Tag Archives: sinobrody

Odcinek 15: Skóra Foki. O powrocie duszy do domu

biegnaca z wilkami skora foki

“I’ll tell you something banal. We’re emotional illiterates. And not only you and I — practically everybody, that’s the depressing thing. We’re taught everything about the body and about agriculture in Madagascar and about the square root of pi, or whatever the hell it’s called, but not a word about the soul. We’re abysmally ignorant, about both ourselves and others. There’s a lot of loose talk nowadays to the effect that children should be brought up to know all about brotherhood and understanding and coexistence and equality and everything else that’s all the rage just now. But it doesn’t dawn on anyone that we must first learn something about ourselves and our own feelings. Our own fear and loneliness and anger. We’re left without a chance, ignorant and remorseful among the ruins of our ambitions. To make a child aware of it’s soul is something almost indecent…How can you understand other people if you don’t know anything about yourself? Now you’re yawning, so that’s the end of the lecture.”
Ingmar Bergman

Skóra Foki — Skóra Duszy

Dawno temu, w porze, która teraz przeminęła, lecz wkrótce powróci, każdy dzień wypełniało tylko białe niebo i biały śnieg, a małe czarne punkciki widoczne w oddali okazywały się ludźmi, psami albo niedźwiedziami.
W tych stronach nie żyje się za darmo. Wicher wieje tak silny, że ludzie rozmyślnie zakładają parki i mamleki (wysokie buty z foczej skóry) odwrócone na drugą stronę. Wymawiane słowa zamarzają w powietrzu, a żeby zrozumieć całe zdanie, trzeba je mówiącemu wyłamywać siłą spomiędzy warg i topić przy ogniu. Tutaj ludzie żyją pośród białych bujnych włosów starej Annuluk, naszej babki, prastarej czarownicy, która jest Ziemią. I w tej to właśnie krainie żył sobie człowiek… tak samotny, że z biegiem lat łzy wyżłobiły na jego policzkach głębokie bruzdy.
Próbował się uśmiechać, być szczęśliwy. Polował. Zastawiał sidła, tropił zwierzynę, twardo sypiał. Ale brakowało mu ludzkiego towarzystwa. Czasami, osiadłszy w kajaku na mieliźnie, patrzył na zbliżające się foki i przypominał sobie, co mówią stare legendy — foki były kiedyś ludźmi, a teraz jedynym śladem po tym są ich oczy, w których widać te same spojrzenia, mądre, gorące, kochające. Czasami czuł tak wielki przypływ bólu i samotności, że łzy toczyły mu się po głębokich bruzdach na twarzy.
Pewnej nocy wyruszył na polowanie tuż po świcie, ale niczego nie znalazł. Kiedy księżyc podnosił się na niebie, a kry lodowe zalśniły w jego świetle, człowiek podpłynął do wielkiej skały na morzu, a jego bystrym oczom wydało się, że coś się na niej porusza z nieskończonym wdziękiem.
Płynął powoli, głęboko zanurzając wiosła, by znaleźć się bliżej. Na szczycie skały wypatrzył grupkę tańczących dziewcząt, nagich jak w chwili narodzin. A że tak długo był samotny i po ludziach zostały mu tylko wspomnienia, zatrzymał się i patrzał. Kobiety wyglądały jak utkane z księżycowego mleczka, ich skóra migotała srebrnymi kropelkami jak łososie na wiosnę, a ich stopy i dłonie były smukłe, długie i piękne.
Tak niezwykłej urody były te dziewczęta, że usiadł oniemiały w łodzi, a woda uderzała o burtę, coraz bardziej przysuwając go do skały.
Słyszał śmiech tych pięknych istot… tak przynajmniej sądził, choć może to woda się śmiała, rozbijając się o urwisko. Był zmieszany i olśniony. W dziwny sposób poczucie osamotnienia, które ciążyło mu na piersiach jak mokra skórzana odzież, opuściło go i bez namysłu, jakby tak właśnie miało być, wyskoczył na skałę i zabrał jedną z foczych skór, które tam leżały. Ukrył się za występem skalnym i schował skórę za qutnguq (parką).
Wkrótce jedna z kobiet zawołała głosem tak pięknym, jakiego dotąd nie słyszał… zupełnie jak wieloryby śpiewające o świcie… nie, raczej jak małe wilczki baraszkujące wiosną… nie, ten głos był jeszcze piękniejszy, ale to nieważne, bo… co one robią?
A one zakładały na siebie focze skóry i jedna za drugą zsuwały się do morza, piszcząc i wołając radośnie. Oprócz jednej. Najwyższa z dziewcząt szukała wszędzie swojej skóry, lecz nigdzie jej nie było. I wtedy mężczyzna poczuł się ośmielony. Wyszedł zza skały i odezwał się:
Kobieto… zostań moją żoną. Jestem taki samotny…
Nie, nie mogę być niczyją żoną — powiedziała. — Nie jestem z twego rodu, jestem z rodu tych, co żyją temeqvanek — pod wodą.
Zostań moją żoną — nalegał mężczyzna. — Po siedmiu latach oddam ci foczą skórę i zrobisz, jak zechcesz, odejdziesz albo zostaniesz.
Dziewczyna-foka przyglądała się długo jego twarzy oczami, które wbrew jej pochodzeniu wydawały się ludzkie. Niechętnie odrzekła:
— Dobrze, pójdę z tobą. Po siedmiu latach zdecyduję, co robić.

Po jakimś czasie urodziło im się dziecko, które nazwali Uruk. Był to chłopczyk gibki i pulchny. W zimie matka opowiadała mu baśnie o podwodnych stworzeniach, podczas gdy ojciec strugał mu nożem niedźwiadki i wilki. Kiedy matka kładła Uruka spać, pokazywała mu przez otwór w suficie obłoki o różnych kształtach. Jednak nie widziała w nich kruków, niedźwiedzi ani wilków, lecz morsy, wieloryby, foki i łososie, bo te stworzenia dobrze znała.
Z biegiem czasu jej ciało zaczęło wysychać. Najpierw zwiotczało, potem zaczęło się kruszyć. Łuszczyła się skóra na powiekach. Wypadały włosy na głowie. Stała się naluaą — blada, prawie biała. Kiedyś tak krągła, schudła straszliwie. Usiłowała ukryć, że kuleje. Z każdym dniem jej wzrok się pogarszał. Musiała wyciągać ręce, by znaleźć drogę, bo prawie nic nie widziała.
I tak było, aż pewnej nocy Uruka obudził krzyk i chłopiec usiadł na futrzanym posłaniu. Ktoś ryczał niczym niedźwiedź — to jego ojciec wymyślał matce. Usłyszał też płacz, jakby srebrny pręt uderzał o kamień. To płakała jego matka.
– Siedem długich lat temu ukryłeś moją foczą skórę, idzie już na ósmą zimę. Chcę, żebyś mi zwrócił to, z czego jestem zrobiona — płakała kobieta-foka.
– Jeśli ci ją oddam, to zostawisz mnie, kobieto — grzmiał mąż.
– Nie wiem, co zrobię. Wiem tylko, że muszę mieć to, do czego należę.
– Zostanę bez żony, a chłopiec bez matki. Jesteś złą kobietą.
To mówiąc, mąż zerwał zasłonę z drzwi i zniknął w ciemności nocy.
Chłopiec bardzo kochał matkę. Bał się ją stracić i płakał tak długo, aż zasnął z wyczerpania. Obudził go wiatr. Dziwny to był wiatr; zdawało się, że woła jego imię:
— Uuuuruk, Uuuuruk.
Wstał z posłania i ubrał się tak pospiesznie, że założył parkę na odwrotną stronę, a mukluki (buty z foczej skóry) wciągnął tylko do połowy. Wciąż słysząc swe imię, wyszedł w rozgwieżdżoną noc.
— Uuuuruk.
Pobiegł na skalne urwisko i patrząc stamtąd na morze, daleko pośród wzburzonych fal na morzu zobaczył olbrzymią, kudłatą srebrzystą fokę… z wielką głową, z wąsami do piersi i żółtymi oczami.
— Uuuuruk.
Chłopiec spuścił się w dół po skale i poczuł pod stopami jakiś kamień… nie, to tobołek, który wytoczył się ze skalnej rozpadliny. Włosy chłopca opadły na twarz tysiącem zlodowaciałych kosmyków.
— Uuuuruk.
Chłopiec rozerwał tobołek i wytrząsnął jego zawartość — to była focza skóra jego matki. Poczuł jej zapach. A kiedy tulił skórę do twarzy i wdychał jej woń, dusza skóry zaczęła w nim trzepotać niczym letni powiew wiatru.
Zapłakał z bólu i radości i znów uniósł skórę do twarzy, i znów dusza matki przeszła przez jego duszę. Płakał, bo przepełniła go bezbrzeżna miłość do matki.
A stara srebrzysta foka w oddali zanurzyła się z wolna pod wodę.
Chłopiec wspiął się na urwisko i pobiegł do domu; focza skóra powiewała za nim, kiedy wpadł jak burza do domu. Matka podniosła go na rękach razem ze skórą i przymknęła oczy, wdzięczna losowi, że oboje są bezpieczni.

Zaczęła się ubierać w skórę.
— Matko, nie! — zakrzyknął chłopczyk.
Przygarnęła go, otoczyła ramieniem i kulejąc, biegła w stronę wzburzonego morza.
— Mamo, nie zostawiaj mnie!
Widać było, że pragnie zostać przy dziecku, chce tego, ale coś ją wzywało, coś starszego, potężniejszego od niej, od niego, od czasu.
— Mamo, nie! — odwróciła się do niego z wyrazem bezbrzeżnej, tragicznej miłości w oczach. Ujęła w dłonie jego głowę i tchnęła słodki oddech w jego płuca, raz, drugi, trzeci. I trzymając go pod pachą jak cenny tobołek, zanurkowała w morze, w dół, głęboko, a pod wodą oddychali lekko i swobodnie.
Płynęli przez głębiny, aż dotarli do podwodnej groty fok, gdzie przeróżne stworzenia śpiewały i jadły, tańczyły i rozmawiały, a olbrzymia stara foka, która nocą wołała Uruka, objęła go i nazwała wnukiem.
— Jak ci się wiedzie tam na górze, córko?

Kobieta-foka spojrzała w bok i rzekła:
– Skrzywdziłam człowieka, mężczyznę, który dał mi wszystko, co miał. Ale wrócić do niego nie mogę, bo zostałabym jego więźniem.
– A chłopiec? — spytał stary. — Mój wnuk? — Jego głos drżał z dumy, gdy to mówił.
– On musi wrócić, ojcze. Nie może tu zostać z nami. Jeszcze nie przyszedł jego czas. — I zapłakała, a po chwili płakali wszyscy razem.
Minęło tak kilka nocy i dni, dokładnie siedem, a w tym czasie blask powrócił we włosy i oczy kobiety-foki. Nabrała rumieńców, jej wzrok się poprawił, ciało odżyło, pływała z wielką gracją. Wreszcie przyszedł czas, by chłopiec wrócił na ląd. Tej nocy dziadek i piękna matka chłopca popłynęli, trzymając go między sobą. Wypłynęli na powierzchnię. Łagodnie umieścili Uruka na skalistym brzegu w promieniach księżyca.
Matka zapewniała go:
— Zawsze będę z tobą. Dotknij tylko, czego ja kiedyś dotykałam, moich patyków do krzesania ognia, mego ulu (noża), kościanych wydr i fok, które dla ciebie wyrzeźbiłam, wtedy tchnę oddech w twoje płuca, byś mógł wyśpiewać swe pieśni.
Stara srebrzysta foka i jej córka ucałowali dziecko wiele razy. Wreszcie oderwali się od niego, odpłynęli w morze i rzuciwszy na chłopca ostatnie spojrzenie, znikli w kipieli fal. A Uruk został, bo jego czas jeszcze nie nadszedł.
Z biegiem czasu chłopiec wyrósł na znaczącego bębniarza, pieśniarza i gawędziarza, a ludzie powiadali, że to wszystko dlatego, że w dzieciństwie potężne focze duchy wywiodły go w morską głębinę. Potem często widywano go, jak w szarej porannej mgle, uwiązawszy kajak, klęczał na morskiej skale i rozmawiał z foczą samicą, która często pojawiała się na brzegu. Choć wielu na nią polowało, nikomu nie udało się jej złowić. Nazywają ją Tanqigcaq (jasna) i mówią, że chociaż jest foką, w jej oczach widać ludzkie spojrzenie, mądre, gorące i kochające.
———————————————————

Ta opowieść to wyższa szkoła jazdy, dlatego zostawiłam ją niemal na koniec.

Ta opowieść wymaga spojrzenia głębiej w swoją duszę.

Dusza. Niezbyt chętnie używane słowo, prawda? Zbyt mocno kojarzy się z religią, ponadto w mocno zracjonalizowanej kulturze zachodniej wszystko co nie jest jasne, logiczne, ściśle odmierzone i odważone może wydawać się podejrzane.

Dlatego właśnie spojrzenie wgłąb siebie i zadbanie o swoją duszę wydają się takie trudne. Jednak zakładam, że po czternastu odcinkach jesteśmy na to wszyscy gotowi, a czytając to o czym pisze dr E, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że już gdzieś tę opowieść czytałam i to nie raz, tylko w innej wersji. Ale o tym na samym końcu.

Motyw opuszczenia domu w krainie sił nadprzyrodzonych i zejścia na ziemię pojawia się we wszelkich mitologiach od niepamiętnych czasów, motyw ukrycia prawdziwej natury pod postacią zwierzęcia znamy z wielu legend z całego świata. Baśnie o zwierzętach tajemniczo spokrewnionych z ludźmi opowiada się na całym świecie, bo przekazują one archetypową, uniwersalną wiedzę o duszy. Czasem baśnie i opowieści ludowe tkwią korzeniami w duchu konkretnego miejsca, szczególnie bliskiego duszy. Baśń, którą przytoczę, powstała w zimnych krajach Północy, a opowiada się ją wszędzie tam, gdzie jest lodowate, zamarzające morze lub ocean. Jej różne wersje spotykamy u Celtów (np. Szkotów), plemion Indian Ameryki Północnej, na Syberii i w Islandii. Opowieść zwykle nazywa się Dziewczyna-foka, Selkie-o, Pamrauk, Mała Foka albo Eyalirtaą, Ciało Foki (…) U różnych ludów świata, nie wyłączając mieszkańców regionów okołopolarnych i zachodniej Afryki, spotykamy wierzenie, że człowiek dopóty nie może zacząć prawdziwego życia, dopóki jego dusza nie zrodzi ducha, dopóki go nie wychowa, nie wykarmi, nie napełni siłą. Według tych wierzeń dusza powraca potem do swego dawnego, dalekiego domu, a duch zaczyna samodzielne życie w świecie.

FOKA JAKO SYMBOL DUSZY

Aby zrozumieć dlaczego foka ma taką a nie inną symbolikę trzeba najpierw przyjrzeć się życiu tego zwierzęcia. Jest stworzeniem wodnym, to oznacza, że na co dzień obcuje z wodą symbolizującą uczucia i nieświadomość. Na brzeg wychodzi tylko po to by urodzić i wychować młode. Cały proces zajmuje około dwóch miesięcy, po tym czasie pielęgnowane troskliwie małe foki są gotowe by żyć samodzielnie. Ludzie żyjący w pobliżu tych zwierząt twierdzą, że foki są z natury łagodne, ufne i przystępne, łatwo się przywiązują, ale potrafią też szybko wyczuć niebezpieczeństwo i oddalić się z niebezpiecznego miejsca albo obronić przed atakiem przeciwnika.

Continue reading

Advertisements

Odcinek 14: Włos Niedźwiedzia. O gniewie i wybaczaniu

biegnaca z wilkami wlos niedzwiedzia

Każdy może się rozgniewać – to bardzo łatwe.
Ale rzadką umiejętnością jest złoszczenie się
na właściwą osobę, we właściwym stopniu i
właściwym momencie, we właściwym celu
i we właściwy sposób – to bardzo trudne.
Arystoteles

Wybieraj swoje bitwy.
Sun Tzu

WŁOS NIEDŹWIEDZIA

Była sobie kiedyś młoda kobieta, która mieszkała w pachnącym sosnowym lesie. Jej mąż wiele lat spędził na wojnie. Kiedy wreszcie skończył służbę, powrócił bardzo przygnębiony. Za nic nie chciał wejść do domu, bo przyzwyczaił się do spania na gołych kamieniach. Całymi dniami i nocami przesiadywał samotnie w lesie.

Młoda żona ucieszyła się na wieść o jego powrocie. Zrobiła wielkie zakupy, przyrządziła mnóstwo przysmaków: zsiadłe sojowe mleko, trzy gatunki ryby, trzy rodzaje glonów morskich, ryż z papryką i pyszne zimne krewetki.

Z nieśmiałym uśmiechem nosiła jedzenie do lasu, przyklękała u boku zmęczonego wojowaniem małżonka i podsuwała mu przysmaki. Ale on zrywał się na równe nogi i przewracał talerze z jedzeniem. Mleko się lało, ryby fruwały w powietrzu, glony i ryż lądowały w piasku, a dorodne pomarańczowe krewetki toczyły się po drodze.

– Zostaw mnie w spokoju! — ryczał małżonek i odwracał się plecami. Wpadał w taką wściekłość, że żona zaczęła się go bać. Tak było za każdym razem, aż wreszcie zrozpaczona młoda kobieta udała się do starej znachorki, która mieszkała w grocie na krańcu wioski.

– Mój mąż wrócił z wojny strasznie zmieniony — skarżyła się. — Ciągle się złości i nic nie je. Nie chce wejść do domu i nie żyje ze mną tak jak dawniej. Czy dasz mi takie zioła, żeby znów był dobry i kochający jak kiedyś?

Znachorka zapewniła ją:

— Mogę to dla ciebie zrobić, ale brakuje mi pewnego składnika. Niestety, skończyły mi się niedźwiedzie włosy. Musisz więc wspiąć się na tę wysoką górę, znaleźć czarnego niedźwiedzia i przynieść mi włos z białego półksiężyca na jego szyi. Wtedy będę mogła dać ci to, czego żądasz, a twoje życie będzie takie jak dawniej.

Wiele kobiet przestraszyłoby się takiego zadania. Wiele uznałoby je za niemożliwe. Ale nie ona, bo ona kochała prawdziwie.

— Nie wiem, jak się odwdzięczę — rzekła. — Tak dobrze usłyszeć, że jest na to jakaś rada.

Wyruszyła więc skwapliwie w drogę i już następnego ranka stanęła u stóp góry. Śpiewała przy tym Arigato zaishó, co jest pozdrowieniem dla góry i podziękowaniem za to, że pozwala się wspinać na swoje ciało.

Minęła podnóże góry pełne głazów jak wielkie bochny chleba. Wspięła się na wysoką równinę porośniętą lasem. Drzewa miały długie, nisko zwieszone gałęzie i liście w kształcie gwiazd.

Arigato zaishó — zaśpiewała młoda kobieta. W ten sposób dziękowała drzewom, że podnosiły swe włosy i pozwalały jej przejść pod nimi. Tak przebrnęła przez las i znowu zaczęła się wspinać pod górę.

A było coraz trudniej. Na stoku rosły cierniste kwiaty, które zaczepiały się o jej kimono, ostre skały drapały jej drobne dłonie. O zmroku nadleciały dziwaczne czarne ptaki. Przestraszyła się, bo wiedziała, że to muen-botoke — duchy zmarłych, którzy nie mieli krewnych. Zaczęła śpiewać modlitwy:

— Będę waszą krewniaczką, pochowam was, złożę na spoczynek.

Wspinała się coraz wyżej, bo kochała prawdziwie. Wspinała się długo, aż dotarła do ośnieżonego szczytu. Wkrótce przemoczyła stopy i przemarzła do kości, ale szła coraz wyżej, bo prowadziła ją miłość. Zerwała się burza, mokry śnieg sypał w oczy i uszy. Oślepiona szła dalej. A kiedy śnieg ustał, wyśpiewała Arigato zaishó, by podziękować wiatrom, że przestały nią targać.

Schroniła się w płytkiej grocie, by tam odpocząć. Choć miała spory zapas jedzenia, nie tknęła go, ale nakryła się liśćmi i zasnęła. Ranek był spokojny i bezwietrzny, a spod śniegu tu i tam wystawały nawet małe zielone roślinki. „Teraz trzeba znaleźć niedźwiedzia”, pomyślała.

Szukała cały dzień, a gdy zaczęło się zmierzchać, trafiła na gruby kawał zwierzęcych odchodów i nie musiała już szukać dłużej, bo olbrzymi czarny niedźwiedź wygramolił się zza śnieżnej zaspy, zostawiając za sobą głębokie ślady łap i pazurów. Niedźwiedź zaryczał wściekle i wlazł do swojej nory. Kobieta sięgnęła do tobołka i włożyła do miski jedzenie, które ze sobą przyniosła. Postawiła miskę przed legowiskiem i ukryła się. Niedźwiedź zwęszył pokarm i wyjrzał z gawry, rycząc tak grzmiąco, że kamienie się toczyły. W pewnej odległości obszedł jedzenie dookoła, węszył długo, wreszcie połknął wszytko jednym haustem. Cofnął się, powęszył i znów zniknął w norze.

Następnego wieczoru kobieta postąpiła tak samo, położyła jedzenie przed jamą, ale tym razem nie ukryła się, tylko cofnęła w pół drogi.

Niedźwiedź zwietrzył jedzenie, wysunął się z gawry, ryknął, aż gwiazdy na niebie zadrżały, zrobił okrążenie, powęszył czujnie w powietrzu, wreszcie zjadł i wpełzł na powrót do swej kryjówki. Tak było przez wiele wieczorów, aż pewnego dnia kobieta nabrała dość odwagi, żeby się zbliżyć do jaskini.

Jak zwykle postawiła misę u wejścia i stała tuż przy nim. Kiedy niedźwiedź poczuł jedzenie i wynurzył się z jamy, obok swej codziennej porcji zobaczył małe ludzkie stopy. Porozglądał się nieufnie na boki i zaryczał tak głośno, że kości w kobiecie jęknęły.

Cała drżała, ale nie cofnęła się. Niedźwiedź uniósł się na tylnych łapach, kłapnął szczęką i tak zaryczał, że widać było czerwonobrązowe podniebienie. Kobieta nie uciekła. Niedźwiedź ryczał dalej, wyciągnął łapy, jakby chciał ją pochwycić; pazury, jak długie noże, zawisły nad jej głową. Trzęsła się biedna jak listek na wietrze, ale nie uciekała.

— Niedźwiedziu, mam do ciebie prośbę — odezwała się. — Przeszłam tę długą drogę, bo potrzebuję lekarstwa dla mojego męża.

Niedźwiedź postawił przednie łapy na śniegu i zaczął się wpatrywać w jej przerażoną twarz. Przez chwilę zdawało się kobiecie, że widzi całe łańcuchy górskie, doliny, rzeki i wioski odbite w jego bardzo starych oczach. Ogarnął ją niespodziewany spokój i przestała się trząść.

— Niedźwiedziu, karmiłam cię przez tyle dni. Czy mogłabym dostać jeden z twoich białych włosów na szyi?

Niedźwiedź znieruchomiał; ta słaba istota byłaby dlań łatwym łupem. Ale nagle poczuł dla niej litość.

— To prawda — powiedział — byłaś dla mnie dobra. Możesz sobie wziąć mój włos. Ale zrób to szybko, a potem zostaw mnie i wracaj, skąd przyszłaś.

Uniósł pysk, odsłaniając biały półksiężyc na gardzieli, a kobieta widziała, jak mocno dudni jego serce. Przyłożyła jedną rękę do szyi, drugą złapała pojedynczy lśniący biały włos. Wyrwała go jednym ruchem. Niedźwiedź odskoczył do tyłu i ryknął jak raniony. A ból przeszedł w niecierpliwe sapanie.

— Dzięki, niedźwiedziu, wielkie dzięki. — Długo kłaniała się przed nim. Ale niedźwiedź warknął i posunął się o krok. Ryknął, a w jego ryku brzmiały słowa, których nie rozróżniała, choć wydawały się znajome od dawna. Odwróciła się i ile sił w nogach pobiegła w dół. Biegła pod drzewami o liściach w kształcie gwiazd. A przez całą drogę wołała Arigato zaishó, by podziękować drzewom, że unosiły gałęzie i pozwalały jej przejść. Potykała się o głazy wielkie jak bochny chleba i śpiewała Arigato zaislio w podzięce górze za to, że pozwoliła jej wejść na swój szczyt.

Poszarpana, z włosami w nieładzie, z twarzą umorusaną biegła w dół po kamiennych schodach prowadzących do wioski, potem piaszczystą drogą przez miasteczko, aż do samotnej groty, gdzie stara znachorka siedziała, pilnując ognia.

– Patrz! Patrz! Mam go! Znalazłam, zdobyłam włos niedźwiedzia! — krzyczała.

– To bardzo dobrze — uśmiechnęła się znachorka.

Przyjrzała się bacznie młodej kobiecie, ujęła bielutki włos i obejrzała go pod światło. Ważyła go w dłoni, mierzyła palcem i wreszcie wykrzyknęła:

— Tak! To prawdziwy włos z białego półksiężyca niedźwiedzia.
Odwróciła się raptownie i wrzuciła go w ogień, gdzie zwinął się, skwiercząc, i zniknął w płomieniach.

– Nie!! — zakrzyknęła młoda żona. — Coś ty zrobiła?!

– Uspokój się. Wiem, co robię. Wszystko w porządku — zapewniła znachorka. — Pamiętasz każdy krok na swojej drodze pod wielką górę? Pamiętasz wszystko, co robiłaś, żeby zdobyć zaufanie niedźwiedzia? Pamiętasz wszystko, co tam widziałaś, co słyszałaś, co czułaś?

— Tak — odrzekła kobieta — pamiętam dokładnie.
Znachorka uśmiechnęła się łagodnie i rzekła:

— Proszę teraz, córko, idź do domu z tym wszystkim, czego się nauczyłaś, i postępuj tak samo ze swoim mężem.

————————————————————————————–

Przedstawiłam już kilkanaście opowieści zamieszczonych w Biegnącej z Wilkami i być może czytając, zadaliście sobie pytanie: Ale co było potem? Co działo się, kiedy bohater/bohaterka powrócił/-a już z wyprawy? Co czuli się poranieni i doświadczeni po tym jak ich udręka się skończyła? Co czuła młoda żona Sinobrodego, po tym zginął? Gdy minęło już zagrożenie, czy nie była wściekła, że została zdradzona przez człowieka, którego wybrała sobie na towarzysza życia? Jak radziła sobie Bezręka Dziewczyna z tym, że została zdradzona przez rodziców, teoretycznie najbliższe jej osoby? Płakała, o tym jest mowa w baśni, ale czy nie czuła gniewu? Furii wręcz? Przecież jesteśmy ludźmi, nie aniołami, gniew jest naszą naturalną emocją na niesprawiedliwość, odrzucenie i wykorzystanie. Tłumienie go nie prowadzi do niczego dobrego, ale też niezdrowe jest odczuwanie go przez cały czas. Jak go przeżywać tak aby nie zatruwał nas od środka i nie stanowił zagrożenia dla innych? Jak radzić sobie z gniewem po przeżyciu traumy, która przestawiła życie do góry nogami? I jak nauczyć się wybaczać?

Na dłuższą metę ciągły gniew jest niszczący, bo odcina nas od pozytywnych uczuć i „nakręca” na powtarzanie negatywnych emocji, a co najgorsze sprawia, że tracimy nadzieję i wiarę w zmiany na lepsze. Brak nadziei, gniew i ból są ze sobą połączone, jeżeli straciłaś/straciłeś nadzieję, to z powodu rany, a co za tym idzie bólu i gniewu. Cykl gniewu nie różni się od innych cykli życia: wznosi się, opada, zamiera i uwalnia się w postaci nowej energii. Skupienie uwagi na gniewie zaczyna proces przeobrażenia. Jeśli pozwolimy, by gniew stał się naszym mistrzem, i w ten sposób go odmienimy, to pozbawimy go oręża.

O tym jak tego dokonać opowiada przytoczona powyżej japońska baśń Tsukina Waguma, niedźwiedź z białym półksiężycem.

Uzdrawiający Przedmiot

A zatem ponownie wyruszamy na wyprawę, tym razem naszym celem magiczny przedmiot posiadający nadnaturalne zdolności. Ten motyw znany jest w legendach całego świata, czy będzie to włos, czy ząb, czy broń, czy naczynie (Graal), czy biżuteria (najbardziej znanym przykładem jest zapewne wędrówka Froda i jego towarzyszy po Śródziemiu, chociaż jego zadaniem jest zniszczyć pierścień dający władzę). Kiedy dotrzemy do celu okaże się jednak ku naszemu zdumieniu i rozczarowaniu, że nie wystarczy zdobyć ów talizman, trzeba będzie zmienić swoje zapatrywania, zachowania, a co za tym idzie swoje życie. Włos niedźwiedzia należy do kategorii baśni, które nazywam opowieścią z podwójnym dnem. Ukazują one swe ukryte uzdrowicielskie warstwy i głębsze znaczenie, a nie tylko powierzchowną treść. Zewnętrzna treść mówi o tym, że cierpliwość jest lekarstwem na gniew, lecz głębszy przekaz baśni dotyczy szczegółów tego, co kobieta powinna zrobić, żeby odzyskać ład psychiczny i uzdrowić gniewną jaźń. Opowieść z podwójnym dnem nie mówi wprost, ale operuje symbolem i aluzją. Ukryta struktura tej baśni zawiera całkowity, skończony wzorzec radzenia sobie z gniewem i leczenia się zeń: szukanie mądrej, spokojnej siły uzdrawiającej (udanie się do znachorki); przyjęcie wyzwania, które polega na zagłębieniu się w nieznane psychiczne terytorium (wspinaczka na górę); rozpoznanie własnych iluzji (pokonywanie głazów, przejście przez gąszcz drzew); uspokojenie ciągłych obsesyjnych myśli i uczuć (spotkanie zmuen-botoke — niespokojnymi duchami, których nikt nie pogrzebał); zabieganie o pomoc wielkiej współczującej Jaźni (cierpliwe karmienie niedźwiedzia, zdobywanie jego wdzięczności); zrozumienie burzliwej strony współczującej psychiki (zrozumienie, że niedźwiedź — współczująca jaźń — nie jest łagodny ani oswojony). Opowieść podkreśla doniosłość wykorzystywania psychicznej wiedzy w prawdziwym życiu (zejście z góry z powrotem do wioski), zrozumienia, że uzdrowienie polega na długim procesie poszukiwania i praktyki, a nie na pojedynczej idei (zniszczenie włosa). Sedno opowieści tkwi w zdaniu: „Postępuj tak samo ze swoim gniewem, a wszystko będzie dobrze” (ostatnia rada czarownicy). I znowu okazuje się, że baśń jest w rzeczywistości opowieścią o nas samych: mąż wracający z wojny to udręczony i wycieńczony aspekt naszej osobowości, a żona to kochający, opiekuńczy element pomagający odzyskać równowagę.

Wspinaczka pod górę

Zazwyczaj nasze radzenie sobie z gniewem rozpoczynamy od tego co jest przyjęte kulturowo (szczególnie dla kobiet) jako metoda pozbycia się złości czyli od wypierania jej. Udajemy, że jesteśmy miłe, nie, nie nic się nie stało, wcale się nie gniewamy, tymczasem ogień w nas rośnie i wybucha potem przy byle okazji, powodem może być byle drobiazg, ale zniszczenia są nieodwracalne jak po wybuchu wulkanu. Dlatego najlepszym co możemy zrobić dla siebie i dla otoczenia jest zastanowić się skąd się ów gniew bierze i co go powoduje.

Na początku jest ciężko. Gniew chce się rządzić własnymi prawami, nie zamierza pozwolić się zrozumieć ani poddawać się kontroli tak jak mąż w bajce. Po prostu „jest na nie”. Nie bo nie i tyle. Aby okiełznać jakoś jego furię, żona prosi o radę znachorkę czyli tę najbardziej dojrzałą, najmądrzejszą część naszego „ja”, która zachowuje spokój i nie daje się wytrącić z równowagi przez kaprysy ego.

Najbardziej narażone na trudności w kontrolowaniu gniewu są osoby, którym na wczesnym etapie rozwoju otoczenie odmawiało życzliwości, akceptacji i szacunku, które były lekceważone, zaniedbywane czy upokarzane albo które tresowano „metodą kija i marchewki”. U tych osób wrażliwość na emocje innych jest większa niż przeciętna (np. dla dzieci z rodzin, gdzie panowała przemoc, hiperczujność czyli ciągłe pozostawanie w stanie gotowości na atak i uważne obserwowanie otoczenia w oczekiwaniu na nagłą zmianę nastroju wywołującą awanturę, była jedną z metod radzenia sobie z opresją), ponadto obawiając się kolejnych rozczarowań emocjonalnych starają się ich za wszelką cenę uniknąć, pozbawiając się w ten sposób również szansy na pozytywne rozwiązania. Na pewno wielu z nas pamięta te uczucia z dzieciństwa, kiedy na skutek szorstkiego traktowania czuliśmy się niewarci troski, szacunku i czułości, na pewno wielu myślało w bezsilnej złości, że „kiedy dorosną, nie pozwolą tak się traktować”. Jeśli kobietę wychowywano w przekonaniu, że powinna oczekiwać od życia mniej niż reszta członków rodziny, jeśli narzucano jej surowe reguły dotyczące wolności osobistej, dobrych manier, języka, to jej normalny gniew potęguje się pod wpływem sytuacji, tonu głosu, gestów, słów czy innych bodźców, które przypominają przykre doświadczenia z przeszłości. Czasem można trafnie rozpoznać rany odniesione w dzieciństwie, badając to, co u dorosłych powoduje irracjonalną utratę panowania nad sobą.

