Tag Archives: noc

Odcinek 15: Skóra Foki. O powrocie duszy do domu

biegnaca z wilkami skora foki

“I’ll tell you something banal. We’re emotional illiterates. And not only you and I — practically everybody, that’s the depressing thing. We’re taught everything about the body and about agriculture in Madagascar and about the square root of pi, or whatever the hell it’s called, but not a word about the soul. We’re abysmally ignorant, about both ourselves and others. There’s a lot of loose talk nowadays to the effect that children should be brought up to know all about brotherhood and understanding and coexistence and equality and everything else that’s all the rage just now. But it doesn’t dawn on anyone that we must first learn something about ourselves and our own feelings. Our own fear and loneliness and anger. We’re left without a chance, ignorant and remorseful among the ruins of our ambitions. To make a child aware of it’s soul is something almost indecent…How can you understand other people if you don’t know anything about yourself? Now you’re yawning, so that’s the end of the lecture.”
Ingmar Bergman

Skóra Foki — Skóra Duszy

Dawno temu, w porze, która teraz przeminęła, lecz wkrótce powróci, każdy dzień wypełniało tylko białe niebo i biały śnieg, a małe czarne punkciki widoczne w oddali okazywały się ludźmi, psami albo niedźwiedziami.
W tych stronach nie żyje się za darmo. Wicher wieje tak silny, że ludzie rozmyślnie zakładają parki i mamleki (wysokie buty z foczej skóry) odwrócone na drugą stronę. Wymawiane słowa zamarzają w powietrzu, a żeby zrozumieć całe zdanie, trzeba je mówiącemu wyłamywać siłą spomiędzy warg i topić przy ogniu. Tutaj ludzie żyją pośród białych bujnych włosów starej Annuluk, naszej babki, prastarej czarownicy, która jest Ziemią. I w tej to właśnie krainie żył sobie człowiek… tak samotny, że z biegiem lat łzy wyżłobiły na jego policzkach głębokie bruzdy.
Próbował się uśmiechać, być szczęśliwy. Polował. Zastawiał sidła, tropił zwierzynę, twardo sypiał. Ale brakowało mu ludzkiego towarzystwa. Czasami, osiadłszy w kajaku na mieliźnie, patrzył na zbliżające się foki i przypominał sobie, co mówią stare legendy — foki były kiedyś ludźmi, a teraz jedynym śladem po tym są ich oczy, w których widać te same spojrzenia, mądre, gorące, kochające. Czasami czuł tak wielki przypływ bólu i samotności, że łzy toczyły mu się po głębokich bruzdach na twarzy.
Pewnej nocy wyruszył na polowanie tuż po świcie, ale niczego nie znalazł. Kiedy księżyc podnosił się na niebie, a kry lodowe zalśniły w jego świetle, człowiek podpłynął do wielkiej skały na morzu, a jego bystrym oczom wydało się, że coś się na niej porusza z nieskończonym wdziękiem.
Płynął powoli, głęboko zanurzając wiosła, by znaleźć się bliżej. Na szczycie skały wypatrzył grupkę tańczących dziewcząt, nagich jak w chwili narodzin. A że tak długo był samotny i po ludziach zostały mu tylko wspomnienia, zatrzymał się i patrzał. Kobiety wyglądały jak utkane z księżycowego mleczka, ich skóra migotała srebrnymi kropelkami jak łososie na wiosnę, a ich stopy i dłonie były smukłe, długie i piękne.
Tak niezwykłej urody były te dziewczęta, że usiadł oniemiały w łodzi, a woda uderzała o burtę, coraz bardziej przysuwając go do skały.
Słyszał śmiech tych pięknych istot… tak przynajmniej sądził, choć może to woda się śmiała, rozbijając się o urwisko. Był zmieszany i olśniony. W dziwny sposób poczucie osamotnienia, które ciążyło mu na piersiach jak mokra skórzana odzież, opuściło go i bez namysłu, jakby tak właśnie miało być, wyskoczył na skałę i zabrał jedną z foczych skór, które tam leżały. Ukrył się za występem skalnym i schował skórę za qutnguq (parką).
Wkrótce jedna z kobiet zawołała głosem tak pięknym, jakiego dotąd nie słyszał… zupełnie jak wieloryby śpiewające o świcie… nie, raczej jak małe wilczki baraszkujące wiosną… nie, ten głos był jeszcze piękniejszy, ale to nieważne, bo… co one robią?
A one zakładały na siebie focze skóry i jedna za drugą zsuwały się do morza, piszcząc i wołając radośnie. Oprócz jednej. Najwyższa z dziewcząt szukała wszędzie swojej skóry, lecz nigdzie jej nie było. I wtedy mężczyzna poczuł się ośmielony. Wyszedł zza skały i odezwał się:
Kobieto… zostań moją żoną. Jestem taki samotny…
Nie, nie mogę być niczyją żoną — powiedziała. — Nie jestem z twego rodu, jestem z rodu tych, co żyją temeqvanek — pod wodą.
Zostań moją żoną — nalegał mężczyzna. — Po siedmiu latach oddam ci foczą skórę i zrobisz, jak zechcesz, odejdziesz albo zostaniesz.
Dziewczyna-foka przyglądała się długo jego twarzy oczami, które wbrew jej pochodzeniu wydawały się ludzkie. Niechętnie odrzekła:
— Dobrze, pójdę z tobą. Po siedmiu latach zdecyduję, co robić.

Po jakimś czasie urodziło im się dziecko, które nazwali Uruk. Był to chłopczyk gibki i pulchny. W zimie matka opowiadała mu baśnie o podwodnych stworzeniach, podczas gdy ojciec strugał mu nożem niedźwiadki i wilki. Kiedy matka kładła Uruka spać, pokazywała mu przez otwór w suficie obłoki o różnych kształtach. Jednak nie widziała w nich kruków, niedźwiedzi ani wilków, lecz morsy, wieloryby, foki i łososie, bo te stworzenia dobrze znała.
Z biegiem czasu jej ciało zaczęło wysychać. Najpierw zwiotczało, potem zaczęło się kruszyć. Łuszczyła się skóra na powiekach. Wypadały włosy na głowie. Stała się naluaą — blada, prawie biała. Kiedyś tak krągła, schudła straszliwie. Usiłowała ukryć, że kuleje. Z każdym dniem jej wzrok się pogarszał. Musiała wyciągać ręce, by znaleźć drogę, bo prawie nic nie widziała.
I tak było, aż pewnej nocy Uruka obudził krzyk i chłopiec usiadł na futrzanym posłaniu. Ktoś ryczał niczym niedźwiedź — to jego ojciec wymyślał matce. Usłyszał też płacz, jakby srebrny pręt uderzał o kamień. To płakała jego matka.
– Siedem długich lat temu ukryłeś moją foczą skórę, idzie już na ósmą zimę. Chcę, żebyś mi zwrócił to, z czego jestem zrobiona — płakała kobieta-foka.
– Jeśli ci ją oddam, to zostawisz mnie, kobieto — grzmiał mąż.
– Nie wiem, co zrobię. Wiem tylko, że muszę mieć to, do czego należę.
– Zostanę bez żony, a chłopiec bez matki. Jesteś złą kobietą.
To mówiąc, mąż zerwał zasłonę z drzwi i zniknął w ciemności nocy.
Chłopiec bardzo kochał matkę. Bał się ją stracić i płakał tak długo, aż zasnął z wyczerpania. Obudził go wiatr. Dziwny to był wiatr; zdawało się, że woła jego imię:
— Uuuuruk, Uuuuruk.
Wstał z posłania i ubrał się tak pospiesznie, że założył parkę na odwrotną stronę, a mukluki (buty z foczej skóry) wciągnął tylko do połowy. Wciąż słysząc swe imię, wyszedł w rozgwieżdżoną noc.
— Uuuuruk.
Pobiegł na skalne urwisko i patrząc stamtąd na morze, daleko pośród wzburzonych fal na morzu zobaczył olbrzymią, kudłatą srebrzystą fokę… z wielką głową, z wąsami do piersi i żółtymi oczami.
— Uuuuruk.
Chłopiec spuścił się w dół po skale i poczuł pod stopami jakiś kamień… nie, to tobołek, który wytoczył się ze skalnej rozpadliny. Włosy chłopca opadły na twarz tysiącem zlodowaciałych kosmyków.
— Uuuuruk.
Chłopiec rozerwał tobołek i wytrząsnął jego zawartość — to była focza skóra jego matki. Poczuł jej zapach. A kiedy tulił skórę do twarzy i wdychał jej woń, dusza skóry zaczęła w nim trzepotać niczym letni powiew wiatru.
Zapłakał z bólu i radości i znów uniósł skórę do twarzy, i znów dusza matki przeszła przez jego duszę. Płakał, bo przepełniła go bezbrzeżna miłość do matki.
A stara srebrzysta foka w oddali zanurzyła się z wolna pod wodę.
Chłopiec wspiął się na urwisko i pobiegł do domu; focza skóra powiewała za nim, kiedy wpadł jak burza do domu. Matka podniosła go na rękach razem ze skórą i przymknęła oczy, wdzięczna losowi, że oboje są bezpieczni.

