Tag Archives: nacisk

Odcinek 9: Trzy Złote Włosy. O zmęczeniu, starości i odnowie

biegnaca z wilkami trzy zlote wlosy

 TRZY ZŁOTE WŁOSY

Było to dawno temu, podczas głębokiej, ciemnej nocy—jednej z tych nocy, kiedy ziemia wydaje się czarna, a drzewa wyglądają jak zaciśnię­te pięści wyciągnięte do nieba. Właśnie w taką noc szedł przez las samotny stary wędrowiec. Choć gałęzie drapały mu twarz, kłuły w oczy, oślepiały, cały czas trzymał przed sobą mały, dogasający kaganek.

Wędrowiec stanowił niesamowity widok — długie żółte włosy, krzywe pożółkłe zęby i zakrzywione paznokcie. Plecy miał przygarbione, jakby niósł worek mąki, a był tak stary i zgrzybiały, że skóra na twarzy, rękach i biodrach zwisała w luźnych fałdach.

Starzec przedzierał się przez las, wlókł się, chwytając gałązek, ledwie dysząc.

Stopy paliły go jak ogniem. Sowy w koronach drzew pohukiwały razem z jego skrzypiącymi stawami, kiedy krok po kroku posuwał się naprzód. W oddali migotało małe światełko; była tam chatka, ogień, przytulne miejsce, do którego zdążał. Kiedy podchodził do drzwi, jego latarenka już dogasała, a był tak wycieńczony, że upadł na progu.

Wewnątrz przed ogniem buzującym na kominku siedziała kobieta. Gdy tylko starzec pojawił się w drzwiach, podbiegła do niego, podniosła, objęła ramionami i przeniosła do ognia. Trzymała go w ramionach, jak matka trzyma dziecko. Siedziała i kołysała się z nim w fotelu na biegunach. Przesiedzieli tak całą noc — biedny, słaby starzec jak worek kości i silna, choć też wiekowa kobieta kołysząca go i powtarzająca, że już wszystko dobrze.

Przed samym świtem starzec zaczął młodnieć; był teraz pięknym młodzieńcem o gęstych, złotych włosach, silnych rękach i nogach. A ona dalej go kołysała.

Czas płynął, a młodzieniec zmieniał się w małego, ślicznego chłopczyka o pszenicznych złotych włosach.

O brzasku stara kobieta wyrwała szybko trzy złote włosy z główki dziecka i rzuciła na drewniane deski. Rozległ się dźwięk: tiiii, tiiii, tiiii.

A dziecko zsunęło się z jej kolan i pobiegło do drzwi. Odwróciło się do niej na chwilę, uśmiechnęło promiennie i wzbiło w niebo, by stać się błyszczącym, porannym słońcem.

——————————————————————————————–

Opowieść o Trzech Złotych Włosach jest zakończeniem tryptyku, w którym wraz z opowieściami o Dziewczynce z Zapałkami i La Lloronie dr E opowiada o obchodzeniu się z własną naturą i atakami na nią. Jest krótka, ale pełna znaczeń. Dzieje się w nocy, kiedy nie musimy zakładać masek, jesteśmy czujniejsi i szczególnie polegamy na zmysłach, to noc odsłania przed nami nasze prawdziwe uczucia, a także pozwala przemówić podświadomości uruchamiając marzenia senne. W mitach noc to świat, którym włada Matka – Noc, stworzycielka świata. To Odwieczna Matka Dni, starucha znająca Życie i Śmierć. Nadejście nocy w baśniach można interpretować jako zstąpienie w nieświadomość. San Juan de la Cruz (Święty Jan od Krzyża) nazywał ten stan ciemną nocą duszy. W opowieści noc oznacza czas, kiedy życiowa energia, wyobrażana przez postać bardzo starego mężczyzny, rozprasza się, staje się coraz słabsza. To czas, kiedy — pod jakimś ważnym dla nas względem — idziemy ostatkiem sił. Powody naszego wyczerpania mogą być różne: czasami wynika ono ze zwyczajnego przemęczenia fizycznego, czasami z tego, że nasze plany są dopiero wdrażane w życie i nie widzimy jeszcze efektów, często dlatego, że podczas gdy my sami rozwijamy się, uczymy i wzrastamy, nasze otoczenie pozostaje na tym samym poziomie. To tak jakbyśmy samotnie, powoli ale bez ustanku, wspinali się we na wielką górę, a nasze otoczenie całą gromadą gnało autostradą u podnóża nie wiedząc nawet dokąd zmierza, jednak ani na chwilę nie myśląc aby zatrzymać się, zastanowić, wysiąść z samochodu i rozejrzeć dookoła. W najlepszym wypadku nasza wspinaczka będzie ignorowana, ale często na tym się nie skończy, bo otoczenie, nie znosząc naszej odwagi alpinisty, będzie usiłowało ściągnąć nas w dół i zrównać do swojego poziomu. Wtedy wchodzenie na szczyt wyczerpuje nas o wiele bardziej. W takiej sytuacji najgorsze, co można zrobić, to usiłować za wszelką cenę pozbierać siły. To nic nie da. Jak pokazuje baśń, właściwą rzeczą jest usiąść w spokoju i się kołysać. Cierpliwość, wyciszenie i delikatne kołysanie odnawiają twórcze myśli. Niejedna kobieta nazwałby taką chwilę luksusem. Dzika Kobieta nazywa to koniecznością.

To normalne, że co jakiś czas wyczerpują się nasze siły i entuzjazm. To normalne, że obserwując to co się dzieje dookoła, tracimy niewinność spojrzenia na świat. Mądrość nie tylko jest niełatwa do zdobycia, ale też boli, nie mówiąc już o tym, że przynosi wewnętrzne poczucie osamotnienia. Jest to faza naturalnego cyklu, nadchodząca, kiedy nasze idee zużywają się, kostnieją albo kiedy to my tracimy świeżość spojrzenia. Jesteśmy stare i zgrzybiałe jak staruszek w baśni Trzy złote włosy. Istnieje wiele teorii wyjaśniających bloka­dy twórcze, w rzeczywistości jednak ich łagodne postacie przycho­dzą i odchodzą jak pory roku, jak zmieniająca się pogoda — z wyjąt­kiem blokad psychicznych, o którym mówiłam wcześniej, takich jak niemożność dotarcia do własnej prawdy, lęk przed odrzuceniem, obawa przed artykulacją własnej wiedzy, obawa przed niekompetencją, zatru­cie głównego nurtu twórczego, nastawienie na przeciętność lub naśla­downictwo. Doskonałość powyższej opowieści polega na tym, że zarysowuje całkowity cykl rozwoju idei twórczej; małe płonące światełko symbolizuje oczywiście samą ideę, która powoli wyczerpuje się i niemal gaśnie, zgodnie z naturalnym cyklem. Jesteśmy tak jak Pustelnik z dziewiątego Wielkiego Arkanu Tarota.

Starzec w baśni kroczy z wielkim trudem, ale wie dokładnie, gdzie zmierza: do chaty, gdzie mieszka ta, która uosabia siły przyrody, starożytna Bogini Matka spotykana we wszystkich kulturach taka jak Gaja, Kobieta – Pająk, Kuan Yin czy Yemanya. Starzec jest jak Wasylisa, zmierzająca nocą mimo wszelkich przeciwności prosto do domu Baby Jagi. W baśni spotykamy znów starą La Que Sabe — kobietę, która ma dwa miliony lat. To Ta, Która Wie. W jej ramionach, przy ogniu, przechodzimy odnowę, odczuwamy przypływ nowych sił. To do tego ognia i do tych ramion wlecze się osłabiony starzec, bez nich musiałby zginąć.

Powiedzmy sobie wprost: żyjemy w kulturze, która brutalnie i bezwzględnie depta i wgniata w ziemię nasze naturalne cykle. Nasi przodkowie, którzy tworzyli baśnie i przekazywali je następnym pokoleniom żyli innym rytmem, byli zsynchronizowani w pierwotny sposób z czasem, zmianą pór roku itd. Był moment pracy, a potem moment żniw i odpoczynku. Połowę roku siano, uprawiano i zbierano plony, a drugą połowę spędzano siedząc przy nikłym świetle świec, przędąc i opowiadając historie. My żyjemy w chwili niewyobrażalnego wręcz przyspieszenia. Otaczają nas samochody, samoloty, metro, telewizyjne i radiowe stacje z całodobowymi wiadomościami, Internet, komórki, itd. Jesteśmy atakowani zewsząd bodźcami. Spieszymy się. Wszystko jest na wczoraj.  Nasze dusze i ciała nie są do tego przystosowane. Nasze dusze i ciała są duszami i ciałami, które ukształtowały się w czasach ludów rolniczych, więc są mocno zdezorientowane w tej burzy impulsów, elektronów i informacji. Nie są w stanie wszystkich przetrawić. Gubimy się i nawet tego nie zauważymy. W pewnym momencie nasze ciała i dusze zaczynają się buntować: lekarze ostrzegają przed epidemią chorób serca wśród trzydziestolatków wywołanych przepracowaniem oraz stresem, przed nadciśnieniem i otyłością obserwowanymi już u dzieci, przed coraz częstszymi zaburzeniami psychicznymi. Dr E ma rację: bez Bogini Matki dosłownie giniemy. Ale to potężna siła i chociaż chętnie obdarza swoją zdolnością regeneracji to rządzi się własnymi prawami, a jej naczelnym przykazaniem jest: WSZYSTKO W SWOIM CZASIE, WSZYSTKO WE WŁASNYM RYTMIE. Tego nie przeskoczysz. Nie oszukasz Baby Jagi. A wiesz co jest najlepsze? Tak zatraciłyśmy zdolności wyczuwania proporcji między pracą a odpoczynkiem, że same sobie dodajemy tej pierwszej. Ile kobiet haruje ponad miarę, pracując w miejscu, gdzie są zatrudnione, w domu wykonując obowiązki domowe, w szkole dziecka, gdy trzeba coś koniecznie zorganizować, opiekując się chorym krewnym, itd. Ale kiedy ktoś zasugeruje, żeby odpoczęły, robią wielkie oczy i gwałtownie protestują. Co? Odpoczynek?! Nie mam na to czasu, przecież zostało tyle rzeczy do zrobienia! Ile kobiet narzeka, że nikt im nie pomaga w obowiązkach domowych, ale kiedy mąż sprzątnie kuchnię, to natychmiast okazuje się, że przecież jeszcze trzeba tu zamieść, tu pościerać, tu poskładać itd. Ile kobiet robi generalne sprzątanie, aby wyładować złość, bo nie są w stanie jej wyartykułować. Ile kobiet zwyczajnie nie potrafi odpoczywać – kiedy mają wolną chwilę i mogłyby po prostu siąść i spokojnie wypić herbatę, zamiast tego rzucają się w wir pracy, bo nie mogą znieść myśli o „nicnierobieniu”. Argument o „nicnierobieniu” to tak naprawdę przykrywka dla lęku przed zatrzymaniem się i spojrzeniem w głąb siebie, moje panie. Obawiacie się tego co mogłybyście zobaczyć. Kilka lat temu oburzyła mnie pewna reklama środka przeciw grypie, który reklamowała „matka czworga dzieci” i twierdziła, że nie może pozwolić sobie na chorobę, bo musi zająć się dziećmi. Ano nie, moja droga. Choroba to działanie zdesperowanego ciała, które ma na celu cię zatrzymać, unieruchomić i pozwolić zregenerować siły. I ma do tego pełne prawo. I MOŻE sobie na to pozwolić.  W końcu kobieta musi odpocząć, pokołysać się w fotelu, odzyskać skupioną uwagę. Musi odmłodnieć, odzyskać energię. Wbrew pozorom jest to możliwe — nie jesteśmy same — w każdym kręgu kobiet, matek, studentek, artystek czy działaczek zawsze jest ktoś, kto zastąpi te, które potrzebują wytchnienia. Kobieta o twórczej osobowości musi zregenerować siły, by potem wrócić do intensywnej pracy. Musi się spotkać w lesie ze starą kobietą, wskrzesicielką, Dziką Kobietą w jednej z jej wielu postaci. Dzika Kobieta jest przygotowana na to, że animus co jakiś czas czuje zmęczenie. Nie jest wstrząśnięta, kiedy pada u progu. I nie jest wstrząśnięta, kiedy my padamy. Jest na to gotowa. Nie podbiegnie do nas w panice. Podniesie nas po prostu i będzie trzymać tak długo, aż odzyskamy naszą moc.

