Tag Archives: norny

Odcinek 12: Kobieta o Złotych Włosach. O samotności i Klanie Blizn

biegnaca z wilkami kobieta o zlotych wlosach

Kobieta o Złotych Włosach

Była sobie niezwykła i urodziwa dziewczyna o długich, jasnych włosach, pięknych jak złote nici. Nie miała matki ani ojca, żyła ubogo. Mieszkała samotnie w lesie; na krosnach zrobionych z gałęzi tkała piękne tkaniny. Pewien niegodziwiec, syn wypalacza węgla, chciał ją zmusić do małżeństwa. Ona, usiłując go odprawić, dała mu pukiel swoich złotych włosów. Ów prostak nie poznał się na ich duchowej wartości i chciał je sprzedać na targu, jednak ludzie tylko patrzyli na niego, jakby postradał zmysły.

Rozsierdzony wrócił nocą do chaty młodej kobiety i zamordował ją własnymi rękami, a ciało zakopał nad rzeką. Długo jeszcze ludzie nie zauważali jej zniknięcia. Nikt się nie troszczył o jej zdrowie i pomyślność. Jednak złote włosy w mogile wciąż rosły i rosły. Piękne sploty wiły się, przebijały przez czarną ziemię, kłębiły i kręciły, aż cały grób porósł gęsto złocistą trzciną.

Pasterze robili z niej piszczałki, a kiedy zaczynali na nich grać, maluśkie fujarki śpiewały:

Tu leży dziewczyna o złotych włosach, zamordowana spoczywa w mogile, zabił ją syn wypalacza węgla dlatego, że chciała żyć.

W ten sposób ludzie dowiedzieli się o zabójcy i postawili go przed sądem, żeby wszyscy mieszkańcy lasów mogli znów żyć bezpiecznie

—————————————————————————————–

Tym razem rzecz będzie o tym co robić, kiedy przeszło się już przez wiele doświadczeń i zostało przez nie nieodwracalnie naznaczonym. To będzie opowieść o Klanie Blizn.

Są w życiu wielu z nas pewne traumatyczne wydarzenia, z których nie da się wyjść niezmienionym, czy będzie to trudne, pełne przeszkód dzieciństwo, czy nieudany, toxyczny związek, czy tragiczny wypadek, czy inna rzecz, która w jakiś sposób wytrąciła nas z równowagi. Nawet jeżeli odreagujemy samo wydarzenie, nie będziemy już nigdy tacy jak wcześniej. Co gorsze, często dzieje się tak, że z jakichś przyczyn nie jesteśmy w stanie wyrzucić z siebie nagromadzonego bólu, żalu oraz złości, które rosną i wręcz rozsadzają nas od środka.

Bardzo często jesteśmy mentalnie i emocjonalnie wyganiani na pustynię, a nasze życie musi toczyć się w ukryciu, pod ziemią, jak o tym była mowa w poście o La Lobie. Maya Angelou rzekła kiedyś, że nic nie ciąży tak jak niewypowiedziana historia, czy jest to sekret, który ukrywamy z własnej woli, czy dlatego, że jesteśmy do tego zmuszani w imię jakichś racji (najczęściej kulturowo – religijnych). Boimy się, że ujawnienie go spowoduje odrzucenie, zerwanie istotnych relacji czy inne sankcje, jednak nie ujawniając na zewnątrz tego co ma takie znaczenie dla naszego wnętrza, sprawiamy, że de facto i tak jesteśmy już wygnańcami na pustyni. Bardzo często wchodzą też w grę różnice kulturowe wobec tego, co według norm społecznych wolno poszczególnym płciom; to co uchodzi mężczyźnie w przypadku kobiety jest tabu. Stosowanie się do tych nieformalnych nakazów i zakazów oraz milczenie w przypadku naruszania ich odcina nas od naturalnych zachowań, spontaniczności, swobody, radości i okazywania uczuć. Staramy się unikać wszystkiego co przypomina nam o sekrecie i powoduje ból, trzymamy się z daleka od pewnych tematów, rozmów, filmów, książek etc., stosujemy po prostu rodzaj psychicznej autocenzury. Co gorsze, często umysł nie chce trzymać w sobie tajemnicy i spycha ją do podświadomości. Nasza psychika jest tak skonstruowana, że przy podejmowaniu działania świadomość szuka właśnie w podświadomości wzorców zachowań i jeżeli coś zostało zaklasyfikowane jako tabu, to nawet przy pełnej gotowości racjonalnego umysłu do wprowadzenia zamiaru w czyn, podświadomość będzie ten plan utrącała. Wstydliwe sekrety kobiet to historie stare jak świat. Każda z nas, która ku własnej zgubie dusi w sobie sekret, zostaje przytłoczona brze­mieniem hańby. Ten uniwersalny stan podlega archetypowemu wzorco­wi: bohaterka albo została zmuszona do zrobienia czegoś, albo, utraciw­szy zdrowy instynkt, wpadła w pułapkę. Na ogół jest tak bezsilna, że nie umie polepszyć swej nieszczęsnej sytuacji. Przysięga lub poczucie wsty­du zmusza ją do zachowania tajemnicy. Milczy z obawy przed utratą miłości, szacunku, środków do życia. Dodatkowo sekretu strzeże często klątwa, groźba surowej kary rzucona na tego, kto go zdradzi. Kobiety wychowuje się w przekonaniu, że pewne wydarzenia, decy­zje i sytuacje życiowe najczęściej związane z seksem, miłością, pieniędzmi, przemocą i kłopotami, a więc okoliczności, którymi przepełniona jest ludzka kondycja, mają naturę najbardziej intymną i hańbiącą i nie można się spodziewać za nie rozgrzeszenia. A jest to nieprawda.

 To truizm, ale wszyscy popełniamy błędy, a większość z nich da się naprawić albo w jakiś sposób odkupić. Dręczenie siebie poczuciem winy oraz wstydem nie pomaga, skazuje nas tylko na cierpienie w samotności i niesienie ciężaru winy, często całymi latami. Dr E podaje za Jungiem, że trzymanie w sobie wstydliwego sekretu odcina nas od nieświadomości, bo dookoła niego powstaje „martwa strefa” – obszar niewrażliwy na bodźce, który nie reaguje na wydarzenia w życiu emocjonalnym u siebie i innych. Jednak psychiką rządzi zasada kompensacji, dlatego nie mogąc mówić o czymś wprost będziemy ulegać niezrozumiałym atakom furii, nagle wpadać w melancholię, odczuwać nerwobóle, przybierać lub tracić na wadze, wpadać w obsesje, natrętne nawyki czy nałogi. Sekret przedrze się na powierzchnię, jeśli nie w bezpośrednich słowach, to za pomocą objawów somatycznych, i najczęściej w taki sposób, że nie można się tym zająć i pomóc bezpośrednio. Co więc robi kobieta, kiedy sekret przecieka? Goni go, wydatkując dużo energii. Upycha go, zawija i zakopuje znowu w martwej strefie, budując silniejsze fortyfika­cje. Woła swoje homunkulusy — wewnętrznych strażników, obrońców ego — każe budować więcej bram, więcej ścian. Opiera się o swój ostatni psychiczny grobowiec, pocąc się krwawo, dysząc jak lokomoty­wa. Kobieta, która dusi w sobie sekret, jest kobietą wyczerpaną.

NIE RZUCAJ PEREŁ PRZED WIEPRZE

Motyw odizolowania się w pustelni przypomina trochę motyw życia ukrytego na pustyni, o którym była mowa w La Lobie (zresztą w czasach wczesnośredniowiecznych pustelnicy często szukali schronienia właśnie w tym miejscu). Przypomina, że mimo braku wsparcia siły życiowe symbolizowane przez włosy (Trzy Złote Włosy) nie zostają unicestwione i że nie ma dla nich granic.

Odizolowanie się od innych może wynikać z niedopasowania jak u Brzydkiego Kaczątka czy z chłodu emocjonalnego otoczenia jak u Dziewczynki z Zapałkami (jak ktoś mądrze zauważył, najbardziej boli samotność wśród innych). Psychicznie Kobieta o Złotych Włosach symbolizuje ten aspekt naszej psychiki, który dąży do niezależności i nie potrzebuje wiele do szczęścia. Mitologicznie reprezentuje kore – młodą, niezamężną dziewczynę, która na krosnach zrobionych z gałęzi tka piękne tkaniny, a zatem ma znowu wiele wspólnego z Mojrami/Parkami/Nornami czyli boginiami losu tkającymi nici życia oraz z Gają (stały kontakt z naturą, jej krosna są zrobione z gałęzi drzew wyrosłych z Bogini Matki, podobny motyw odnajdujemy w baśni o Wasylisie, która zamiata obejście Baby Jagi miotłą – drapaką z gałązek krzewów). Ma zatem cechy Dzikiej Kobiety, która z siedzib ludzkich powraca do lasu. Nikt jej nie powstrzymuje, nikt nie zachęca aby została, nikt tak naprawdę nie zauważa jej odejścia, podobnie jak w przypadku poprzednich żon Sinobrodego, o które nie upomniały się rodziny. Niestety, aż nazbyt wiele kobiet natychmiast pojmuje, co znaczy ten brak zainteresowania. Z taką samą postawą otoczenia spotyka się często kobieta, która ma coś do ukrycia. Choć ludzie być może dostrzegają, że jej serce zostało zranione, celowo albo mimowolnie okazują jej obojętność i ślepotę.

Na swoje nieszczęście, mimo odizolowania się od ludzi, dziewczyna napotyka na kolejne baśniowe wcielenie Sinobrodego. Kobieta o Złotych Włosach ma dobre rozpoznanie. Jest świadoma siebie, wie jakie są jej potrzeby, zdaje sobie sprawę z tego co jest dla niej dobre, a co nie, dlatego nie ulega namowom syna węglarza i nie chce wyjść za niego za mąż. Daje mu zaledwie pukiel włosów, cząstkę swoich sił życiowych, jednak ma on naturę nie rozumiejącego niuansów Sinobrodego i nie pojmuje wartości daru. Usiłuje go sprzedać, a kiedy mu się to nie udaje, czując się upokorzony (od razu rzuca się w oczy niskie poczucie wartości), zabija ją. Wielu  z nas zapewne spotkało się z sytuacją gdy ukochana osoba jest w potrzebie, więc pomagamy jej, wysłuchujemy, pocieszamy, szukamy wyjścia, robimy co możemy, dajemy z siebie to co najlepsze, ale gdy sytuacja się odwraca wcale nie dostajemy tego samego. Nagle okazuje się, że przesadzamy, o co nam w ogóle chodzi, to co mówimy jest niezrozumiałe i bez sensu, a tak w ogóle to mamy wziąć się w garść i przestać płakać. Cóż rozsądnego można odpowiedzieć na takie dictum? Aż ciśnie się na usta przysłowie: „nie rzucaj pereł przed wieprze”.

W baśni dziewczyna zostaje zabita przez niechcianego zalotnika, w praktyce naszą naturalność, otwartość i entuzjazm zabijają kolejne bolesne rozczarowania, zdrady, rozstania i upokorzenia. Nie zabijają jednak naszej siły życiowej, która odżywa i rozrasta się tak jak włosy bohaterki. O podobnym procesie odbudowywania i regenerowania się była już mowa  we wspomnianych wcześniej La Lobie, Trzech Złotych Włosach i Kobiecie – Szkielecie, jednak w tej baśni dochodzi element rozprawy z przyczyną krzywdy i ostrzeżenia innych. Pasterze w pewien sposób nadają umarłej nowe życie (wdmuchiwanie powierza w piszczałki przywołuje obraz Stworzyciela, który powietrzem – gr. pneuma – rozpoczyna życie nowej istoty) i pozwalają przemówić własnym głosem. Aby uporać się z bolączkami musimy przemówić, a zmusza nas do tego śmierć – zmiana. Są tajemnice, które umacniają — na przykład te, które są częścią strategii wiodącej do osiągnięcia chwalebnego celu, albo radosne sekrety, które chowamy na dnie serca, by je lepiej smakować. Ale sekrety wstydliwe różnią się od nich jak dzień od nocy. Te drugie trzeba wydobyć na jaw i pokazać wyrozumiałym ludziom. Kiedy kobieta kryje jakąś hańbę, musi znosić ogromne wyrzuty sumienia i cierpienia, które sama sobie zadaje. Poczucie winy i udręki, które miałyby nastąpić po zdradzeniu sekretu, i tak na nią spadają, mimo że milczy; cierpienie atakuje ją od wewnątrz.

 Tajemnica jest zagrzebana w psychice jak ciało Kobiety o Złotych Włosach w ziemi. Ziemia jak nic innego ma zdolności do usuwania tego co niepotrzebne i przemiany w nowe życie, ale dopóki zbrodnia nie zostanie ujawniona, nie podlega się procesom regeneracji. Często ofiary zagrzebują to czego się wstydzą tak głęboko, że wyrzucają wydarzenia czy słowa z pamięci oraz świadomości i wypływają one dopiero w snach. Symbolicznie oddaje to sen, w którym widzi się zagrożenie, ale nie jest w stanie przed nim ostrzec, bo nie można wydobyć z siebie głosu. Przemówić można na wiele sposobów: czy to wprost, rozmawiając z terapeutą czy zaufaną osobą, czy poprzez napisanie niewysłanego listu, czy sztukę, czy muzykę*, czy w inny sposób. Ważna jest reakcja odbiorcy, bo zdawkowe potraktowanie tematu czy lekceważenie wywoła w sercu kolejną ranę, która długo będzie się zabliźniać.

Nie jest łatwo się otworzyć, szczególnie jeżeli przez wiele tygodni, miesięcy, a nawet lat, milczało się i nie znajdowało przyjaznej duszy, która wysłuchałaby uważnie, nie oceniała i mądrze doradziła. Niektórym pomagają grupy wsparcia, gdzie łatwiej jest się odnaleźć wśród osób o podobnych doświadczeniach. Terapeutyczna moc takich sesji polega na ostatecznym wypraniu wszystkich długo składowanych „brudów”. Niepisany zakaz publicznego prania rodzinnych brudów mija się z celem, ponieważ owe brudy wcale nie zostają wyprane w kręgu rodziny. Leżą w najciemniejszym kącie piwnicy przesiąknięte tajemnicami. Uparte milczenie działa jak jadowita trucizna i w gruncie rzeczy świadczy o tym, że kobieta nie znajduje w bliskich dość oparcia, żeby poradzić sobie z bolesnymi problemami.