Zaczęła się ubierać w skórę.
— Matko, nie! — zakrzyknął chłopczyk.
Przygarnęła go, otoczyła ramieniem i kulejąc, biegła w stronę wzburzonego morza.
— Mamo, nie zostawiaj mnie!
Widać było, że pragnie zostać przy dziecku, chce tego, ale coś ją wzywało, coś starszego, potężniejszego od niej, od niego, od czasu.
— Mamo, nie! — odwróciła się do niego z wyrazem bezbrzeżnej, tragicznej miłości w oczach. Ujęła w dłonie jego głowę i tchnęła słodki oddech w jego płuca, raz, drugi, trzeci. I trzymając go pod pachą jak cenny tobołek, zanurkowała w morze, w dół, głęboko, a pod wodą oddychali lekko i swobodnie.
Płynęli przez głębiny, aż dotarli do podwodnej groty fok, gdzie przeróżne stworzenia śpiewały i jadły, tańczyły i rozmawiały, a olbrzymia stara foka, która nocą wołała Uruka, objęła go i nazwała wnukiem.
— Jak ci się wiedzie tam na górze, córko?

Kobieta-foka spojrzała w bok i rzekła:
– Skrzywdziłam człowieka, mężczyznę, który dał mi wszystko, co miał. Ale wrócić do niego nie mogę, bo zostałabym jego więźniem.
– A chłopiec? — spytał stary. — Mój wnuk? — Jego głos drżał z dumy, gdy to mówił.
– On musi wrócić, ojcze. Nie może tu zostać z nami. Jeszcze nie przyszedł jego czas. — I zapłakała, a po chwili płakali wszyscy razem.
Minęło tak kilka nocy i dni, dokładnie siedem, a w tym czasie blask powrócił we włosy i oczy kobiety-foki. Nabrała rumieńców, jej wzrok się poprawił, ciało odżyło, pływała z wielką gracją. Wreszcie przyszedł czas, by chłopiec wrócił na ląd. Tej nocy dziadek i piękna matka chłopca popłynęli, trzymając go między sobą. Wypłynęli na powierzchnię. Łagodnie umieścili Uruka na skalistym brzegu w promieniach księżyca.
Matka zapewniała go:
— Zawsze będę z tobą. Dotknij tylko, czego ja kiedyś dotykałam, moich patyków do krzesania ognia, mego ulu (noża), kościanych wydr i fok, które dla ciebie wyrzeźbiłam, wtedy tchnę oddech w twoje płuca, byś mógł wyśpiewać swe pieśni.
Stara srebrzysta foka i jej córka ucałowali dziecko wiele razy. Wreszcie oderwali się od niego, odpłynęli w morze i rzuciwszy na chłopca ostatnie spojrzenie, znikli w kipieli fal. A Uruk został, bo jego czas jeszcze nie nadszedł.
Z biegiem czasu chłopiec wyrósł na znaczącego bębniarza, pieśniarza i gawędziarza, a ludzie powiadali, że to wszystko dlatego, że w dzieciństwie potężne focze duchy wywiodły go w morską głębinę. Potem często widywano go, jak w szarej porannej mgle, uwiązawszy kajak, klęczał na morskiej skale i rozmawiał z foczą samicą, która często pojawiała się na brzegu. Choć wielu na nią polowało, nikomu nie udało się jej złowić. Nazywają ją Tanqigcaq (jasna) i mówią, że chociaż jest foką, w jej oczach widać ludzkie spojrzenie, mądre, gorące i kochające.
———————————————————

Ta opowieść to wyższa szkoła jazdy, dlatego zostawiłam ją niemal na koniec.

Ta opowieść wymaga spojrzenia głębiej w swoją duszę.

Dusza. Niezbyt chętnie używane słowo, prawda? Zbyt mocno kojarzy się z religią, ponadto w mocno zracjonalizowanej kulturze zachodniej wszystko co nie jest jasne, logiczne, ściśle odmierzone i odważone może wydawać się podejrzane.

Dlatego właśnie spojrzenie wgłąb siebie i zadbanie o swoją duszę wydają się takie trudne. Jednak zakładam, że po czternastu odcinkach jesteśmy na to wszyscy gotowi, a czytając to o czym pisze dr E, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że już gdzieś tę opowieść czytałam i to nie raz, tylko w innej wersji. Ale o tym na samym końcu.

Motyw opuszczenia domu w krainie sił nadprzyrodzonych i zejścia na ziemię pojawia się we wszelkich mitologiach od niepamiętnych czasów, motyw ukrycia prawdziwej natury pod postacią zwierzęcia znamy z wielu legend z całego świata. Baśnie o zwierzętach tajemniczo spokrewnionych z ludźmi opowiada się na całym świecie, bo przekazują one archetypową, uniwersalną wiedzę o duszy. Czasem baśnie i opowieści ludowe tkwią korzeniami w duchu konkretnego miejsca, szczególnie bliskiego duszy. Baśń, którą przytoczę, powstała w zimnych krajach Północy, a opowiada się ją wszędzie tam, gdzie jest lodowate, zamarzające morze lub ocean. Jej różne wersje spotykamy u Celtów (np. Szkotów), plemion Indian Ameryki Północnej, na Syberii i w Islandii. Opowieść zwykle nazywa się Dziewczyna-foka, Selkie-o, Pamrauk, Mała Foka albo Eyalirtaą, Ciało Foki (…) U różnych ludów świata, nie wyłączając mieszkańców regionów okołopolarnych i zachodniej Afryki, spotykamy wierzenie, że człowiek dopóty nie może zacząć prawdziwego życia, dopóki jego dusza nie zrodzi ducha, dopóki go nie wychowa, nie wykarmi, nie napełni siłą. Według tych wierzeń dusza powraca potem do swego dawnego, dalekiego domu, a duch zaczyna samodzielne życie w świecie.

FOKA JAKO SYMBOL DUSZY

Aby zrozumieć dlaczego foka ma taką a nie inną symbolikę trzeba najpierw przyjrzeć się życiu tego zwierzęcia. Jest stworzeniem wodnym, to oznacza, że na co dzień obcuje z wodą symbolizującą uczucia i nieświadomość. Na brzeg wychodzi tylko po to by urodzić i wychować młode. Cały proces zajmuje około dwóch miesięcy, po tym czasie pielęgnowane troskliwie małe foki są gotowe by żyć samodzielnie. Ludzie żyjący w pobliżu tych zwierząt twierdzą, że foki są z natury łagodne, ufne i przystępne, łatwo się przywiązują, ale potrafią też szybko wyczuć niebezpieczeństwo i oddalić się z niebezpiecznego miejsca albo obronić przed atakiem przeciwnika.

