Tag Archives: sen

Teoria Junga cz.9: Interpretacja marzeń sennych| Pastuh

Ważną sprawą podczas opowiadania o swoim śnie, było mówienie w czasie teraźniejszym. Zabieg ten sprawiał, że osoba przedstawiająca, wczuwała się jeszcze raz w sytuację ze snu, a co za tym idzie, jej emocje stawały się dla innych bardziej namacalne. Jest to rzeczą istotną, ponieważ samo określenie nastroju, jaki nam towarzyszył podczas wydarzeń ze snu, jest już pewną formą interpretacji. Na końcu opowiadania należy również określić, jak czuliśmy się po przebudzeniu. Takie szczegóły sprawiają, że wiemy, czy sen miał charakter kompensacyjny(patrz do poprzedniego postu), czy może przedstawiał jakiś wewnętrzny konflikt.

Całość znajduje się tutaj

Teoria Junga cz.8: Marzenia senne| Pastuh

Marzenie senne to przed wszystkim: wspomnienia dnia, archetypy, a także prekognicja(przewidywanie przyszłych wydarzeń). Mogą one pełnić również funkcję kompensacyjną, czyli przedstawiać sytuację lub zamierzenie odwrotnie w stosunku do naszego świadomego wyboru. Zaznaczyć trzeba, że Jung uważał za rzecz karygodną, ujednolicenie symboliki sennej, z czym mamy do czynienia w sennikach. Jest to oczywiście podyktowane tym, że każdy człowiek jest indywidualny. Oznacza to również, że obrazy w marzeniach sennych są pojemne znaczeniowo i powinny być interpretowane z poprawką na obecną sytuację życiową osoby śniącej. Marzenia senne są procesami dążenia do celu, którego świadomie nie jesteśmy w stanie odgadnąć. Istnieje duże prawdopodobieństwo, iż śnimy cały czas, jednak koncentracja na świcie zewnętrznym spycha na dalszy plan obrazy nieświadome.

Całość znajduje się tutaj

Odcinek 6: Kobieta – Szkielet. O wyłowieniu skarbu, ucieczce przed nim i rozplątywaniu sieci

biegnaca z wilkami kobieta szkielet

KOBIETA – SZKIELET

Była raz dziewczyna, która zrobiła coś, co nie spodobało się jej ojcu. Nikt już nie pamięta dokładnie, co to było. Ojciec zawlókł ją na urwisko i zepchnął do morza. Ryby pożarły jej ciało, wygryzły oczy. Jej szkielet leżał na dnie miotany prądami.

Któregoś dnia pewien rybak wybrał się na połów. Prawdę mówiąc, wcześniej wielu przybywało do tej zatoki. Jednak ów rybak, odpłynąw­szy daleko od domu, nie wiedział, że miejscowi trzymają się od niej z daleka, powiadając, iż jest nawiedzana przez duchy.

Hak rybaka zanurzył się w wodzie i zaczepił o żebro szkieletu dziewczyny. Rybak pomyślał: „To musi być wielka ryba! Mam szczęście!” Już się cieszył, ilu ludzi wykarmi swą wielką zdobyczą, myślał, na jak długo wystarczy mięsa i że wreszcie odpocznie od wypływania w morze. Gdy mocował się z wielkim ciężarem, morze zakipiało, a kajak się zatrząsł i podskoczył, bo ta, która była pod wodą, walczyła, by się wyzwolić z liny. Im bardziej się mocowała, tym ciaśniej krępowała ją lina. Choć się szamotała, hak zaczepiony o żebro nieubłaganie ciągnął ją w górę.

Rybak obrócił się, żeby wybrać sieć, nie zauważył więc łysej czaszki nad falami, nie widział małych korali iskrzących w oczodołach, nie widział skorupiaków na starych, jak z kości słoniowej, zębach. Kiedy się odwrócił od sieci, straszna postać wypłynęła na powierzchnię i za­wisła zaczepiona zębami o burtę kajaka.

Mężczyzna krzyknął i serce podeszło mu do gardła, z przerażenia wywrócił oczami, do uszu buchnęła krew. Wrzeszczał i wiosłem ze­pchnął ją z dzioba, po czym jak szalony zaczął wiosłować w kierunku brzegu. Nie wiedząc, że zaplątała się w jego linę, wpadł w jeszcze większe przerażenie, bo wydawało się, że stanęła na palcach i goni za nim do brzegu. Kręcił kajakiem na wszystkie strony, lecz ciągle była tuż za nim, jej oddech toczył się po wodzie obłokami pary, a ramiona machały, jakby chciały go złapać i pociągnąć w toń.

Mężczyzna wył przeraźliwie, dobijając do brzegu. Jednym susem wyskoczył z kajaka, biegł, kurczowo ściskając wędkę, a koralowobiały szkielet kobiety, wciąż zaplątany w linkę, klekotał tuż za nim. Gnał po skałach, a ona za nim. Gnał przez przemarzniętą tundrę, a ona za nim. Gnał po mięsie suszącym się na brzegu, rozdeptując je na kawałki, rozdzierając buty z foczej skóry.

Przez cały czas Kobieta-Szkielet była tuż za nim, chwytając w biegu zamarznięte ryby. Zaczęła je zjadać, bo nie pożywiała się od bardzo, bardzo dawna. Wreszcie myśliwy dotarł do swego igloo, zanurkował do tunelu i opierając się na rękach i kolanach, wczołgał do wnętrza. Dysząc i szlochając, położył się w ciemności, a jego serce waliło jak potężny bęben.

— Bezpieczny, jestem bezpieczny, dzięki, o bogowie, dzięki ci, Ravenie, dzięki, szczodra Sedno, bezpieczny… nareszcie.

Ale kiedy zapalił lampkę z oleju wieloryba ona… to coś… leżało w nieładzie na śniegowej podłodze z piętą na ramieniu, kolanem w klat­ce piersiowej, stopą na łokciu. Nie wiedział potem, co go do tego skło­niło, może blask światła, który zmiękczył jej rysy, a może fakt, że był samotnym człowiekiem. Dość powiedzieć, że poczuł jakąś tkliwość — powolutku wyciągnął umorusane dłonie i przemawiając miękko, nucąc jak matka do dziecka, zaczął wyplątywać ją z liny.

Najpierw uwolnił palce stóp, potem kostki. Mozolił się długo w noc, aż wszystkie kości ułożył w odpowiednim porządku, po czym ubrał ją w futro, żeby nie zmarzła.

Po omacku znalazł krzesiwo i dołożył do ognia własnych włosów, żeby lepiej widzieć. Spoglądał na nią od czasu do czasu, kiedy nacierał oliwą cenne drewno wędki i przewijał linkę. A ona, okutana futrem, nie przemówiła słowem — nie śmiała — bojąc się, żeby myśliwy nie wyrzucił jej na skały i nie połamał jej kości na kawałki.

Myśliwy poczuł senność, wślizgnął się pod skóry i zaczął śnić. Czasami ludzie płaczą we śnie. I choć nie wiemy, co im się wtedy śni,  to pewnie być sen pełen smutku lub tęsknoty. To właśnie zdarzyło myśliwemu.

Kobieta-Szkielet w blasku ognia ujrzała tę błyszczącą łzę i na jej widok poczuła ogromne pragnienie. Klekocząc, poczołgała się w stronę śpiącego mężczyzny i przytknęła usta do łzy. Ta jedna łza przemieniła się w rzekę, z której piła i piła i piła, dopóki nie ugasiła wieloletniego pragnienia.

Leżąc tak przy nim, sięgnęła w głąb piersi śpiącego i wyjęła mu serce, potężny bęben. Usiadła i zaczęła weń uderzać rytmicznie z obu stron, bum, bum, bum!

Bębniąc, zaczęła śpiewać: — Ciało, ciało, ciało, niech powróci do mnie ciało. Im dłużej śpiewała, tym więcej przybywało jej ciała. Wy­śpiewała włosy, bystre oczy i ładne, pulchne dłonie. Wyśpiewała kobie­cość między nogami, duże, ciepłe piersi i wszystko, czego potrzeba kobiecie.

A kiedy skończyła, śpiewem zdjęła ze śpiącego ubranie i położyła się przy nim, skóra przy skórze. Oddała mu serce, ten wielki bęben, włożyła je na miejsce i tak się potem obudzili, owinięci sobą, splątani po wspólnej nocy już w inny sposób, dobry i trwały.

Ludzie, którzy już nie pamiętają, dlaczego najpierw spotkał ją tak zły los, powiadają, że odeszła z rybakiem. Nigdy nie brakło im jedzenia, bo morskie stworzenia, które znała, żyjąc pod wodą, zawsze dostarczały im pożywienia. Mówią, że to prawda i że nic więcej nie wiedzą.

————————————————————-

Kobieta, którą cechuje dzika natura, nie ma łatwego zadania jeżeli chce znaleźć sobie towarzysza. Tymczasem w naturze, wilki często łączą się w pary, które zostają ze sobą na całe życie. Nawet jeśli zdarzają się między nimi waśnie i nieporozumienia, to wspólnie przeżywają surowe, mroźne zimy, bujne wiosny, dalekie wędrówki, nowe potomstwo, ataki od­wiecznych prześladowców, tańce plemienne i grupowe śpiewanie. Potrzeby ludzi są niemal identyczne. U zwierząt odbywa się to instynktownie, u ludzi zazwyczaj jest trudniejsze. Związki ludzkie z różnych przyczyn mogą być oderwane od cyklu Narodzin – Śmierci – Odrodzenia. W naszym kręgu kulturowym w praktyce wygląda to w ten sposób, że pobierają się młodzi ludzie, często nie mieszkając wcześniej ze sobą (albo co gorzej w związku z tzw. „wpadką”), a dodatkowo zdarza się, że składają sobie przysięgi „i nie opuszczę cię do końca życia” nie zdając sobie sprawy, że w dzisiejszych warunkach oznacza to bycie ze sobą przez czterdzieści – pięćdziesiąt lat. Jest jedno wydarzenie na początku, huczny ślub, na który idzie mnóstwo pieniędzy, a potem młodzi zostają sami ze sobą, pojawiają się problemy finansowe, opieka nad dziećmi, rutyna itd. Po kilku, kilkunastu latach dwoje ludzi, którzy kiedyś byli sobą zauroczeni, nagle odkrywa, że łączą ich potomstwo i finanse, ale już nie uczucia. Tymczasem związek jest tak jak roślina, trzeba o nią dbać i nie ustawać w pielęgnacji. To że kończy się jedna faza, nie oznacza że relacja umiera. Po zimie nadchodzi czas odrodzenia, kiedy roślina wypuszcza na nowo liście i ponownie zakwita. Rytm Narodzin – Śmierci – Odrodzenia ludzkość zna od czasów starożytnych, kiedy wraz z rozwojem rolnictwa i obserwacją pór roku trafił on do mitów. Jest to cykl budzenia się do życia, rozwoju, starzenia się i śmierci, po której zawsze następuje odrodzenie. Cykl ten dotyczy życia fizycznego i wszystkich aspektów życia psychicznego. Wszystko — słońce, supernowe, księżyc, wszystkie sprawy istot ludzkich oraz najmniejszych bytów, nie wyłączając komórek i atomów, podporządkowuje się prze­miennym rytmom rodzenia i zamierania.

Ale my nie zwracamy już uwagi na starożytne mity, tylko oglądamy disnejowskie wersje baśni albo hollywoodzkie opowieści o pseudo-wampirach, gdzie gubi się głębszy sens, postacie stają się płaskie i właśnie takie kreskówkowe, a wszystko jest komercyjnie podane pod określony target czyli nastolatki. W mądrych, pouczających opowieściach miłość rzadko jest przedstawiana jako romantyczne schadzki dwojga zakochanych. Może warto wyjść jednak poza nasz krąg kulturowy i poznać punkt widzenia na relację ludów, które żyją w surowych warunkach, gdzie przetrwanie zależy od zaufania i wzajemnej pomocy. Aby ją zrozumieć, trzeba wiedzieć, że tam, gdzie myśliwska społeczność walczy o przetrwanie pod presją nieprzyjaznych, surowych warunków naturalnych, miłość nie ma nic wspólnego z flirtem ani pogonią za przyjemnościami ego, ale jest namacalnym węzłem opartym na wytrwałości i cierpliwości, węzłem, który potrafi przetrwać czasy dostatku i niedostatku, najtrudniejsze i najprostsze dni i noce. Jednak aby taką więź stworzyć, trzeba stanąć przed Panią Śmierci czyli Zmianą, stawić jej czoła i rozpocząć cykl na nowo. W większości kultur cywilizacji zachodniej pierwotne pojęcie istoty Śmierci tak długo obrastało w rozmaite dogmaty i doktryny, że zostało całkowicie odseparowane od swej drugiej połowy, Życia. Jeden z najważniejszych, najbardziej podstawowych aspektów natury zaczął być pojmowany fałszywie i w okaleczonej postaci. Narasta przekonanie, że po śmierci może nastąpić tylko jeszcze więcej śmierci. To nieprawda, w śmierci bowiem istnieje zalążek nowego życia, nawet jeśli czyjeś istnienie zostało zredukowane do szkieletu. Życie i Śmierć współistnieją ze sobą, mamy jednak wewnętrzną czy nawet podświadomą obawę przed zaangażowaniem w związek wiedząc, że coś się w nim kończy.

Może to wynikać z obrazu śmierci jaki mamy zakodowany w umysłach, jako szkieletu z kosą i upiornym uśmiechem tańczącego danse macabre, który zbiera żniwo wśród tych co nie znają dnia ani godziny zostawiając za sobą stosy trupów. Tymczasem w kulturach pierwotnych, których elementy nadal istnieją w opowieściach i baśniach, śmierć jest zintegrowana z życiem tak jak jest to odzwierciedlone w naturze: po ciepłych dniach przychodzą zimne, a po nich znowu ciepłe, z ziarna wyrasta roślina, zakwita, wydaje ziarno, więdnie, ale z jej ziarna wyrasta nowa, itd. Widać to w wielu kulturach, bardzo często boginie wojny (czyli Śmierci) były także boginiami płodności (czyli Życia), planeta Wenus* była postrzegana jako Gwiazda Wieczorna (aspekt schodzenia-śmierci) i Gwiazda Poranna (aspekt wchodzenia-narodzin). W dużej mierze wiedza o istocie Życia-Śmierci-Życia jest skażona strachem przed śmiercią. Z tego powodu nie potrafimy się dostroić do jej cykli. A jednak jej siły nie kierują się przeciwko nam. To nie rabuś, który grabi nas z rzeczy nam drogich. To nie szalony pirat drogowy, który miażdży wszystko, co cenimy. Siły Życia-Śmierci-Życia są częścią naszej własnej natury, częścią wewnętrznego źródła wiedzy, które zna kroki tańca Życia i Śmierci. Składają się z tych aspektów nas samych, które znają czas życia i czas śmierci. To głęboko ukryta nauczycielka i przewodniczka, trzeba tylko dostosować się do jej tempa. (…) Niestety, nasza kultura często nakłania do zrzucania Kobiety-Szkieletu z urwiska, bo nie dość, że budzi ona grozę, to w dodatku zbyt dużo czasu trzeba, by nauczyć się jej zwyczajów i praw. Bezduszny świat zmusza do histerycznego miotania się w poszukiwaniu tej jedynej lampki, która zapali się natychmiast i na zawsze. Jednak żeby ten cud, na który czekamy, mógł nastąpić, potrzeba czasu; trzeba czasu, by tę lampkę odnaleźć, trzeba czasu, by tchnąć w nią życie. Współczesne poszukiwanie perpetuum mobile ściga się z poszukiwaniem wiecznej machiny miłości. Nie można się dziwić, że ludzie usiłujący kochać czują zamęt i udrękę, tak jak w baśni  Czerwone Trzewiczki , i nie mogąc powstrzymać obłąkańczych pląsów, wirując, omijają rzeczy, które w głębi serca najbardziej cenią.