Aby krwawiąca rana zagoiła się i zabliźniła trzeba też przyjąć do wiadomości, że otoczenie, od którego uciekamy najprawdopodobniej nigdy nie nas nie zrozumie, nie doceni i nie przeprosi. Tak, to niesprawiedliwe, ale uświadomienie sobie tego pomaga nam porzucić wzorce ofiary i na dobre odciąć się od negatywnych wpływów. Weź to na logikę: gdyby ludziom z Twojego otoczenia naprawdę zależało na tym, by dowiedzieć się co czujesz, to już dawno by to zrobili. Jeżeli będziesz teraz koniecznie dążyć do konfrontacji i próbować zmusić, żeby przyznali, że ich obojętność i brak empatii były niewłaściwe, najprawdopodobniej będą próbowali zlekceważyć Twoje słowa albo wmawiać Ci, że nie masz racji, bo było zupełnie inaczej. To są ich mechanizmy obronne. Gdyby zrozumieli i przyznaliby Ci rację, musieliby skonfrontować się ze swoim Cieniem, musieliby przyjrzeć się mrocznej stronie swojej osobowości. Nie każdy jest na to gotowy. Większość nie jest. Macocha i siostry Wasylisy wolały posłać ją samotnie nocą w ciemny las niż samym spojrzeć w twarz Baby Jagi. Przyznanie się do błędu zawiera w sobie obietnicę wewnętrznej zmiany, ale ta często wymaga czasu i wysiłku, dlatego niewielu się jej podejmie. Tak, to niesprawiedliwe, że nawet teraz gdy wykrzyczałeś/wykrzyczałaś co Ci leżało na sercu nie ma szczęśliwego zakończenia, w którym zły bohater przeprasza dobrego i naprawia wyrządzone krzywdy. To bardzo niesprawiedliwe, że Ty, po tym jak tyle wycierpiałeś/wycierpiałaś nadal musisz zachowywać się jak starsze rodzeństwo i być tym mądrzejszym, cierpliwszym, bardziej wyrozumiałym etc. Ale zdobędziesz dzięki temu świadomość, jakiej inni nie potrafią sobie nawet wyobrazić.

KLAN BLIZN

Przez lata klasyczne psychologie błędnie utrzymywały, że z żalem można się uporać jednorazowo, najlepiej w ciągu jednego roku, po czym wszystko ma wrócić do normy. Każdy, kto nie chce lub nie potrafi ukończyć tego procesu w „przepisowym” czasie, cierpi na jakieś zaburzenia. Obecnie wiadomo, że prawdą jest to, co istoty ludzkie instynk­townie wyczuwały od wieków: pewne rodzaje krzywd, nieszczęść i wstydu nie dają się wymazać przez rytualny żal; strata dziecka z po­wodu jego śmierci lub rozdzielenia z nim jest jedną z największych, jeśli nie największą próbą wytrzymałości psychicznej.

Dr E pisze, że w pracy terapeutycznej proponuje pacjentkom stworzenie długiego do ziemi płaszcza, na który naszywa się, maluje lub przypina symbole tego, co się przeszło, wszelkie rany, zdrady, obelgi, wszystko to co się z różnych względów poświęciło. Tworzy się go tak długo jak trzeba, czasami kilka dni, a czasami kilka miesięcy. Najpierw zaczęłam robić płaszcz ofiarny dla siebie. Wkrótce stał się tak ciężki, że dźwigać go musiał cały orszak Muz. Początkowo zamierzałam złożyć wszystkie swoje psychiczne śmieci w tym jednym przed­miocie, a potem pozbyć się ich przez spalenie go. Zamiast tego powie­siłam go w korytarzu i za każdym razem, kiedy koło niego przechodzi­łam, czułam się dobrze, nie miałam żadnych negatywnych odczuć. Byłam pełna podziwu dla ovarios kobiety, która była zdolna unieść na sobie ten płaszcz, nie zachwiać się pod nim, lecz śpiewać, tworzyć i radośnie przyjmować wszystko.

 Stąd określenie Klan Blizn. Rany po traumach, ciężko okupionych błędach albo wypadkach losowych przestają w końcu krwawić i zabliźniają się. Choć pozostanie mnóstwo blizn, pamiętajmy, że tkanka blizny jest silniejsza i odporniejsza na wszelkie urazy niż zwykła skóra (…)

Czasem dobrze jest policzyć swój wiek nie w latach, ale w liczbie blizn zdobytych w bitwach.

— Ile masz lat? — pytają mnie czasem. — Siedemnaście blizn — odpowiadam. — Zwykle ludzie nie krzywią się i sami chętnie obliczają swój wiek w taki sposób.

 Indianie Lakota malują na skórach zwierząt, zapisując zimowe wydarzenia. Indianie Nahua, Majowie i Egipcjanie mieli kodeksy, w któ­rych notowali wielkie wydarzenia — wojny i zwycięstwa. Na ich podobieństwo kobiety mają swoje płaszcze ofiarne, płaszcze bitewne. Zastanawiam się, co nasze prawnuczki i praprawnuczki pomyślą o takim zapisie naszego życia. Mam nadzieję, że trzeba im będzie to wyjaśniać.

 NEO W ŚWIECIE MATRIXA

I znowu na koniec dorzucę swoje trzy grosze, już bez powoływania się na dr E. Mam trzydziestoletnie doświadczenie w przeżywaniu naprawdę głębokiej samotności, więc sporo zdążyłam się na ten temat nauczyć.

Akurat teraz żyjemy w kulturze, w której samotność nie jest ceniona. Gdybym w czasach wczesnego średniowiecza udała się na pustynię i żyła tam samotnie, cieszyłabym się szacunkiem i uznaniem, jako ktoś, kto ma bliski kontakt z Bogiem. Ale żyję w kulturze zachodnioeuropejskiej, w której kontakty międzyludzkie są na piedestale, a zawiązuje się je głównie przy używkach i niezobowiązujących rozmowach. Nie palisz, nie pijesz, nie oglądasz telewizji? To będziesz dosyć nieatrakcyjna towarzysko.

Skąd w ogóle bierze się potrzeba izolacji? Raczej nie pojawia się nagle i niespodziewanie, dojrzewamy do niej wraz z każdą niespełnioną prośbą, wyśmianą opinią czy niezrozumianą potrzebą, jaką podzielimy się z otoczeniem. Myślę, że sporo z nas „ma to od zawsze”. Traktowanie z góry, według sztywnych wzorców zachowań zamiast słuchania i zastanowienia się nad tym, co dana osoba ma do powiedzenia sprawia, że na zewnątrz gaśniemy i chowamy większość życia do wewnątrz. Niektórzy z nas będą jeszcze utrzymywać pozory, uczestniczyć w świętach rodzinnych albo wychodzić ze znajomymi, ale to, co myślą będą zachowywać dla siebie. Niektórzy będą mieli już tak dosyć sztucznego życia, że odizolują się i psychicznie, i fizycznie. Znajdą swój Prawdziwy Świat. Często w pieszych wycieczkach górskich, kontakcie z naturą lub książkach, czasami w sporcie czy innej pasji, często w grach komputerowych. A wkraczając do Prawdziwego Świata możemy (choć wcale nie musimy) przejść jako rzekli William Blake oraz Aldous Huxley drzwi percepcji i zobaczyć więcej niż inni. Będąc sam na sam ze sobą, słuchając własnego wewnętrznego głosu, a nie pogawędek innych, możemy wiele rzeczy zobaczyć z szerszej perspektywy i zrozumieć. Neo nawet jako Mr Anderson stronił od ludzi. Gdyby był duszą towarzystwa pewnie dalej tkwiłby w Matrixie, ale on przeczuwał już, że coś tu nie gra, coś jest nie tak. Tkwił samotnie przed komputerem, próbując znaleźć odpowiedź co nie pasuje w tej układance, a kiedy pojawił się ślad, natychmiast podążył za białym królikiem i nie wahał się zażyć czerwonej pigułki. Bo wiedział, że cokolwiek się stanie, nie potrafi dłużej żyć udawanym życiem. Bo nie bał się samotności, która jest pierwszą ceną jaką płacimy za dokonywanie wyborów. Neo po prostu osiągnął w życiu taki moment, gdy przestał słuchać stałego paplania innych i zaczął słuchać siebie. A wtedy zgodnie z zasadą ‘kiedy uczeń jest gotowy, pojawia się Mistrz’ znalazł go, oświecił i wytrenował Morfeusz.

Ale nawet jeżeli nie pojawia się ktoś pomocny, sami możemy się Przebudzić, jednak chcąc nie chcąc nadal żyjemy w Matrixie. Słyszymy co ludzie mówią i dziwimy się. Spoglądamy na świat ich oczyma i natychmiast z przerażeniem je zamykamy. Próbujemy podążać ścieżkami myślenia, jakie podaje się nam jako właściwe, pewne oraz bezpieczne i natychmiast się gubimy. Nawet żyjąc w Matrixie, nie stosujemy się już do jego zasad, nie potrafimy ograniczyć się tylko do pozorów, nie dajemy rady wcisnąć się w zestaw przepisów na życie jaki prezentuje. Nie widzimy już firewalla iluzji, jaką wywołuje. Widzimy, że to Matrix. Widzimy, że to tylko zielone cyferki tak jak Neo pod koniec filmu. Stajemy się wirusem.

Dlatego główny program będzie nas ścigał, będzie ustami Agentów Smithów tłumaczyć nam, że to nie tak, że źle widzimy, że nie mamy racji, że jesteśmy tylko trybem w Matrixie, że w naszym postrzeganiu świata jesteśmy zupełnie sami. Aha! I tu tkwi sedno. Bo tak naprawdę wcale sami nie jesteśmy. Jest nas wielu, tyle że żyjemy w rozproszeniu, a to sprawia pozory, że nikt nie wie, nikt nie rozumie, nikt nie wysłucha… Jednak nagle, ni stąd ni zowąd, gdzieś, kiedyś, w zupełnie niezobowiązującej rozmowie pojawia się coś, co sprawia, że unosimy brwi ze zdumienia i pytamy: Ty też?! Potem ku naszemu zdziwieniu okazuje się, że jest ktoś podobny, i jeszcze jeden, i jeszcze kolejny, aż w końcu możemy skompletować całą załogę Nabuchodonozora.

Jeżeli mamy dostęp do głębokiej wiedzy**, to musimy pamiętać, że my sami raczej nie będziemy za to wychwalani, a nasze słowa pozostaną niezrozumiałe. Trzeba przyjąć do wiadomości, że większość ludzi wcale nie chce odłączyć się od Matrixa. Jest im w nim dobrze. Trochę sobie ponarzekają, trochę pomarudzą, ale ogólnie są zadowoleni i podążają ścieżkami wyznaczonymi przez innych. To ich prawo. Nie nam ich oceniać. Pamiętajmy, że każdy z nas od dzieciństwa tkwi w Matrycy i my kiedyś też byliśmy w punkcie, w którym oni się teraz znajdują. Nie ma sensu odłączać ich jeżeli nie są do tego gotowi. Nie ma sensu ironizować, używać sarkazmu ani pokazywać wszem i wobec jacy to my nie jesteśmy genialni. Mądrość wymaga pokory. Od nas, nie od nich. Jeżeli jednak zobaczysz, że jest ktoś kto nerwowo szuka odpowiedzi na pytania, kto miota się i nie potrafi sam dojść do tego, co Ty już widzisz, jeżeli ktoś taki zwróci się do Ciebie o pomoc, to nie wahaj się. Masz prawo i obowiązek być Morfeuszem.

Nie wiem czy to dobrze, czy źle odłączyć się od Matrixa. Na pewno płaci się za to ogromną cenę na zewnątrz, a zyskuje tylko i aż świadomość. Może być to bolesne i przytłaczające. Ale nie patrzę na to w kategorii „dobre czy złe”, po prostu przyjmuję do wiadomości, że będę widzieć zielone cyferki jeżeli spojrzę w telewizję, zaglądnę na plotkarski serwis czy będę słuchać hierarchy kościelnego. W tym momencie po prostu nie jestem już w stanie na nowo podłączyć się do Systemu i muszę funkcjonować poza nim. Mam dziką naturę więc zaadaptowałam się do życia poza głównym nurtem, mam wrażenie że całkiem sprawnie funkcjonuję na obrzeżach.

TheMatrix

Więc jeżeli ktoś, tkwiąc nawet nieświadomie w matrixowych wzorach myślenia, będzie przekonywał mnie, że jestem Mr Andersonem, uśmiechnę się i odpowiem: My name is Neo.

mynameisneo

* Zawsze wolałam te krzyczące wokalistki jak Sinead O’Connor czy PJ Harvey niż diwy w stylu Celine Dion czy Mariah Carey.

** Nie nazywam ją wiedzą tajemną, bo uważam, że jest dostępna dla każdego, ale trzeba koncentracji i wysiłku aby do niej sięgnąć. Dostęp do głębokiej wiedzy zyskuje się na różne sposoby, tym co ją cechuje są uważność, obserwowanie bez zajmowania stanowiska, wsłuchiwanie się, analizowanie, rozróżnianie, kwestionowanie i przede wszystkim dokopywanie do głębszych poziomów. Może się to dziać na różne sposoby: poprzez czytanie, przyglądanie się, zadawanie pytań, własne przemyślenia, studiowanie, porównywanie różnych źródeł, etc. U niektórych Przebudzenie następuje na skutek traum czy wypadków, kiedy dotychczasowe życie wywraca się do góry nogami i trzeba je budować na nowo, niektórzy z kolei „tak mają” od dziecka… Nie ma jednego wzorca. Pewne jest tylko to, że głęboka wiedza pozwala spojrzeć na wszystko z o wiele wyższego poziomu i o wiele szerszej perspektywy. Nie jest powiedziane, że samotność zawsze prowadzi do przyswojenia głębokiej wiedzy, ale zawsze otwiera do niej drzwi.

Odcinek 10: La Loba. O kościach, wilkach i Rzece Pod Rzeką

biegnaca z wilkami la loba

La Loba

W niedostępnym, odludnym miejscu, które każdy w duszy zna, ale które niewielu widziało, żyje stara kobieta. Podobnie jak we wschodnioeuropejskich baśniach wyczekuje, aż jakiś zagubiony w drodze wę­drowiec czy poszukiwacz szczęścia zbłądzi pod jej dach.

Jest rozważna i przezorna, często z rozczochranymi włosami opada­jącymi na twarz i zawsze gruba; zazwyczaj unika ludzkiego towarzystwa. Umie krakać i gdakać i wydaje więcej dźwięków zwierzęcych niż ludzkich.

Można się domyślać, że żyje pośród zwietrzałych granitowych sto­ków na terytoriach Indian Tarahumara. Albo że ma swą kryjówkę za Phoenix, niedaleko jakiejś studni. Może spotkacie ją jadącą do Monte Alban w zdezelowanym samochodzie z wybitą tylną szybą. Może ktoś ją wypatrzy, jak stoi przy autostradzie niedaleko El Paso, albo jak ze strzelbą na ramieniu jedzie zatrzymaną ciężarówką do Morelii w Me­ksyku, albo jak podąża na targ do Oaxaca z nieforemną wiązką chrustu na plecach. Sama nazywa siebie wieloma imionami: LaHuesera, Poszukująca Kości, La Trapera, Zbieraczka, La Loba, Kobieta-Wilk.

Jedynym zajęciem La Loby jest zbieranie kości. Zbiera i przechowuje szczególnie kości tych istot, którym grozi wymarcie na ziemi. Jej jaskinia jest pełna kości wszelkich zwierząt zamieszkujących pustynię: jeleni, grzechotników, kruków, wron. Ale jej specjalnością są wilki.