Continue reading

Syn Marnotrawny

 

SYN MARNOTRAWNY

Powiedział też: «Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: “Ojcze, daj mi część majątku, która na mnie przypada”. Podzielił więc majątek między nich. Niedługo potem młodszy syn, zabrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie. A gdy wszystko wydał, nastał ciężki głód w owej krainie i on sam zaczął cierpieć niedostatek. Poszedł i przystał do jednego z obywateli owej krainy, a ten posłał go na swoje pola żeby pasł świnie. Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, którymi żywiły się świnie, lecz nikt mu ich nie dawał. Wtedy zastanowił się i rzekł: Iluż to najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę. Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mię choćby jednym z najemników. Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca. A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go. A syn rzekł do niego: “Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem”. Lecz ojciec rzekł do swoich sług: “Przynieście szybko najlepszą szatę i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi! Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i bawić się, ponieważ ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się”. I zaczęli się bawić.
Tymczasem starszy jego syn przebywał na polu. Gdy wracał i był blisko domu, usłyszał muzykę i tańce. Przywołał jednego ze sług i pytał go, co to ma znaczyć. Ten mu rzekł: “Twój brat powrócił, a ojciec twój kazał zabić utuczone cielę, ponieważ odzyskał go zdrowego”. Na to rozgniewał się i nie chciał wejść; wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedział ojcu: “Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę”. Lecz on mu odpowiedział: “Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy. A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył, zaginął, a odnalazł się”».

(Łk 15, 11 – 32, text za Biblią Tysiąclecia)

——————————————————–

Drogie Dzielne Dusze: O Miłości i Ograniczeniach. Zbliżają się święta i rodzina częściej niż zwykle przychodzi na myśl…

Pamiętacie opowieść zatytułowaną Król Olch, o której wspominałam? Król Olch zagrabia duszę dziecka, ponieważ ojciec ignoruje jego obecność. W balladzie ojciec i syn jadą konno przez las do domu. To koń przyspiesza, gdy wyczuwa obecność Króla Olch, który zbliża się by pochwycić dziecko, ojciec powtarza mu, że coś sobie ubzdurało, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa i wszystko jest w porządku. Koń pędzi jak szalony do domu, lecz jest już zbyt późno, Król Olch zmroził serce dziecka, bo ojciec nie potrafił dorosnąć do rzeczywistości.

Jest także inna historia, w której można odnaleźć analogię.

Podoba mi się przypowieść o synu marnotrawnym, który wyruszył do pełnego blasku miasta, roztrwonił swój majątek, zachowywał się okrutnie i egoistycznie przy każdej okazji, jego umysł opanowała choroba tak że stał się chory i odpychający dla innych. Żył w amnezji własnej duszy, przez co osądzał, krzywdził i nie był w stanie odpuścić ani dostrzec, że sam sobie zadaje rany i sam siebie zamyka w więzieniu niezasłużonego samochwalstwa oraz niesprawiedliwego obwiniania innych.

Co mi się podoba? To że jego ojciec co wieczór wychodził na drogę, żeby sprawdzić czy jego syn nie wraca. Wieczór za wieczorem ojciec czuwał. A co podoba mi się jeszcze bardziej? To że ojciec nie porzucił pracy na roli, w obejściu i w domu tylko co dzień żył pełnią życia. W jego umyśle istniało małe światełko pozwalające przez kilka chwil każdego wieczoru mieć nadzieję, że pewnego dnia jego chłopiec porzuci życie w kłamstwie, złodziejstwie oraz okrucieństwie i powróci do domu, i do postępowania zgodnie z jasnym umysłem, w czystości intencji i z sercem otwartym na innych.

Jedną z najbardziej uderzających rzeczy w tym starym wieloodcinkowym dramacie rodzinnym jest to że ojciec nadal pracuje, pomaga, żyje w pełni i żyłby tak niezależnie od tego czy jego syn powróciłby do domu i podjął na nowo zrównoważone mentalnie, duchowo i fizycznie życie, czy nie. To że jego dziecko ostatecznie dotarło do domu i błagało o wybaczenie za wyrządzone krzywdy było dla niego tylko dodatkowym błogosławieństwem.

Ale to nie jest historia z gatunku “i żyli długo, i szczęśliwie”, jest w niej element, który może przysłużyć się współczesnym umysłom i sercom: gdy syn marnotrawny powraca do domu, jego ojciec jest tak zadowolony, że wydaje na jego cześć ucztę.

Jednak drugi z synów, pyta ojca dlaczego świętuje jego powrót skoro ma przy sobie jego, lojalnego, oddanego syna, który nigdy nie dał się zwieść na manowce i stale pracował u jego boku oraz dbał o jego interesy (podczas gdy pierwszy z synów zdziesiątkował majątek postępując jak mu się żywnie podobało). A mimo jego lojalności ojciec nigdy nie wydał na cześć drugiego syna uczty.

Ojciec odparł na to, Bądź zadowolony, że twój brat jest znowu w domu. Ale rzeczywistość ojca nie jest rzeczywistością drugiego syna ani nawet syna marnotrawnego. Rzeczywistość ojca koncentruje się na fakcie odzyskania, a nie na równowadze i równorzędności.

Dlatego chcę tylko powiedzieć…żyjcie w pełni tu i teraz, ale pamiętajcie o przygotowaniu uczty dla tych którzy walczą z przeciwnościami po to by być wiernymi i lojalnymi wobec was, nie tylko dla tych, którzy pogubili się na skutek swoich własnych wyborów. Ten, kto się zagubił zasługuje na to by świętować, kiedy powróci na właściwe tory, bo prowadzi do tego często długa i ciężka droga. Ale ten, kto mimo wszelkich przeciwności pozostaje wobec ciebie lojalny i jest zawsze wtedy gdy go potrzebujesz właśnie za to zasługuje na świętowanie. Bycie oddaną duszą, która trwa stale przy tobie to też czasami długa i ciężka droga.

Żyjcie w miłości i w pełni, tu i teraz. Celebrujcie często wiele dusz i wiele rzeczy, nawet jeżeli byłby to tylko smak najbardziej pomarańczowej pomarańczy zimą czy sorbetu w lecie. Zauważajcie tych, którzy  sprawiają, że dobrze się czujecie, czy to będzie rodzic, dziecko, przyjaciel czy krewny i pokazujcie im, że oni również są dla was ważni. Równorzędność to inne określenie na duchową równowagę, która wiele znaczy dla tych, którzy cię kochają.

Z miłością
dr.e

Król Olch

By Nie Zapomnieć: Dziecko Zrabowane przez Króla Olch

Starsze osoby w rodzinie opowiadały smutnym szeptem balladę o Królu Olch, który kryje się w ciemnych zaroślach i czai się na delikatne, dziecięce serce. Król Olch wypacza je, oślepia, degeneruje niewinny umysł, wpija się jak wampir w tańczący duch dziecka.

Rezultat jest przerażający: Król Olch, pożywiwszy się na dziecięcym duchu, kroczy zadowolony ukazując zęby szczura i paskudny uśmiech, zadowolony bo najadł się i napełnił brzuch.

Z dziecka zostaje niewiele, tylko oczy w ciemnych obwódkach, skóra tak blada, że prześwitują przez nią niebieskie, puste żyły i zdezorientowane serce.

Duch może zostać zrabowany przez Króla Olch na wiele sposobów. Ktoś może się zastanawiać się w jaki sposób tak potworny intruz może zagarnąć czy to dziecko, czy dorosłego, czy rządzącego, czy subkulturę, czy hierarchię bez bicia na alarm i wzywania do walki.

Ballada Johanna Wolfganga von Goethe, oparta na starej historii o Królu Olch, może pomóc nam zrozumieć jak chronić duszę w sobie i w innych przed nienawistnymi czynami Króla Olch.

Oto fragment ballady w tłumaczeniu

Zapada już noc i wicher dmie.
Kto o tej porze na koniu mknie?
Z dzieckiem w ramionach, w mroku bez dna;
To ojciec z synkiem do domu gna.

– Dlaczego, synku, odwracasz wzrok?
– Nie widzisz, tato? Popatrz tam, w bok.
Król olch mnie wabi, korona mu lśni.
– To tylko mgła. Coś ci się śni.

W naszej rodzinnej wersji tej ballady, tak jak w poemacie Goethego, ciemną nocą ojciec z synem w ramionach jadą powoli na rumaku przez głęboki las. Jednak Król Olch wyczuwa zapach, “niewinność dziecka” i tak jak drapieżnik jakim jest, zaczyna śledzić młodego.

Dziecko, w przeciwieństwie do nieświadomego ojca, doskonale zdaje sobie sprawę z jego obecności.