Opowieść o Kobiecie – Szkielecie dosłownie obrazuje etapy, które trzeba przejść aby rozwinąć w sobie prawdziwą miłość do drugiego człowieka: przypadkowe znalezienie skarbu, chociaż najczęściej nie zdaje się sobie samemu z tego sprawy, potem następuje faza pogoni i ukrywania się, następnie rozplątanie z więzów i okazywanie współczucia, a następnie ufność, leczenie starych ran i zdolność do spokojnego snu w obecności drugiej osoby, a na końcu tworzenie nowego, wspólnego życia kierując się sercem.

POCZĄTKOWA FAZA MIŁOŚCI

Początek legendy jako żywo przypomina mit o Sednie, która według podań inuickich (eskimoskich) uciekła z domu do mężczyzny, który obiecał jej dostatnie życie. Jej rozgniewany ojciec w czasie burzy wyrzucił ją z kajaka i odrąbał ręce, aby nie mogła się wspiąć z powrotem. Sedna pogrążyła się w morskiej otchłani, z jej dłoni powstały ryby i inne stworzenia morskie, którymi żywią się Inuici, a reszta ciała opadła na dno morskie i osiadła w podwodnych jaskiniach. Szamani nurkują do niej, aby przebłagać Sednę i uprosić ją o uleczenie duszy i ciał oraz o urodzaj w czasie polowań morskich.

Baśnie na całym świecie rozpoczynają się od motywu znalezienia przez bohatera skarbu, bardzo często jest on wyławiany z wody (jak chociażby znana wszystkim opowieść o Złotej Rybce), która jest uniwersalnym symbolem uczuć i podświadomości. Motyw rybaka w archetypowej symbolice ma wiele wspólnego z obrazem myśliwego. Oba reprezentują, między wieloma innymi rzeczami, te elementy ludzkiej psychiki, które poszukują wiedzy i dokonują wysiłku, by pielęgnować jaźń przez jedność z instynktem. Rybak nie zdaje sobie sprawy z tego, co zaplątało się w jego sieci, nie rozumie co to za skarb, jego postrzeganie jest ograniczone do poziomu ego, codziennego i operacyjnego**, ma tylko nadzieję, że to wielka ryba, dzięki której nasyci głód. Ludzie, którzy nie wiedzą, co robią, wobec miłości przyjmują postawę właśnie taką, jaką rybak w opowieści przyjmuje wobec swej zdoby­czy: „Złowić coś wielkiego, coś, co wystarczy na długo, coś, co będzie mnie podniecać, ułatwiać mi życie, coś, czym mógłbym się chwalić przed innymi myśliwymi, kiedy wrócę do domu”.(…)To naturalny tok myślenia naiwnego, prostodusznego lub bardzo wygłodzonego myśliwego. Ludzie bardzo młodzi, którzy jeszcze nie przeszli inicjacji, ludzie wygłodzeni, zranieni cenią sobie wartości, które wynikają z odnajdywania lub zdobywania trofeów. Ci bardzo młodzi zupełnie nie wiedzą, czego w życiu szukają, głodni walczą o przetrwa­nie, a zranieni szukają zadośćuczynienia za dawne straty.

 Na dłuższą metę nie da się działać wyłącznie na poziomie codziennym i operacyjnym, dusza prędzej czy później upomni się o swoje. Nie da się żyć bazując tylko na pracy, romansach czy zdobywaniu kolejnych sum albo stanowisk, to jest pokarm dla ego, ale dusza się tym nie wyżywi. Można ją oszukiwać pracą, romansami i zdobywaniem tak jak oszukuje się organizm gotowym, zafoliowanym jedzeniem, ale w końcu ciało zbuntuje się i pogarszająca się kondycja sprawi, że będziesz musiał się ruszyć do kuchni i własnoręcznie przyrządzać zdrowe posiłki. W gruncie rzeczy są chwile, kiedy chcielibyśmy dostawać jeść, zupełnie nic nie robiąc. W rzeczywistości dobrze wiemy, że nic, co ma jakąkolwiek wartość, w ten sposób powstać nie może. A jednak życzymy sobie tego. Taką sytuacją z punktu widzenia psychiki jest oczekiwanie na miłość idealną i często jest tak, że właśnie te osoby, natrafiają na skarb, który wprawi ich w przerażenie i skonfrontuje z własną naiwnością czy wcześniejszym zranieniem.

Wszelkie relacje jakie tworzymy ze światem zewnętrznym wymagają od nas mądrości, której albo sami nie mamy, albo nie ma osoba, której ofiarowaliśmy nasz skarb. Większość z nas ma za sobą mało udane związki, które nadwątlają naszą wiarę w trwałe, prawdziwe uczucie. Używając określeń ekonomicznych miłość jest naszym emocjonalnym kapitałem, idziemy z nim do innej osoby jak z pieniędzmi do banku. Jeżeli jeden splajtuje, to zanosimy to co zostało do drugiego, jeżeli on też splajtuje to idziemy do trzeciego, ale jeżeli i ten upadnie to w którymś momencie zaczyna nam brakować i samego kapitału emocjonalnego, i ochoty na powierzanie go komukolwiek. Zresztą w ogóle chyba nie zdajemy sobie sprawy z tego jak wiele możemy dać swoją obecnością drugiemu człowiekowi (na planie uczuciowo – duchowym, wcale nie materialnym). Każda relacja to wejście w świat innej osoby, gdzie możemy zachować się albo jak budowniczy, albo jak podróżnik, albo jak złodziej, albo jak wandal. Bardzo często zachowujemy się jakbyśmy przyszli tam na imprezę, zabawić się, spróbować nowości, znaleźć rozrywkę, a potem się ulotnić i nie myśleć jak będzie to miejsce wyglądało bez nas. Okaleczamy w ten sposób kolejne Sedny, które oddają swój skarb, a potem tracą dłonie, a wraz z nimi zdolność działania i chęć kochania. Jakaś część psychiki każdej kobiety i każdego mężczyzny nie chce przyjąć do wiadomości, że we wszystkich związkach miłosnych Śmierć ma rolę do odegrania. Udajemy, że miłość jest możliwa bez śmierci naszych złudzeń, bez śmierci płytkich zachcianek; udajemy, że posuwamy się naprzód i nasze ulubione porywy nigdy nie przeminą. Ale kiedy kochamy, wszystko w psychice zostaje przewrócone do góry nogami. Ego nie umie się z tym pogodzić. Jednak tak właśnie ma być, a człowiek o głębokiej, dzikiej naturze bez wątpienia godzi się na to. Co ginie w związku dwojga ludzi? Giną iluzje, nadzieje, żądza posiadania wszystkiego naraz, ginie pragnienie posiadania samego tylko piękna. Ponieważ miłość zawsze wiąże się także ze zstąpieniem w istotę śmierci, rozumiemy, dlaczego trzeba tak wielkiego hartu i wrażliwości, by zaangażować się uczuciowo. Kiedy całym jestestwem poświęcamy się miłości, głęboko angażujemy się też we wskrzeszenie istoty Kobiety-Szkieletu i jej wszystkich nauk. Rybak w opowieści bardzo opornie zaczyna zdawać sobie sprawę z prawdziwej natury tego, co złowił. Tak jest na początku ze wszystkimi. Trudno zrozumieć, co się naprawdę robi, kiedy wyrusza się na połów do nieświadomości. Ludzie niedoświadczeni nie mają pojęcia, że pod wodą, na dnie, żyje Śmierć. Zorientowawszy się, z czym mają do czynienia, w pierwszym odruchu chcą wyrzucić ją z powrotem za burtę. Stają się jak mityczni ojcowie, którzy swe niepokorne córki spychają z kajaków w morskie fale.

To co ginie między dwojgiem ludzi odrodzi się w nowej formie, ale na tym etapie nie są oni jeszcze tego świadomi. Gdy opada pierwszy entuzjazm, kiedy mają stawić czoła wyzwaniom życia codziennego, kiedy zaczyna do nich docierać ogrom i moc tego co znaleźli, rzucają się do ucieczki. Jeśli kochankowie z uporem wypełniają życie wymuszoną wesołością, nieustającą rozrywką i przyjemnościami, jeśli wypalają się, „żyjąc intensywnie”, jeśli rzucają się w wir seksu albo delektują się życiem, unikając wszelkich konfliktów, to wówczas istota Życia-Śmierci-Życia spada z urwiska w dół i na powrót tonie w morzu. Jeśli do związku miłosnego nie dopuszcza się cykli życia i śmierci, to wszystko, co symbolizuje Kobieta-Szkielet, zostaje wyrzucone z psychicznego domostwa i opada na dno. Po czym miłość dwojga ludzi wkracza na drogę pozorów i wymuszenia: „Precz ze smutkiem, bawmy się”. Za wszelką cenę chcą utrzymać ten stan. Dusza związku zanurza się i znika w kipieli wodnej; będzie dryfować pod wodą, bez czucia, jałowa, bezużyteczna. Kobieta-Szkielet spada z urwiska zawsze wtedy, gdy kochankowie nie mogą jej znieść albo jej nie rozumieją. Zostaje zrzucona z urwiska, kiedy błędnie pojmują sens cykli przeobrażenia: nie mogą się rozeznać, kiedy coś powinno umrzeć, by na jego miejscu wyrosło coś nowego. Jeśli kochankowie nie potrafią dostroić się do procesów Życia-Śmierci-Życia, to ich wzajemne uczucie nie może być niczym więcej jak burzą hormonów. Zrzucenie tej tajemniczej istoty z urwiska zawsze sprawia, że i zakochana kobieta, i uczucia mężczyzny stają się szkieletami pozbawionymi prawdziwej miłości i pożywienia. Ponieważ kobieta częstokroć uważnie obserwuje i wyraźnie odczuwa cykle biologiczne i emocjonalne, cykl życia i śmierci znajduje się w centrum jej zainteresowań. A ponieważ niewiele nowego może się narodzić, dopóki nie nastąpi rozkład tego, co żyło wcześniej, kochankowie, którzy pragną wydobyć z siebie maksymalne iskrzenie, żyć na maksymalnych obrotach, będą pędzić dzień za dniem w coraz bardziej skostniały związek. Próba zmuszenia miłości do trwania wyłącznie w pozornie najbardziej pozy­tywnej formie powoduje odwrotny skutek; miłość pada bez życia, i to na zawsze.

skeleton-woman

Kobieta – Szkielet wypływa na powierzchnię mimo że wolelibyśmy, aby tkwiła na morskim dnie i nie przeszkadzała nam w radości i uciechach. Jednak jest tym co prędzej czy później i tak pojawia się w każdej relacji międzyludzkiej, wyzwaniem i czasem nabywania mądrości bez których związek nie nabierze głębi. Widzę u zakochanych, niezależnie od płci, powtarzające się zjawisko. Dwoje ludzi zaczyna taniec, by sprawdzić, czy potrafią się poko­chać. Niespodziewanie zaczepiają o Kobietę-Szkielet. Coś między nimi zaczyna się kurczyć i pogrąża się w chaosie. Często bolesna rozkosz seksualnego podniecenia stygnie, partnerzy zaczynają dostrzegać swoje słabości i nie wyleczone urazy albo stwierdzają, że to drugie „nie jest odpowiednim materiałem na trofeum”. I to jest właśnie moment, kiedy łysa, bardzo stara dziewczyna o pożółkłych zębach wypływa na powierzchnię. Brzmi to makabrycznie, ale jest to najdonioślejsza chwila — sposobność do wykazania się odwagą i poznania miłości. Kochać znaczy wytrwać i zostać. Kochać znaczy opuścić świat fantazji i wejść w świat, w którym możliwa jest trwała, realna miłość. Twarz w twarz, kość w kość, miłość pełna oddania. Kochać znaczy zostać, kiedy każda komórka woła „uciekaj!”(…)Podczas ponad dwudziestu lat praktyki terapeutycznej nieraz przyjmowałam mężczyzn i kobiety, którzy opadali na sofę jednocześnie uszczęśliwieni i spłoszeni: „Spotkałem (spotkałam) kogoś. Wcale tego nie chciałam, zajmowałam się swoimi sprawami, nie szukałam nikogo — i nagle! pojawia się Ktoś przez wielkie K. Co mam robić?” Brnąc dalej w związek, zaczynają tchórzyć. Kulą się w sobie, denerwują. Czy boją się o uczucie tej drugiej osoby? Ależ nie. Drżą ze strachu, bo zaczynają dostrzegać łysy czerep wśród fal ich namiętności. Rety! Co robić? Mówię, że to magiczny czas. To ich nie uspokaja. Mówię, że niedługo zobaczą coś cudownego. Nie chcą wierzyć. Mówię, żeby nie rezygnowali, i to jakoś im się udaje, choć z trudem. Zanim się zorientuję, oni wiosłują coraz szybciej w małej łódeczce swej miłości. Chybocząc, docierają do brzegu i błyskawicznie zaczynają uciekać, by ratować życie; ja, ich psychoanalityk, usiłuję dotrzymać im kroku i wtrącić swoje trzy grosze, a za nami, sami zgadnijcie, kto pędzi drogą z suchym klekotem. U większości ludzi pierwsza konfrontacja z Kobietą-Szkieletem wywołuje impuls, by uciekać z prędkością wiatru, daleko, dokąd nogi poniosą. Ale nawet ta ucieczka jest elementem naszej drogi do miłości. Uciekać jest rzeczą ludzką, byle nie za długo, nie na zawsze.

I tu ważna konstatacja: należy zwrócić uwagę, że w baśni do fizycznego kontaktu rybaka i dziewczyny dochodzi dopiero w ostatniej fazie, kiedy wypełnią się wszystkie cykle. I dlatego jest to opowieść o miłości, a nie o konsumpcji. Z naszej opowieści wynika, że oddanie ciała jest jedną z ostatnich faz miłości. Tak powinno być. Dobrze jest opanować po mistrzowsku pierwsze fazy spotkania z naturą Życia-Śmierci-Życia, a kontakt cielesny odłożyć na koniec. Zawsze przestrzegam kobiety, żeby nie wiązały się z ludźmi, którzy po przypadkowym złapaniu na haczyk od razu rzucają się na ich ciało. Trzeba nalegać na przejście wszystkich faz. Wówczas ta ostatnia sama zadba o siebie, czas jedności ciał nadejdzie w stosownej chwili. Zgadzam się tu z dr. E nie jako ktoś, kto wierzy w nakazy i zakazy wynikające z religii i kultury (bo w nie w większości nie wierzę ), ale jako ktoś kto obserwuje i czerpie z doświadczeń własnych i innych: kontakt fizyczny jest nam potrzebny, to taki sam instynkt jak głód czy pragnienie, ale tak jak jedzenie może być albo pożyteczne, albo szkodliwe dla zdrowia tak samo jest z seksem i erotyką. Nie na darmo w języku polskim przystojnego mężczyznę określa się jako ‘ciacho’. Ciacho jest słodkie i uwalnia w mózgu wydzielanie hormonów szczęścia, ale jest też pełne kalorii i tłuszczu. Ciastko to deser, który spożywa się po właściwym posiłku, bo wtedy jesteśmy już najedzeni i dostarczyliśmy naszemu ciału składniki odżywcze, które zapewnią funkcjonowanie, wzrost i rozwój. Nie da się żyć o samych ciastkach. Organizm prędzej czy później zareaguje cukrzycą, nadwagą i podwyższonym ciśnieniem. Jeżeli zaraz na początku znajomości konsumuje się ją, to co zostaje dalej? Kiedy połączenie dwojga ludzi zaczyna się od fazy cielesnej, na proces spojrzenia w twarz naturze Życia-Śmierci-Życia nie jest jeszcze za późno, ale wymaga to o wiele więcej determinacji. To cięższa praca, ponieważ trzeba odciągnąć od cielesnych zachcianek żądne przyjemności ego, żeby zbudować fundamenty.