W poprzednim poście pisałam już o codziennej higienie mentalno – duchowej, która stosowana regularnie nie dopuszcza do stanu skrajnego wyczerpania albo pomaga zauważyć braki energii już we wczesnej fazie. Najlepiej, żeby kobieta zdała sobie z tego sprawę już na samym początku przedsięwzięcia, bo często zmęczenie jest dla niej zaskoczeniem. Wtedy załamuje ręce, lamentuje, szepcze o klęsce, swojej niezdatności do niczego, bezwartościowości i tym podobnych. To nie tak. Utrata energii to zwykła kolej rzeczy. Tak działa Natura. Nie ma sensu wpadać w panikę, zmuszać się do czegoś czy forsować. Wystarczy być i obserwować. Tak jak Dzika Kobieta, musimy spokojnie przytulić własne myśli, idee i po prostu z nimi być. Czy zajmujemy się własnym rozwojem, sprawami publicznymi czy związkami z ludźmi, nasz animus musi od czasu do czasu poczuć zmęczenie. Wszystkie poważne przedsięwzięcia, takie jak ukończenie szkoły, rękopisu, dzieła sztuki, opieka nad chorym bliskim, wchodzą w końcu w etap, kiedy energia, niegdyś świeża i młoda, starzeje się, podupada i nie może nic więcej udźwignąć.

Nikt nie jest Supermanem ani Superwoman. Każdy potrzebuje odpoczynku nieważne co na ten temat sądzi twój szef czy rodzina. I trzeba tu powiedzieć, że dotyczy to zarówno mężczyzn jak i kobiet, naprawdę nie ma sensu wykłócać się „kto ma gorzej”. W naszej kulturze mężczyźni są mocniej obciążeni oczekiwaniami i odpowiedzialnością za sprawy materialne, a nie są biegli w bezpiecznych sposobach rozładowania stresu i napięcia. Społeczeństwo nie daje im przyzwolenia na płacz, załamanie i bezradność. W kulturze zachodniej mężczyzna ma być opoką, na której wspiera się kobieta. Błędne jest założenie, że w pierwiastku męskim tkwi wieczna, niepokonana siła. To fałszywe przekonanie wpojone nam przez kulturę, które trzeba wykorzenić z psychiki. Ono sprawia, że zarówno męska energia w psychice, jak i sami mężczyźni w społeczeństwie czują się niepotrzebni i bezwartościowi, kiedy ulegają zmęczeniu i pragną odpocząć. To naturalne, że każdy człowiek potrzebuje przerwy w intensywnej pracy, by odnowić swe siły, odświeżyć się. Funkcjonowanie natury Życia – Smierci – Życia polega na cyklicznym ruchu, który stosuje się do wszystkich istot i rzeczy.

Na koniec kobieta rzuca na podłogę trzy złote włosy, które wydają dźwięk. Złoto to widoczna oznaka bogactwa, włosy są symbolem siły oraz myśli, a kiedy dotykają ziemi – podstawy mającej siłę materializowania zamierzeń zaczynają z nią rezonować. Wyrwij trzy włosy ze swego wysiłku, rzuć je na ziemię. Tam staną się jak sygnał pobudki. Padając na ziemię, wywołają dźwięk w psychice, rozdzwonią się, wzbudzą w duszy pobudzający do działania rezonans. Chłopiec unosi się w górę i zamienia w słońce, starożytny symbol siły sprawczej, przebojowości i męskości. Stara La Que Sabe pielęgnuje element męski, „przycinając zbyteczne gałązki”. Dzięki wycięciu uschniętych gałęzi drzewo staje się silniejsze. Wiele roślin rozkrzewia się bujniej, jeśli przytniemy ich kwiatowe pędy. U Dzikiej Kobiety cykl wzrostu i obumierania animusu jest naturalny. To proces pierwotny, odwieczny. Od niepamiętnych czasów kobiety w ten sposób podchodziły do świata idei i ich zewnętrznej ekspresji. Staruszka w baśni Trzy złote włosy na nowo poucza nas, jak się to robi.

Tyle dr E, ale ja chciałabym dodać coś od siebie. Moim natychmiastowym skojarzeniem po przeczytaniu textu był oczywiście starożytny symbol Uroboros czyli wąż (ewentualnie smok) zjadający swój własny ogon, do którego jestem przywiązana równie mocno jak do ANKH-a, yin&yang czy mojego Soluna.

Uroboros przedstawia wieczny cykl kończenia i rozpoczynania na nowo. Oczywiście i ja, i pewnie wiele innych osób zwykło zwracać uwagę tylko na aspekt początku, bo dla naszego ego łatwiej jest zaakceptować początek niż koniec . Pop kultura stale karmi nas tym mitem wieczności: Nasza miłość będzie trwała na wieki. Możesz być wiecznie młody. Zawsze będę szczęśliwy, itd. Jednak im starsi się stajemy, tym częściej doświadczamy końców, rozstań, ruin i tym mocniej je przeżywamy. Prędzej czy później zdajemy sobie sprawę, że coraz trudniej jest się nam zaangażować na początku, bo już z tyłu głowy świta nam myśl, że ostatecznie i tak się to zakończy, a my będziemy musieli uporać się z kolejną stratą. Zakończenia stają się coraz trudniejsze do wytrzymania, a nadzieja na nowy początek robi się coraz bardziej nikła. Wyobraźmy sobie, że nasze uczucia są pieniędzmi: idziemy do banku, lokujemy je, a bank plajtuje. Trudno, zabieramy to, co pozostało i idziemy do innego banku. Lokujemy je z myślą o dobrym zwrocie, ale i ten bank bankrutuje. Idziemy do trzeciego banku, a on po jakimś czasie również upada. Czy należy się dziwić, że nie mamy ochotę na lokatę w czwartym? Uczucia to nasz duchowy kapitał. Jeżeli go tracimy, to jesteśmy cali wypaleni od środka i pragniemy tylko nie zostać ponownie zranionymi. Ktoś zresztą kiedyś zdefiniował miłość jako włożenie ukochanej osobie sztyletu w dłoń z nadzieją, że nas nim nie ugodzi.

Symbol Uroborosa wywodzi się z dobrej, pogańskiej tradycji starożytnego Egiptu i Hellady, ale jest znany w wielu kulturach na całym świecie. Wąż był utożsamiany z bóstwami ziemskimi: Gają, Demeter czy Korą Persefoną i poprzez zrzucanie skóry symbolizował odnowę oraz mądrość. W czasach nowożytnych Uroboros pojawia się między innymi w karcie Maga, pierwszym Wielkim Arkanie Tarota, jest centralnym motywem Pani Jeziora Andrzeja Sapkowskiego, widać go w odcinku Władca Gór sagi o Thorgalu oraz w serialach Z Archiwum X czy Millenium, a wiele osób na pewno kojarzy go w podwójnej formie jako Auryn z Niekończącej Się Opowieści.

Uroboros ostrzega:

Kiedy zakochujesz się/rozpoczynasz wspólne mieszkanie z partnerem/zawierasz związek małżeński, pamiętaj że faza szczęścia nie będzie trwała wiecznie i prędzej czy później zaczną się kłopoty.

Kiedy rodzi się dziecko, nie zapominaj, że w pewnym momencie opuści ono rodziców, czy to w sposób naturalny rozpoczynając studia lub znajdując pracę, czy też nagle poprzez chorobę lub wypadek.

Kiedy dostajesz fantastyczną pracę, bądź ostrożny przy kupowaniu coraz to nowych rzeczy lub braniu kredytów, bo któregoś dnia możesz ją stracić.

Ale uczy również, że

Jeżeli coś straciłaś, dostałaś w zamian coś innego.

Jeżeli zrobiłaś lub nie zrobiłaś czegoś i teraz żałujesz, to dostaniesz kolejną szansę.

Jeżeli czegoś nie możesz teraz zrobić, poczekaj na lepszy moment.

Urodziłaś się mając tylko siebie i umrzesz mając tylko siebie. Licz na siebie i nie obawiaj się, jesteś częścią Wszechświata. Nie bój się być sama ze sobą. Samotność nie jest zła. Wiele osób nie dba o dobrą relację z własnym wnętrzem, uczuciami, motywami i próbują zagłuszyć ten brak relacjami z innymi ludźmi. Ale jeżeli nie czujesz się komfortowo sama ze sobą to z czym wychodzisz do partnera? Co mu z siebie dasz?