Widzi Króla Olch wyraźnie, przylega mocniej do piersi ojca i krzyczy ze strachu. Ale ojciec odrzuca lęki dziecka i mówi, że wyobraża sobie tylko złowrogą siłę, która nie istnieje…podczas gdy żarłoczny potwór wyciąga szpony by poprzez ciemne gałęzie drzew dosięgnąć dziecko i wykrzywić jego umysł na swoje własne koślawe podobieństwo.

Kiedy mówi Król Olch, jedynie czyste, czujne dziecięce serce może go usłyszeć.

– Mój miły chłopcze, chodź-że tu!
Będziemy się bawić, aż zbraknie tchu.
Wspaniałe miejsca nad brzegiem znam
I pozłacany mój szal ci dam?

Dziecko błaga ojca by ten się obudził i zdążył umknąć niebezpieczeństwu.

“- Ach, tato, tato! Słyszysz ten śpiew?
To znów król olch, to znów jego zew.

Jednak ojciec nie jest w stanie wyrwać się z duchowego letargu.

– Spokojnie, synku, to wiatru świst.
To szelest liści lub ptaków gwizd.”

Ballada toczy się w rytmie “starożytnej mitycznej trójki”: dziecko trzy razy ostrzega o realnym zagrożeniu i trzy razy prawda jest zaprzeczana przez tego, kto powinien go chronić. Gdy tylko dziecko krzyczy: “Popatrz, popatrz!”, ojciec tego nie robi, nie słucha, bo stracił instynkt by wyczuwać drapieżców. Lekceważy więc zagrożenie:

– Nie, synku, nie! To żaden znak.
To próchno się sypie i świeci tak..

Jednocześnie rumak ojca zaczyna galopować jak gdyby goniło go stado demonów, ojciec nie jest już w stanie utrzymać go na wodzy.

Jednak Król Olch dogania ich, obiecując dziecku cuda, jakie mu się nie śniły i mamiąc niezwykłymi obrazami, które sprawiają, że dziecko staje się coraz bardziej oszołomione i bezbronne, aż w końcu przestaje czuć. Jego duch nie jest w stanie znosić dłużej takiej napaści. Nie bronione zawzięcie, lecz pozostawione same sobie, dziecko poddaje się i obumiera.

Na końcu tego starożytnego tematu w opowieściach i w niektórych częściach ludzkiej natury, Król Olch, złowrogi Flecista z Hameln, złodziej dusz, wmawia dziecku swoją miłość. Widząc, że jest ono już osłabione i niemal się poddało, Król Olch cieszy się ponurą radością.
W końcu dziecko szepcze prawdę po raz ostatni:

– Ach, tato, tato! Porywa mnie król!
Ciemnieje mi w oczach, przeszywa ból.

Ojciec, widząc, że jego syn stał się blady i osłabiony, zmusza w końcu konia do pełnego galopu próbując ocalić ukochane dziecko

Rumak przyspiesza, co sił, co tchu;
Biegnie na przełaj, po trawie, mchu.

Ale nie udaje się mu go uratować. Pomimo szarży konia, dziecko leży bez życia w ramionach ojca ze szklistymi oczyma i wiotkim ciałem.

I oto światło: dom tuż-tuż.
Niestety! Dziecko nie żyje już.

A jednak, jak to mówią starsi ludzie opowiadający tę balladę, jest promyk światła w owej straszliwie ponurej historii. Znajdziemy w niej sposoby na uleczenie i ożywienie ducha, jeżeli tylko będziemy zadawać mądre pytania i nie pozwolimy by ogarnęła nas niepamięć.

Co i jak sprawia, że tak łatwo składamy naszego dziecięcego ducha na ofiarę całopalną, dlaczego tak łatwo oddajemy go szkodliwym mocom?

Oto podpowiedź:
Poprzez zapomnienie. Ballada zmierza ku tragicznemu końcowi, ponieważ ojciec o wiele wcześniej sam został schwytany przez Króla Olch. Główny obrońca tak się przyzwyczaił do życia jako osłabione, uległe “ja”, że uważa porwanie przez Króla Olch za wręcz niegodne uwagi zdarzenie. Ojcu nakazano jawnie lub subtelnie by nigdy nie tęsknił ani nie szukał ważnej części samego siebie, serca i ducha, jakie zrabowano mu dawno temu.

W ten sposób zranieni ranią nie zranionych.

To nie tak, że ojciec jest oziębły. Jest na swój sposób głęboko zraniony i przez to rozdarty między tym co widoczne a ukrytą prawdą. Ostatecznie jednak trwa w ślepocie tak jak sobie tego życzy Król Olch.

Ale to nie koniec historii.

Kiedy ta ballada była opowiadana w naszej rodzinie, starsze kobiety wywodzące się z plemion zapalonych jeźdźców i jeźdźczyń, nachylały się ku zapalonej lampce i potrząsając ostrzegawczo palcem mówiły, że Król Olch wygląda jak zwykli ludzie. Szuka zdobyczy wśród najczystszych umysłów, najsłodszych serc, najbardziej twórczych umysłów tych, którzy pozostają naiwni czy to celowo, czy z niewiedzy.
Uczyły, że Król Olch chodzi wśród nas w blasku dnia, lecz kradnie duszę w mrokach lasu, tak by nie widzieli tego inni.
To klacz w baśni pokazuje nam jak chronić ducha. Jest jedyną, która ma na tyle instynktu by uciekać jak może najszybciej i próbować ocalić życie tych, których niesie.
(I w tym momencie w rodzinie zaczynała się zazwyczaj długa dyskusja na temat tego jak klacz potrafi przewidywać lepiej niż ogier.) Koń jest też jedynym, który oprócz dziecka widzi Króla Olch.
Chociaż ojciec próbuje trzymać konia na wodzy zbytnio opóźniając w ten sposób ucieczkę, starsi opowiadacze zachęcają nas abyśmy zachowywali się jak koń, a nie jak ojciec, gdy mamy ratować ducha czyli działać zgodnie z “końskim instynktem” i nie zasypiać, ale w chwili zagrożenia biec w pełni świadomym, by ocalić i chronić duszę oraz ducha.
Koński instynkt to zdrowy rozsądek, co oznacza intuicję nakazującą dokładne sprawdzenie osób i masek, za jakimi kryją swoje prawdziwe “ja”, a nie podążanie przez życie z zapieczętowanymi oczyma i sercem przerażonym tym, że miałoby rozwikłać wszystkie złożoności tego, co kryje się za fasadą.

Bądźcie odważni! W naszych kulturach też są ukryci Królowie Olch, warto jest ćwiczyć się w byciu na nich odpornymi.

Ty i ja jako starzy opowiadacze jesteśmy dosyć odmiennymi istotami w obecnych czasach (choć traktuję odmienność jako błogosławieństwo, bo jest ona często pierwszym znakiem od Stwórcy, że czekają na nas wyjątkowo dobre zadania do wypełnienia na Ziemi).
W przedziwny sposób często żyjemy w wielu czasach jednocześnie: w nowoczesności, pół – nowoczesności, starożytności, a być może także w etniczności (czy przynajmniej kategorii rasowej), w społeczności lokalnej, kulturze religijnej, edukacyjnej, rodzinnej, świeckiej, kulturze pracy wewnętrznej, kulturze uświęconej pracy, kulturze zadaniowej i innych. Aby uodpornić  się na wpływy Króla Olch trzeba dążyć do tego by pozostać czujnym, nie dawać się wodzić za nos heroicznym fantazjom ani pozwolić się oszukać tym, którzy sprowadzają nas do lasu tylko po to, by rzucić się na nas jak wampiry.

W psychice każdego z nas grasuje wewnętrzny drapieżca, tak samo jak w grupie czy kulturze. Zneutralizować zagrożenie znaczy poświęcać czas na to by rozwijać świadomość, widzenie, umiejętność spoglądania głębiej, z góry, dookoła, pod spodem…  Zneutralizować zagrożenie znaczy nie pozwolić dać się zniszczyć przez myślenie “to wszystko przeze mnie, to na pewno nie jest wina nikogo ani niczego innego”, to nie dać innym zjeść się żywcem ani złamać ducha (czy to własnego czy innych).
Być czujnym nie znaczy wypatrywać potworów tam, gdzie ich nie ma, ale nie dać się omotać prawdziwemu diabłowi, gdy kroczy przed nami i próbuje, świadomie czy nieświadomie,  zagarnąć swoimi ciemnymi mocami światło naszych dusz.
To bycie obserwatorem. To, w jakikolwiek sposób możemy, naprawianie, odbudowanie więzi, leczenie serca i ducha, tych z którymi mamy styczność.
Bez wątpienia wszyscy idziemy przez głuchy las…komu uda się odeprzeć atak Króla Olch i wyjść cało z opresji? Miejmy nadzieję, że każdemu z nas na swój własny sposób.