Gniew nie jest zły sam w sobie, to czy będzie destruktywny, czy konstruktywny zależy czy naszego nastawienia. Jeżeli pozwolimy by w nas rósł i się rozwijał, to zacznie hulać jak pożar po lesie, jeżeli jednak pozwolimy znachorce w nas znaleźć sposób aby go okiełznać, to zamieni się w siłę mobilizującą i twórczą. Jeżeli czujesz, że ogarnia cię gniew, to nie czuj się z tym źle. Wkurz się! Ale nie zapomnij wyprowadzić swój gniew na zewnątrz. Gniew pozostający wewnątrz będzie niszczył cię od środka, i psychicznie, i często fizycznie (pewne choroby takie jak fibromialgia wiązane są ze zbyt długim oddziaływaniem stresu na organizm, podobnie istnieją przypuszczenia co do zależności między długotrwałymi negatywnymi przeżyciami a rozwojem nowotworów, chorób układu krążenia i cukrzycy). Złość można i należy wyładowywać w bezpieczny sposób, nie krzywdząc osób trzecich, do najlepszych sposobów należą aktywność fizyczna (sport, spacer) oraz krzyk, w programie Doroty Zawadzkiej Superniania widziałam też sposoby tak proste że aż wierzyć mi się nie chciało, że nie były wcześniej powszechnie stosowane (darcie gazety, okładanie pięściami poduszki). Ale nawet po tym jak się zneutralizuje bezpośredni atak gniewu, i tak warto zadać sobie pytania: Co mnie tak zdenerwowało? I dlaczego akurat to? Znachorka potwierdza, że gniew można przeobrazić, ale potrzeba czegoś, co pochodzi z innego świata, ze świata instynktów, świata zamieszkanego przez duchy i zwierzęta mówiące ludzkim głosem — potrzeba czegoś, co pochodzi z ludzkiej wyobraźni.

Aby osiągnąć owo głębsze zrozumienie trzeba wspiąć się na górę. Góra to w opowieściach często symbol etapu życia, który musimy przerobić zanim przejdziemy do kolejnego, jej podnóże to symbol chęci kierowania się wyższą świadomością, wyższe partie to trudny etap prób, kiedy sprawdzamy jak działa to, czego nauczyliśmy się dotychczas, a wierzchołek to konfrontacja z najwyższą mądrością. Po drodze, im wyżej docieramy, tym bardziej przechodzimy transformację, tym łatwiej przekraczamy dotychczasowe granice w myśleniu i wzorcach zachowań oraz tym więcej potrafimy przejrzeć iluzje, jakie dotychczas nas ograniczały na dole. Góra uczy wytrwałości i cierpliwości, a także nowego spojrzenia. Im wyżej jesteśmy, tym więcej dostrzegamy. Potrafimy wyjść poza własne cierpienie, krzywdę i poczucie żalu, zauważamy że pomimo coraz trudniejszych warunków, na górze dalej kwitnie życie. Bohaterka śpiewa pieśń Arigato zaishó, dziękując górze i drzewom za to, że pozwalają jej przejść. Poczucie wdzięczności to jeden ze znaków, że nasza świadomość wkracza na wyższy poziom, a przejawiać radość z tego co się ma pomimo problemów i przeszkód to znak prawdziwej dojrzałości. W opowieści góra pozwala kobiecie przejść po sobie, a drzewa unoszą gałęzie, by ustąpić jej miejsca. To symbol rozwiewających się złudzeń, dzięki czemu kobieta może dalej dążyć do celu. Buddyzm powiada, że istnieje siedem zasłon iluzji. Unosząc je, zgłębiamy i poznajemy kolejny aspekt prawdziwej natury życia i własnej tożsamości. Uniesienie tych zasłon daje siłę do znoszenia trudów życia, pozwala wejrzeć we wzorce wydarzeń, przejrzeć pozory stwarzane przez ludzi i rzeczy, a na koniec zrozumieć, że pierwszego wrażenia nie można traktować śmiertelnie poważnie, że trzeba patrzeć w głąb, poza nie.

Wspinając się do góry, bohaterka spotyka muen – botoke, duchy zmarłych w postaci czarnych ptaków, to duchy, które nie zostały należycie pogrzebane i opłakane po śmierci. Podobnie w naszej psychice zamieszkują duchy przeszłości, plany, które się nie zrealizowały, pomysły, które nie zostały wcielone w życie etc., co wzmaga nasze poczucie rozczarowania i wystawia na działanie gniewu. O tym jak je pochować jest dalej mowa w Kroku 3.

Oswajanie niedźwiedzia

Dlaczego akurat niedźwiedź i co reprezentuje?

Niedźwiedź był od zawsze symbolem żeńskim i powiązanym z księżycem (poniżej przedstawienie bogini księżyca i fauny Artemis z talii Sandry Stanton).

Artemis

Jest także symbolem odrodzenia, ponieważ zapada w sen zimowy, w którym aktywność jego ciała wyraźnie spada i budzi się z wiosną. Żyje ściśle według cykli i rytmów przyrody, dlatego z wszystkich tych powodów przedstawia on w baśni najgłębszą, instynktowną warstwę psychiki. Nie tylko w kręgu helleńsko – rzymskim miało to zwierzę szczególne miejsce, było również czczone wśród ludów prekolumbijskiej (bogini Hecoteptl u Azteków), w plemieniu Ajnów na północy Japonii uważano, że niedźwiedź może rozmawiać bezpośrednio z bogiem i przekazywać jego polecenia, również potężna azjatycka bogini współczucia Kuan Yin wysyła niedźwiedzia himalajskiego jako swojego wysłannika, nosi on na szyi półksiężyc, jej emblemat.

Bohaterka karmi niedźwiedzia tak jak my karmimy naszą psychikę wykonując czynności, które sprawiają nam radość, czy będzie to pisanie, czy malowanie, czy śpiewanie, czy czytanie, czy bieganie, czy uprawianie sportu, czy podróżowanie, wszystko to co wywołuje w nas pozytywne uczucia i doładowuje pozytywną energią. W ludzkiej psychice niedźwiedź może symbolizować zdolność do porządkowania własnego życia, zwłaszcza uczuciowego. Siłą niedźwiedzia jest harmonia z naturalnymi cyklami, pełna czujność i wyciszenie podczas snu zimowego, w którym odradza się energia do następnego cyklu. Przykład niedźwiedzia uczy, że można regulować ciśnienie życia emocjonalnego jak za pomocą manometru, zwłaszcza że człowiek może być gwałtowny i wspaniałomyślny jednocześnie. Będąc skrytym samotnikiem, można być jednocześnie kimś wartościowym. Można zaciekle bronić swego terytorium, wyznaczać wyraźne granice, potrząsać niebem i ziemią, jeśli trzeba, nie przestając być zarazem uczynną, miłosierną, wspaniałomyślną osobą. Włos z niedźwiedziej gardzieli jest talizmanem, który pozwala zachować w pamięci zdobytą wiedzę. Jak widzimy, jest bezcenny.

Dzięki cierpliwości bohaterki niedźwiedź pozwala sobie wyrwać włos, a ona sama schodzi z góry i z triumfem biegnie do znachorki. Ta jednak, gdy młoda kobieta nacieszy się swoim osiągnięciem, wrzuca włos do ognia i tłumaczy zdenerwowanej bohaterce: Przebyłaś trudną drogę, wiele się dzięki temu nauczyłaś, a teraz wracaj do siebie i wykorzystuj tę wiedzę w praktyce. Młoda kobieta jest rozgniewana, bo przyszła po jakiś środek, który w magiczny sposób rozwiąże jej problem, znachorka zapewniała ją przecież, że jej życie będzie takie jak dawniej. Tak się nie da. Nie można wejść na górę i zejść z niej niezmienionym. Nic już nie będzie takie jak dawniej. Tak jak to ujął Haruki Murakami: A kiedy burza się skończy, sam nie będziesz wiedział, jak ci się udało przeżyć. Nie będziesz nawet wiedział czy już minęła. Ale jedno powinno być jasne — kiedy z niej wyjdziesz, nie będziesz już tym samym człowiekiem, który w nią wszedł. Właśnie na tym polega sens tej burzy (Haruki Murakami, Kafka Nad Morzem). Jeżeli przeżyłeś/przeżyłaś ciężki wypadek, rujnujący związek czy dzieciństwo pełne przemocy, to nie będziesz patrzył na świat tak jak osoby, które tego nie doświadczyły. Jeżeli czyjś gniew zniszczył twoją ufność i pozbawił nadziei, to nie da się ich odzyskać za pomocą jednego cudownego sposobu, ale to nie znaczy, że nie da się ich odzyskać w ogóle. Według buddyzmu zen moment, kiedy włos ląduje w ogniu, a znachorka wymawia te proste słowa, jest momentem najwyższego oświecenia. Zauważmy, że oświecenie nie następuje na szczycie góry. Przychodzi dopiero wtedy, gdy po spaleniu niedźwiedziego włosa rozwiewa się wyobrażenie o magicznym lekarstwie. Wszystkie w życiu napotykamy takie sytuacje, ponieważ wszystkie się łudzimy nadzieją, że po ciężkiej pracy i uświęconych poszukiwaniach czeka nagroda, coś namacalnego, uchwytnego, choć niekoniecznie materialnego, co w mgnieniu oka wprowadzi ład w nasze życie i rozwiąże wszystkie problemy. Tak nie jest. Jest tak, jak oddaje to baśń. Możemy zdobyć całą wiedzę wszechświata, ale sprowadza się ona do jednej jedynej rzeczy: praktyki i samodyscypliny. Oznacza to, że wróciwszy do domu, musimy krok po kroku wprowadzać w życie zdobytą mądrość.

Zazwyczaj jest tak, że najszybciej mija świeży gniew wywołany niedawnymi wydarzeniami, a najbardziej dokucza nam i „gryzie” ta nawarstwiona przez lata, nieposprzątana i nieusunięta złość, szczególnie jeżeli była wywołana przez bliską nam osobę. A już szczególnie jeżeli za pomocą manipulacji psychologicznych i kulturowych („nadstaw drugi policzek”, „nieś swój krzyż”) zmusza się nas do milczenia i bezsilnego znoszenia tego jak nadużywa się naszego zaufania i dobrej woli. W takiej sytuacji zazwyczaj, zależnie od charakteru, wykonujemy dwie niebezpieczne rzeczy:

1. internalizujemy gniew, stres i ból, pozostają one dosłownie w naszych organach, gruczołach, mięśniach, naczyniach krwionośnych, a co najgorsze w naszym umyśle, prześladują nas i nie pozwalają się uspokoić

2. wyrzucamy gniew pośrednio poprzez złośliwość, komentowanie, dogryzanie, plotkowanie, szantaże emocjonalne, perfidne karanie i poniżanie innych pod pozorami życzliwości albo zachowania reguł (tzw. pasywna agresja)

W obydwóch przypadkach TRUJEMY, czy to siebie, jak w pierwszym, czy to otoczenie, jak w drugim. To bardzo okrutne traktować w ten sposób siebie i innych. Często próbujemy nie dopuszczać do tego obiecując, że „będziemy milsze” albo „nie będziemy się tym przejmować”, ale potem albo wpadamy ze skrajności w skrajności i stajemy się służalcze, albo powracamy do starych wzorców.

Prawda jest taka, że jeżeli nam nie okazano empatii, to, o ile się nie obudzimy, my także nie będziemy okazywać jej innym. To spowolnienie reakcji jest rezultatem okaleczenia instynktu już w dzieciństwie, kiedy dziewczynki są usilnie zachęcane do ustępliwości, niewdawania się w kłótnie, grzeczności za wszelką cenę, niewtrącania się do innych i znoszenia upokorzeń dopóty, dopóki problem sam nie zniknie. Kobiety, które odebrały takie wychowanie, zazwyczaj nie okazują odczuwanej złości, ale przedwcześnie ją uciszają; często muszą upłynąć całe tygodnie, miesiące czy lata, zanim kobieta zrozumie, co powinna była, mogła była powiedzieć lub zrobić. Najczęściej przyczyną takiego stanu rzeczy nie jest nieśmiałość czy skrytość, ale raczej za dużo spekulacji, staranie, by „dobrze wypaść” i niezdolność do kierowania się uczuciami. Spontaniczna dusza wie, kiedy i jak zadziałać, ale kobieta nie chce jej słuchać. Właściwa reakcja jest sumą intuicji, współczucia i siły charakteru. Okaleczony instynkt trzeba leczyć, wyznaczając silnie strzeżone granice, ucząc się reakcji stanowczych i jeśli to możliwe, wyrozumiałych, lecz zawsze konsekwentnych.

Takie postępowanie wygasza również gniew zbiorowy: oburzenie na niesprawiedliwość, które wywołuje z kolei chęć zmian, wprowadzenia ulepszeń, wzięcia odpowiedzialności etc. Ten gniew jest dobry, bo napędza do działania, to naturalny element psychiki.

Bez umiejętności kontrolowania gniewu i wyładowywania go w bezpieczny sposób będziemy wobec niego bezbronne. Wilki na ogół unikają konfrontacji, ale kiedy muszą umocnić swoje terytorium, kiedy coś lub ktoś stale je nęka, tropi, osacza, potrafią się zdobyć na skuteczną, gwałtowną reakcję. Zdarza się to rzadko, ale zdolność do wyrażenia gniewu jest stale w ich repertuarze, tak jak powinna się znaleźć w naszym (…) Dla kobiety oznacza to, że są chwile, gdy trzeba obnażyć kły, pokazać, że potrafi się bronić swego terytorium i powiedzieć: „Ani kroku dalej, ja też mam coś do powiedzenia, to się musi zmienić”.

Dobre relacje z kimkolwiek opierają się na obustronnym szacunku, dobrej woli i zasadzie wzajemności. Jeżeli ktoś bierze je od ciebie, ale nie daje ich w zamian to jest to wykorzystywanie emocjonalne. Jeżeli ktoś narusza twoje granice, oskarża, gra na uczuciach, szantażuje emocjonalnie, manipuluje, składa obietnice bez pokrycia, to do jasnej cholery, tak, masz prawo się wkurzyć! I masz potem również święte prawo nie dać się przekonać, że „jesteś przewrażliwiona/-y”, że „ci się wydawało” etc., bo to kolejna technika manipulacji, jaką stosuje agresor/-ka, żeby osłabić twoją pewność siebie.

Pamiętaj, że każda zaczepka, obelga czy argument to zaproszenie do kłótni, ale wcale nie musisz wchodzić na ten ring. Podobnie jeżeli już nawet pokłócisz się z kimś i nie widzisz możliwości przekonania go, możesz zupełnie spokojnie wycofać się i przestać kłócić, zachowując własne zdanie oczywiście. Jeżeli myślisz „ale wyjdzie na jego”, „pomyśli, że to on ma rację”, „wyjdę na głupią”, to pamiętaj, że to są podpowiedzi ego. Ego kocha wartościować i porównywać się do innych, nie twierdzę, że jest kompletnie niepotrzebne, ale warto pamiętać, że to tylko część twojej osobowości. Nie jesteś tylko swoim ego. Osoby, które nie potrzebują potwierdzania swojej wartości od zewnątrz, bo stały się silne od wewnątrz, nie dają się wciągać w pyskówki, nie traktują każdego sprzeciwu jako ataku na swoją osobę. Potrafią określić granice do których warto jeszcze walczyć, a po ich przekroczeniu są w stanie odpuścić. To jak przeciąganie liny, kiedy puszczasz swoją, osoba po przeciwnej stronie przewraca się. Gniew jest jak ogień, aby płonąć potrzebuje czyichś emocji, uwagi i energii, jeżeli je odetniesz, nie ma się na czym pożywić. Wybieraj swoje bitwy, zastanawiaj się czy warto angażować w dany temat swoje emocje, uwagę i energię.

Ale, tak jak napisałam, najbardziej boli stary, zadawniony gniew i ten zadany przez bliskich (często te pojęcia są tożsame). Mąż bohaterki symbolizuje tę część nas, która przeszła olbrzymie, wyczerpujące bitwy emocjonalne i która nie chce się już angażować, nie chce walczyć, stawiać oporu ani nawet myśleć o gniewie i gwałtowności. Ta część nas już się poddała. Może być też wręcz przeciwnie: ktoś wszczyna kłótnie, uparcie broni swojego i nie chce widzieć innych racji, bo gniew daje mu poczucie władzy i słuszności, umacnia jego ego i utrzymuje złudzenia.

Ludzie, którzy przeszli wiele w życiu mogą widzieć, rozumieć oraz czuć więcej niż przeciętniacy, pod warunkiem, że nie zasklepią się w sobie i odmówią patrzenia wyłącznie przez pryzmat własnej krzywdy. Jednak każde takie trudne wydarzenie kosztuje emocjonalnie, mądrości nie otrzymuje się za darmo. Trzeba opłakać nasze wewnętrzne straty, nie ma sensu dłużej ich wypierać ani zaprzeczać ich istnieniu. Tak jak to robi bohaterka baśni, trzeba zatrzymać się przy nich, poświęcić uwagę, zatroszczyć się i wypuścić wolno.

Kobiety, zanim skończą dwadzieścia lat, umierają tysiąc razy. Poszły taką czy inną drogą i zostały podcięte w pół kroku. Miały wiele nadziei i marzeń, które nie doczekały realizacji. Ktokolwiek twierdzi inaczej, jeszcze się nie przebudził. (…)W życiu każdej kobiety, najczęściej w średnim wieku, przychodzi czas, kiedy musi ona dokonać wyboru — być może najważniejszego psychicznego wyboru co do dalszego życia — czy być zgorzkniałą czy nie. Zbliżając się do czterdziestki lub nieco później, kobiety bywają rozczarowane życiem. Dochodzą do punktu, kiedy przepełnia się czara goryczy, kiedy mają wszystkiego dość, czują się zawiedzione i niespełnione. Marzenia młodości prawdopodobnie legły w gruzach. Mają za sobą złamane serca, rozbite małżeństwa, nie dotrzymane obietnice. Każdy organizm w ciągu długiego życia gromadzi zbędne, toksyczne substancje. Nie można tego uniknąć. Ale jeśli kobieta, zamiast się zasklepiać w goryczy, powróci do naturalnych instynktów, to odżyje i narodzi się na nowo. Wilczęta rodzą się każdej wiosny. Te małe, skomlące, sennookie, ciemne stworzonka, utytłane w kurzu i liściach, od chwili narodzin są żwawe, skore do zabawy, serdeczne, przejawiają potrzebę bliskości i miłości. Chcą się bawić, chcą rosnąć. Kobieta, która powraca do swej instynktownej, twórczej natury, też powróci do pełni życia. Poczuje chęć do zabawy. Zapragnie rosnąć i rozwijać się, na zewnątrz i w głąb. Wcześniej jednak musi dokonać oczyszczenia.

Jak można to osiągnąć? Jak po katastrofie można powrócić do życia będąc mądrzejszym i silniejszym?

Poprzez wybaczenie.

Dlaczego? Nie dlatego, że osoba, która nas skrzywdziła jest tego godna. Robimy to dla siebie, bo jak to ktoś kiedyś powiedział: Trzymanie w sobie gniewu to tak jakby pić truciznę i oczekiwać, że umrze ktoś inny.

Wybaczenie to nie zapomnienie o winie ani przyznanie racji osobie, która nas skrzywdziła. To stan, w którym ani ona, ani jej wina nie zajmują już miejsca w naszym umyśle i sercu. To umiejętność zdystansowania się, a nie samooszukiwania.

10603983_884096984936141_472063906732083292_o

Wokół wybaczenia narosło już tyle mitów, że trzeba chyba stworzyć instrukcję ze sposobem postępowania, aby uniknąć wszystkich tych nieporozumień i przekłamań. Dr E wyszczególnia cztery, ale na podstawie własnych doświadczeń widziałabym pięć. Przyjrzyjmy się czterem etapom przebaczenia. Opracowałam je na cele pracy terapeutycznej i stosowałam przez długie lata. Każdy poziom ma wiele warstw. Można się nimi zajmować w dowolnym porządku i dowolnie długo, wymieniam je jednak w kolejności takiej, jaką uważam za najwłaściwszą dla moich pacjentek.

Cztery fazy przebaczenia

  1. zaniechać — ustąpić z pola bitwy,
  2. rozgrzeszyć — powstrzymać się od kary,
  3. zapomnieć — wymazać z pamięci, nie roztrząsać dłużej,
  4. wybaczyć — darować wszelkie winy.

Ja zaczęłabym od tego co jest moim zdaniem absolutnie konieczne do całego procesu: odcięcia się. Jeżeli źródłem naszego gniewu jest złośliwy znajomy czy wymagający szef, to małe piwo: od znajomego można się odciąć przestając się z nim widywać, odpisywać na smsy czy wyrzucając z grona znajomych, szef może sobie gderać, ale po prostu wykonujemy swoje obowiązki, a po pracy i tak idziemy do domu, w ostateczności szukamy nowej pracy i lepszego szefa. To nie złośliwy znajomy ani upierdliwy szef są tak naprawdę źródłem gniewu. Największy gniew i ból wywołują ci, których obdarzyliśmy miłością i zaufaniem, a oni go nadużyli. W praktyce są to osoby najbliższe: rodzice, dzieci, partnerzy…Tu odcięcie się przychodzi trudniej ze względów i praktycznych, i kulturowych, ale nadal jest możliwe do wykonania, wymaga jednak większej siły i konsekwencji. Dlatego mój Krok 1 to odseparowanie się fizyczne.

KROK 1: Odseparuj się fizycznie

To jeszcze nie wybaczenie samo w sobie, ale pierwszy krok do niego i bez niego nigdzie nie ruszysz. Jeżeli żyjesz w tej samej przestrzeni, co osoba, która cię krzywdzi (nieważne czy to będzie partner/-ka, matka, ojciec czy ktoś inny), to będziesz tę krzywdę przeżywać cały czas od nowa, niezależnie od tego czy odbywa się na poziomie fizycznym, emocjonalnym, werbalnym czy duchowym. Musisz odciąć od siebie osobę, która na tobie pasożytuje. Bez wyraźnego zakreślenia granic nadal będziesz tkwić w zamkniętym kole tłamszonego gniewu. Jeżeli ktoś nie szanuje granic, które mu nakreślasz, to nie masz innego wyjścia niż odsunąć się fizycznie, inaczej twoje granice nadal będą naruszane, a przez to będzie malało twoje poczucie wartości i godności.

Uciekaj. Ratuj się. Zabierz najpotrzebniejsze rzeczy i szukaj tymczasowego miejsca u rodziców, rodzeństwa, przyjaciół, ostatecznie w schronisku dla ofiar przemocy. Już. Teraz. Nie zwlekaj. Ja mówię zupełnie poważnie. Sama straciłam lata na przekonywaniu do siebie rodziny, która absolutnie nie zamierzała okazać mi życzliwości, szacunku ani akceptacji i wiecznie podnosiła poprzeczkę, nigdy nie byłam wystarczająco dobra, chociaż, mówiąc obiektywnie, niejeden rodzic przyjąłby takie dziecko jak ja z otwartymi rękami. To wyjątkowo wyniszczające dla psychiki, kiedy jest się związanym z prześladowcą więzami krwi, z początku dziecko nie czuje się jeszcze, że coś jest nie tak z dorosłym, a nie z nim i obwinia się o wszelkie przewinienia, które słusznie czy nie wytykają mu rodzice. Kiedy rośnie, zaczyna zauważać, że coś nie pasuje w tej układance, ale jego poczucie własnej wartości jest już skrzywione i zatrute przez niesprawiedliwe traktowanie, więc myśli, że nie umie, nie potrafi, nie uda mu się…

Nieprawda. Uda ci się. Potrafisz. Dasz radę. Ucieczka od tego, co jest chore, ale co znasz w to, co może być o niebo lepsze, ale czego nie znasz to trudna decyzja, jeżeli nie masz mocnego poczucia własnej wartości, to będziesz zwlekać, opóźniać i czekać na lepsze warunki. Tak pracuje nasza podświadomość, ona gromadzi jedynie doświadczenia, nie przetwarza ich, bo od tego mamy świadomość, ale ogromna ilość trudnych przeżyć wykrzywia współpracę podświadomości ze świadomością. Możemy świadomie chcieć uciec, ale podświadomie blokować to i jeszcze wynajdować całkiem logiczne argumenty, dlaczego nie możesz uciec natychmiast, tu i teraz. Wiem o tym. Sama to przerabiałam.

Ale uwierz mi, nie ma nic gorszego niż pozostawać dalej w toxycznym, negatywnym środowisku. Jeżeli chcesz zmienić swoje życie na lepsze to musisz otoczyć się pozytywnymi ludźmi, którzy będą cię wspierać i rozumieć. Pozostawanie w toxycznym środowisku nie tylko naraża cię na dalsze rany, ale też sprawia, że dokonujesz autocenzury swojego zachowania (‘jeżeli nie będę robić tego czy tamtego, to on/-a się nie wścieknie i nie zacznie wrzeszczeć’, ‘jeżeli nie założę tej bluzki tylko tamtą, to oszczędzę sobie jego/jej kąśliwych komentarzy’ etc.). Nie ma nic gorszego niż długotrwała autocenzura. Wysysa duszę kawałek po kawałku aż zostaje tylko suchy wiór.

Dlatego uciekaj. Nie wahaj się. Jeżeli podejmiesz decyzję, to świat zacznie pomagać ci w przejściu w nowe warunki, pojawią się nowe możliwości, życzliwi ludzie, okaże się, że osoby które bałeś/-aś się prosić o pomoc chętnie ci jej udzielą. Wiem, bo sama to przeżyłam. Najtrudniej jest podjąć decyzję, wprowadzić ją w życie i przetrwać pierwsze chwile po zmianie, potem dzień po dniu życie staje się coraz łatwiejsze, aż w końcu pewnego dnia zaczynasz się dziwić jak mogłeś/-aś tak długo znosić podobne traktowanie.

Nie bój się. Uciekaj.

KROK 2: Przyzwyczaj się do nowych warunków

Teraz, kiedy jesteś w bezpiecznym miejscu, skoncentruj się na sobie. To nic złego, nawet jeżeli całe lata wmawiano ci, że twoje potrzeby nie są tak ważne jak innych. Poznawaj nowe otoczenie, przyzwyczajaj się do nowego rytmu dnia, wyrabiaj nowe nawyki, zapamiętuj nowe twarze i odkrywaj nowe możliwości. Spokojnie, powoli, krok po kroku, dzień za dniem. Być może czujesz się rzucony/-a na głębokie wody, a nie umiesz pływać. Bez paniki. Nie rzucaj się gwałtownie na fale, tylko połóż na wodzie, rozluźnij i dryfuj. Ostatecznie morze wyrzuci cię na brzeg. W tym czasie nie zakładaj wielkich planów ani nie zaczynaj wielkich projektów, po prostu żyj i odtruwaj się z negatywów, powoli i spokojnie. Nie myśl o prześladowcy, unikaj kontaktu z nim/nią, a jeżeli to niemożliwe, ogranicz go do minimum. Nie reaguj na jego/jej zaczepki. Nie musisz. Już nic nie musisz. Twoje wyleczenie nie zależy od prześladowcy, twoje wyleczenie zależy wyłącznie od ciebie. Moja uwaga techniczna: dbaj o siebie. To bardzo istotne. Jedz zdrową, nieprzetworzoną żywność, pij dużo wody (najlepiej wyciskaj do niej trochę soku z cytryny), wysypiaj się (jeżeli na skutek traumatycznych wydarzeń nasz problemy z zasypianiem, zgłoś się od razu do lekarza, bezsenność można wyleczyć szybciej, jeżeli nie staje się nawykiem) i funduj sobie regularną porcję ruchu, chociażby poprzez spacer. To naprawdę istotne, wierz mi. Ciało nasiąka negatywami równie łatwo jak psychika, zwłaszcza jeżeli masz tendencje do internalizowania stresu, trzeba je z nich odtruwać i ładować pozytywną energią. Na początku trudnej drogi do wybaczenia dobrze jest na chwilę ustąpić z pola bitwy. Trzeba przestać myśleć o danej osobie czy wydarzeniu. Nie będzie to zostawianie nie dokończonych spraw, ale coś w rodzaju urlopu od nich. Dzięki temu unikniemy skrajnego wyczerpania, umocnimy się w innych sferach życia, zaczniemy dostrzegać inne radości. Takie ćwiczenie sprzyja późniejszemu całkowitemu odpuszczeniu win, które ma przyjść z wybaczeniem. Trzeba się starać zostawić daleko przykre wydarzenia, wspomnienia, konflikty. Nie chodzi o to, by przymykać oko na czyjeś przewinienia, ale by nabrać wprawy i siły w dystansowaniu się od nich. Zaniechanie może oznaczać zajęcie się ulubioną czynnością — tkanie, pisanie, wyjazd nad morze, naukę i miłość, wszystko, co przywraca siły i pozwala na jakiś czas porzucić myśl o gniewie. To słuszne, dobre i uzdrawiające. Problemy związane z dawnym urazem są dla kobiety o wiele mniejszą udręką, jeśli przekona swą zranioną psychikę, że teraz tylko nakłada kojący balsam, a całością sprawy zajmie się niebawem.

KROK 3: Obserwuj swoje wnętrze

Kiedy już poczujesz się bezpiecznie i stabilnie, zwróć szczególną uwagę na to co dzieje się w twoim wnętrzu. Jakie uczucia w nim dominują? Co jest ich przyczyną? Co je nasila? Co je redukuje? Teraz, kiedy jesteś bezpieczny/-a i na nowo zakotwiczyłeś/-aś się w życiu, możesz rozpocząć odbudowywanie siebie z gruzów. Pisz dziennik, w którym zanotujesz swoje odczucia i wrażenia. Jeżeli możesz zacząć współpracę z terapeutą albo dołączyć do grupy wsparcia, to rozważ to, doświadczeni ludzie pomogą ci dostrzec głęboko zakorzenione lęki, zahamowania, wzorce zachowań, komplexy etc. Nie jesteś sam/-a, wiele osób przed tobą borykało się z tym problemem i udało im się je przezwyciężyć. Poradzili sobie. Dlaczego tobie miałoby się nie udać? Koncentrujesz się na tym co jest tu i teraz, a także na tym co będzie, nie jesteś już niewolnikiem przeszłości. Dawne wydarzenia ukształtowały cię, ale cię nie definiują. Zapomnieć, znaczy usunąć z pamięci, zaprzestać roztrząsania sprawy — innymi słowy, dać spokój i nie rozgrzebywać wspomnień. Nie chodzi o absolutne zapomnienie. Świadome zapominanie oznacza odłożenie bolesnego wydarzenia do przeszłości, nie wysuwanie go na pierwszy plan, lecz usunięcie ze sceny, na plan drugi. Świadome puszczanie win w niepamięć jest w praktyce powstrzymaniem się od zaogniania konfliktu, odrzuceniem bolesnych wspomnień. Jest to wysiłek aktywny. Nie wywlekamy starych spraw, nie wałkujemy ich w nieskończoność, nie zadręczamy się powracającymi myślami, obrazami, emocjami. To wysiłek woli, by nie poddać się obsesjom, nabrać dystansu i nie patrzeć wstecz. Dzięki temu możemy zacząć żyć w nowym krajobrazie, tworzyć sobie inne życie, zdobywać nowe doświadczenia, które nas pochłoną, zamiast wciąż się dręczyć przeszłością. Takie zapominanie oczywiście nie oznacza kompletnej amnezji, pozwala natomiast złożyć na wieczny spoczynek uczucia wzbudzane przez pamięć.

To także czas aby pochować stary gniew i ból. Dr E opowiada o tym, że z pacjentką rysują mapę jej życia i zaznaczają, gdzie wydarzyły się większe i mniejsze straty emocjonalne: las muertes chiąuitas (małe śmierci) i las muertes grandotas (wielkie śmierci), gdy jakaś jej część umarła. Rysują przy nich krzyż tak jak stawia się krzyże przy drogach w miejscu, gdzie ktoś zginął tragiczną śmiercią. Należy zrobić swoje descansos [miejsca wiecznego spoczynku – przyp. A.L.] — pomyśleć nad linią swego losu i zadać sobie pytania: „Gdzie stoją moje krzyże? Które miejsca w życiu powinnam upamiętnić, otoczyć czcią?” Wszystkie one są istotne dla teraźniejszego życia. Trzeba o nich pamiętać, a zarazem zapomnieć o nich. Na to trzeba czasu. I cierpliwości.

KROK 4: Przyjrzyj się prześladowcy

Zazwyczaj ten krok przychodzi razem z Krokiem 3 albo wkrótce po nim. Przyjrzyj się swojemu prześladowcy, zastanów nad powodami, dla których zachowywał/-a się tak a nie inaczej. Nie rozgrzeszaj go/jej. Nie usprawiedliwiaj. Nie zdejmuj z niego/jej odpowiedzialności za to co zrobił/-a. Przyjrzyj się jego/jej życiu, zauważ okoliczności i prawidłowości, które zaprowadziły go/ją, do takich a nie innych wyborów. Tu nie chodzi o negowanie win twojego prześladowcy, chodzi o spojrzenie w szerszym świetle. Jeżeli jako dziecko twój mąż widział ojca bijącego w alkoholowym amoku matkę to najprawdopodobniej zaowocowało to jego znęcaniem się nad tobą. Jeżeli twojej matce jako dziecku wyznaczano sztywne ramy „bądź taka a taka” i karano surowo za ich przekroczenie, to gdy dorośnie, będzie w ten sam sposób terroryzować ciebie. Nie, to absolutnie ich nie usprawiedliwia. W każdym momencie życia mogli się zatrzymać i zmienić ścieżkę. Jednak dostrzeżenie szerszego obrazu, uruchamia w tobie współczucie, a współczucie jest emocją oczyszczającą i neutralizującą gniew. [Kolejna] faza to rozgrzeszenie, szczególnie w sensie powstrzymania się od wymierzenia kary; nie planujemy jej i nie staramy się mścić ani na małą, ani na dużą skalę. Takie zapanowanie nad emocjami jest ćwiczeniem niezwykle owocnym, ponieważ sprowadza problem w jedno miejsce, zamiast rozprzestrzeniać go na wszystkie sfery życia. W ten sposób przygotowujemy się do chwili przejścia do następnych kroków. Oczywiście nie oznacza to, że mamy stać się ślepe, głuche i zatracić samozachowawczą czujność. Musimy natomiast okazać wyrozumiałość i sprawdzić, jak ona zadziała (…) Zrób w tym kierunku tyle, ile akurat potrafisz (…) Możesz się powstrzymać od karzących półsłówek, uszczypliwych uwag, pretensji, wrogości. Rezygnacja z niepotrzebnych sankcji podkreśla prawość twego charakteru i czynów. Rozgrzeszenie wiąże się z okazaniem wspaniałomyślności; w ten sposób pozwalasz, by twoja szlachetna strona mogła uczestniczyć w rozwiązaniu problemów, które dawniej wzbudzały w tobie cały wachlarz emocji, od nieznacznego poirytowania do wybuchów furii.