Czołgając się i pełzając na kolanach, przeczesuje montanas (góry) i arroyos (wyschłe koryta rzek) w poszukiwaniu wilczych kości, a kiedy zgromadzi już cały szkielet, kiedy ostatnia kosteczka znajdzie się na swoim miejscu i staje przed nią piękna, biała rzeźba zwierzęcia, siada przy ogniu i duma, jaką zaintonować pieśń.

Kiedy już wie, staje nad swoją chaturą, unosi nad nią ramiona i zaczyna śpiew. Wtedy żebra i kości kończyn wilka zaczynają porastać ciałem, a potem sierścią. La Loba śpiewa dalej, w miarę jej śpiewu zwierzęcia przybywa, a silny i kudłaty ogon zadziera się do góry.

La Loba śpiewa dalej i wilk zaczyna oddychać.

Śpiewa z całych sił, z głębi płuc, aż pustynia drży w posadach, a pod­czas pieśni wilk otwiera oczy, podskakuje i zaczyna biec kanionem.

A w którymś momencie biegu, czy to od wielkiego pędu, czy to od bryzgów wody w rzece, czy to od promienia słońca lub księżyca, który pada wprost na bok zwierza, wilk nagle przemienia się w roześmianą kobietę, która biegnie wolna ku widnokręgowi.

Pamiętaj więc, jeśli wędrujesz przez pustynię i zbliża się zachód słońca, a tobie się zdaje, że zgubiłaś drogę, i z pewnością czujesz zmęczenie, to znaczy, że masz szczęście, bo może się spodobasz La Lobie i pokaże ci coś — coś, co ukrywa się w twojej duszy.

(…)

Starożytni medycy twierdzili, że nerw słuchowy w mózgu dzieli się na trzy lub więcej odgałęzień. Stąd wyciągali wniosek, że ucho miałoby słyszeć na trzech różnych poziomach. Jedno z odgałęzień miało słyszeć ziemskie, zwykle rozmowy. Drugie odgałęzienie miało być wrażliwe na naukę i sztuki piękne. Natomiast trzecie istniało po to, żeby sama dusza mogła słuchać przestróg i wskazówek i w ten sposób zdobywać wiedzę podczas przebywania na ziemi.

Teraz słuchajcie więc słuchem duszy, bo taka jest misja opowieści.

———————————————————————————————————–

Wszystko zaczyna się od kości…

Wilk zawsze miał zawziętych przeciwników, ale i wiernych obrońców. To nie tylko zwierzę ważne dla ekosystemu, w którym żyje, to również bohater licznych legend i mitów, który tak jak wiele innych zwierząt stał się symbolem i totemem. Z różnych przyczyn wilki były i są tępione, chociaż coraz częściej wprowadza się odpowiednie regulacje prawne mające temu zapobiegać, a populacje wilków na danym obszarze są obejmowane monitoringiem. Tak jak już cytowałam w Odcinku 1, dr E dostrzega podobieństwa między kobietą a wilkiem, które łączą się w opowieści o La Lobie (Wilczycy, Kobiecie – Wilku), pochodzącej z pustynnych terenów pogranicza Stanów Zjednoczonych i Mexyku. Mówi się, że jest na pustyni takie miejsce, gdzie duchy kobiet i wilków spotykają się na przecięciu czasów. Poczułam, że wpadłam na ciekawy trop, kiedy na rubieżach Teksasu zasłyszałam historię zwaną Loba Girl, o kobiecie, która była wilkiem, który był kobietą. Potem natrafiłam na starą aztecką legendę o osieroconych bliźniętach wykarmionych przez wilczycę, aż dorosły na tyle, by radzić sobie samo­dzielnie. Ten ostatni motyw jest również doskonale znany w mitologii europejskiej poprzez opowieść o wilczycy karmiącej Remusa i Romulusa. I wreszcie od starych hiszpańskich farmerów i Indian Pueblo z po­łudniowego zachodu słyszałam krótkie przekazy o zbieraczach kości (bone people), starych ludziach, którzy przywracali umarłych do życia; według podania potrafili wskrzeszać zarówno ludzi, jak i zwierzęta.

RZEKA POD RZEKA

Każdy z nas rodzi się w określonym miejscu i czasie, w określonej rodzinie, tradycji oraz kulturze i jest przez nie formowany. Czasami formowanie odbywa się płynnie, lekko i ostrożnie, a procesowi towarzyszą ogień i powietrze tak jak to się dzieje ze szkłem w hucie. Czasami formowanie przypomina kółko garncarskie, gdzie naturalnej, bezpostaciowej glinie w sposób delikatny i łagodny, ale jednak nadaje się dokładnie taki kształt, jaki się zamierza. Często formowanie jest tożsame z długim i mozolnym ociosywaniem głazu, który w końcu zamienia się w rzeźbę. Formowani przez rodzinę, tradycję i kulturę uczymy się co nam wolno, a czego nie wolno, nawiązujemy głębsze lub płytsze kontakty towarzyskie, wypełniamy narzucone nam obowiązki, wchodzimy w role społeczne i w pewnym momencie sami zaczynamy formować młodych tak jak my byliśmy formowani. Zapewne ogromna większość ludzi przeżywa w ten sposób swoje życie. Ale niektórzy z nas nagle zatrzymują się w pół kroku, zupełnie nagle i niespodziewanie, podczas spotkania z szefem, odwożenia dziecka do przedszkola czy jedzenia kolacji, i pytają: Czy tak ma być zawsze? Czy to już wszystko? Czy nie ma nic głębszego? Jeżeli masz szczęście i nie odrzucisz tej malutkiej iskierki, która rozbłysnęła w twoim umyśle i nie zignorujesz zewu duszy, to przestaniesz być formowany/-a, a dokonasz samosformatowania. Zaczniesz zastanawiać się, drążyć, zadawać pytania, przyglądać się sobie, innym, otoczeniu…Być może czasami przeklniesz moment, w którym się zatrzymałeś/-aś, ale nie będziesz w stanie się już cofnąć. Nie jesteśmy tylko szybą, ceramiką czy rzeźbą. Jesteśmy także ziarnkiem piasku, gliną i głazem. A kiedy to dostrzeżemy i nabierzemy pewności, że mamy i zawsze będziemy mieli potrzebny materiał, będziemy kształtować sami siebie. Będziemy jednocześnie i materiałem, i twórcą. Wszystkie zaczynamy jako kupka kości, jako szkielet rozsypany po pustyni i przysypany piaskiem. Nasze zadanie to wydobyć kości, oczyścić je z piasku. Praca to mozolna i drobiazgowa; najlepiej zabrać się do niej, kiedy cienie są długie w sam raz, bo trzeba uważnie wypatrywać. La Loba pokazuje, czego mamy szukać — niezniszczalnej życiowej siły, kości.

Kim zatem jest La Loba, Wilczyca? Jest archetypem i pojawia się w mitologii ludów całego świata, a najlepiej chyba uosabia ją La Que Sabe – Ta Która Wie Wszystko – bo stworzyła kobietę ze zmarszczki na podeszwie swej boskiej stopy i zna wszelkie sekrety żeńskiej duszy. Ponieważ powstały ze skóry w miejscu, w którym ciało styka się z Ziemią, kobiety mają jej mądrość i moc cyklów życiowych, a dotykając podłoża bosymi nogami stale łączą się z nią i odnawiają swój potencjał. La Que Sabe przypomina aztecką Coatlicue, helleńskie Gaję, Hekate, Graje oraz Mojry, rzymskie Parki, germańskie Norny, stare boginie mądrości, losu, wyroczni i magii, posiadające wiedzę tak starą jak świat*. Ta stara kobieta stoi na pograniczu światów racjonalizmu i mitu. Jest osią, wokół której obracają się te dwa światy. Owa kraina między nimi jest tajemniczym miejscem, które wszyscy rozpoznajemy, kiedy go doświadczamy, choć jego niuanse wymykają się nam i zmieniają kształty, gdy próbujemy je uchwycić i nazwać, chyba że posługujemy się językiem poezji, muzyki, tańca, opowieści. Istnieje domysł, że system immunologiczny organizmu jest zakorze­niony w tej niezbadanej psychicznej krainie, a także w mistycznych oraz archetypowych wizjach, obrazach i popędach, włączając w to tęsknotę za Bogiem, za tajemniczością, wszystkie wyższe instynkty, a także te przyziemne. Niektórzy twierdzą, że tkwią tu także dzieje ludzkości, korzenie światła, jądro ciemności. Nie na darmo jednym z możliwych wyjaśnień etymologii angielskiego słowo witch – ‘czarownica’ jest weid – ‘wiedzieć, znać”.

W jaki sposób udajemy się do tej krainy? Najkrócej mówiąc, poprzez wszelkie czynności wymagające odłożenia na bok codzienności, racjonalizmu i praktycyzmu czyli przede wszystkim tworzenie (pisanie, malowanie, śpiewanie, komponowanie), tańczenie, granie (szczególnie na bębnach) i medytowanie, przez wszystko to co wymaga koncentracji, obserwacji, samotności, wsłuchiwania się i, jak to nazywam, „nastawienia swojego odbiornika na fale wysokie”. To jest stan, który wymaga odsunięcia ego**, a jednocześnie również silnego stąpania na ziemi. Do wejścia w ową krainę trzeba się przygotować, bo łatwo może wprowadzić nas ona w stan euforii i extazy, które nie pozwolą nam wrócić do szarej codzienności. Drzewo, które nie ma mocnych korzeni, nie będzie miało potężnej korony. O tym, co się dzieje jeżeli nie mamy mocnych korzeni, opowiada miniatura o Czterech Rabinach. Wiemy, że kontakt ze światem, w którym spoczy­wają Esencje, powoduje, że poznajemy coś, co wykracza poza zwykły ludzki zmysł słuchu, i przepełnia nas poczucie przekraczania własnych granic, poczucie wielkości i majestatu. A jednak wobec doświadczenia głębokiej nieświadomości nie wolno nam wpadać w skrajności, ani zachłyśnięcie się, ani pokrywanie lęku racjonalizowaniem i cynizmem, ani lekceważenie nie pomogą nam powrócić do owej krainy. Dr E nazywa ją Río Abajo Río – Rzeką Pod Rzeką, a ponieważ etnicznie jest pochodzenia mexykańskiego, to na pewno musiała słyszeć o miejscu zwanym El Río Secreto – Tajemną Rzeką na Półwyspie Jukatańskim.

elriosecreto1

elriosecreto2

elriosecreto4

elriosecreto5

elriosecreto6

elriosecreto3

elriosecreto7

elriosecreto8

elriosecreto9

elriosecreto10

Piękna, prawda? Ale nie można do niej wejść, ot tak, bez sprzętu i przygotowania.

ZBIERANIE POROZRZUCANYCH CZĘŚCI

 Motyw wskrzeszenia jako nieodłączna część cyklu narodzin – śmierci – odrodzenia pojawia się od zawsze i w niemal każdej kulturze. Czy będzie to Izyda wskrzeszająca Ozyrysa, czy Innana/Isztar oraz Kora Persefona schodzące do Świata Umarłych i powracające z nich, czy umierający i odradzający się Attis, Adonis lub Tammuz, czy też Mitra albo Jeszua pokonujący chaos oraz śmierć od wieków towarzyszą nam jako archetypy tak jak odwieczna jest siła życia. Aby się odradzać trzeba nauczyć się odszukiwać i zbierać rozczłonkowane fragmenty naszej osobowości, a potem układać je ponownie w całość tak jak to robią La Loba, ale także Izyda ze swoją siostrą Neftydą, gdy zamieniają się w ptaki drapieżne i szukają kawałków ciała brata po całym Egipcie. Trzeba tak jak one wznieść się wysoko i bystrym okiem spojrzeć z innej perspektywy. Trzeba przyjrzeć się sobie i zastanowić dlaczego roztrwaniam energię na ‘jedno myślę, drugie mówię, a trzecie robię’. Trzeba ocenić co w naszym życiu jest martwe i już nam nie służy, co istotnego dla nas zgubiłyśmy po drodze, co jest nowe, świeże i wymaga szczególnej opieki, a co można odsunąć na plan dalszy. Trzeba dokonać rozpoznania i stawić czoła temu co zobaczymy tak jak Wasylisa rozdziela mak od popiołu i spogląda Babie Jadze prosto w oczy. Bez obawy, kobiety potrafią to zrobić. Nie na darmo ich symbolem jest znak Wenus, Gwiazdy Porannej&Gwiazdy Wieczornej, tej co daje życie i je odbiera. Ta, która na nowo tworzy życie z tego, co już umarło, jest zawsze archetypem o dwóch obliczach. Matka Stworzenia jest zarazem Matką Śmierci i odwrotnie. Ta dwoista natura, podwójna funkcja, stawia przed nami trudne zadanie zrozumienia, co wokół nas, ponad nami i w nas powinno żyć, a co powinno umrzeć. Naszym zadaniem jest zrozumieć rytm życia i śmierci i pozwolić umrzeć temu, co musi umrzeć, a żyć temu, co powinno żyć.

KOŚCI ZOSTAŁY ZEBRANE

Wszystko zaczyna się od kości… Dlaczego są tak ważne chyba nie muszę tłumaczyć, wystarczy spojrzeć na siebie i odpowiedzieć sobie na pytanie: co by było gdyby ich nie było? Kości są naszą ostoją, zapewniają ciału kształt i oparcie, pozwalają się ruszać, ochraniają narządy wewnętrzne, tworzą chroniące organizm białe krwinki i przechowują składniki mineralne.

W naukach ezoterycznych układ szkieletowy jest przypisany planecie Saturn czyli Kronosowi, mitycznemu tytanowi, pierwszemu dawcy praw, strażnikowi porządku i władcy czasu. Każdy astrolog wie, że obieg Saturna wokół Ziemi wynosi ok. 28-29 lat i że planeta ta powstrzymuje wszystko to co chcemy osiągnąć tu, teraz, byle jak najszybciej i jak najmniejszym nakładem kosztów, za to sprzyja wszelkim długofalowym projektom, a także temu co wymaga nauki, przemyślenia, pokory i dobrej organizacji. Jest także patronem ziemi i rolnictwa, bo mimo surowości i nieprzejednanej postawy, jest sprawiedliwy. Jeżeli pozwolisz działać cyklom zmian tak jak porom roku, zawsze będziesz mogła/mógł zasiać, wyhodować, zebrać i zatrzymać ziarno na następny siew. Dla kobiet świat El río abajo río, domostwo Zbierającej Kości, jest skarbnicą bezpośredniej wiedzy o korzeniach, kiełkach, nasionach ży­cia. W Meksyku mówi się, że kobiety niosą la luz de la vida (światło życia). Źródło tego światła jest umiejscowione nie w sercu kobiety, nie w jej oczach, ale en los ovarios, w jajnikach, gdzie ziarno życia tkwiło, jeszcze zanim się urodziła. (Skoro mowa o płodności i naturze nasienia, u mężczyzn odpowiednikiem jest moszna, los cojones, jądra).(…) Symbolika nasienia i kości jest podobna. Jeśli jesteśmy w posiadaniu korzenia, źródła, podstawy, elementu pierwotnego, jeśli jesteśmy w posiadaniu siewnego ziarna, to możemy naprawić wszelkie szkody i spustoszenia, obsiać na nowo zniszczone pola, twarde nasiona zmiękczyć w wodzie, by pękły i wypuściły kiełki.