To trochę jak piosenka An End Has A Start zespołu Editors:

You came on your own
That’s how you’ll leave
With hope in your hands
And air to breathe

(Przyszłaś sama

I tak samo odejdziesz

Masz tylko nadzieję w dłoniach

i powietrze do oddychania)

Uroboros przekazuje nam, aby nie tracić wiary, cierpliwości i zaufania do praw Wszechświata, nieważne jak bardzo złamany życiem, zdruzgotany i ubogi się teraz czujesz. Mówi, Życie jest wieczne. Przyjdzie nowa szansa.

A chrześcijaństwo zrobiło z węża symbol pokusy i grzechu… Bez komentarza.

I jeszcze jedna rzecz, nad którą dosyć intensywnie się zastanawiałam. Kultura, w której żyjemy ewidentnie nie lubi starości. Zmarszczki usuwa się Botoxem albo photoshopem, osoby po sześćdziesiątce nie prowadzą wiadomości ani programów śniadaniowych, a pytanie o wiek jest niemal zniewagą. Tak, to śmieszne i smutne. Można by w tym miejscu zacząć narzekać i wyklinać ten proceder. Ale ja jednak będę pełnić rolę adwokata diabła i zapytam inaczej: dlaczego nie chcemy się starzeć? Czym jest starość? W wersji pozytywnej jest tym, o czym dr E pisała w baśni o Czerwonych Pantofelkach: W idealnej postaci stara kobieta symbolizuje godność, duchowego przewodnika, mądrość, samowiedzę, ducha tradycji, dobrze określone granice, doświadczenie przyprawione dla równowagi sporą dozą zrzędliwości, rubasznego humoru, bezpośredniości i przekory. A ja się pytam: ile takich staruszek znacie? Gdzie one są? Jak je spotkać? Bo ja ich jakoś nie widzę w swoim otoczeniu. Widzę schorowane, zmęczone życiem babcie noszące kufajki i chustki na głowie, plotkujące z sąsiadkami, narzekające, czepiające się, wysysające energię, mające obsesję na temat jedzenia, przekonane o własnej racji, słabo wykształcone, zamykające się w gettach z innymi babciami, przepychające się łokciami w autobusie, lecące do kościoła, zawzięte, sączące jad i słuchające pewnego specyficznego radia. Tak ma wyglądać starość? To ja się nie dziwię, że chcemy być młodzi. W Polsce socjologowie urządzają medialne konkursy na kolejne stracone pokolenia i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu zawsze klasyfikują do nich ludzi młodych. Nie lubię uogólniania, nie lubię ujednolicania i bardzo nie lubię wprowadzania kategorii „pokolenia”, ale jeżeli miałabym w Polsce znaleźć stracone pokolenie to jest to pokolenie dorastające w czasach wojny. Nasze babcie i dziadkowie psychicznie nigdy z niej nie wyszli. Czy na pewno poszłabyś do swojej babci po radę?

Proszę mnie źle nie zrozumieć, to nie jest krytyka, to jest obserwacja. Oczywiście w tym momencie ktoś może z przemądrzałą pewnością siebie stwierdzić: Hola, hola, uważaj, bo przecież ty kiedyś też będziesz stara! Otóż, mój drogi, sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana niż ci się wydaje. Zdaję sobie sprawę z tego, że w pewnym momencie mojego życia nadejdą zmarszczki, siwe włosy, menopauza, słabość oraz choroby i akceptuję to, przynajmniej na poziomie rozumowym, bo jak to będzie w praktyce to się dopiero okaże. Nie chcę się zarzekać, że na pewno nigdy się z tego powodu nie zdenerwuję, bo bez sensu jest wydawać sądy na temat przyszłości. Rzecz w tym, że mimo stosunkowo młodego wieku i wręcz nastoletniego wyglądu, wewnątrz jestem cała stareńka. To efekt wieloletniej samotnej wspinaczki na górę zwaną Rozwojem. Kiedy spojrzę w dół, to zdaję sobie sprawę gdzie jestem ja, a gdzie moje otoczenie. I wcale nie wywołuje to we mnie radości czy satysfakcji z tego, że nie stoję w miejscu tylko się wspinam ani żadnego poczucia wyższości, że oglądam świat z góry. Wzbudza to we mnie smutek, że jestem sama i że na dole wszyscy mkną dalej tą autostradą donikąd, a ci teoretycznie najbliżsi mi stoją w dole i rzucają kamieniami, żebym odpadła od ściany i zrównała się z ich poziomem.

Tym co nas najbardziej postarza jest niedojrzałość innych.

Ale kiedy czuję, że już nie wytrzymam, że nie mam sił wspinać się dalej, to spoglądam w górę i wiem, że w odpowiednim czasie zrzucę skórę jak wąż, że znajdę drogę wśród nocnego lasu jak staruszek – Pustelnik z latarenką i że w banku moich uczuć zawsze znajdą się pieniądze, które dobrze zainwestuję.

Some things should be simple
Even an end has a start

Advertisements

Odcinek 7: Dziewczynka z Zapałkami. O potrzebie wsparcia, sile ciepła i oddawaniu talentów za bezcen

biegnaca z wilkami dziewczynka z zapalkami

Dziewczynka z Zapałkami

 Była sobie mała dziewczynka, która nie miała matki ani ojca i mie­szkała w ciemnym lesie. Na skraju lasu była wioseczka; dziewczynka kupowała tam zapałki po pól pensa i sprzedawała je na ulicach miasta za całego pensa. Jeśli sprzedała dość zapałek, to mogła sobie kupić kawałek chleba. Potem wracała do swego szałasu w lesie i kładła się spać, nałożywszy na siebie wszystkie ubrania, jakie miała.

Nadeszły zimowe chłody i mrozy. Dziewczynka nie miała bucików, a jej płaszczyk był tak przetarty, że niemal przeświecał. Stopy miała odmrożone i sine, palce u nóg zbielały, podobnie jak palce u rąk i koniec noska. Chodziła po ulicach i pytała przechodniów, czy kupią od niej zapałki. Ale nikt się nie zatrzymał, nikt nie zwracał na nią uwagi.

Pewnego wieczoru siadła więc, mówiąc do siebie:

— Mam przecież zapałki. Mogę je pozapalać i ogrzać się przy nich.

Nie miała nic na podpałkę, nie miała drewna. Mimo to postanowiła zapalić zapałki.

Usiadła, wyciągnęła nóżki przed siebie i zapaliła pierwszą zapałkę. Wtedy wydało się jej, że mróz i śnieg zniknęły. Zamiast wirujących płatków śniegu zobaczyła piękny pokój z wielkim ciemnozielonym kaflowym piecem z ozdobnymi drzwiczkami. Piec dawał tyle ciepła, że aż powietrze drgało. Przytuliła się do niego i poczuła jak w niebie.

Ale zapałka zgasła, piec zniknął i znowu siedziała na śniegu, trzęsąc się tak bardzo, że zęby jej dzwoniły. Potarła więc drugą zapałkę. A kiedy jej blask padł na ścianę budynku naprzeciw, zobaczyła, co się dzieje w środku. W jasnym pokoju stał stół przykryty śnieżnobiałym obrusem, na stole zastawa z najbielszej porcelany i świeżo upieczona gęś na półmisku. Ale w chwili gdy dziewczynka już się miała nią posilić, wizja się rozwiała.

 Znowu siedziała na śniegu. Kolana i biodra już nie bolały. Teraz przejmujący chłód przenikał ramiona i tułów, zapaliła więc trzecią zapałkę.

W jej świetle zobaczyła przepiękną świąteczną choinkę ozdobioną białymi kręconymi świeczkami, ślicznymi szklanymi świecidełkami — całą w drobnych punkcikach światła.

A kiedy tak patrzyła na drzewko, zdawało się jej, że robi się ono coraz wyższe i wyższe, aż po sufit, który nagle zamienił się w niebo, a światełka na choince w gwiazdy. Jedna z nich spadła, zostawiając jasny ślad; dziewczynka przypomniała sobie, jak jej matka mówiła, że kiedy ktoś umiera, spada jedna gwiazda.

Wtedy pojawiła się przed nią jej kochana babcia, dobra i ciepła. Na jej widok dziewczynka poczuła przypływ szczęścia. Babcia zdjęła fartuch i owinęła nim dziecko, przytuliła mocno obiema rękami — dziew­czynce już nic nie było trzeba.

Ale i babcia zaczęła znikać. A dziewczynka zapalała coraz to nowe zapałki, by ją dłużej zatrzymać przy sobie… jeszcze więcej… i jeszcze. Razem zaczęły się unosić do nieba, gdzie nie było już mrozu, głodu ani bólu. Rankiem pomiędzy domami znaleziono zimne, martwe ciało małej dziewczynki.

 —————————————–

 Baśń o Dziewczynce z Zapałkami zawiera motyw niszczenia własnego potencjału, które pojawiają się rozmaitych opowieściach na całym świecie (w innych wersjach pojawiają się palacz zużywający ostatnie węgielki by się ogrzać śniąc o dawnych czasach albo stary, zmęczony życiem sprzedawca kwiatów, który odchodzi ze świata patrząc na nie). Wszystkie te historie mówią o zaniedbywaniu i nie wykorzystywaniu własnego potencjału, o braku pomysłu na to co ze sobą zrobić i, co najgorsze, o wpadaniu w trans poprzez skoncentrowanie się na złudzeniach do tego stopnia, że traci się realne życie.

 Ktoś mógłby powiedzieć, że Dziewczynka z Zapałkami jest łzawą opowieścią, ale tak naprawdę kryje się w niej wymowna symbolika: jeżeli przebywasz w chłodnym emocjonalnie, nieprzychylnym ci środowisku, to będziesz marnować swoje talenty i rozmieniać się na dobre, aż w końcu braknie ci motywacji i sił. Bohaterka opowieści żyje pośród obojętnych, nieczułych ludzi. Jeśli z tobą jest podobnie, to trzeba coś z tym zrobić. Dziewczynkę otacza świat, w którym nikt nie ceni tego, co ona posiada — zapałek, małych płomyczków na patyczkach, zaczątku twórczych możliwości. Jeśli jesteś w podobnym położeniu, to odwróć się plecami i odejdź stamtąd. Dziewczynka jest w sytuacji psychicznej, która daje bardzo niewiele możliwości. Pogodziła się ze swoim „miejscem” w życiu. Jeśli coś podobnego przydarzyło się tobie, to przestań się z tym godzić, podnieś bunt. Dzika Kobieta przyparta do muru nie poddaje się, ale stawia czoło przeciwnościom, wystawia pazury i walczy.