To nie oznacza, że musimy czekać w nieskończoność albo trzymać się sztywno reguł religii i kultury („dopiero po ślubie”). Nasza natura sama wyczuje odpowiedni moment. Jednak trzeba pamiętać, że kontakt intymny z innym człowiekiem otwiera nas na niego energetycznie, mentalnie i uczuciowo, nawet jeżeli chce się potraktować go jako przygodę na jedną noc. Zwłaszcza od kobiet sex wymaga dosłownie oddania się. Idąc drogą jaką podąża kobieta o dzikiej naturze trzeba się zapytać samej siebie, ‘Jeżeli się otworzę to co dostanę w zamian?’, ‘Czy to mnie wzbogaci, doda mojemu życiu radości i energii?’, ‘A może wprost przeciwnie, może ta osoba zrabuje moją ufność, nie da nic w zamian i ulotni się?’  itd. Trzeba się zastanowić czy to czego pragniemy jest na naszym szwedzkim stole tak jak już była o tym mowa w analizie baśni o Wasylisie. Albo inaczej: trzymając się terminologii żywieniowej, wyobraźmy sobie, że idziemy ulicą pełną restauracji oraz kawiarni i czujemy głód. Chcemy zjeść posiłek, który będzie zarówno zdrowy jak i smaczny, ale nie wiemy gdzie znajduje się restauracja, w której serwuje się takie posiłki, podobno jest gdzieś na końcu ulicy, ale tak dokładnie nikt nie wie. Jesteśmy głodni, a z restauracji dochodzą smakowite zapachy, więc wchodzimy do jednej z nich i zjadamy fast food. Na chwilę czujemy się najedzeni i zadowoleni, bo fast food jest pełen tłuszczu, przekaźnika smaku, który sprawia, że czujemy błogość. Jednak w fast foodzie nie ma wartości odżywczych i prędzej czy później ogarniają nas wyrzuty sumienia, że konsumujemy śmieciowe jedzenie zamiast szukać restauracji ze zdrowym i smacznym menu. Wychodzimy więc z powrotem na ulicę i szukamy dalej, ale prędzej czy później znowu dopada nas głód i znowu wchodzimy do baru z fast foodem. Jeżeli jednak odczuwamy łączność z naszym instynktem i intuicją, to w pewnym momencie przestajemy tam zaglądać, bo jedzenie fast foodu jest jak napędzanie błędnego koła: przestaje się poszukiwać prawdziwego smaku, aromatu i sztuki w posiłku, ponieważ nasze zmysły są stępione bezwartościowym jedzeniem, a chemiczne i konserwujące substancje przemysłowe, jakimi jest ono napakowane, sprawiają, że ludzie nieświadomie uzależniają się od niego . Idziemy więc dalej ulicą, próbując wmówić sobie, że nie czujemy głodu, i wtedy nagle, niespodziewanie tuż przed naszymi oczyma wyrastają drzwi restauracji, której szukaliśmy. Czujemy apetyczny zapach, obsługa jest bardzo miła i sprawna, z głośników słychać naszą ulubioną muzykę, widzimy jak kucharz przyrządza dla nas posiłek ze świeżych, pachnących i apetycznych produktów.

Dokładnie tak samo jest z ludźmi, z którymi wchodzimy w relacje. Możemy „skonsumować” ich szybko i bez specjalnej uwagi tak jak fast food, ale to fałszywa dieta, która nie nakarmi naszej duszy ani potrzeby kochania. Tak jak w baśni o Czerwonych Trzewiczkach będziemy uganiać się za coraz to nowszymi atrakcjami i wpadać w coraz większą frustrację, że nie ma przy nas kogoś, kto nie potrzebuje, żebyśmy byli non-stop sexowni i atrakcyjni. Może być tak, że znajdziemy restaurację, gdzie serwuje się zdrowe i pyszne posiłki, ale jest już tak dużo gości, że my do niej nie wejdziemy – tak właśnie dzieje się, kiedy spotykamy kogoś z kim świetnie się dogadujemy, ale kto jest już w związku. Nie pozostaje nam nic tylko chodzić i szukać. Ale według biblijnego zapewnienia „Szukajcie aż znajdziecie” warto, bo seks tak jak jedzenie i picie jest źródłem energii i dla ciała, i dla ducha. Warto tu zwrócić uwagę, że to zachodnia kultura i przemysł rozrywkowy kładą nacisk na ten aspekt szybkiej konsumpcji, w innych kulturach (jeszcze) toczy się to innym trybem. Tym, co oddaje cykliczność i stały, nie przyspieszany sztucznie rozwój związku jest seks tantryczny ,  który jest wyraźnie dostosowany do natury kobiety poprzez koncentrowanie się na czułości, powiązaniu uczuć z ciałem i spokojnym, wręcz powolnym tempie. Takich doznań nie będzie się miało z mężczyzną, który pragnie erotycznego fast foodu, sex tantryczny wymaga stabilnego budowania relacji, ‘chodzenia i szukania restauracji’ czyli cierpliwości i niezrażania się poprzednimi niepowodzeniami, ale tak jak to już określiła dr E, jeżeli pragnie się prawdziwej miłości to trzeba wyjść poza ego.

Z tych samych przyczyn nie powinno się także legalizować związku w trakcie trwania tej wczesnej fazy

POGOŃ

Kobieta – Szkielet nie jest jak Złota Rybka, nie daje się spławić z powrotem do morza, nie spełnia życzeń i wcale nie jest wdzięczna. To ona żąda od rybaka uwagi i akceptacji przy całej swojej straszności i nieprzewidywalności, a na dodatek często wypływa akurat w momencie, kiedy wszystko świetnie się układa i już mamy wrażenie, że stworzyliśmy dobry, stabilny związek. Nagle zaczynają się wykręty, tłumaczenie, że to nie ma sensu, próby racjonalizowania, dlaczego związek nie ma prawa się udać. Kiedy uczymy się kochać prawdziwie, z począt­ku popełniamy mnóstwo błędów. Sądzimy, że kochanek czy kochan­ka chcą nas osaczyć, tymczasem prawda jest inna: to pragnienie zespo­lenia się z drugim człowiekiem w ten jedyny, szczególny sposób powo­duje, że szkielet łapie się na haczyk i nie może się od nas oderwać. Kiedy rodzi się miłość, siły Życia-Śmierci-Życia wypływają na powierzchnię. Zawsze. (…) Faza ucieczki i ukrywania się w miłości to czas, kiedy kochankowie próbują racjonalizować lęk przed cyklami miłości, cyklami Życia–Smierci-Życia. Mówią: „Będzie mi lepiej z kimś innym”, „Nie chcę porzucać tego czy tamtego”, „Nie chcę zmieniać niczego w moim życiu”, „Nie chcę patrzeć na rany, ani swoje, ani innych”, „Jeszcze nie jestem gotowa”, „Nie chcę się zmieniać, dopóki szczegółowo się nie dowiem, w kogo się zmienię”. Tak naprawdę nie uciekamy przed naszym kochankiem/kochanką tylko przed Zmianą i naszym lękiem przed nim. Psychologia rozpoznaje to jako lęk przed bliskością, lęk przed zaangażowaniem. Ale to tylko symptomy. Głęboko u ich podłoża leży niedo­wierzanie i nieufność. Ci, którzy wiecznie uciekają, boją się tak napra­wdę żyć według cykli dzikiej, integralnej natury. Śmierć goni mężczyznę po wodzie, przez granicę między nieświadomością a pewnym gruntem świadomego umysłu. Świadomość zdaje już sobie sprawę, co złowiła, i rozpaczliwie próbuje przed tym umknąć. W życiu stale tak robimy. Coś straszliwego podnosi głowę. Nie dostrze­gamy tego i ciągniemy linkę, sądząc, że to wielka zdobycz. Owszem, to prawdziwa gratka, ale zupełnie innego rodzaju, niż się spodziewamy. To skarb, którego — na nasze nieszczęście — nauczono nas się bać. Bierzemy więc nogi za pas albo wyrzucamy łup, albo też staramy się go upiększyć i udawać, że jest czymś innym. Ale to nic nie daje. Musi przyjść chwila, kiedy dopadnie nas pocałunek potwora. To samo zjawisko towarzyszy miłości. Pragniemy tylko piękna, ale kończy się na tym, że stajemy oko w oko z ohydą. Odpychamy upiornego kościotrupa, ale on ciągle wlecze się za nami. Zrywamy się do biegu. On biegnie za nami. To świetny nauczyciel i zawsze twierdziliśmy, że chcemy go mieć. „Nie, to nie ten” — piszczymy przeraźliwie, kiedy się pojawia. Niech przyjdzie ktoś inny. Nic z tego. Właśnie ten nauczyciel należy się każdemu. I jak mówi przysłowie: kiedy uczeń jest gotowy, pojawia się nauczyciel. Gotowa jest dusza, a nie ego, bo ego nigdy nie będzie gotowe. Ego nie koncentruje się na głębi. Ego cieszy się rozrywką i próbuje na siłę ją zatrzymać. Ego boi się, że kiedy zaakceptujemy naturę Życia-Śmierci-Życia, nigdy już nie będziemy szczęśliwe. A czy dotąd rzeczywiście byłyśmy tak doskonale szczęśliwe? Otóż nie. Jednak nierozwinięte ego jest prymitywne, prostoduszne jak nie usocjalizowane dziecko, nieszczególnie zresztą radosne; przypomina dorosłe dziecko, które cały czas poluje na największą kromkę, najwygodniejsze łóżko, najprzystojniejszego faceta. Trzy rzeczy różnią życie wypływające z duszy od życia zdominowanego przez ego. Są to: zdolność wyczuwania i uczenia się nowych rzeczy; wytrwałość w podróżach po wyboistych drogach; cierpliwe uczenie się głębokiej miłości. Ego ma tendencję i talent do unikania nauki. Cierpliwość nie jest jego mocną stroną. Wierność w związku również nie. To nie ego, ta chorągiewka na wietrze, jest źródłem miłości, ale raczej nieoswojona dusza***.

Rybak zaczyna uciekać, a zaplątana w sieć dziewczyna razem z nim. Po drodze chwyta suszone ryby, bo wracają do niej głód i chęć życia. Rybak chroni się w swojej chaciez przekonaniem, że jest bezpieczny, ale nic bardziej błędnego. Dla współczesnych kochanków gra na zwlokę czy zachowanie dystansu jest jak śniegowy domek rybaka, o którym sądzi on, że jest bezpieczny. Czasem ten lęk przed konfrontacją z istotą śmierci ulega wypaczeniu do „wykręcania się”, próby zachowania tylko przyjemnych stron związku, pominięcia Kobiety-Szkieletu. W ten sposób do niczego nie dojdziemy.(…) Wszystkie „nie jestem gotów”, „potrzebuję czasu” to zrozumiałe wymówki, ale nie na długo. To prawda, że nie ma czegoś takiego jak całkowita gotowość i właściwy moment. Przy każdym zstąpieniu w nieświadomość nadchodzi czas, kiedy człowiek, mając nadzieję na najlep­sze, skacze w otchłań. Gdyby tak nie było, nie powstałyby w języku słowa bohater, bohaterka, odwaga. Prędzej czy później trzeba stawić czoła Zmianie, bo odepchnięta Kobieta – Szkielet będzie się niepostrzeżenie wynurzać w najmniej oczekiwanych momentach dopóki nie pojmiemy, że to ona rządzi nami, a nie my nią. Naszym zadaniem zaś jest pobieranie nauk. Jeśli ktoś pragnie kochać, to nie znajdzie innej drogi. Naszym zadaniem jest objęcie jej. Bez zadania, które wystawia na próbę, nie dokona się transformacja. Jeśli nie wypełnimy zadania, to nie przyjdzie poczucie satysfakcji. Niewiele trzeba, by kochać przyjemności. By kochać prawdziwie, trzeba bohatera, który pokona własny strach. Bez wątpienia bardzo wielu ludzi dochodzi do etapu ucieczki i ukrywania się. Niektórzy niestety wciąż się do niego cofają. Wejście do bezpiecznej nory jest zryte do niemożliwości. Ale ci, którzy pragną kochać, naśladują rybaka.

 ROZPLĄTYWANIE SIECI

Tak jak w wielu baśniach tak i w tej pojawia się motyw próby dla bohatera, kiedy muszą dowieść swoich czystych intencji i siły, stając przed mocą większą od nich. W  tym przypadku jest to przezwyciężenie lęku i rosnące współczucie dla Kobiety – Szkieletu. Jeszcze niedawno uciekał przed nią, dysząc ciężko i szlochając. Teraz pragnie jej dotknąć. A ona niejako dotyka jego serca przez samą swoją obecność. Kiedy zrozumiemy osamotnienie natury Życia-Śmierci-Życia w psychice, osamotnienie tej, która nie ze swojej winy ciągle jest odrzucana… wtedy może my też wzruszymy się jej dolą. Podobnie jak w opowieściach, gdzie dobro ukrywa się pod szpetną formą tak tutaj bohater ma za zadanie nie dać się zwieść pozorom. Tak dzieje się w Pięknej i Bestii, tak dzieje się w baśniach, gdzie źle traktowana sierota pomaga czarodziejowi pod postacią podróżnego i zostaje za to wynagrodzona, gdy z każdym jej słowem z ust zaczynają padać drogie kamienie; widząc to macocha każe swojej rodzonej córce również czekać na podróżnego, a kiedy odmawia pomocy czarodziejowi, który tym razem przyjął postać żebraka, z jej ust padają żaby, jaszczurki i padalce. W czasach, kiedy stawia się przede wszystkim na wygląd i urodę, warto pamiętać właśnie o tych opowieściach, które uczą, że trzeba być zawsze otwartym, niezależnie czy ktoś jest piękny czy szpetny, modnie ubrany czy noszący stare i zniszczone rzeczy. Jeśli pokonamy same siebie, by dotknąć tego, co dla nas odrażające, to czeka nas nagroda. Jeśli brzydotę odtrącamy z pogardą, to będziemy wygnani za drzwi, nie osiągniemy pełni życia. (…)Rozplątywanie Kobiety-Szkieletu to symbol zrozumienia tego myślowego błędu i naprawienia jego skutków. Rozplątywanie Kobiety-Szkieletu ma oznaczać zrozumienie, że miłość to nie wyznania w blasku świec i wieczny rozkwit. Rozplatanie Kobiety-Szkieletu daje pewność, że w odradzających się ciemnościach znaleźć można otuchę, a nie strach. Złożenie szkieletu to balsam na zastarzałe rany. To zmiana sposobu patrzenia i życia wyrażająca zdrowie, a nie wyjałowienie duszy. (…)Nie wystarczy samo wyciągnięcie nieświado­mego na powierzchnię, nie wystarczy nawet przypadkowe sprowadze­nie go do domu. Miłość zatrzyma się w rozwoju, jeśli ogarnie nas strach przed szkieletem, jeśli wzbudza on w nas nieustanny wstręt. Rozwikłanie tajemnicy Kobiety-Szkieletu sprawia, że złe zaklęcie przestaje działać — lęk przed pożarciem, wieczną martwotą zaczyna ustępować. W mitologiach bóstwa (zazwyczaj kobiece) związane z nicią były kwintesencjami przeznaczenia, zawsze zawierały w sobie element cierpliwości i uczestnictwa w procesach sił potężniejszych niż człowiek. Czy jest to Ariadna nakazująca Tezeuszowi poruszać się po Labiryncie trzymając się nici, czy są to helleńskie Mojry, rzymskie Parki czy germańskie Norny tkające nici życia, czy to Kobieta – Pająk tworząca cały świat na bazie pajęczej nici w mitologii rdzennych Amerykanów, wszystkie mają dostęp do świata niewidzialnego, skąd pochodzi dusza. One nie poruszają się na poziomie ego, zajmowanie się nicią, tkanie i rozplątywanie wymaga cierpliwości, zagłębienia się w siebie i uważnego spojrzenia. Trzeba krok po kroku przejść proces, który z początku zdaje się potwornie zagmatwany, ale w końcu okazuje się pra­wdziwym, głębokim wzorem odnowy. W baśniach rozwiązanie paska czy opaski, rozsupłanie węzła, rozplatanie czegoś symbolizuje początek rozumienia rzeczy wcześniej niejasnych, ich użycia i zastosowania, tajemnej mądrości maga. (…)Rozplatać oznacza uzyskać dogłębną wiedzę o sobie i innych, umocnić zdolność do przejścia wszystkich etapów, projektów, okresów inkubacji, narodzin i transformacji tak spokojnie i tak dostojnie, jak tylko możemy. Obrazowo rzecz ujmując Aleksander Wielki podszedł do węzła gordyjskiego na poziomie ego: rozciął go zamiast rozplątywać i takie było jego panowanie: pełne chwały, bogactwa i podbojów, ale krótkotrwałe. Po jego śmierci imperium, które stworzył, rozpadło się między skonfliktowanych ze sobą generałów.

untie

Osoba, która zrozumiała czym na poziomie codziennym jest rozplątywanie sieci będzie cierpliwa, będzie potrafiła czekać i nie wystraszy się tego, że rzeczywistość nie pasuje do wizerunku jaki miała wcześniej. To jest ktoś z silnie zakorzenioną psychiką, ktoś komu spełnienie nie uderzy do głowy jak woda sodowa. Nie potrzebuje zdobywania, nie musi mieć od razu wszystkiego, potrafi obserwować bez oceniania i uczyć się. Dobrze jest się oddać codziennym ćwiczeniom medytacyjnym przy rozplątywaniu natury Życia-Śmierci-Życia. Rybak nuci krótką piosneczkę, by ułatwić sobie zadanie. (…) Dzięki temu nie damy się zwieść natarczywym podszeptom z zakąt­ków umysłu, mówiącym: „Jakie to głupie… trzeba brać z życia co najlepsze”. Uczymy się ignorować ten głos i słuchać tego, który brzmi za nim w oddali.