KROK 5: Przebaczaj tyle ile możesz

Dopiero w tym momencie jesteś gotowy/-a na przebaczenie. Nie dawaj sobie wmówić, że ‘musisz wybaczyć, bo…’. Wybaczasz TYLKO WTEDY gdy jesteś na to wewnętrznie gotowy/-a. Zewnętrzne wydarzenia nie mogą przyspieszać twojego rytmu wewnętrznego. Nie spiesz się. Im większa była krzywda i im dłużej trwała, tym więcej czasu zajmie wybaczenie. Nie wierz również w to, że wybaczenie jest aktem jednorazowym i że koniecznie musisz wybaczyć całkowicie. Wybaczaj po trochu, krok za krokiem, tyle ile w danej chwili możesz. Rozważcie to: wiele osób nie umie przebaczać, ponieważ wpojono im mylne przekonanie, że jest to pojedynczy akt, którego można dokonać podczas jednej rozmowy. Nic bardziej fałszywego. Przebaczenie ma wiele warstw, wiele faz. W naszej kulturze panuje opinia, że przebaczenie powinno być stuprocentowe. Wszystko albo nic. Uczy się nas także, że przebaczyć to patrzeć przez palce na przewinienia i zachowywać się tak, jak gdyby nic się nie stało. To także nieprawda. Kobieta, która umie wybaczyć wielką krzywdę w dziewięćdziesięciu pięciu procentach, kwalifikuje się niemal do beatyfikacji, jeśli nie do świętości. Jeśli przebacza w siedemdziesięciu pięciu procentach, a w dwudziestu pięciu nie jest pewna i nawet nie wie, czy tego pragnie, to i tak jest to nieprzeciętnie dużo. W zupełności wystarczy, że przebaczy w sześćdziesięciu procentach przy czterdziestu: „Nie wiem, nie jestem pewna, wciąż nad tym pracuję”. Jeśli jesteśmy w stanie przebaczyć w pięćdziesięciu procentach, to praca psychiczna wciąż jest w toku. A jeśli to mniej niż dziesięć procent? Dopiero zaczęłaś, a może jeszcze nie podjęłaś naprawdę poważnych prób.Ja powiem tak: jeżeli nie będziesz czuć gniewu ani chęci zemsty w stosunku osoby, która cię skrzywdziła, to jest już naprawdę w porządku. Dobra robota. Idziesz w prawidłowym kierunku, bądź cierpliwy/-a.

Co jeszcze istotne: nie dawaj się omotać osobom, które powołując się na wiarę, będą naciskać, że trzeba wybaczyć prześladowcy, bo to zachowanie godne chrześcijanina. Odeślij ich wtedy do Biblii, do Ewangelii Łukasza (Łk 17:3), która mówi wyraźnie: Jeśli brat twój zawini, upomnij go; i jeśli żałuje, przebacz mu I jeśliby siedem razy na dzień zawinił przeciw tobie i siedem razy zwróciłby się do ciebie, mówiąc: “Żałuję tego”, przebacz mu!». Nie może być tak, że jesteś zmuszany/-a do wybaczenia i wystawiania się na dalszą przemoc, a twojemu prześladowcy wolno robić co się mu/jej żywnie podoba. Dla osób znających angielski polecam świetną stronę: http://www.luke173ministries.org/. Nie przeceniałabym też wartości przeprosin, wiem że dzieci z rodzin dotkniętych przemocą chcą często usłyszeć przeprosiny z ust rodziców, ale jeżeli mogę coś sugerować, to powiedziałabym raczej, żeby jednak nie uzależniać wyzdrowienia od przeprosin ze strony oprawcy tylko zadbać o siebie, z dwóch przyczyn: po pierwsze, praktycznej – nie mamy wpływu na postrzeganie i zachowanie innych osób, ale mamy na swoje. Po drugie, nie zawsze te przeprosiny mają faktyczną wartość, jeżeli prześladowca nie zrozumiał rozmiaru krzywdy jaką wyrządził, to staną się wręcz farsą, a ofiara poczuje się jeszcze bardziej dotknięta i upokorzona. Ponadto w przypadku osób z psychopatycznymi zaburzeniami charakteru takimi jak narcyzi, te przeprosiny będą odegrane o ile będzie to dla niego/niej opłacalne lub wymuszone przez otoczenie.

Niektórym wybaczenie przychodzi łatwiej, inni potrzebują więcej czasu i włożonego wysiłku. Nie ma sensu porównywać się, bo znowu aktywujemy myślenie według wzorów ego. Ani ktoś komu wybaczenie przychodzi łatwo nie jest święty, ani ten, komu jest ciężej to osiągnąć nie jest zły. Jednak żeby się rzeczywiście uleczyć, trzeba wpierw powiedzieć sobie prawdę, i to nie tylko o żalu i bólu, ale i o doznanych krzywdach, wściekłości i wstręcie, a także o pragnieniu ukarania samej siebie i zemsty, o wszystkich uczuciach, które w nas wzbierają. Stara znachorka w naszej psychice rozumie ludzką naturę ze wszystkimi ułomnościami i wybacza, znając nagą prawdę. Daje nie tylko jeszcze jedną szansę, daje ich całe mnóstwo.

Trzeba pamiętać, że ostateczne wybaczenie nie jest kapitulacją. To świadoma decyzja, że odtąd przestajemy żywić żal i pretensje, że darujemy wszelkie winy i rezygnujemy z zaprzysiężonej zemsty. To ty zdecydujesz, kiedy wybaczyć i jaki rytuał zastosować, by podkreślić to wydarzenie. To ty ogłosisz, że nie chcesz już żadnej spłaty długów.

A na koniec najważniejsze: wybaczenie należy zacząć od siebie. Trzeba wybaczyć sobie błędy, braki i zaniechania. To być może jedna z najtrudniejszych i najbardziej mozolnych psychicznych robót, ale niezbędna dla dalszego rozwoju. Wybaczenie jest aktem twórczym. Jest wiele starych, wypróbowanych sposobów do wyboru. Można wybaczyć na razie, do jakiegoś czasu, do następnego razu, można wybaczyć, nie dając więcej szans — jeśli incydent się powtórzy, to zupełnie inna sprawa. Można dać jedną czy więcej szans, ale tylko pod jakimś warunkiem. Można wybaczyć częściowo, całkowicie, tylko w połowie. Można odkryć przebaczenie absolutne. Decydujesz ty.

Odcinek 12: Kobieta o Złotych Włosach. O samotności i Klanie Blizn

biegnaca z wilkami kobieta o zlotych wlosach

Kobieta o Złotych Włosach

Była sobie niezwykła i urodziwa dziewczyna o długich, jasnych włosach, pięknych jak złote nici. Nie miała matki ani ojca, żyła ubogo. Mieszkała samotnie w lesie; na krosnach zrobionych z gałęzi tkała piękne tkaniny. Pewien niegodziwiec, syn wypalacza węgla, chciał ją zmusić do małżeństwa. Ona, usiłując go odprawić, dała mu pukiel swoich złotych włosów. Ów prostak nie poznał się na ich duchowej wartości i chciał je sprzedać na targu, jednak ludzie tylko patrzyli na niego, jakby postradał zmysły.

Rozsierdzony wrócił nocą do chaty młodej kobiety i zamordował ją własnymi rękami, a ciało zakopał nad rzeką. Długo jeszcze ludzie nie zauważali jej zniknięcia. Nikt się nie troszczył o jej zdrowie i pomyślność. Jednak złote włosy w mogile wciąż rosły i rosły. Piękne sploty wiły się, przebijały przez czarną ziemię, kłębiły i kręciły, aż cały grób porósł gęsto złocistą trzciną.

Pasterze robili z niej piszczałki, a kiedy zaczynali na nich grać, maluśkie fujarki śpiewały:

Tu leży dziewczyna o złotych włosach, zamordowana spoczywa w mogile, zabił ją syn wypalacza węgla dlatego, że chciała żyć.

W ten sposób ludzie dowiedzieli się o zabójcy i postawili go przed sądem, żeby wszyscy mieszkańcy lasów mogli znów żyć bezpiecznie

—————————————————————————————–

Tym razem rzecz będzie o tym co robić, kiedy przeszło się już przez wiele doświadczeń i zostało przez nie nieodwracalnie naznaczonym. To będzie opowieść o Klanie Blizn.

Są w życiu wielu z nas pewne traumatyczne wydarzenia, z których nie da się wyjść niezmienionym, czy będzie to trudne, pełne przeszkód dzieciństwo, czy nieudany, toxyczny związek, czy tragiczny wypadek, czy inna rzecz, która w jakiś sposób wytrąciła nas z równowagi. Nawet jeżeli odreagujemy samo wydarzenie, nie będziemy już nigdy tacy jak wcześniej. Co gorsze, często dzieje się tak, że z jakichś przyczyn nie jesteśmy w stanie wyrzucić z siebie nagromadzonego bólu, żalu oraz złości, które rosną i wręcz rozsadzają nas od środka.

Bardzo często jesteśmy mentalnie i emocjonalnie wyganiani na pustynię, a nasze życie musi toczyć się w ukryciu, pod ziemią, jak o tym była mowa w poście o La Lobie. Maya Angelou rzekła kiedyś, że nic nie ciąży tak jak niewypowiedziana historia, czy jest to sekret, który ukrywamy z własnej woli, czy dlatego, że jesteśmy do tego zmuszani w imię jakichś racji (najczęściej kulturowo – religijnych). Boimy się, że ujawnienie go spowoduje odrzucenie, zerwanie istotnych relacji czy inne sankcje, jednak nie ujawniając na zewnątrz tego co ma takie znaczenie dla naszego wnętrza, sprawiamy, że de facto i tak jesteśmy już wygnańcami na pustyni. Bardzo często wchodzą też w grę różnice kulturowe wobec tego, co według norm społecznych wolno poszczególnym płciom; to co uchodzi mężczyźnie w przypadku kobiety jest tabu. Stosowanie się do tych nieformalnych nakazów i zakazów oraz milczenie w przypadku naruszania ich odcina nas od naturalnych zachowań, spontaniczności, swobody, radości i okazywania uczuć. Staramy się unikać wszystkiego co przypomina nam o sekrecie i powoduje ból, trzymamy się z daleka od pewnych tematów, rozmów, filmów, książek etc., stosujemy po prostu rodzaj psychicznej autocenzury. Co gorsze, często umysł nie chce trzymać w sobie tajemnicy i spycha ją do podświadomości. Nasza psychika jest tak skonstruowana, że przy podejmowaniu działania świadomość szuka właśnie w podświadomości wzorców zachowań i jeżeli coś zostało zaklasyfikowane jako tabu, to nawet przy pełnej gotowości racjonalnego umysłu do wprowadzenia zamiaru w czyn, podświadomość będzie ten plan utrącała. Wstydliwe sekrety kobiet to historie stare jak świat. Każda z nas, która ku własnej zgubie dusi w sobie sekret, zostaje przytłoczona brze­mieniem hańby. Ten uniwersalny stan podlega archetypowemu wzorco­wi: bohaterka albo została zmuszona do zrobienia czegoś, albo, utraciw­szy zdrowy instynkt, wpadła w pułapkę. Na ogół jest tak bezsilna, że nie umie polepszyć swej nieszczęsnej sytuacji. Przysięga lub poczucie wsty­du zmusza ją do zachowania tajemnicy. Milczy z obawy przed utratą miłości, szacunku, środków do życia. Dodatkowo sekretu strzeże często klątwa, groźba surowej kary rzucona na tego, kto go zdradzi. Kobiety wychowuje się w przekonaniu, że pewne wydarzenia, decy­zje i sytuacje życiowe najczęściej związane z seksem, miłością, pieniędzmi, przemocą i kłopotami, a więc okoliczności, którymi przepełniona jest ludzka kondycja, mają naturę najbardziej intymną i hańbiącą i nie można się spodziewać za nie rozgrzeszenia. A jest to nieprawda.

 To truizm, ale wszyscy popełniamy błędy, a większość z nich da się naprawić albo w jakiś sposób odkupić. Dręczenie siebie poczuciem winy oraz wstydem nie pomaga, skazuje nas tylko na cierpienie w samotności i niesienie ciężaru winy, często całymi latami. Dr E podaje za Jungiem, że trzymanie w sobie wstydliwego sekretu odcina nas od nieświadomości, bo dookoła niego powstaje „martwa strefa” – obszar niewrażliwy na bodźce, który nie reaguje na wydarzenia w życiu emocjonalnym u siebie i innych. Jednak psychiką rządzi zasada kompensacji, dlatego nie mogąc mówić o czymś wprost będziemy ulegać niezrozumiałym atakom furii, nagle wpadać w melancholię, odczuwać nerwobóle, przybierać lub tracić na wadze, wpadać w obsesje, natrętne nawyki czy nałogi. Sekret przedrze się na powierzchnię, jeśli nie w bezpośrednich słowach, to za pomocą objawów somatycznych, i najczęściej w taki sposób, że nie można się tym zająć i pomóc bezpośrednio. Co więc robi kobieta, kiedy sekret przecieka? Goni go, wydatkując dużo energii. Upycha go, zawija i zakopuje znowu w martwej strefie, budując silniejsze fortyfika­cje. Woła swoje homunkulusy — wewnętrznych strażników, obrońców ego — każe budować więcej bram, więcej ścian. Opiera się o swój ostatni psychiczny grobowiec, pocąc się krwawo, dysząc jak lokomoty­wa. Kobieta, która dusi w sobie sekret, jest kobietą wyczerpaną.

NIE RZUCAJ PEREŁ PRZED WIEPRZE

Motyw odizolowania się w pustelni przypomina trochę motyw życia ukrytego na pustyni, o którym była mowa w La Lobie (zresztą w czasach wczesnośredniowiecznych pustelnicy często szukali schronienia właśnie w tym miejscu). Przypomina, że mimo braku wsparcia siły życiowe symbolizowane przez włosy (Trzy Złote Włosy) nie zostają unicestwione i że nie ma dla nich granic.

Odizolowanie się od innych może wynikać z niedopasowania jak u Brzydkiego Kaczątka czy z chłodu emocjonalnego otoczenia jak u Dziewczynki z Zapałkami (jak ktoś mądrze zauważył, najbardziej boli samotność wśród innych). Psychicznie Kobieta o Złotych Włosach symbolizuje ten aspekt naszej psychiki, który dąży do niezależności i nie potrzebuje wiele do szczęścia. Mitologicznie reprezentuje kore – młodą, niezamężną dziewczynę, która na krosnach zrobionych z gałęzi tka piękne tkaniny, a zatem ma znowu wiele wspólnego z Mojrami/Parkami/Nornami czyli boginiami losu tkającymi nici życia oraz z Gają (stały kontakt z naturą, jej krosna są zrobione z gałęzi drzew wyrosłych z Bogini Matki, podobny motyw odnajdujemy w baśni o Wasylisie, która zamiata obejście Baby Jagi miotłą – drapaką z gałązek krzewów). Ma zatem cechy Dzikiej Kobiety, która z siedzib ludzkich powraca do lasu. Nikt jej nie powstrzymuje, nikt nie zachęca aby została, nikt tak naprawdę nie zauważa jej odejścia, podobnie jak w przypadku poprzednich żon Sinobrodego, o które nie upomniały się rodziny. Niestety, aż nazbyt wiele kobiet natychmiast pojmuje, co znaczy ten brak zainteresowania. Z taką samą postawą otoczenia spotyka się często kobieta, która ma coś do ukrycia. Choć ludzie być może dostrzegają, że jej serce zostało zranione, celowo albo mimowolnie okazują jej obojętność i ślepotę.

Na swoje nieszczęście, mimo odizolowania się od ludzi, dziewczyna napotyka na kolejne baśniowe wcielenie Sinobrodego. Kobieta o Złotych Włosach ma dobre rozpoznanie. Jest świadoma siebie, wie jakie są jej potrzeby, zdaje sobie sprawę z tego co jest dla niej dobre, a co nie, dlatego nie ulega namowom syna węglarza i nie chce wyjść za niego za mąż. Daje mu zaledwie pukiel włosów, cząstkę swoich sił życiowych, jednak ma on naturę nie rozumiejącego niuansów Sinobrodego i nie pojmuje wartości daru. Usiłuje go sprzedać, a kiedy mu się to nie udaje, czując się upokorzony (od razu rzuca się w oczy niskie poczucie wartości), zabija ją. Wielu  z nas zapewne spotkało się z sytuacją gdy ukochana osoba jest w potrzebie, więc pomagamy jej, wysłuchujemy, pocieszamy, szukamy wyjścia, robimy co możemy, dajemy z siebie to co najlepsze, ale gdy sytuacja się odwraca wcale nie dostajemy tego samego. Nagle okazuje się, że przesadzamy, o co nam w ogóle chodzi, to co mówimy jest niezrozumiałe i bez sensu, a tak w ogóle to mamy wziąć się w garść i przestać płakać. Cóż rozsądnego można odpowiedzieć na takie dictum? Aż ciśnie się na usta przysłowie: „nie rzucaj pereł przed wieprze”.

W baśni dziewczyna zostaje zabita przez niechcianego zalotnika, w praktyce naszą naturalność, otwartość i entuzjazm zabijają kolejne bolesne rozczarowania, zdrady, rozstania i upokorzenia. Nie zabijają jednak naszej siły życiowej, która odżywa i rozrasta się tak jak włosy bohaterki. O podobnym procesie odbudowywania i regenerowania się była już mowa  we wspomnianych wcześniej La Lobie, Trzech Złotych Włosach i Kobiecie – Szkielecie, jednak w tej baśni dochodzi element rozprawy z przyczyną krzywdy i ostrzeżenia innych. Pasterze w pewien sposób nadają umarłej nowe życie (wdmuchiwanie powierza w piszczałki przywołuje obraz Stworzyciela, który powietrzem – gr. pneuma – rozpoczyna życie nowej istoty) i pozwalają przemówić własnym głosem. Aby uporać się z bolączkami musimy przemówić, a zmusza nas do tego śmierć – zmiana. Są tajemnice, które umacniają — na przykład te, które są częścią strategii wiodącej do osiągnięcia chwalebnego celu, albo radosne sekrety, które chowamy na dnie serca, by je lepiej smakować. Ale sekrety wstydliwe różnią się od nich jak dzień od nocy. Te drugie trzeba wydobyć na jaw i pokazać wyrozumiałym ludziom. Kiedy kobieta kryje jakąś hańbę, musi znosić ogromne wyrzuty sumienia i cierpienia, które sama sobie zadaje. Poczucie winy i udręki, które miałyby nastąpić po zdradzeniu sekretu, i tak na nią spadają, mimo że milczy; cierpienie atakuje ją od wewnątrz.

 Tajemnica jest zagrzebana w psychice jak ciało Kobiety o Złotych Włosach w ziemi. Ziemia jak nic innego ma zdolności do usuwania tego co niepotrzebne i przemiany w nowe życie, ale dopóki zbrodnia nie zostanie ujawniona, nie podlega się procesom regeneracji. Często ofiary zagrzebują to czego się wstydzą tak głęboko, że wyrzucają wydarzenia czy słowa z pamięci oraz świadomości i wypływają one dopiero w snach. Symbolicznie oddaje to sen, w którym widzi się zagrożenie, ale nie jest w stanie przed nim ostrzec, bo nie można wydobyć z siebie głosu. Przemówić można na wiele sposobów: czy to wprost, rozmawiając z terapeutą czy zaufaną osobą, czy poprzez napisanie niewysłanego listu, czy sztukę, czy muzykę*, czy w inny sposób. Ważna jest reakcja odbiorcy, bo zdawkowe potraktowanie tematu czy lekceważenie wywoła w sercu kolejną ranę, która długo będzie się zabliźniać.

Nie jest łatwo się otworzyć, szczególnie jeżeli przez wiele tygodni, miesięcy, a nawet lat, milczało się i nie znajdowało przyjaznej duszy, która wysłuchałaby uważnie, nie oceniała i mądrze doradziła. Niektórym pomagają grupy wsparcia, gdzie łatwiej jest się odnaleźć wśród osób o podobnych doświadczeniach. Terapeutyczna moc takich sesji polega na ostatecznym wypraniu wszystkich długo składowanych „brudów”. Niepisany zakaz publicznego prania rodzinnych brudów mija się z celem, ponieważ owe brudy wcale nie zostają wyprane w kręgu rodziny. Leżą w najciemniejszym kącie piwnicy przesiąknięte tajemnicami. Uparte milczenie działa jak jadowita trucizna i w gruncie rzeczy świadczy o tym, że kobieta nie znajduje w bliskich dość oparcia, żeby poradzić sobie z bolesnymi problemami.

Aby krwawiąca rana zagoiła się i zabliźniła trzeba też przyjąć do wiadomości, że otoczenie, od którego uciekamy najprawdopodobniej nigdy nie nas nie zrozumie, nie doceni i nie przeprosi. Tak, to niesprawiedliwe, ale uświadomienie sobie tego pomaga nam porzucić wzorce ofiary i na dobre odciąć się od negatywnych wpływów. Weź to na logikę: gdyby ludziom z Twojego otoczenia naprawdę zależało na tym, by dowiedzieć się co czujesz, to już dawno by to zrobili. Jeżeli będziesz teraz koniecznie dążyć do konfrontacji i próbować zmusić, żeby przyznali, że ich obojętność i brak empatii były niewłaściwe, najprawdopodobniej będą próbowali zlekceważyć Twoje słowa albo wmawiać Ci, że nie masz racji, bo było zupełnie inaczej. To są ich mechanizmy obronne. Gdyby zrozumieli i przyznaliby Ci rację, musieliby skonfrontować się ze swoim Cieniem, musieliby przyjrzeć się mrocznej stronie swojej osobowości. Nie każdy jest na to gotowy. Większość nie jest. Macocha i siostry Wasylisy wolały posłać ją samotnie nocą w ciemny las niż samym spojrzeć w twarz Baby Jagi. Przyznanie się do błędu zawiera w sobie obietnicę wewnętrznej zmiany, ale ta często wymaga czasu i wysiłku, dlatego niewielu się jej podejmie. Tak, to niesprawiedliwe, że nawet teraz gdy wykrzyczałeś/wykrzyczałaś co Ci leżało na sercu nie ma szczęśliwego zakończenia, w którym zły bohater przeprasza dobrego i naprawia wyrządzone krzywdy. To bardzo niesprawiedliwe, że Ty, po tym jak tyle wycierpiałeś/wycierpiałaś nadal musisz zachowywać się jak starsze rodzeństwo i być tym mądrzejszym, cierpliwszym, bardziej wyrozumiałym etc. Ale zdobędziesz dzięki temu świadomość, jakiej inni nie potrafią sobie nawet wyobrazić.

KLAN BLIZN

Przez lata klasyczne psychologie błędnie utrzymywały, że z żalem można się uporać jednorazowo, najlepiej w ciągu jednego roku, po czym wszystko ma wrócić do normy. Każdy, kto nie chce lub nie potrafi ukończyć tego procesu w „przepisowym” czasie, cierpi na jakieś zaburzenia. Obecnie wiadomo, że prawdą jest to, co istoty ludzkie instynk­townie wyczuwały od wieków: pewne rodzaje krzywd, nieszczęść i wstydu nie dają się wymazać przez rytualny żal; strata dziecka z po­wodu jego śmierci lub rozdzielenia z nim jest jedną z największych, jeśli nie największą próbą wytrzymałości psychicznej.

Dr E pisze, że w pracy terapeutycznej proponuje pacjentkom stworzenie długiego do ziemi płaszcza, na który naszywa się, maluje lub przypina symbole tego, co się przeszło, wszelkie rany, zdrady, obelgi, wszystko to co się z różnych względów poświęciło. Tworzy się go tak długo jak trzeba, czasami kilka dni, a czasami kilka miesięcy. Najpierw zaczęłam robić płaszcz ofiarny dla siebie. Wkrótce stał się tak ciężki, że dźwigać go musiał cały orszak Muz. Początkowo zamierzałam złożyć wszystkie swoje psychiczne śmieci w tym jednym przed­miocie, a potem pozbyć się ich przez spalenie go. Zamiast tego powie­siłam go w korytarzu i za każdym razem, kiedy koło niego przechodzi­łam, czułam się dobrze, nie miałam żadnych negatywnych odczuć. Byłam pełna podziwu dla ovarios kobiety, która była zdolna unieść na sobie ten płaszcz, nie zachwiać się pod nim, lecz śpiewać, tworzyć i radośnie przyjmować wszystko.

 Stąd określenie Klan Blizn. Rany po traumach, ciężko okupionych błędach albo wypadkach losowych przestają w końcu krwawić i zabliźniają się. Choć pozostanie mnóstwo blizn, pamiętajmy, że tkanka blizny jest silniejsza i odporniejsza na wszelkie urazy niż zwykła skóra (…)

Czasem dobrze jest policzyć swój wiek nie w latach, ale w liczbie blizn zdobytych w bitwach.

— Ile masz lat? — pytają mnie czasem. — Siedemnaście blizn — odpowiadam. — Zwykle ludzie nie krzywią się i sami chętnie obliczają swój wiek w taki sposób.

 Indianie Lakota malują na skórach zwierząt, zapisując zimowe wydarzenia. Indianie Nahua, Majowie i Egipcjanie mieli kodeksy, w któ­rych notowali wielkie wydarzenia — wojny i zwycięstwa. Na ich podobieństwo kobiety mają swoje płaszcze ofiarne, płaszcze bitewne. Zastanawiam się, co nasze prawnuczki i praprawnuczki pomyślą o takim zapisie naszego życia. Mam nadzieję, że trzeba im będzie to wyjaśniać.

 NEO W ŚWIECIE MATRIXA

I znowu na koniec dorzucę swoje trzy grosze, już bez powoływania się na dr E. Mam trzydziestoletnie doświadczenie w przeżywaniu naprawdę głębokiej samotności, więc sporo zdążyłam się na ten temat nauczyć.

Akurat teraz żyjemy w kulturze, w której samotność nie jest ceniona. Gdybym w czasach wczesnego średniowiecza udała się na pustynię i żyła tam samotnie, cieszyłabym się szacunkiem i uznaniem, jako ktoś, kto ma bliski kontakt z Bogiem. Ale żyję w kulturze zachodnioeuropejskiej, w której kontakty międzyludzkie są na piedestale, a zawiązuje się je głównie przy używkach i niezobowiązujących rozmowach. Nie palisz, nie pijesz, nie oglądasz telewizji? To będziesz dosyć nieatrakcyjna towarzysko.

Skąd w ogóle bierze się potrzeba izolacji? Raczej nie pojawia się nagle i niespodziewanie, dojrzewamy do niej wraz z każdą niespełnioną prośbą, wyśmianą opinią czy niezrozumianą potrzebą, jaką podzielimy się z otoczeniem. Myślę, że sporo z nas „ma to od zawsze”. Traktowanie z góry, według sztywnych wzorców zachowań zamiast słuchania i zastanowienia się nad tym, co dana osoba ma do powiedzenia sprawia, że na zewnątrz gaśniemy i chowamy większość życia do wewnątrz. Niektórzy z nas będą jeszcze utrzymywać pozory, uczestniczyć w świętach rodzinnych albo wychodzić ze znajomymi, ale to, co myślą będą zachowywać dla siebie. Niektórzy będą mieli już tak dosyć sztucznego życia, że odizolują się i psychicznie, i fizycznie. Znajdą swój Prawdziwy Świat. Często w pieszych wycieczkach górskich, kontakcie z naturą lub książkach, czasami w sporcie czy innej pasji, często w grach komputerowych. A wkraczając do Prawdziwego Świata możemy (choć wcale nie musimy) przejść jako rzekli William Blake oraz Aldous Huxley drzwi percepcji i zobaczyć więcej niż inni. Będąc sam na sam ze sobą, słuchając własnego wewnętrznego głosu, a nie pogawędek innych, możemy wiele rzeczy zobaczyć z szerszej perspektywy i zrozumieć. Neo nawet jako Mr Anderson stronił od ludzi. Gdyby był duszą towarzystwa pewnie dalej tkwiłby w Matrixie, ale on przeczuwał już, że coś tu nie gra, coś jest nie tak. Tkwił samotnie przed komputerem, próbując znaleźć odpowiedź co nie pasuje w tej układance, a kiedy pojawił się ślad, natychmiast podążył za białym królikiem i nie wahał się zażyć czerwonej pigułki. Bo wiedział, że cokolwiek się stanie, nie potrafi dłużej żyć udawanym życiem. Bo nie bał się samotności, która jest pierwszą ceną jaką płacimy za dokonywanie wyborów. Neo po prostu osiągnął w życiu taki moment, gdy przestał słuchać stałego paplania innych i zaczął słuchać siebie. A wtedy zgodnie z zasadą ‘kiedy uczeń jest gotowy, pojawia się Mistrz’ znalazł go, oświecił i wytrenował Morfeusz.

Ale nawet jeżeli nie pojawia się ktoś pomocny, sami możemy się Przebudzić, jednak chcąc nie chcąc nadal żyjemy w Matrixie. Słyszymy co ludzie mówią i dziwimy się. Spoglądamy na świat ich oczyma i natychmiast z przerażeniem je zamykamy. Próbujemy podążać ścieżkami myślenia, jakie podaje się nam jako właściwe, pewne oraz bezpieczne i natychmiast się gubimy. Nawet żyjąc w Matrixie, nie stosujemy się już do jego zasad, nie potrafimy ograniczyć się tylko do pozorów, nie dajemy rady wcisnąć się w zestaw przepisów na życie jaki prezentuje. Nie widzimy już firewalla iluzji, jaką wywołuje. Widzimy, że to Matrix. Widzimy, że to tylko zielone cyferki tak jak Neo pod koniec filmu. Stajemy się wirusem.

Dlatego główny program będzie nas ścigał, będzie ustami Agentów Smithów tłumaczyć nam, że to nie tak, że źle widzimy, że nie mamy racji, że jesteśmy tylko trybem w Matrixie, że w naszym postrzeganiu świata jesteśmy zupełnie sami. Aha! I tu tkwi sedno. Bo tak naprawdę wcale sami nie jesteśmy. Jest nas wielu, tyle że żyjemy w rozproszeniu, a to sprawia pozory, że nikt nie wie, nikt nie rozumie, nikt nie wysłucha… Jednak nagle, ni stąd ni zowąd, gdzieś, kiedyś, w zupełnie niezobowiązującej rozmowie pojawia się coś, co sprawia, że unosimy brwi ze zdumienia i pytamy: Ty też?! Potem ku naszemu zdziwieniu okazuje się, że jest ktoś podobny, i jeszcze jeden, i jeszcze kolejny, aż w końcu możemy skompletować całą załogę Nabuchodonozora.

Jeżeli mamy dostęp do głębokiej wiedzy**, to musimy pamiętać, że my sami raczej nie będziemy za to wychwalani, a nasze słowa pozostaną niezrozumiałe. Trzeba przyjąć do wiadomości, że większość ludzi wcale nie chce odłączyć się od Matrixa. Jest im w nim dobrze. Trochę sobie ponarzekają, trochę pomarudzą, ale ogólnie są zadowoleni i podążają ścieżkami wyznaczonymi przez innych. To ich prawo. Nie nam ich oceniać. Pamiętajmy, że każdy z nas od dzieciństwa tkwi w Matrycy i my kiedyś też byliśmy w punkcie, w którym oni się teraz znajdują. Nie ma sensu odłączać ich jeżeli nie są do tego gotowi. Nie ma sensu ironizować, używać sarkazmu ani pokazywać wszem i wobec jacy to my nie jesteśmy genialni. Mądrość wymaga pokory. Od nas, nie od nich. Jeżeli jednak zobaczysz, że jest ktoś kto nerwowo szuka odpowiedzi na pytania, kto miota się i nie potrafi sam dojść do tego, co Ty już widzisz, jeżeli ktoś taki zwróci się do Ciebie o pomoc, to nie wahaj się. Masz prawo i obowiązek być Morfeuszem.

Nie wiem czy to dobrze, czy źle odłączyć się od Matrixa. Na pewno płaci się za to ogromną cenę na zewnątrz, a zyskuje tylko i aż świadomość. Może być to bolesne i przytłaczające. Ale nie patrzę na to w kategorii „dobre czy złe”, po prostu przyjmuję do wiadomości, że będę widzieć zielone cyferki jeżeli spojrzę w telewizję, zaglądnę na plotkarski serwis czy będę słuchać hierarchy kościelnego. W tym momencie po prostu nie jestem już w stanie na nowo podłączyć się do Systemu i muszę funkcjonować poza nim. Mam dziką naturę więc zaadaptowałam się do życia poza głównym nurtem, mam wrażenie że całkiem sprawnie funkcjonuję na obrzeżach.

TheMatrix

Więc jeżeli ktoś, tkwiąc nawet nieświadomie w matrixowych wzorach myślenia, będzie przekonywał mnie, że jestem Mr Andersonem, uśmiechnę się i odpowiem: My name is Neo.

mynameisneo

* Zawsze wolałam te krzyczące wokalistki jak Sinead O’Connor czy PJ Harvey niż diwy w stylu Celine Dion czy Mariah Carey.

** Nie nazywam ją wiedzą tajemną, bo uważam, że jest dostępna dla każdego, ale trzeba koncentracji i wysiłku aby do niej sięgnąć. Dostęp do głębokiej wiedzy zyskuje się na różne sposoby, tym co ją cechuje są uważność, obserwowanie bez zajmowania stanowiska, wsłuchiwanie się, analizowanie, rozróżnianie, kwestionowanie i przede wszystkim dokopywanie do głębszych poziomów. Może się to dziać na różne sposoby: poprzez czytanie, przyglądanie się, zadawanie pytań, własne przemyślenia, studiowanie, porównywanie różnych źródeł, etc. U niektórych Przebudzenie następuje na skutek traum czy wypadków, kiedy dotychczasowe życie wywraca się do góry nogami i trzeba je budować na nowo, niektórzy z kolei „tak mają” od dziecka… Nie ma jednego wzorca. Pewne jest tylko to, że głęboka wiedza pozwala spojrzeć na wszystko z o wiele wyższego poziomu i o wiele szerszej perspektywy. Nie jest powiedziane, że samotność zawsze prowadzi do przyswojenia głębokiej wiedzy, ale zawsze otwiera do niej drzwi.

Odcinek 11: Manawee. O jedności z drugim człowiekiem i współistnieniu przeciwieństw

biegnaca z wilkami manawee

Manawee

Był sobie młodzieniec, który zalecał się do dwóch sióstr bliźniaczek. Jednak ich ojciec powiedział:

— Nie dostaniesz ich za żony, dopóki nie odgadniesz ich imion.

Manawee myślał i myślał, zgadywał i zgadywał, ale nie odgadł imion sióstr. Ich ojciec potrząsał tylko głową i za każdym razem odsyłał Manawee z niczym.

Pewnego dnia, idąc z wizytą do sióstr, Manawee zabrał ze sobą swego małego psa, który od razu zauważył, że jedna z sióstr jest pięk­niejsza niż druga, druga zaś słodsza niż pierwsza. I choć żadna z nich nie posiadała wszelkich cnót, obie piesek polubił, bo dawały mu smakołyki i uśmiechały mu się prosto w oczy.

Tego dnia Manawee znowu nie odgadł imion dziewcząt i ciężkim krokiem wracał do domu. Ale jego piesek pobiegł z powrotem do chaty młodych kobiet. Przytknął ucho do jednej ze ścian i usłyszał, jak siostry chichocząc, rozmawiają o Manawee, jaki jest przystojny i męski. Piesek usłyszał, jak zwracają się do siebie po imieniu, i ile sił w nogach pobiegł do swego pana, by mu to powiedzieć.