Zewnętrzny mróz wychłodził u dziewczynki instynkt ucieczki, jest zdana sama na siebie, nie szuka innych sposobów przeżycia, nie szuka innego, przyjaźniejszego miejsca, nie poszukuje alternatywnych sposobów znajdowania jedzenia. Zdrowa psychika jest pomysłowa, jeżeli nie działa jedno rozwiązanie to poszukuje innego. Jednak jeśli otoczenie jej nie wspiera, tylko wzmaga żądania co do zachowania, myślenia itd. to zniechęca się, a naturalne instynkty ulegają stępieniu. Twórcze życie może się rozwinąć jedynie w otoczeniu żywych ludzi, którzy ogrzewają swoim ciepłem, podziwiają i chwalą. W przeciwnym razie zamarzamy. Pożywieniem jest chór głosów z wewnątrz i zewnątrz, które potrafią kobietę docenić taką, jaką jest, dodają otuchy, zachęcają, a jeśli trzeba, również pocieszają. (…) Dziewczynka z zapałkami powinna szukać przede wszystkim ciepła. W bajce tak nie jest. Dziewczynka wyprzedaje zapałki — swoje źródło ciepła. Czyniąc tak, kobieta nie ogrzewa swej duszy, nie wzbogaca się, nie zdobywa mądrości, przestaje się rozwijać. Ciepło to bardzo tajemnicze zjawisko. Uzdrawia, karmi, pobudza. Rozluźnia to, co zbyt ciasne, wywołuje ruch, tajemną chęć autentyczne­go istnienia, dziewiczy lot świeżych, odkrywczych idei. Czymkolwiek jest ciepło, przyciąga nas coraz bliżej.

W stanie zniechęcenia i osłabionej czujności jest się podatnym na wszelkie iluzje i złudzenia o czym była już mowa w baśni o Czerwonych Trzewiczkach. W trans mogą wprowadzić nałogi, ale też i ludzie mówiący to co pragnie się usłyszeć, media czy organizacje pragnące zyskać coś, czego w normalnych okolicznościach byśmy nie oddali. Patrząc po rodzimym podwórku widzę mnóstwo kobiet, które zgodnie z wzorcem kulturowym oraz mentalnością powychodziły za mąż, urodziły dzieci…i się rozczarowały. A ponieważ życie rodzinne nie przynosi im radości więc oglądają popularne seriale, w których rodziny są idealne. Kobieta zostawiona sama sobie, traktowana z zimną obojętnością, zaczyna się żywić złudą i fantazją zamiast działaniem. Fantazje to środek znieczulający. Znam kobiety obdarzone pięknymi głosami. Znam kobiety, które mają niezwykły dar opowiadania, a wszystko, co wychodzi z  ich  ust, jest świeże i doskonałe w formie. Ale kobiety te są odizolowane albo w jakiś sposób zniewolone. Pod maską nieśmiałości ukrywają wygłodniały animus. Nie potrafią znaleźć wsparcia ani w sobie samych, ani u przyjaciół, rodziny czy społeczeństwa.

Dziewczynka zapala kolejne zapałki i wpatruje się w nie jak zahipnotyzowana. To złudne ciepło, którego starcza na krótki czas. Każdy z nas wie, że na mrozie nie wolno tracić świadomości ani zasypiać, bo można już się nie obudzić. Zamiast poderwać się, uciekać i szukać prawdziwego domu i ogniska, dziewczynka wypala swój potencjał, to co może zapewnić jej byt. Przekładając język baśni na język rzeczywistości oznacza to, że im dłużej przebywa się w trudnym, nieprzyjaznym środowisku czy to rodzinnym, czy zawodowym, ubożeje się emocjonalnie i mentalnie. Wyjście jest niełatwe, ale skuteczne: trzeba odcinać się od ludzi, którzy nie akceptują, krytykują, wyśmiewają, lekceważą to jaką osobą jesteś. To okrutne, ale prawdziwe. W przeciwnym razie sta­niesz się dziewczynką z zapałkami w łachmanach, żyjącą tylko połowicz­nie w przejmującym chłodzie, który ścina wszelką myśl, nadzieję, talent, wszystko, co warto napisać, zagrać, zaplanować, wytańczyć.

 Snucie fantazji nie jest złe samo w sobie, wręcz przeciwnie, jest korzystne dla umysłu i warunkuje postęp oraz sukces, problemem jest stan, kiedy ucieka się od rzeczywistości w urojenia, aby uniknąć działania. Niestety, właśnie takie fantazje snuje dziewczynka. Pogrąża się w świecie złudzeń zupełnie oderwanych od rzeczywistości, natomiast nierozerwalnych z poczuciem, że nic nie można zrobić, poradzić, że wszystko jest za trudne, więc równie dobrze można snuć puste rojenia. Powiem szczerze, że tak naprawdę to dopiero po przeczytaniu tego co napisała Dr Estes zaczęłam się zastanawiać nad tą baśnią. Jako dziecko odbierałam tę historię jako niezgodę na obojętność na los małej dziewczynki (Widzicie? To przez waszą nieczułość umiera dziecko!). Rozpalanie kolejnych zapałek było dla mnie wyrazem desperacji, ale właściwie nie widziałam w tym nic dziwnego. Zakładałam, że dziewczynka jest bezradna, że nie ma żadnej alternatywy, że jest skazana na pobyt w tym mieście itd. Być może wynikało to też z wersji Andersena, w której dziewczynka ma wprawdzie rodzinę tyle że ta działa na nią jeszcze bardziej dołująco (Usiadła na rogu ulicy, w kącie pomiędzy domami, z których jeden był bardziej wysunięty niż inne, zwinęła się cała w kłębek , podkuliła pod siebie małe nóżki, ale marzła jeszcze bardziej , a nie miała odwagi pójść do domu, bo nie sprzedała ani jednej zapałki, nie dostała ani jednego grosika. Ojciec* zabiłby ją.) W takiej wersji śmierć poprzez łagodne zaśnięcie wydaje się wręcz wybawieniem, bo dziewczynka wydaje się nie mieć żadnego rozsądnego wyjścia. Ale to nieprawda. Alternatywa zawsze istnieje, chociaż czasami trzeba dosłownie walczyć aby wprowadzić ją w życie. Nie wolno poddawać się mrozowi. Rozpalanie kolejnych zapałek i wpatrywanie się w nie jak w transie zatrzymuje uwagę i osłabia naszą wolę walki. Jeżeli nie czujesz się kochana i doceniana to łatwiej ci będzie wpadać w trans iluzji, snuć wizje i gdybania „co by było gdyby”, ‘któregoś dnia się za to wezmę”, „on się zmieni” albo „jak dzieci urosną to do tego wrócę”. W wersji Andersena obrazy jakie widzi dziewczynka jeszcze dobitniej pokazane są jako halucynacje: Zapaliła drugą zapałkę o mur. Grzała i świeciła, a tam gdzie padał jej blask, mur stawał się przezroczysty jak gaza; dziewczynka zobaczyła pokój i nakryty stół: na śnieżnobiałym obrusie stała kosztowna porcelana, na półmisku dymiła pieczona gęś, nadziana jabłkami i śliwkami, ale najzabawniejsze było, kiedy gęś zeskoczyła z półmiska i zaczęła biegać po pokoju z nożem i widelcem w grzbiecie, kierując się właśnie ku dziewczynce. To jest przecież scena rodem z Trainspotting, kiedy Renton jest na detoxie i widzi dziecko chodzące po suficie. Wygłodniały umysł potrafi robić wszystko by zwrócić uwagę na swoje potrzeby. Czasem fantazja tkwi korzeniami w umyśle kobiety. Czasem przychodzi z wypitą butelką, strzykawką z narkotykiem — albo ich brakiem. W świat fantazji przenosi marihuana lub pokój z obcym mężczyzną, o którym się szybko zapomni. Kobiety w takich sytuacjach grają rolę dziewczynki z zapałkami, pogrążając się co noc w wyimaginowanym świecie i budząc się rano skostniałe i zmarznięte. Wiele jest dróg, na których można zgubić swój cel — spójną wizję życia. Jak można tego uniknąć, jak przywrócić szacunek do siebie i własnej duszy? Musimy zrobić coś diametralnie innego niż dziewczynka z zapałkami. Musimy nasze myśli i zamiary zabrać w miejsce, w którym znajdą wsparcie. Tylko nieliczne z nas potrafią tworzyć wyłącznie o własnych siłach. Większość potrzebuje dotknięcia skrzydeł anioła, słów zachęty i poparcia.

Aby zrealizować zamierzenia i plany nie można stać w miejscu. Jeżeli tkwimy w zimnie i nie mamy słońca ani ognia, który nas ogrzeje to będziemy mieć siłę tylko do tego aby borykać się z rzeczywistością, a nie mierzyć wyżej. Na realizację planów potrzeba siły i determinacji, a osoby bez wsparcia zużywają na wcielanie ich w życie więcej energii niż ci, którzy to wsparcie mają. Przyjaciele, którzy szczerze kochają i ciepło odnoszą się do naszej twórczości, to najlepsze słońca, jakie można znaleźć. Jeśli, tak jak dziewczynka z zapałkami, nie mamy przyjaciół, to zamarzamy w udręce i gniewie. Nawet jeśli ich mamy, to nie zawsze są oni dla nas słońcami. Zamiast uświadomić, będą tylko pocieszać. Pocieszać, ale nie pielęgno­wać. Pielęgnowanie posuwa naprzód. Jest jak psychiczna uprawa zboża na chleb. Oto różnica między pocieszaniem a pielęgnowaniem: jeśli hodujesz roślinę, która choruje, bo trzymasz ją w ciemnym, ciasnym pomieszczeniu i przemawiasz do niej uspokajająco, to jest to pocieszanie; gdy wyniesiesz ją na słońce, podlejesz i dopiero wtedy z nią porozmawiasz, wówczas właściwie ją pielęgnujesz.