ZASYPIANIE Z UFNOŚCIĄ

Ten fragment opowieści mówi o powrocie do niewinności. Zasypianie obok kogoś to wyraz głębokiego zaufania, bo podczas snu wyłączona jest nasza świadomość i stajemy się bezbronni jak dzieci. Trzeba też pamiętać, że z biologicznego punktu widzenia sen jest nieodzowny dla funkcjonowania. Nie możemy funkcjonować bez odpoczynku, pozbawieni regularnego snu stajemy się rozdrażnieni, zapadamy na choroby, a nasz organizm jest coraz bardziej wycieńczony. Nic dziwnego, że celowe pozbawianie snu w celu wymuszenia jest z punktu widzenia prawa taką samą torturą jak bicie. Sen to pokazanie kim się jest naprawdę, nie udawanie tego kim chciałoby się być. Tak jak fizycznie umysł nie może być non stop pobudzony tak w relacji nie możemy być stale atrakcyjni, pociągający i mówiący zawsze dokładnie tego co druga strona chce usłyszeć. Prędzej czy później będziemy zbyt zmęczeni odgrywaniem takiej roli i zmorzy nas sen, który pokaże nasze prawdziwe oblicze. Sen to także czas odnowy, kiedy regenerują się komórki i tkanki organizmu, podobnie dzieje się w baśni. Na tym etapie związku kochanek powraca do stanu niewinności; stanu, w którym wciąż jeszcze przeraża go żywioł emocji, stanu pełnego życzeń, nadziei, marzeń, oczekiwań. Niewinność to nie to samo co naiwność. W niedostępnej krainie, z której pochodzę, jest powiedzenie: „Prostota to nic nie wiedzieć i zmierzać ku dobremu. Niewinność to wiedzieć wszystko i nadal zmierzać ku dobremu”. (…) W ten stan mądrej niewinności wchodzimy, odrzucając cynizm i asekuranctwo, powtórnie zadziwiając się światem, co jest charakterystyczne dla większości ludzi bardzo młodych i wielu starych. To ćwicze­nie patrzenia oczami ducha przepełnionego mądrością i miłością, a nie wzrokiem zbitego psa, zaszczutego stworzenia czy człowieka zranione­go. Niewinność powraca w czasie snu. Niestety, wielu ludzi, wstając każdego ranka, odrzuca ją razem z kołdrą. A byłoby lepiej zabrać przebudzoną ze sobą i ogrzać.

Taki proces wymaga od nas zdjęcia maski, zburzenia muru obronnego, jakim odgrodziliśmy się od świata, odrzucenia cynizmu i sarkazmu, którymi rozum broni się przed miłością, zdrapywania warstw smutku i bólu jakie bezkarnie narastały w nas latami, dlatego niewielu jest chętnych by się go z własnej woli podjąć. Ale warto to zrobić. Słowem „niewinny” (ang. innocent) często określamy osobę żyjącą w ciemnocie, która nie ma wiedzy, prostaka. Ale w pierwotnym znaczeniu człowiek niewinny to ten, który nie czyni szkód, nie zadaje ran. W języku hiszpańskim inocenteto osoba, która z jednej strony stara się nie krzywdzić innych, z drugiej jest zdolna do uzdrowienia samej siebie. (…)Być niewinnym znaczy umieć rozpoznać naturę rany i wyleczyć ją. Takie potężne moce kryją się za pojęciem niewinności. Niewinność to postawa nie krzywdząca innych, zdolność leczenia, naprawiania, przywracania zdrowia. Zastanówcie się nad tym. To dobrodziejstwo dla wszystkich cykli miłości.

Zadane wcześniej krzywdy są istotną blokadą w dalszej drodze uczuciowej, bo wzmagają nadmierną czujność. Co innego być czujnym, a co innego przesadnie ostrożnym kiedy nie jest to potrzebne. Pamięć o krzywdzie sprawia, że okazuje się obojętność albo przewrażliwienie nawet jeżeli w pierwszym odruchu chciałoby się okazać czułość i troskę. Osoby, które boją się zostać oszukane albo złapane w pułapkę, które wniebogłosy wrzeszczą, że chcą „być wolne”, pozwalają, by złoto przeciekało im przez palce. Szczególnie mężczyźni często mają z tym problem i nawet jeżeli spotykają kobietę, w której z wzajemnością się zakochują, to nie potrafią tego okazać. Czasami nie można dodać odwagi słowami. Czasami ludzie muszą skoczyć głową w dół. W życiu mężczyzny musi nastąpić moment, kiedy zaufa drodze miłości, kiedy bardziej się boi utknięcia na mieliźnie psychiki niż wypłynięcia na szerokie, piękne, lecz nieoznakowane terytorium. Kiedy życie jest zbyt kontrolowane, robi się go coraz mniej do kontrolowania. Czasami człowiek boi się usnąć w obecności drugiego, obawia się powrotu do psychicznej niewinności, lęka się wykorzystania. Tacy ludzie podejrzewają innych o najgorsze i nie ufają sami sobie. To nie brak zaufania do ukochanej osoby. To brak rozliczenia z naturą Życia-Śmierci-Życia. To Śmierci muszą zaufać. Jak we śnie, natura Życia-Śmierci-Życia w najdzikszej postaci jest tak prosta jak łagodny wydech (koniec) i wdech (początek). Trzeba tylko zaufać, że gdzie jeden się kończy, drugi się zaraz zaczyna. Nie ma sensu czekanie na to by będzie się wystarczająco silnym by zacząć ufać. Taki dzień nigdy nie nastąpi. Musimy zaryzykować, że przekonania wpojone przez kulturę na temat Życia-Śmierci-Życia są fałszywe i że rację ma instynkt. By miłość mogła się rozwijać, partnerzy muszą ufać, że cokolwiek się stanie, posłuży przeobrażeniu.

ŁZA WZRUSZENIA

Kiedy na policzku śpiącego rybaka pojawia się łza, Kobieta – Szkielet podchodzi i spija ją. Mężczyźnie, który ma wdrukowany w podświadomość od dzieciństwa model twardego wojownika niełatwo jest płakać, ale dzieje się to z łatwością podczas snu, gdy jest bezbronny jak dziecko. Łzy są słoną wodą tak jak morze, które wyrzuciło Kobietę – Szkielet na powierzchnię, woda jest uniwersalnym symbolem uczuć, a słony smak wskazuje osobę, która przeszła już porażki w życiu uczuciowym. Tak niechybnie, jak kościotrup wypłynął na powierzchnię wody, tak teraz łza, znak uczucia budzącego się w mężczyźnie, wypływa z głębi na powierzchnię. To wskazówka, jak kochać siebie i drugiego człowieka. Obdarty z szat dziennego świata mężczyzna przyciąga szkielet dziewczyny do siebie, by się przy nim położył, by pił z niego i wykarmił się jego najgłębszym uczuciem. Teraz jest zdolny zaspokoić pragnienie drugiego człowieka. (…) Łza śniącego przychodzi, kiedy przyszły kochanek pozwala sobie poczuć i opatrzyć swoją ranę; kiedy pozwala sobie spojrzeć na zniszczenie, które sprowadził na siebie przez utratę wiary w dobroć; kiedy czuje się odcięty od ożywczego cyklu Życia-Śmierci-Życia. Płacze dlatego, że doskwiera mu samotność i bezbrzeżna tęsknota za owym psychicz­nym domem, za pierwotną wiedzą (…) Wszyscy popełniamy błąd, sądząc, że drugi człowiek może być lekarstwem, wzruszeniem, spełnieniem. Dużo czasu upływa, zanim zrozumiemy, że tak nie jest, głównie dlatego, że uzewnętrzniamy własną ranę, zamiast się nią zająć, zadbać o nią w swym wnętrzu. Nasze rany mogą być spowodowane przez rozmaite przyczyny: ciężkie przeżycia z dzieciństwa, zawiedzione zaufanie przez najbliższą osobę, mozolne dążenie do czegoś co nie przyniosło satysfakcji, niespełnienie ważnych zamierzeń, złe decyzje życiowe albo brak decyzji, itd. Problemem dla mężczyzn jest to, że w naszej kulturze nie mają tak naprawdę bezpiecznych sposobów na odreagowanie ich, o ile kobiety mogą wypłakać się czy wygadać koleżankom, to mężczyźni zazwyczaj wpadają w wir rozrywek czy romansów albo w nałogi. Pomóc mogą sobie tylko oni sami, ich zadaniem jest opatrzyć własne obrażenia, nikt inny im w tym nie pomoże. Uśmierzanie bólu za pomocą innych ludzi jest nieskuteczne i prowadzi do jeszcze większego bólu. Kiedy mężczyzna roni łzę, to znaczy, że odnalazł swój ból i czuje go, dotykając rany. Zaczyna widzieć, że z jej powodu otoczył się skorupą ochronną. Widzi, co w życiu stracił i przegapił za jej sprawą. Widzi, jak okaleczył swą miłość do życia, do samego siebie i do innych. (…)Głębokie uczucie tkliwości, które popycha rybaka do rozplatania szkieletu, pozwala mu także odczuć inne zapomniane tęsknoty, wskrzesić współczucie dla samego siebie.(…) Nie boi się pragnąć, bo wierzy, że jego pragnienie się urzeczywistni. Wiara, że pragnienie jego duszy będzie spełnione, przynosi mu wielką ulgę.(…) Łza rybaka przyciąga do niego Kobietę-Szkielet; sprawia, że chce jej się pić, że pragnie zbliżyć się do niego.(…) Łzy nie tylko symbolizują uczucie czy wzruszenie, są także jak soczewki, które odmieniają wzrok, dają inny punkt widzenia.

PÓŹNIEJSZE FAZY MIŁOŚCI

Kiedy mężczyzna jest pogrążony we śnie, Kobieta – Szkielet wyjmuje z niego serce i bije w nie niczym w bęben, instrument używany przez szamanów, by swoim rytmem przywołać duchy przodków i przenosić w odległe miejsca. Jest pięknie zsynchronizowany znaczeniowo z sercem, organem pompującym krew, bez którego nie da się żyć. Oba mają nadludzką moc i biją w określonym rytmie. Serce odmierza puls, a wraz ze śpiewem kobiety odrasta jej ciało. Śpiew ma moc magiczną i siłę tworzenia, w wielu legendach śpiewem wzywa się duchy, leczy ciało i ożywia umarłych, a nawet kreuje świat****. Opowieść zawiera obietnicę — jeśli pozwolisz, by Kobieta-Szkielet stała się bardziej namacalna w twoim życiu, ona w zamian uczyni je bardziej wartościowym, lepszym, obfitszym. Kiedy wyzwolisz ją ze splątanej liny, kiedy rozwiążesz jej zagadkę, zrozumiesz, że jest zarazem nauczycielką i kochanką; zostanie twym sprzymierzeńcem i partnerem.(…) Oddając serce nowemu dziełu stworzenia, nowemu życiu, siłom Życia-Śmierci-Życia, zstępujemy w dziedzinę uczuć. Może to być trudne, zwłaszcza jeśli nosimy w sobie rany zadane przez smutki i rozczarowania. Jednak trzeba tego dokonać, przez bębnienie tchnąć pełnię życia w Kobietę-Szkielet, zbliżyć się do tej, która zawsze była nam bliska.(…) Przez lata obserwowałam to zjawisko u innych, doświadczałam go także na sobie. To niepowtarzalna chwila, kiedy tworzymy coś wartościowego dzięki temu, że ukochany pokłada w nas wiarę, dzięki jego szczerej życzliwości dla naszej pracy, projektów, ważnych spraw. To przedziwne zjawisko nie ogranicza się do kochanków: może się pojawiać dzięki każdemu, kto szczerze obdarza sercem.(…) Słowo pneuma(oddech) ma wspólne etymologiczne korzenie ze słowem psyche— oba odnoszą się do duszy. Jeśli więc w opowieści, legendzie czy micie pojawia się pieśń, to wiemy, że wzywa się bogów, by natchnęli ludzkie sprawy duchem mądrości i mocy. Wiemy, że te siły działają w świecie ducha, że za ich sprawą doskonali się kształt duszy.