Jednak niedaleko ścieżki, którą wracał, lew porzucił wielką kość z mięsem; pies zwęszył ją natychmiast. Nie zastanawiając się, dał nura w zarośla i rzucił się na kość. Uszczęśliwiony zaczął ją lizać i tarmosić, aż wylizał ją do czysta. Dopiero wtedy przypomniał sobie o swym zadaniu, ale niestety, całkiem zapomniał imiona młodych kobiet.

Ruszył więc z powrotem do chaty sióstr. Nastała już noc, dziewczyny nacierały ręce i nogi wonnym olejkiem. Wyglądało na to, że przygoto­wują się na jakąś uroczystość. Znowu mały piesek usłyszał, jak mówią do siebie po imieniu. Aż podskoczył z radości i pędem pobiegł do chaty Manawee, kiedy z zarośli dobiegł go zapach świeżej gałki musz­katołowej.

A trzeba wiedzieć, że dla naszego pieska nie było większego przy­smaku niż gałka muszkatołowa. Bez namysłu więc zboczył ze ścieżki i popędził w busz, gdzie na drewnianym balu leżał pieczony pasztet. Wkrótce nic z niego nie zostało, a piesek pachniał gałką muszkatołową. Z pełnym brzuchem ruszył do domu, próbując sobie przypomnieć imio­na bliźniaczek, ale na próżno, bo znowu je zapomniał.

Po raz trzeci więc zawrócił do ich chaty. Tym razem zobaczył, że przygotowują się do wesela.

— O nie! — pomyślał piesek — za chwilę będzie za późno!

I kiedy siostry znowu wymieniły swoje imiona, zapamiętał je dobrze i pospieszył do swego pana, postanawiając, że nic mu już nie przeszkodzi w zaniesieniu tej cennej wiadomości Manawee.

Na drodze leżało świeżo ubite zwierzę, ale pies przeskoczył je, nawet się nie zatrzymując. Przez chwilę zdało mu się, że w powietrzu unosi się zapach gałki muszkatołowej, ale nie zważając na to, biegł dalej do domu, do swego pana. Nie spodziewał się tylko, że z ciemności lasu wyskoczy na niego nieznajomy człowiek, złapie go za szyję i potrząśnie z całej siły.

Tak się właśnie stało, a obcy człowiek cały czas krzyczał:

— Powiedz mi ich imiona! Mów, jak się nazywają te dwie młódki,
żebym mógł je zdobyć!

Zdawało się pieskowi, że padnie bez życia, tak silny był uścisk pięści wokół jego szyi, ale walczył dzielnie. Warczał, drapał, kopał i wreszcie ugryzł napastnika w rękę zębami ostrymi jak osy. Nieznajomy zawył jak bawół, ale piesek nie puszczał. Człowiek wbiegł do buszu z małym pieskiem zwisającym mu u ręki.

— Puść, puść mnie, piesku, to ja też dam ci spokój — prosił
nieznajomy.

A pies zawarczał przez zęby:

— Nie waż się tu wracać, bo nie doczekasz poranka.
Nieznajomy uciekł do buszu, jęcząc i trzymając się za obolałą dłoń.

A mały piesek pospieszył do swego pana, Manawee.

I mimo że broczył krwią i szczęki go bolały, imiona dziewcząt pozo­stały w jego pamięci. Rozpromieniony pokuśtykał do Manawee. Ten de­likatnie obmył mu rany, a piesek opowiedział mu całą historię i wyjawił imiona sióstr. Manawee pobiegł ile sił do wioski, w której mieszkały; na ramionach niósł pieska, którego uszy powiewały jak dwa końskie ogony.

Kiedy wypowiedział przed ojcem imiona obu córek, bliźniaczki przyjęły go całkowicie ubrane do drogi; w istocie cały czas na niego czekały. Tak to Manawee zdobył dwie najpiękniejsze dziewice w nad­rzecznej krainie. I wszyscy czworo, siostry, Manawee i mały piesek żyli długo i szczęśliwie.

Krik-krak, krik-krak,

To było właśnie tak.

————————————————————————–

Skoro była już mowa o Dzikiej Kobiecie, to najwyższy czas przyjrzeć się także Dzikiemu Mężczyźnie. Element żeński i męski współistnieją ze sobą od zawsze nie tylko w przyrodzie, ale i w kulturze oraz religii. W hinduizmie Trimurti, męski aspekt boskości (Brahma, Wisznu, Śiwa) współistnieje z aspektem żeńskim Tridewi (Saraswati, Lakszmi, Parwati). Również mitologia mezopotamska i śródziemnomorska pełna jest par bóstw związanych ze sobą cyklami śmierci i odrodzenia, by wymienić tylko Inannę i Dumuziego (W micie babilońskim Inanna o cedrowych udach wzywa swego ukochanego, boga-rolnika: „Przyjdź do mnie ze swoją dzikością”), Isztar i Tammuza, Kybele i Attisa czy Afrodytę i Adonisa. Dlatego kobieta czerpiąca siłę z intuicji, natury i jej cykli potrzebuje mężczyzny, który rozumie i szanuje jej sposób bycia tak samo jak mężczyzna potrzebuje kobiety mądrej, uważnej i potrafiącej wyjść mu naprzeciw. O poszukiwaniu drogi do siebie opowiada baśń afroamerykańska opowiedziana dr E przez V.B. Washington, na potrzeby literackie nazwana Manawee.

PODWÓJNA NATURA

Odczytując baśń na dosłownym poziomie można założyć, że opowiada ona o poligamii, ale chyba nikt nie trafia w to miejsce by szukać znaczeń dosłownych zeby. Przyjrzyjmy się baśni o Manawee w kategoriach związ­ku między kobietą i jej partnerem, pamiętając cały czas, że „to, co na zewnątrz, jest odbiciem wnętrza”. Warstwa symboliczna mówi o tym, że zrozumienie i głębokie uczucie nie przychodzą ot tak, po prostu, ale znowu, tak jak w innych baśniach, aby je posiąść trzeba udać się na wyprawę, okazać cierpliwość, rozwiązać zagadkę i zaprząc do pracy instynkt (pojawiający się tutaj w postaci psa). Kluczem do sukcesu jest zrozumienie i zaakceptowanie podwójnej natury, dopiero wtedy mogą odbyć się zaślubiny. Próby pojęcia podwójnej natury kobiety często sprawiają, że mężczyźni, a nawet i same kobiety, przymykają oczy i błagalnie zawodzą, prosząc niebo o pomoc. Paradoks bliźniaczej natury kobiety polega na tym, że jedna strona jest chłodna, druga — gorąca. Jedna jest zdolna do trwałych i bogatych związków, druga może być wręcz lodowata. Często jedna jest radosna i elastyczna, druga — „sama nie wie, czego chce”. Jedna — słoneczna, uśmiechnięta, druga — smutna i zadumana. Te dwie kobiety w jednej to oddzielne, ale zjednoczone elementy, które w psy­chice mogą tworzyć tysiące kombinacji. Aby przedstawić to obrazowo powołam się na z pewnością doskonale znany symbol yin i yang, przedstawiający wszelkie przeciwieństwa świata, które są ze sobą połączone i współistnieją mimo diametralnych różnic między nimi.

Yin to wszystko co ciemne, zimne, ciężkie, wilgotne, delikatne, kobiece, nieruchome, bierne, czarne, niebieskie i zielone wraz z odcieniami, związane ze sferą snu, księżyca, zimą, doliną, ziemią, liczbami parzystymi, tym co znajduje się niżej, na prawo, wewnątrz i z tyłu, a także z pustką, krzywizną i ogrodem. Yang natomiast przejawia się w tym co jasne, ciepłe, lekkie, suche, twarde, męskie, białe, czerwone wraz z odcieniami, ruchome, aktywne, związane ze sferą rzeczywistości, słońca, lata, góry, nieba, liczbami parzystymi, tym co znajduje się wyżej, na lewo, na zewnątrz i z przodu, a także z domem, bryłą i kształtem geometrycznym. Jak mówi Jacek Kryg, znawca metafizyki chińskiej, elementy te współistnieją ze sobą, bo określamy jeden odnosząc się do drugiego, którego obraz od razu pojawia się w naszym umyśle (aby stwierdzić, że ławka, na której chcemy usiąść jest sucha automatycznie stwierdzamy, że nie jest mokra). Podobnie jest z naszą wewnętrzną, introwertyczną oraz ekstrawertyczną i nastawioną na zewnątrz naturą, mimo wielkich różnic muszą one ze sobą współistnieć.

Motyw bliźniąt i ich walki między sobą pojawia się w wielu kulturach, w Europie najbardziej znany jest z mitu o Remusie i Romulusie, ale pojawia się także wśród pierwotnych plemion Ameryki (opowieść o dwóch chłopcach, potomkach Aataentsic, również bardzo podobny mit o Gluskapie i Malsumie, stąd kobiety starały się unikać jedzenia podwójnych owoców, które uważano za nasilające prawdopodobieństwo urodzenia bliźniąt) czy Afryki (Nommo). Opowieści te symbolicznie przedstawiają sytuację, gdy dwa pierwiastki nie potrafią zachować równowagi i tworzyć całości, a pozbawione kontroli rozpoczynają proces autodestrukcji. Przekładając to na język psychiki, ważnym jest aby nasza podwójna natura potrafiła dogadywać się między sobą i współistnieć jako jeden organizm; jeżeli jedna ze stron będzie ukrywana lub faworyzowana, to brak równowagi zachwieje podstawami i siłami życiowymi, nie będziemy się w pełni realizować.

Jednak symbol bliźniąt niesie także ze sobą podwójny potencjał, a zatem podwójną siłę. I znowu pierwszym co nasuwa się osobie wychowanej w kulturze europejskiej to Dioskurowie czyli boskie bliźnięta Kastor i Polideukes (Polluks), ale dr E wspomina także o społecznościach, które uważają bliźnięta za dwa osobne byty połączone jedną duszą, dlatego nawet po śmierci bliźnięta karmi się, daje podarunki, rozmawia z nimi i składa ofiary. W kulturach afrykańskich oraz karaibskich, gdzie silne są wierzenia voodoo bliźnięta posiadają juju – energię duszy, dlatego należy podawać im takie samo jedzenie, dbać aby nie były względem siebie zazdrosne i szczególnie dbać o ich rozwój, zwłaszcza nie dopuścić by umarło jedno, bo wtedy również umiera i drugie, a całą wspólnotę dotyka zły los, gdy zabraknie juju. Obrazuje to doskonale jak bardzo powinniśmy dbać o to by nasze obydwie natury, i ta nastawiona na zewnątrz, i ta skierowana na życie wewnętrzne, pozostawały ze sobą w harmonii. Siłą bliźniaczej natury jest współdziałanie dwóch pierwiastków jako integralna całość. Symboliczną postacią reprezentującą integralność natury utrzymującą w równowadze obydwa elementy jest ojciec. To on wystawia na próbę wartość zalotnika, jego prawość. Sens tego fragmentu jest taki, że zdrowa psychika poddaje sprawdzianowi nowe elementy, które chcą się do niej przyłączyć. Zdrowa psychika, która ma opiekuńczego ojca, nie przyjmuje każdej zużytej, banalnej myśli, postawy czy osoby, tylko te, które są mądre i wyczulone lub robią wszystko, by się takimi stać. Ojciec sióstr mówi: „Czekaj. Dopóki mnie nie przekonasz, że naprawdę pragniesz poznać kwintesencję rzeczy — prawdziwe imiona — dopóty nie dostaniesz moich córek”.

Bliźniaczą naturę widać wyraźnie w postaciach sióstr, ale również sam Manawee reprezentuje dwa aspekty: cywilizowany i ludzki jako młodzieniec oraz instynktowny i dziki reprezentowany poprzez postać psa, który od wieków wiązany był ze światem podziemia i tajemnic (podając za przykłady chociażby postacie Anubisa, boga z głową szakala, pilnującego wrót Hadesu Cerbera czy bogini Hekate, której towarzyszyło właśnie to zwierzę)*. Ludzki charakter, choć dobry i kochający, nie wystarcza, by odnieść sukces w zalotach. To pies, symbol naturalnego instynktu, potrafi się podkraść do kobiet i bystrym słuchem rozpoznać ich imiona. To pies uczy się pokonywać światowe pokusy i zachować najważniejszą wie­dzę. To pies Manawee ma wyostrzony słuch i wytrwałość, to jemu instynkt każe ryć pod ścianą i znaleźć to, czego szuka, nie ustawać w pogoni, wydobywać najcenniejsze idee. I znowu motyw współdziałania cywilizowanego oraz dzikiego człowieka obecny jest w rozmaitych kulturach (chociażby w Eposie o Gilgameszu, gdzie racjonalnie postrzegającemu świat bohaterowi towarzyszy Enkidu, pochodzący z lasu, który posługuje się sferą instynktów, a w wersji jak najbardziej współczesnej widzę to w parze Han Solo&Chewbacca z Gwiezdnych Wojen). Manawee nie zaprzecza swojej podwójnej naturze ani nie lekceważy żadnego z jej pierwiastków, pozwala działać obydwóm. Jest przez to pozytywnym przykładem męskiej siły respektującej dwoistość w odróżnieniu od Sinobrodego, który dąży do opanowania, podporządkowania, narzucenia perfekcji i jedynej prawdy (a w praktyce często przybiera postać mężczyzny szukający ideału w jednej, idealnej kobiecie).

ODGADNIĘCIE IMIENIA

Akt nadania imienia jakiejś mocy, żywemu stworzeniu, osobie lub rzeczy ma kilka konotacji. W społeczeństwach, w których do wyboru imion przywiązuje się wielką wagę ze względu na ich magiczną moc lub dobrą wróżbę, poznanie prawdziwego imienia człowieka jest równoznaczne ze zrozumieniem jego życiowej drogi i charakteru. Prawdziwe imię często jest utrzymywane w tajemnicy, żeby chronić tego, który je nosi, tak by mógł przejąć moc zawartą w imieniu. Imię trzeba ukrywać, by nikt nie mógł go zbeszcześcić ani oderwać się od niego, aby władze duchowe mogły się w pełni rozwinąć. W wersji literackiej pięknym tego przykładem są opowieści o Ziemiomorzu Ursuli K. LeGuin, do których przeczytania bardzo gorąco zachęcam (autorka zresztą z wykształcenia i zawodu zajmuje się antropologią zeby). Pierwszym kluczem do poznania prawdziwego imienia czyli prawdziwej natury jest intencja, Manawee udaje się odgadnąć imiona bliźniaczek, ponieważ nie posłużą mu one do zagarnięcia ich mocy, ale do wzmocnienia w ten sposób swojej własnej, do wydobycia z siebie tego co najlepsze. Odgadnięcie imienia to symbol wprowadzenia harmonii między duszą a ego, stan wewnętrznej zgody, a także akceptacji drugiego człowieka.

WYTRWAŁOŚĆ PIERWOTNEJ NATURY

Drugim kluczem do poznania prawdziwego imienia jest wytrwałość, domena dzikiej natury. W baśni pies lubi siostry, ponieważ one również lubią go i karmią, dlatego nie waha się i wraca do ich domu, by poznać ich imiona mimo, że skoncentrowany na rzeczywistości Manawee poddaje się. Pies przypomina wilka, z tą różnicą, że jest bardziej oswojony, choć, jak widzimy w dalszym ciągu opowieści, niezupełnie. Piesek jako psychopompos reprezentuje sferę instynktu w psychice. Widzi i słyszy inaczej niż człowiek. Dokopuje się do poziomów, których istnienia ego nawet nie podejrzewa. Słyszy słowa i wskazówki niesłyszalne dla ego. Idzie za tymi wskazówkami(…) Świat psa jest wypełniony nieustającym katastroficznym zgiełkiem, dźwiękami, których nasze ludzkie ucho w ogóle nie rejestruje. Ucho psa to potrafi. Pies słyszy poza zakresem ludzkiego słuchu. Ten mediumiczny aspekt instynktownej psychiki intuicyjnie wychwytuje najgłębszy wy­siłek psychiczny, najgłębszą muzykę, najgłębsze tajniki żeńskiej psychiki. Właśnie taka istota zdoła pojąć dziką naturę kobiety.

Pies po usłyszeniu imion zawraca i chce przekazać je Manawee, ale po drodze napotyka na rozmaite smakołyki, które odwracają jego uwagę. Podobnie jest w życiu, jeżeli ulegamy pokusom i dajemy się rozpraszać to nie osiągniemy celu. Ten epizod obrazuje bardzo częste zdarzenie psychiczne: żądze i zachcianki hamują proces rozwoju. Często po niespełna miesiącu pracy z pacjentką słyszę: „Nie mogę się skupić na pracy nad sobą, miałam namiętny romans, ochłonęłam dopiero po tygodniu” albo: „W tym tygodniu akurat jest odpowiedni czas, żeby poprzesadzać rośliny doniczkowe, mam ich mnóstwo”, albo: „Zabrałam się za siedem nowych rzeczy, bardzo twórczych, czułam się rewelacyjnie, a potem się okazało, że żadna z nich nie ma tak naprawdę przyszłości i porzuciłam wszystkie”. W wersji extremalnej jest to nałóg, ale nawet jeżeli nie jesteśmy uzależnieni, to wyjątkowo łatwo ulegamy wymówkom i samousprawiedliwianiu się. Jak już o tym pisałam, wymówki są świetną pożywką dla ego, ale nigdzie nas nie prowadzą, raczej blokują proces rozwoju. Pies jako przedstawiciel instynktownej natury nie poddaje się, biegnie z powrotem do domu bliźniaczek, po raz kolejny daje się zwieść i po raz kolejny wraca. W tym zawiera się rada dla osób pragnących żyć w szczęśliwym, trwałym, satysfakcjonującym obie strony związku: zawsze powracaj**.

STAWIENIE CZOŁA WEWNĘTRZNEMU DRAPIEŻCY

Kiedy pies powraca do Manawee tym razem koncentrując się i nie dając zwieść smacznym pułapkom, musi stawić czoła jeszcze jednemu przeciwieństwu, dobrze nam już znanemu czyli psychicznemu drapieżcy, który chce go zmusić do wyjawienia imion sióstr. Psychicznemu drapieżcy nie zależy na poznaniu bliźniaczek, zaakceptowaniu ani zaprzyjaźnieniu się z nimi, on chce je zdobyć tak jak żonę – trofeum. Napastnikiem może być jakiś nasz kompleks czy słaby punkt, ale bardzo często jest to realna osoba, próbująca nas wykorzystać, zniewolić czy zmusić do przyjęcia jej punktu widzenia. W baśni mały pies walczy o życie. Czasami jedynym sposobem na utrzymanie głębokiej wiedzy jest właśnie pojawienie się „obcego”. Wówczas jesteśmy zmuszone do walki o to, co dla nas drogie — musimy walczyć, by poważnie traktować to, do czego dążymy; walczyć, by przezwyciężać powierzchowne duchowe zachcianki, które Robert Bly nazywa „pragnieniem odlotowych doznań”, walczyć by się trzymać najgłębszej wiedzy, by skończyć to, co zaczęte.

Pies walczy i nie pozwala sobie z powrotem popaść w nieświadomość. Przekazuje imiona Manawee, a ten powtarza je ojcu bliźniaczek, który widząc, że jest on gotowy dobrze zaopiekować się nimi pozwala na zaślubiny. Dobry partner to człowiek, który stale powraca i stale próbuje zrozumieć, który nie pozwala, by zatrzymały go błyskotki na drodze.

Jeśli kobiety pragną, by mężczyźni naprawdę je poznali, to muszą użyczyć im nieco swej głębokiej mądrości. Niektóre kobiety twierdzą, że już opadły z sił, stając na głowie, żeby swych mężczyzn czegoś nauczyć. Z całym szacunkiem muszę tu zasugerować, że widocznie wybrały mężczyznę, który nie dba o tę naukę. Większość mężczyzn chce wiedzieć i chce się uczyć. Właściwy czas na odsłonięcie prawdy przychodzi, kiedy mężczyźni przejawiają to pragnienie, a my nie robimy tego dla zasady, lecz dlatego, że drugi człowiek o to poprosił.(…) Jednak jeśli kobieta wybierze sobie na partnera ko­goś, kto nie może lub nie chce pokochać jej drugiego oblicza, to z pewno­ścią w pewnym sensie „rozpadnie się na części”, zostanie ułomna. Tak więc mężczyźni na równi z kobietami powinni nazywać po imieniu swe podwójne natury.

WSPÓŁPRACA MIĘDZY ELEMENTEM KOBIECYM I MĘSKIM

Jak rozumieć „nazywanie po imieniu swojej podwójnej natury”? Spróbuję przedstawić jak to rozumiem, uczciwie zaznaczając, że to moja własna interpretacja, bez pomocy dr E. Nie upieram się, że muszę mieć słuszność, ale bazuję na swoich obserwacjach życia codziennego i wnioskach, jakie wyciągam.

Przez wieki w naszej kulturze panował schemat sztywnego podziału ról społecznych, który sprowadzał się do tego, że mężczyźni mieli zapewniać podstawy materialne utrzymania rodzin, a kobiety koncentrować się na pracach domowych i wychowywaniu dzieci. Ten model już w świecie zachodnim praktycznie nie istnieje, a w krajach rozwijających się, gdzie jeszcze obowiązuje, jest coraz częściej kwestionowany i odrzucany. Dla mnie osobiście jego największą wadą jest właśnie brak elastyczności i zakładanie, że należy coś robić tylko dlatego, że urodziło się kobietą lub mężczyzną. Z tym modelem walczy się na różne sposoby, najczęściej w mediach wspomina się o nim w kontekście informacji o inicjatywach feministycznych, ale obawiam się, że ten przekaz nie przebija się przez szum medialny. Nie chcę nikogo oskarżać, ale uważam, że jednak mainstreamowe feministki być może nieświadomie robią tu krecią robotę.

Spójrzmy choćby na najważniejszą organizację feministyczną czyli Kongres Kobiet. Jakie są jedne z najważniejszych postulatów? M.in. wprowadzenie obowiązkowego parytetu do parlamentu i rad nadzorczych (bo kobiety są bardziej kompetentne, skłonne do kompromisu, łagodzą obyczaje etc) jako że panie chcąc awansować natykają się na szklany sufit, który uniemożliwia im osiąganie stanowisk na pewnym poziomie, a jeżeli we władzach będzie więcej kobiet to będą one nawzajem się promowały, a także bardziej dbały o sprawiedliwy podział dóbr, o żłobki i przedszkola dla matek etc. Przyznaję, że początkowo byłam za tym postulatem, ale po obserwacjach i przemyśleniu tematu doszłam do wniosku, że opiera się na fałszywych założeniach. Nie jest tak, że urodzenie się kobietą od razu czyni z ciebie istotę społecznikowską, opiekuńczą, sprawiedliwą i pełną innych cnót. Wystarczy spojrzeć na polski parlament, posłanki Sobecka, Szczypińska czy Pawłowicz są kobietami i co z tego? Ich poglądy wcale nie są z tego powodu automatycznie zbieżne z poglądami pań z Kongresu Kobiet, a zaangażowania w tworzenie nowych żłobków czy przedszkoli także nie widzę. Oczywiście są na pewno również bardzo kompetentne, zapracowane posłanki, tyle że o nich nie mówi się w wiadomościach. A już wiarę w to, że kobiety będą dbały o sprawiedliwszy podział dób skutecznie podważyła marszałkini Nowicka przyjmując sporą premię za wypełnianie obowiązków. Bardzo ciekawa była zresztą reakcja środowisk kongresowych, które nagle zaczęły oburzać się na oburzonych tym faktem, choć gdy na podobnych niekonsekwencjach finansowych przyłapuje się polityków innych opcji to zaraz uruchamiają krytykę (bardzo cenię profesor Środę jako etyczkę, ale zdecydowanie nie podoba mi gdy zamienia się w polityczkę).

Myślę, że paradoxalnie najlepszym co feministki mogłyby zrobić jest pójście w zupełnie  przeciwną stronę. Może zamiast walczyć ze szklanym sufitem lepiej byłoby zabrać się z niszczenie szklanej podłogi? Bo przez schematy i wzorce myślowe, w których utknęliśmy nie tylko kobieta aspirująca do najwyższych władz ma poważne problemy z przebiciem się, ale także ojciec, który chce aktywnie zająć się dziećmi i domem. W tym przekonaniu utwierdził mnie wywiad z Jesperem Juulem w Tygodniku Powszechnym , o którym pisałam prawie rok temu, zacytuję najistotniejszy dla mojego wywodu fragment:

Z mężczyznami jest trudniej. Zostali bardziej zniszczeni niż kobiety. Spójrzmy na warunki, w jakich funkcjonowali przez setki lat, pracując w kopalniach, fabrykach, walcząc na wojnach czy siedząc za ohydnymi biurkami. Traktowano ich potwornie, kompletnie nie brano pod uwagę ich osobowości, granic, potrzeb, rodzin…

Przyczyną tego, że kobiety są generalnie mądrzejsze od mężczyzn, była konieczność spędzania czasu z dziećmi. Bycie z dziećmi pozwala na rozwój emocjonalny. Ojcowie nigdy nie mieli takiej możliwości. Udziałem wielu kobiet jest pewna pomyłka: wyobrażają sobie, że mężczyzna jest jak sklep. Wchodzą do sklepu i mówią, czego pragną. A kiedy nie mogą tego dostać i nie widzą nigdzie na półkach, wyobrażają sobie, że to coś jest na zapleczu. Myślą, że nie dostają od swoich facetów troski czy miłości, bo oni nie chcą jej dać. A ci faceci po prostu tego nie mają na stanie, nie mają pojęcia, czym to jest ani skąd to wziąć. Zaplecze jest puste…Ciekawie wygląda to w Szwecji, gdzie kobiety zrównały się z mężczyznami pod względem wykształcenia i pozycji zawodowej (a nawet są lepiej wykształcone). Mieliśmy nadzieję, że gdy to się stanie, sposób zarządzania się zmieni, przestanie być oparty na tych idiotycznych męskich piramidach. Tak się nie stało: kobiety, które zdobyły władzę, zaczęły zachowywać się jak mężczyźni. Dzieje się za to coś innego. Mężczyźni-szefowie, np. prezes Volvo, chodzą coraz częściej na urlopy ojcowskie. A kiedy wracają do pracy, zmieniają prawo i wprowadzają w życie kobiece wartości. Mówią: „Więcej się nauczyłem o ludziach i o sobie w ciągu czterech miesięcy z dzieckiem niż kiedykolwiek podczas studiów i szkoleń”. Dawniej mężczyźni byli wrogami kobiet, ale dziś żaden nie może powiedzieć o swojej żonie: „To przez nią nie mogę się rozwijać”. Naszymi jedynymi wrogami jesteśmy my. Kiedy ojcowie już się zaangażują, kiedy rozwiną inteligencję emocjonalną, kiedy powiedzą sobie: „O kurczę, tego właśnie chcę…”, są nie do zatrzymania.

No właśnie. Możemy oburzać się, że kobiet jest mało w biznesie i żądać parytetów, ale prawdopodobny wynik ich wprowadzenia to większa ilość kobiet przyjmujących męski tryb zarządzania (nazywam je typami Ateny) jak niedawno zmarła, bardzo kontrowersyjna premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher niż faktyczna zmiana mentalności. Rzeczywistość jest taka, że mężczyźni na skutek tych sztywnych wzorców myślowych są również poszkodowani. Bycie macho krzywdzi zarówno kobiety z otoczenia jak i samego mężczyznę. Wychowujemy chłopców w przeświadczeniu, że świat emocji jest dla nich nieodpowiedni, że prawdziwi mężczyźni nie płaczą itd. Czy to eliminuje ich uczucia? Oczywiście, że nie! Sprawia tylko, że nie wyrzucają ich na zewnątrz, zamiast tego internalizują te negatywne albo próbują oszukać je nałogiem. Mówiąc wprost, popularny w Polsce scenariusz jest taki, że mężczyźni harują aby zarobić na rodzinę, nie dbają o zdrowie i tłumią emocje, umierają na zawał w wieku 60-65, a wdowy po nich żyją jeszcze kolejnych 15 – 20 narzekając w kolejce do lekarza, jakie to życie jest niesprawiedliwe. Jestem zbyt surowa? Być może, nie upieram się, że ten scenariusz jest prawdziwy dla każdego. Ale coś w tym jest, że chociaż tak przytłoczone stereotypowym postrzeganiem, kobiety mają jednak społeczne przyzwolenie na okazywanie strachu, żalu czy emocji w ogóle. Tyle, że to zawsze dzieje się czyimś kosztem. Aby bluszcz mógł piąć się do góry musi mieć oparcie w innej roślinie, aby jakiś element mógł być słabszy, drugi musi być silniejszy. Mimo że kobiety w coraz większej ilości odrzucają patriarchalne poglądy na swój temat to świadomie czy podświadomie trzymają się tych związanych z mężczyznami. Gdyby zapytać polskie kobiety czego szukają w mężczyźnie, większość zapewne gremialnie odpowiedziałaby: POCZUCIA BEZPIECZEŃSTWA! No to panowie są jak skała dopóki sił im na to starcza, a potem umierają na zawał. Niestety, ale sami z własnej woli konserwujemy sztywne wzorce myślowe. O ile „wyzwolona” kobieta, która jest niezależna, samodzielna i skoncentrowana na realizowaniu siebie jakoś „ujdzie” w towarzystwie to niepewny siebie, emocjonalny czy wystraszony mężczyzna jest traktowany z lekceważeniem, jeżeli nie z pogardą. Dlatego uważam, że dążenie do zrównania praw na poziomie legislacyjnym jest jak najbardziej istotne, ale i tak największą walkę musimy stoczyć sami z sobą. Nie sądzę aby świat potrzebował większej czy mniejszej ilości konkretnej płci u władzy, sądzę, że potrzebuje dojrzałych emocjonalnie ludzi.

Co rozumiem przez ludzi dojrzałych emocjonalnie? Gdybym miała podać kilka najważniejszych cech byłyby to zapewne:

1 zgoda z samym sobą, poczucie własnej wartości i szacunek dla samego siebie (stan, w którym potrafimy świadomie i bez wpadania w skrajności rozróżnić w czym jesteśmy świetni, a nad czym można popracować)

2 umiejętność obserwowania bez oceniania

3 odpowiedzialność, przyjmowanie za swoją zasady Co zasiałeś to zbierzesz i Co wysyłasz wraca do ciebie

4 umiejętność słuchania innych, a także wewnętrznego głosu intuicji

5 kierowanie się współodczuwaniem oraz empatią w relacjach ze światem istot żywych

6 umiejętność rozwiązywania problemów i znajdowania satysfakcjonujących kompromisów oraz realizowania własnych zamierzeń w relacjach z innymi ludźmi (ale NIE chodzi tu o wykorzystywanie czy manipulowanie!)

7 umiejętność nie ulegania emocjom i podświadomym strachom, nie narzucania ich innym, nie stosowania żadnej formy agresji (ani czynnej – fizycznej, ani biernej – psychicznej), a także zdolność kontrolowania gniewu i hamowania wybuchów emocji (nie tłumienia, a umiejętnego i bezpiecznego rozładowywania napięcia emocjonalnego, np. poprzez sport czy inną aktywność fizyczną)

8 umiejętność odczytywania i nazywania emocji innych oraz swoich własnych

9 umiejętność motywowania się i osiągania celu (co często oznacza odsunięcie w czasie przyjemności)

Punkty 5 – 9 powtarzam za Danielem Golemanem, który przedstawił je w książce Inteligencja Emocjonalna, gdzie w przekonujący sposób udowadnia, że na dłuższą metę bardziej niż wysokie IQ liczą się zdolności w relacjach międzyludzkich i, co ważne, w przeciwieństwie to ilorazu inteligencji można je w sobie wyćwiczyć. To właśnie dla mnie praktyczny sposób uznawania swojej podwójnej natury, a nie kierowanie się wyłącznie ego.

Celowo piszę tu o elemencie kobiecym i elemencie męskim, a nie stricte o kobietach i mężczyznach, bo wiem doskonale, że dusza niekoniecznie musi czuć się dobrze i swobodnie w płci i ciele, do jakiego trafiła. Zbyt wiele już widziałam kobiet o męskim usposobieniu, mężczyzn o kobiecym usposobieniu, gejów o kobiecej naturze, gejów o męskiej naturze etc. żeby używać ograniczających się do płci fizycznej stwierdzeń. Oczywiście, najbardziej radykalnym przypadkiem niedopasowania do płci fizycznej są transsexualiści, którzy płacą za to wielką cenę i fizycznie, i psychicznie, ale również w mniej drastycznych sytuacjach sztywne wzorce myślowe i stereotypy potrafią zatruwać duszę na wielką skalę. Przez wiele stuleci żyliśmy w mentalnych kajdanach, a nasze dusze doznawały wielkiej opresji. Reżim władzy świeckiej jasno określał co wolno, a czego nie wolno ciału i umysłowi. Reżim religii wymierzył duszę w centymetrach i tępił wszelkie odstępstwa od normy. W Europie i Stanach Zjednoczonych te reżimy już nie istnieją albo powoli dogorywają. Przegrywają z radością życia i naturalną ludzką potrzebą własnego wyboru i rozwoju. Na naszych oczach rodzi się nowy świat, którego porządek być może po raz pierwszy w historii są w stanie aktywnie tworzyć sami ludzie (wręcz dosłownie jak mieszkańcy Islandii piszący swoją konstytucję przy pomocy Internetu, oczywiście zdaję sobie sprawę, że to możliwe, bo społeczeństwo jest stosunkowo małe, wewnętrznie uczciwe i nastawione na współpracę, ale jednak o czymś to świadczy). Ten nowy świat jest jak dziecko, powinien mieć mądrą, dojrzałą matkę i mądrego, dojrzałego ojca, aby byli w stanie pokierować go na dobrą drogę. Mądrzy, dojrzali emocjonalnie rodzice współpracują ze sobą, przyglądają się uważnie swojemu życiu i są elastyczni jeżeli chodzi o podział ról. Być może teraz kiedy dziecko się urodziło bardziej  potrzebuje matki, więc to ona zostaje w domu, ale za jakiś czas kiedy podrośnie, to ojciec będzie się nim bardziej zajmował, a matka np. pójdzie na studia. Mam wielką nadzieję, że wychowamy wspólnie naprawdę dobry i szczęśliwy świat.