Ale symbolicznie i archetypowo kości znaczą jeszcze więcej, to one łączą nas z przeszłością, z naszymi przodkami i ich doświadczeniami. To one, z przyczyn wręcz czysto fizycznych, stanowią o niezniszczalnej sile: są twarde, bardzo powoli się rozkładają, trudno je spalić, zniszczyć, zetrzeć na proch… Dopóki mamy kości, zawsze mamy szansę się odrodzić. Nasza psychika może być skazywana na wygnanie (Brzydkie Kaczątko), okaleczana, wychładzana i głodzona (Dziewczynka z Zapałkami), siły życiowe mogą z nas wypływać tak jak krew (Sinobrody, Czerwone Trzewiczki), nasz animus może tracić siły i muskulaturę (La Llorona), ale kości są naszą esencją. I na jej bazie można odbudować to co się straciło.

Kości w baśni są kośćmi wilka, dzikiego zwierzęcia, a więc i stworzenie, które dzięki procesowi się odrodzi nie będzie podlegać nadmiernym rygorom cywilizacji. By użyć obrazowego języka uczuć — czy jesteś wilkiem czarnym lub szarym z Północy czy rudym z Południa, czy arktycznym białym — jesteś kwintesencją naturalnych instynktów. Choć niektórzy woleliby, byś była układna i nie okazywała radości, skacząc po sprzętach, byś nie rzucała się na ludzi, witając ich spontanicznie, rób tak mimo to. Co oczywiście wcale nie znaczy, że żyjąc w zgodzie ze swoją dziką naturą będziesz zła, występna, egoistyczna i niedojrzała. Wychowywanie dziecka i pokazywanie mu mechanizmów społecznych to taki sam proces uczenia go życia w otaczającym go środowisku jak w wypadku wilka i innych zwierząt, rzecz w tym by nie przesadzić z dbałością i nadmiarem wody oraz nawozu nie zniszczyć dopiero co kiełkującej rośliny. Dr E używa często wyrażenia ‘overculture’ oznaczającego mniej więcej ‘nadmiar formowania’, coś co sprawia, że czujemy się przede wszystkim, szybą, garnkiem i rzeźbą, a nie piaskiem, gliną i głazem. Poprzez zbyt wiele zakazów, nakazów i oczekiwań otoczenia zapominamy kim jesteśmy sami dla siebie, widzimy siebie oczami innych i wpadamy w poczucie winy, niską samoocenę oraz frustrację. Dlatego trzeba zanurzyć się w siebie i odwiedzić Rzekę Pod Rzeką. Raz, dwa, trzy…tyle razy ile trzeba. Ludzie oddają się medytacji, by znaleźć psychiczną równowagę. Dlatego również zajmują się psychoterapią i psychoanalizą. Dlatego analizują sny i zajmują się sztuką. Dlatego niektórzy wróżą z kart tarota, odczytują przepowiednie / Ching, tańczą, walą w bębny, grają w teatrze, szukają znaczeń w wierszach i ślą do nieba modły. Dlatego robią wszystko to, co robią. To właśnie jest zbieraniem kości. Potem trzeba usiąść przy ogniu i rozmyślać, jaką pieśń zaśpiewać nad kośćmi, jaki hymn stworzenia, jaki hymn wskrzeszenia. A wypowiadane prawdy złożą się na pieśń.

TWORZENIE ŚPIEWEM

La Loba śpiewa nad kośćmi, które zebrała. A śpiewać to znaczy mówić głosem duszy. Śpiewać to znaczy z mocą wyrazić prawdę o własnej potędze i własnym pragnieniu, tchnąć duszę we wszystko, co toczy choroba, w to, co potrzebuje odnowy. Pisałam już o moim ulubionym micie dotyczącym stworzenia świata pochodzącym z Silmarilionu J.R.R. Tolkiena, gdzie Eru oraz Ainurowie tworzą Ardę za pomocą muzyki. Śpiewanie to wyprowadzanie tego co w nas najlepsze, najszczersze i pełne zapału na zewnątrz. Robiąc to co lubimy, co przepełnia nas radością i ma dla nas samych wartość, odbudowujemy siebie, powoli przybywa nam utraconych tkanek. Najtrudniej jest zacząć, usiąść nad kośćmi i wydobyć z siebie głos, potem robi się coraz lżej, gdy na nowo pojawiają się mięśnie, otacza nas chroniąca przed zagrożeniami bariera skóry, a krew zaczyna krążyć. Powiedzenie, że każdy tworzy swoje życie ma głęboki sens. Stara kobieta śpiewa nad kośćmi, a kiedy śpiewa, kości pokrywają się ciałem. My także „stajemy się”, kiedy przelewamy duszę na kości, które zebrałyśmy.

SZACUNEK DLA PUSTYNI

My, kobiety, jak suche kości, jakże często zaczynamy od pustyni. Czujemy się zniewolone, wyobcowane, oddzielone nawet od pustynnych kaktusów. Pustynia od czasów starożytnych była miejscem poświęconym, królestwem boga Seta i obszarem, na które udawali się przyszli prorocy, by szukać wiedzy i koncentracji. Tereny pustynne cechują się tym, że każdy życiodajny składnik jest w nich wykorzystywany do maximum, życie toczy się według ustalonego rytmu (rośliny i zwierzęta aktywne są przede wszystkim rankiem i późnym popołudniem), a większość czasu spędza pod powierzchnią. Pustynia nie jest żyzna, ale nie jest też jałowa. Ponieważ nie ma warunków do bujnej wegetacji, formy życia są w niej intensywniejsze i bardziej tajemnicze, a wiele roślin, których niemal nie widać na powierzchni ma szeroki i głęboko sięgający system korzeni. Podobnie wygląda życie wielu kobiet, czy to poprzez lęk, czy samotność, czy przez traumatyczne przeżycia, czy przez to, że nie mogąc rozwijać się na górze, kierują swoje siły na rozwijanie części podziemnych. Niektóre kobiety nie chcą przebywać na psychicznej pustyni. Nienawidzą jej jałowości, słabości, ubóstwa. Uparcie usiłują uruchomić zdezelowane jeepy, by wyboistą drogą pędzić do wyimaginowanego, olśniewającego wielkiego miasta psychiki. Spotyka je rozczarowanie, bo nie znajdują tam dzikiego, bujnego życia. Kwitnie ono w świecie duchowym, w świecie pomiędzy światami, w Rio Abajo Rio, w rzece pod rzeką.

 

Stara Kobieta, Dzika Kobieta, to La voz mitológica. To mityczny głos, który zna przeszłość, starożytne dzieje i przechowuje je dla nas w opowieściach. Czasami pojawia się w snach jako bezcielesny, ale przepiękny głos.

Jako czarownica pokazuje nam, że jest różnica między tym, co uwiędłe, a tym, co zasuszone ze starości. Niemowlęta rodzą się „zasu­szone” dzięki instynktowi. Czują instynktownie, co jest dla nich do­bre i co mają robić. To wrodzony dar. Jeśli kobieta go nie utraci, je­śli w młodości zachowa zdolność „bycia starą”, a w starości — młodą, to zawsze będzie wiedziała, co nastąpi. Jeśli utraci ten dar, to może go jeszcze odzyskać celową pracą nad psychiką.

Bo wszystko zaczyna się od kości…

Robbie Robertson&Ulali ‘Mahk Jchi (Heartbeat Drum Song)’***

* Dr E określa ją następująco: Wyobraźcie sobie kwintesencję starej kobiety, mającą dwa miliony lat. To pierwotna Dzika Kobieta, żyjąca zarazem pod ziemią i na powierzchni świata. Żyje w nas i dzięki nam; otacza nas sobą. Pustynie, lasy i ziemia pod naszymi domami mają dwa miliony lat, a może nawet więcej. Podobnie Hellenowie wyobrażali sobie Gaję, ziemia była dosłownie ciałem kobiety: podłoże i roślinność stanowiły skórę, góry – piersi, a jaskinie – łono.

** Ja osobiście wyobrażam sobie ego jako małe, nadąsane i przemądrzałe dziecko. Kiedy czuję, że zanadto chce mi się ono wpieprzać w podejmowanie decyzji, całuję je w czoło i mówię, Dobrze, dziękuję za twoją opinię, ale teraz idź na długi spacer, bo muszę się nad czymś zastanowić. Wbrew temu co myślą niektórzy, sądzę, że nie ma sensu demonizować naszego „ja”. W końcu jest częścią nas samych, po co opędzać się od niego, usiłować zmienić, krzyczeć i przeganiać? Ono jest tylko niedojrzałe i nastawione na „tu i teraz” tak jak dziecko, które nie jest przecież złe, patrzy po prostu z innej perspektywy. Aby je formować, wystarczy rozsądnie wyznaczać mu granice i nie pozwolić decydować w sprawach, do których decyzja do niego nie należy.

 *** Mahk jchi tahm buooi yahmpi gidi
Mahk jchi taum buooi kan spewa ebi
Mahk jchi tham buooi yahmpi gidi
Mahk jchi taum buooi kan spewa ebi

Mahmpi wah hoka yee monk
Tahond tani kiyee tiyee
Gee we-me eetiyee
Nanka yaht yamoonieah wajitse

A hundred years have passed
Yet I hear the distant beat of my father’s drums.
I hear his drums throughout the land.
His beat I feel within my heart.
The drum shall beat
so my heart shall beat.
And I shall live a hundred thousand years.

 (http://lyrics.wikia.com/Robbie_Robertson:Mahk_Jchi_%28Heartbeat_Drum_Song%29)

 

Odcinek 6: Kobieta – Szkielet. O wyłowieniu skarbu, ucieczce przed nim i rozplątywaniu sieci

biegnaca z wilkami kobieta szkielet

KOBIETA – SZKIELET

Była raz dziewczyna, która zrobiła coś, co nie spodobało się jej ojcu. Nikt już nie pamięta dokładnie, co to było. Ojciec zawlókł ją na urwisko i zepchnął do morza. Ryby pożarły jej ciało, wygryzły oczy. Jej szkielet leżał na dnie miotany prądami.

Któregoś dnia pewien rybak wybrał się na połów. Prawdę mówiąc, wcześniej wielu przybywało do tej zatoki. Jednak ów rybak, odpłynąw­szy daleko od domu, nie wiedział, że miejscowi trzymają się od niej z daleka, powiadając, iż jest nawiedzana przez duchy.

Hak rybaka zanurzył się w wodzie i zaczepił o żebro szkieletu dziewczyny. Rybak pomyślał: „To musi być wielka ryba! Mam szczęście!” Już się cieszył, ilu ludzi wykarmi swą wielką zdobyczą, myślał, na jak długo wystarczy mięsa i że wreszcie odpocznie od wypływania w morze. Gdy mocował się z wielkim ciężarem, morze zakipiało, a kajak się zatrząsł i podskoczył, bo ta, która była pod wodą, walczyła, by się wyzwolić z liny. Im bardziej się mocowała, tym ciaśniej krępowała ją lina. Choć się szamotała, hak zaczepiony o żebro nieubłaganie ciągnął ją w górę.

Rybak obrócił się, żeby wybrać sieć, nie zauważył więc łysej czaszki nad falami, nie widział małych korali iskrzących w oczodołach, nie widział skorupiaków na starych, jak z kości słoniowej, zębach. Kiedy się odwrócił od sieci, straszna postać wypłynęła na powierzchnię i za­wisła zaczepiona zębami o burtę kajaka.

Mężczyzna krzyknął i serce podeszło mu do gardła, z przerażenia wywrócił oczami, do uszu buchnęła krew. Wrzeszczał i wiosłem ze­pchnął ją z dzioba, po czym jak szalony zaczął wiosłować w kierunku brzegu. Nie wiedząc, że zaplątała się w jego linę, wpadł w jeszcze większe przerażenie, bo wydawało się, że stanęła na palcach i goni za nim do brzegu. Kręcił kajakiem na wszystkie strony, lecz ciągle była tuż za nim, jej oddech toczył się po wodzie obłokami pary, a ramiona machały, jakby chciały go złapać i pociągnąć w toń.

Mężczyzna wył przeraźliwie, dobijając do brzegu. Jednym susem wyskoczył z kajaka, biegł, kurczowo ściskając wędkę, a koralowobiały szkielet kobiety, wciąż zaplątany w linkę, klekotał tuż za nim. Gnał po skałach, a ona za nim. Gnał przez przemarzniętą tundrę, a ona za nim. Gnał po mięsie suszącym się na brzegu, rozdeptując je na kawałki, rozdzierając buty z foczej skóry.

Przez cały czas Kobieta-Szkielet była tuż za nim, chwytając w biegu zamarznięte ryby. Zaczęła je zjadać, bo nie pożywiała się od bardzo, bardzo dawna. Wreszcie myśliwy dotarł do swego igloo, zanurkował do tunelu i opierając się na rękach i kolanach, wczołgał do wnętrza. Dysząc i szlochając, położył się w ciemności, a jego serce waliło jak potężny bęben.

— Bezpieczny, jestem bezpieczny, dzięki, o bogowie, dzięki ci, Ravenie, dzięki, szczodra Sedno, bezpieczny… nareszcie.

Ale kiedy zapalił lampkę z oleju wieloryba ona… to coś… leżało w nieładzie na śniegowej podłodze z piętą na ramieniu, kolanem w klat­ce piersiowej, stopą na łokciu. Nie wiedział potem, co go do tego skło­niło, może blask światła, który zmiękczył jej rysy, a może fakt, że był samotnym człowiekiem. Dość powiedzieć, że poczuł jakąś tkliwość — powolutku wyciągnął umorusane dłonie i przemawiając miękko, nucąc jak matka do dziecka, zaczął wyplątywać ją z liny.

Najpierw uwolnił palce stóp, potem kostki. Mozolił się długo w noc, aż wszystkie kości ułożył w odpowiednim porządku, po czym ubrał ją w futro, żeby nie zmarzła.

Po omacku znalazł krzesiwo i dołożył do ognia własnych włosów, żeby lepiej widzieć. Spoglądał na nią od czasu do czasu, kiedy nacierał oliwą cenne drewno wędki i przewijał linkę. A ona, okutana futrem, nie przemówiła słowem — nie śmiała — bojąc się, żeby myśliwy nie wyrzucił jej na skały i nie połamał jej kości na kawałki.

Myśliwy poczuł senność, wślizgnął się pod skóry i zaczął śnić. Czasami ludzie płaczą we śnie. I choć nie wiemy, co im się wtedy śni,  to pewnie być sen pełen smutku lub tęsknoty. To właśnie zdarzyło myśliwemu.

Kobieta-Szkielet w blasku ognia ujrzała tę błyszczącą łzę i na jej widok poczuła ogromne pragnienie. Klekocząc, poczołgała się w stronę śpiącego mężczyzny i przytknęła usta do łzy. Ta jedna łza przemieniła się w rzekę, z której piła i piła i piła, dopóki nie ugasiła wieloletniego pragnienia.

