi: gdzie leżą ich ulubione flamastry, które spodnie są czyje, kiedy są urodziny ich kolegów… To matki przechowują takie informacje w swoich archiwach, ojcowie nie mają o nich pojęcia. Nie czują się za nie odpowiedzialni, bo nie są odpowiedzialni.

Czy źródła tej sytuacji nie leżą w sposobie wychowywania chłopców?

Zadziwiające są dla mnie wyniki pewnego eksperymentu, który zresztą powtarzano wielokrotnie, z udziałem tysięcy matek, i za każdym razem otrzymywano ten sam rezultat. W jednym pokoju gromadzi się grupę matek, w drugim w 25 łóżeczkach kładzie się 25 niemowląt. Jeśli powie się matkom, że obok leży 25 chłopców, natychmiast reagują na płacz – biegną. Jeśli powie się im, że to dziewczynki, czas reakcji znacznie się wydłuża. Jedyny sposób, w jaki potrafię to wytłumaczyć, to że matki w jakiś sposób pragną przekazać swoim córkom, że w tym świecie kobiety nie mają lekko i że powinny się przyzwyczajać.

Jak unikać nierównego traktowania dzieci ze względu na płeć?

Nie interesuje mnie równouprawnienie w sensie zacierania różnic między społecznymi rolami płciowymi. W Sztokholmie funkcjonują teraz dwa przedszkola, gdzie nie wolno ubierać dziewczynek na różowo i używać słów „chłopiec”, „dziewczynka”. Dzieci czują się tam dobrze, ale dzieci wszędzie potrafią czuć się dobrze, mają wspaniałą zdolność współpracy i dostosowywania się do warunków. Jednak ja mam wątpliwości. Podobne próby były podejmowane w Danii w latach 70. Chłopców uczono robienia na drutach, a dziewczynki gry w piłkę nożną. Mój syn był tak wychowywany w przedszkolu i szkole. Tylko że nigdy nie zdawało się to mieć na niego wyraźnego wpływu, a dziś, kiedy ma 40 lat, można już powiedzieć, że go nie ukształtowało. W takich eksperymentach chodzi wyłącznie o potrzeby i satysfakcję dorosłych. Nie tędy droga.

Co możemy zrobić, by chłopcy wyrastali na emocjonalnie inteligentnych mężczyzn?

Syn musi się uczyć na przykładzie matki, jak odmawiać. Sam wtedy będzie w przyszłości umiał jej odmówić. To bardzo ważne. Dorośli mężczyźni są tchórzami w relacji ze swoją matką. Tłumaczą jej zachowanie przed żoną, gdy ta cierpi przez teściową. Nie są w stanie postawić matce ultimatum: albo zaczniesz traktować moją żonę inaczej, albo do nas nie przychodź. To przecież logiczne, czyją stronę powinien wziąć mężczyzna w sytuacji takiego konfliktu. Po co kobiecie facet, który jest bardziej lojalny wobec matki niż wobec niej?Chłopców trzeba uczyć odmawiania matkom. Powinni ich tego uczyć ojcowie, ale mogą też brać przykład z samych matek, jeśli tylko one zintegrowały pewne cechy – niech będzie: nazwijmy je męskimi – takie jak dawanie sobie zgody na dbanie o siebie i umiejętność powiedzenia „nie” bez długich wyjaśnień. To dobrze, jeśli dziecko frustruje się z powodu odmowy, jaką otrzymuje od matki. Dzieci muszą się nauczyć, że kobieta potrafi wyznaczać granice własnej integralności. A tego nie da się opowiedzieć, tego trzeba doświadczyć.

Czy istnieje wzorzec dobrego rodzica?

Gdybym był wożony na spotkania z zawiązanymi oczami, nie umiałbym powiedzieć, w jakim kraju akurat jestem, tak podobne pytania słyszę. Rodzice wszędzie mają takie same problemy, problem brzmi: jak odpowiedzieć tej konkretnej matce, żeby do niej trafić? To właśnie w tej pracy jest dla mnie pasjonujące. Kilkakrotnie byłem proszony o prowadzenie rubryki w piśmie dla rodziców, w której udziela się odpowiedzi na listy. Za każdym razem odmawiałem. Jakiś czas temu zadzwoniła do mnie redaktorka i zapytała, czy bym nie chciał robić czegoś takiego. Odmówiłem, ale tydzień później zadzwoniła znowu i powiedziała coś bardzo mądrego: „Zapomniałam zapytać, co chciałby pan robić?”. Odpowiedziałem, że chcę spotykać się z grupą rodziców raz w tygodniu na godzinę-półtorej i chcę, żeby nagranie z tego spotkania było spisywane, autoryzowane przez rodziców, a następnie publikowane w tym piśmie. Zgodziła się. Zrobiliśmy cykl, który odniósł niesamowity sukces. Rodzice nie są głupi. Mogą pytać o łatwe rozwiązania, ale wiedzą, że one nie istnieją. Czytali tydzień po tygodniu o podobnych problemach, za każdym razem inaczej komentowanych, z inną propozycją rozwiązania, rozumiejąc, że różni ludzie potrzebują różnych rozwiązań.

Czasem odpowiedź jest oczywista.