I na koniec dodam jeszcze, że jak być może niektórzy wiedzą, bardzo interesuję się duchowością i ezoteryką, dlatego po obserwacjach i przemyśleniach widzę wyraźnie, że to do jakiego ciała trafia dusza może ją wspierać albo ograniczać w przeżywaniu i gromadzeniu doświadczeń. Wierzę w reinkarnację i w ewolucję duszy. Wierzę, że dusza rozpoczyna rozwój jako dusza niemowlęca, a jej podstawowym celem jest nauczenie się przeżycia na podstawowym poziomie, potem staje się duszą dziecięcą uczącą się reguł funkcjonowania we wspólnocie, następnie duszą młodą skoncentrowaną na indywidualizacji i sukcesie, aż na etapie duszy dojrzałej dostrzega ważność relacji międzyludzkich by w końcu stać się duszą starą. Na tym ostatnim poziomie jest już naprawdę głęboka, po wielu wcieleniach przestaje utożsamiać się z konkretną płcią i potrafi spojrzeć na problem z szerokiej perspektywy. Dlatego chciałabym widzieć wśród rządzących więcej osób o starych duszach, które pielęgnują w sobie zarówno rozumowy jak i intuicyjny pierwiastek i które przeszły już w życiu niejedną wyprawę inicjacyjną. Chcę widzieć wśród władz i gremiów decydujących o prawie jak najwięcej mądrych osób niezależnie od ich fizycznej płci. Chciałabym abyśmy wszyscy nauczyli się rozpoznawać i uznawać zarówno świadome jak i podświadome elementy naszej osobowości i dzięki temu potrafili tworzyć satysfakcjonujące relacje międzyludzkie.

* Dr E sugeruje wręcz, że postać psa jest psychopomposem czyli przewodnikiem dusz, w mitologii podróżującym między światem widzialnym a niewidzialnym. Carl Gustaw Jung jako psychopomposa rozumiał element pośredniczący w psychice między tym co świadome i nieświadome (którego symbolem jest często zwierzę).

** Chodzi mi tu oczywiście o zdrowy związek, gdzie po konflikcie nie trzyma się długo urazy. Nie mówię o relacjach toxycznych, osaczaniu drugiej osoby itd., które nie mają nic wspólnego z miłością, bo zbudowane są na ego i potrzebie dominacji.

Ciekawy wywiad na temat dojrzałości psychicznej można przeczytać tu.

Odcinek 10: La Loba. O kościach, wilkach i Rzece Pod Rzeką

biegnaca z wilkami la loba

La Loba

W niedostępnym, odludnym miejscu, które każdy w duszy zna, ale które niewielu widziało, żyje stara kobieta. Podobnie jak we wschodnioeuropejskich baśniach wyczekuje, aż jakiś zagubiony w drodze wę­drowiec czy poszukiwacz szczęścia zbłądzi pod jej dach.

Jest rozważna i przezorna, często z rozczochranymi włosami opada­jącymi na twarz i zawsze gruba; zazwyczaj unika ludzkiego towarzystwa. Umie krakać i gdakać i wydaje więcej dźwięków zwierzęcych niż ludzkich.

Można się domyślać, że żyje pośród zwietrzałych granitowych sto­ków na terytoriach Indian Tarahumara. Albo że ma swą kryjówkę za Phoenix, niedaleko jakiejś studni. Może spotkacie ją jadącą do Monte Alban w zdezelowanym samochodzie z wybitą tylną szybą. Może ktoś ją wypatrzy, jak stoi przy autostradzie niedaleko El Paso, albo jak ze strzelbą na ramieniu jedzie zatrzymaną ciężarówką do Morelii w Me­ksyku, albo jak podąża na targ do Oaxaca z nieforemną wiązką chrustu na plecach. Sama nazywa siebie wieloma imionami: LaHuesera, Poszukująca Kości, La Trapera, Zbieraczka, La Loba, Kobieta-Wilk.

Jedynym zajęciem La Loby jest zbieranie kości. Zbiera i przechowuje szczególnie kości tych istot, którym grozi wymarcie na ziemi. Jej jaskinia jest pełna kości wszelkich zwierząt zamieszkujących pustynię: jeleni, grzechotników, kruków, wron. Ale jej specjalnością są wilki.

Czołgając się i pełzając na kolanach, przeczesuje montanas (góry) i arroyos (wyschłe koryta rzek) w poszukiwaniu wilczych kości, a kiedy zgromadzi już cały szkielet, kiedy ostatnia kosteczka znajdzie się na swoim miejscu i staje przed nią piękna, biała rzeźba zwierzęcia, siada przy ogniu i duma, jaką zaintonować pieśń.

Kiedy już wie, staje nad swoją chaturą, unosi nad nią ramiona i zaczyna śpiew. Wtedy żebra i kości kończyn wilka zaczynają porastać ciałem, a potem sierścią. La Loba śpiewa dalej, w miarę jej śpiewu zwierzęcia przybywa, a silny i kudłaty ogon zadziera się do góry.

La Loba śpiewa dalej i wilk zaczyna oddychać.

Śpiewa z całych sił, z głębi płuc, aż pustynia drży w posadach, a pod­czas pieśni wilk otwiera oczy, podskakuje i zaczyna biec kanionem.

A w którymś momencie biegu, czy to od wielkiego pędu, czy to od bryzgów wody w rzece, czy to od promienia słońca lub księżyca, który pada wprost na bok zwierza, wilk nagle przemienia się w roześmianą kobietę, która biegnie wolna ku widnokręgowi.

Pamiętaj więc, jeśli wędrujesz przez pustynię i zbliża się zachód słońca, a tobie się zdaje, że zgubiłaś drogę, i z pewnością czujesz zmęczenie, to znaczy, że masz szczęście, bo może się spodobasz La Lobie i pokaże ci coś — coś, co ukrywa się w twojej duszy.

(…)

Starożytni medycy twierdzili, że nerw słuchowy w mózgu dzieli się na trzy lub więcej odgałęzień. Stąd wyciągali wniosek, że ucho miałoby słyszeć na trzech różnych poziomach. Jedno z odgałęzień miało słyszeć ziemskie, zwykle rozmowy. Drugie odgałęzienie miało być wrażliwe na naukę i sztuki piękne. Natomiast trzecie istniało po to, żeby sama dusza mogła słuchać przestróg i wskazówek i w ten sposób zdobywać wiedzę podczas przebywania na ziemi.

Teraz słuchajcie więc słuchem duszy, bo taka jest misja opowieści.

———————————————————————————————————–

Wszystko zaczyna się od kości…

Wilk zawsze miał zawziętych przeciwników, ale i wiernych obrońców. To nie tylko zwierzę ważne dla ekosystemu, w którym żyje, to również bohater licznych legend i mitów, który tak jak wiele innych zwierząt stał się symbolem i totemem. Z różnych przyczyn wilki były i są tępione, chociaż coraz częściej wprowadza się odpowiednie regulacje prawne mające temu zapobiegać, a populacje wilków na danym obszarze są obejmowane monitoringiem. Tak jak już cytowałam w Odcinku 1, dr E dostrzega podobieństwa między kobietą a wilkiem, które łączą się w opowieści o La Lobie (Wilczycy, Kobiecie – Wilku), pochodzącej z pustynnych terenów pogranicza Stanów Zjednoczonych i Mexyku. Mówi się, że jest na pustyni takie miejsce, gdzie duchy kobiet i wilków spotykają się na przecięciu czasów. Poczułam, że wpadłam na ciekawy trop, kiedy na rubieżach Teksasu zasłyszałam historię zwaną Loba Girl, o kobiecie, która była wilkiem, który był kobietą. Potem natrafiłam na starą aztecką legendę o osieroconych bliźniętach wykarmionych przez wilczycę, aż dorosły na tyle, by radzić sobie samo­dzielnie. Ten ostatni motyw jest również doskonale znany w mitologii europejskiej poprzez opowieść o wilczycy karmiącej Remusa i Romulusa. I wreszcie od starych hiszpańskich farmerów i Indian Pueblo z po­łudniowego zachodu słyszałam krótkie przekazy o zbieraczach kości (bone people), starych ludziach, którzy przywracali umarłych do życia; według podania potrafili wskrzeszać zarówno ludzi, jak i zwierzęta.

RZEKA POD RZEKA

Każdy z nas rodzi się w określonym miejscu i czasie, w określonej rodzinie, tradycji oraz kulturze i jest przez nie formowany. Czasami formowanie odbywa się płynnie, lekko i ostrożnie, a procesowi towarzyszą ogień i powietrze tak jak to się dzieje ze szkłem w hucie. Czasami formowanie przypomina kółko garncarskie, gdzie naturalnej, bezpostaciowej glinie w sposób delikatny i łagodny, ale jednak nadaje się dokładnie taki kształt, jaki się zamierza. Często formowanie jest tożsame z długim i mozolnym ociosywaniem głazu, który w końcu zamienia się w rzeźbę. Formowani przez rodzinę, tradycję i kulturę uczymy się co nam wolno, a czego nie wolno, nawiązujemy głębsze lub płytsze kontakty towarzyskie, wypełniamy narzucone nam obowiązki, wchodzimy w role społeczne i w pewnym momencie sami zaczynamy formować młodych tak jak my byliśmy formowani. Zapewne ogromna większość ludzi przeżywa w ten sposób swoje życie. Ale niektórzy z nas nagle zatrzymują się w pół kroku, zupełnie nagle i niespodziewanie, podczas spotkania z szefem, odwożenia dziecka do przedszkola czy jedzenia kolacji, i pytają: Czy tak ma być zawsze? Czy to już wszystko? Czy nie ma nic głębszego? Jeżeli masz szczęście i nie odrzucisz tej malutkiej iskierki, która rozbłysnęła w twoim umyśle i nie zignorujesz zewu duszy, to przestaniesz być formowany/-a, a dokonasz samosformatowania. Zaczniesz zastanawiać się, drążyć, zadawać pytania, przyglądać się sobie, innym, otoczeniu…Być może czasami przeklniesz moment, w którym się zatrzymałeś/-aś, ale nie będziesz w stanie się już cofnąć. Nie jesteśmy tylko szybą, ceramiką czy rzeźbą. Jesteśmy także ziarnkiem piasku, gliną i głazem. A kiedy to dostrzeżemy i nabierzemy pewności, że mamy i zawsze będziemy mieli potrzebny materiał, będziemy kształtować sami siebie. Będziemy jednocześnie i materiałem, i twórcą. Wszystkie zaczynamy jako kupka kości, jako szkielet rozsypany po pustyni i przysypany piaskiem. Nasze zadanie to wydobyć kości, oczyścić je z piasku. Praca to mozolna i drobiazgowa; najlepiej zabrać się do niej, kiedy cienie są długie w sam raz, bo trzeba uważnie wypatrywać. La Loba pokazuje, czego mamy szukać — niezniszczalnej życiowej siły, kości.

Kim zatem jest La Loba, Wilczyca? Jest archetypem i pojawia się w mitologii ludów całego świata, a najlepiej chyba uosabia ją La Que Sabe – Ta Która Wie Wszystko – bo stworzyła kobietę ze zmarszczki na podeszwie swej boskiej stopy i zna wszelkie sekrety żeńskiej duszy. Ponieważ powstały ze skóry w miejscu, w którym ciało styka się z Ziemią, kobiety mają jej mądrość i moc cyklów życiowych, a dotykając podłoża bosymi nogami stale łączą się z nią i odnawiają swój potencjał. La Que Sabe przypomina aztecką Coatlicue, helleńskie Gaję, Hekate, Graje oraz Mojry, rzymskie Parki, germańskie Norny, stare boginie mądrości, losu, wyroczni i magii, posiadające wiedzę tak starą jak świat*. Ta stara kobieta stoi na pograniczu światów racjonalizmu i mitu. Jest osią, wokół której obracają się te dwa światy. Owa kraina między nimi jest tajemniczym miejscem, które wszyscy rozpoznajemy, kiedy go doświadczamy, choć jego niuanse wymykają się nam i zmieniają kształty, gdy próbujemy je uchwycić i nazwać, chyba że posługujemy się językiem poezji, muzyki, tańca, opowieści. Istnieje domysł, że system immunologiczny organizmu jest zakorze­niony w tej niezbadanej psychicznej krainie, a także w mistycznych oraz archetypowych wizjach, obrazach i popędach, włączając w to tęsknotę za Bogiem, za tajemniczością, wszystkie wyższe instynkty, a także te przyziemne. Niektórzy twierdzą, że tkwią tu także dzieje ludzkości, korzenie światła, jądro ciemności. Nie na darmo jednym z możliwych wyjaśnień etymologii angielskiego słowo witch – ‘czarownica’ jest weid – ‘wiedzieć, znać”.

W jaki sposób udajemy się do tej krainy? Najkrócej mówiąc, poprzez wszelkie czynności wymagające odłożenia na bok codzienności, racjonalizmu i praktycyzmu czyli przede wszystkim tworzenie (pisanie, malowanie, śpiewanie, komponowanie), tańczenie, granie (szczególnie na bębnach) i medytowanie, przez wszystko to co wymaga koncentracji, obserwacji, samotności, wsłuchiwania się i, jak to nazywam, „nastawienia swojego odbiornika na fale wysokie”. To jest stan, który wymaga odsunięcia ego**, a jednocześnie również silnego stąpania na ziemi. Do wejścia w ową krainę trzeba się przygotować, bo łatwo może wprowadzić nas ona w stan euforii i extazy, które nie pozwolą nam wrócić do szarej codzienności. Drzewo, które nie ma mocnych korzeni, nie będzie miało potężnej korony. O tym, co się dzieje jeżeli nie mamy mocnych korzeni, opowiada miniatura o Czterech Rabinach. Wiemy, że kontakt ze światem, w którym spoczy­wają Esencje, powoduje, że poznajemy coś, co wykracza poza zwykły ludzki zmysł słuchu, i przepełnia nas poczucie przekraczania własnych granic, poczucie wielkości i majestatu. A jednak wobec doświadczenia głębokiej nieświadomości nie wolno nam wpadać w skrajności, ani zachłyśnięcie się, ani pokrywanie lęku racjonalizowaniem i cynizmem, ani lekceważenie nie pomogą nam powrócić do owej krainy. Dr E nazywa ją Río Abajo Río – Rzeką Pod Rzeką, a ponieważ etnicznie jest pochodzenia mexykańskiego, to na pewno musiała słyszeć o miejscu zwanym El Río Secreto – Tajemną Rzeką na Półwyspie Jukatańskim.

elriosecreto1

elriosecreto2

elriosecreto4

elriosecreto5

elriosecreto6

elriosecreto3

elriosecreto7

elriosecreto8

elriosecreto9

elriosecreto10

Piękna, prawda? Ale nie można do niej wejść, ot tak, bez sprzętu i przygotowania.

ZBIERANIE POROZRZUCANYCH CZĘŚCI

 Motyw wskrzeszenia jako nieodłączna część cyklu narodzin – śmierci – odrodzenia pojawia się od zawsze i w niemal każdej kulturze. Czy będzie to Izyda wskrzeszająca Ozyrysa, czy Innana/Isztar oraz Kora Persefona schodzące do Świata Umarłych i powracające z nich, czy umierający i odradzający się Attis, Adonis lub Tammuz, czy też Mitra albo Jeszua pokonujący chaos oraz śmierć od wieków towarzyszą nam jako archetypy tak jak odwieczna jest siła życia. Aby się odradzać trzeba nauczyć się odszukiwać i zbierać rozczłonkowane fragmenty naszej osobowości, a potem układać je ponownie w całość tak jak to robią La Loba, ale także Izyda ze swoją siostrą Neftydą, gdy zamieniają się w ptaki drapieżne i szukają kawałków ciała brata po całym Egipcie. Trzeba tak jak one wznieść się wysoko i bystrym okiem spojrzeć z innej perspektywy. Trzeba przyjrzeć się sobie i zastanowić dlaczego roztrwaniam energię na ‘jedno myślę, drugie mówię, a trzecie robię’. Trzeba ocenić co w naszym życiu jest martwe i już nam nie służy, co istotnego dla nas zgubiłyśmy po drodze, co jest nowe, świeże i wymaga szczególnej opieki, a co można odsunąć na plan dalszy. Trzeba dokonać rozpoznania i stawić czoła temu co zobaczymy tak jak Wasylisa rozdziela mak od popiołu i spogląda Babie Jadze prosto w oczy. Bez obawy, kobiety potrafią to zrobić. Nie na darmo ich symbolem jest znak Wenus, Gwiazdy Porannej&Gwiazdy Wieczornej, tej co daje życie i je odbiera. Ta, która na nowo tworzy życie z tego, co już umarło, jest zawsze archetypem o dwóch obliczach. Matka Stworzenia jest zarazem Matką Śmierci i odwrotnie. Ta dwoista natura, podwójna funkcja, stawia przed nami trudne zadanie zrozumienia, co wokół nas, ponad nami i w nas powinno żyć, a co powinno umrzeć. Naszym zadaniem jest zrozumieć rytm życia i śmierci i pozwolić umrzeć temu, co musi umrzeć, a żyć temu, co powinno żyć.

KOŚCI ZOSTAŁY ZEBRANE

Wszystko zaczyna się od kości… Dlaczego są tak ważne chyba nie muszę tłumaczyć, wystarczy spojrzeć na siebie i odpowiedzieć sobie na pytanie: co by było gdyby ich nie było? Kości są naszą ostoją, zapewniają ciału kształt i oparcie, pozwalają się ruszać, ochraniają narządy wewnętrzne, tworzą chroniące organizm białe krwinki i przechowują składniki mineralne.

W naukach ezoterycznych układ szkieletowy jest przypisany planecie Saturn czyli Kronosowi, mitycznemu tytanowi, pierwszemu dawcy praw, strażnikowi porządku i władcy czasu. Każdy astrolog wie, że obieg Saturna wokół Ziemi wynosi ok. 28-29 lat i że planeta ta powstrzymuje wszystko to co chcemy osiągnąć tu, teraz, byle jak najszybciej i jak najmniejszym nakładem kosztów, za to sprzyja wszelkim długofalowym projektom, a także temu co wymaga nauki, przemyślenia, pokory i dobrej organizacji. Jest także patronem ziemi i rolnictwa, bo mimo surowości i nieprzejednanej postawy, jest sprawiedliwy. Jeżeli pozwolisz działać cyklom zmian tak jak porom roku, zawsze będziesz mogła/mógł zasiać, wyhodować, zebrać i zatrzymać ziarno na następny siew. Dla kobiet świat El río abajo río, domostwo Zbierającej Kości, jest skarbnicą bezpośredniej wiedzy o korzeniach, kiełkach, nasionach ży­cia. W Meksyku mówi się, że kobiety niosą la luz de la vida (światło życia). Źródło tego światła jest umiejscowione nie w sercu kobiety, nie w jej oczach, ale en los ovarios, w jajnikach, gdzie ziarno życia tkwiło, jeszcze zanim się urodziła. (Skoro mowa o płodności i naturze nasienia, u mężczyzn odpowiednikiem jest moszna, los cojones, jądra).(…) Symbolika nasienia i kości jest podobna. Jeśli jesteśmy w posiadaniu korzenia, źródła, podstawy, elementu pierwotnego, jeśli jesteśmy w posiadaniu siewnego ziarna, to możemy naprawić wszelkie szkody i spustoszenia, obsiać na nowo zniszczone pola, twarde nasiona zmiękczyć w wodzie, by pękły i wypuściły kiełki.

Ale symbolicznie i archetypowo kości znaczą jeszcze więcej, to one łączą nas z przeszłością, z naszymi przodkami i ich doświadczeniami. To one, z przyczyn wręcz czysto fizycznych, stanowią o niezniszczalnej sile: są twarde, bardzo powoli się rozkładają, trudno je spalić, zniszczyć, zetrzeć na proch… Dopóki mamy kości, zawsze mamy szansę się odrodzić. Nasza psychika może być skazywana na wygnanie (Brzydkie Kaczątko), okaleczana, wychładzana i głodzona (Dziewczynka z Zapałkami), siły życiowe mogą z nas wypływać tak jak krew (Sinobrody, Czerwone Trzewiczki), nasz animus może tracić siły i muskulaturę (La Llorona), ale kości są naszą esencją. I na jej bazie można odbudować to co się straciło.

Kości w baśni są kośćmi wilka, dzikiego zwierzęcia, a więc i stworzenie, które dzięki procesowi się odrodzi nie będzie podlegać nadmiernym rygorom cywilizacji. By użyć obrazowego języka uczuć — czy jesteś wilkiem czarnym lub szarym z Północy czy rudym z Południa, czy arktycznym białym — jesteś kwintesencją naturalnych instynktów. Choć niektórzy woleliby, byś była układna i nie okazywała radości, skacząc po sprzętach, byś nie rzucała się na ludzi, witając ich spontanicznie, rób tak mimo to. Co oczywiście wcale nie znaczy, że żyjąc w zgodzie ze swoją dziką naturą będziesz zła, występna, egoistyczna i niedojrzała. Wychowywanie dziecka i pokazywanie mu mechanizmów społecznych to taki sam proces uczenia go życia w otaczającym go środowisku jak w wypadku wilka i innych zwierząt, rzecz w tym by nie przesadzić z dbałością i nadmiarem wody oraz nawozu nie zniszczyć dopiero co kiełkującej rośliny. Dr E używa często wyrażenia ‘overculture’ oznaczającego mniej więcej ‘nadmiar formowania’, coś co sprawia, że czujemy się przede wszystkim, szybą, garnkiem i rzeźbą, a nie piaskiem, gliną i głazem. Poprzez zbyt wiele zakazów, nakazów i oczekiwań otoczenia zapominamy kim jesteśmy sami dla siebie, widzimy siebie oczami innych i wpadamy w poczucie winy, niską samoocenę oraz frustrację. Dlatego trzeba zanurzyć się w siebie i odwiedzić Rzekę Pod Rzeką. Raz, dwa, trzy…tyle razy ile trzeba. Ludzie oddają się medytacji, by znaleźć psychiczną równowagę. Dlatego również zajmują się psychoterapią i psychoanalizą. Dlatego analizują sny i zajmują się sztuką. Dlatego niektórzy wróżą z kart tarota, odczytują przepowiednie / Ching, tańczą, walą w bębny, grają w teatrze, szukają znaczeń w wierszach i ślą do nieba modły. Dlatego robią wszystko to, co robią. To właśnie jest zbieraniem kości. Potem trzeba usiąść przy ogniu i rozmyślać, jaką pieśń zaśpiewać nad kośćmi, jaki hymn stworzenia, jaki hymn wskrzeszenia. A wypowiadane prawdy złożą się na pieśń.

TWORZENIE ŚPIEWEM

La Loba śpiewa nad kośćmi, które zebrała. A śpiewać to znaczy mówić głosem duszy. Śpiewać to znaczy z mocą wyrazić prawdę o własnej potędze i własnym pragnieniu, tchnąć duszę we wszystko, co toczy choroba, w to, co potrzebuje odnowy. Pisałam już o moim ulubionym micie dotyczącym stworzenia świata pochodzącym z Silmarilionu J.R.R. Tolkiena, gdzie Eru oraz Ainurowie tworzą Ardę za pomocą muzyki. Śpiewanie to wyprowadzanie tego co w nas najlepsze, najszczersze i pełne zapału na zewnątrz. Robiąc to co lubimy, co przepełnia nas radością i ma dla nas samych wartość, odbudowujemy siebie, powoli przybywa nam utraconych tkanek. Najtrudniej jest zacząć, usiąść nad kośćmi i wydobyć z siebie głos, potem robi się coraz lżej, gdy na nowo pojawiają się mięśnie, otacza nas chroniąca przed zagrożeniami bariera skóry, a krew zaczyna krążyć. Powiedzenie, że każdy tworzy swoje życie ma głęboki sens. Stara kobieta śpiewa nad kośćmi, a kiedy śpiewa, kości pokrywają się ciałem. My także „stajemy się”, kiedy przelewamy duszę na kości, które zebrałyśmy.

SZACUNEK DLA PUSTYNI

My, kobiety, jak suche kości, jakże często zaczynamy od pustyni. Czujemy się zniewolone, wyobcowane, oddzielone nawet od pustynnych kaktusów. Pustynia od czasów starożytnych była miejscem poświęconym, królestwem boga Seta i obszarem, na które udawali się przyszli prorocy, by szukać wiedzy i koncentracji. Tereny pustynne cechują się tym, że każdy życiodajny składnik jest w nich wykorzystywany do maximum, życie toczy się według ustalonego rytmu (rośliny i zwierzęta aktywne są przede wszystkim rankiem i późnym popołudniem), a większość czasu spędza pod powierzchnią. Pustynia nie jest żyzna, ale nie jest też jałowa. Ponieważ nie ma warunków do bujnej wegetacji, formy życia są w niej intensywniejsze i bardziej tajemnicze, a wiele roślin, których niemal nie widać na powierzchni ma szeroki i głęboko sięgający system korzeni. Podobnie wygląda życie wielu kobiet, czy to poprzez lęk, czy samotność, czy przez traumatyczne przeżycia, czy przez to, że nie mogąc rozwijać się na górze, kierują swoje siły na rozwijanie części podziemnych. Niektóre kobiety nie chcą przebywać na psychicznej pustyni. Nienawidzą jej jałowości, słabości, ubóstwa. Uparcie usiłują uruchomić zdezelowane jeepy, by wyboistą drogą pędzić do wyimaginowanego, olśniewającego wielkiego miasta psychiki. Spotyka je rozczarowanie, bo nie znajdują tam dzikiego, bujnego życia. Kwitnie ono w świecie duchowym, w świecie pomiędzy światami, w Rio Abajo Rio, w rzece pod rzeką.

 

Stara Kobieta, Dzika Kobieta, to La voz mitológica. To mityczny głos, który zna przeszłość, starożytne dzieje i przechowuje je dla nas w opowieściach. Czasami pojawia się w snach jako bezcielesny, ale przepiękny głos.

Jako czarownica pokazuje nam, że jest różnica między tym, co uwiędłe, a tym, co zasuszone ze starości. Niemowlęta rodzą się „zasu­szone” dzięki instynktowi. Czują instynktownie, co jest dla nich do­bre i co mają robić. To wrodzony dar. Jeśli kobieta go nie utraci, je­śli w młodości zachowa zdolność „bycia starą”, a w starości — młodą, to zawsze będzie wiedziała, co nastąpi. Jeśli utraci ten dar, to może go jeszcze odzyskać celową pracą nad psychiką.

Bo wszystko zaczyna się od kości…

Robbie Robertson&Ulali ‘Mahk Jchi (Heartbeat Drum Song)’***

* Dr E określa ją następująco: Wyobraźcie sobie kwintesencję starej kobiety, mającą dwa miliony lat. To pierwotna Dzika Kobieta, żyjąca zarazem pod ziemią i na powierzchni świata. Żyje w nas i dzięki nam; otacza nas sobą. Pustynie, lasy i ziemia pod naszymi domami mają dwa miliony lat, a może nawet więcej. Podobnie Hellenowie wyobrażali sobie Gaję, ziemia była dosłownie ciałem kobiety: podłoże i roślinność stanowiły skórę, góry – piersi, a jaskinie – łono.

** Ja osobiście wyobrażam sobie ego jako małe, nadąsane i przemądrzałe dziecko. Kiedy czuję, że zanadto chce mi się ono wpieprzać w podejmowanie decyzji, całuję je w czoło i mówię, Dobrze, dziękuję za twoją opinię, ale teraz idź na długi spacer, bo muszę się nad czymś zastanowić. Wbrew temu co myślą niektórzy, sądzę, że nie ma sensu demonizować naszego „ja”. W końcu jest częścią nas samych, po co opędzać się od niego, usiłować zmienić, krzyczeć i przeganiać? Ono jest tylko niedojrzałe i nastawione na „tu i teraz” tak jak dziecko, które nie jest przecież złe, patrzy po prostu z innej perspektywy. Aby je formować, wystarczy rozsądnie wyznaczać mu granice i nie pozwolić decydować w sprawach, do których decyzja do niego nie należy.

 *** Mahk jchi tahm buooi yahmpi gidi
Mahk jchi taum buooi kan spewa ebi
Mahk jchi tham buooi yahmpi gidi
Mahk jchi taum buooi kan spewa ebi

Mahmpi wah hoka yee monk
Tahond tani kiyee tiyee
Gee we-me eetiyee
Nanka yaht yamoonieah wajitse

A hundred years have passed
Yet I hear the distant beat of my father’s drums.
I hear his drums throughout the land.
His beat I feel within my heart.
The drum shall beat
so my heart shall beat.
And I shall live a hundred thousand years.

 (http://lyrics.wikia.com/Robbie_Robertson:Mahk_Jchi_%28Heartbeat_Drum_Song%29)

 

Odcinek 8: La Llorona. O współpracy między animą a animusem oraz regularnym oczyszczaniu się z toksycznych wpływów

biegnaca z wilkami la llorona

La Llorona (Płacząca Kobieta)

Bogaty hidalgo, hiszpański szlachcic, zaleca się do pięknej, ale ubogiej dziewczyny i zdobywa jej serce. Mimo że rodzi mu ona dwóch synów, nie raczy się z nią ożenić. Pewnego dnia oświadcza jej, że wraca do Hiszpanii, gdzie ma poślubić majętną kobietę wybraną przez jego rodzinę, a synów zabiera ze sobą.

Młoda kobieta wpada w rozpacz, szaleje. Drapie jego i siebie po twarzy, rozdziera szaty. Wreszcie zabiera chłopczyków, biegnie nad rzekę i wrzuca ich w nurt. Dzieci toną, a La Llorona pada na brzeg i umiera z żalu.

Hidalgo wraca do Hiszpanii i żeni się z bogaczką. Dusza La Llorona idzie do nieba. Tam święty Piotr oświadcza, że będzie w niebie przyjęta, ponieważ wiele wycierpiała, ale dopiero wtedy, gdy odnajdzie dusze swoich dzieci utopionych w rzece.

I dlatego właśnie La Llorona, płacząca kobieta, ciągnie swe długie włosy po brzegu rzeki, zanurza długie palce w wodzie, by na dnie znaleźć swoje dzieci. Dlatego też żywe dzieci nie mogą się zbliżać do brzegu po zmroku, bo La Llorona może je wziąć za swoje i zabrać na zawsze.

INNA WERSJA

Przejdźmy do wersji współczesnej. W miarę jak z biegiem historii kultura poddaje się różnym wpływom, ulegają przemianom myślenie, postawy i problemy. Zmienia się też opowieść o La Llorona. Kiedy w zeszłym roku w Kolorado zbierałam opowieści o duchach, dziesięcioletni Danny Salazar, szczerbaty, niewiarygodnie chudy chłopak o wiel­kich stopach zapowiadających wysoki wzrost, opowiedział mi swoją wersję. Dodał, że La Llorona zabiła swoje dzieci z zupełnie innych przyczyn niż w starej baśni.

— To było inaczej — upierał się Danny. — La Llorona została kochanką bogatego hidalgo, który miał fabryki nad rzeką. Kiedy była w ciąży, napiła się wody z tej rzeki. Jej synowie, bliźniacy, urodzili się niewidomi, ze zrośniętymi palcami, bo hidalgo zatruł rzekę ściekami z fabryki.

Hidalgo powiedział La Lloronie, że nie chce ani jej, ani dzieci. Ożenił się z bogatą kobietą, która chciała mieć to wszystko, co produkowała fabryka. La Llorona utopiła dzieci w rzece, a potem sama umarła z żalu. Poszła do nieba, ale święty Piotr nie chciał jej wpuścić, zanim nie odnajdzie duszyczek dzieci. I La Llorona do dziś szuka dzieci w brudnej rzece, ale nic w niej nie widzi, bo woda jest brudna i ciemna. Jej duch szuka dzieci na dnie albo błąka się po brzegu i nawołuje.

———————————

Dr Estes lubi porównywać wyobraźnię, kreatywność i pragnienie „twórczego wyżywania się” do rzeki. Siły twórcze płynące przez krajobraz psychiki szukają istniejących w nas naturalnych zagłębień, arroyos (koryt, kanałów). Stajemy się ich odnogami, ich basenami, stawami, jeziorami, strumieniami i sanktuariami. Spontaniczna energia twórcza wlewa się w koryta, które są w nas — te, z którymi się rodzimy, i te, które kopiemy własnymi rękami. Nie musimy ich wypełniać, wystarczy, że je zbudujemy (…)Jeśli wielka podziemna rzeka znajdzie ujścia i odgałęzienia w naszej psychice, to nasze twórcze życie zacznie pulsować, falować, wzno­sić się i opadać cyklicznie jak nieujarzmiona rzeka. Dzięki tym cyklom coś się rodzi, rośnie, obumiera i zanika w swoim czasie, po czym odradza się na nowo. Przy czym jako siły twórcze rozumie nie tylko czynności związane ze sztuką czy kulturą, ale tzw. ‘iskrę bożą’, natchnienie podrywające nas do działania. Za każdym twórczym aktem — czy będzie to pisanie, malarstwo, myślenie, uzdrawianie, gotowanie, rozmawianie, uśmiech czy rękodzie­ło — płynie rzeka, Rio Abajo Rio (‘Rzeka Pod Rzeką’ – przyp. Anna Lawenda), która dostarcza odżywczych wód wszystkiemu, co robimy(…) Twórcza postawa wyrasta z miłości — do osoby, słowa, obrazu, jakiejś idei, ziemi czy ludzkości — z umiłowania, które wzbiera i przepełnia nas do tego stopnia, że musimy je uzewnętrznić, tworząc. To nie kwestia chęci czy postanowienia, nie pojedynczy akt woli, ale wewnętrzna konieczność. Na całym świecie woda jest żywiołem żeńskim, z definicji przypisanym emocjom, podświadomości, płodności, podróżom, inspiracji, sztuce tworzenia, cierpliwości oraz umiejętności przystosowania się. Moje stare przyjaciółki z południowego Teksasu powiadają, że El Rio Grande nie może być płci męskiej — może być tylko kobietą. Śmiejąc się, mówią: „Jak można rzekę porównać do czegoś innego niż La Dulce Acequia— słodka szczelinka między udami ziemi?”