Podobnie jak dziewczynka z bajki o Czerwonych Pantofelkach, mała sprzedawczyni zapałek nie ma wewnętrznego instynktu symbolizowanego przez staruszkę, w tym przypadku babcię. Starsza pani w fantazjach omamia ją wizją nieba zamiast krzyknąć, ‘Nie zatrzymuj się! Wstawaj i idź naprzód!’ Nie ma nikogo, kto pchnąłby ją na dobrą drogę. Wypala swoje zapałki i oddaje swój potencjał za nic tak jak kobiety nieraz „proszą się” o uczucia i uwagę tych, którzy na to nie zasługują, czy to będzie mężczyzna, czy pracodawca, czy rodzina. Dziewczynka z zapałkami, będąc w wielkiej potrzebie, błaga o cokolwiek, oferując w zamian rzecz o nieporównanie większej wartości — oddaje swoją światłość za nędznego pensa. Czy ta wymiana dokonuje się w psychice, czy wydarza w realnym świecie, skutek jest jednakowy: coraz większa utrata energii. Prowadzi ona do tego, że kobieta nie może już zaspokajać własnych potrzeb. Coś w niej chce żyć i błaga o to, ale nikt nie odpowiada.  (…) Kiedy dziewczynka postanawia zapalić zapałki, zużywa bogate zasoby swej wyobraźni na fantazjowanie zamiast na działanie. Wyczerpuje swoją energię w mgnieniu oka. Jeżeli psychika kobiety jest przemarznięta, to wygasają pasja i entuzjazm, a wtedy życie iluzjami wydaje się łatwiejsze i przyjemniejsze niż cokolwiek w rzeczywistości, w dodatku wydaje się być usprawiedliwione („bo nie mogę tego, bo nie potrafię tamtego, więc będę to robić, bo przecież coś mi się od życia należy!”, itd.). Ponieważ nie ma drewna, więc małe światełko zapałki spala jej psychikę, jakby była wielką suchą kłodą. Psychika oszukuje samą siebie, żyje w ogniu fantazji, gdzie spełniają się wszystkie marzenia. Takie fantazjowanie jest jak kłamstwo: jeśli dość często się je powtarza, to w końcu się w nie wierzy.

     Psychiczna zima przynosi pocałunek śmierci w najbardziej negatywnym sensie — oziębia wszystko, czego się tknie. Chłód kładzie kres wszelkim ludzkim więziom. Jeśli chcesz coś uśmiercić, to traktuj to z obojętnym chłodem. Gdy uczucia, myśli, postępowanie ogarnie chłód, nie jesteśmy w stanie nawiązać żadnych więzi. Ludzie chcący porzucić coś w sobie lub kogoś — ignorują, odpychają, pozbywają się, unikają, żeby nie słyszeć głosów, nie musieć patrzeć. Taka jest psychiczna sytuacja dziewczynki z zapałkami. (…)Światełka na pa­tyczkach kojarzą się z większym światłem, na przykład z ognistą czaszką na kiju niesioną przez Wasylisę. Nie tylko symbolizują mądrość, ale, co ważniejsze, rozświetlają świadomość, zastępując ciemność światłością, rozpalając na nowo to, co zagasło. Ogień to najważniejszy symbol tkwiącej w psychice siły odrodzenia.

albert-camus

 * W innej wersji „ojczym”. Odnośnie symboliki przybranych rodziców oraz rodzeństwa odsyłam do baśni o Wasylisie.

 

Cytaty z wersji Dziewczynki z Zapałkami Hansa Christiana Andersena w tłumaczeniu Stefanii Beylin oraz ilustracje J.M. Szancera pochodzą z Baśni wydanych przez Naszą Księgarnię  w 1955

 

Odcinek 5: Czerwone Trzewiczki. O udomowieniu, własnoręcznie szytym życiu i pułapkach

biegnaca z wilkami czerwone trzewiczki

CZERWONE TRZEWICZKI*

 Była sobie raz biedna sierotka, która nie miała butów. Gdzie się tylko dało, zbierała gałganki i w końcu uszyła sobie parę czerwonych trzewiczków. Były toporne i niezgrabne, ale kochała je nade wszystko, bo dzięki nim czuła się jak bogata dama, chociaż całymi dniami aż do zmroku musiała chodzić po ciernistym lesie, żeby znaleźć coś do zjedzenia.

Pewnego dnia, kiedy znużona szła drogą w podartym ubraniu i swoich czerwonych trzewiczkach, zatrzymał się przy niej pozłacany powóz. W środku siedziała stara kobieta. Powiedziała dziewczynce, że zabierze ją ze sobą do domu i będzie traktować jak własną córkę. Pojechały więc do domu starej pani. Tam dziewczynce umyto i uczesano włosy, dostała też śnieżnobiałą bieliznę, piękną wełnianą sukienkę, białe pończochy i błyszczące czarne buciki. A kiedy dopytywała się o swoje stare ubranie i czerwone trzewiczki, stara pani rzekła, że ubranie było tak brudne, a buty tak dziwaczne, że wrzuciła je do ognia i spaliła na popiół.

Dziewczynka posmutniała, bo wszystkie otaczające ją bogactwa nie mogły się równać ze skromnymi bucikami, które uszyła własnoręcznie — one były jej największym szczęściem. Teraz kazano jej cały czas być grzeczną, chodzić dostojnie, nie podskakiwać i nie odzywać się bez pytania. W jej serduszku zapłonął ukryty ogień i wciąż ponad wszystko tęskniła za swoimi czerwonymi butkami.

Kiedy dziecko dorosło do konfirmacji, która miała się odbyć w Dzień Młodzianków, stara pani zabrała ją do kulawego szewca, żeby jej sprawić specjalną parę butów na tę okazję. U szewca w oszklonej szafie dziewczynka zobaczyła czerwone trzewiki uszyte z najdelikatniejszej skórki, tak piękne, że wręcz blask od nich bił. I chociaż to gorszące zakładać czerwone buty do kościoła, dziewczynka, idąc za głosem zgłodniałego serca, wybrała właśnie czerwone. Stara pani miała już oczy tak słabe, że nie widziała, jakiego koloru są buty, i zapłaciła za nie. Szewc mrugnął do dziewczynki porozumiewawczo i zapakował trzewiki.

Nazajutrz ludzie w kościele z oburzeniem patrzyli na buty dziewczynki. Czerwone trzewiczki świeciły jak nawoskowane jabłka, jak serduszka w kartach, jak czerwone śliwki. Wszyscy w napięciu wpatry­wali się w jej stopy, nawet święte obrazy na ścianach, nawet posągi spoglądały karcąco na czerwone buciki. Ale dziewczynka tym bardziej je lubiła. Kiedy biskup zaintonował pieśń, chór zawtórował i zagrzmiały organy, dziewczynka myślała tylko o tym, jak piękne są jej buciki.

Pod wieczór stara pani dowiedziała się od ludzi, że jej wychowanka poszła do kościoła w czerwonych trzewikach.

—        Nigdy, nigdy ich już nie zakładaj! — ostrzegła.

Ale w następną niedzielę dziewczynka nie mogła się powstrzymać i znowu włożyła czerwone buty zamiast czarnych i poszła ze swą opiekunką do kościoła.

W drzwiach kościoła stał stary żołnierz z ręką na temblaku. Miał krótką kurtkę i rudą brodę. Pochylił się i zapytał dziewczynkę, czy pozwoli sobie obetrzeć kurz z bucików. Mała wysunęła stopkę, a żołnierz przetarł jej podeszwy, nucąc skoczną piosenkę, aż stopy ją zaswędziały.

—        Trzymajcie się dobrze w tańcu! — uśmiechnął się i mrugnął do niej.

W kościele znów wszyscy patrzyli pytająco na czerwone buciki dziewczynki. Ale ona była nimi zachwycona — były tak jasne jak maliny Jak owoce granatu — nie mogła myśleć o niczym innym. Ledwie słuchała nabożeństwa. Tak była zajęta obracaniem ich na wszystkie strony i podziwianiem, że zapomniała nawet śpiewać.

Kiedy ze starą panią wychodziły z kościoła, kaleki żołnierz zawołał:

—        Jakie piękne balowe pantofelki!

Na te słowa dziewczynka zakręciła się w kółko. Ale kiedy jej stopy raz zaczęły się poruszać, nie chciały się już zatrzymać i zaczęła tańczyć po klombach z kwiatami, minęła kościół i dalej tańczyła, jakby zupełnie nie mogła nad sobą zapanować. Tańczyła gawota, potem czardasza, potem walca, po drodze, po polach.

Stangret starej pani zeskoczył z ławki i pobiegł za dziewczynką, złapał ją i zaniósł do powozu, ale nóżki dziewczynki w czerwonych bucikach ciągle tańczyły w powietrzu, tak jakby nadal dotykały ziemi. Stara pani i stangret ciągnęli i szarpali za trzewiczki, próbując je zdjąć. Co to był za widok — przekrzywione kapelusze, wierzgające w powietrzu nogi. Wreszcie jakoś je poskromiono.

W domu stara pani schowała czerwone buciki na najwyższą półkę i zakazała dziewczynce ich dotykać. Ale ona w żaden sposób nie mogła się powstrzymać od tęsknego spoglądania w górę. Dla niej była to ciągle najpiękniejsza rzecz pod słońcem.

Niedługo potem opatrzność zrządziła, że stara kobieta ciężko zachorowała; leżała przykuta do łóżka, a kiedy tylko doktorzy wyszli od niej, dziewczynka zakradła się do pokoju, gdzie schowano czerwone trzewiczki. Patrzyła na nie, stojące wysoko na półce. Wpatrywała się z takim natężeniem, że omal nie pochłonęła ich wzrokiem, i w końcu poczuła tak straszną pokusę, że wspięła się na półkę, zdjęła je i obuła, czując, że nie robi nic złego. Ale kiedy tylko buciki objęły jej pięty i palce, opanowała ją chęć tańczenia.

W tańcu wybiegła z domu, po schodach, najpierw gawotem, potem czardaszem, potem zamaszystym walcem, na przemian. Była w takiej ekstazie, że nie zdawała sobie sprawy, iż dzieje się coś niedobrego. Ale kiedy chciała tańczyć w lewo, buciki tańczyły w prawo. Kiedy chciała tańczyć w kółko, buciki prowadziły ją prosto, zupełnie jakby to one miały nad nią władzę. Zaniosły ją na drogę, przez błotniste pola, w ciemny ponury las.