Istnieją cztery godne uwagi działania, które pomagają wyleczyć się i nabrać sił po spotkaniu z Królem Olch czyhającym w społeczeństwie, w innych i w nas samych.

Działania te łatwo wprowadzić w życie, jeżeli w skupieniu zadaje się pytania: Jak postępować? W jaki sposób to osiągnąć? Proszę o pomoc Wyższe Siły, wyślijcie do mnie wsparcie w takiej postaci, abym mógł je rozpoznać. Jeżeli znajduję się na dobrej ścieżce, to czy moglibyście wysłać mi, proszę, chociaż najmniejszy znak?  Przyrzekam, że będę bacznie obserwować.

Działania te są wzmocnione, jeżeli przeprowadzi się przegląd wewnętrznych sił, zarówno tych zdobytych dzięki doświadczeniom przeszłości jak i tych, które obecnie wydają się słabymi punktami.

Wszystkie te cztery aspekty pomogą nam powoli przywrócić do życia zrabowane dziecięce serce, rozmiękczyć je jeżeli stwardniało, wypuścić ducha w przestrzeń jak statek w morze, wyostrzyć wzrok by chronić duszę i ducha, pogłębić postrzeganie by widzieć co kryje się pod warstwami czy maskami i ustawić cel tak by mieć przed oczyma perspektywę bez banalizowania. Kombinacja tych czynności pomoże nam pospieszyć ducha by wykonywał dobrą robotę. Co to oznacza? To oznacza uczenie się tego, by niebezpieczną i bolesną przeszłość przerobić w pozytywny sposób, by ożywić najgłębsze, niezniszczone warstwy duszy oraz ducha i pozwolić im działać z oddaniem oraz dobrą wolą, a także by mieć inteligentne, czasem nawet ironiczne, poczucie humoru.

Oto działania warte uwagi:
Dociekanie: nieustanne baczne przyglądanie się i mówienie o tym co się widzi – w ten sposób rośnie szansa, że dostrzegą to także inni. Ktoś może nazwać to powtarzaniem jak zdarta płyta czy trąbka sygnałowa grająca uparcie najważniejszą melodię. Dążenie do mówienia lakonicznie, ale ze współczuciem to właśnie to, co stanowi największą wartość na tym polu. Niezapominanie oznacza, że pamiętanie o mówieniu jest siłą.
Wybaczanie: gdy dokonuje się postęp w ocenianiu i uświadamianiu tego w jaki sposób doszło do rażących konfliktów, w duchu narasta pragnienie by zadawać pytania i próbować zrozumieć. To co da się zrozumieć, często można w jakiś sposób wybaczyć, a to pomaga w naprawieniu, umocnieniu tych, którzy zostali skrzywdzeni czy to przez niesłuszną, lecz szkodliwą krytykę samych siebie, czy przez rany zadane przez drapieżcę z zewnątrz. Niezapominanie oznacza pamięć, że wybaczenie jest siłą.
Zapomnienie: im bardziej leczymy się z dotyku Króla Olch, gdy odwracamy naszą uwagę od szkodliwych wydarzeń tak jak reflektory od sceny tym bardziej poddajemy się zdrowemu dla ducha “zapomnieniu”. O ile kiedyś potrzebowaliśmy tych reflektorów by dokładnie wskazać i ujawnić Króla Olch tak w codziennym życiu możemy skoncentrować się na innych aspektach. Światła mogą być zgaszone po to byśmy nie byli karani ani powstrzymywani od aktywnego życia poprzez pozostawanie uwięzionym w pamięci o bolesnej przeszłości. Taki rodzaj “zapominania” nie oznacza zaśnięcia tylko przestawienie uwagi na inne rzeczy przy jednoczesnym trwaniu w koncentracji i czujności. Zapomnienie w tej formie i przestawienie najjaśniejszego światła ku nowemu życiu stanowi o sile.

Skupienie: Tak jak skóra z ran tak duch również leczy się warstwami. W trakcie procesu uzdrawiania duch o dziecięcym sercu będzie wysyłał nam małe podpowiedzi jako że jest on najbardziej zainteresowany tym, by decydować gdzie skierować swoją energię i tym jak żyć prawdziwym życiem po spotkaniu Króla Olch. Ta część naszej osobowości wie najlepiej jak używać energii, która przychodzi po ucieczce i po tym jak stawiło się czoła wiedzy o tej bardziej szorstkiej rzeczywistości. Chciałabym przypomnieć, że w świecie, który często nachyla się niebezpiecznie ku nieświadomości, naprawdę potrzebne są świadectwa tych, którzy choćby znajdując się w połowie drogi mogą potwierdzić, że już przebrnęli przez burzę. Niezapominanie oznacza, że świadomość własnej opowieści stanowi o sile, nie tylko dla siebie samych, ale z całą pewnością także dla innych unoszących się na powierzchni i dla tych, którzy wiosłują im na pomoc.

By wprowadzić w życie to ostatnie działanie, sugeruję delikatnie by niektórzy z nas skoncentrowali się na wyostrzaniu wzroku, słuchu i innych zmysłów po to by zrozumieć gdzie naprawdę należymy. Do jakich osób i klanu przynależmy, jaki wkład ma nasza praca w rozwój otoczenia…niezapominanie o głębszym postrzeganiu sprawia, że stajemy się twórczy i nawet jeżeli twórczość ta pochodzi z głębokiego zranienia w przeszłości, najostrzejsze zmysły mimo wszystko nadal pragną widzieć dobro. To najlepszy dowód na to, że duch o dziecięcym sercu został wskrzeszony.

“Against Forgetting: Children Stolen by The Erl King” ©2009, excerpt
from La Pasionaria, “I Am Not Needed There,” ©1970, both by Dr. C.P.
Estés, All Rights Reserved. Permissions: projectscreener@aol.com

————————————————————————

Text nie pochodzi z Biegnącej z Wilkami, ale z fragmentu przygotowywanej do wydania książki La Pasionaria na stronie http://ncronline.org/blogs/el-rio-debajo-del-rio/against-forgetting-children-stolen-erl-king. Na końcu znajduje się jeszcze wiersz, ale jego tłumaczenie pominęłam.

Ballada Król Olch autorstwa Johanna Wolfganga Goethego w przekładzie Antoniego Libery.

 

Odcinek 9: Trzy Złote Włosy. O zmęczeniu, starości i odnowie

biegnaca z wilkami trzy zlote wlosy

 TRZY ZŁOTE WŁOSY

Było to dawno temu, podczas głębokiej, ciemnej nocy—jednej z tych nocy, kiedy ziemia wydaje się czarna, a drzewa wyglądają jak zaciśnię­te pięści wyciągnięte do nieba. Właśnie w taką noc szedł przez las samotny stary wędrowiec. Choć gałęzie drapały mu twarz, kłuły w oczy, oślepiały, cały czas trzymał przed sobą mały, dogasający kaganek.

Wędrowiec stanowił niesamowity widok — długie żółte włosy, krzywe pożółkłe zęby i zakrzywione paznokcie. Plecy miał przygarbione, jakby niósł worek mąki, a był tak stary i zgrzybiały, że skóra na twarzy, rękach i biodrach zwisała w luźnych fałdach.

Starzec przedzierał się przez las, wlókł się, chwytając gałązek, ledwie dysząc.

Stopy paliły go jak ogniem. Sowy w koronach drzew pohukiwały razem z jego skrzypiącymi stawami, kiedy krok po kroku posuwał się naprzód. W oddali migotało małe światełko; była tam chatka, ogień, przytulne miejsce, do którego zdążał. Kiedy podchodził do drzwi, jego latarenka już dogasała, a był tak wycieńczony, że upadł na progu.