Twórcza energia jest naturalnym środkiem pobudzającym do aktywności, działa w życiu tak jak rzeka: dostarcza wody aby mogły rosnąć rośliny, zabiera to co niepotrzebne i płynie własnym rytmem: albo jest bystrym strumieniem, albo wody rozlewają się leniwie szerokim korytem. Jednak tak jak każda rzeka napotyka na swojej drodze przeszkody lub ulega zatruciu przez czynniki wewnętrzne lub zewnętrzne, a wtedy nie ma innego wyjścia niż rozpocząć żmudne oczyszczanie. Bez wątpienia twórcza postawa jest rezultatem wewnętrznego ruchu, wrzenia, pulsowania i wibracji; nie stoi w miejscu, czekając, aż znajdziemy do niej okrężną drogę. W tym sensie nigdy nie możemy „stracić” twórczej wyobraźni. Jest zawsze i albo wypełnia nas swobodnie, albo napotyka przeszkody na swojej drodze. Jeśli nie utoruje sobie drogi do naszego wnętrza, to cofa się, zbiera siły i znów próbuje się przedrzeć, aż przerwie wszelkie zapory. Uniknąć tej nieodpartej energii możemy jedynie, wciąż wznosząc przed nią bariery albo zatruwając ją niszczycielskim pesymizmem, zaniedbaniem czy rezygnacją (…) Jeśli jej nurty zostaną zatrute naszymi negatywnymi kompleksami albo nieprzyjaznym stosunkiem otoczenia, to delikatny proces doskonalenia naszych idei także zostaje zatruty. Wówczas jesteśmy jak umierająca rzeka. Nie wolno nam tego ignorować. Utrata czystego twórczego nurtu powoduje bowiem psychiczny i duchowy kryzys dokładnie tak jak dzieje się z wodami zatrutymi przez ścieki: wypełnione są śniętymi rybami i gnijącymi roślinami, a nad nimi unosi się smród. To nie jest środowisko, gdzie toczy się życie, do takiego wodopoju nie ciągną zwierzęta, a rośliny nadbrzeżne umierają ciągnąc korzeniami truciznę. W baśni piękna młoda dziewczyna i czysta rzeka to metafory opisujące procesy twórcze kobiety w stanie naturalnym Po spotkaniu z de­strukcyjnym animusem i kobieta, i rzeka zostają zniszczone. Kobieta, której twórcze życie zamiera — jak La Llorona — ma uczucie, że została zatruta, zniekształcona i doznaje pragnienia, by zabijać wszystko na swej drodze. W rezultacie zostaje skazana na nie kończącą się tułaczkę po gruzach swego potencjału twórczego.

ŻYCIE ZGODNE Z NURTEM RZEKI

Osoba poddająca się naturalnej potrzebie twórczości, spontaniczności i radości przypomina nieskażoną rzekę płynącą własnym korytem. W prawidłowym cyklu anima czyli żeńska energia poddaje pomysł, a animus, energia męska, pomaga wcielać go w życie, dokładnie tak jak pracuje nasz mózg: prawa półkula odpowiedzialna jest za skojarzenia, inspirację, marzenie i podświadomość, a lewa za koncentrację, pamięć, porządek i świadomość.

Gdyby każda z półkul mogła się przedstawić zapewne zrobiłaby to tak:

LEWA

Jestem naukowcem. Matematykiem. Lubię to co już znam. Układam w kategorie. Jestem dokładny. Myślę w sposób linearny, od początku do końca. Jestem analityczny. Stawiam na strategię. Jestem praktyczny. Zawsze się kontroluję. Jestem mistrzem w dziedzinie wyrażania się. Jestem realistą. Moim zajęciem jest obliczanie równań i posługiwanie się liczbami. Jestem uporządkowany. Jestem logiczny. Rozpoznaję sekwencje, słowa, litery i cyfry. Mam wyczucie czasu. Moim atutem jest mowa. Potrzebujesz mnie przy wyrażaniu się słowami, pisaniu, czytaniu, liczeniu, zapamiętywaniu i analizowaniu. To ja odpowiadam za pamięć krótkoterminową. Przede wszystkim dostrzegam słowa. Sprawiam, że patrzysz w sposób obiektywny. Stawiam na cel. Pomagam ci zaistnieć na zewnątrz.

Dokładnie wiem, kim jestem.

PRAWA

Jestem twórcza! Jestem wolnym duchem! Przepełnia mnie pasja! Lubię to co nieznane. Pragnę. Jestem emocjonalna. Odczuwam. Śmieję się. Płaczę. Marzę. Tworzę. Postrzegam wszystkimi zmysłami. Myślę w sposób wielokierunkowy, odchodząc od początkowego problemu. Synchronizuję. Jestem wiecznie w ruchu. Jestem spontaniczna. Jestem żywymi kolorami i poruszającą muzyką. Jestem potrzebą tworzenia. Jestem nieskrępowaną wyobraźnią. Moim zajęciem są sztuka i poezja. Rozpoznaję obszary, twarze, miejsca i przedmioty. Mam wyczucie przestrzeni. Moim atutem jest wyobraźnia. Potrzebujesz mnie przy tworzeniu, znajdowaniu nowatorskich rozwiązań, widzeniu barw, słuchaniu muzyki i orientacji w przestrzeni. To ja odpowiadam za pamięć długoterminową. Przede wszystkim dostrzegam obrazy. Sprawiam, że patrzysz w sposób subiektywny. Stawiam na zabawę. Kieruję twoim życiem wewnętrznym.

Jestem wszystkim czego zapragnę.

Nikt z nas nie rodzi się tylko z jedną półkulą mózgową. Do życia potrzebne są obie. Koncentrowanie się na tylko jednej oznacza, że skazujemy się na życiowe niepowodzenia i albo staniemy się jak artysta o wielu pomysłach, który nie potrafi jednak żadnego doprowadzić do końca, albo jak naukowiec, widzący rzeczywistość jedynie w kategoriach liczb i faktów. Jest to zaburzenie cyklu i prowadzi do tego, że nasza twórcza rzeka zostaje zablokowana.

W naszej zracjonalizowanej, przesiąkniętej Oświeceniem kulturze zachodniej ceni się przede wszystkim wartości reprezentowane przez lewą półkulę czyli racjonalność i logiczny wywód, które choć zdecydowanie potrzebne nie mogą jednak zdominować naszej natury. Jeżeli rzeka nieskrępowanej, twórczej energii na swojej drodze spotyka zbyt wiele tam, to przestaje być rzeką. Czasem, niczym w naszej baśni, twórcze życie kobiety dostaje się pod panowanie sił, które pragną tworzyć tylko to, co służy potrzebom ego — rzeczy, które nie mają trwałej wartości dla duszy. Społeczeństwo zaś odmawia kobiecie wsparcia, przekonując, że jej twórcze idee są bezużyteczne, że nikt ich nie potrzebuje, że to jałowe wysiłki. To tak, jakby zanieczyszczać rzekę ołowiem. To zatruwanie psychiki. W zaspokajaniu potrzeb ego nie ma nic złego; przeciwnie, one także są ważne. Problem w tym, że trujące wyziewy negatywnych kompleksów niszczą świeżość, nowość, potencjał twórczy, wszystko, co dopie­ro się rodzi, jest w stadium poczwarki, wszystko, co zdążyło odrosnąć od ziemi, na równi z tym, co stare i okrzepłe. Kiedy fabryki wokół nas produkują bezduszność i drwinę, toksyczne odpady leją się do czystej rzeki, zabijając każdy impuls i energię do tworzenia.

SPOWOLNIONY BIEG ZATRUTEJ RZEKI

Opowieści z całego świata pełne są motywów zatruwania przez złe moce tego co dobre, czyste i nieskażone: temat zatruwania studni używanej przez dobrych ludzi pojawia się w Jean de Florette i Manon of the Spring. Podobnie w micie helleńskim Fineus nie może ani jeść ani pić, bo talerze zatruwają swoimi odchodami harpie. Tak jak trucizna zabija życie w rzece, tak trucizna płynąca z ust otoczenia albo z podszeptów własnych kompleksów zabija entuzjazm i chęć tworzenia. W naturalnym cyklu nawet w czasie odpoczynku i przy braku aktywności woda nie zatrzymuje się, najwyżej wsiąka w ziemię – podświadomość, szukając nowych pomysłów, by potem wytrysnąć jako źródło w zupełnie innym miejscu. Czym innym jest myśleć nad nowym pomysłem i zastanawiać się jaką formę mu nadać albo spokojnie oczekiwać jaki tym razem koncept pojawi się w umyśle, a czym innym odczuwać pustkę i brak wiary we własne siły.

W jaki sposób trucizna atakuje twórcze życie kobiety? Skażenie twórczej postawy wobec życia może dotknąć wszystkie pięć faz tworzenia: natchnienie, koncentrację, organizację, realizację i pielęgnowanie. Kobiety, które nie potrafią radzić sobie z jedną czy kilkoma z tych faz, opowiadają, że „nie widzą dla siebie nic nowego, pożytecznego, znaczą­cego”. Rozpraszają się w romansach, codziennych obowiązkach, rozryw­kach; rezygnują w obliczu zmęczenia czy lęku przed niepowodzeniem. Czasami brakuje im samodyscypliny i dobrej organizacji; projekt leży rozproszony w stu miejscach, w stu kawałkach. Czasami problemy wynikają z typowo kobiecego naiwnego stosunku do własnej ekspresji: kobieta sądzi, że wykonując kilka posunięć w zewnętrznym świecie, rzeczywiście czegoś dokonała. To tak, jakby zrobić ręce, nogi czy głowę i nazwać to skończoną postacią (…)Zdarza się też, że kobieta pada ofiarą krytyki otoczenia albo swoich natrętnych myśli: „To, co robisz, jest nieudolne, nie dość dobre pod takim czy innym względem. Zbyt pompatyczne, zbyt minimalistyczne, zabiera za dużo czasu, jest za mało ambitne, za trudne dla ciebie”. To lanie kadmu do wody. Znam taki przypadek osobiście. Zdolna dziewczyna mająca i wizję, i dobry warsztat pisarski tworzyła przez wiele miesięcy powieść fantastyczną w wielu odcinkach. Publikowała ją na portalu pisarskim, gdzie zbierała pozytywne recenzje, jednak w chwili osobistego kryzysu (i jak podejrzewam depresji) skasowała swoje konto z całą zawartością. Jak się później dowiedziałam, destrukcji uległy także wszystkie jej texty na twardym dysku. Kiedy dziewczyna jakoś się pozbierała, próbowała pisać raz jeszcze, tym razem na blogu, ale i on przetrwał tylko kilka miesięcy, po czym został przez nią skasowany. Z tego co się orientuję nie miała w otoczeniu nikogo, kto by ją wspierał w pisaniu, przychylne opinie pochodziły chyba tylko z naszego portalu pisarskiego, tak czy inaczej i zewnętrzne, i wewnętrzne podszepty destrukcyjnego w tym wypadku animusa skutecznie zatruły jej twórcze wody. Nie wiem co teraz robi, czy pisze, czy zupełnie się poddała, ale myślę, że jeżeli faktycznie to zrobiła, skrzywdziła najbardziej samą siebie, bo całą swoją naturą, całą sobą jest twórczą rzeką. Syndrom Harpii dokonuje zniszczeń przez degradację
uzdolnień i wysiłków i pełen jadu wewnętrzny dialog. Każdy pomysł pojawiający się w głowie kobiety zostaje zbrukany przez Harpie. Kobieta mówi: „Chciałabym zrobić to czy tamto”, Harpia odpowiada: „Co za bzdura, kogo to obchodzi, to śmieszne i prostackie. Zrozum, twoje pomysły są idiotyczne, ludzie cię wyśmieją, przecież ty nie masz nic do powiedzenia”. Inną formą skażenia są własne wymówki i wykręty. Wszystkie pisarki, malarki, tancerki, inne artystki znają je od początku świata. „Zabiorę się za to niedługo”. Tymczasem wpadają w głęboką depresję. „Cały czas jestem zajęta, jeśli tylko znajdę chwilę, to staram się pisać  —     zeszłego roku napisałam dwa wiersze, skończyłam jeden obraz i zaczęłam drugi, zajęło mi to półtora roku, bo dom na głowie, dzieciaki,mąż, przyjaciel, kot, ciągle ktoś mnie potrzebuje. Zabiorę się za to, ale na razie nie mam pieniędzy, nie mam czasu, po prostu nie mogę wykroić dość czasu; dopóty nie zacznę, dopóki nie sprawię sobie porządnych
narzędzi, dopóki czegoś nie przeżyję; teraz właściwie nie mam na to ochoty, nie jestem w odpowiednim nastroju. Przecież trzeba przynajmniej całego dnia, paru swobodnych dni. Muszę mieć kilka tygodni spokoju, żeby to skończyć” i tak dalej.

Im dłużej utrzymuje się taki stan, tym gorzej dla nas. Skoro nie wyrażamy się, nie działamy i nie tworzymy, kompleksy nabierają siły i utwierdzają nas w przekonaniu, że przecież trzeba harować na chleb, nakarmić dzieci i zasuwać, bo życie to nie przelewki i nie warto sobie zawracać głowy bzdurami. Może kiedyś ewentualnie przyjdzie czas na tworzenie…jak dzieci dorosną, jak zdobędę lepszą pracę, jak przeprowadzę się do wygodniejszego mieszkania… Nieprawda. To jest gra na zwłokę naszego wewnętrznego drapieżcy, który używa wszelkich metod aby zdusić w zarodku twórczy płomień. Może także podpowiadać nam, że nasze tworzenie będzie coś warte dopiero jeżeli dostaniemy nagrodę, wydamy książkę, zyskamy aprobatę, ale znowu nie wolno dać się nam nabrać. Nie wolno w siebie nie wierzyć. Nie wolno czekać. Trzeba zrobić pierwszy krok. Dzisiaj. Teraz. Znałam kobiety całymi dniami pracujące przy zajęciach, którymi gardziły, tylko po to, żeby kupić bardzo kosztowne rzeczy do domu, dla mężów, dzieci, na dalszy plan spychając swe prawdziwe zdolności. Znałam kobiety, które zanim usiadły do pisania, najpierw musiały posprzątać dom na błysk… a wiecie, jak to jest ze sprzątaniem domu… nigdy nie ma końca. Doskonały sposób, by powstrzymać kobietę. Trzeba być czujną, nie pozwolić, by przyziemne obowiązki okradały z twórczych uniesień, twórczych myśli, twórczego odpoczynku. Trzeba tupnąć nogą i odmówić robienia połowy rzeczy, które, jak się zdaje, „powinno się” robić. Sztuką nie można się zajmować tylko w kradzionych chwilach. Destruktywny aspekt animusa czai się i wewnątrz, i na zewnątrz, a często ten zewnętrzny podsyca wewnętrzne wątpliwości. Jeżeli otoczenie nie tylko nie wspiera nas w tym co robimy, ale „tłumaczy”, że to niepotrzebne, głupie, infantylne, że nie trzeba sobie zawracać głowy bzdurami, jeżeli żąda również tej ilości naszego czasu i energii, które przeznaczamy na rozwijanie zainteresowań, jeżeli udaremnia nasze wysiłki twórcze i przeszkadza we wprowadzaniu w życie naszych koncepcji, to sprawia, że topimy nasze dzieci – pomysły w rzece dokładnie tak jak La Llorona. Jeśli kultura, w której żyje kobieta, nieustannie atakuje funkcję twórczą swoich członków, jeśli niszczy i okalecza archetypy albo opacznie interpretuje ich sens i znaczenie, to utrwalają się one w psychice jej członków w podobnie okaleczonej postaci: są jak ptak o złamanych skrzydłach. Jeśli takie okaleczone koncepcje na temat tego, jak ma wyglądać życie twórcze i jak je trzeba pielęgnować, dochodzą do głosu w kobiecej psychice, to niełatwo się zorientować, co jest nie tak. Popaść w kompleks, to jakby dostać się do czarnego worka. Wewnątrz panuje ciemność, nie wiadomo, kto uwięził, wiadomo tylko tyle, że jest się w nie­woli.

 REGULARNE OCZYSZCZANIE RZEKI

W opowieści o La Lloronie tak naprawdę zbieramy żniwo zaniedbań z poprzednich opowieści, które były już w tym miejscu analizowane. Nasz wewnętrzny drapieżnik znany z baśni o Sinobrodym atakuje twórczą naturę, która jest osłabiona brakiem wsparcia jak Brzydkie Kaczątko, dlatego zaczyna słuchać jego podszeptów jak Dziewczynka z Zapałkami czy właścicielka Czerwonych Trzewiczków. Ale jeżeli chcesz stworzyć coś wartościowego, co sprawi, że będziesz tańczyć i skakać ze szczęścia to nie wolno ci spalać swoich talentów ani udawać się w pogoń za pustymi przyjemnościami. Jeżeli chcesz osiągnąć coś wielkiego i rozwijać się, to nie wolno ci tkwić w stagnacji. Niezależnie od tego jak bardzo Wasylisa bała się lasu, ruszyła przed siebie. Aby zdobyć swojego Graala, musisz wyruszyć w podróż, fizyczną lub mentalną. Musisz pozwolić rzece płynąć.

Hidalgo symbolizuje naszego animusa, pierwiastek męski* i czynnik sprawczy, ten element, który pomaga nam urzeczywistniać wizje animy tak jak lewa półkula pomaga zwerbalizować odczucia prawej. Animus — czynnik, który stanowi podstawę zewnętrznej aktywności — to mężczyzna nad rzeką. Jest kimś w rodzaju zarządcy. Ma sprawować nad rzeką opiekę i chronić czystość wód.(…) Istnieje współzależność między występowaniem u kobiet obawy przed tworzeniem — kobiety boją się uzewnętrzniać swoje idee albo robią to w sposób połowiczny i chaotyczny — a pojawianiem się u nich snów o rannych lub raniących mężczyznach. I odwrotnie, w snach kobiet o silnej zdolności przemawiania w świecie zewnętrznym konsekwentnie pojawia się silna postać męska w różnych przebraniach. To pomost, dzięki któremu pomysły mogą ujrzeć światło dzienne czy też pośrednik między animą a światem zewnętrznym, który dba o to by ukazała się w jak najkorzystniejszy  sposób. Jest jak kreator mody ubierający gwiazdę tak by błyszczała na czerwonym dywanie. Jest jak Hermes mający dostęp do wszystkich helleńskich światów i podróżujący między nimi, załatwiając sprawy dla bogów. Pomysły animy rodzą się wewnątrz, ale to animus jest dłonią, która wyprowadza je na zewnątrz. Bez silnego, zdrowego pierwiastka męskiego wewnątrz kobieta będzie marnotrawić swój talent, jej koncepcje nie zaistnieją poza jej umysłem albo będzie zaczynać kolejne projekty nie kończąc poprzednich.

Rzecz w tym, że animus sam w sobie nie zawiera w sobie natchnienia. Spełnia wyłącznie funkcje użytkowe i tak jak lewa półkula mózgowa jest nastawiony na realizację celu. Jeżeli my same nie przekonamy go by służył realizacji naszych wewnętrznych wizji, to będzie wykonywał to co widzi na zewnątrz. A jest to raczej niebezpieczne dla naszych marzeń, zwłaszcza w takiej kulturze w jakiej żyjemy. Oczywiście nie musimy nazywać go animusem, można wyrazić go za pomocą innych słów i obrazów, jakie się nasuwają. Ale trzeba również zrozumieć, że współczesna kultura narzuca kobietom nieufność wobec męskości; dla niektórych jest to lęk przed zależnością od mężczyzny, dla innych bolesny powrót do zdrowia po ranach zadanych przez męski świat. Najogólniej mówiąc, ta ostrożność (podejrzliwość) ma źródła w ledwie zaleczonych urazach powstałych w rodzinie i społe­czeństwie w czasach wcześniejszych, kiedy kobietę traktowano jak niewolnika, a nie pełnoprawną osobę. Wciąż świeże w pamięci Dzikiej Kobiety są czasy, kiedy kobiety o wielkich zdolnościach uznawano za wyrzutki społeczeństwa, kiedy nie wolno im było mieć własnych przekonań, poglądów, chyba że je kultywowały w tajemnicy i lokowa­ły w mężczyznach, którzy potem wynosili je na świat pod własnym imieniem.

Spotykam mnóstwo kobiet, które albo ignorują w sobie aktywny pierwiastek męski, albo używają go tylko do dowodzenia rodziną i zarządzania domem (i wysprzątają wszystko na błysk, i zrobią obiad z deserem, i pogonią dzieci do lekcji, i jeszcze pajęczyny usuną, ależ się nazbierało pająków tego lata!). Natomiast ja osobiście jestem przekonana, że animus najlepiej realizuje się jako towarzysz animy, a nie niewolnik zewnętrznych przekonań społeczeństwa. Animus i anima są małżeństwem tak jak półkule mózgowe i pomimo różnic muszą funkcjonować razem, czasem zawierać kompromisy i wychowywać wspólnie dzieci – pomysły. Dobrą wiadomością jest to, że jeżeli przetrwają pierwsze konflikty to zaczynają się coraz lepiej dogadywać. Mogę potwierdzić własnym przykładem . Moje animus i anima są twórczą parą od siedemnastu lat, od momentu kiedy po raz pierwszy zaczęłam pisać swoją opowieść. Na początku bywało różnie, a najczęściej wszystko zaczynało się komplikować przy zewnętrznych kłopotach. Anima jak to emocjonalna kobieta zaczynała panikować, dramatyzować i hamletyzować, a animus patrzył na to ze zdziwieniem i zniecierpliwieniem, i na próżno dopytywał się: „Ale co ja mam zrobić?”. Te sinusoidy trwały latami, jednak nie przeszkadzało to mojej mentalno – duchowej parze płodzić kolejnych dzieci – pomysłów. Kilka lat temu, po szczególnie ciężkich narodzinach nastąpił kryzys i okresowa bezpłodność, co jednak okazało się jakimś katalizatorem, bo ni stąd ni z owąd para przestała się spierać i koncentrować na różnicach. Nagle okazało się, że chyba ponownie się w sobie zakochali i świata poza sobą nie widzą. Myślę, że po prostu oboje dojrzeli. Dzięki temu w chwili obecnej mogę prowadzić forum, publikować raz w miesiącu na trzech blogach i co tydzień wrzucać nowy odcinek swojej opowieści (cały czas pracując przy tym zawodowo oczywiście).

Ale tak jak w każdym związku między dwoma elementami nie przyszło to łatwo. Animusa trzeba sobie wyćwiczyć. Trzeba zaprzęc go do zaprzęgu razem z animą aby wiodły nas przez życie tak jak sfinxy w tarotowym Rydwanie.

Tak jak była już o tym mowa w poście o Sinobrodym do animusa trzeba mówić w jego języku ojczystym czyli mową intelektu i logiki tak jak do lewej półkuli mózgowej. Słyszysz jak animus podpowiada ci, że masz do skończenia raport na jutro chociaż twoje myśli błądzą dookoła książki, którą właśnie czytasz? Powiedz mu spokojnie: „Mój drogi, jeżeli teraz zabiorę się za raport to i tak będę się zastanawiała tylko i wyłącznie nad tym czy Frodo dotrze bezpiecznie do Rivendell, więc może lepiej dokończę rozdział i wtedy spokojnie skoncentruję się na raporcie”. Nie bój się, zrozumie. Jest z natury logiczny, więc rozumowy argument go przekona. Ale ty bądź konsekwentna i kiedy Frodo dotrze bezpiecznie do Rivendell, odłóż książkę i zabierz się za ten raport. Nikt nie lubi jak się z nim leci w kulki, a jeżeli animus zobaczy, że próbujesz go oszukać to zwróci się przeciw tobie i swoją siłą analityczną będzie wzmacniał twoje komplexy zamiast wcielać w życie pomysły. Podstawowym aspektem w pozytywnym rozwoju animusu jest rzeczywista manifestacja spójnych myśli, impulsów, idei powstających wewnątrz. Choć mówimy tu o pozytywnym rozwoju animusu, trzeba uczynić jedno zastrzeżenie: integralny animus musi się rozwijać przy pełnej świadomości, a wymaga to samodyscypliny i dogłębnej samoanalizy. Jeśli na każdym kroku swej drogi nie będziemy zgłębiać własnych intencji i żądz, to animus rozwinie się w złym kierunku. Taki szkodliwy animus może i będzie bezsensownie starać się forsować nieprzemyślane impulsy ego, idąc za ślepą ambicją i zaspokajając setki niepotrzebnych życzeń. Co więcej, animus jest elementem kobiecej psychiki, który trzeba poddawać regularnym ćwiczeniom, żeby oboje mogli działać w sposób pełny. Jeśli dobroczynny animus jest zaniedbywany w życiu psychicznym kobiety, to ulega atrofii, zupełnie tak samo jak mięśnie, które zbyt długo nie pracowały.

Na własnym przykładzie mogę potwierdzić, że to prawda. Mimo natłoku zajęć, kiedy tylko pojawiają się w moim umyśle podszepty: „Możesz nie dać rady, możesz mieć zbyt dużo do zrobienia, może lepiej sobie odpuść”, to natychmiast wkracza do akcji animus (zanim wrażliwa anima zdąży w to uwierzyć) i w zależności od natężenia siły małych wewnętrznych drapieżników mówi zdecydowanie/krzyczy/wydziera się: „Ależ oczywiście, że dasz radę! Natychmiast do roboty, nie lenić mi się! Wyobraźnia, chodź do mnie, przeleję na ekran laptopa wszystko co mi podyktujesz!”. Towarzyszy animie w całym procesie powstawania posta/odcinka i nie pozwala przeciągać go do nieskończoności chociaż ona chciałaby jeszcze tu wygładzić, a tu coś dodać. To on organizuje jej pracę i mówi, kiedy czas już zakończyć. Może się wydawać to komuś dziwne, ale tuż przed opublikowaniem posta/odcinka czuję jakby mój umysł przechodził bóle porodowe i wiem, że to już teraz, dzisiaj, i że trzeba koniecznie skończyć, urodzić to mentalne dziecko, bo dłużej nie wytrzymam. A jaką ulgę odczuwam zaraz po tym…Mój pierwiastek męski cały puszy się z dumy jak mały kogucik . Zdrowy, szczęśliwy i zadowolony animus będzie nam dodawał skrzydeł. On siłą rzeczy potrzebuje animy, pragnie natchnienia i pomysłów do realizacji. Hindusi mówią, że bez Śakti, wcielonej żeńskiej siły życiowej, Siwa, moc sprawcza, umiera. To Śakti jest energią życia ożywiającą męską zasadę, która z kolei pobudza do działania w zewnętrznym świecie**. Tak jak zakochany mężczyzna buduje dom, w którym zamieszka wraz z kobietą swojego życia i ich dziećmi. Nie spotkałam jeszcze mężczyzny – singla, który by budował dom tylko dla siebie samego. Ponieważ żyjemy w świecie, który wymaga zarówno podejścia medytacyjnego, jak i zewnętrznej aktywności, więc uważam koncepcję męskiego pierwiastka w kobiecej psychice za bardzo pożyteczną. Przy zachowaniu stosownej równowagi animus zachowuje się jak pomocnik, współpracownik, towarzysz, kochanek, brat, ojciec czy król (…) Archetyp króla symbolizuje siłę, która powinna działać dla dobra kobiety, rządzić tym, co ona i dusza mu po­wierzają, władać psychicznymi obszarami, które zostały mu nadane (…)Hidalgo w opowieści reprezentuje aspekt kobiecej psychiki, który, mówiąc potocznym językiem, zszedł na złą drogę. Jest zepsuty, czerpie korzyści z wytwarzania trucizny, w jakiś sposób jest przywiązany do niezdrowego życia. Jest jak król, który wymusza posłuszeństwo głodem. Nie postępuje mądrze, nie pokocha go kobieta, której rzekomo chce służyć.

W jednej z wersji baśni zanieczyszczenia powodują deformację dzieci, które symbolizują młode ideały, myśli, przekonania. Dzieci reprezentują naszą zdolność do stworzenia czegoś tam, gdzie dawniej nie było nic. Dostrzegamy, że owa deformacja nowego potencjału za­chodzi, kiedy zaczynamy wątpić w nasze zdolności, szczególnie w na­sze prawo do myślenia, działania czy istnienia. (…) W psychice zachodzi dziwne zjawisko: kiedy kobieta jest pod wpływem negatywnego animusu, każdy jej twórczy wysiłek, każda próba podjęcia twórczego aktu odbija się rykoszetem i uderza w nią samą. Gdy tylko bierze do ręki pióro, z fabryki wylewają się ścieki. Rozważa zapisanie się do szkoły, bierze lekcje, ale zatrzymuje się w pół drogi, dusi się z braku wewnętrznej strawy i poparcia. Kobieta nabiera rozpędu, ale za każdym razem go traci. Coraz więcej nie skończonego szycia, nigdy nie urządzonych klombów, nie zrealizowanych wycieczek, nie zapisanych myśli, coraz więcej obcych języków, których się nie nauczy­ła, porzuconych lekcji muzyki, zaczętych gobelinów; a wszystko to czeka i czeka.

Jak zatem pilnować by rzeka była czysta i co robić jeżeli już zostanie zatruta?

NIEZBĘDNA I REGULARNA HIGIENA PSYCHICZNA ORAZ MENTALNA

Piszę także bloga na temat bogiń z całego świata i mitów ich dotyczących, dlatego nie mogło mi umknąć skojarzenie La Llorony z dwiema wielkimi boginiami rzek: hinduską Saraswati i zoroastriańską Anahitą (Areduvi Sura Anahita). Saraswati, śakti Stworzyciela Brahmy, jest uosobieniem mądrości, intelektu, kultury i sztuki. Anahicie, której imię oznacza Nieskazitelna, poświęcony jest jeden z najważniejszych rytuałów zoroastriańskich Ab – Zohr polegający na oczyszczaniu wody.

Te dwie wielkie boginie powinny inspirować nas do uprawiania codziennej higieny mentalnej i psychicznej. Pozwolę sobie zacytować to co napisałam już jako rady w poście o Saraswati

Nie pozwalaj sobie na ignorancję i umysłowy letarg czy gnuśność.

 Nie koncentruj się na świecie materialnym, bo doprowadzi cię to do tego, że otwierając pięknie zapakowany prezent dowiesz się, że w środku jest pusty.

 Codziennie poświęcasz więcej lub mniej czasu urodzie ciała. Jak często dbasz o urodę umysłu?   

Dostarczasz swojemu ciału składniki odżywcze. Czym karmisz swój umysł?

Umysł i psychika potrzebują diety i ćwiczeń tak jak twoje ciało, nie zaniedbuj ich.

Koncentrowanie uwagi na serwisach plotkarskich czy programach rozrywkowych działa na umysł tak jak fast food na ciało, na takiej diecie umysł nie urośnie ani nie będzie się rozwijał.

 Wyrażaj swoje talenty, czy to przez pisanie, malowanie, śpiewanie czy w inny sposób. Pamiętaj, że potrzeba wyrażania swojego wnętrza jest siłą napędzającą nas do działania. Kreatywność może wyrażać się za pomocą najprostszych i najtańszych środków. Nie wstydź się. Experymentuj.

DIETA DLA UMYSŁU I DUSZY

Jeżeli masz w swoim otoczeniu osoby, które cię nie wspierają lub wręcz torpedują twoje pomysły to pamiętaj, że nie masz na nich wpływu oraz że nie ma sensu wkładać energii i czasu na przekonywanie ich (można ewentualnie zrobić to co Brzydkie Kaczątko i udać się na poszukiwanie swojego prawdziwego stada). Masz natomiast całkowity wybór, co do tego czy będziesz karmić wewnętrzne drapieżniki, czy pozwolisz im umrzeć z głodu.

Masz też wybór czy karmić duszę i umysł naturalną, zdrową żywnością, czy mentalnym fast fordem. Uważaj czy będzie to książka, czy magazyn plotkarski, bo wszystko co nie służy rozwojowi wewnętrznemu jest właśnie mentalnym fast foodem. Twój umysł przetwarza informacje jakby konsumował, ale nie mają one dla niego właściwości odżywczych. Podobnie jest z telewizją: jeżeli oglądasz program rozrywkowy, ponieważ zajmujesz się śpiewem lub tańcem i chcesz doskonalić technikę obserwując innych to będzie zdrowa żywność dla twojego wnętrza, ale jeżeli oglądasz tylko po to żeby posłuchać złośliwych komentarzy jurorów i zobaczyć kto dzisiaj odpadnie to konsumujesz mentalny fast food. Ja zresztą od chwili gdy mam w domu szybki net praktycznie w ogóle odstawiłam telewizję i mój umysł nie zgłasza na nią jakiegoś szczególnego zapotrzebowania.

To co podsuwasz oczom zostaje w umyśle. Wiele kobiet narzeka, że w czasopismach i reklamach pojawiają się tylko młode, wyretuszowane i szczupłe, co wzmacnia komplexy tych niewyretuszowanych, starszych i mniej szczupłych. Zgadzam się, to głupie, ale natychmiast nasuwa mi się pytanie: To po co kupujesz te magazyny? Po co gapisz się na reklamy? Myślisz, że ich twórcy chcą żeby twoje wnętrze rozkwitało? Nie. Oni chcą sprzedać ci swój produkt. Jeżeli jednak uznasz, że chcesz czytać ten magazyn czy kupić rzecz z reklamy to pamiętaj, że służą temu co na zewnątrz i raczej nie znajdziesz tam czegoś, co pozwoliłoby wzrastać twojemu wnętrzu. I jeżeli zajmujesz się tylko tym, co nastawione na zewnątrz to twoja dusza i umysł będą głodować. Tak jak stwierdził jeden z pisarzy: ‘Aby być dobrym pisarzem trzeba najpierw wiele czytać’, więc komponuj świadomie dietę dla swojego umysłu i duszy. Przyjmuj pożywienie dające siły, by zacząć czyszczenie rzeki. Trudno uniknąć trujących substancji w rzece, jeśli kobieta odrzuca szczere komplementy na temat swojej twórczości. (…) By do tego nie dopuścić, kobieta musi się nauczyć przyjmować pochwały i komplementy (nawet jeśli z początku robi przy tym wraże­nie, że nachalnie się ich domaga), delektować się nimi i zamykać usta złośliwemu animusowi, który pragnie chwalącemu rzucić w twarz: „To tylko ty tak uważasz, nie wiesz, ile błędów popełniła, nie widzisz, jaka to miernota”.

 CODZIENNE ĆWICZENIA DLA DUSZY I UMYSŁU

Aktywność

Przede wszystkim działaj. Nie wykształcisz sobie odpowiednich nawyków ani dobrej techniki jeżeli nie zaczniesz działać. Możesz mieć nawet najbardziej genialne pomysły, ale nie wprowadzone w czyn de facto nie istnieją. Nie słuchaj stada wewnętrznych czy zewnętrznych drapieżników, które zniechęcają cię i próbują przekonać, że to nie teraz, to nie ten czas itd. Nie musisz od razu stworzyć wielotomowej sagi. Ważne, żeby wykonywać to co twórcze regularnie, nawet jeżeli miałoby to oznaczać napisanie jednego akapitu dziennie. Po tygodniu będziesz już mieć siedem akapitów. Zacznij. Tak się czyści zatrutą rzekę. Jeśli się boisz niepowodzenia, zacznij mimo to, a jeśli nie można inaczej, to ponieś klęskę, pozbie­raj się i zacznij od nowa. Jeśli znów się nie uda, to co z tego? Zacznij jeszcze raz. To nie porażka powstrzymuje — to niechęć do zaczynania od początku powoduje stagnację. Co z tego, że się boisz? Jeśli się obawiasz, że coś wyskoczy i cię ugryzie, to niech się to wreszcie stanie. Niech twój strach wyjrzy z ciemności i cię ukąsi, żebyś miała to już za sobą i mogła się posuwać dalej. Przezwyciężysz to. Strach minie. Lepiej, żebyś wyszła mu naprzeciw, poczuła go i pokonała, zamiast mieć w nim wieczną wymówkę od czyszczenia rzeki.