A tam pod drzewem stał ten sam stary rudobrody żołnierz z ręką na temblaku i w krótkiej kurtce.

—        Oho — powiedział — jakie piękne balowe pantofelki.
Przerażona dziewczynka chciała zerwać buciki z nóg, ale im mocniej szarpała, tym mocniej się trzymały. Podskakując na jednej nodze, potem na drugiej, próbowała je zdjąć, ale jedna stopa na ziemi nie przestawała tańczyć, a stopa, którą trzymała w dłoni, też tańczyła.

I tak dziewczynka tańczyła, tańczyła i tańczyła bez końca. Przez najwyższe wzgórza i doliny, w deszczu, śniegu i słońcu. Tańczyła w ciemną noc, o wschodzie słońca i w południe. Ale nie był to radosny taniec. To był szalony, koszmarny pląs; nie było już dla niej wytchnienia.

Tańcząc, zawędrowała na przykościelny cmentarz. Tam wyszedł jej na spotkanie upiór i nie pozwolił wejść. Duch przemówił do niej w te słowa:

—        Masz tańczyć! Będziesz tańczyć, aż sama staniesz się jak zjawa, blada i zimna, aż skóra uschnie na tobie jak na szkielecie, aż nie zostanie z ciebie nic, tylko tańczące wnętrzności; będziesz tańczyła od drzwi do drzwi po wszystkich wioskach, w każde drzwi zapukasz trzy razy, a ludzie, kiedy cię zobaczą, będą się ciebie lękać. Tańczcie, czerwone trzewiki, tańcz i ty z nimi.

Dziewczynka błagała o litość, ale czerwone buciki uniosły ją za bramę cmentarza i dalej, przez krzaki dzikich róż, przez strumienie, przez żywopłoty, dalej i dalej, aż ciągle tańcząc, dotarła do swego starego domu pełnego żałobników. Stara pani, która ją wzięła pod swój dach, umarła. Mimo to dziewczynka dalej tańczyła i tańczyła, bo nie mogła już inaczej. Wyczer­pana i przerażona dotarła do domku pod lasem, gdzie mieszkał miejski kat. A topór wiszący na ścianie zaczął drżeć, gdy poczuł, że się zbliża.

— Kacie, kacie, wyjdź — prosiła dziewczynka, tańcząc przed jego drzwiami. — Rozetnij me buty, uwolnij mnie od przeklętego losu! — I kat toporem przeciął paski butów. Ale trzewiki dalej trzymały się stóp. Krzyknęła więc, że jej życie jest nic nie warte i żeby odrąbał jej stopy. Tak też uczynił. A czerwone trzewiki z nóżkami w środku dalej tańczyły przez pola, aż zniknęły za wzgórzem. Dziewczynka została biedną kaleką, która musiała zarabiać na życie, służąc innym, ale już nigdy, nigdy więcej nie chciała mieć czerwonych bucików.

————————————-

 Tak jak już była o tym mowa we wcześniejszych postach, pierwotna natura ludzi i zwierząt jest bardzo podobna, jednak człowiek tak bardzo rozbudował kulturę, że dominuje ona nad naturą. Jeżeli zwierzę rodzi się w gospodarstwie, to jest od razu udomawiane, podporządkowuje się regułom i pozwala by narzucono mu odgórnie funkcję jaką ma spełniać. Nie jest samowystarczalne, to gospodarz zapewnia mu przetrwanie. Jeżeli dzikie zwierzę zabłąka się do gospodarstwa i zostanie udomowione, to nadal może jeszcze powrócić do naturalnego środowiska, bo nadal zna tajniki przetrwania w nim.

 Dusza ludzka nie jest udomowiona z natury. Jest dzikim zwierzęciem. Udomawia się ją, aby spełniała obowiązki jakie narzuca jej społeczeństwo, ale zawsze może wyrwać się z niewoli i powrócić do lasu, gdzie jej miejsce. Co nie znaczy, że jest to proste, łatwe i przyjemne. Przyjmuję, że kobieta udomowiona to osoba, która kiedyś żyła w naturalnym stanie psychiki — to jest w zgodzie z naturą i instynktami — potem na skutek jakiegoś splotu okoliczności popadła w niewolę, a zbyt długie udomowienie zabiło w niej prawidłowe instynkty. Kiedy odzyskuje wolność i może wrócić do swego pierwotnego środowiska, łatwo pada ofiarą wnyków i zatrutej przynęty. Ponieważ jej cykle życiowe i wewnętrzny system ostrzegawczy uległy zaburzeniom, więc życie na wolności, w naturalnym środowisku, staje się dla niej źródłem zagrożenia. Straciwszy czujność i ostrożność, łatwo staje się łupem. Utrata instynktu przebiega według charakterystycznego wzoru. Koniecznie trzeba mu się przyjrzeć bliżej, wręcz wyuczyć na pamięć, że­by ustrzec siebie i swoje córki przed utratą najcenniejszych skarbów. W psychicznych leśnych ostępach czyhają pułapki, potrzaski z zardze­wiałej stali ukryte tuż pod zielenią poszycia. Zastawia je wielki świat. Jesteśmy podatne na różne pokusy: nęcą z pozoru atrakcyjne związki, ludzie, przedsięwzięcia, którym nie potrafimy się oprzeć; lecz za smaczną przynętą często kryje się ostrze, które — kiedy tylko spróbujemy ugryźć kęs — zabija w nas ducha. Udomowione kobiety w każdym wieku — choć szczególnie dotyczy to młodych — czują nieodpartą pokusę, by jakoś sobie wynagrodzić okres długotrwałego głodu i wygnania. Na zgubę naraża je nadmierny, bezmyślny pociąg do pustych ludzi i uciech, które nic nie dają, nie oferują niczego wartościowego, ożywczego, trwałego. Niezależnie od miejsca i epoki na takie kobiety zawsze czekają ciasne klatki, do których zostają zwabione lub wepchnięte siłą.

 Czerwone Trzewiczki opowiadają o sytuacji, kiedy na skutek różnych okoliczności traci się to co sprawiało satysfakcję i radość, i nic nie może tego zastąpić, a substytuty dają chwilową przyjemność, ale ostatecznie okazują się być zgubne. W baśni początkiem niepowodzeń jest utrata własnoręcznie uszytych butów. Dziewczynką nikt się nie opiekuje, ale dzięki temu jest samodzielna i potrafi sobie poradzić z przeciwnościami losu. Nie mam butów? To sobie je zrobię z tego co mam pod ręką! Może nie będą piękne, ale ochronią stopy przed zimnem i kamieniami. A silne i ruchliwe stopy to podstawa, to dzięki nimi pewnie stoimy na ziemi i jesteśmy w stanie się poruszać. Mogę iść gdzie chcę i kiedy chcę. Często spotykany w baśniach biedny, ale obdarzony sprytem bohater to psychologiczny motyw symbolizujący człowieka bogatego duchem, który powoli, stopniowo zdobywa świadomość, dojrzałość i siłę (…) Archetypowy symbolizm buta sięga czasów starożytnych, kiedy to buty były oznaką władzy: panowie je mieli, niewolnicy zaś nie.(…) Moja wersja baśni powstała w zimnych, północnych krajach, w których posiadanie butów jest warunkiem przetrwania. Suche, ciepłe stopy pozwalają przeżyć ostre chłody i wilgoć. Pamiętam, jak ciotka mówiła mi, że kradzież jedynej pary butów w zimie była zbrodnią równą zabójstwu (…)W symbolice archetypów stopy reprezentują mobilność, swobodę i wolność. W tym znaczeniu posiadanie butów do obucia stóp oznacza ugruntowanie we własnych przekonaniach i hart ducha, by kierować się nimi w życiu. Własnoręcznie zrobione buty nie grzeszą urodą, ale gdyby dziewczynka dalej podążała tym tropem, na pewno z czasem nabrałaby wprawy i zaczęła tworzyć rzeczy rzeczywiście piękne. To nic, że buciki są toporne i niezgrabne; we wszyst­kich kulturach, we wszystkich epokach spotykamy bogów-stworzycieli, których dzieło za pierwszym razem było niedoskonałe. Zrobienie sobie butów napawa dziewczynkę radością, a radość jest źródłem motywacji i napędza do dalszego działania. Bez radości na dłuższą metę nie da się żyć. Nic dziwnego, że trzewiczki są czerwone. Czerwień to kolor pasji i oddania oraz poświęcenia. Aby coś osiągnąć trzeba coś poświęcić: czas, energię, czasami chęć bycia lubianym i akceptowanym. Ale czerwień to także kolor upływu krwi, przy miesiączce, porodzie czy poronieniu krew kapie na stopy i wkrótce z dziewczynki będą tak jak krew wypływać talent, samodzielność, pasja i radość życia. Kobieta czuje radość, kiedy przelewa słowa na papier, kiedy po raz pierwszy udaje się jej uderzyć we właściwą nutę, al punto. To niewiarygodne uczucie. Kobieta czuje taką radość, kiedy odkrywa, że jest w ciąży i pragnie mieć dziecko. Czuje ją, kiedy patrzy na szczęście swoich najbliższych. Czuje ją, kiedy osiąga coś, do czego dążyła ze wszystkich sił, coś, na czym jej zależało, coś, co wymagało ryzyka, wysiłku, zaangażowania i skończyło się sukcesem — w pięknym stylu albo i nie — najważniejsze, że tego dokonała, że coś stworzyła, że stoczyła bitwę, doczekała się wielkiej chwili, spełniła się w życiu. To naturalny, instynktowny stan kobiety. Z takiej radości emanuje Dzika Kobieta. Taki stan ducha woła ją po imieniu. Ale w baśni los zrządził, że pewnego dnia drogę do własnoręcznie szytych, prostych czerwonych bucików, drogę do prostych radości ży­cia zagradza pozłacany powóz, wtaczający się bez pardonu w życie dziewczynki.