Wewnątrz przed ogniem buzującym na kominku siedziała kobieta. Gdy tylko starzec pojawił się w drzwiach, podbiegła do niego, podniosła, objęła ramionami i przeniosła do ognia. Trzymała go w ramionach, jak matka trzyma dziecko. Siedziała i kołysała się z nim w fotelu na biegunach. Przesiedzieli tak całą noc — biedny, słaby starzec jak worek kości i silna, choć też wiekowa kobieta kołysząca go i powtarzająca, że już wszystko dobrze.

Przed samym świtem starzec zaczął młodnieć; był teraz pięknym młodzieńcem o gęstych, złotych włosach, silnych rękach i nogach. A ona dalej go kołysała.

Czas płynął, a młodzieniec zmieniał się w małego, ślicznego chłopczyka o pszenicznych złotych włosach.

O brzasku stara kobieta wyrwała szybko trzy złote włosy z główki dziecka i rzuciła na drewniane deski. Rozległ się dźwięk: tiiii, tiiii, tiiii.

A dziecko zsunęło się z jej kolan i pobiegło do drzwi. Odwróciło się do niej na chwilę, uśmiechnęło promiennie i wzbiło w niebo, by stać się błyszczącym, porannym słońcem.

——————————————————————————————–

Opowieść o Trzech Złotych Włosach jest zakończeniem tryptyku, w którym wraz z opowieściami o Dziewczynce z Zapałkami i La Lloronie dr E opowiada o obchodzeniu się z własną naturą i atakami na nią. Jest krótka, ale pełna znaczeń. Dzieje się w nocy, kiedy nie musimy zakładać masek, jesteśmy czujniejsi i szczególnie polegamy na zmysłach, to noc odsłania przed nami nasze prawdziwe uczucia, a także pozwala przemówić podświadomości uruchamiając marzenia senne. W mitach noc to świat, którym włada Matka – Noc, stworzycielka świata. To Odwieczna Matka Dni, starucha znająca Życie i Śmierć. Nadejście nocy w baśniach można interpretować jako zstąpienie w nieświadomość. San Juan de la Cruz (Święty Jan od Krzyża) nazywał ten stan ciemną nocą duszy. W opowieści noc oznacza czas, kiedy życiowa energia, wyobrażana przez postać bardzo starego mężczyzny, rozprasza się, staje się coraz słabsza. To czas, kiedy — pod jakimś ważnym dla nas względem — idziemy ostatkiem sił. Powody naszego wyczerpania mogą być różne: czasami wynika ono ze zwyczajnego przemęczenia fizycznego, czasami z tego, że nasze plany są dopiero wdrażane w życie i nie widzimy jeszcze efektów, często dlatego, że podczas gdy my sami rozwijamy się, uczymy i wzrastamy, nasze otoczenie pozostaje na tym samym poziomie. To tak jakbyśmy samotnie, powoli ale bez ustanku, wspinali się we na wielką górę, a nasze otoczenie całą gromadą gnało autostradą u podnóża nie wiedząc nawet dokąd zmierza, jednak ani na chwilę nie myśląc aby zatrzymać się, zastanowić, wysiąść z samochodu i rozejrzeć dookoła. W najlepszym wypadku nasza wspinaczka będzie ignorowana, ale często na tym się nie skończy, bo otoczenie, nie znosząc naszej odwagi alpinisty, będzie usiłowało ściągnąć nas w dół i zrównać do swojego poziomu. Wtedy wchodzenie na szczyt wyczerpuje nas o wiele bardziej. W takiej sytuacji najgorsze, co można zrobić, to usiłować za wszelką cenę pozbierać siły. To nic nie da. Jak pokazuje baśń, właściwą rzeczą jest usiąść w spokoju i się kołysać. Cierpliwość, wyciszenie i delikatne kołysanie odnawiają twórcze myśli. Niejedna kobieta nazwałby taką chwilę luksusem. Dzika Kobieta nazywa to koniecznością.

To normalne, że co jakiś czas wyczerpują się nasze siły i entuzjazm. To normalne, że obserwując to co się dzieje dookoła, tracimy niewinność spojrzenia na świat. Mądrość nie tylko jest niełatwa do zdobycia, ale też boli, nie mówiąc już o tym, że przynosi wewnętrzne poczucie osamotnienia. Jest to faza naturalnego cyklu, nadchodząca, kiedy nasze idee zużywają się, kostnieją albo kiedy to my tracimy świeżość spojrzenia. Jesteśmy stare i zgrzybiałe jak staruszek w baśni Trzy złote włosy. Istnieje wiele teorii wyjaśniających bloka­dy twórcze, w rzeczywistości jednak ich łagodne postacie przycho­dzą i odchodzą jak pory roku, jak zmieniająca się pogoda — z wyjąt­kiem blokad psychicznych, o którym mówiłam wcześniej, takich jak niemożność dotarcia do własnej prawdy, lęk przed odrzuceniem, obawa przed artykulacją własnej wiedzy, obawa przed niekompetencją, zatru­cie głównego nurtu twórczego, nastawienie na przeciętność lub naśla­downictwo. Doskonałość powyższej opowieści polega na tym, że zarysowuje całkowity cykl rozwoju idei twórczej; małe płonące światełko symbolizuje oczywiście samą ideę, która powoli wyczerpuje się i niemal gaśnie, zgodnie z naturalnym cyklem. Jesteśmy tak jak Pustelnik z dziewiątego Wielkiego Arkanu Tarota.

Starzec w baśni kroczy z wielkim trudem, ale wie dokładnie, gdzie zmierza: do chaty, gdzie mieszka ta, która uosabia siły przyrody, starożytna Bogini Matka spotykana we wszystkich kulturach taka jak Gaja, Kobieta – Pająk, Kuan Yin czy Yemanya. Starzec jest jak Wasylisa, zmierzająca nocą mimo wszelkich przeciwności prosto do domu Baby Jagi. W baśni spotykamy znów starą La Que Sabe — kobietę, która ma dwa miliony lat. To Ta, Która Wie. W jej ramionach, przy ogniu, przechodzimy odnowę, odczuwamy przypływ nowych sił. To do tego ognia i do tych ramion wlecze się osłabiony starzec, bez nich musiałby zginąć.