Obserwacje

Obserwuj to co się dzieje dookoła, ale staraj się nie oceniać. Zastanawiaj się jak mogło dojść do danej sytuacji albo co wywołało w tobie czy w innej osobie takie, a nie inne zachowanie. Obserwowanie swojego środowiska jest pokarmem dla duszy i ciała. Patrz na zewnątrz, ale przede wszystkim do wewnątrz. Rozpoznawanie i nazywanie swoich emocji pomaga uciszyć te, które nie są dla ciebie korzystne. Reaguj na wszystko wokół. W ten sposób oczyszczasz rzekę. (…)By tworzyć, trzeba być wrażliwą na świat. Twórcze podejście to zdolność reagowania na wszystko, co się wokół dzieje, umiejętność wybierania kilku spośród setek możliwych myśli, uczuć, sposobów postępowania i reakcji, które w nas powstają i łączenia ich w niepowtarzalną ekspresję czy przekaz, w których jest i rozmach, i pasja, i głęboka treść. W tym sensie utrata środowiska sprzyjającego twórczości sprawia, że możliwości są ograniczone, że tłumimy lub cenzurujemy nasze uczucia i myśli, nie działamy, nie przemawiamy, nie robimy nic, prze­stajemy istnieć.

Spontaniczność

Nie stosuj wobec siebie wewnętrznej cenzury takiej jak ‘jak przyjmą to inni?’ czy ‘to wywoła awanturę’. Nie słuchaj jak ego podpowiada ci: ‘To się nie sprzeda. Ludzie tego nie kupią!’ Tak jak już kiedyś napisałam prawdziwa sztuka wyrasta z potrzeby tworzenia i z niczego innego. Jeżeli chcesz tworzyć kolejną kopię powieści o nastoletnich wampirach albo skandynawskiego kryminału, to będzie to produkt ego. Michaił Bułhakow pisał Mistrza i Małgorzatę przez wiele lat bez żadnej szansy na legalne wydanie i w strachu że rękopis przepadnie na zawsze podczas rewizji (może to dlatego rękopisy nie płoną? ). J.R.R. Tolkien pisał Władcę Pierścieni przez wiele lat jako opowieść dla języka, który wymyślił. Prawdziwa sztuka nie powstaje jednym kliknięciem ani nie schodzi z taśmy fabrycznej jako gotowy produkt dla mas. Bądź spontaniczna. Tak się czyści rzekę. W swej pierwotnej postaci rzeka, która w nas wpływa, nie jest zatruta; to my ją zatruwamy. Rzeka nie wysycha sama; to my blokujemy jej nurt. Jeśli chcemy przywrócić jej wolność, to musimy uwolnić wyobraźnię, pozwolić jej płynąc nieskrępowanym potokiem, przyjmować z niej wszystko, niczego nie cenzurować.

 Wyznaczanie Granic i ODPUSZCZANIE SOBIE PERFEKCJONISTYCZNYCH CIĄGOTEK

To że jesteś żoną i matką nie oznacza, że masz wszystko sama robić. Nawet przy czwórce dzieci można i trzeba znaleźć odrobinę czasu dla siebie. Zresztą powiedzmy sobie szczerze: dzieci nie potrzebują cię non stop. Zazwyczaj około siódmego roku życia są już skoncentrowane nie tylko na rodzicach i rodzeństwie, ale przede wszystkim kolegach ze szkoły i podwórka, w pewnym momencie życia potrafią sobie też ugotować wodę na herbatę i zrobić kanapkę. Mąż czy partner też mogą sprzątnąć kuchnię. Nawet jeżeli nie będzie ona wysprzątana tak jak ty byś sobie tego życzyła, no ale cóż…artystki nie mają kuchni odpicowanych na błysk (a jeżeli mają to zapewne dlatego, że przychodzi pani do sprzątania). Trzeba umieć sobie odpuścić co mało ważne i trzymać się tego co najważniejsze. To nie bałaganiarstwo. To objaw dorosłości i twojej wewnętrznej dojrzałości. Szanuj c z a s. W ten sposób pozbędziesz się trucizn. Znam wspaniałą malarkę mieszkającą w Górach Skalistych, która, mając nastrój do malowania lub rozmyślań, wiesza taką wiadomość na łańcuchu otacza­jącym jej posiadłość: „Dziś pracuję i nie przyjmuję gości. Nie myśl, że ciebie to nie dotyczy, ponieważ jesteś pracownikiem mojego banku, agentem albo najlepszą przyjaciółką. Dotyczy”.  Inna znajoma, rzeźbiarka, wiesza na bramie kartkę: „Nie przeszka­dzać pod żadnym pozorem, chyba że wygrałam na loterii albo Jezus się pojawił na autostradzie”. Jak widzicie, dojrzały animus ma doskonale wyznaczone granice.

Wytrwałość

Tak jak mówi przysłowie: „Nie od razu Rzym zbudowano”. Sukces często odnoszą nie najzdolniejsi, ale ci najbardziej zdeterminowani. Twoje dzieło jest jak twoje mentalne dziecko. Gdyby dziecka twojego ciała nie chciano przyjąć do szkoły, to czy nie chodziłabyś tak długo aż w końcu znalazłabyś miejsce, które by je przygarnęło? Ile wydawnictw odrzuciło manuskrypt Harry’ego Pottera zanim wydało go ostatecznie to, do którego zwróciła się J.K. Rowling? Była bezrobotną samotną matką bez wsparcia i w depresji, ale nie poddała się. Jej animus kazał jej wysyłać text do kolejnych domów wydawniczych aż w końcu się udało. Zresztą podobnie było z Biegnącą z Wilkami, cytując dr e: Zabrało mi dwadzieścia lat napisanie jej. Rozpoczęłam w 1970. Została odrzucona przez 42 duże wydawnictwa. Kiedy w końcu została opublikowana w 1992, stało się to dzięki wydawnictwu, które wcześniej już dwukrotnie odmówiło jej wydania (…) Książkę pisałam cały czas ucząc się, pracując na pełen etat i zajmując się rodziną jako samotna matka***. Nie pozwalaj sobie na wymówki. Poprawiają ci samopoczucie, ale nie pomogą ruszyć do przodu. Wymówki i narzekanie ustawiają cię w pozycji ofiary. Ofierze się współczuje i się nad nią lituje, ale pozostawanie w tym stanie uniemożliwia skuteczne działanie. Kobiety są mistrzyniami wymówek i samo usprawiedliwiania się. Nic tak nie osłabia animusa jak wymigiwanie się od realizowania tego, czego naprawdę pragniemy.  Nie rezygnuj. Jak jeszcze skuteczniej pozbywać się trujących substancji? Wbrew wszelkim przeciwnościom doskonaląc w sobie dobrze zintegrowany animus; trwając przy uskrzydlających przedsięwzię­ciach, przy sztuce, psychicznym cerowaniu i szyciu, bez względu na to, czy czujemy się silne i gotowe czy nie. Jeśli to konieczne, przywiążmy się do masztu, krzesła, biurka, drzewa, kaktusa — gdziekolwiek tworzymy.(…) Doskonal swoje dzieło. Zbuduj chatkę pełną ciepła i mądrości. Przywołaj całą energię. Staraj się utrzymać równowagę między nudnymi codziennymi obowiązkami a swoją natchnioną wizją. Osłaniaj duszę. Wytrwałość jest być może najważniejszym elementem całego procesu twórczego. Tutaj twoim sprzymierzeńcem będzie lewa półkula mózgu z jej dokładnością, obiektywizmem i koncentrowaniem się na sekwencjach, to ona pomoże ci cyzelować dzieło, poprawić zdania czy fragmenty, które nie pasują, są źle sformułowane albo po prostu brakuje im głębi.

 Mentalny Prysznic i Pielęgnowanie Wnętrza

Skoro codziennie traktujesz swoje ciało żelem pod prysznic i balsamem, to dlaczego odmawiasz tego swojemu wnętrzu? Bo nie jest namacalne? Podstawową higieną psychiczną są:

ZRZUCANIE Z SIEBIE NEGATYWÓW, spłukiwanie wszelkich nagromadzonych toxycznych emocji. Można jak najbardziej połączyć to z prysznicem i stojąc pod nim wyobrażać sobie, że spływająca woda zabiera również gniew, rozżalenie i zaciętość z naszego wnętrza

i

DBANIE O UMYSŁ I DUSZE poprzez znalezienie codziennie chwili czasu tylko dla siebie, czy to spacer, czy spokojne wypicie herbaty, czy chwilę ciszy, czy słuchanie ulubionej muzyki, czy medytację, czy wpatrywanie się w naturę, czy ćwiczenia fizyczne. Niech to będzie chociaż 10 – 15 minut, ale tylko dla ciebie. Niech nie przeszkadza ci w tym czasie rodzina, telewizor czy sąsiedzi. 10 – 15 minut dziennie. Codziennie.

Kompleksy stające nam na drodze trzeba odrzucić albo przeobrazić — przez ten ostatni etap przeprowadzą marzenia. Trzeba stanowczo i raz na zawsze ogłosić: „Kocham moją twórczość bardziej niż rozpamiętywanie własnej depresji”. Jeśli maltretujemy dzieci, to prędzej czy później zaingeruje opieka społeczna. Jeśli znęcamy się nad zwierzętami, to zareaguje Towarzystwo Przyjaciół Zwierząt. Ale nad tworzeniem nie czuwa żaden patrol, żadna Policja Duszy nie będzie interweniować, kiedy głodzimy własną duszę. Mamy tylko siebie. Jesteśmy jedynymi osobami, które czuwają nad naszą jaźnią i heroicznym animusem. To wielkie okrucieństwo poić je raz na tydzień, na miesiąc, na rok. One też żyją według własnego rytmu. Codziennie potrzebują nas i życiodajnej wody naszej sztuki.

O tym jak pracuje dr E czytaj tu.

* Aczkolwiek cytując dr E: Według klasycznej definicji Junga animus jest duchową siłą w kobiecie i uważa się go za pierwiastek męski. Jednakże wiele kobiet zajmujących się psychoanalizą, nie wyłączając mnie samej, dzięki własnym obserwa­cjom doszło do odrzucenia klasycznego poglądu i do przekonania, że ożywcze źródło w kobiecej psychice nie jest obcym pierwiastkiem męskim, ale żeńskim, dobrze znajomym. Ja jednak jestem przekonana, że animus to element męski jak Yang i dlatego potrzebny aby zrównoważyć kobiecą Yin. Yin zapewnia komfort, Yang stawia na rozwój, tak jak w anegdocie o rodzicach patrzących jak dziecko usiłuje wspinać się na drzewo. Matka: ‘Nie wychodź wyżej!’. Ojciec: ‘Dawaj! Wspinaj się wyżej!’. Jak widać w symbolu yin i yang, obydwa te elementy są niezbędne i wzajemnie się uzupełniają.

** Hindusi widzą to dosłownie, ponieważ u większości mężczyzn strategiczna część ich ciała unosi się i „budzi do życia” jako reakcja na obecność kobiety.

*** Z notatek pod zdjęciami na facebookowym profilu: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=409302968634&set=a.391385543634.168955.29996683634&type=3&permPage=1 i https://www.facebook.com/photo.php?fbid=409300533634&set=a.391385543634.168955.29996683634&type=3&permPage=1

Odcinek 4: Sinobrody. O poskromieniu wewnętrznego drapieżnika

biegnaca z wilkami sinobrody

SINOBRODY

W klasztorze w dalekich górach zakonnice w białych habitach przechowują pukiel włosów z brody. Jak się znalazł w klasztorze, nikt nie wie. Mówią, że to zakonnice pochowały szczątki jej właściciela, bo nikt inny nie ważył się ich dotknąć. Nie wiadomo, po co zakonnice przecho­wują tę dziwną relikwię, ale tak jest. Znajoma mojej znajomej widziała Ją na własne oczy. Powiada, że broda jest w kolorze indygo. Ciemno­niebieska jak ciemny lód na jeziorze, granatowa jak nocne cienie. Broda ta należała niegdyś do człowieka znanego jako Sinobrody, który, jak mówią, był upadłym czarownikiem, olbrzymim mężczyzną łasym na kobiety.

Powiadają, że zalecał się jednocześnie do trzech sióstr. Ale jego broda trwożyła je dziwnym niebieskim połyskiem, więc kryły się przed nim, kiedy nadchodził. Próbując je przekonać o swojej łagodności, zaprosił je raz na wycieczkę do lasu. Przybył, prowadząc konie przystro­jone dzwoneczkami i czerwonymi wstążkami. Posadził siostry i ich matkę na koniach i odjechali cwałem do lasu. Tam spędzili cudowny dzień, jeżdżąc konno w otoczeniu sfory psów. Potem zatrzymali się u stóp ogromnego drzewa, a Sinobrody zabawiał panie opowieściami i częstował rozmaitymi przysmakami.

Siostry zaczęły myśleć:

— Może ten Sinobrody nie jest wcale taki zły?

Wróciły do domu, rozprawiając, jaki to był niezwykły dzień i jak się świetnie bawiły. Jednak obawy i podejrzenia dwóch starszych sióstr niebawem powróciły. Przysięgły sobie, że więcej nie spojrzą na Sinobrodego. Tylko najmłodsza myślała, że skoro ktoś może być tak czaru­jący, to chyba nie jest z gruntu zły. Im dłużej to sobie wmawiała, tym mniej straszliwy jej się wydawał, a jego broda nie tak niebieska.

I kiedy Sinobrody poprosił ją o rękę, przyjęła go. Przemyślała jego oświadczyny i zdawało się jej, że poślubi bardzo wytwornego mężczyznę. Wreszcie się pobrali, a potem odjechali do jego zamku w głębokim lesie.

Pewnego dnia przyszedł do niej ze słowami:

—  Muszę na jakiś czas wyjechać. Jeśli chcesz, zaproś tu swoją
rodzinę. Możecie jeździć konno po lesie, kazać kucharzom przygotować
wystawną ucztę, róbcie, co tylko chcecie, wszystko, czego dusza zapragnie. Oto pęk kluczy. Możesz otwierać wszystkie drzwi, i do spiżarni, i tam, gdzie chowam pieniądze — wszystkie drzwi w zamku; nie uży­waj jednak tego malutkiego kluczyka, tego z rzeźbieniem na kółku.

Żona odrzekła:

—  Zrobię, jak każesz. Bardzo mi się to podoba. Jedź więc, drogi mężu, nie troskaj się o mnie i wracaj prędko.

Odjechał, a ona została.

Siostry przybyły w odwiedziny i były, jak wszystkie niewieście duszyczki, bardzo ciekawe, co nakazał gospodarz na czas swojej nieobecności. Młoda żona z radością im o tym opowiedziała.

—  Powiedział, że możemy robić, co dusza zapragnie, i wchodzić do wszystkich komnat prócz jednej. Nie wiem tylko, która to jest. Mam klucz, ale nie wiem, do których drzwi pasuje.

Siostry postanowiły zabawić się w sprawdzanie, który klucz pasuje do których drzwi. Zamek był trzypiętrowy i w każdym jego skrzydle znajdowało się sto drzwi, a ponieważ na pęku wisiało mnóstwo kluczy, chodziły od drzwi do drzwi; bawiły się świetnie, odmykając po kolei wszystkie komnaty. Za jednymi drzwiami były zapasy jedzenia, za innymi pieniądze. Wszelaki dobytek znajdował się w komnatach i wszyst­ko zdawało się coraz wspanialsze. Wreszcie, obejrzawszy wszystkie cuda, doszły do piwnicy, do ślepej ściany na końcu korytarza.

Głowiły się nad ostatnim kluczem, tym właśnie z rzeźbionym kółkiem.

—        Może ten klucz do niczego nie pasuje.

Ledwo to powiedziały, usłyszały dziwny dźwięk — „errrrr”. Zajrzały za róg i — rety! — spostrzegły zamykające się małe drzwiczki. Kiedy próbowały je znów otworzyć, okazało się, że są dobrze zamknięte na klucz. Jedna z nich wykrzyknęła:

—  Siostro, siostro, daj swój klucz. To na pewno te drzwi, do których pasuje tajemniczy mały kluczyk.

Jedna z sióstr bez zastanowienia włożyła klucz do zamka i przekręciła go. Zamek szczęknął, drzwi otwarły się szeroko, ale wewnątrz było tak ciemno, że nic nie widziały.

—  Siostro, siostro, przynieś świecę. — Gdy zapaliły świecę i oświetliły komnatę, wszystkie trzy naraz krzyknęły przeraźliwie, bo na podłodze ujrzały krwawe błoto. Wszędzie walały się poczerniałe kości trupów, a czaszki piętrzyły się w stosach po kątach jak piramidy jabłek.

Zatrzasnęły drzwi, wyrwały kluczyk z zamka i wsparły się jedna o drugą, dysząc ciężko.

Młoda żona spojrzała na kluczyk i spostrzegła na nim krew. Przera­żona, chciała wytrzeć go o suknię, ale krew nie dała się zetrzeć. Każda z sióstr brała mały kluczyk do rąk i starała się go oczyścić, ale krew na nim pozostała.

Żona ukryła kluczyk w kieszeni i pobiegła do kuchni. Kiedy tam dotarła, jej biała suknia była już cała czerwona, od kieszeni do rąbka na dole, bo z klucza powoli wyciekały krople ciemnoczerwonej krwi. Rozkazała kucharce:

—  Szybko, dawaj końskie włosie!

Przetarła klucz, ale nie przestał krwawić. Kropla po kropli czerwona krew spływała z małego kluczyka.

Wyniosła klucz na dwór, zasypała popiołem z pieca i jeszcze tarła i tarła. Włożyła do żaru, żeby go przypiec. Położyła na nim pajęczynę, żeby zatamować krew, ale nic nie pomagało, nic nie mogło jej powstrzymać.

—  Och, co ja teraz zrobię? — płakała. — Wiem już, schowam ten klucz. Włożę go do szafy. Zamknę drzwi. To jakiś zły sen. Wszystko będzie dobrze. — I zrobiła, jak powiedziała.

Mąż powrócił do domu następnego ranka i wkroczył do zamku, nawołując żonę.

—   Co się działo pod moją nieobecność?

—   Wszystko dobrze, panie.

—   A jak moje spiżarnie?

—   Doskonale, panie.

—   A moje skarbce?

—   W skarbcach nic nie brakuje, panie.

—   To znaczy, że wszystko dobrze, żono?

—   Tak, wszystko dobrze.

—   W takim razie — rzekł cicho — oddaj mi klucze.
Od razu dostrzegł, że brakuje małego klucza.

—   Gdzie najmniejszy kluczyk?

— Ja… Zgubiłam go. Tak, zgubiłam. Jechałam na koniu i pęk kluczy upadł na ziemię, wtedy musiałam go zgubić.

—   Co z nim zrobiłaś, kobieto?
—- Ja… ja… Nie pamiętam.

—   Nie kłam! Mów, coś zrobiła z kluczem?

Położył jej dłoń na twarzy, jakby chciał ją pogłaskać po policzku, ale zamiast tego pochwycił za włosy.

—  Zdrajczyni! — warknął i rzucił ją na ziemię. — Byłaś w tej komnacie, czy tak?

Gwałtownym ruchem otworzył jej szafę; mały klucz na górnej półeczce wciąż broczył krwią, która zabarwiła na czerwono wszystkie piękne jedwabne suknie.

—   Teraz twoja kolej, moja damo! — wykrzyknął Sinobrody i pociągnął ją korytarzem do piwnicy, aż znaleźli się przed straszliwymi drzwiami. Sinobrody tylko spojrzał na nie płomiennym wzrokiem i zaraz się przed nim otworzyły. Leżały tam szkielety wszystkich jego poprzed­nich żon.

—   Giń!! — zakrzyknął strasznie, ale ona złapała się framugi drzwi i nie chciała puścić. Błagała o życie.

—   Proszę, proszę, pozwól mi się przygotować na śmierć. Daj mi choć kwadrans, zanim mnie zabijesz, bo muszę najpierw pogodzić się z Bogiem.

—   Dobrze — warknął — masz tylko kwadrans, a potem gotuj się na śmierć.

Żona pomknęła schodami do swej komnaty i wysłała siostry na wały obronne. Uklękła jak do modlitwy, ale zamiast mówić pacierze, wołała do sióstr:

—  Siostry, siostry? Czy bracia nadjeżdżają?

—  Nic nie widać, siostro, nie ma nikogo na równinie!
Co chwila wołała w ich stronę:

– Siostry, siostry! Czy bracia nadjeżdżają?

—   Zdaje nam się, że w oddali widać wirujący tuman kurzu!

W tym czasie Sinobrody grzmiał na żonę, by zeszła do piwnicy, żeby mógł ściąć jej głowę. Zawołała znowu:

— Siostry, siostry! Czy bracia nadjeżdżają?

Sinobrody wezwał ją jeszcze raz i zaczął z łoskotem wspinać się po kamiennych schodach.

— Tak! Widzimy ich! Nasi bracia nadjechali i właśnie wchodzą do zamku! — odkrzyknęły siostry.

Sinobrody posuwał się korytarzem w stronę komnaty żony.

— Idę po ciebie — zawył.

Od jego tupania drżała kamienna podłoga, a tynk zaczął się sypać ze ścian.

Kiedy wdarł się do jej komnaty z wyciągniętymi rękami, by ją pochwycić, bracia na koniach galopowali już korytarzem i także wpadli do komnaty. Rzucili Sinobrodego o gzyms, nacierali na niego z mieczami, siekli i bili, cięli i smagali, aż obalili go na ziemię. Wreszcie uśmiercili go, zostawiając myszołowom krwawe szczątki i kości.

——————————————————————————

Ludzka psychika ma wiele twarzy, a obliczem wyjątkowo perfidnym jest naturalny drapieżca, siła która kontestuje, wyśmiewa i stara się uniemożliwić wprowadzenie w życie naszych marzeń i planów. Dla naturalnego drapieżcy w nas samych wszystko co dobre, pozytywne, harmonijne, zgodne z naturą i przynoszące wewnętrzny spokój jest celem ataków i furii. Niezależnie od środowiska i sposobu wychowania ten drapieżny element jest zawsze obecny w naszej psychice, ale to właśnie środowisko oraz sposób wychowania mogą sprawić, że urośnie on do rozmiarów bestii, którą trzeba poskromić, bo inaczej zupełnie zablokuje nasz rozwój i oderwie od intuicyjnej natury. Opowieść o Sinobrodym mówi o takim prześladowcy, mrocznym mężczyźnie, który zamieszkuje w psychice każdej kobiety, o wewnętrznym drapieżniku. Jest on bardzo konkretną, niezaprzeczalną mocą, o któ­rej nie wolno zapominać i którą trzeba opanować. Aby opanować naturalnego drapieżnika psychiki, kobieta musi dysponować wszystki­mi swymi instynktownymi zdolnościami. Wymieńmy tylko niektóre: wnikliwość, intuicja, wytrzymałość, cierpliwość w kochaniu, wyczulo­ne zmysły, dalekowzroczność, wyostrzony słuch, śpiewanie nad zmar­łymi, intuicyjne uzdrawianie i opieka nad własnym ogniem twórczym.

Kim jest Sinobrody? Baśń określa go jako upadłego czarownika, a zatem kogoś, kto posiadł moc, ale nie umiał się z nią obchodzić zgodnie z zasadami etycznymi i został za to ukarany. W mitach i legendach całego świata pełno jest postaci, które mimo wewnętrznego potencjału nie potrafią się pohamować i to przynosi im zgubę: helleńscy Midas i Ikar, bardzo podobny do tego ostatniego bohater opowieści plemienia Zuni mówiącej o tym, że mógł on zostać członkiem królestwa orłów, gdyby nie zechciał wzlecieć jeszcze wyżej i w rezultacie zginął upadając na ziemię, chrześcijański Lucyfer, uczeń czarnoksiężnika z baśni Goethe’go, etc. Tym co charakteryzuje wszystkie te postacie jest pragnienie przewagi nad innymi i brak wewnętrznych hamulców. Pragną być lepsi i ważniejsi, nie potrafią dojrzewać ani być cierpliwymi, nie chcą też poddać się prawom natury odmierzającej cykle, chcą teraz, zaraz, natychmiast. A nade wszystko chorobliwie pragną władzy. Z mitów i opowieści dowiadujemy się, że jeśli jednostka próbuje przełamać, nagiąć lub zmienić sposób działania Niewyrażalnego, to w konsekwencji musi zostać ukarana albo przez utratę znaczenia i mocy w świecie tajemnic i magii — tak jak uczniowie czarnoksiężników, którym nie wolno więcej praktykować — albo przez wygnanie z krainy bogów, albo przez równie dotkliwe pozbawienie łaski i potęgi: odebranie zdolności, okaleczenie czy śmierć.

Sinobrody jest poprzez to samotny i być może to właśnie samotność doskwiera mu najbardziej, bo owo pragnienie błyszczenia i czarowania innych realizuje się tylko wtedy kiedy jest publiczność, która go podziwia (przypomina tym Maga, pierwszy Wielki Arkan Tarota). A właśnie ów egoizm ogranicza go w kontaktach z innymi; nasz wewnętrzny drapieżca nie wzmaga pozytywnych cech w innych ludziach, on jest o nie zazdrosny i zazdrość wzmaga jego wściekłość. Nietrudno sobie wyobrazić, że w takim złośliwym tworze uwięziony jest ktoś, kto niegdyś poważył się przewyższyć światłość i został za to potępiony, utracił łaskę. Zrozumiałe, dlaczego potem ów upadły wygnaniec okrutnie prześladuje światło innych. Możemy sobie wyobrazić, iż ma nadzieję, że jeśli zagarnie dla siebie dość dużo dusz, to zbierze tyle światła, że wreszcie rozproszy swój wewnętrzny mrok i przezwycięży samotność.

Drapieżniki są częścią natury, także tej ukrytej w psychice. Nie da się ich nawrócić na wegetarianizm, trzeba nauczyć się je rozpoznawać, aby nie rozszarpały nas na strzępy. Wszystkie stworzenia muszą się nauczyć, że istnieją drapieżnicy. Bez takiej wiedzy kobieta nie zdoła bezpiecznie poruszać się po własnym lesie, tak by nie zostać pożartą. Zrozumieć drapieżnika to znaczy stać się dojrzałym zwierzęciem, które nie jest bezbronne z powodu swej nieświadomości, ufności, braku doświadczenia, głupoty. Jak przebiegły tropiciel Sinobrody wyczuwa, że zaintrygował najmłodszą córkę, czyli że pragnie ona zostać jego ofiarą. Oświadcza się jej, a ona w chwili młodzieńczego uniesienia, które jest często kombi­nacją szaleństwa, chwilowej przyjemności, szczęścia i magnetyzmu płci, mówi mu „tak”. Która kobieta nie zna tego scenariusza?

KOŃMI DO NIEBA

Kiedy Sinobrody zaczyna swoje podchody, z początku wszystkie siostry są sceptyczne aż w końcu jego zakusom ulega najmłodsza z nich. Symbolizuje zarówno młodziutkie i naiwne dziewczęta jak i kobiety w sile wieku, które nie nauczyły się rozpoznawać wewnętrznego napastnika i po raz kolejny przerabiają tę samą lekcję. Najmłodsza siostra to potencjał twórczy kobiety, wszystko to co daje satysfakcję i sprawia, że chce się nam niemal fruwać, jednak nieświadoma istnienia drapieżnika daje się mu pochwycić i w ten sposób zatrzymać u samego początku kreatywność. To cena jaką płaci za fałszywe poczucie bezpieczeństwa, ale i część inicjacji, ponieważ kiedy wyzwoli się z wpływu drapieżcy, będzie mądrzejsza i bogatsza. I choć często się zdaje, że życie byłoby znacznie łatwiejsze i mniej bolesne, gdyby wszyscy ludzie rodzili się przebudzeni, tak się nie dzieje. Rodzimy się jako anlagen (zarodki), jako potencjał tkwiący w jądrze komórki: w biologii anlage określa się jako „to, co się dopiero stanie, rozwinie”.

Sinobrody zaleca się do wszystkich trzech sióstr naraz i od razu intuicja podszeptuje im, że coś jest nie tak, żeby nie wierzyć, być ostrożnym i spoglądać głębiej niż tylko na powierzchnię. Jednak sprytny Sinobrody zabiera siostry oraz ich matkę na przejażdżkę i najmłodsza daje się przekonać. Lekceważy przeczucie, widzi tylko pozory, które stwarza drapieżca. Taki błędny osąd jest najczęstszy u kobiet bardzo młodych, u których nie rozwinął się jeszcze system ostrzegawczy. Młoda dziewczyna jest jak osierocone wilcze szczenię, które baraszkuje na polanie, nie bacząc na to, że wielki ryś wynurza się z mrocznej gęstwiny. Starsza kobieta, tak odcięta od natury, że ledwie słyszy wewnętrzne ostrzeżenie, także brnie w pułapkę z naiwnym uśmiechem.

Oczywiście to rodzi pytanie czy takiej sytuacji da się w ogóle uniknąć. Podobnie jak w przyrodzie dziewczyna uczy się życia obserwując rodziców, to ich zachowanie ostrzega ją przed zagrożeniami. Jednak nawet jeżeli rodzice mądrze wychowują dziecko, to około dwunastego roku życia nadchodzi moment, kiedy zaczyna nabierać własnych przekonań i podejmować samodzielne kroki, czy to pod wpływem rówieśników, czy osób, które darzy uwielbieniem. Nastolatki są też często z natury przekonane o tym, że świat jest dobry i istnienia drapieżców po prostu nie wyczuwają, z tego przekonania budzi je dopiero pierwszy wstrząs. Kiedy wilczyca zostawia swe młode, by wyruszyć na łowy, wilczęta próbują iść za nią, wychodząc z nory na ścieżkę. Matka warczy, odpędza je i straszy tak bezlitośnie, że poślizgując się, biegną z powrotem do jamy. Wilczyca wie, że szczenięta nie potrafią jeszcze ocenić innych stworzeń. Nie wiedzą, kto jest drapieżnikiem, a kto nie. Z czasem nauczy je tego, brutalnie i raz na zawsze. Podobnie jak młode wilczęta kobiety też potrzebują wprowadzenia w tajniki życia, inicjacji, która nauczy je, że świat wewnętrzny i zewnętrzny nie są beztroskim rajem. Wiele dziewcząt i kobiet nie otrzy­mało nawet tak podstawowych nauk o drapieżnikach, jakie matka-wilczyca daje swoim szczeniętom: „Jeśli coś jest groźne i większe od ciebie, uciekaj; jeśli słabsze, rób, co chcesz; jeśli chore, zostaw w spokoju; jeśli ma kolce, jad, kły albo ostre pazury, wycofaj się, idź w inną stronę; jeśli przyjemnie pachnie, ale jest zatknięte na metalowych szczękach, przejdź spokojnie obok”.

 Przyczyną, dla której najmłodsza siostra daje się zwieść Sinobrodemu jest słuchanie podszeptów ego. To zrozumiałe, że chce mieszkać w pełnym bogactw pałacu, jeździć eleganckim powozem i być podziwiana. Niejedna dziewczyna godzi się na rolę trofeum, żeby „pokazać się” w exluzywnych ubraniach, designerskim mieszkaniu czy drogim samochodzie. W sensie dosłownym zaślubiny z mężczyzną – drapieżcą realizują wewnętrzne pragnienie, żeby uszczęśliwił nas świat zewnętrzny, a nie my same. To coś, co jak nam się wydaje możemy dostać lekko, łatwo i przyjemnie, bez własnego wysiłku, cierpliwości i wytrwałości (co jest jeszcze wyraźniej pokazane w baśni o Czerwonych Trzewiczkach). Tyle że łatwe przyjemności są często przynętą, którą wabi ofiarę drapieżnik. Jeżeli nie jesteśmy czujne, to wpadniemy w pułapkę. Tym bardziej, że małe dziewczynki nie są uczone tego jak wyostrzać wewnętrzny wzrok, tylko jak najlepiej zaprezentować się na zewnątrz. Dlatego pośrednimi wspólnikami drapieżcy stają się własne, biologiczne matki młodych dziewcząt, które w opowieści symbolizuje matka sióstr. Nie tylko nie ostrzega ich przed zagrożeniem, ale uwiarygodnia przeciwnika udając się na przejażdżkę na jego zaproszenie. Ta decyzja, zgoda na poślubienie potwora, zapada, kiedy dziewczyna jest bardzo młoda, zwykle jeszcze przed ukończeniem piątego roku życia. Dziewczynki uczy się niedostrzegania w ludziach groteskowości, uczy się je natomiast upiększania ich, niezależnie od tego, czy rzeczy­wiście mają jakiś urok. To za sprawą takiego treningu najmłodsza siostra stwierdza: „Hm, ta broda nie jest wcale taka niebieska”. To wczesne wdrażanie do „bycia miłą” powoduje potem, że dorosła kobieta lekceważy głos intuicji. Inaczej mówiąc, dziewczynki są celowo uczone uległości wobec drapieżnika. Wyobraźcie sobie wilczycę, która uczy swoje młode, by „były miłe” w obliczu groźnej fretki albo chytrego diamentowego grzechotnika.     