 PUŁAPKA POZORNIE ŁATWEGO WYBORU

 Ni stąd ni zowąd pojawia się tajemnicza starsza dama, która obiecuje, że zaopiekuje się dziewczynką. Ot tak, po prostu. Nie będzie musiała się już o nic martwić, starsza pani o wszystko zadba. Kuszące, prawda? I samotna, zmęczona ciągłą pracą dziewczynka daje się skusić. Pierwszą pułapką jest pozłacany powóz. Wejście do powozu starej pani przypomina wejście do ozdobnej klatki; niby oferuje życie wygodniejsze i wolne od trosk, ale w ostatecznym efekcie powoduje zniewolenie. Nie dostrzegamy, kiedy brama się zatrzaskuje, bo złoto z początku oślepia. Wyobraźmy sobie, że idziemy drogą swego życia we własnoręcznie uszytych bucikach i ni stąd, ni zowąd nachodzi nas myśl: „Może jest coś lepszego, coś łatwiejszego, coś, co zabiera mniej czasu, energii, wysiłku”. W życiu kobiety takie nastroje nie są rzadkością. W połowie jakiegoś zadania, wysiłku, mamy przeróżne odczucia — i dobre, i złe. Po prostu układamy sobie życie, idąc naprzód, robiąc wszystko, co w naszej mocy. Wkrótce popadamy w zwątpienie, coś w nas powiada: „To za trudne”. Gdzieś tam, na horyzoncie, jawi się coś pozornie pięknego. Ta rzecz wydaje się łatwiejsza, lepsza, bardziej kusząca. Nagle podjeżdża pozła­cany powóz, drzwi się otwierają, opadają małe schodki i wstępujemy do środka. Zwabiono nas w pułapkę. Dałyśmy się skusić. Taka pokusa pojawia się regularnie, czasem codziennie. I często trudno jej się oprzeć. W konsekwencji bierzemy ślub z nieodpowiednim człowiekiem, żeby zapewnić sobie komfort materialny. Porzucamy nowe, ambitne zadania i wracamy do tych łatwiejszych, wałkowanych od dziesięciu lat. Dobry wiersz zostawiamy w brudnopisie, zamiast nadać mu doskonalszą formę. Bo przecież wydaje się, że lepiej jest jeździć pozłacanym powozem niż iść pieszo w swoich koślawych bucikach. Złotym powozem w realnym życiu może być pogoń za rzeczami materialnymi albo rezygnowanie z ambicji i bardziej skomplikowanych zadań na rzecz tych łatwiejszych i płytszych.

PUŁAPKA TROSKLIWOŚCI

 Kolejną pułapką jest starsza pani. Sidła zostają zastawione, kiedy dziewczynka porzuca swoje życie, by z nią zamieszkać. Tam musi być grzeczna i cicha — nie wolno jej głośno mówić o swoich tęsknotach, a tym bardziej dążyć do ich zaspokojenia. W ten sposób twórcza dusza zaczyna głodować (…)W idealnej postaci stara kobieta symbolizuje godność, duchowego przewodnika, mądrość, samowiedzę, ducha tradycji, dobrze określone granice, doświadczenie przyprawione dla równowagi sporą dozą zrzędliwości, rubasznego humoru, bezpośredniości i przekory. Jak wynika z baśni, stara kobieta nie uszlachetnia młodości, którą wzięła pod opiekę, ale starczą postawą niszczy każdy świeży powiew. Zamiast stać się mentorką wychowanki, stara kobieta usiłuje ją zwapnić. Nie jest uosobieniem starego mędrca, ale uparcie wdraża jedynie słuszną wartość, broniąc wszelkich eksperymentów i nowości.

Na czym koncentruje się większość babć? Nie na tym, żeby twoje uczucia były poukładane, a widzenie świata samodzielne. Na tym, żebyś był najedzony/-a.

Obrazek pochodzi ze strony komixxy.pl

(można kliknąć aby powiększyć)

Tak było nie tylko za mojego dzieciństwa, ale na długo zanim się urodziłam, jeśli wierzyć Konstantemu Ildefonsowi Gałczyńskiemu.

(…)Wnuczek:
(za stołem, w pozycji stojącej, do Publiczności): Po co oni podnieśli tę kurtynę? Żeby mnie było widać? Moje cierpienie to nie jest pies na pokaz. A zresztą – niech tak zostanie. Toć mnie i tak nie widzicie. Ponieważ jestem okryty i pogrążony. Okryty wstydem i pogrążony w rozpaczy. Wszystko przez babcię, która mi nie daje spokoju. (przedrzeźnia Babcię) Zbyszku! Zbyszek to niestety ja. Zbyszku, może ci gorąco, rozepnij się. (rozpina marynarkę) Zbyszku, tobie na pewno zimno, zapnij się. (zapina marynarkę na niewłaściwy guzik) Zbyszku, a może tobie jest wyjątkowo zimno, dopnij się. (zapina jeszcze jeden niewłaściwy guzik i spostrzega pomyłkę) No właśnie, a jak mi się od tego rozpinania, zapinania i dopinania pomyli wszystkie dwadzieścia osiem guzików, to babcia mówi: – Zbyszku, jak ty wyglądasz! – W ten sposób całe życie tylko się rozpinam, dopinam i przepinam. (przepina guziki) I od rana do nocy ciągle ta sama audycja:

Zbyszku, przestań w zębie grzebać,
Zbyszku, nie kręć kulek z chleba,
Zbyszku, nie bierz tyle soli,
Zbyszku, zupę jedz powoli,
Zbyszku, nie rusz tego kwiatka,
Zbyszku, wolno, bo się zatkasz,
Zbyszku, ocet cię zabije,
Zbyszku, nie drap się tak w szyję,
Zbyszku, wyjmij dłoń z kieszeni,
Zbyszku, nie kładź się na ziemi,

Zbyszku, zaraz pęknie szklanka,
Zbyszku, nie graj na organkach,
Zbyszku, nie wchodź na ten taras,
Zbyszku, głowę umyj zaraz,
Zbyszku, nie śmiej się tak głośno,
Zbyszku, zapnij się, bo mroźno,
Zbyszku, nie gwiżdż i nie kichaj,
Zbyszku, spodni nie wypychaj,
Zbyszku, co to? popiół w talerz?
Zbyszku, brzytwą się nie skalecz (…)

fragmenty Babci i Wnuczka K.I. Gałczyńskiego

 Wiemy jakie są babcie, a w szczególności polskie babcie: opiekuńcze, troskliwe, zawsze pilnujące by otoczenie było najedzone, a przede wszystkim pilnujące przestrzegania obyczajów. Jeżeli jedziesz do babci to prawdopodobnie dostaniesz wielki obiad z pyszną szarlotką na deser, ale będziesz musiał się odpowiednio zachowywać, być grzecznym, uśmiechniętym i potakującym, uprzejmym jak angielska królowa dla wścibskich sąsiadek zerkających zza płota, a jeżeli nie daj Boże, założyłeś „niewłaściwe” ubranie to babcia nie będzie miała żadnych oporów, żeby je skrytykować i powiedzieć ci jak według niej wyglądasz. No i jeżeli akurat nie jesteś głodny, babcia absolutnie nie przyjmie tego do wiadomości.

Obrazek pochodzi ze strony komixxy.pl (można kliknąć aby powiększyć)

Ten minikomix podaje w zabawny sposób smutną prawdę: nie ma na świecie nikogo, kto jest równie dobry w szantażu emocjonalnym niż kobiety w rodzinie, zwłaszcza babcie i matki. „Przecież robię to dla twojego dobra!”, „Przecież się o ciebie troszczę!”, „Wiem co jest dla ciebie dobre!”. Więc jeżeli tego nie chcesz to jesteś niewdzięczny, nieczuły etc. Nasze babcie i mamy żyły w czasach wielkiej opresji dla duszy, marzeń oraz ambicji kobiet i to je ukształtowało. Mimo że teraz mają możliwości rozwinięcia skrzydeł, to są zbyt udomowione aby nawet zauważyć, że klatka została otwarta. Co więcej, starają się udomowić to co naturalne i dzikie w młodym pokoleniu będąc święcie przekonanymi, że przecież to „dla ich dobra”. Babcie i mamy żyjąc niemal od zawsze w stanie udomowienia przeceniają wartość wspólnoty. Nie wierzą, że można żyć w lesie samodzielnie i przetrwać. Uważają, że trzeba dostosować się do innych. Pozostajemy pod wpływem wielu zbiorowości; zarówno grup, z którymi się utożsamiamy, jak i tych, do których wcale nie należymy. Czy otaczająca nas zbiorowość to środowisko akademickie, religijne, finan­sowe, zawodowe, rodzinne czy jeszcze inne, wszystkie stosują system kar i nagród zarówno wobec swoich członków, jak i wobec osób spo­za grupy. Usiłują kontrolować wszystko bez wyjątku — od myśli po wybór partnera czy pracy. Często poniżają i odstraszają od przedsię­wzięć, które nie są zgodne z ich preferencjami. W baśni stara kobieta jest symbolem rygorystycznego strażnika kolektywnej tradycji, wymuszającego nie kwestionowane status quo: „Bądź grzeczna, nie sprawiaj kłopotów, nie myśl za dużo, nie nabijaj sobie głowy wysokimi ideałami, bądź skromna, nie wychylaj się, naśla­duj innych, bądź miła, zgadzaj się na wszystko, nawet jeśli ci się coś nie podoba, jeśli coś do ciebie nie pasuje, jeśli jest za małe lub za duże i nawet jeśli boli”. Kiedy przyjmujemy taki martwy system wartości, w zatrważającym stopniu zatracamy kontakt z duszą. Niezależnie od afiliacji z daną grupą i jej wpływu na nas, dla dobra duszy musimy zrobić wszystko, by nie identyfikować się bez reszty ze zbiorowością, ale zaznaczać swoją odrębność i kierując się własnym wyborem, przerzucać tylko pomosty do różnych grup. To my zdecydujemy, które mosty będą mocne i często używane, a które zostaną słabymi kładkami, po których nikt nie chodzi. I zapewne będziemy faworyzować te zbiorowości, które najbardziej sprzyjają naszej duszy i twórczym ambicjom w życiu. (…)Życie nie będzie twórcze, jeśli usiądzie się grzecznie w kąciku. Uległość i posłuszeństwo w mowie, myśli czy działaniu pozbawia soków twórczych. Każda grupa, społeczeństwo, instytucja czy organizacja, która zachęca kobiety do pogardzania oryginalnością, do podejrzliwości wobec rzeczy nowych i niezwykłych, do unikania żaru, żywości, innowacji, do bezosobowości, zmierza do stworzenia społeczeństwa martwych kobiet**.