 Fizjologia ciała kobiety zbliża ją do natury Życia-Śmierci-Życia. Jeśli kobieta poddaje się instynktowi, to wszelkie idee i impulsy popychające ją do miłości, tworzenia, wiary, pożądania, we właściwym czasie przychodzą, odchodzą, rodzą się na nowo. Można powiedzieć, że kobiety świadomie lub nieświadomie praktykują tę głęboką wiedzę z każdym księżycowym cyklem. (…)Czasem ten, kto ucieka przed naturą Życia-Śmierci-Życia, uparcie się domaga, żeby miłość przynosiła same dobrodziejstwa. Jednak miłość w najpełniejszej swej postaci jest ciągiem następujących po sobie śmier­ci i ponownych narodzin. Wychodzimy z jednej fazy, jednego aspektu miłości, by wkroczyć w kolejny. Namiętność przygasa i powraca. Ból przechodzi i znów się pojawia. Kochać, znaczy wziąć w objęcia i jednocześnie przetrwać wiele końców i wiele początków — wszystkie w jednym związku dwojga osób. Proces ten komplikuje fakt, że odcięta od natury współczesna cywilizacja nie znosi przeobrażeń. (…)Żeby kochać, jeśli już kochać chcemy, bailamos con La Muerte, tańczymy ze Śmiercią. Jest czas bujnych plonów i czas obumierania, są narodziny żywe i martwe, po których znów rodzi się życie. Kochać, znaczy uczyć się tanecznych kroków, bo miłość jest jak taniec. Energia, uczucia, bliskość, samotność, pożądanie i znużenie, wszyst­ko wznosi się i opada, cykle zaś splatają się ze sobą. Pragnienie bliskości, pragnienie samotności, wszystko przychodzi i odchodzi falami. Natura Życia-Śmierci-Życia uczy nie tylko tańca z nimi i w nich, uczy także, że lekarstwem na każdą dolegliwość jest zawsze jej przeciwieństwo; aktywność jest lekarstwem na nudę, czyjaś bliskość — lekarstwem na samo­tność, samotność znów — lekarstwem na poczucie osaczenia przez ludzi. Kto nie zna kroków tego tańca, ten lubi w okresach bezruchu zaspokajać potrzebę nowości i aktywności, szastając pieniędzmi, igrając z niebezpieczeństwem, podejmując bezmyślne decyzje, szukając nowego kochanka. Tak robią głupcy. Tak robią te, które nic nie wiedzą. (…) Początkowo wszystkim nam się zdaje, że możemy uciec przed aspektem śmierci w naturze Życia-Śmierci-Życia. To tylko złudzenia. Nie można uciec; Śmierć idzie tuż za nami, z klekotem nagich kości, stuk, stuk — wchodzi do naszych domów, do naszej świadomości. Jeśli nie w inny sposób, to poznajemy tę ciemną stronę życia, konstatując, że świat nie jest tak piękny i sprawiedliwy, jak się nam zdawało, że pogrzebałyśmy szansę, nie wykorzystałyśmy możliwości, że prawa Życia-Śmierci-Życia mają nas w swojej mocy, czy tego chcemy, czy nie. (…)Z opowieści wynika, że Śmierć stawia Miłości wymagania. Wymaga łzy — uczucia — i serca. Wymaga, żeby ją kochać. Natura Życia-Śmierci-Życia domaga się od kochanków, żeby spojrzeli w twarz jej prawom z prostotą, żeby nie mdleli na jej widok i nie robili uników, żeby ich wzajemne przywiązanie było czymś więcej niż „byciem razem”, żeby ich miłość opierała się na wspólnej wiedzy i sile; wymaga wyjścia jej na spotkanie, kochania jej i tańczenia z nią.

 * W starożytności Wenus była widoczna jest tylko przez około trzy godziny przed wschodem Słońca (i wówczas nazywana była Gwiazdą Poranną/Jutrzenką) i około trzy godziny po zachodzie Słońca (a wtedy była Gwiazdą Wieczorną).

** Pamiętam swoją pracę z kursu pedagogicznego, gdzie była mowa o celach głównych i celach operacyjnych. Cele główne osiąga się poprzez cele operacyjne, ale cele operacyjne same w sobie nie są istotne o ile nie towarzyszy im cel główny.

*** Co przypomina sposób, w który Daniel Goleman opisuje inteligencję emocjonalną: ‘Upierałbym się przy twierdzeniu, że wspomniane różnice są spowodowane poziomem zdolności określanych tutaj mianem inteligencji emocjonalnej – do których należą: samokontrola, zapał, wytrwałość i zdolność motywacji. A umiejętności tych, jak się przekonamy, można dzieci nauczyć, dając im tym samym większą szansę wykorzystania potencjału intelektualnego wygranego na loterii genetycznej.’

**** W Silmarillionie J.R.R. Tolkiena Eru Iluvatar tworzy świat za pomocą muzyki: Na początku był Eru, Jedyny, którego na obszarze Ardy nazy­wają Iluvatarem; On to powołał do życia Ainurów, Istoty Święte, zrodzone z Jego myśli. Ci byli z Nim wcześniej, niż po­wstało wszystko inne. Rozmawiał z nimi i poddawał im tematy muzyczne. Ainurowie zaś śpiewali dla Niego i On radował się tą muzyką (…) – Chcę, abyście z tego tematu, który wam objawiłem, roz­winęli harmonijną Wielką Muzykę, a ponieważ natchnąłem was Niezniszczalnym Płomieniem, możecie, jeśli chcecie, wzbogacić temat własnymi myślami i pomysłami. A ja będę słuchał i ra­dował się, że za waszą sprawą wielkie piękno wcieli się w pieśń (…)z przeplatających się i nieustannie zmiennych melodii wzbiły się harmonijne dźwięki i popłynęły poza zasięg słuchu w głę­bie i wysokości, wypełniły przestrzeń, którą zamieszkiwał Iluvatar, przelały się przez jej granicę; Muzyka i echa Muzyki rozległy się w Pustce, aż przestała być pustką.

Odcinek 4: Sinobrody. O poskromieniu wewnętrznego drapieżnika

biegnaca z wilkami sinobrody

SINOBRODY

W klasztorze w dalekich górach zakonnice w białych habitach przechowują pukiel włosów z brody. Jak się znalazł w klasztorze, nikt nie wie. Mówią, że to zakonnice pochowały szczątki jej właściciela, bo nikt inny nie ważył się ich dotknąć. Nie wiadomo, po co zakonnice przecho­wują tę dziwną relikwię, ale tak jest. Znajoma mojej znajomej widziała Ją na własne oczy. Powiada, że broda jest w kolorze indygo. Ciemno­niebieska jak ciemny lód na jeziorze, granatowa jak nocne cienie. Broda ta należała niegdyś do człowieka znanego jako Sinobrody, który, jak mówią, był upadłym czarownikiem, olbrzymim mężczyzną łasym na kobiety.

Powiadają, że zalecał się jednocześnie do trzech sióstr. Ale jego broda trwożyła je dziwnym niebieskim połyskiem, więc kryły się przed nim, kiedy nadchodził. Próbując je przekonać o swojej łagodności, zaprosił je raz na wycieczkę do lasu. Przybył, prowadząc konie przystro­jone dzwoneczkami i czerwonymi wstążkami. Posadził siostry i ich matkę na koniach i odjechali cwałem do lasu. Tam spędzili cudowny dzień, jeżdżąc konno w otoczeniu sfory psów. Potem zatrzymali się u stóp ogromnego drzewa, a Sinobrody zabawiał panie opowieściami i częstował rozmaitymi przysmakami.

Siostry zaczęły myśleć:

— Może ten Sinobrody nie jest wcale taki zły?

Wróciły do domu, rozprawiając, jaki to był niezwykły dzień i jak się świetnie bawiły. Jednak obawy i podejrzenia dwóch starszych sióstr niebawem powróciły. Przysięgły sobie, że więcej nie spojrzą na Sinobrodego. Tylko najmłodsza myślała, że skoro ktoś może być tak czaru­jący, to chyba nie jest z gruntu zły. Im dłużej to sobie wmawiała, tym mniej straszliwy jej się wydawał, a jego broda nie tak niebieska.

I kiedy Sinobrody poprosił ją o rękę, przyjęła go. Przemyślała jego oświadczyny i zdawało się jej, że poślubi bardzo wytwornego mężczyznę. Wreszcie się pobrali, a potem odjechali do jego zamku w głębokim lesie.

Pewnego dnia przyszedł do niej ze słowami:

—  Muszę na jakiś czas wyjechać. Jeśli chcesz, zaproś tu swoją
rodzinę. Możecie jeździć konno po lesie, kazać kucharzom przygotować
wystawną ucztę, róbcie, co tylko chcecie, wszystko, czego dusza zapragnie. Oto pęk kluczy. Możesz otwierać wszystkie drzwi, i do spiżarni, i tam, gdzie chowam pieniądze — wszystkie drzwi w zamku; nie uży­waj jednak tego malutkiego kluczyka, tego z rzeźbieniem na kółku.

Żona odrzekła:

—  Zrobię, jak każesz. Bardzo mi się to podoba. Jedź więc, drogi mężu, nie troskaj się o mnie i wracaj prędko.

Odjechał, a ona została.

Siostry przybyły w odwiedziny i były, jak wszystkie niewieście duszyczki, bardzo ciekawe, co nakazał gospodarz na czas swojej nieobecności. Młoda żona z radością im o tym opowiedziała.

—  Powiedział, że możemy robić, co dusza zapragnie, i wchodzić do wszystkich komnat prócz jednej. Nie wiem tylko, która to jest. Mam klucz, ale nie wiem, do których drzwi pasuje.

Siostry postanowiły zabawić się w sprawdzanie, który klucz pasuje do których drzwi. Zamek był trzypiętrowy i w każdym jego skrzydle znajdowało się sto drzwi, a ponieważ na pęku wisiało mnóstwo kluczy, chodziły od drzwi do drzwi; bawiły się świetnie, odmykając po kolei wszystkie komnaty. Za jednymi drzwiami były zapasy jedzenia, za innymi pieniądze. Wszelaki dobytek znajdował się w komnatach i wszyst­ko zdawało się coraz wspanialsze. Wreszcie, obejrzawszy wszystkie cuda, doszły do piwnicy, do ślepej ściany na końcu korytarza.

Głowiły się nad ostatnim kluczem, tym właśnie z rzeźbionym kółkiem.

—        Może ten klucz do niczego nie pasuje.

Ledwo to powiedziały, usłyszały dziwny dźwięk — „errrrr”. Zajrzały za róg i — rety! — spostrzegły zamykające się małe drzwiczki. Kiedy próbowały je znów otworzyć, okazało się, że są dobrze zamknięte na klucz. Jedna z nich wykrzyknęła:

—  Siostro, siostro, daj swój klucz. To na pewno te drzwi, do których pasuje tajemniczy mały kluczyk.

Jedna z sióstr bez zastanowienia włożyła klucz do zamka i przekręciła go. Zamek szczęknął, drzwi otwarły się szeroko, ale wewnątrz było tak ciemno, że nic nie widziały.

—  Siostro, siostro, przynieś świecę. — Gdy zapaliły świecę i oświetliły komnatę, wszystkie trzy naraz krzyknęły przeraźliwie, bo na podłodze ujrzały krwawe błoto. Wszędzie walały się poczerniałe kości trupów, a czaszki piętrzyły się w stosach po kątach jak piramidy jabłek.

Zatrzasnęły drzwi, wyrwały kluczyk z zamka i wsparły się jedna o drugą, dysząc ciężko.

Młoda żona spojrzała na kluczyk i spostrzegła na nim krew. Przera­żona, chciała wytrzeć go o suknię, ale krew nie dała się zetrzeć. Każda z sióstr brała mały kluczyk do rąk i starała się go oczyścić, ale krew na nim pozostała.

Żona ukryła kluczyk w kieszeni i pobiegła do kuchni. Kiedy tam dotarła, jej biała suknia była już cała czerwona, od kieszeni do rąbka na dole, bo z klucza powoli wyciekały krople ciemnoczerwonej krwi. Rozkazała kucharce:

—  Szybko, dawaj końskie włosie!

Przetarła klucz, ale nie przestał krwawić. Kropla po kropli czerwona krew spływała z małego kluczyka.

Wyniosła klucz na dwór, zasypała popiołem z pieca i jeszcze tarła i tarła. Włożyła do żaru, żeby go przypiec. Położyła na nim pajęczynę, żeby zatamować krew, ale nic nie pomagało, nic nie mogło jej powstrzymać.

—  Och, co ja teraz zrobię? — płakała. — Wiem już, schowam ten klucz. Włożę go do szafy. Zamknę drzwi. To jakiś zły sen. Wszystko będzie dobrze. — I zrobiła, jak powiedziała.

Mąż powrócił do domu następnego ranka i wkroczył do zamku, nawołując żonę.

—   Co się działo pod moją nieobecność?

—   Wszystko dobrze, panie.

—   A jak moje spiżarnie?

—   Doskonale, panie.

—   A moje skarbce?

—   W skarbcach nic nie brakuje, panie.

—   To znaczy, że wszystko dobrze, żono?

—   Tak, wszystko dobrze.

—   W takim razie — rzekł cicho — oddaj mi klucze.
Od razu dostrzegł, że brakuje małego klucza.

—   Gdzie najmniejszy kluczyk?

— Ja… Zgubiłam go. Tak, zgubiłam. Jechałam na koniu i pęk kluczy upadł na ziemię, wtedy musiałam go zgubić.

—   Co z nim zrobiłaś, kobieto?
—- Ja… ja… Nie pamiętam.

—   Nie kłam! Mów, coś zrobiła z kluczem?

Położył jej dłoń na twarzy, jakby chciał ją pogłaskać po policzku, ale zamiast tego pochwycił za włosy.

—  Zdrajczyni! — warknął i rzucił ją na ziemię. — Byłaś w tej komnacie, czy tak?

Gwałtownym ruchem otworzył jej szafę; mały klucz na górnej półeczce wciąż broczył krwią, która zabarwiła na czerwono wszystkie piękne jedwabne suknie.

—   Teraz twoja kolej, moja damo! — wykrzyknął Sinobrody i pociągnął ją korytarzem do piwnicy, aż znaleźli się przed straszliwymi drzwiami. Sinobrody tylko spojrzał na nie płomiennym wzrokiem i zaraz się przed nim otworzyły. Leżały tam szkielety wszystkich jego poprzed­nich żon.

—   Giń!! — zakrzyknął strasznie, ale ona złapała się framugi drzwi i nie chciała puścić. Błagała o życie.

—   Proszę, proszę, pozwól mi się przygotować na śmierć. Daj mi choć kwadrans, zanim mnie zabijesz, bo muszę najpierw pogodzić się z Bogiem.

—   Dobrze — warknął — masz tylko kwadrans, a potem gotuj się na śmierć.

Żona pomknęła schodami do swej komnaty i wysłała siostry na wały obronne. Uklękła jak do modlitwy, ale zamiast mówić pacierze, wołała do sióstr:

—  Siostry, siostry? Czy bracia nadjeżdżają?

—  Nic nie widać, siostro, nie ma nikogo na równinie!
Co chwila wołała w ich stronę:

– Siostry, siostry! Czy bracia nadjeżdżają?

—   Zdaje nam się, że w oddali widać wirujący tuman kurzu!

W tym czasie Sinobrody grzmiał na żonę, by zeszła do piwnicy, żeby mógł ściąć jej głowę. Zawołała znowu:

— Siostry, siostry! Czy bracia nadjeżdżają?

Sinobrody wezwał ją jeszcze raz i zaczął z łoskotem wspinać się po kamiennych schodach.

— Tak! Widzimy ich! Nasi bracia nadjechali i właśnie wchodzą do zamku! — odkrzyknęły siostry.

Sinobrody posuwał się korytarzem w stronę komnaty żony.

— Idę po ciebie — zawył.

Od jego tupania drżała kamienna podłoga, a tynk zaczął się sypać ze ścian.

Kiedy wdarł się do jej komnaty z wyciągniętymi rękami, by ją pochwycić, bracia na koniach galopowali już korytarzem i także wpadli do komnaty. Rzucili Sinobrodego o gzyms, nacierali na niego z mieczami, siekli i bili, cięli i smagali, aż obalili go na ziemię. Wreszcie uśmiercili go, zostawiając myszołowom krwawe szczątki i kości.