Leżąc tak przy nim, sięgnęła w głąb piersi śpiącego i wyjęła mu serce, potężny bęben. Usiadła i zaczęła weń uderzać rytmicznie z obu stron, bum, bum, bum!

Bębniąc, zaczęła śpiewać: — Ciało, ciało, ciało, niech powróci do mnie ciało. Im dłużej śpiewała, tym więcej przybywało jej ciała. Wy­śpiewała włosy, bystre oczy i ładne, pulchne dłonie. Wyśpiewała kobie­cość między nogami, duże, ciepłe piersi i wszystko, czego potrzeba kobiecie.

A kiedy skończyła, śpiewem zdjęła ze śpiącego ubranie i położyła się przy nim, skóra przy skórze. Oddała mu serce, ten wielki bęben, włożyła je na miejsce i tak się potem obudzili, owinięci sobą, splątani po wspólnej nocy już w inny sposób, dobry i trwały.

Ludzie, którzy już nie pamiętają, dlaczego najpierw spotkał ją tak zły los, powiadają, że odeszła z rybakiem. Nigdy nie brakło im jedzenia, bo morskie stworzenia, które znała, żyjąc pod wodą, zawsze dostarczały im pożywienia. Mówią, że to prawda i że nic więcej nie wiedzą.

————————————————————-

Kobieta, którą cechuje dzika natura, nie ma łatwego zadania jeżeli chce znaleźć sobie towarzysza. Tymczasem w naturze, wilki często łączą się w pary, które zostają ze sobą na całe życie. Nawet jeśli zdarzają się między nimi waśnie i nieporozumienia, to wspólnie przeżywają surowe, mroźne zimy, bujne wiosny, dalekie wędrówki, nowe potomstwo, ataki od­wiecznych prześladowców, tańce plemienne i grupowe śpiewanie. Potrzeby ludzi są niemal identyczne. U zwierząt odbywa się to instynktownie, u ludzi zazwyczaj jest trudniejsze. Związki ludzkie z różnych przyczyn mogą być oderwane od cyklu Narodzin – Śmierci – Odrodzenia. W naszym kręgu kulturowym w praktyce wygląda to w ten sposób, że pobierają się młodzi ludzie, często nie mieszkając wcześniej ze sobą (albo co gorzej w związku z tzw. „wpadką”), a dodatkowo zdarza się, że składają sobie przysięgi „i nie opuszczę cię do końca życia” nie zdając sobie sprawy, że w dzisiejszych warunkach oznacza to bycie ze sobą przez czterdzieści – pięćdziesiąt lat. Jest jedno wydarzenie na początku, huczny ślub, na który idzie mnóstwo pieniędzy, a potem młodzi zostają sami ze sobą, pojawiają się problemy finansowe, opieka nad dziećmi, rutyna itd. Po kilku, kilkunastu latach dwoje ludzi, którzy kiedyś byli sobą zauroczeni, nagle odkrywa, że łączą ich potomstwo i finanse, ale już nie uczucia. Tymczasem związek jest tak jak roślina, trzeba o nią dbać i nie ustawać w pielęgnacji. To że kończy się jedna faza, nie oznacza że relacja umiera. Po zimie nadchodzi czas odrodzenia, kiedy roślina wypuszcza na nowo liście i ponownie zakwita. Rytm Narodzin – Śmierci – Odrodzenia ludzkość zna od czasów starożytnych, kiedy wraz z rozwojem rolnictwa i obserwacją pór roku trafił on do mitów. Jest to cykl budzenia się do życia, rozwoju, starzenia się i śmierci, po której zawsze następuje odrodzenie. Cykl ten dotyczy życia fizycznego i wszystkich aspektów życia psychicznego. Wszystko — słońce, supernowe, księżyc, wszystkie sprawy istot ludzkich oraz najmniejszych bytów, nie wyłączając komórek i atomów, podporządkowuje się prze­miennym rytmom rodzenia i zamierania.

Ale my nie zwracamy już uwagi na starożytne mity, tylko oglądamy disnejowskie wersje baśni albo hollywoodzkie opowieści o pseudo-wampirach, gdzie gubi się głębszy sens, postacie stają się płaskie i właśnie takie kreskówkowe, a wszystko jest komercyjnie podane pod określony target czyli nastolatki. W mądrych, pouczających opowieściach miłość rzadko jest przedstawiana jako romantyczne schadzki dwojga zakochanych. Może warto wyjść jednak poza nasz krąg kulturowy i poznać punkt widzenia na relację ludów, które żyją w surowych warunkach, gdzie przetrwanie zależy od zaufania i wzajemnej pomocy. Aby ją zrozumieć, trzeba wiedzieć, że tam, gdzie myśliwska społeczność walczy o przetrwanie pod presją nieprzyjaznych, surowych warunków naturalnych, miłość nie ma nic wspólnego z flirtem ani pogonią za przyjemnościami ego, ale jest namacalnym węzłem opartym na wytrwałości i cierpliwości, węzłem, który potrafi przetrwać czasy dostatku i niedostatku, najtrudniejsze i najprostsze dni i noce. Jednak aby taką więź stworzyć, trzeba stanąć przed Panią Śmierci czyli Zmianą, stawić jej czoła i rozpocząć cykl na nowo. W większości kultur cywilizacji zachodniej pierwotne pojęcie istoty Śmierci tak długo obrastało w rozmaite dogmaty i doktryny, że zostało całkowicie odseparowane od swej drugiej połowy, Życia. Jeden z najważniejszych, najbardziej podstawowych aspektów natury zaczął być pojmowany fałszywie i w okaleczonej postaci. Narasta przekonanie, że po śmierci może nastąpić tylko jeszcze więcej śmierci. To nieprawda, w śmierci bowiem istnieje zalążek nowego życia, nawet jeśli czyjeś istnienie zostało zredukowane do szkieletu. Życie i Śmierć współistnieją ze sobą, mamy jednak wewnętrzną czy nawet podświadomą obawę przed zaangażowaniem w związek wiedząc, że coś się w nim kończy.

Może to wynikać z obrazu śmierci jaki mamy zakodowany w umysłach, jako szkieletu z kosą i upiornym uśmiechem tańczącego danse macabre, który zbiera żniwo wśród tych co nie znają dnia ani godziny zostawiając za sobą stosy trupów. Tymczasem w kulturach pierwotnych, których elementy nadal istnieją w opowieściach i baśniach, śmierć jest zintegrowana z życiem tak jak jest to odzwierciedlone w naturze: po ciepłych dniach przychodzą zimne, a po nich znowu ciepłe, z ziarna wyrasta roślina, zakwita, wydaje ziarno, więdnie, ale z jej ziarna wyrasta nowa, itd. Widać to w wielu kulturach, bardzo często boginie wojny (czyli Śmierci) były także boginiami płodności (czyli Życia), planeta Wenus* była postrzegana jako Gwiazda Wieczorna (aspekt schodzenia-śmierci) i Gwiazda Poranna (aspekt wchodzenia-narodzin). W dużej mierze wiedza o istocie Życia-Śmierci-Życia jest skażona strachem przed śmiercią. Z tego powodu nie potrafimy się dostroić do jej cykli. A jednak jej siły nie kierują się przeciwko nam. To nie rabuś, który grabi nas z rzeczy nam drogich. To nie szalony pirat drogowy, który miażdży wszystko, co cenimy. Siły Życia-Śmierci-Życia są częścią naszej własnej natury, częścią wewnętrznego źródła wiedzy, które zna kroki tańca Życia i Śmierci. Składają się z tych aspektów nas samych, które znają czas życia i czas śmierci. To głęboko ukryta nauczycielka i przewodniczka, trzeba tylko dostosować się do jej tempa. (…) Niestety, nasza kultura często nakłania do zrzucania Kobiety-Szkieletu z urwiska, bo nie dość, że budzi ona grozę, to w dodatku zbyt dużo czasu trzeba, by nauczyć się jej zwyczajów i praw. Bezduszny świat zmusza do histerycznego miotania się w poszukiwaniu tej jedynej lampki, która zapali się natychmiast i na zawsze. Jednak żeby ten cud, na który czekamy, mógł nastąpić, potrzeba czasu; trzeba czasu, by tę lampkę odnaleźć, trzeba czasu, by tchnąć w nią życie. Współczesne poszukiwanie perpetuum mobile ściga się z poszukiwaniem wiecznej machiny miłości. Nie można się dziwić, że ludzie usiłujący kochać czują zamęt i udrękę, tak jak w baśni  Czerwone Trzewiczki , i nie mogąc powstrzymać obłąkańczych pląsów, wirując, omijają rzeczy, które w głębi serca najbardziej cenią.

Opowieść o Kobiecie – Szkielecie dosłownie obrazuje etapy, które trzeba przejść aby rozwinąć w sobie prawdziwą miłość do drugiego człowieka: przypadkowe znalezienie skarbu, chociaż najczęściej nie zdaje się sobie samemu z tego sprawy, potem następuje faza pogoni i ukrywania się, następnie rozplątanie z więzów i okazywanie współczucia, a następnie ufność, leczenie starych ran i zdolność do spokojnego snu w obecności drugiej osoby, a na końcu tworzenie nowego, wspólnego życia kierując się sercem.

POCZĄTKOWA FAZA MIŁOŚCI

Początek legendy jako żywo przypomina mit o Sednie, która według podań inuickich (eskimoskich) uciekła z domu do mężczyzny, który obiecał jej dostatnie życie. Jej rozgniewany ojciec w czasie burzy wyrzucił ją z kajaka i odrąbał ręce, aby nie mogła się wspiąć z powrotem. Sedna pogrążyła się w morskiej otchłani, z jej dłoni powstały ryby i inne stworzenia morskie, którymi żywią się Inuici, a reszta ciała opadła na dno morskie i osiadła w podwodnych jaskiniach. Szamani nurkują do niej, aby przebłagać Sednę i uprosić ją o uleczenie duszy i ciał oraz o urodzaj w czasie polowań morskich.

Baśnie na całym świecie rozpoczynają się od motywu znalezienia przez bohatera skarbu, bardzo często jest on wyławiany z wody (jak chociażby znana wszystkim opowieść o Złotej Rybce), która jest uniwersalnym symbolem uczuć i podświadomości. Motyw rybaka w archetypowej symbolice ma wiele wspólnego z obrazem myśliwego. Oba reprezentują, między wieloma innymi rzeczami, te elementy ludzkiej psychiki, które poszukują wiedzy i dokonują wysiłku, by pielęgnować jaźń przez jedność z instynktem. Rybak nie zdaje sobie sprawy z tego, co zaplątało się w jego sieci, nie rozumie co to za skarb, jego postrzeganie jest ograniczone do poziomu ego, codziennego i operacyjnego**, ma tylko nadzieję, że to wielka ryba, dzięki której nasyci głód. Ludzie, którzy nie wiedzą, co robią, wobec miłości przyjmują postawę właśnie taką, jaką rybak w opowieści przyjmuje wobec swej zdoby­czy: „Złowić coś wielkiego, coś, co wystarczy na długo, coś, co będzie mnie podniecać, ułatwiać mi życie, coś, czym mógłbym się chwalić przed innymi myśliwymi, kiedy wrócę do domu”.(…)To naturalny tok myślenia naiwnego, prostodusznego lub bardzo wygłodzonego myśliwego. Ludzie bardzo młodzi, którzy jeszcze nie przeszli inicjacji, ludzie wygłodzeni, zranieni cenią sobie wartości, które wynikają z odnajdywania lub zdobywania trofeów. Ci bardzo młodzi zupełnie nie wiedzą, czego w życiu szukają, głodni walczą o przetrwa­nie, a zranieni szukają zadośćuczynienia za dawne straty.

 Na dłuższą metę nie da się działać wyłącznie na poziomie codziennym i operacyjnym, dusza prędzej czy później upomni się o swoje. Nie da się żyć bazując tylko na pracy, romansach czy zdobywaniu kolejnych sum albo stanowisk, to jest pokarm dla ego, ale dusza się tym nie wyżywi. Można ją oszukiwać pracą, romansami i zdobywaniem tak jak oszukuje się organizm gotowym, zafoliowanym jedzeniem, ale w końcu ciało zbuntuje się i pogarszająca się kondycja sprawi, że będziesz musiał się ruszyć do kuchni i własnoręcznie przyrządzać zdrowe posiłki. W gruncie rzeczy są chwile, kiedy chcielibyśmy dostawać jeść, zupełnie nic nie robiąc. W rzeczywistości dobrze wiemy, że nic, co ma jakąkolwiek wartość, w ten sposób powstać nie może. A jednak życzymy sobie tego. Taką sytuacją z punktu widzenia psychiki jest oczekiwanie na miłość idealną i często jest tak, że właśnie te osoby, natrafiają na skarb, który wprawi ich w przerażenie i skonfrontuje z własną naiwnością czy wcześniejszym zranieniem.

Wszelkie relacje jakie tworzymy ze światem zewnętrznym wymagają od nas mądrości, której albo sami nie mamy, albo nie ma osoba, której ofiarowaliśmy nasz skarb. Większość z nas ma za sobą mało udane związki, które nadwątlają naszą wiarę w trwałe, prawdziwe uczucie. Używając określeń ekonomicznych miłość jest naszym emocjonalnym kapitałem, idziemy z nim do innej osoby jak z pieniędzmi do banku. Jeżeli jeden splajtuje, to zanosimy to co zostało do drugiego, jeżeli on też splajtuje to idziemy do trzeciego, ale jeżeli i ten upadnie to w którymś momencie zaczyna nam brakować i samego kapitału emocjonalnego, i ochoty na powierzanie go komukolwiek. Zresztą w ogóle chyba nie zdajemy sobie sprawy z tego jak wiele możemy dać swoją obecnością drugiemu człowiekowi (na planie uczuciowo – duchowym, wcale nie materialnym). Każda relacja to wejście w świat innej osoby, gdzie możemy zachować się albo jak budowniczy, albo jak podróżnik, albo jak złodziej, albo jak wandal. Bardzo często zachowujemy się jakbyśmy przyszli tam na imprezę, zabawić się, spróbować nowości, znaleźć rozrywkę, a potem się ulotnić i nie myśleć jak będzie to miejsce wyglądało bez nas. Okaleczamy w ten sposób kolejne Sedny, które oddają swój skarb, a potem tracą dłonie, a wraz z nimi zdolność działania i chęć kochania. Jakaś część psychiki każdej kobiety i każdego mężczyzny nie chce przyjąć do wiadomości, że we wszystkich związkach miłosnych Śmierć ma rolę do odegrania. Udajemy, że miłość jest możliwa bez śmierci naszych złudzeń, bez śmierci płytkich zachcianek; udajemy, że posuwamy się naprzód i nasze ulubione porywy nigdy nie przeminą. Ale kiedy kochamy, wszystko w psychice zostaje przewrócone do góry nogami. Ego nie umie się z tym pogodzić. Jednak tak właśnie ma być, a człowiek o głębokiej, dzikiej naturze bez wątpienia godzi się na to. Co ginie w związku dwojga ludzi? Giną iluzje, nadzieje, żądza posiadania wszystkiego naraz, ginie pragnienie posiadania samego tylko piękna. Ponieważ miłość zawsze wiąże się także ze zstąpieniem w istotę śmierci, rozumiemy, dlaczego trzeba tak wielkiego hartu i wrażliwości, by zaangażować się uczuciowo. Kiedy całym jestestwem poświęcamy się miłości, głęboko angażujemy się też we wskrzeszenie istoty Kobiety-Szkieletu i jej wszystkich nauk. Rybak w opowieści bardzo opornie zaczyna zdawać sobie sprawę z prawdziwej natury tego, co złowił. Tak jest na początku ze wszystkimi. Trudno zrozumieć, co się naprawdę robi, kiedy wyrusza się na połów do nieświadomości. Ludzie niedoświadczeni nie mają pojęcia, że pod wodą, na dnie, żyje Śmierć. Zorientowawszy się, z czym mają do czynienia, w pierwszym odruchu chcą wyrzucić ją z powrotem za burtę. Stają się jak mityczni ojcowie, którzy swe niepokorne córki spychają z kajaków w morskie fale.