Odpowiedź może wydawać się oczywista tylko w konkretnym kręgu. Rozmowy z matkami o ich macierzyństwie są często jak rozmowy o religii. Weźmy przykład karmienia piersią, które jest dziś jak religia. Jeśli jesteś kobietą, która nie może karmić, wylatujesz poza nawias. Na początku lat 90. dużo pracowałem w Chorwacji, gdzie pierwszą rzeczą, którą proponowano kobiecie w ciągu pierwszych godzin po porodzie, był zastrzyk powstrzymujący produkcję mleka. Pięć lat później pojawiła się odwrotna teoria. Co kraj, co środowisko, to inny profesor z innym pomysłem na to, jak długo dziecko powinno spać, być karmione piersią itd. Dzisiaj karmienie jest skorumpowane: zaleca się karmić do 7. miesiąca albo do 9. miesiąca, w zależności od tego, co komu pasuje do koncepcji powrotu kobiet do pracy. W ogóle nie chodzi o matki i dzieci, tylko o to, czy Polska cię potrzebuje.

Chce Pan rodziców wyzwolić spod wpływu władzy, czy uczynić zdolnymi do wpływania na decyzje polityków?

Najistotniejsze jest to, żeby kobiety czuły w sobie zdolność podejmowania samodzielnych decyzji. Moja żona ma teraz 50 lat. Jest Chorwatką, więc dorastała w prawie takim samym systemie jak wy. Przez pierwszych 10 lat naszego małżeństwa często bywała sfrustrowana. Kiedy chciałem, żeby powiedziała mi, czego potrzebuje, wariowała. „To najgorsze pytanie, jakie mógłbyś mi zadać – wrzeszczała. – Nigdy mnie nie pytaj, czego potrzebuję! Nigdy!”. Potem zaczęła się uczyć, że można powiedzieć, czego się potrzebuje. Okazało się, że dzięki temu czuje się o wiele mniej sfrustrowana w relacji ze mną i ze światem. Świetnie sobie radzi, jest waleczna. Zajmuje się ochroną parku narodowego, który notorycznie jest zaśmiecany. Oczywiście zdarza się jej wpadać w dawny, komunistyczny nastrój, czyli narzekać. Bo jeśli nie można wypowiedzieć swoich potrzeb, jedynym wyjściem jest narzekanie. Tutaj, w Polsce, też wszyscy narzekają, to jak sport narodowy. Ale moja żona, kiedy zaczyna narzekać, patrzy na pulpit swojego komputera, gdzie ma napisane: „Czego chcę?”, i zaraz wraca na właściwy tor. Jest niezwykle skuteczna. W ciągu trzech miesięcy udało się jej poprzestawiać całe ministerstwo środowiska w Chorwacji.

Zachowuje się po męsku?

Możecie tak to nazwać, ale zapewniam, że nic na tym nie traci ze swojej kobiecości… Pierwszym krokiem, który musi zrobić kobieta, żeby przestać być sfrustrowaną, nie jest stanie się męską, ale poważne potraktowanie swojej kobiecości. Uwielbiam hasło reklamowe „jestem tego warta”. To najcenniejsze zdanie, jakie kiedykolwiek wypowiedziano w imieniu kobiet. Gdybyście wszystkie codziennie je sobie powtarzały, żylibyśmy w innym świecie.

Jak w takim razie brzmi najcenniejsze zdanie, które można wypowiedzieć w imieniu mężczyzn?

Z mężczyznami jest trudniej. Zostali bardziej zniszczeni niż kobiety. Spójrzmy na warunki, w jakich funkcjonowali przez setki lat, pracując w kopalniach, fabrykach, walcząc na wojnach czy siedząc za ohydnymi biurkami. Traktowano ich potwornie, kompletnie nie brano pod uwagę ich osobowości, granic, potrzeb, rodzin…

Przyczyną tego, że kobiety są generalnie mądrzejsze od mężczyzn, była konieczność spędzania czasu z dziećmi. Bycie z dziećmi pozwala na rozwój emocjonalny. Ojcowie nigdy nie mieli takiej możliwości. Udziałem wielu kobiet jest pewna pomyłka: wyobrażają sobie, że mężczyzna jest jak sklep. Wchodzą do sklepu i mówią, czego pragną. A kiedy nie mogą tego dostać i nie widzą nigdzie na półkach, wyobrażają sobie, że to coś jest na zapleczu. Myślą, że nie dostają od swoich facetów troski czy miłości, bo oni nie chcą jej dać. A ci faceci po prostu tego nie mają na stanie, nie mają pojęcia, czym to jest ani skąd to wziąć. Zaplecze jest puste… Ciekawie wygląda to w Szwecji, gdzie kobiety zrównały się z mężczyznami pod względem wykształcenia i pozycji zawodowej (a nawet są lepiej wykształcone). Mieliśmy nadzieję, że gdy to się stanie, sposób zarządzania się zmieni, przestanie być oparty na tych idiotycznych męskich piramidach. Tak się nie stało: kobiety, które zdobyły władzę, zaczęły zachowywać się jak mężczyźni. Dzieje się za to coś innego. Mężczyźni-szefowie, np. prezes Volvo, chodzą coraz częściej na urlopy ojcowskie. A kiedy wracają do pracy, zmieniają prawo i wprowadzają w życie kobiece wartości. Mówią: „Więcej się nauczyłem o ludziach i o sobie w ciągu czterech miesięcy z dzieckiem niż kiedykolwiek podczas studiów i szkoleń”. Dawniej mężczyźni byli wrogami kobiet, ale dziś żaden nie może powiedzieć o swojej żonie: „To przez nią nie mogę się rozwijać”. Naszymi jedynymi wrogami jesteśmy my. Kiedy ojcowie już się zaangażują, kiedy rozwiną inteligencję emocjonalną, kiedy powiedzą sobie: „O kurczę, tego właśnie chcę…”, są nie do zatrzymania.