——————————————————————————

Ludzka psychika ma wiele twarzy, a obliczem wyjątkowo perfidnym jest naturalny drapieżca, siła która kontestuje, wyśmiewa i stara się uniemożliwić wprowadzenie w życie naszych marzeń i planów. Dla naturalnego drapieżcy w nas samych wszystko co dobre, pozytywne, harmonijne, zgodne z naturą i przynoszące wewnętrzny spokój jest celem ataków i furii. Niezależnie od środowiska i sposobu wychowania ten drapieżny element jest zawsze obecny w naszej psychice, ale to właśnie środowisko oraz sposób wychowania mogą sprawić, że urośnie on do rozmiarów bestii, którą trzeba poskromić, bo inaczej zupełnie zablokuje nasz rozwój i oderwie od intuicyjnej natury. Opowieść o Sinobrodym mówi o takim prześladowcy, mrocznym mężczyźnie, który zamieszkuje w psychice każdej kobiety, o wewnętrznym drapieżniku. Jest on bardzo konkretną, niezaprzeczalną mocą, o któ­rej nie wolno zapominać i którą trzeba opanować. Aby opanować naturalnego drapieżnika psychiki, kobieta musi dysponować wszystki­mi swymi instynktownymi zdolnościami. Wymieńmy tylko niektóre: wnikliwość, intuicja, wytrzymałość, cierpliwość w kochaniu, wyczulo­ne zmysły, dalekowzroczność, wyostrzony słuch, śpiewanie nad zmar­łymi, intuicyjne uzdrawianie i opieka nad własnym ogniem twórczym.

Kim jest Sinobrody? Baśń określa go jako upadłego czarownika, a zatem kogoś, kto posiadł moc, ale nie umiał się z nią obchodzić zgodnie z zasadami etycznymi i został za to ukarany. W mitach i legendach całego świata pełno jest postaci, które mimo wewnętrznego potencjału nie potrafią się pohamować i to przynosi im zgubę: helleńscy Midas i Ikar, bardzo podobny do tego ostatniego bohater opowieści plemienia Zuni mówiącej o tym, że mógł on zostać członkiem królestwa orłów, gdyby nie zechciał wzlecieć jeszcze wyżej i w rezultacie zginął upadając na ziemię, chrześcijański Lucyfer, uczeń czarnoksiężnika z baśni Goethe’go, etc. Tym co charakteryzuje wszystkie te postacie jest pragnienie przewagi nad innymi i brak wewnętrznych hamulców. Pragną być lepsi i ważniejsi, nie potrafią dojrzewać ani być cierpliwymi, nie chcą też poddać się prawom natury odmierzającej cykle, chcą teraz, zaraz, natychmiast. A nade wszystko chorobliwie pragną władzy. Z mitów i opowieści dowiadujemy się, że jeśli jednostka próbuje przełamać, nagiąć lub zmienić sposób działania Niewyrażalnego, to w konsekwencji musi zostać ukarana albo przez utratę znaczenia i mocy w świecie tajemnic i magii — tak jak uczniowie czarnoksiężników, którym nie wolno więcej praktykować — albo przez wygnanie z krainy bogów, albo przez równie dotkliwe pozbawienie łaski i potęgi: odebranie zdolności, okaleczenie czy śmierć.

Sinobrody jest poprzez to samotny i być może to właśnie samotność doskwiera mu najbardziej, bo owo pragnienie błyszczenia i czarowania innych realizuje się tylko wtedy kiedy jest publiczność, która go podziwia (przypomina tym Maga, pierwszy Wielki Arkan Tarota). A właśnie ów egoizm ogranicza go w kontaktach z innymi; nasz wewnętrzny drapieżca nie wzmaga pozytywnych cech w innych ludziach, on jest o nie zazdrosny i zazdrość wzmaga jego wściekłość. Nietrudno sobie wyobrazić, że w takim złośliwym tworze uwięziony jest ktoś, kto niegdyś poważył się przewyższyć światłość i został za to potępiony, utracił łaskę. Zrozumiałe, dlaczego potem ów upadły wygnaniec okrutnie prześladuje światło innych. Możemy sobie wyobrazić, iż ma nadzieję, że jeśli zagarnie dla siebie dość dużo dusz, to zbierze tyle światła, że wreszcie rozproszy swój wewnętrzny mrok i przezwycięży samotność.

Drapieżniki są częścią natury, także tej ukrytej w psychice. Nie da się ich nawrócić na wegetarianizm, trzeba nauczyć się je rozpoznawać, aby nie rozszarpały nas na strzępy. Wszystkie stworzenia muszą się nauczyć, że istnieją drapieżnicy. Bez takiej wiedzy kobieta nie zdoła bezpiecznie poruszać się po własnym lesie, tak by nie zostać pożartą. Zrozumieć drapieżnika to znaczy stać się dojrzałym zwierzęciem, które nie jest bezbronne z powodu swej nieświadomości, ufności, braku doświadczenia, głupoty. Jak przebiegły tropiciel Sinobrody wyczuwa, że zaintrygował najmłodszą córkę, czyli że pragnie ona zostać jego ofiarą. Oświadcza się jej, a ona w chwili młodzieńczego uniesienia, które jest często kombi­nacją szaleństwa, chwilowej przyjemności, szczęścia i magnetyzmu płci, mówi mu „tak”. Która kobieta nie zna tego scenariusza?

KOŃMI DO NIEBA

Kiedy Sinobrody zaczyna swoje podchody, z początku wszystkie siostry są sceptyczne aż w końcu jego zakusom ulega najmłodsza z nich. Symbolizuje zarówno młodziutkie i naiwne dziewczęta jak i kobiety w sile wieku, które nie nauczyły się rozpoznawać wewnętrznego napastnika i po raz kolejny przerabiają tę samą lekcję. Najmłodsza siostra to potencjał twórczy kobiety, wszystko to co daje satysfakcję i sprawia, że chce się nam niemal fruwać, jednak nieświadoma istnienia drapieżnika daje się mu pochwycić i w ten sposób zatrzymać u samego początku kreatywność. To cena jaką płaci za fałszywe poczucie bezpieczeństwa, ale i część inicjacji, ponieważ kiedy wyzwoli się z wpływu drapieżcy, będzie mądrzejsza i bogatsza. I choć często się zdaje, że życie byłoby znacznie łatwiejsze i mniej bolesne, gdyby wszyscy ludzie rodzili się przebudzeni, tak się nie dzieje. Rodzimy się jako anlagen (zarodki), jako potencjał tkwiący w jądrze komórki: w biologii anlage określa się jako „to, co się dopiero stanie, rozwinie”.

Sinobrody zaleca się do wszystkich trzech sióstr naraz i od razu intuicja podszeptuje im, że coś jest nie tak, żeby nie wierzyć, być ostrożnym i spoglądać głębiej niż tylko na powierzchnię. Jednak sprytny Sinobrody zabiera siostry oraz ich matkę na przejażdżkę i najmłodsza daje się przekonać. Lekceważy przeczucie, widzi tylko pozory, które stwarza drapieżca. Taki błędny osąd jest najczęstszy u kobiet bardzo młodych, u których nie rozwinął się jeszcze system ostrzegawczy. Młoda dziewczyna jest jak osierocone wilcze szczenię, które baraszkuje na polanie, nie bacząc na to, że wielki ryś wynurza się z mrocznej gęstwiny. Starsza kobieta, tak odcięta od natury, że ledwie słyszy wewnętrzne ostrzeżenie, także brnie w pułapkę z naiwnym uśmiechem.

Oczywiście to rodzi pytanie czy takiej sytuacji da się w ogóle uniknąć. Podobnie jak w przyrodzie dziewczyna uczy się życia obserwując rodziców, to ich zachowanie ostrzega ją przed zagrożeniami. Jednak nawet jeżeli rodzice mądrze wychowują dziecko, to około dwunastego roku życia nadchodzi moment, kiedy zaczyna nabierać własnych przekonań i podejmować samodzielne kroki, czy to pod wpływem rówieśników, czy osób, które darzy uwielbieniem. Nastolatki są też często z natury przekonane o tym, że świat jest dobry i istnienia drapieżców po prostu nie wyczuwają, z tego przekonania budzi je dopiero pierwszy wstrząs. Kiedy wilczyca zostawia swe młode, by wyruszyć na łowy, wilczęta próbują iść za nią, wychodząc z nory na ścieżkę. Matka warczy, odpędza je i straszy tak bezlitośnie, że poślizgując się, biegną z powrotem do jamy. Wilczyca wie, że szczenięta nie potrafią jeszcze ocenić innych stworzeń. Nie wiedzą, kto jest drapieżnikiem, a kto nie. Z czasem nauczy je tego, brutalnie i raz na zawsze. Podobnie jak młode wilczęta kobiety też potrzebują wprowadzenia w tajniki życia, inicjacji, która nauczy je, że świat wewnętrzny i zewnętrzny nie są beztroskim rajem. Wiele dziewcząt i kobiet nie otrzy­mało nawet tak podstawowych nauk o drapieżnikach, jakie matka-wilczyca daje swoim szczeniętom: „Jeśli coś jest groźne i większe od ciebie, uciekaj; jeśli słabsze, rób, co chcesz; jeśli chore, zostaw w spokoju; jeśli ma kolce, jad, kły albo ostre pazury, wycofaj się, idź w inną stronę; jeśli przyjemnie pachnie, ale jest zatknięte na metalowych szczękach, przejdź spokojnie obok”.

 Przyczyną, dla której najmłodsza siostra daje się zwieść Sinobrodemu jest słuchanie podszeptów ego. To zrozumiałe, że chce mieszkać w pełnym bogactw pałacu, jeździć eleganckim powozem i być podziwiana. Niejedna dziewczyna godzi się na rolę trofeum, żeby „pokazać się” w exluzywnych ubraniach, designerskim mieszkaniu czy drogim samochodzie. W sensie dosłownym zaślubiny z mężczyzną – drapieżcą realizują wewnętrzne pragnienie, żeby uszczęśliwił nas świat zewnętrzny, a nie my same. To coś, co jak nam się wydaje możemy dostać lekko, łatwo i przyjemnie, bez własnego wysiłku, cierpliwości i wytrwałości (co jest jeszcze wyraźniej pokazane w baśni o Czerwonych Trzewiczkach). Tyle że łatwe przyjemności są często przynętą, którą wabi ofiarę drapieżnik. Jeżeli nie jesteśmy czujne, to wpadniemy w pułapkę. Tym bardziej, że małe dziewczynki nie są uczone tego jak wyostrzać wewnętrzny wzrok, tylko jak najlepiej zaprezentować się na zewnątrz. Dlatego pośrednimi wspólnikami drapieżcy stają się własne, biologiczne matki młodych dziewcząt, które w opowieści symbolizuje matka sióstr. Nie tylko nie ostrzega ich przed zagrożeniem, ale uwiarygodnia przeciwnika udając się na przejażdżkę na jego zaproszenie. Ta decyzja, zgoda na poślubienie potwora, zapada, kiedy dziewczyna jest bardzo młoda, zwykle jeszcze przed ukończeniem piątego roku życia. Dziewczynki uczy się niedostrzegania w ludziach groteskowości, uczy się je natomiast upiększania ich, niezależnie od tego, czy rzeczy­wiście mają jakiś urok. To za sprawą takiego treningu najmłodsza siostra stwierdza: „Hm, ta broda nie jest wcale taka niebieska”. To wczesne wdrażanie do „bycia miłą” powoduje potem, że dorosła kobieta lekceważy głos intuicji. Inaczej mówiąc, dziewczynki są celowo uczone uległości wobec drapieżnika. Wyobraźcie sobie wilczycę, która uczy swoje młode, by „były miłe” w obliczu groźnej fretki albo chytrego diamentowego grzechotnika.     

Starsze siostry nie dają się nabrać na pozory stwarzane przez Sinobrodego. Albo same już przeszły ten proces, albo przejmują rolę prawdziwej, dzikiej matki, widzącej realne zagrożenia. Weźmy przykład naiwnej kobiety, która po raz kolejny wybiera sobie nieodpowiedniego partnera. Gdzieś na dnie umysłu wie, że wpadła w błędne koło, bezowocny, daremny schemat, że powinna powiedzieć „dość” i poszukać innych wartości. Często nawet wie, jak powinna postąpić. Ale w powtarzaniu autodestrukcyjnego cyklu jest coś nieodpartego, coś w rodzaju hipnotycznego zauroczenia Sinobrodym. W wię­kszości wypadków kobiety łudzą się, że jeśli trochę dłużej będą się trzymać starego wzoru, to z pewnością niebiański błogostan, którego poszukują, pojawi się z następnym szybszym uderzeniem serca. Innym skrajnym przypadkiem są kobiety uzależnione od jakiegoś nałogu: one z pewnością z zakątka umysłu słyszą starsze siostry, które powtarzają: „Nie! Tak nie można! Szkodzisz swemu ciału i duchowi. Zrywamy z tym”. Ale pragnienie odnalezienia raju wciąga kobiety w małżeństwo z Sinobrodym, dealerem psychicznych odlotów. Jakiekolwiek dylematy kobieta przeżywa, głosy starszych sióstr w jej psychice wciąż nakłaniają ją do zdobywania świadomości i doko­nywania mądrych wyborów. Symbolizują głos w głębi umysłu, szepczą­cy niemiłe prawdy, których kobieta wolałaby uniknąć, gdyż kładą kres fantazji o odnalezionym raju. (…) Wiele kobiet w sensie dosłownym powtarza w życiu opowieść o Sinobrodym. Wychodzą za mąż, kiedy jeszcze są dość nieświadome, by nic nie wiedzieć o drapieżnikach, i wybierają człowieka, który ma niszczący wpływ na ich życie. Są zdecydowane uleczyć tę osobę miło­ścią. W pewnym sensie „bawią się w dom”. A większość czasu spędzają na powtarzaniu: „Jego broda wcale nie jest taka niebieska”. Kobieta uwięziona w takiej pułapce dostrzega w końcu, że nadzieje na godziwe życie jej i dzieci rozwiewają się coraz bardziej. Pozostaje mieć nadzieję, że nareszcie otworzy drzwi do komnaty, gdzie leży całe jej zmarnowane życie. Choć jest możliwe, że to życiowy partner upodlił je i popsuł, jednak wewnętrzny drapieżca w jej własnej psychice ma w tym duży udział. Dopóki kobiecie wmawia się, że jest bezsilna, dopóki uczy się ją niedostrzegania tego, o czym wie, że jest prawdą, dopóty kobiece impulsy i dary psychiczne giną jeden po drugim. Jeśli młodziutka dziewczyna wychodzi za mąż za drapieżcę, to zostaje uwięziona lub silnie ograniczona właśnie wtedy, kiedy powinna rozkwitać. Zamiast żyć swobodnie, zaczyna żyć na niby. Zwodniczy drapieżca obiecuje jej, że zostanie królową, podczas gdy w rzeczywistości knuje morderstwo. Istnieje wyjście z tej sytuacji, ale trzeba mieć do niego klucz.

OTWIERANIE DRZWI (GŁĘBOKIEJ) PERCEPCJI

Ze ślubu słodkiej naiwności i łotra bez serca nie może wyjść nic dobrego. W baśni mąż wyjeżdża dając żonie złudne wrażenie wolności: ‘Możesz robić wszystko oprócz jednej rzeczy’. Szybko okaże się, że to czego zabrania jej mąż jest dla niej najważniejsze.

Sinobrody mówi, ‘róbcie wszystko co chcecie’, namawia, żeby pozbyła się zahamowań, chce aby wydawało się jej, że wszystko może i w ten sposób dawała się łatwiej kontrolować. Tyle że bez wiedzy ukrytej w komnacie najmłodsza siostra wcale nie jest wolna. Naiwna kobieta potulnie zgadza się pozostać w nieświadomości. Kobiety łatwowierne albo te z zablokowanym instynktem wciąż, jak kwiaty, obracają się zawsze w tę stronę, z której pada słońce. Naiwna lub odcięta od instynktów kobieta zbyt łatwo daje się zwieść iluzją łatwego życia, rozrywek, rozmaitych przyjemności, czy będzie to obietnica wysokiej pozycji w oczach rodziny i rówieśników, większego bezpieczeń­stwa, wiecznej miłości, podniecających przygód czy gorącego seksu.