To co ginie między dwojgiem ludzi odrodzi się w nowej formie, ale na tym etapie nie są oni jeszcze tego świadomi. Gdy opada pierwszy entuzjazm, kiedy mają stawić czoła wyzwaniom życia codziennego, kiedy zaczyna do nich docierać ogrom i moc tego co znaleźli, rzucają się do ucieczki. Jeśli kochankowie z uporem wypełniają życie wymuszoną wesołością, nieustającą rozrywką i przyjemnościami, jeśli wypalają się, „żyjąc intensywnie”, jeśli rzucają się w wir seksu albo delektują się życiem, unikając wszelkich konfliktów, to wówczas istota Życia-Śmierci-Życia spada z urwiska w dół i na powrót tonie w morzu. Jeśli do związku miłosnego nie dopuszcza się cykli życia i śmierci, to wszystko, co symbolizuje Kobieta-Szkielet, zostaje wyrzucone z psychicznego domostwa i opada na dno. Po czym miłość dwojga ludzi wkracza na drogę pozorów i wymuszenia: „Precz ze smutkiem, bawmy się”. Za wszelką cenę chcą utrzymać ten stan. Dusza związku zanurza się i znika w kipieli wodnej; będzie dryfować pod wodą, bez czucia, jałowa, bezużyteczna. Kobieta-Szkielet spada z urwiska zawsze wtedy, gdy kochankowie nie mogą jej znieść albo jej nie rozumieją. Zostaje zrzucona z urwiska, kiedy błędnie pojmują sens cykli przeobrażenia: nie mogą się rozeznać, kiedy coś powinno umrzeć, by na jego miejscu wyrosło coś nowego. Jeśli kochankowie nie potrafią dostroić się do procesów Życia-Śmierci-Życia, to ich wzajemne uczucie nie może być niczym więcej jak burzą hormonów. Zrzucenie tej tajemniczej istoty z urwiska zawsze sprawia, że i zakochana kobieta, i uczucia mężczyzny stają się szkieletami pozbawionymi prawdziwej miłości i pożywienia. Ponieważ kobieta częstokroć uważnie obserwuje i wyraźnie odczuwa cykle biologiczne i emocjonalne, cykl życia i śmierci znajduje się w centrum jej zainteresowań. A ponieważ niewiele nowego może się narodzić, dopóki nie nastąpi rozkład tego, co żyło wcześniej, kochankowie, którzy pragną wydobyć z siebie maksymalne iskrzenie, żyć na maksymalnych obrotach, będą pędzić dzień za dniem w coraz bardziej skostniały związek. Próba zmuszenia miłości do trwania wyłącznie w pozornie najbardziej pozy­tywnej formie powoduje odwrotny skutek; miłość pada bez życia, i to na zawsze.

skeleton-woman

Kobieta – Szkielet wypływa na powierzchnię mimo że wolelibyśmy, aby tkwiła na morskim dnie i nie przeszkadzała nam w radości i uciechach. Jednak jest tym co prędzej czy później i tak pojawia się w każdej relacji międzyludzkiej, wyzwaniem i czasem nabywania mądrości bez których związek nie nabierze głębi. Widzę u zakochanych, niezależnie od płci, powtarzające się zjawisko. Dwoje ludzi zaczyna taniec, by sprawdzić, czy potrafią się poko­chać. Niespodziewanie zaczepiają o Kobietę-Szkielet. Coś między nimi zaczyna się kurczyć i pogrąża się w chaosie. Często bolesna rozkosz seksualnego podniecenia stygnie, partnerzy zaczynają dostrzegać swoje słabości i nie wyleczone urazy albo stwierdzają, że to drugie „nie jest odpowiednim materiałem na trofeum”. I to jest właśnie moment, kiedy łysa, bardzo stara dziewczyna o pożółkłych zębach wypływa na powierzchnię. Brzmi to makabrycznie, ale jest to najdonioślejsza chwila — sposobność do wykazania się odwagą i poznania miłości. Kochać znaczy wytrwać i zostać. Kochać znaczy opuścić świat fantazji i wejść w świat, w którym możliwa jest trwała, realna miłość. Twarz w twarz, kość w kość, miłość pełna oddania. Kochać znaczy zostać, kiedy każda komórka woła „uciekaj!”(…)Podczas ponad dwudziestu lat praktyki terapeutycznej nieraz przyjmowałam mężczyzn i kobiety, którzy opadali na sofę jednocześnie uszczęśliwieni i spłoszeni: „Spotkałem (spotkałam) kogoś. Wcale tego nie chciałam, zajmowałam się swoimi sprawami, nie szukałam nikogo — i nagle! pojawia się Ktoś przez wielkie K. Co mam robić?” Brnąc dalej w związek, zaczynają tchórzyć. Kulą się w sobie, denerwują. Czy boją się o uczucie tej drugiej osoby? Ależ nie. Drżą ze strachu, bo zaczynają dostrzegać łysy czerep wśród fal ich namiętności. Rety! Co robić? Mówię, że to magiczny czas. To ich nie uspokaja. Mówię, że niedługo zobaczą coś cudownego. Nie chcą wierzyć. Mówię, żeby nie rezygnowali, i to jakoś im się udaje, choć z trudem. Zanim się zorientuję, oni wiosłują coraz szybciej w małej łódeczce swej miłości. Chybocząc, docierają do brzegu i błyskawicznie zaczynają uciekać, by ratować życie; ja, ich psychoanalityk, usiłuję dotrzymać im kroku i wtrącić swoje trzy grosze, a za nami, sami zgadnijcie, kto pędzi drogą z suchym klekotem. U większości ludzi pierwsza konfrontacja z Kobietą-Szkieletem wywołuje impuls, by uciekać z prędkością wiatru, daleko, dokąd nogi poniosą. Ale nawet ta ucieczka jest elementem naszej drogi do miłości. Uciekać jest rzeczą ludzką, byle nie za długo, nie na zawsze.

I tu ważna konstatacja: należy zwrócić uwagę, że w baśni do fizycznego kontaktu rybaka i dziewczyny dochodzi dopiero w ostatniej fazie, kiedy wypełnią się wszystkie cykle. I dlatego jest to opowieść o miłości, a nie o konsumpcji. Z naszej opowieści wynika, że oddanie ciała jest jedną z ostatnich faz miłości. Tak powinno być. Dobrze jest opanować po mistrzowsku pierwsze fazy spotkania z naturą Życia-Śmierci-Życia, a kontakt cielesny odłożyć na koniec. Zawsze przestrzegam kobiety, żeby nie wiązały się z ludźmi, którzy po przypadkowym złapaniu na haczyk od razu rzucają się na ich ciało. Trzeba nalegać na przejście wszystkich faz. Wówczas ta ostatnia sama zadba o siebie, czas jedności ciał nadejdzie w stosownej chwili. Zgadzam się tu z dr. E nie jako ktoś, kto wierzy w nakazy i zakazy wynikające z religii i kultury (bo w nie w większości nie wierzę ), ale jako ktoś kto obserwuje i czerpie z doświadczeń własnych i innych: kontakt fizyczny jest nam potrzebny, to taki sam instynkt jak głód czy pragnienie, ale tak jak jedzenie może być albo pożyteczne, albo szkodliwe dla zdrowia tak samo jest z seksem i erotyką. Nie na darmo w języku polskim przystojnego mężczyznę określa się jako ‘ciacho’. Ciacho jest słodkie i uwalnia w mózgu wydzielanie hormonów szczęścia, ale jest też pełne kalorii i tłuszczu. Ciastko to deser, który spożywa się po właściwym posiłku, bo wtedy jesteśmy już najedzeni i dostarczyliśmy naszemu ciału składniki odżywcze, które zapewnią funkcjonowanie, wzrost i rozwój. Nie da się żyć o samych ciastkach. Organizm prędzej czy później zareaguje cukrzycą, nadwagą i podwyższonym ciśnieniem. Jeżeli zaraz na początku znajomości konsumuje się ją, to co zostaje dalej? Kiedy połączenie dwojga ludzi zaczyna się od fazy cielesnej, na proces spojrzenia w twarz naturze Życia-Śmierci-Życia nie jest jeszcze za późno, ale wymaga to o wiele więcej determinacji. To cięższa praca, ponieważ trzeba odciągnąć od cielesnych zachcianek żądne przyjemności ego, żeby zbudować fundamenty.

To nie oznacza, że musimy czekać w nieskończoność albo trzymać się sztywno reguł religii i kultury („dopiero po ślubie”). Nasza natura sama wyczuje odpowiedni moment. Jednak trzeba pamiętać, że kontakt intymny z innym człowiekiem otwiera nas na niego energetycznie, mentalnie i uczuciowo, nawet jeżeli chce się potraktować go jako przygodę na jedną noc. Zwłaszcza od kobiet sex wymaga dosłownie oddania się. Idąc drogą jaką podąża kobieta o dzikiej naturze trzeba się zapytać samej siebie, ‘Jeżeli się otworzę to co dostanę w zamian?’, ‘Czy to mnie wzbogaci, doda mojemu życiu radości i energii?’, ‘A może wprost przeciwnie, może ta osoba zrabuje moją ufność, nie da nic w zamian i ulotni się?’  itd. Trzeba się zastanowić czy to czego pragniemy jest na naszym szwedzkim stole tak jak już była o tym mowa w analizie baśni o Wasylisie. Albo inaczej: trzymając się terminologii żywieniowej, wyobraźmy sobie, że idziemy ulicą pełną restauracji oraz kawiarni i czujemy głód. Chcemy zjeść posiłek, który będzie zarówno zdrowy jak i smaczny, ale nie wiemy gdzie znajduje się restauracja, w której serwuje się takie posiłki, podobno jest gdzieś na końcu ulicy, ale tak dokładnie nikt nie wie. Jesteśmy głodni, a z restauracji dochodzą smakowite zapachy, więc wchodzimy do jednej z nich i zjadamy fast food. Na chwilę czujemy się najedzeni i zadowoleni, bo fast food jest pełen tłuszczu, przekaźnika smaku, który sprawia, że czujemy błogość. Jednak w fast foodzie nie ma wartości odżywczych i prędzej czy później ogarniają nas wyrzuty sumienia, że konsumujemy śmieciowe jedzenie zamiast szukać restauracji ze zdrowym i smacznym menu. Wychodzimy więc z powrotem na ulicę i szukamy dalej, ale prędzej czy później znowu dopada nas głód i znowu wchodzimy do baru z fast foodem. Jeżeli jednak odczuwamy łączność z naszym instynktem i intuicją, to w pewnym momencie przestajemy tam zaglądać, bo jedzenie fast foodu jest jak napędzanie błędnego koła: przestaje się poszukiwać prawdziwego smaku, aromatu i sztuki w posiłku, ponieważ nasze zmysły są stępione bezwartościowym jedzeniem, a chemiczne i konserwujące substancje przemysłowe, jakimi jest ono napakowane, sprawiają, że ludzie nieświadomie uzależniają się od niego . Idziemy więc dalej ulicą, próbując wmówić sobie, że nie czujemy głodu, i wtedy nagle, niespodziewanie tuż przed naszymi oczyma wyrastają drzwi restauracji, której szukaliśmy. Czujemy apetyczny zapach, obsługa jest bardzo miła i sprawna, z głośników słychać naszą ulubioną muzykę, widzimy jak kucharz przyrządza dla nas posiłek ze świeżych, pachnących i apetycznych produktów.

Dokładnie tak samo jest z ludźmi, z którymi wchodzimy w relacje. Możemy „skonsumować” ich szybko i bez specjalnej uwagi tak jak fast food, ale to fałszywa dieta, która nie nakarmi naszej duszy ani potrzeby kochania. Tak jak w baśni o Czerwonych Trzewiczkach będziemy uganiać się za coraz to nowszymi atrakcjami i wpadać w coraz większą frustrację, że nie ma przy nas kogoś, kto nie potrzebuje, żebyśmy byli non-stop sexowni i atrakcyjni. Może być tak, że znajdziemy restaurację, gdzie serwuje się zdrowe i pyszne posiłki, ale jest już tak dużo gości, że my do niej nie wejdziemy – tak właśnie dzieje się, kiedy spotykamy kogoś z kim świetnie się dogadujemy, ale kto jest już w związku. Nie pozostaje nam nic tylko chodzić i szukać. Ale według biblijnego zapewnienia „Szukajcie aż znajdziecie” warto, bo seks tak jak jedzenie i picie jest źródłem energii i dla ciała, i dla ducha. Warto tu zwrócić uwagę, że to zachodnia kultura i przemysł rozrywkowy kładą nacisk na ten aspekt szybkiej konsumpcji, w innych kulturach (jeszcze) toczy się to innym trybem. Tym, co oddaje cykliczność i stały, nie przyspieszany sztucznie rozwój związku jest seks tantryczny ,  który jest wyraźnie dostosowany do natury kobiety poprzez koncentrowanie się na czułości, powiązaniu uczuć z ciałem i spokojnym, wręcz powolnym tempie. Takich doznań nie będzie się miało z mężczyzną, który pragnie erotycznego fast foodu, sex tantryczny wymaga stabilnego budowania relacji, ‘chodzenia i szukania restauracji’ czyli cierpliwości i niezrażania się poprzednimi niepowodzeniami, ale tak jak to już określiła dr E, jeżeli pragnie się prawdziwej miłości to trzeba wyjść poza ego.