Powiedzmy sobie wprost: żyjemy w kulturze, która brutalnie i bezwzględnie depta i wgniata w ziemię nasze naturalne cykle. Nasi przodkowie, którzy tworzyli baśnie i przekazywali je następnym pokoleniom żyli innym rytmem, byli zsynchronizowani w pierwotny sposób z czasem, zmianą pór roku itd. Był moment pracy, a potem moment żniw i odpoczynku. Połowę roku siano, uprawiano i zbierano plony, a drugą połowę spędzano siedząc przy nikłym świetle świec, przędąc i opowiadając historie. My żyjemy w chwili niewyobrażalnego wręcz przyspieszenia. Otaczają nas samochody, samoloty, metro, telewizyjne i radiowe stacje z całodobowymi wiadomościami, Internet, komórki, itd. Jesteśmy atakowani zewsząd bodźcami. Spieszymy się. Wszystko jest na wczoraj.  Nasze dusze i ciała nie są do tego przystosowane. Nasze dusze i ciała są duszami i ciałami, które ukształtowały się w czasach ludów rolniczych, więc są mocno zdezorientowane w tej burzy impulsów, elektronów i informacji. Nie są w stanie wszystkich przetrawić. Gubimy się i nawet tego nie zauważymy. W pewnym momencie nasze ciała i dusze zaczynają się buntować: lekarze ostrzegają przed epidemią chorób serca wśród trzydziestolatków wywołanych przepracowaniem oraz stresem, przed nadciśnieniem i otyłością obserwowanymi już u dzieci, przed coraz częstszymi zaburzeniami psychicznymi. Dr E ma rację: bez Bogini Matki dosłownie giniemy. Ale to potężna siła i chociaż chętnie obdarza swoją zdolnością regeneracji to rządzi się własnymi prawami, a jej naczelnym przykazaniem jest: WSZYSTKO W SWOIM CZASIE, WSZYSTKO WE WŁASNYM RYTMIE. Tego nie przeskoczysz. Nie oszukasz Baby Jagi. A wiesz co jest najlepsze? Tak zatraciłyśmy zdolności wyczuwania proporcji między pracą a odpoczynkiem, że same sobie dodajemy tej pierwszej. Ile kobiet haruje ponad miarę, pracując w miejscu, gdzie są zatrudnione, w domu wykonując obowiązki domowe, w szkole dziecka, gdy trzeba coś koniecznie zorganizować, opiekując się chorym krewnym, itd. Ale kiedy ktoś zasugeruje, żeby odpoczęły, robią wielkie oczy i gwałtownie protestują. Co? Odpoczynek?! Nie mam na to czasu, przecież zostało tyle rzeczy do zrobienia! Ile kobiet narzeka, że nikt im nie pomaga w obowiązkach domowych, ale kiedy mąż sprzątnie kuchnię, to natychmiast okazuje się, że przecież jeszcze trzeba tu zamieść, tu pościerać, tu poskładać itd. Ile kobiet robi generalne sprzątanie, aby wyładować złość, bo nie są w stanie jej wyartykułować. Ile kobiet zwyczajnie nie potrafi odpoczywać – kiedy mają wolną chwilę i mogłyby po prostu siąść i spokojnie wypić herbatę, zamiast tego rzucają się w wir pracy, bo nie mogą znieść myśli o „nicnierobieniu”. Argument o „nicnierobieniu” to tak naprawdę przykrywka dla lęku przed zatrzymaniem się i spojrzeniem w głąb siebie, moje panie. Obawiacie się tego co mogłybyście zobaczyć. Kilka lat temu oburzyła mnie pewna reklama środka przeciw grypie, który reklamowała „matka czworga dzieci” i twierdziła, że nie może pozwolić sobie na chorobę, bo musi zająć się dziećmi. Ano nie, moja droga. Choroba to działanie zdesperowanego ciała, które ma na celu cię zatrzymać, unieruchomić i pozwolić zregenerować siły. I ma do tego pełne prawo. I MOŻE sobie na to pozwolić.  W końcu kobieta musi odpocząć, pokołysać się w fotelu, odzyskać skupioną uwagę. Musi odmłodnieć, odzyskać energię. Wbrew pozorom jest to możliwe — nie jesteśmy same — w każdym kręgu kobiet, matek, studentek, artystek czy działaczek zawsze jest ktoś, kto zastąpi te, które potrzebują wytchnienia. Kobieta o twórczej osobowości musi zregenerować siły, by potem wrócić do intensywnej pracy. Musi się spotkać w lesie ze starą kobietą, wskrzesicielką, Dziką Kobietą w jednej z jej wielu postaci. Dzika Kobieta jest przygotowana na to, że animus co jakiś czas czuje zmęczenie. Nie jest wstrząśnięta, kiedy pada u progu. I nie jest wstrząśnięta, kiedy my padamy. Jest na to gotowa. Nie podbiegnie do nas w panice. Podniesie nas po prostu i będzie trzymać tak długo, aż odzyskamy naszą moc.

W poprzednim poście pisałam już o codziennej higienie mentalno – duchowej, która stosowana regularnie nie dopuszcza do stanu skrajnego wyczerpania albo pomaga zauważyć braki energii już we wczesnej fazie. Najlepiej, żeby kobieta zdała sobie z tego sprawę już na samym początku przedsięwzięcia, bo często zmęczenie jest dla niej zaskoczeniem. Wtedy załamuje ręce, lamentuje, szepcze o klęsce, swojej niezdatności do niczego, bezwartościowości i tym podobnych. To nie tak. Utrata energii to zwykła kolej rzeczy. Tak działa Natura. Nie ma sensu wpadać w panikę, zmuszać się do czegoś czy forsować. Wystarczy być i obserwować. Tak jak Dzika Kobieta, musimy spokojnie przytulić własne myśli, idee i po prostu z nimi być. Czy zajmujemy się własnym rozwojem, sprawami publicznymi czy związkami z ludźmi, nasz animus musi od czasu do czasu poczuć zmęczenie. Wszystkie poważne przedsięwzięcia, takie jak ukończenie szkoły, rękopisu, dzieła sztuki, opieka nad chorym bliskim, wchodzą w końcu w etap, kiedy energia, niegdyś świeża i młoda, starzeje się, podupada i nie może nic więcej udźwignąć.

Nikt nie jest Supermanem ani Superwoman. Każdy potrzebuje odpoczynku nieważne co na ten temat sądzi twój szef czy rodzina. I trzeba tu powiedzieć, że dotyczy to zarówno mężczyzn jak i kobiet, naprawdę nie ma sensu wykłócać się „kto ma gorzej”. W naszej kulturze mężczyźni są mocniej obciążeni oczekiwaniami i odpowiedzialnością za sprawy materialne, a nie są biegli w bezpiecznych sposobach rozładowania stresu i napięcia. Społeczeństwo nie daje im przyzwolenia na płacz, załamanie i bezradność. W kulturze zachodniej mężczyzna ma być opoką, na której wspiera się kobieta. Błędne jest założenie, że w pierwiastku męskim tkwi wieczna, niepokonana siła. To fałszywe przekonanie wpojone nam przez kulturę, które trzeba wykorzenić z psychiki. Ono sprawia, że zarówno męska energia w psychice, jak i sami mężczyźni w społeczeństwie czują się niepotrzebni i bezwartościowi, kiedy ulegają zmęczeniu i pragną odpocząć. To naturalne, że każdy człowiek potrzebuje przerwy w intensywnej pracy, by odnowić swe siły, odświeżyć się. Funkcjonowanie natury Życia – Smierci – Życia polega na cyklicznym ruchu, który stosuje się do wszystkich istot i rzeczy.

Na koniec kobieta rzuca na podłogę trzy złote włosy, które wydają dźwięk. Złoto to widoczna oznaka bogactwa, włosy są symbolem siły oraz myśli, a kiedy dotykają ziemi – podstawy mającej siłę materializowania zamierzeń zaczynają z nią rezonować. Wyrwij trzy włosy ze swego wysiłku, rzuć je na ziemię. Tam staną się jak sygnał pobudki. Padając na ziemię, wywołają dźwięk w psychice, rozdzwonią się, wzbudzą w duszy pobudzający do działania rezonans. Chłopiec unosi się w górę i zamienia w słońce, starożytny symbol siły sprawczej, przebojowości i męskości. Stara La Que Sabe pielęgnuje element męski, „przycinając zbyteczne gałązki”. Dzięki wycięciu uschniętych gałęzi drzewo staje się silniejsze. Wiele roślin rozkrzewia się bujniej, jeśli przytniemy ich kwiatowe pędy. U Dzikiej Kobiety cykl wzrostu i obumierania animusu jest naturalny. To proces pierwotny, odwieczny. Od niepamiętnych czasów kobiety w ten sposób podchodziły do świata idei i ich zewnętrznej ekspresji. Staruszka w baśni Trzy złote włosy na nowo poucza nas, jak się to robi.

Tyle dr E, ale ja chciałabym dodać coś od siebie. Moim natychmiastowym skojarzeniem po przeczytaniu textu był oczywiście starożytny symbol Uroboros czyli wąż (ewentualnie smok) zjadający swój własny ogon, do którego jestem przywiązana równie mocno jak do ANKH-a, yin&yang czy mojego Soluna.