Żona otrzymuje komplet kluczy, ale z jednego nie może korzystać. Wraz z przybyciem sióstr, budzi się w niej naturalny instynkt ciekawości, który sprawia, że zaczyna drążyć i szukać ukrytych zamiarów męża. To siostry zaczynają dopasowywać klucze do drzwi. Kobieca ciekawość jest tu ważnym czynnikiem. Wcześni badacze psychiki tacy jak Freud czy Jung traktowali otwarcie zakazanej komnaty jako psychologiczną karę za kobiecą ciekawość sexualną. Wynikało to z pośledniego traktowania kobiecej psychiki w ogóle jak i z panujących stereotypów. Ciekawość kobiety nosiła w sobie z definicji aspekt negatywny, ciekawi świata mężczyźni byli nazywani dociekliwymi, podczas gdy ciekawe świata kobiety – wścibskimi. Tymczasem to właśnie przenikliwość i chęć sięgnięcia głębiej jest podstawą intuicji. To siostry – intuicyjne aspekty psychiki – wyrywają żonę z kręgu nieświadomości (…) Nieświadoma młodzieńcza natura zaczyna rozumieć, że skoro istnieje coś ukrytego, sekretnego, coś, co przesłania cień, coś zakazanego, to trzeba w to wejrzeć.

Lochy są w swojej formie jaskiniami powiązanymi semantycznie z Gają, wielką Boginią – Matką, ale trzeba pamiętać czym były dawniej drzwi, zbudowane z solidnego materiału takiego jak drzewo lub kamień; w niektórych kulturach wierzono nawet, że duch drzewa lub kamienia pozostaje w nim aby strzec wejścia. Drzwi w naszej opowieści są barierą psychiczną, czymś w rodzaju strażnika strzegącego tajemnicy. Ten strażnik jeszcze raz przypomina nam o reputacji drapieżcy jako maga — psychicznej złej mocy, która wszystko przekręca i gmatwa jakby za sprawą czarów, powstrzymując nas od zrozumienia tego, co już wiemy. Kobiety umacniają jeszcze tę barierę, kiedy zniechęcają się (lub siebie nawzajem) do myślenia lub głębszego analizowania, bo „lepiej za dużo nie wiedzieć”. Żeby zrobić wyłom w tej barierze, trzeba zastosować właściwe przeciwczary. A znajdujemy je właśnie w symbolu klucza. W baśni o Ali Babie pojawia się motyw otwierania drzwi za pomocą zaklęcia, w misteriach eleuzyńskich klucz prawdopodobnie kładziono na języku, aby przypominać, że w mowie, w odpowiednim formułowaniu pytań kryje się wskazówka jak otrzymać odpowiedź i jak dotrzeć do sedna rzeczy. A słowa, potrzebne kobiecie w większości sytuacji analogicznych do opisanej w Sinobrodym, brzmią: Co się za tym kryje? Co jest inne, niż się wydaje? Co wiem w głębi swego łona, czego wolałabym nie wiedzieć? Co we mnie zostało zabite, co powoli kona?

NAJMŁODZSZA SIOSTRA I KOMNATA TAJEMNIC

Siostry widzą na własne oczy co kryje się w zakazanej komnacie, a klucz najmłodszej zaczyna krwawić. Kości i krwawe szczątki poprzednich żon to symboliczne przedstawienie planów, marzeń i myśli, które kobieta porzuciła lub też życia które sprawiało jej radość, a którego z jakichś powodów zaniechała. Sinobrody zabija i rozczłonkowuje kobietę, aż zostaną z niej nagie kości. Nie pozostawia jej urody, miłości, jaźni, a tym samym żadnej możliwości działania we własnej sprawie (…) Szkielety w komnacie symbolizują w najbardziej pozytywny sposób niezniszczalną siłę kobiecości. Kości to archetypowy symbol tego, co w żaden sposób nie może ulec zniszczeniu. W swojej kwintesencji historie o kościach mówią o tym w psychice, co jest nie do pokonania. Jedyną niezniszczalną rzeczą, jaką posiadamy, jest dusza. Kiedy mówimy o esencji kobiecości, mamy na myśli kobiecą duszę. Kiedy mówimy o ciałach porozrzucanych w lochu, chcemy powiedzieć, że coś złego się stało z naszą duchową siłą; lecz mimo że pozbawiona została zewnętrznej żywotności, mimo że siły życiowe z niej uszły, nie została zniszczona doszczętnie. Może się odrodzić.

Klucz zaczyna krwawić, a jak nietrudno się domyślić krew to symbol życia i energii. Upływ krwi pozbawia życia. Najmłodsza siostra musi stawić czoła temu, że to co miało ją uszczęśliwić, w rzeczywistości pozbawiło ją tego co najważniejsze, jej własnej tożsamości. Niezależnie czego dotyczyły zamierzenia, czy harmonijnego związku, czy udanej pracy, czy sukcesów, czy twórczości, drapieżnik celowo od dawna je udaremniał. W baśniach często pojawia się motyw oblubieńca-bestii (lub zbójcy), który rozumiany jest jako symbol wroga ukrywającego się w prze­braniu istoty dobrodusznej i przyjaznej. Ta zamaskowana postać poja­wia się zawsze, kiedy kobieta żywi naiwne przekonania na temat kogoś lub czegoś. Kiedy kobieta usiłuje uniknąć konfrontacji z własnym wewnętrznym spustoszeniem, marzenia senne prawdopodobnie zaczną krzyczeć do niej ostrzegawczo: przebudź się! szukaj pomocy! uciekaj! idź zabijać! (…) To niedostrzeganie, niezrozumienie, że wewnętrzne pragnienia nie współgrają z zewnętrznym postępowaniem, jest właśnie tropem, który zostawia za sobą oblubieniec-bestia. Obecność tego czynnika w psychice tłumaczy, dlaczego kobiety, które twierdzą, że pragną bliskiego związku, robią wszystko, by im się nie powiodło z ukochanym. W ten sam sposób kobiety, które wyznaczają sobie jakieś cele, chcą w danym czasie dotrzeć tu czy tam, nie robią nawet pierwszego kroku, by je realizować, albo też rezygnują z nich przy pierwszej napotkanej trudno­ści. W ten sposób, przez odkładanie spraw na później, które rodzi pogardę dla samej siebie, przez jątrzące uczucie wstydu spychane coraz głębiej, przez wszystkie nowe początki, tak bardzo potrzebne, uwień­czenie nigdy nie dochodzi do skutku. Tam, gdzie się czai i działa drapieżca, wszystko zbacza z torów, zostaje zburzone i zniszczone w zarodku. (…)W takim stanie kobieta traci twórczą energię, niezależnie od tego, czy w grę wchodzi rozwiązywanie przyziemnych problemów związanych z nauką, rodziną, przyjaźnią, czy też troska o palące problemy współczesnego świata lub sprawy duchowe — osobisty rozwój, sztukę życia. Banalne odkładanie spraw na później ciągnie się tygodniami i miesiącami. Wydaje się, że uchodzi z niej powietrze, jest bez życia, choć może i pełna pomysłów, ale stan głębokiej stagnacji z każdym dniem coraz bardziej uniemożliwia wprowadzenie ich w czyn.

Najmłodsza siostra na początku nie chce przyjąć tej prawdy do świadomości, próbuje wielu sposobów aby zetrzeć krew z klucza, ale nie udaje się jej to. Wszystkie negatywne i bolesne wydarzenia naszego życia są w sposób naturalny cenzurowane od wewnątrz. Jest najzupełniej oczywiste, że cenzurujące ego pragnie zapomnieć, że kiedykolwiek widziało makabryczną komnatę z ciałami zamordowanych. Dlatego właśnie żona Sinobrodego próbuje wytrzeć klucz końskim włosiem. Próbuje wszyst­kich znanych sobie sposobów, wszystkich medykamentów na okale­czenia i głębokie rany, jakie zna kobieca medycyna ludowa: paję­czyny, popiołu, ognia — wszystkie kojarzą się z nicią życia i śmierci snutą przez Parki. Jednak nic nie skutkuje; kobieta nie może też zakończyć tego procesu, udając, że nic się nie dzieje. Nie może zatamo­wać krwawienia z klucza. Paradoksalnie, kiedy jej dawne życie dogorywa i nawet najlepsze lekarstwa są bezskuteczne, upływ krwi budzi ją z uśpienia; uświadamia sobie, że krwawi, i w ten sposób zaczyna żyć na nowo.

Krew barwi sukienki w szafie, nie pozwala jej zapomnieć o tym co ujrzała i zdradza jej prześladowcy to, że ona już WIE. Suknie i odzież zazwyczaj symbolizują maski, jakie nakładamy, to jakimi chcemy aby świat nas widział i to w jaki sposób ukrywamy czego nie chcemy pokazać. Przy odpo­wiednim psychicznym kamuflażu i przebraniach zarówno mężczyźni, jak i kobiety mogą prezentować prawie idealną postać, prawie idealną fasadę. Tymczasem klucz płaczący krwawymi łzami plami wszelkie maski i nie pozwala już dłużej ukrywać się. Możemy mówić, co chcemy, udawać zadowolenie i pogodę ducha, ale jeśli raz ujrzałyśmy wstrząsającą prawdę w komnacie rzezi, to nie możemy udawać, że ona nie istnieje. Nadszedł czas stawić czoła drapieżcy.

ZWODZENIE DRAPIEŻNIKA

Gdy Sinobrody odkrywa „zdradę”, szaleje z wściekłości i szykuje żonie taki sam los jak poprzednim. W opowieści o Sinobrodym psychika próbuje uniknąć zabójczego ciosu. Nie jest już naiwna, nauczyła się przebiegłości; prosi o czas na przygotowanie — innymi słowy, czas, by się wzmocnić przed ostatecznym starciem. W zewnętrznej rzeczywistości także spotykamy kobiety planujące ucieczkę, czy to od dawnego, wyniszczającego trybu życia, czy to od kochanka, czy od pracy. Chce zyskać na czasie, gra na zwłokę, obmyśla strategię i wewnętrznie zbiera siły, zanim dokona zewnętrznej przemiany. Czasami właśnie rodzaj olbrzymiego zagrożenia ze strony drapieżcy powoduje, że kobieta ulega metamorfozie z uległej i słodkiej w bystrooką i czujną. (…) Kiedy kobieta pojmuje, że stała się zdobyczą, zarówno w świecie wewnętrznym, jak i zewnętrznym, ledwie może to znieść.

Jednocześnie i drapieżca, i twórcza siła dochodzą coraz bardziej do punktu wrzenia. Napastnik krąży, koncentruje się na zdobyczy i szykuje do zadania ostatecznego ciosu. Siła intuicji i twórczości jest być może osłabiona poprzez tak długi czas ignorowania, ale mimo przebudzenia się jeszcze nie wygrała. Mówiąc obrazowo, nie może ani na chwilę odpocząć, a tym bardziej z powrotem zasnąć tak jak nie wolno tego zrobić osobie przebywającej na mrozie. W świecie zwierzęcym istnieje coś takiego jak tajemniczy taniec psychiczny drapieżnika z ofiarą. Mówi się, że jeśli ofiara wysyła szczególny, pełen uległości sygnał wzrokowy i wpada w szczególny rodzaj drżenia, które powoduje słabe falowanie skóry na mięśniach, to w ten sposób komunikuje drapieżcy swoją słabość i godzi się zostać łupem. Czasem trzeba drżeć i umykać, ale są chwile, kiedy nie wolno tego robić. W krytycznym momencie kobieta nie może zadrżeć, nie może okazać słabości. Kiedy żona Sinobrodego błaga o czas, by przygotować się na śmierć, nie jest to oznaka uległości wobec drapieżcy. To jej chytry sposób na przygotowanie mięśni do walki. Jak leśne zwierzęta szykuje się do frontalnego ataku.

POSKROMIENIE ZŁOŚNIKA

Podczas gdy Sinobrody krzyczy i wrzeszczy, jego żona szuka sposobu by zyskać cenny czas, próbuje zebrać energię, by obezwładnić prześladowcę, którym może być — osobno lub w połączeniu — niszczący wpływ religii, małżonka, rodziny, własnych kompleksów albo kultury, w której żyje. Sama sobie z nim nie poradzi, musi wezwać na pomoc braci. Bracia symbolizują silniejszą, waleczną i agresywną część psychiki, tę która nie zawaha się przed wbiciem ostrza w serce przeciwnika*. To męska energia, jungowski animus w baśniach pojawiający się zazwyczaj pod postacią bohatera więzami krwi połączonego z bohaterką. Tę część psychiki u kobiet często tłamsi się od samego początku, ucząc dziewczynki by były grzeczne i miłe, by „nie przejmowały się” atakami i nie odpowiadały na nie. Agresja jest jedną z pierwszych cech jaką stara się u małych dziewczynek wykorzenić. Siostry — te mądrzejsze — zajmują centralną pozycję w ostatnim stadium inicjacji; stają się jej oczami. Wołanie kobiety pokonuje długi wewnętrzny dystans do miejsca, gdzie mieszkają bracia, do tych aspe­któw psychiki, które są wyćwiczone do walki. Ale obronne aspekty psyche nie są zrazu tak bezpośrednio bliskie świadomości, jak powinny być. U wielu kobiet gotowość bojowa i waleczność są zbyt oddalone do świadomości, by działać skutecznie. Kobieta musi się wprawiać w przywoływaniu, wyczarowywaniu wojowniczej, niepokornej natury, atrybutów symbolizowanych przez wirujący słup powietrza, tuman kurzu na drodze. Oznaczają one wewnętrz­ną siłę determinacji, która, jeśli nie ulega rozproszeniu, daje kobiecie potężną energię. Zachowując gotowość bojową, kobieta nie straci świadomości, nie będzie pogrzebana z całą resztą.     

Natura animusa jest potrzebna każdej kobiecie. To takie cechy jak dążenie do celu i konsekwentne usuwanie przeszkód sprawią, że wszelkie pomysły i plany nie pozostaną w sferze umysłu, ale będą z powodzeniem realizowane. Im silniejszy, solidniejszy i szerszy jest animus (wyobraźmy go sobie jako most) tym sprawniej, z większą klasą i w bardziej konkretny sposób kobieta daje wyraz swoim ideałom i kreatywności w zewnętrznym świecie. Kobieta, której animus jest słabo rozwinięty, może mieć mnóstwo oryginalnych myśli i pomysłów, ale nie potrafi ich realizować w zewnętrznym świecie. Wprowadzane w czyn wspaniałe wizje pozo­stają w martwym punkcie. Bez silnego i zdrowego animusa kobieta jest bezbronna, jej marzenia nie realizują się, a frustracje powodują, że wpada ona coraz mocniej w szpony drapieżcy. A im dłużej to trwa i im bardziej się kumuluje tym bardziej opłakane mogą być skutki.

Pewna kobieta, z którą pracowałam, inteligentna i utalentowana, opowiadała mi o swojej babci ze Środkowego Zachodu. Według babci najlepszą rozrywką było pojechać pociągiem do Chicago, założyć wielki kapelusz i, spacerując po Michigan Avenue, oglądać wystawy i zadawać szyku w roli eleganckiej damy. Z konieczności czy zrządzeniem losu wyszła za mąż za farmera. Osiedli wśród bezmiaru pól pszenicznych, gdzie zaczęła usychać i więdnąć w schludnym małym wiejskim domku, dużym w sam raz dla niej, dzieci i męża, jak Pan Bóg przykazał. Nie miała już czasu na tamto „frywolne” życie, które kiedyś wiodła. Miała za dużo dzieci. Za dużo „babskich zajęć”.

Pewnego dnia, wiele lat później, wyszorowawszy uprzednio na kolanach podłogi w kuchni i w salonie, założyła swą najlepszą jedwabną bluzkę, zapięła długą spódnicę, a na głowę włożyła ogromny kapelusz. Przystawiła sobie strzelbę męża do ust i pociągnęła spust. Każda kobieta wie, dlaczego wcześniej wymyła podłogi.