Starsze siostry nie dają się nabrać na pozory stwarzane przez Sinobrodego. Albo same już przeszły ten proces, albo przejmują rolę prawdziwej, dzikiej matki, widzącej realne zagrożenia. Weźmy przykład naiwnej kobiety, która po raz kolejny wybiera sobie nieodpowiedniego partnera. Gdzieś na dnie umysłu wie, że wpadła w błędne koło, bezowocny, daremny schemat, że powinna powiedzieć „dość” i poszukać innych wartości. Często nawet wie, jak powinna postąpić. Ale w powtarzaniu autodestrukcyjnego cyklu jest coś nieodpartego, coś w rodzaju hipnotycznego zauroczenia Sinobrodym. W wię­kszości wypadków kobiety łudzą się, że jeśli trochę dłużej będą się trzymać starego wzoru, to z pewnością niebiański błogostan, którego poszukują, pojawi się z następnym szybszym uderzeniem serca. Innym skrajnym przypadkiem są kobiety uzależnione od jakiegoś nałogu: one z pewnością z zakątka umysłu słyszą starsze siostry, które powtarzają: „Nie! Tak nie można! Szkodzisz swemu ciału i duchowi. Zrywamy z tym”. Ale pragnienie odnalezienia raju wciąga kobiety w małżeństwo z Sinobrodym, dealerem psychicznych odlotów. Jakiekolwiek dylematy kobieta przeżywa, głosy starszych sióstr w jej psychice wciąż nakłaniają ją do zdobywania świadomości i doko­nywania mądrych wyborów. Symbolizują głos w głębi umysłu, szepczą­cy niemiłe prawdy, których kobieta wolałaby uniknąć, gdyż kładą kres fantazji o odnalezionym raju. (…) Wiele kobiet w sensie dosłownym powtarza w życiu opowieść o Sinobrodym. Wychodzą za mąż, kiedy jeszcze są dość nieświadome, by nic nie wiedzieć o drapieżnikach, i wybierają człowieka, który ma niszczący wpływ na ich życie. Są zdecydowane uleczyć tę osobę miło­ścią. W pewnym sensie „bawią się w dom”. A większość czasu spędzają na powtarzaniu: „Jego broda wcale nie jest taka niebieska”. Kobieta uwięziona w takiej pułapce dostrzega w końcu, że nadzieje na godziwe życie jej i dzieci rozwiewają się coraz bardziej. Pozostaje mieć nadzieję, że nareszcie otworzy drzwi do komnaty, gdzie leży całe jej zmarnowane życie. Choć jest możliwe, że to życiowy partner upodlił je i popsuł, jednak wewnętrzny drapieżca w jej własnej psychice ma w tym duży udział. Dopóki kobiecie wmawia się, że jest bezsilna, dopóki uczy się ją niedostrzegania tego, o czym wie, że jest prawdą, dopóty kobiece impulsy i dary psychiczne giną jeden po drugim. Jeśli młodziutka dziewczyna wychodzi za mąż za drapieżcę, to zostaje uwięziona lub silnie ograniczona właśnie wtedy, kiedy powinna rozkwitać. Zamiast żyć swobodnie, zaczyna żyć na niby. Zwodniczy drapieżca obiecuje jej, że zostanie królową, podczas gdy w rzeczywistości knuje morderstwo. Istnieje wyjście z tej sytuacji, ale trzeba mieć do niego klucz.

OTWIERANIE DRZWI (GŁĘBOKIEJ) PERCEPCJI

Ze ślubu słodkiej naiwności i łotra bez serca nie może wyjść nic dobrego. W baśni mąż wyjeżdża dając żonie złudne wrażenie wolności: ‘Możesz robić wszystko oprócz jednej rzeczy’. Szybko okaże się, że to czego zabrania jej mąż jest dla niej najważniejsze.

Sinobrody mówi, ‘róbcie wszystko co chcecie’, namawia, żeby pozbyła się zahamowań, chce aby wydawało się jej, że wszystko może i w ten sposób dawała się łatwiej kontrolować. Tyle że bez wiedzy ukrytej w komnacie najmłodsza siostra wcale nie jest wolna. Naiwna kobieta potulnie zgadza się pozostać w nieświadomości. Kobiety łatwowierne albo te z zablokowanym instynktem wciąż, jak kwiaty, obracają się zawsze w tę stronę, z której pada słońce. Naiwna lub odcięta od instynktów kobieta zbyt łatwo daje się zwieść iluzją łatwego życia, rozrywek, rozmaitych przyjemności, czy będzie to obietnica wysokiej pozycji w oczach rodziny i rówieśników, większego bezpieczeń­stwa, wiecznej miłości, podniecających przygód czy gorącego seksu.

Żona otrzymuje komplet kluczy, ale z jednego nie może korzystać. Wraz z przybyciem sióstr, budzi się w niej naturalny instynkt ciekawości, który sprawia, że zaczyna drążyć i szukać ukrytych zamiarów męża. To siostry zaczynają dopasowywać klucze do drzwi. Kobieca ciekawość jest tu ważnym czynnikiem. Wcześni badacze psychiki tacy jak Freud czy Jung traktowali otwarcie zakazanej komnaty jako psychologiczną karę za kobiecą ciekawość sexualną. Wynikało to z pośledniego traktowania kobiecej psychiki w ogóle jak i z panujących stereotypów. Ciekawość kobiety nosiła w sobie z definicji aspekt negatywny, ciekawi świata mężczyźni byli nazywani dociekliwymi, podczas gdy ciekawe świata kobiety – wścibskimi. Tymczasem to właśnie przenikliwość i chęć sięgnięcia głębiej jest podstawą intuicji. To siostry – intuicyjne aspekty psychiki – wyrywają żonę z kręgu nieświadomości (…) Nieświadoma młodzieńcza natura zaczyna rozumieć, że skoro istnieje coś ukrytego, sekretnego, coś, co przesłania cień, coś zakazanego, to trzeba w to wejrzeć.

Lochy są w swojej formie jaskiniami powiązanymi semantycznie z Gają, wielką Boginią – Matką, ale trzeba pamiętać czym były dawniej drzwi, zbudowane z solidnego materiału takiego jak drzewo lub kamień; w niektórych kulturach wierzono nawet, że duch drzewa lub kamienia pozostaje w nim aby strzec wejścia. Drzwi w naszej opowieści są barierą psychiczną, czymś w rodzaju strażnika strzegącego tajemnicy. Ten strażnik jeszcze raz przypomina nam o reputacji drapieżcy jako maga — psychicznej złej mocy, która wszystko przekręca i gmatwa jakby za sprawą czarów, powstrzymując nas od zrozumienia tego, co już wiemy. Kobiety umacniają jeszcze tę barierę, kiedy zniechęcają się (lub siebie nawzajem) do myślenia lub głębszego analizowania, bo „lepiej za dużo nie wiedzieć”. Żeby zrobić wyłom w tej barierze, trzeba zastosować właściwe przeciwczary. A znajdujemy je właśnie w symbolu klucza. W baśni o Ali Babie pojawia się motyw otwierania drzwi za pomocą zaklęcia, w misteriach eleuzyńskich klucz prawdopodobnie kładziono na języku, aby przypominać, że w mowie, w odpowiednim formułowaniu pytań kryje się wskazówka jak otrzymać odpowiedź i jak dotrzeć do sedna rzeczy. A słowa, potrzebne kobiecie w większości sytuacji analogicznych do opisanej w Sinobrodym, brzmią: Co się za tym kryje? Co jest inne, niż się wydaje? Co wiem w głębi swego łona, czego wolałabym nie wiedzieć? Co we mnie zostało zabite, co powoli kona?

NAJMŁODZSZA SIOSTRA I KOMNATA TAJEMNIC

Siostry widzą na własne oczy co kryje się w zakazanej komnacie, a klucz najmłodszej zaczyna krwawić. Kości i krwawe szczątki poprzednich żon to symboliczne przedstawienie planów, marzeń i myśli, które kobieta porzuciła lub też życia które sprawiało jej radość, a którego z jakichś powodów zaniechała. Sinobrody zabija i rozczłonkowuje kobietę, aż zostaną z niej nagie kości. Nie pozostawia jej urody, miłości, jaźni, a tym samym żadnej możliwości działania we własnej sprawie (…) Szkielety w komnacie symbolizują w najbardziej pozytywny sposób niezniszczalną siłę kobiecości. Kości to archetypowy symbol tego, co w żaden sposób nie może ulec zniszczeniu. W swojej kwintesencji historie o kościach mówią o tym w psychice, co jest nie do pokonania. Jedyną niezniszczalną rzeczą, jaką posiadamy, jest dusza. Kiedy mówimy o esencji kobiecości, mamy na myśli kobiecą duszę. Kiedy mówimy o ciałach porozrzucanych w lochu, chcemy powiedzieć, że coś złego się stało z naszą duchową siłą; lecz mimo że pozbawiona została zewnętrznej żywotności, mimo że siły życiowe z niej uszły, nie została zniszczona doszczętnie. Może się odrodzić.

Klucz zaczyna krwawić, a jak nietrudno się domyślić krew to symbol życia i energii. Upływ krwi pozbawia życia. Najmłodsza siostra musi stawić czoła temu, że to co miało ją uszczęśliwić, w rzeczywistości pozbawiło ją tego co najważniejsze, jej własnej tożsamości. Niezależnie czego dotyczyły zamierzenia, czy harmonijnego związku, czy udanej pracy, czy sukcesów, czy twórczości, drapieżnik celowo od dawna je udaremniał. W baśniach często pojawia się motyw oblubieńca-bestii (lub zbójcy), który rozumiany jest jako symbol wroga ukrywającego się w prze­braniu istoty dobrodusznej i przyjaznej. Ta zamaskowana postać poja­wia się zawsze, kiedy kobieta żywi naiwne przekonania na temat kogoś lub czegoś. Kiedy kobieta usiłuje uniknąć konfrontacji z własnym wewnętrznym spustoszeniem, marzenia senne prawdopodobnie zaczną krzyczeć do niej ostrzegawczo: przebudź się! szukaj pomocy! uciekaj! idź zabijać! (…) To niedostrzeganie, niezrozumienie, że wewnętrzne pragnienia nie współgrają z zewnętrznym postępowaniem, jest właśnie tropem, który zostawia za sobą oblubieniec-bestia. Obecność tego czynnika w psychice tłumaczy, dlaczego kobiety, które twierdzą, że pragną bliskiego związku, robią wszystko, by im się nie powiodło z ukochanym. W ten sam sposób kobiety, które wyznaczają sobie jakieś cele, chcą w danym czasie dotrzeć tu czy tam, nie robią nawet pierwszego kroku, by je realizować, albo też rezygnują z nich przy pierwszej napotkanej trudno­ści. W ten sposób, przez odkładanie spraw na później, które rodzi pogardę dla samej siebie, przez jątrzące uczucie wstydu spychane coraz głębiej, przez wszystkie nowe początki, tak bardzo potrzebne, uwień­czenie nigdy nie dochodzi do skutku. Tam, gdzie się czai i działa drapieżca, wszystko zbacza z torów, zostaje zburzone i zniszczone w zarodku. (…)W takim stanie kobieta traci twórczą energię, niezależnie od tego, czy w grę wchodzi rozwiązywanie przyziemnych problemów związanych z nauką, rodziną, przyjaźnią, czy też troska o palące problemy współczesnego świata lub sprawy duchowe — osobisty rozwój, sztukę życia. Banalne odkładanie spraw na później ciągnie się tygodniami i miesiącami. Wydaje się, że uchodzi z niej powietrze, jest bez życia, choć może i pełna pomysłów, ale stan głębokiej stagnacji z każdym dniem coraz bardziej uniemożliwia wprowadzenie ich w czyn.

Najmłodsza siostra na początku nie chce przyjąć tej prawdy do świadomości, próbuje wielu sposobów aby zetrzeć krew z klucza, ale nie udaje się jej to. Wszystkie negatywne i bolesne wydarzenia naszego życia są w sposób naturalny cenzurowane od wewnątrz. Jest najzupełniej oczywiste, że cenzurujące ego pragnie zapomnieć, że kiedykolwiek widziało makabryczną komnatę z ciałami zamordowanych. Dlatego właśnie żona Sinobrodego próbuje wytrzeć klucz końskim włosiem. Próbuje wszyst­kich znanych sobie sposobów, wszystkich medykamentów na okale­czenia i głębokie rany, jakie zna kobieca medycyna ludowa: paję­czyny, popiołu, ognia — wszystkie kojarzą się z nicią życia i śmierci snutą przez Parki. Jednak nic nie skutkuje; kobieta nie może też zakończyć tego procesu, udając, że nic się nie dzieje. Nie może zatamo­wać krwawienia z klucza. Paradoksalnie, kiedy jej dawne życie dogorywa i nawet najlepsze lekarstwa są bezskuteczne, upływ krwi budzi ją z uśpienia; uświadamia sobie, że krwawi, i w ten sposób zaczyna żyć na nowo.

Krew barwi sukienki w szafie, nie pozwala jej zapomnieć o tym co ujrzała i zdradza jej prześladowcy to, że ona już WIE. Suknie i odzież zazwyczaj symbolizują maski, jakie nakładamy, to jakimi chcemy aby świat nas widział i to w jaki sposób ukrywamy czego nie chcemy pokazać. Przy odpo­wiednim psychicznym kamuflażu i przebraniach zarówno mężczyźni, jak i kobiety mogą prezentować prawie idealną postać, prawie idealną fasadę. Tymczasem klucz płaczący krwawymi łzami plami wszelkie maski i nie pozwala już dłużej ukrywać się. Możemy mówić, co chcemy, udawać zadowolenie i pogodę ducha, ale jeśli raz ujrzałyśmy wstrząsającą prawdę w komnacie rzezi, to nie możemy udawać, że ona nie istnieje. Nadszedł czas stawić czoła drapieżcy.

ZWODZENIE DRAPIEŻNIKA

Gdy Sinobrody odkrywa „zdradę”, szaleje z wściekłości i szykuje żonie taki sam los jak poprzednim. W opowieści o Sinobrodym psychika próbuje uniknąć zabójczego ciosu. Nie jest już naiwna, nauczyła się przebiegłości; prosi o czas na przygotowanie — innymi słowy, czas, by się wzmocnić przed ostatecznym starciem. W zewnętrznej rzeczywistości także spotykamy kobiety planujące ucieczkę, czy to od dawnego, wyniszczającego trybu życia, czy to od kochanka, czy od pracy. Chce zyskać na czasie, gra na zwłokę, obmyśla strategię i wewnętrznie zbiera siły, zanim dokona zewnętrznej przemiany. Czasami właśnie rodzaj olbrzymiego zagrożenia ze strony drapieżcy powoduje, że kobieta ulega metamorfozie z uległej i słodkiej w bystrooką i czujną. (…) Kiedy kobieta pojmuje, że stała się zdobyczą, zarówno w świecie wewnętrznym, jak i zewnętrznym, ledwie może to znieść.

Jednocześnie i drapieżca, i twórcza siła dochodzą coraz bardziej do punktu wrzenia. Napastnik krąży, koncentruje się na zdobyczy i szykuje do zadania ostatecznego ciosu. Siła intuicji i twórczości jest być może osłabiona poprzez tak długi czas ignorowania, ale mimo przebudzenia się jeszcze nie wygrała. Mówiąc obrazowo, nie może ani na chwilę odpocząć, a tym bardziej z powrotem zasnąć tak jak nie wolno tego zrobić osobie przebywającej na mrozie. W świecie zwierzęcym istnieje coś takiego jak tajemniczy taniec psychiczny drapieżnika z ofiarą. Mówi się, że jeśli ofiara wysyła szczególny, pełen uległości sygnał wzrokowy i wpada w szczególny rodzaj drżenia, które powoduje słabe falowanie skóry na mięśniach, to w ten sposób komunikuje drapieżcy swoją słabość i godzi się zostać łupem. Czasem trzeba drżeć i umykać, ale są chwile, kiedy nie wolno tego robić. W krytycznym momencie kobieta nie może zadrżeć, nie może okazać słabości. Kiedy żona Sinobrodego błaga o czas, by przygotować się na śmierć, nie jest to oznaka uległości wobec drapieżcy. To jej chytry sposób na przygotowanie mięśni do walki. Jak leśne zwierzęta szykuje się do frontalnego ataku.

POSKROMIENIE ZŁOŚNIKA

Podczas gdy Sinobrody krzyczy i wrzeszczy, jego żona szuka sposobu by zyskać cenny czas, próbuje zebrać energię, by obezwładnić prześladowcę, którym może być — osobno lub w połączeniu — niszczący wpływ religii, małżonka, rodziny, własnych kompleksów albo kultury, w której żyje. Sama sobie z nim nie poradzi, musi wezwać na pomoc braci. Bracia symbolizują silniejszą, waleczną i agresywną część psychiki, tę która nie zawaha się przed wbiciem ostrza w serce przeciwnika*. To męska energia, jungowski animus w baśniach pojawiający się zazwyczaj pod postacią bohatera więzami krwi połączonego z bohaterką. Tę część psychiki u kobiet często tłamsi się od samego początku, ucząc dziewczynki by były grzeczne i miłe, by „nie przejmowały się” atakami i nie odpowiadały na nie. Agresja jest jedną z pierwszych cech jaką stara się u małych dziewczynek wykorzenić. Siostry — te mądrzejsze — zajmują centralną pozycję w ostatnim stadium inicjacji; stają się jej oczami. Wołanie kobiety pokonuje długi wewnętrzny dystans do miejsca, gdzie mieszkają bracia, do tych aspe­któw psychiki, które są wyćwiczone do walki. Ale obronne aspekty psyche nie są zrazu tak bezpośrednio bliskie świadomości, jak powinny być. U wielu kobiet gotowość bojowa i waleczność są zbyt oddalone do świadomości, by działać skutecznie. Kobieta musi się wprawiać w przywoływaniu, wyczarowywaniu wojowniczej, niepokornej natury, atrybutów symbolizowanych przez wirujący słup powietrza, tuman kurzu na drodze. Oznaczają one wewnętrz­ną siłę determinacji, która, jeśli nie ulega rozproszeniu, daje kobiecie potężną energię. Zachowując gotowość bojową, kobieta nie straci świadomości, nie będzie pogrzebana z całą resztą.     

Natura animusa jest potrzebna każdej kobiecie. To takie cechy jak dążenie do celu i konsekwentne usuwanie przeszkód sprawią, że wszelkie pomysły i plany nie pozostaną w sferze umysłu, ale będą z powodzeniem realizowane. Im silniejszy, solidniejszy i szerszy jest animus (wyobraźmy go sobie jako most) tym sprawniej, z większą klasą i w bardziej konkretny sposób kobieta daje wyraz swoim ideałom i kreatywności w zewnętrznym świecie. Kobieta, której animus jest słabo rozwinięty, może mieć mnóstwo oryginalnych myśli i pomysłów, ale nie potrafi ich realizować w zewnętrznym świecie. Wprowadzane w czyn wspaniałe wizje pozo­stają w martwym punkcie. Bez silnego i zdrowego animusa kobieta jest bezbronna, jej marzenia nie realizują się, a frustracje powodują, że wpada ona coraz mocniej w szpony drapieżcy. A im dłużej to trwa i im bardziej się kumuluje tym bardziej opłakane mogą być skutki.

Pewna kobieta, z którą pracowałam, inteligentna i utalentowana, opowiadała mi o swojej babci ze Środkowego Zachodu. Według babci najlepszą rozrywką było pojechać pociągiem do Chicago, założyć wielki kapelusz i, spacerując po Michigan Avenue, oglądać wystawy i zadawać szyku w roli eleganckiej damy. Z konieczności czy zrządzeniem losu wyszła za mąż za farmera. Osiedli wśród bezmiaru pól pszenicznych, gdzie zaczęła usychać i więdnąć w schludnym małym wiejskim domku, dużym w sam raz dla niej, dzieci i męża, jak Pan Bóg przykazał. Nie miała już czasu na tamto „frywolne” życie, które kiedyś wiodła. Miała za dużo dzieci. Za dużo „babskich zajęć”.

Pewnego dnia, wiele lat później, wyszorowawszy uprzednio na kolanach podłogi w kuchni i w salonie, założyła swą najlepszą jedwabną bluzkę, zapięła długą spódnicę, a na głowę włożyła ogromny kapelusz. Przystawiła sobie strzelbę męża do ust i pociągnęła spust. Każda kobieta wie, dlaczego wcześniej wymyła podłogi.

Głód duszy może przyprawiać kobietę o nieznośne cierpienia. Ponieważ dusza kobiety ma potrzebę wyrażania siebie w swoisty, uczucio­wy sposób, musi się rozwijać i kwitnąć w poczuciu sensu tego, co robi, nie gnębiona przez nikogo. W tym znaczeniu krwawy klucz mógłby reprezentować także żeńską linię krwi, wszystkie dotychczasowe kobiety. Która z nas nie miała przynajmniej jednej bliskiej, ukochanej kobiety, która postradała instynkt dokonywania słusznych wyborów, skutkiem czego była zmuszona żyć wyrzucona poza nawias? Być może właśnie ty jesteś taką kobietą.

ZJADACZ GRZECHOW

Szczątki Sinobrodego zostają rozrzucone na pożarcie drapieżnym myszołowom. W starożytności wierzono w istnienie dusz zwanych „zjadającymi grzechy”. Były one uosabiane przez duchy, ptaki lub zwierzęta (rzadziej przez ludzi**), które podobnie jak kozły ofiarne brały na siebie grzechy, to jest psychiczne nieczystości wspólnoty. W ten sposób lud zostawał oczyszczony i wybawiony od zgnilizny trudnego lub źle przeżytego życia. (…)W mitologii staroskandynawskiej zjadający grzechy to padlinożercy, którzy pożerają martwe ciało, inkubują je w swoich brzuchach i zabierają do Hel. Nie jest to miejsce, ale osoba, bogini życia i śmierci. Uczy ona umarłych życia wspak. Stają się coraz młodsi i młodsi, aż są gotowi narodzić się na nowo i ponownie przychodzą na świat.

Drapieżnik w psychice ginie, moce animusa pozbawiły go energii, ale nie znika on całkowicie ani nie rozpływa się w powietrzu. Nie wolno o nim zapomnieć, trzeba obserwować i pilnować by moc Sinobrodego nie próbowała zebrać szczątków i ożywić ich. Wielu badaczy zajmujących się tą opowieścią uważa, że Sinobrody reprezentuje siłę tak perfidną, że nie może być ona zbawiona ani odkupiona. Według mnie do tego aspektu psychiki należy podejść inaczej — nie jak do masowego mordercy, który ma się przeobrazić w kryształowy charakter, ale raczej jak do kogoś, kogo trzeba umieścić w zakła­dzie psychiatrycznym; musi jednak być to miejsce godziwe, z widokiem na drzewa i niebo, z dobrym jedzeniem i kojącą muzyką, a nie oddział zamknięty, gdzie będzie upodlony i torturowany.

Aby trzymać drapieżcę w psychicznej klatce trzeba wybijać mu kły zanim zdążą wyrwać nam kawał duszy. Należy przy tym używać jego własnej broni: logiki, języka i perswazyjnego stylu. Nie pozwalajmy aby przez nasz umysł przepływały negatywne myśli na temat naszych możliwości czy talentu. Nasz umysł musi działać jak filtr: przepuszczać to co dobre i wartościowe, a zatrzymywać zagrożenia. Znajdźmy same mądrą równowagę między zasadną krytyką tego co robimy i jak się zachowujemy a podszeptami wewnętrznego wroga chcącego przekonać nas, że nic nie znaczymy. Słyszysz, że mówi do ciebie: ‘Nie przygotowałaś projektu na jutro, nie potrafisz zorganizować sobie czasu’? To odpowiedz mu, ‘Ale za to zrobiłam korektę wcześniejszego projektu, przygotowałam tabele i opracowałam to wszystko jako prezentację!’. Bo jeżeli zaczynasz myśleć, że być może przeciwnik ma rację, że nie skończyłaś tego cholernego projektu, że musisz przecież zrobić jeszcze dwa kolejne w tym tygodniu i że, kurczę, na pewno nie starczy ci czasu albo nie pójdziesz z dziećmi do kina, żeby go skończysz więc chyba faktycznie nie potrafisz zorganizować sobie czasu – karmisz go. Posyłasz mu energię swoich myśli i to wystarcza. A można tę bestię w klatce wykorzystać do swoich celów tak jak z roślin trujących da się uzyskać lekarstwo. Osłabiamy atak naturalnego drapieżcy, biorąc do serca i analizując to, co prawdziwe w jego słowach, i odrzucając resztę.(…) Kiedy przestajemy być zabawką w rękach drapieżcy, uchodzą z niego siły i nie potrafi już działać bez nas (…) Kiedy kobiety pokonują swego drapieżcę, przejmując władzę nad tym, co w nim pożyteczne, i odrzucając całą resztę, odkrywają, że nareszcie czują się pełne energii, witalności, głębi. Odebrały to, co im wykradziono: wigor i treść życia. Pozytywne wykorzystanie energii drapież­cy można rozumieć na kilka sposobów: jego furię można przekształcić w ogień duszy, żarliwość potrzebną do realizacji szczytnych celów. Jego spryt i przebiegłość pomoże spojrzeć na wiele rzeczy z dystansu. Jego śmiercionośną moc można wykorzystać do likwidacji tego, co w kobiecie powinno obumrzeć, albo dla czego ona powinna umrzeć w swoim ze­wnętrznym życiu, a mogą to być rozmaite rzeczy w różnych momentach życia. Zazwyczaj kobieta sama dobrze wie, co to jest.

Drapieżnik pojawia się też często nie tylko w opowieściach, ale i w koszmarach kobiet: jako napastnik, złodziej, gwałciciel itd. który zastaje ją samotną i bezbronną. Sen o mężczyźnie czającym się w mroku to także sygnał pobudki. Mówi: „Uważaj! Coś złego dzieje się w otaczającym cię świecie, w ży­ciu osobistym, w naszej cywilizacji” (…) Choć psychologia podkreśla rodzinne przyczyny ludzkich udręk i niepokojów, czynnik kulturowy ma równie dużą wagę, gdyż kultura to jakby rodzina rodziny. A jeśli rodzina rodziny cierpi na różne choroby, to wszystkie rodziny należące do niej muszą się zmagać z tymi samymi dolegliwościami. Moi przodkowie mawiali cultura cura, kultura leczy. Jeśli kultura jest uzdrowicielem, rodziny uczą się uzdrawiać; będą mniej cierpieć, mniej się zmagać z chorobą i łatwiej wracać do zdrowia, będą bardziej sobie oddane i pełne ciepłych uczuć. W kulturze, którą włada drapieżca, wszelkie nowe życie, które chce się narodzić, i stare życie, które powinno odejść, tkwią w miejscu, a psychiczne życie jej członków jest sparaliżowane lękiem i duchowym głodem. (…) Tak więc te negatywne kulturowe wartości — na które drapieżca skwapliwie przystaje — rosną w siłę w zbiorowej psychice wszystkich członków społeczności. Kiedy społeczeństwo nawołuje obywateli do nieufności i wystrzegania się głębokich życiowych instynktów, wów­czas drapieżny element w psychice każdej jednostki zostaje wzmocnio­ny i zaktywizowany. Jednak nawet w społeczeństwach opartych na opresji, jeśli w jakiejkolwiek kobiecie Dzika Kobieta wciąż żyje, rozkwita a nawet promie­nieje, to „kluczowe” pytania zostaną zadane, i to nie tylko te, które pozwolą wejrzeć w głąb siebie, ale także te dotyczące samej kultury. „Co się kryje za tymi zakazami, które widzę w zewnętrznym świecie?”, „Ile dóbr i wartości poszczególnych ludzi, kultury, ziemi i ludzkiej natury zostało uśmierconych, ile ginie powoli?”

Ten sen pojawia się także u kobiet żyjących z tworzenia, gdy zaczyna brakować im pomysłów. Często twórcze przedsięwzięcia zwalniają tempo lub utykają na mieliźnie, ponieważ w głębi naszej psychiki tkwi ktoś, kto ma o nas bardzo złe mniemanie, a my ulegamy mu, zamiast się zbuntować, roztrzaskać mu głowę i uciekać do wolności. W wielu przypadkach dla ratowania sytuacji trzeba tylko potraktować siebie, swoje pomysły, sztukę, o wiele poważniej niż dotychczas. Z powodu braku matrylinearnego (i patry-linearnego) wsparcia na przestrzeni wielu pokoleń docenianie twórcze­go życia — to jest docenianie całkowicie oryginalnych, pięknych, twór­czych idei i dzieł pochodzących ze spontanicznej, pierwotnej duszy — stało się dla kobiet wiecznym problemem. W gabinecie nie raz widywałam poetki niedbale ciskające swe maszynopisy na sofę, jakby poezja była dla nich raczej ucieczką niż skarbem. Malarki przynoszące swe obrazy na sesję, wchodząc, byle jak opierały je o drzwi. Widziałam błyski zawiści w oczach kobiet, kiedy próbowały ukryć złość, że inni potrafią tworzyć, a one z jakiegoś powodu nie mogą. Słyszałam wszystkie rodzaje wymówek, jakie kobieta może wymy­ślić. „Nie mam talentu. Nie jestem ważna. Nie jestem wykształcona. Nie mam pomysłów. Nie wiem jak. Nie wiem co”. I najbardziej bulwersujące ze wszystkich: „Nie mam czasu”. Nieodmiennie mam ochotę złapać je za nogi i potrząsnąć, aż pożałują swoich słów i przyrzekną, że przestaną pleść bzdury. Nie muszę nimi potrząsać, bo zrobi to za mnie mężczyzna w mroku, a jeśli nie on, to inna postać z ich snów. Sen o mężczyźnie z mroku jest koszmarem, a koszmary najczęściej bardzo dobrze wpływają na twórczość; pokazują artyście, co się z nim stanie, jeśli pozwoli zakopać swój talent. Ten sen najczęściej wystarcza, by tak przerazić artystkę, że wraca ona do tworzenia. W najgorszym razie może tworzyć dzieła, które rzucą światło na mroczną istotę ze snów.

Groźba mężczyzny w ciemności jest przestrogą dla każdej z nas — jeśli nie będzie się strzegło swoich skarbów, to zostaną skradzione. (…)Kiedy kobieta czyni wysiłki, by wytropić drapieżcę we własnej psychice i uzmysłowi sobie jego obecność, staczając z nim nieuniknioną walkę, drapieżca wycofa się do bardziej odizolowanego i odległego obszaru w psychice. Natomiast jeśli drapieżca zostanie zlekceważony, to będzie coraz bardziej nienawistny i zazdrosny, pragnąc uciszyć kobietę na zawsze. Z praktycznego punktu widzenia sny o Sinobrodym i mężczyźnie w mroku są bardzo ważne, bo pomagają oczyścić życie z elementów negatywnych. Czasami konieczne jest ograniczenie lub rozluźnienie pewnych związków, bo jeśli kobieta jest otoczona przez osoby otwarcie wrogo nastawione albo lekceważące jej przeżycia, to jej wewnętrz­ny drapieżca czerpie z nich pożywkę, staje się silniejszy i bardziej agresywny. Kobiety często ambiwalentnie podchodzą do własnej agresji wobec intruza, ponieważ sądzą, że są w sytuacji bez dobrego wyjścia: „I tak źle, i tak niedobrze”. Jeśli nie wyrwą się na wolność, to mężczyzna z mroku zostanie ich panem, a one niewolnicami. Jeśli zdołają uciec, to będzie je bezwzględnie prześladował jak swoją własność. Kobiety obawiają się, że będzie ich szukał tak długo, aż znowu rzuci je na kolana, a ta obawa wyraża się w treści ich snów. Z tego powodu kobiety zazwyczaj uśmiercają swoje oryginalne, twórcze, uczuciowe i dzikie natury w odpowiedzi na zagrożenie ze strony drapieżcy. Dlatego leżą jako trupy i szkielety w piwnicy Sinobrodego. Świadomość jest drogą wyjścia z klatki, ucieczki od tortur. Jest to ścieżka prowadząca daleko od mężczyzny z mroku. Kobiety mają prawo bić się na śmierć i życie, żeby ją znaleźć i nią podążyć. (…)Lekarstwo na naiwność i osłabione instynkty jest jedno: ćwiczyć się w słuchaniu intuicji, wewnętrznego głosu, zadawać pytania; być ciekawą i dociekliwą, ogarniać to, co się widzi i słyszy, a potem działać wedle tego, o czym wiadomo, że jest prawdziwe. Dusza otrzymała te intuicyjne siły w chwili urodzenia. Zostały przesłonięte, przykryte popiołami i eks­krementami wielu lat. Ale to jeszcze nie koniec świata, to wszystko można zmyć. Trochę skrobania i szorowania, trochę praktyki, a zdolność percepcji zostanie przywrócona do stanu nieskazitelnego.

Jeżeli wydobędziemy te moce z cienia psychiki, to nie staniemy się bezwolnymi ofiarami wewnętrznych ani zewnętrznych okoliczności. Nieważne, że kultura, osobowość, psychika lub inne czynniki żądają od kobiet poprawnego ubioru i zachowania, nieważne, jak bardzo inni chcą je trzymać w stadzie z dziesięcioma drzemiącymi dueitas (przyzwoitkami) w pobliżu, nieważne, że próbuje się stłamsić życie duchowe kobiety — nie można zmienić faktu, że kobieta jest tym, kim jest, a to jest dyktowane dziką nieświadomością i bardzo, bardzo dobrze, że tak jest. (…) Musimy pamiętać, że kiedy śnimy sny o mężczyźnie w ciemności, zawsze pojawia się siła przeciwna, sprzyjająca nam i równoważąca jego moc. Kiedy uruchamiamy pierwotną energię, aby zneutralizować moc drapieżcy, pojawia się Dzika Kobieta. Przybywa, pokonując wszelkie przeszkody, mury, które wzniósł drapieżca. Nie jest ikoną, świętym obrazkiem do powieszenia na ścianie. Jest żywą istotą, która pojawia się przy naszym boku w każdym miejscu, w każdych warunkach. Ona i drapieżca psychiki znają się od bardzo, bardzo dawna. Dzika Kobieta śledzi go w snach, legendach, baśniach i całych kobiecych życiorysach. Gdziekolwiek jest on, tam jest i ona, bo jest tą, która równoważy jego prześladowczą moc.

Dzika Kobieta uczy nas, że nie wolno pod żadnym pozorem być miłą”, kiedy chodzi o obronę życia duchowego. Nasza pierwotna natura wie, że w takich okolicznościach zachowanie „słodkiej idiotki” wywołuje tylko szyderczy uśmiech wewnętrznego drapieżcy. Kiedy coś za­graża życiu duchowemu, koniecznie i stanowczo trzeba powiedzieć „dość”. Jeśli kobieta tak postępuje, to drapieżca nie będzie długo inge­rował w jej życie — teraz od razu wyczuwa ona niebezpieczeństwo i potrafi nakazać drapieżcy, by wracał tam, gdzie jego miejsce. Nie jest już naiwna. Nie jest już obiektem ataków. I to jest lekarstwo, które sprawia, że klucz — ten malutki z rzeźbieniem na kółku — ostatecznie przestaje broczyć krwią.(…)

Sinobrody to jedna z kilku pouczających opowieści, które uważam za bardzo ważne dla kobiet niekoniecznie młodych wiekiem, ale niedojrzałych psychicznie. Jest to opowieść o naiwności, ale także o odważ­nym łamaniu zakazu „patrzenia”. Jest to opowieść o ostatecznym rozbi­ciu i przemianie naturalnego drapieżcy psychiki.

* Pięknie motyw niezłomnych braci przedstawiony jest w wierszu Bolesława Leśmiana Dziewczyna.

** Jednak okazuje się, że ludzie też zaliczali się do tej kategorii zwłaszcza w przypadku rytuałów pośmiertnych, a sama instytucja trwała aż do XX-go wieku: http://en.wikipedia.org/wiki/Sin_eater (przyp. Anna Lawenda)