Uroboros przedstawia wieczny cykl kończenia i rozpoczynania na nowo. Oczywiście i ja, i pewnie wiele innych osób zwykło zwracać uwagę tylko na aspekt początku, bo dla naszego ego łatwiej jest zaakceptować początek niż koniec . Pop kultura stale karmi nas tym mitem wieczności: Nasza miłość będzie trwała na wieki. Możesz być wiecznie młody. Zawsze będę szczęśliwy, itd. Jednak im starsi się stajemy, tym częściej doświadczamy końców, rozstań, ruin i tym mocniej je przeżywamy. Prędzej czy później zdajemy sobie sprawę, że coraz trudniej jest się nam zaangażować na początku, bo już z tyłu głowy świta nam myśl, że ostatecznie i tak się to zakończy, a my będziemy musieli uporać się z kolejną stratą. Zakończenia stają się coraz trudniejsze do wytrzymania, a nadzieja na nowy początek robi się coraz bardziej nikła. Wyobraźmy sobie, że nasze uczucia są pieniędzmi: idziemy do banku, lokujemy je, a bank plajtuje. Trudno, zabieramy to, co pozostało i idziemy do innego banku. Lokujemy je z myślą o dobrym zwrocie, ale i ten bank bankrutuje. Idziemy do trzeciego banku, a on po jakimś czasie również upada. Czy należy się dziwić, że nie mamy ochotę na lokatę w czwartym? Uczucia to nasz duchowy kapitał. Jeżeli go tracimy, to jesteśmy cali wypaleni od środka i pragniemy tylko nie zostać ponownie zranionymi. Ktoś zresztą kiedyś zdefiniował miłość jako włożenie ukochanej osobie sztyletu w dłoń z nadzieją, że nas nim nie ugodzi.

Symbol Uroborosa wywodzi się z dobrej, pogańskiej tradycji starożytnego Egiptu i Hellady, ale jest znany w wielu kulturach na całym świecie. Wąż był utożsamiany z bóstwami ziemskimi: Gają, Demeter czy Korą Persefoną i poprzez zrzucanie skóry symbolizował odnowę oraz mądrość. W czasach nowożytnych Uroboros pojawia się między innymi w karcie Maga, pierwszym Wielkim Arkanie Tarota, jest centralnym motywem Pani Jeziora Andrzeja Sapkowskiego, widać go w odcinku Władca Gór sagi o Thorgalu oraz w serialach Z Archiwum X czy Millenium, a wiele osób na pewno kojarzy go w podwójnej formie jako Auryn z Niekończącej Się Opowieści.

Uroboros ostrzega:

Kiedy zakochujesz się/rozpoczynasz wspólne mieszkanie z partnerem/zawierasz związek małżeński, pamiętaj że faza szczęścia nie będzie trwała wiecznie i prędzej czy później zaczną się kłopoty.

Kiedy rodzi się dziecko, nie zapominaj, że w pewnym momencie opuści ono rodziców, czy to w sposób naturalny rozpoczynając studia lub znajdując pracę, czy też nagle poprzez chorobę lub wypadek.

Kiedy dostajesz fantastyczną pracę, bądź ostrożny przy kupowaniu coraz to nowych rzeczy lub braniu kredytów, bo któregoś dnia możesz ją stracić.

Ale uczy również, że

Jeżeli coś straciłaś, dostałaś w zamian coś innego.

Jeżeli zrobiłaś lub nie zrobiłaś czegoś i teraz żałujesz, to dostaniesz kolejną szansę.

Jeżeli czegoś nie możesz teraz zrobić, poczekaj na lepszy moment.

Urodziłaś się mając tylko siebie i umrzesz mając tylko siebie. Licz na siebie i nie obawiaj się, jesteś częścią Wszechświata. Nie bój się być sama ze sobą. Samotność nie jest zła. Wiele osób nie dba o dobrą relację z własnym wnętrzem, uczuciami, motywami i próbują zagłuszyć ten brak relacjami z innymi ludźmi. Ale jeżeli nie czujesz się komfortowo sama ze sobą to z czym wychodzisz do partnera? Co mu z siebie dasz?

To trochę jak piosenka An End Has A Start zespołu Editors:

You came on your own
That’s how you’ll leave
With hope in your hands
And air to breathe

(Przyszłaś sama

I tak samo odejdziesz

Masz tylko nadzieję w dłoniach

i powietrze do oddychania)

Uroboros przekazuje nam, aby nie tracić wiary, cierpliwości i zaufania do praw Wszechświata, nieważne jak bardzo złamany życiem, zdruzgotany i ubogi się teraz czujesz. Mówi, Życie jest wieczne. Przyjdzie nowa szansa.

A chrześcijaństwo zrobiło z węża symbol pokusy i grzechu… Bez komentarza.

I jeszcze jedna rzecz, nad którą dosyć intensywnie się zastanawiałam. Kultura, w której żyjemy ewidentnie nie lubi starości. Zmarszczki usuwa się Botoxem albo photoshopem, osoby po sześćdziesiątce nie prowadzą wiadomości ani programów śniadaniowych, a pytanie o wiek jest niemal zniewagą. Tak, to śmieszne i smutne. Można by w tym miejscu zacząć narzekać i wyklinać ten proceder. Ale ja jednak będę pełnić rolę adwokata diabła i zapytam inaczej: dlaczego nie chcemy się starzeć? Czym jest starość? W wersji pozytywnej jest tym, o czym dr E pisała w baśni o Czerwonych Pantofelkach: W idealnej postaci stara kobieta symbolizuje godność, duchowego przewodnika, mądrość, samowiedzę, ducha tradycji, dobrze określone granice, doświadczenie przyprawione dla równowagi sporą dozą zrzędliwości, rubasznego humoru, bezpośredniości i przekory. A ja się pytam: ile takich staruszek znacie? Gdzie one są? Jak je spotkać? Bo ja ich jakoś nie widzę w swoim otoczeniu. Widzę schorowane, zmęczone życiem babcie noszące kufajki i chustki na głowie, plotkujące z sąsiadkami, narzekające, czepiające się, wysysające energię, mające obsesję na temat jedzenia, przekonane o własnej racji, słabo wykształcone, zamykające się w gettach z innymi babciami, przepychające się łokciami w autobusie, lecące do kościoła, zawzięte, sączące jad i słuchające pewnego specyficznego radia. Tak ma wyglądać starość? To ja się nie dziwię, że chcemy być młodzi. W Polsce socjologowie urządzają medialne konkursy na kolejne stracone pokolenia i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu zawsze klasyfikują do nich ludzi młodych. Nie lubię uogólniania, nie lubię ujednolicania i bardzo nie lubię wprowadzania kategorii „pokolenia”, ale jeżeli miałabym w Polsce znaleźć stracone pokolenie to jest to pokolenie dorastające w czasach wojny. Nasze babcie i dziadkowie psychicznie nigdy z niej nie wyszli. Czy na pewno poszłabyś do swojej babci po radę?

Proszę mnie źle nie zrozumieć, to nie jest krytyka, to jest obserwacja. Oczywiście w tym momencie ktoś może z przemądrzałą pewnością siebie stwierdzić: Hola, hola, uważaj, bo przecież ty kiedyś też będziesz stara! Otóż, mój drogi, sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana niż ci się wydaje. Zdaję sobie sprawę z tego, że w pewnym momencie mojego życia nadejdą zmarszczki, siwe włosy, menopauza, słabość oraz choroby i akceptuję to, przynajmniej na poziomie rozumowym, bo jak to będzie w praktyce to się dopiero okaże. Nie chcę się zarzekać, że na pewno nigdy się z tego powodu nie zdenerwuję, bo bez sensu jest wydawać sądy na temat przyszłości. Rzecz w tym, że mimo stosunkowo młodego wieku i wręcz nastoletniego wyglądu, wewnątrz jestem cała stareńka. To efekt wieloletniej samotnej wspinaczki na górę zwaną Rozwojem. Kiedy spojrzę w dół, to zdaję sobie sprawę gdzie jestem ja, a gdzie moje otoczenie. I wcale nie wywołuje to we mnie radości czy satysfakcji z tego, że nie stoję w miejscu tylko się wspinam ani żadnego poczucia wyższości, że oglądam świat z góry. Wzbudza to we mnie smutek, że jestem sama i że na dole wszyscy mkną dalej tą autostradą donikąd, a ci teoretycznie najbliżsi mi stoją w dole i rzucają kamieniami, żebym odpadła od ściany i zrównała się z ich poziomem.

Tym co nas najbardziej postarza jest niedojrzałość innych.

Ale kiedy czuję, że już nie wytrzymam, że nie mam sił wspinać się dalej, to spoglądam w górę i wiem, że w odpowiednim czasie zrzucę skórę jak wąż, że znajdę drogę wśród nocnego lasu jak staruszek – Pustelnik z latarenką i że w banku moich uczuć zawsze znajdą się pieniądze, które dobrze zainwestuję.

Some things should be simple
Even an end has a start