Głód duszy może przyprawiać kobietę o nieznośne cierpienia. Ponieważ dusza kobiety ma potrzebę wyrażania siebie w swoisty, uczucio­wy sposób, musi się rozwijać i kwitnąć w poczuciu sensu tego, co robi, nie gnębiona przez nikogo. W tym znaczeniu krwawy klucz mógłby reprezentować także żeńską linię krwi, wszystkie dotychczasowe kobiety. Która z nas nie miała przynajmniej jednej bliskiej, ukochanej kobiety, która postradała instynkt dokonywania słusznych wyborów, skutkiem czego była zmuszona żyć wyrzucona poza nawias? Być może właśnie ty jesteś taką kobietą.

ZJADACZ GRZECHOW

Szczątki Sinobrodego zostają rozrzucone na pożarcie drapieżnym myszołowom. W starożytności wierzono w istnienie dusz zwanych „zjadającymi grzechy”. Były one uosabiane przez duchy, ptaki lub zwierzęta (rzadziej przez ludzi**), które podobnie jak kozły ofiarne brały na siebie grzechy, to jest psychiczne nieczystości wspólnoty. W ten sposób lud zostawał oczyszczony i wybawiony od zgnilizny trudnego lub źle przeżytego życia. (…)W mitologii staroskandynawskiej zjadający grzechy to padlinożercy, którzy pożerają martwe ciało, inkubują je w swoich brzuchach i zabierają do Hel. Nie jest to miejsce, ale osoba, bogini życia i śmierci. Uczy ona umarłych życia wspak. Stają się coraz młodsi i młodsi, aż są gotowi narodzić się na nowo i ponownie przychodzą na świat.

Drapieżnik w psychice ginie, moce animusa pozbawiły go energii, ale nie znika on całkowicie ani nie rozpływa się w powietrzu. Nie wolno o nim zapomnieć, trzeba obserwować i pilnować by moc Sinobrodego nie próbowała zebrać szczątków i ożywić ich. Wielu badaczy zajmujących się tą opowieścią uważa, że Sinobrody reprezentuje siłę tak perfidną, że nie może być ona zbawiona ani odkupiona. Według mnie do tego aspektu psychiki należy podejść inaczej — nie jak do masowego mordercy, który ma się przeobrazić w kryształowy charakter, ale raczej jak do kogoś, kogo trzeba umieścić w zakła­dzie psychiatrycznym; musi jednak być to miejsce godziwe, z widokiem na drzewa i niebo, z dobrym jedzeniem i kojącą muzyką, a nie oddział zamknięty, gdzie będzie upodlony i torturowany.

Aby trzymać drapieżcę w psychicznej klatce trzeba wybijać mu kły zanim zdążą wyrwać nam kawał duszy. Należy przy tym używać jego własnej broni: logiki, języka i perswazyjnego stylu. Nie pozwalajmy aby przez nasz umysł przepływały negatywne myśli na temat naszych możliwości czy talentu. Nasz umysł musi działać jak filtr: przepuszczać to co dobre i wartościowe, a zatrzymywać zagrożenia. Znajdźmy same mądrą równowagę między zasadną krytyką tego co robimy i jak się zachowujemy a podszeptami wewnętrznego wroga chcącego przekonać nas, że nic nie znaczymy. Słyszysz, że mówi do ciebie: ‘Nie przygotowałaś projektu na jutro, nie potrafisz zorganizować sobie czasu’? To odpowiedz mu, ‘Ale za to zrobiłam korektę wcześniejszego projektu, przygotowałam tabele i opracowałam to wszystko jako prezentację!’. Bo jeżeli zaczynasz myśleć, że być może przeciwnik ma rację, że nie skończyłaś tego cholernego projektu, że musisz przecież zrobić jeszcze dwa kolejne w tym tygodniu i że, kurczę, na pewno nie starczy ci czasu albo nie pójdziesz z dziećmi do kina, żeby go skończysz więc chyba faktycznie nie potrafisz zorganizować sobie czasu – karmisz go. Posyłasz mu energię swoich myśli i to wystarcza. A można tę bestię w klatce wykorzystać do swoich celów tak jak z roślin trujących da się uzyskać lekarstwo. Osłabiamy atak naturalnego drapieżcy, biorąc do serca i analizując to, co prawdziwe w jego słowach, i odrzucając resztę.(…) Kiedy przestajemy być zabawką w rękach drapieżcy, uchodzą z niego siły i nie potrafi już działać bez nas (…) Kiedy kobiety pokonują swego drapieżcę, przejmując władzę nad tym, co w nim pożyteczne, i odrzucając całą resztę, odkrywają, że nareszcie czują się pełne energii, witalności, głębi. Odebrały to, co im wykradziono: wigor i treść życia. Pozytywne wykorzystanie energii drapież­cy można rozumieć na kilka sposobów: jego furię można przekształcić w ogień duszy, żarliwość potrzebną do realizacji szczytnych celów. Jego spryt i przebiegłość pomoże spojrzeć na wiele rzeczy z dystansu. Jego śmiercionośną moc można wykorzystać do likwidacji tego, co w kobiecie powinno obumrzeć, albo dla czego ona powinna umrzeć w swoim ze­wnętrznym życiu, a mogą to być rozmaite rzeczy w różnych momentach życia. Zazwyczaj kobieta sama dobrze wie, co to jest.

Drapieżnik pojawia się też często nie tylko w opowieściach, ale i w koszmarach kobiet: jako napastnik, złodziej, gwałciciel itd. który zastaje ją samotną i bezbronną. Sen o mężczyźnie czającym się w mroku to także sygnał pobudki. Mówi: „Uważaj! Coś złego dzieje się w otaczającym cię świecie, w ży­ciu osobistym, w naszej cywilizacji” (…) Choć psychologia podkreśla rodzinne przyczyny ludzkich udręk i niepokojów, czynnik kulturowy ma równie dużą wagę, gdyż kultura to jakby rodzina rodziny. A jeśli rodzina rodziny cierpi na różne choroby, to wszystkie rodziny należące do niej muszą się zmagać z tymi samymi dolegliwościami. Moi przodkowie mawiali cultura cura, kultura leczy. Jeśli kultura jest uzdrowicielem, rodziny uczą się uzdrawiać; będą mniej cierpieć, mniej się zmagać z chorobą i łatwiej wracać do zdrowia, będą bardziej sobie oddane i pełne ciepłych uczuć. W kulturze, którą włada drapieżca, wszelkie nowe życie, które chce się narodzić, i stare życie, które powinno odejść, tkwią w miejscu, a psychiczne życie jej członków jest sparaliżowane lękiem i duchowym głodem. (…) Tak więc te negatywne kulturowe wartości — na które drapieżca skwapliwie przystaje — rosną w siłę w zbiorowej psychice wszystkich członków społeczności. Kiedy społeczeństwo nawołuje obywateli do nieufności i wystrzegania się głębokich życiowych instynktów, wów­czas drapieżny element w psychice każdej jednostki zostaje wzmocnio­ny i zaktywizowany. Jednak nawet w społeczeństwach opartych na opresji, jeśli w jakiejkolwiek kobiecie Dzika Kobieta wciąż żyje, rozkwita a nawet promie­nieje, to „kluczowe” pytania zostaną zadane, i to nie tylko te, które pozwolą wejrzeć w głąb siebie, ale także te dotyczące samej kultury. „Co się kryje za tymi zakazami, które widzę w zewnętrznym świecie?”, „Ile dóbr i wartości poszczególnych ludzi, kultury, ziemi i ludzkiej natury zostało uśmierconych, ile ginie powoli?”

Ten sen pojawia się także u kobiet żyjących z tworzenia, gdy zaczyna brakować im pomysłów. Często twórcze przedsięwzięcia zwalniają tempo lub utykają na mieliźnie, ponieważ w głębi naszej psychiki tkwi ktoś, kto ma o nas bardzo złe mniemanie, a my ulegamy mu, zamiast się zbuntować, roztrzaskać mu głowę i uciekać do wolności. W wielu przypadkach dla ratowania sytuacji trzeba tylko potraktować siebie, swoje pomysły, sztukę, o wiele poważniej niż dotychczas. Z powodu braku matrylinearnego (i patry-linearnego) wsparcia na przestrzeni wielu pokoleń docenianie twórcze­go życia — to jest docenianie całkowicie oryginalnych, pięknych, twór­czych idei i dzieł pochodzących ze spontanicznej, pierwotnej duszy — stało się dla kobiet wiecznym problemem. W gabinecie nie raz widywałam poetki niedbale ciskające swe maszynopisy na sofę, jakby poezja była dla nich raczej ucieczką niż skarbem. Malarki przynoszące swe obrazy na sesję, wchodząc, byle jak opierały je o drzwi. Widziałam błyski zawiści w oczach kobiet, kiedy próbowały ukryć złość, że inni potrafią tworzyć, a one z jakiegoś powodu nie mogą. Słyszałam wszystkie rodzaje wymówek, jakie kobieta może wymy­ślić. „Nie mam talentu. Nie jestem ważna. Nie jestem wykształcona. Nie mam pomysłów. Nie wiem jak. Nie wiem co”. I najbardziej bulwersujące ze wszystkich: „Nie mam czasu”. Nieodmiennie mam ochotę złapać je za nogi i potrząsnąć, aż pożałują swoich słów i przyrzekną, że przestaną pleść bzdury. Nie muszę nimi potrząsać, bo zrobi to za mnie mężczyzna w mroku, a jeśli nie on, to inna postać z ich snów. Sen o mężczyźnie z mroku jest koszmarem, a koszmary najczęściej bardzo dobrze wpływają na twórczość; pokazują artyście, co się z nim stanie, jeśli pozwoli zakopać swój talent. Ten sen najczęściej wystarcza, by tak przerazić artystkę, że wraca ona do tworzenia. W najgorszym razie może tworzyć dzieła, które rzucą światło na mroczną istotę ze snów.

Groźba mężczyzny w ciemności jest przestrogą dla każdej z nas — jeśli nie będzie się strzegło swoich skarbów, to zostaną skradzione. (…)Kiedy kobieta czyni wysiłki, by wytropić drapieżcę we własnej psychice i uzmysłowi sobie jego obecność, staczając z nim nieuniknioną walkę, drapieżca wycofa się do bardziej odizolowanego i odległego obszaru w psychice. Natomiast jeśli drapieżca zostanie zlekceważony, to będzie coraz bardziej nienawistny i zazdrosny, pragnąc uciszyć kobietę na zawsze. Z praktycznego punktu widzenia sny o Sinobrodym i mężczyźnie w mroku są bardzo ważne, bo pomagają oczyścić życie z elementów negatywnych. Czasami konieczne jest ograniczenie lub rozluźnienie pewnych związków, bo jeśli kobieta jest otoczona przez osoby otwarcie wrogo nastawione albo lekceważące jej przeżycia, to jej wewnętrz­ny drapieżca czerpie z nich pożywkę, staje się silniejszy i bardziej agresywny. Kobiety często ambiwalentnie podchodzą do własnej agresji wobec intruza, ponieważ sądzą, że są w sytuacji bez dobrego wyjścia: „I tak źle, i tak niedobrze”. Jeśli nie wyrwą się na wolność, to mężczyzna z mroku zostanie ich panem, a one niewolnicami. Jeśli zdołają uciec, to będzie je bezwzględnie prześladował jak swoją własność. Kobiety obawiają się, że będzie ich szukał tak długo, aż znowu rzuci je na kolana, a ta obawa wyraża się w treści ich snów. Z tego powodu kobiety zazwyczaj uśmiercają swoje oryginalne, twórcze, uczuciowe i dzikie natury w odpowiedzi na zagrożenie ze strony drapieżcy. Dlatego leżą jako trupy i szkielety w piwnicy Sinobrodego. Świadomość jest drogą wyjścia z klatki, ucieczki od tortur. Jest to ścieżka prowadząca daleko od mężczyzny z mroku. Kobiety mają prawo bić się na śmierć i życie, żeby ją znaleźć i nią podążyć. (…)Lekarstwo na naiwność i osłabione instynkty jest jedno: ćwiczyć się w słuchaniu intuicji, wewnętrznego głosu, zadawać pytania; być ciekawą i dociekliwą, ogarniać to, co się widzi i słyszy, a potem działać wedle tego, o czym wiadomo, że jest prawdziwe. Dusza otrzymała te intuicyjne siły w chwili urodzenia. Zostały przesłonięte, przykryte popiołami i eks­krementami wielu lat. Ale to jeszcze nie koniec świata, to wszystko można zmyć. Trochę skrobania i szorowania, trochę praktyki, a zdolność percepcji zostanie przywrócona do stanu nieskazitelnego.

Jeżeli wydobędziemy te moce z cienia psychiki, to nie staniemy się bezwolnymi ofiarami wewnętrznych ani zewnętrznych okoliczności. Nieważne, że kultura, osobowość, psychika lub inne czynniki żądają od kobiet poprawnego ubioru i zachowania, nieważne, jak bardzo inni chcą je trzymać w stadzie z dziesięcioma drzemiącymi dueitas (przyzwoitkami) w pobliżu, nieważne, że próbuje się stłamsić życie duchowe kobiety — nie można zmienić faktu, że kobieta jest tym, kim jest, a to jest dyktowane dziką nieświadomością i bardzo, bardzo dobrze, że tak jest. (…) Musimy pamiętać, że kiedy śnimy sny o mężczyźnie w ciemności, zawsze pojawia się siła przeciwna, sprzyjająca nam i równoważąca jego moc. Kiedy uruchamiamy pierwotną energię, aby zneutralizować moc drapieżcy, pojawia się Dzika Kobieta. Przybywa, pokonując wszelkie przeszkody, mury, które wzniósł drapieżca. Nie jest ikoną, świętym obrazkiem do powieszenia na ścianie. Jest żywą istotą, która pojawia się przy naszym boku w każdym miejscu, w każdych warunkach. Ona i drapieżca psychiki znają się od bardzo, bardzo dawna. Dzika Kobieta śledzi go w snach, legendach, baśniach i całych kobiecych życiorysach. Gdziekolwiek jest on, tam jest i ona, bo jest tą, która równoważy jego prześladowczą moc.

Dzika Kobieta uczy nas, że nie wolno pod żadnym pozorem być miłą”, kiedy chodzi o obronę życia duchowego. Nasza pierwotna natura wie, że w takich okolicznościach zachowanie „słodkiej idiotki” wywołuje tylko szyderczy uśmiech wewnętrznego drapieżcy. Kiedy coś za­graża życiu duchowemu, koniecznie i stanowczo trzeba powiedzieć „dość”. Jeśli kobieta tak postępuje, to drapieżca nie będzie długo inge­rował w jej życie — teraz od razu wyczuwa ona niebezpieczeństwo i potrafi nakazać drapieżcy, by wracał tam, gdzie jego miejsce. Nie jest już naiwna. Nie jest już obiektem ataków. I to jest lekarstwo, które sprawia, że klucz — ten malutki z rzeźbieniem na kółku — ostatecznie przestaje broczyć krwią.(…)

Sinobrody to jedna z kilku pouczających opowieści, które uważam za bardzo ważne dla kobiet niekoniecznie młodych wiekiem, ale niedojrzałych psychicznie. Jest to opowieść o naiwności, ale także o odważ­nym łamaniu zakazu „patrzenia”. Jest to opowieść o ostatecznym rozbi­ciu i przemianie naturalnego drapieżcy psychiki.

* Pięknie motyw niezłomnych braci przedstawiony jest w wierszu Bolesława Leśmiana Dziewczyna.

** Jednak okazuje się, że ludzie też zaliczali się do tej kategorii zwłaszcza w przypadku rytuałów pośmiertnych, a sama instytucja trwała aż do XX-go wieku: http://en.wikipedia.org/wiki/Sin_eater (przyp. Anna Lawenda)