Z tych samych przyczyn nie powinno się także legalizować związku w trakcie trwania tej wczesnej fazy

POGOŃ

Kobieta – Szkielet nie jest jak Złota Rybka, nie daje się spławić z powrotem do morza, nie spełnia życzeń i wcale nie jest wdzięczna. To ona żąda od rybaka uwagi i akceptacji przy całej swojej straszności i nieprzewidywalności, a na dodatek często wypływa akurat w momencie, kiedy wszystko świetnie się układa i już mamy wrażenie, że stworzyliśmy dobry, stabilny związek. Nagle zaczynają się wykręty, tłumaczenie, że to nie ma sensu, próby racjonalizowania, dlaczego związek nie ma prawa się udać. Kiedy uczymy się kochać prawdziwie, z począt­ku popełniamy mnóstwo błędów. Sądzimy, że kochanek czy kochan­ka chcą nas osaczyć, tymczasem prawda jest inna: to pragnienie zespo­lenia się z drugim człowiekiem w ten jedyny, szczególny sposób powo­duje, że szkielet łapie się na haczyk i nie może się od nas oderwać. Kiedy rodzi się miłość, siły Życia-Śmierci-Życia wypływają na powierzchnię. Zawsze. (…) Faza ucieczki i ukrywania się w miłości to czas, kiedy kochankowie próbują racjonalizować lęk przed cyklami miłości, cyklami Życia–Smierci-Życia. Mówią: „Będzie mi lepiej z kimś innym”, „Nie chcę porzucać tego czy tamtego”, „Nie chcę zmieniać niczego w moim życiu”, „Nie chcę patrzeć na rany, ani swoje, ani innych”, „Jeszcze nie jestem gotowa”, „Nie chcę się zmieniać, dopóki szczegółowo się nie dowiem, w kogo się zmienię”. Tak naprawdę nie uciekamy przed naszym kochankiem/kochanką tylko przed Zmianą i naszym lękiem przed nim. Psychologia rozpoznaje to jako lęk przed bliskością, lęk przed zaangażowaniem. Ale to tylko symptomy. Głęboko u ich podłoża leży niedo­wierzanie i nieufność. Ci, którzy wiecznie uciekają, boją się tak napra­wdę żyć według cykli dzikiej, integralnej natury. Śmierć goni mężczyznę po wodzie, przez granicę między nieświadomością a pewnym gruntem świadomego umysłu. Świadomość zdaje już sobie sprawę, co złowiła, i rozpaczliwie próbuje przed tym umknąć. W życiu stale tak robimy. Coś straszliwego podnosi głowę. Nie dostrze­gamy tego i ciągniemy linkę, sądząc, że to wielka zdobycz. Owszem, to prawdziwa gratka, ale zupełnie innego rodzaju, niż się spodziewamy. To skarb, którego — na nasze nieszczęście — nauczono nas się bać. Bierzemy więc nogi za pas albo wyrzucamy łup, albo też staramy się go upiększyć i udawać, że jest czymś innym. Ale to nic nie daje. Musi przyjść chwila, kiedy dopadnie nas pocałunek potwora. To samo zjawisko towarzyszy miłości. Pragniemy tylko piękna, ale kończy się na tym, że stajemy oko w oko z ohydą. Odpychamy upiornego kościotrupa, ale on ciągle wlecze się za nami. Zrywamy się do biegu. On biegnie za nami. To świetny nauczyciel i zawsze twierdziliśmy, że chcemy go mieć. „Nie, to nie ten” — piszczymy przeraźliwie, kiedy się pojawia. Niech przyjdzie ktoś inny. Nic z tego. Właśnie ten nauczyciel należy się każdemu. I jak mówi przysłowie: kiedy uczeń jest gotowy, pojawia się nauczyciel. Gotowa jest dusza, a nie ego, bo ego nigdy nie będzie gotowe. Ego nie koncentruje się na głębi. Ego cieszy się rozrywką i próbuje na siłę ją zatrzymać. Ego boi się, że kiedy zaakceptujemy naturę Życia-Śmierci-Życia, nigdy już nie będziemy szczęśliwe. A czy dotąd rzeczywiście byłyśmy tak doskonale szczęśliwe? Otóż nie. Jednak nierozwinięte ego jest prymitywne, prostoduszne jak nie usocjalizowane dziecko, nieszczególnie zresztą radosne; przypomina dorosłe dziecko, które cały czas poluje na największą kromkę, najwygodniejsze łóżko, najprzystojniejszego faceta. Trzy rzeczy różnią życie wypływające z duszy od życia zdominowanego przez ego. Są to: zdolność wyczuwania i uczenia się nowych rzeczy; wytrwałość w podróżach po wyboistych drogach; cierpliwe uczenie się głębokiej miłości. Ego ma tendencję i talent do unikania nauki. Cierpliwość nie jest jego mocną stroną. Wierność w związku również nie. To nie ego, ta chorągiewka na wietrze, jest źródłem miłości, ale raczej nieoswojona dusza***.

Rybak zaczyna uciekać, a zaplątana w sieć dziewczyna razem z nim. Po drodze chwyta suszone ryby, bo wracają do niej głód i chęć życia. Rybak chroni się w swojej chaciez przekonaniem, że jest bezpieczny, ale nic bardziej błędnego. Dla współczesnych kochanków gra na zwlokę czy zachowanie dystansu jest jak śniegowy domek rybaka, o którym sądzi on, że jest bezpieczny. Czasem ten lęk przed konfrontacją z istotą śmierci ulega wypaczeniu do „wykręcania się”, próby zachowania tylko przyjemnych stron związku, pominięcia Kobiety-Szkieletu. W ten sposób do niczego nie dojdziemy.(…) Wszystkie „nie jestem gotów”, „potrzebuję czasu” to zrozumiałe wymówki, ale nie na długo. To prawda, że nie ma czegoś takiego jak całkowita gotowość i właściwy moment. Przy każdym zstąpieniu w nieświadomość nadchodzi czas, kiedy człowiek, mając nadzieję na najlep­sze, skacze w otchłań. Gdyby tak nie było, nie powstałyby w języku słowa bohater, bohaterka, odwaga. Prędzej czy później trzeba stawić czoła Zmianie, bo odepchnięta Kobieta – Szkielet będzie się niepostrzeżenie wynurzać w najmniej oczekiwanych momentach dopóki nie pojmiemy, że to ona rządzi nami, a nie my nią. Naszym zadaniem zaś jest pobieranie nauk. Jeśli ktoś pragnie kochać, to nie znajdzie innej drogi. Naszym zadaniem jest objęcie jej. Bez zadania, które wystawia na próbę, nie dokona się transformacja. Jeśli nie wypełnimy zadania, to nie przyjdzie poczucie satysfakcji. Niewiele trzeba, by kochać przyjemności. By kochać prawdziwie, trzeba bohatera, który pokona własny strach. Bez wątpienia bardzo wielu ludzi dochodzi do etapu ucieczki i ukrywania się. Niektórzy niestety wciąż się do niego cofają. Wejście do bezpiecznej nory jest zryte do niemożliwości. Ale ci, którzy pragną kochać, naśladują rybaka.

 ROZPLĄTYWANIE SIECI

Tak jak w wielu baśniach tak i w tej pojawia się motyw próby dla bohatera, kiedy muszą dowieść swoich czystych intencji i siły, stając przed mocą większą od nich. W  tym przypadku jest to przezwyciężenie lęku i rosnące współczucie dla Kobiety – Szkieletu. Jeszcze niedawno uciekał przed nią, dysząc ciężko i szlochając. Teraz pragnie jej dotknąć. A ona niejako dotyka jego serca przez samą swoją obecność. Kiedy zrozumiemy osamotnienie natury Życia-Śmierci-Życia w psychice, osamotnienie tej, która nie ze swojej winy ciągle jest odrzucana… wtedy może my też wzruszymy się jej dolą. Podobnie jak w opowieściach, gdzie dobro ukrywa się pod szpetną formą tak tutaj bohater ma za zadanie nie dać się zwieść pozorom. Tak dzieje się w Pięknej i Bestii, tak dzieje się w baśniach, gdzie źle traktowana sierota pomaga czarodziejowi pod postacią podróżnego i zostaje za to wynagrodzona, gdy z każdym jej słowem z ust zaczynają padać drogie kamienie; widząc to macocha każe swojej rodzonej córce również czekać na podróżnego, a kiedy odmawia pomocy czarodziejowi, który tym razem przyjął postać żebraka, z jej ust padają żaby, jaszczurki i padalce. W czasach, kiedy stawia się przede wszystkim na wygląd i urodę, warto pamiętać właśnie o tych opowieściach, które uczą, że trzeba być zawsze otwartym, niezależnie czy ktoś jest piękny czy szpetny, modnie ubrany czy noszący stare i zniszczone rzeczy. Jeśli pokonamy same siebie, by dotknąć tego, co dla nas odrażające, to czeka nas nagroda. Jeśli brzydotę odtrącamy z pogardą, to będziemy wygnani za drzwi, nie osiągniemy pełni życia. (…)Rozplątywanie Kobiety-Szkieletu to symbol zrozumienia tego myślowego błędu i naprawienia jego skutków. Rozplątywanie Kobiety-Szkieletu ma oznaczać zrozumienie, że miłość to nie wyznania w blasku świec i wieczny rozkwit. Rozplatanie Kobiety-Szkieletu daje pewność, że w odradzających się ciemnościach znaleźć można otuchę, a nie strach. Złożenie szkieletu to balsam na zastarzałe rany. To zmiana sposobu patrzenia i życia wyrażająca zdrowie, a nie wyjałowienie duszy. (…)Nie wystarczy samo wyciągnięcie nieświado­mego na powierzchnię, nie wystarczy nawet przypadkowe sprowadze­nie go do domu. Miłość zatrzyma się w rozwoju, jeśli ogarnie nas strach przed szkieletem, jeśli wzbudza on w nas nieustanny wstręt. Rozwikłanie tajemnicy Kobiety-Szkieletu sprawia, że złe zaklęcie przestaje działać — lęk przed pożarciem, wieczną martwotą zaczyna ustępować. W mitologiach bóstwa (zazwyczaj kobiece) związane z nicią były kwintesencjami przeznaczenia, zawsze zawierały w sobie element cierpliwości i uczestnictwa w procesach sił potężniejszych niż człowiek. Czy jest to Ariadna nakazująca Tezeuszowi poruszać się po Labiryncie trzymając się nici, czy są to helleńskie Mojry, rzymskie Parki czy germańskie Norny tkające nici życia, czy to Kobieta – Pająk tworząca cały świat na bazie pajęczej nici w mitologii rdzennych Amerykanów, wszystkie mają dostęp do świata niewidzialnego, skąd pochodzi dusza. One nie poruszają się na poziomie ego, zajmowanie się nicią, tkanie i rozplątywanie wymaga cierpliwości, zagłębienia się w siebie i uważnego spojrzenia. Trzeba krok po kroku przejść proces, który z początku zdaje się potwornie zagmatwany, ale w końcu okazuje się pra­wdziwym, głębokim wzorem odnowy. W baśniach rozwiązanie paska czy opaski, rozsupłanie węzła, rozplatanie czegoś symbolizuje początek rozumienia rzeczy wcześniej niejasnych, ich użycia i zastosowania, tajemnej mądrości maga. (…)Rozplatać oznacza uzyskać dogłębną wiedzę o sobie i innych, umocnić zdolność do przejścia wszystkich etapów, projektów, okresów inkubacji, narodzin i transformacji tak spokojnie i tak dostojnie, jak tylko możemy. Obrazowo rzecz ujmując Aleksander Wielki podszedł do węzła gordyjskiego na poziomie ego: rozciął go zamiast rozplątywać i takie było jego panowanie: pełne chwały, bogactwa i podbojów, ale krótkotrwałe. Po jego śmierci imperium, które stworzył, rozpadło się między skonfliktowanych ze sobą generałów.

untie

Osoba, która zrozumiała czym na poziomie codziennym jest rozplątywanie sieci będzie cierpliwa, będzie potrafiła czekać i nie wystraszy się tego, że rzeczywistość nie pasuje do wizerunku jaki miała wcześniej. To jest ktoś z silnie zakorzenioną psychiką, ktoś komu spełnienie nie uderzy do głowy jak woda sodowa. Nie potrzebuje zdobywania, nie musi mieć od razu wszystkiego, potrafi obserwować bez oceniania i uczyć się. Dobrze jest się oddać codziennym ćwiczeniom medytacyjnym przy rozplątywaniu natury Życia-Śmierci-Życia. Rybak nuci krótką piosneczkę, by ułatwić sobie zadanie. (…) Dzięki temu nie damy się zwieść natarczywym podszeptom z zakąt­ków umysłu, mówiącym: „Jakie to głupie… trzeba brać z życia co najlepsze”. Uczymy się ignorować ten głos i słuchać tego, który brzmi za nim w oddali.

ZASYPIANIE Z UFNOŚCIĄ

Ten fragment opowieści mówi o powrocie do niewinności. Zasypianie obok kogoś to wyraz głębokiego zaufania, bo podczas snu wyłączona jest nasza świadomość i stajemy się bezbronni jak dzieci. Trzeba też pamiętać, że z biologicznego punktu widzenia sen jest nieodzowny dla funkcjonowania. Nie możemy funkcjonować bez odpoczynku, pozbawieni regularnego snu stajemy się rozdrażnieni, zapadamy na choroby, a nasz organizm jest coraz bardziej wycieńczony. Nic dziwnego, że celowe pozbawianie snu w celu wymuszenia jest z punktu widzenia prawa taką samą torturą jak bicie. Sen to pokazanie kim się jest naprawdę, nie udawanie tego kim chciałoby się być. Tak jak fizycznie umysł nie może być non stop pobudzony tak w relacji nie możemy być stale atrakcyjni, pociągający i mówiący zawsze dokładnie tego co druga strona chce usłyszeć. Prędzej czy później będziemy zbyt zmęczeni odgrywaniem takiej roli i zmorzy nas sen, który pokaże nasze prawdziwe oblicze. Sen to także czas odnowy, kiedy regenerują się komórki i tkanki organizmu, podobnie dzieje się w baśni. Na tym etapie związku kochanek powraca do stanu niewinności; stanu, w którym wciąż jeszcze przeraża go żywioł emocji, stanu pełnego życzeń, nadziei, marzeń, oczekiwań. Niewinność to nie to samo co naiwność. W niedostępnej krainie, z której pochodzę, jest powiedzenie: „Prostota to nic nie wiedzieć i zmierzać ku dobremu. Niewinność to wiedzieć wszystko i nadal zmierzać ku dobremu”. (…) W ten stan mądrej niewinności wchodzimy, odrzucając cynizm i asekuranctwo, powtórnie zadziwiając się światem, co jest charakterystyczne dla większości ludzi bardzo młodych i wielu starych. To ćwicze­nie patrzenia oczami ducha przepełnionego mądrością i miłością, a nie wzrokiem zbitego psa, zaszczutego stworzenia czy człowieka zranione­go. Niewinność powraca w czasie snu. Niestety, wielu ludzi, wstając każdego ranka, odrzuca ją razem z kołdrą. A byłoby lepiej zabrać przebudzoną ze sobą i ogrzać.

Taki proces wymaga od nas zdjęcia maski, zburzenia muru obronnego, jakim odgrodziliśmy się od świata, odrzucenia cynizmu i sarkazmu, którymi rozum broni się przed miłością, zdrapywania warstw smutku i bólu jakie bezkarnie narastały w nas latami, dlatego niewielu jest chętnych by się go z własnej woli podjąć. Ale warto to zrobić. Słowem „niewinny” (ang. innocent) często określamy osobę żyjącą w ciemnocie, która nie ma wiedzy, prostaka. Ale w pierwotnym znaczeniu człowiek niewinny to ten, który nie czyni szkód, nie zadaje ran. W języku hiszpańskim inocenteto osoba, która z jednej strony stara się nie krzywdzić innych, z drugiej jest zdolna do uzdrowienia samej siebie. (…)Być niewinnym znaczy umieć rozpoznać naturę rany i wyleczyć ją. Takie potężne moce kryją się za pojęciem niewinności. Niewinność to postawa nie krzywdząca innych, zdolność leczenia, naprawiania, przywracania zdrowia. Zastanówcie się nad tym. To dobrodziejstwo dla wszystkich cykli miłości.

Zadane wcześniej krzywdy są istotną blokadą w dalszej drodze uczuciowej, bo wzmagają nadmierną czujność. Co innego być czujnym, a co innego przesadnie ostrożnym kiedy nie jest to potrzebne. Pamięć o krzywdzie sprawia, że okazuje się obojętność albo przewrażliwienie nawet jeżeli w pierwszym odruchu chciałoby się okazać czułość i troskę. Osoby, które boją się zostać oszukane albo złapane w pułapkę, które wniebogłosy wrzeszczą, że chcą „być wolne”, pozwalają, by złoto przeciekało im przez palce. Szczególnie mężczyźni często mają z tym problem i nawet jeżeli spotykają kobietę, w której z wzajemnością się zakochują, to nie potrafią tego okazać. Czasami nie można dodać odwagi słowami. Czasami ludzie muszą skoczyć głową w dół. W życiu mężczyzny musi nastąpić moment, kiedy zaufa drodze miłości, kiedy bardziej się boi utknięcia na mieliźnie psychiki niż wypłynięcia na szerokie, piękne, lecz nieoznakowane terytorium. Kiedy życie jest zbyt kontrolowane, robi się go coraz mniej do kontrolowania. Czasami człowiek boi się usnąć w obecności drugiego, obawia się powrotu do psychicznej niewinności, lęka się wykorzystania. Tacy ludzie podejrzewają innych o najgorsze i nie ufają sami sobie. To nie brak zaufania do ukochanej osoby. To brak rozliczenia z naturą Życia-Śmierci-Życia. To Śmierci muszą zaufać. Jak we śnie, natura Życia-Śmierci-Życia w najdzikszej postaci jest tak prosta jak łagodny wydech (koniec) i wdech (początek). Trzeba tylko zaufać, że gdzie jeden się kończy, drugi się zaraz zaczyna. Nie ma sensu czekanie na to by będzie się wystarczająco silnym by zacząć ufać. Taki dzień nigdy nie nastąpi. Musimy zaryzykować, że przekonania wpojone przez kulturę na temat Życia-Śmierci-Życia są fałszywe i że rację ma instynkt. By miłość mogła się rozwijać, partnerzy muszą ufać, że cokolwiek się stanie, posłuży przeobrażeniu.

ŁZA WZRUSZENIA

Kiedy na policzku śpiącego rybaka pojawia się łza, Kobieta – Szkielet podchodzi i spija ją. Mężczyźnie, który ma wdrukowany w podświadomość od dzieciństwa model twardego wojownika niełatwo jest płakać, ale dzieje się to z łatwością podczas snu, gdy jest bezbronny jak dziecko. Łzy są słoną wodą tak jak morze, które wyrzuciło Kobietę – Szkielet na powierzchnię, woda jest uniwersalnym symbolem uczuć, a słony smak wskazuje osobę, która przeszła już porażki w życiu uczuciowym. Tak niechybnie, jak kościotrup wypłynął na powierzchnię wody, tak teraz łza, znak uczucia budzącego się w mężczyźnie, wypływa z głębi na powierzchnię. To wskazówka, jak kochać siebie i drugiego człowieka. Obdarty z szat dziennego świata mężczyzna przyciąga szkielet dziewczyny do siebie, by się przy nim położył, by pił z niego i wykarmił się jego najgłębszym uczuciem. Teraz jest zdolny zaspokoić pragnienie drugiego człowieka. (…) Łza śniącego przychodzi, kiedy przyszły kochanek pozwala sobie poczuć i opatrzyć swoją ranę; kiedy pozwala sobie spojrzeć na zniszczenie, które sprowadził na siebie przez utratę wiary w dobroć; kiedy czuje się odcięty od ożywczego cyklu Życia-Śmierci-Życia. Płacze dlatego, że doskwiera mu samotność i bezbrzeżna tęsknota za owym psychicz­nym domem, za pierwotną wiedzą (…) Wszyscy popełniamy błąd, sądząc, że drugi człowiek może być lekarstwem, wzruszeniem, spełnieniem. Dużo czasu upływa, zanim zrozumiemy, że tak nie jest, głównie dlatego, że uzewnętrzniamy własną ranę, zamiast się nią zająć, zadbać o nią w swym wnętrzu. Nasze rany mogą być spowodowane przez rozmaite przyczyny: ciężkie przeżycia z dzieciństwa, zawiedzione zaufanie przez najbliższą osobę, mozolne dążenie do czegoś co nie przyniosło satysfakcji, niespełnienie ważnych zamierzeń, złe decyzje życiowe albo brak decyzji, itd. Problemem dla mężczyzn jest to, że w naszej kulturze nie mają tak naprawdę bezpiecznych sposobów na odreagowanie ich, o ile kobiety mogą wypłakać się czy wygadać koleżankom, to mężczyźni zazwyczaj wpadają w wir rozrywek czy romansów albo w nałogi. Pomóc mogą sobie tylko oni sami, ich zadaniem jest opatrzyć własne obrażenia, nikt inny im w tym nie pomoże. Uśmierzanie bólu za pomocą innych ludzi jest nieskuteczne i prowadzi do jeszcze większego bólu. Kiedy mężczyzna roni łzę, to znaczy, że odnalazł swój ból i czuje go, dotykając rany. Zaczyna widzieć, że z jej powodu otoczył się skorupą ochronną. Widzi, co w życiu stracił i przegapił za jej sprawą. Widzi, jak okaleczył swą miłość do życia, do samego siebie i do innych. (…)Głębokie uczucie tkliwości, które popycha rybaka do rozplatania szkieletu, pozwala mu także odczuć inne zapomniane tęsknoty, wskrzesić współczucie dla samego siebie.(…) Nie boi się pragnąć, bo wierzy, że jego pragnienie się urzeczywistni. Wiara, że pragnienie jego duszy będzie spełnione, przynosi mu wielką ulgę.(…) Łza rybaka przyciąga do niego Kobietę-Szkielet; sprawia, że chce jej się pić, że pragnie zbliżyć się do niego.(…) Łzy nie tylko symbolizują uczucie czy wzruszenie, są także jak soczewki, które odmieniają wzrok, dają inny punkt widzenia.

PÓŹNIEJSZE FAZY MIŁOŚCI

Kiedy mężczyzna jest pogrążony we śnie, Kobieta – Szkielet wyjmuje z niego serce i bije w nie niczym w bęben, instrument używany przez szamanów, by swoim rytmem przywołać duchy przodków i przenosić w odległe miejsca. Jest pięknie zsynchronizowany znaczeniowo z sercem, organem pompującym krew, bez którego nie da się żyć. Oba mają nadludzką moc i biją w określonym rytmie. Serce odmierza puls, a wraz ze śpiewem kobiety odrasta jej ciało. Śpiew ma moc magiczną i siłę tworzenia, w wielu legendach śpiewem wzywa się duchy, leczy ciało i ożywia umarłych, a nawet kreuje świat****. Opowieść zawiera obietnicę — jeśli pozwolisz, by Kobieta-Szkielet stała się bardziej namacalna w twoim życiu, ona w zamian uczyni je bardziej wartościowym, lepszym, obfitszym. Kiedy wyzwolisz ją ze splątanej liny, kiedy rozwiążesz jej zagadkę, zrozumiesz, że jest zarazem nauczycielką i kochanką; zostanie twym sprzymierzeńcem i partnerem.(…) Oddając serce nowemu dziełu stworzenia, nowemu życiu, siłom Życia-Śmierci-Życia, zstępujemy w dziedzinę uczuć. Może to być trudne, zwłaszcza jeśli nosimy w sobie rany zadane przez smutki i rozczarowania. Jednak trzeba tego dokonać, przez bębnienie tchnąć pełnię życia w Kobietę-Szkielet, zbliżyć się do tej, która zawsze była nam bliska.(…) Przez lata obserwowałam to zjawisko u innych, doświadczałam go także na sobie. To niepowtarzalna chwila, kiedy tworzymy coś wartościowego dzięki temu, że ukochany pokłada w nas wiarę, dzięki jego szczerej życzliwości dla naszej pracy, projektów, ważnych spraw. To przedziwne zjawisko nie ogranicza się do kochanków: może się pojawiać dzięki każdemu, kto szczerze obdarza sercem.(…) Słowo pneuma(oddech) ma wspólne etymologiczne korzenie ze słowem psyche— oba odnoszą się do duszy. Jeśli więc w opowieści, legendzie czy micie pojawia się pieśń, to wiemy, że wzywa się bogów, by natchnęli ludzkie sprawy duchem mądrości i mocy. Wiemy, że te siły działają w świecie ducha, że za ich sprawą doskonali się kształt duszy.

 Fizjologia ciała kobiety zbliża ją do natury Życia-Śmierci-Życia. Jeśli kobieta poddaje się instynktowi, to wszelkie idee i impulsy popychające ją do miłości, tworzenia, wiary, pożądania, we właściwym czasie przychodzą, odchodzą, rodzą się na nowo. Można powiedzieć, że kobiety świadomie lub nieświadomie praktykują tę głęboką wiedzę z każdym księżycowym cyklem. (…)Czasem ten, kto ucieka przed naturą Życia-Śmierci-Życia, uparcie się domaga, żeby miłość przynosiła same dobrodziejstwa. Jednak miłość w najpełniejszej swej postaci jest ciągiem następujących po sobie śmier­ci i ponownych narodzin. Wychodzimy z jednej fazy, jednego aspektu miłości, by wkroczyć w kolejny. Namiętność przygasa i powraca. Ból przechodzi i znów się pojawia. Kochać, znaczy wziąć w objęcia i jednocześnie przetrwać wiele końców i wiele początków — wszystkie w jednym związku dwojga osób. Proces ten komplikuje fakt, że odcięta od natury współczesna cywilizacja nie znosi przeobrażeń. (…)Żeby kochać, jeśli już kochać chcemy, bailamos con La Muerte, tańczymy ze Śmiercią. Jest czas bujnych plonów i czas obumierania, są narodziny żywe i martwe, po których znów rodzi się życie. Kochać, znaczy uczyć się tanecznych kroków, bo miłość jest jak taniec. Energia, uczucia, bliskość, samotność, pożądanie i znużenie, wszyst­ko wznosi się i opada, cykle zaś splatają się ze sobą. Pragnienie bliskości, pragnienie samotności, wszystko przychodzi i odchodzi falami. Natura Życia-Śmierci-Życia uczy nie tylko tańca z nimi i w nich, uczy także, że lekarstwem na każdą dolegliwość jest zawsze jej przeciwieństwo; aktywność jest lekarstwem na nudę, czyjaś bliskość — lekarstwem na samo­tność, samotność znów — lekarstwem na poczucie osaczenia przez ludzi. Kto nie zna kroków tego tańca, ten lubi w okresach bezruchu zaspokajać potrzebę nowości i aktywności, szastając pieniędzmi, igrając z niebezpieczeństwem, podejmując bezmyślne decyzje, szukając nowego kochanka. Tak robią głupcy. Tak robią te, które nic nie wiedzą. (…) Początkowo wszystkim nam się zdaje, że możemy uciec przed aspektem śmierci w naturze Życia-Śmierci-Życia. To tylko złudzenia. Nie można uciec; Śmierć idzie tuż za nami, z klekotem nagich kości, stuk, stuk — wchodzi do naszych domów, do naszej świadomości. Jeśli nie w inny sposób, to poznajemy tę ciemną stronę życia, konstatując, że świat nie jest tak piękny i sprawiedliwy, jak się nam zdawało, że pogrzebałyśmy szansę, nie wykorzystałyśmy możliwości, że prawa Życia-Śmierci-Życia mają nas w swojej mocy, czy tego chcemy, czy nie. (…)Z opowieści wynika, że Śmierć stawia Miłości wymagania. Wymaga łzy — uczucia — i serca. Wymaga, żeby ją kochać. Natura Życia-Śmierci-Życia domaga się od kochanków, żeby spojrzeli w twarz jej prawom z prostotą, żeby nie mdleli na jej widok i nie robili uników, żeby ich wzajemne przywiązanie było czymś więcej niż „byciem razem”, żeby ich miłość opierała się na wspólnej wiedzy i sile; wymaga wyjścia jej na spotkanie, kochania jej i tańczenia z nią.

 * W starożytności Wenus była widoczna jest tylko przez około trzy godziny przed wschodem Słońca (i wówczas nazywana była Gwiazdą Poranną/Jutrzenką) i około trzy godziny po zachodzie Słońca (a wtedy była Gwiazdą Wieczorną).

** Pamiętam swoją pracę z kursu pedagogicznego, gdzie była mowa o celach głównych i celach operacyjnych. Cele główne osiąga się poprzez cele operacyjne, ale cele operacyjne same w sobie nie są istotne o ile nie towarzyszy im cel główny.

*** Co przypomina sposób, w który Daniel Goleman opisuje inteligencję emocjonalną: ‘Upierałbym się przy twierdzeniu, że wspomniane różnice są spowodowane poziomem zdolności określanych tutaj mianem inteligencji emocjonalnej – do których należą: samokontrola, zapał, wytrwałość i zdolność motywacji. A umiejętności tych, jak się przekonamy, można dzieci nauczyć, dając im tym samym większą szansę wykorzystania potencjału intelektualnego wygranego na loterii genetycznej.’

**** W Silmarillionie J.R.R. Tolkiena Eru Iluvatar tworzy świat za pomocą muzyki: Na początku był Eru, Jedyny, którego na obszarze Ardy nazy­wają Iluvatarem; On to powołał do życia Ainurów, Istoty Święte, zrodzone z Jego myśli. Ci byli z Nim wcześniej, niż po­wstało wszystko inne. Rozmawiał z nimi i poddawał im tematy muzyczne. Ainurowie zaś śpiewali dla Niego i On radował się tą muzyką (…) – Chcę, abyście z tego tematu, który wam objawiłem, roz­winęli harmonijną Wielką Muzykę, a ponieważ natchnąłem was Niezniszczalnym Płomieniem, możecie, jeśli chcecie, wzbogacić temat własnymi myślami i pomysłami. A ja będę słuchał i ra­dował się, że za waszą sprawą wielkie piękno wcieli się w pieśń (…)z przeplatających się i nieustannie zmiennych melodii wzbiły się harmonijne dźwięki i popłynęły poza zasięg słuchu w głę­bie i wysokości, wypełniły przestrzeń, którą zamieszkiwał Iluvatar, przelały się przez jej granicę; Muzyka i echa Muzyki rozległy się w Pustce, aż przestała być pustką.