 SPALENIE SKARBU

 Trzecim błędem jaki popełnia dziewczynka jest niedopilnowanie czy też przyzwolenie na spalenie jej własnoręcznie zrobionych trzewików. Starsza pani w jej dziele widzi tylko śmieci i pali je, a dziewczynka robi się jeszcze bardziej smutna i cicha. Podobnie dzieje się z kobietami, pod wpływem krytyki czy chwilowego zwątpienia porzucają swoje pasje i zainteresowania i dają się wtłoczyć w zbyt ciasne ramy. Wówczas życie kobiety traci kolory, bo jest już tylko hambre del alma (hiszp. „głód duszy” – przyp. A.L.)— wygłodzona, nienasycona dusza. Pragnie ona tylko jednego — powrotu głębszego sensu życia. Pragnie tylko własnoręcznie szytych czerwonych bucików. Spontaniczna radość, jaką symbolizują, mogła spłonąć w ogniu rezygnacji, w ogniu niedoceniania i lekceważenia własnej pracy. Mogła też spłonąć w ogniu ciszy, jaką same sobie narzucamy. Zbyt wiele kobiet składa straszliwe przysięgi na wiele lat przedtem, zanim zdążą się czegoś nauczyć. W młodości zabrakło im przyjaznej atmosfery i wsparcia, więc zniechęcone i zrezygnowane odkładają pióra, połykają słowa cisnące się na usta, przestają śpiewać, zwijają płótna i przysięgają nigdy ich więcej nie dotknąć. Kobieta w takim stanie wchodzi nieodwracalnie do pieca razem ze swym ręcznie szytym ży­ciem. Życie obraca się w popioły. Żywa kobieta obumiera w ogniu nienawiści do samej siebie, bo kompleksy gryzą dotkliwie i przynajmniej przez jakiś czas skutecznie odstraszają od życia lub satysfakcjonującej pracy. Mijają lata, a kobieta nie idzie naprzód, nie uczy się, nie dowiaduje niczego, niczego nie osiąga, nie podejmuje wyzwań, nie staje się kimś.

 Oczywiście, najlepszym i najzdrowszym rozwiązaniem byłoby po prostu opuszczenie domu, w którym zamiast się rozwijać, dziewczynka więdnie. Jeśli nie uciekamy, mając po temu wszelkie powody, to popada­my w depresję. To kolejna pułapka. Stałe dopasowywanie się do cudzych reguł stępia instynkty pchające nas do spontaniczności, radości, wchodzenia w związki, stawiania sobie celów, pokonywania przeszkód i ciekawości tego co nowe. Kiedy mówię o nadmiernym udomowieniu jako niewoli, nie mam na myśli socjalizacji — procesu, w którym dzieci uczą się mniej więcej właściwych zachowań społecznych. Rozwój społeczny jest sprawą niezwykle doniosłą. Bez niego nie można sobie radzić w świecie. Jednak nadmierne oswojenie jest jak żądanie, by życiodajna krew przestała krążyć. W prawidłowym, zdrowym stanie dzika jaźń nie jest potulna ani otępiała. Jest czujna i reaguje na każdy ruch, na działanie każdej siły. Nie jest skazana na powtarzanie tego samego wzorca w każdej sytuacji. Ma twórczy wybór. Kobieta z uszkodzonym instynktem wyboru nie ma. Jest unieruchomiona.

 Wsiadając do złotego powozu i przenosząc się do domu staruszki przejmujemy jej zachowania i sposób bycia. To ona jest gospodynią, a nie my. Zostajemy udomowione i musimy się dopasować. Zatracamy naturalne instynkty, ale nasza dzika natura wierzga, krzyczy i domaga się zauważenia. Potrzebuje czegoś co pobudzi ją do życia, wyrwie z marazmu i sprawi, że przejdą ciarki, tyle że przestaje rozróżniać między tym co wartościowe i zdrowe, a tym, co puste i niszczące. Tak jak wygłodzony człowiek zje wszystko co mu się trafi, czy będzie to pyszna, pachnąca ziołami i dobrze przyprawiona paella, czy ociekający tłuszczem hamburger i frytki przesiąknięte wonią oleju drugiej świeżości. Wkrótce, kiedy znów znajdzie się na wolności — już bez wrodzonego zmysłu, niezdolna do dostrzeżenia niebezpie­czeństw, porwą ją w tan diaboliczne czerwone trzewiczki.

 SZALEŃSTWO ZWIERZĘCIA WYPUSZCZONEGO Z KLATKI

 Wilki w normalnych warunkach nie są krwiożercze. Zabijają tyle ile trzeba, aby przeżyć. Jednak jeżeli głodują podczas zimy, to gdy tylko topnieją śniegi, zaczynają polować bez opamiętania, w sposób zupełnie nieracjonalny, nie dają rady zjeść wszystkiego, nie robią zapasów, porzucają złowioną zwierzynę. Z podobnym zjawiskiem spotyka­my się, kiedy kobieta doświadczyła psychicznej niewoli i głodu. Nagła wolność odurza — można iść, dokąd się chce, robić, co się chce, żyć, jak się chce, zaczyna się szamotanina i utrata wszelkich hamulców — co się uważa za usprawiedliwione. Dziewczynka w baśni także czuje się usprawiedliwiona, kiedy za wszelką cenę chce zdobyć czerwone trzewiczki. Głód powoduje utratę rozsądku. Po doświadczeniu utraty wolności, mamy już w podświadomości kod „bierz ile możesz od razu, bo nie wiadomo jak długo będziesz w stanie się tym cieszyć”. Jeśli kobiecie każe się być dystyngowaną damą siedzącą z równo złączonymi kolanami, jeśli wychowano ją tak, że mdleje, słysząc dosadniejsze słowo, jeśli nigdy nie piła nic poza pasteryzowa­nym mlekiem… to trzeba uważać, kiedy się urwie ze sznurka. Nagle przestają jej wystarczać likiery owocowe, zaczyna upijać się na umór jak stary marynarz, a od jej przekleństw więdną uszy. Głód minął, ale pozostała obawa, że kiedyś znowu dostanie się do niewoli. Chce więc zakosztować wszystkiego, póki może. (…)Jeśli kobieta przez dłuższy czas musiała funkcjonować wbrew naturalnym cyklom, zaprze­czać swym twórczym potrzebom, to dostaje obsesji na punkcie alkoholu, narkotyków, złości, życia duchowego, przemocy wobec innych, roz­wiązłości, ciąż, studiów, twórczości, władzy, wykształcenia, porządku, sprawności fizycznej, objadania się chipsami, by wymienić najbardziej typowe nałogi. W ten sposób kobiety kompensują sobie utratę regularnych cykli wyrażania siebie, wyrażania swej duszy, samorealizacji. Wiele utalentowanych kobiet wpadło w pułapkę najpierw próby przystosowania się, a potem złych wyborów, nałogów, depresji i niemożności zatrzymania się: Janis Joplin, Marylin Monroe, Judy Garland, Edith Piaf, Sylvia Plath, Amy Winehouse by wymienić tylko te najsłynniejsze. To nie talent doprowadził je do śmierci. Sprawiły to pułapki, których mogły ominąć gdyby ich instynkt nie został okaleczony.

 W baśni dziewczynka przystępuje do uroczystości kościelnej i z tej okazji ma otrzymać nowe buty. Starsza pani niedowidzi i niechcący pozwala dziewczynce przemycić błyszczące czerwone trzewiczki. Oto potwierdzenie, że skostniały, pedantyczny system wartości sam w sobie pozbawiony jest zdolności wyraźnego widzenia, wrażliwości na to, co się dzieje wokół. Kiedy coś czego bardzo pragniemy długo spychamy do nieświadomości, to daje to tak sam efekt jakbyśmy w naczyniu do gotowania pod ciśnieniem nie zostawili żadnego odpowietrznika: prędzej czy później wybuchnie i rozsadzi garnek. Cień zachowuje się analogicznie. Dlatego skąpcy mogą nagle zadziwić wszystkich, ofiarowując miliony dolarów na sierociniec. Dlatego osoba zazwyczaj łagodna może wpaść w dziki szał, ciskając wokół siebie gromy. Wybuch to już ostateczność, jeżeli powietrze spuszczać powoli i spokojnie, to można energię odprowadzać w bezpieczny sposób. Eksplozja rujnuje i naczynie, i to co w środku niego, i to co dookoła. Potem następuje coś, co, jak powiadają w moich stronach, przypomina próbę wpakowania dziesięciu funtów mułu w pięciofuntowy wo­rek. Niełatwo ujarzmić to, co po wielkiej detonacji wymknęło się z cie­nia. (…) Kobiety, które nie mogą robić jawnie tego, co sprawia im radość, zaczynają przemycać to w sposób niejawny i prowadzić podwójne, schizofreniczne życie. Jeśli kobieta udaje, że chce wtłoczyć swe życie w małą, zgrabną paczuszkę, to osiąga tylko tyle, że w sferze cienia powstaje olbrzymie ciśnienie życiodajnej energii. Wciąż powtarza, że czuje się świetnie. Widzimy ją w odległym kącie pokoju lub w lustrze i wiemy, że wcale tak nie jest.(…) Jak Hedda Gabler w sztuce Henryka Ibsena, kobieta o nieokiełznanej duszy może, zacisnąwszy zęby, udawać, że żyje zwykłym życiem, ale musi drogo za to zapłacić. Hedda ukradkiem prowadzi gorące, niebezpieczne życie, igrając z byłym kochankiem i Śmiercią. Na zewnątrz udaje, że jest zadowolona, chodząc w czepku i słuchając zrzędzenia stetryczałego męża. Kobieta pozornie może być układna, nawet cynicz­na, ale wewnętrznie krwawi. Albo, śladem Janis Joplin, kobiety próbują podporządkować się panującym zasadom tak długo, jak długo mogą to znieść, a ich twórcza natura, wyniszczona i schorowana przez zepchnięcie w cień, wybucha w gwałtownym buncie przeciw dobrym manierom w sposób nieprzemy­ślany, lekceważący talent i samo życie. (…)Ukradkowe przemycanie życia, ponieważ to prawdziwe nie znajduje przestrzeni do rozwoju, odbija się boleśnie na witalności kobiety. Ko­biety zniewolone i wygłodzone wykradają, co się da: przemycają zaka­zane książki i muzykę, przyjaźnie, seks, religie. Przemycają potajemne myśli, poglądy, sny o rewolucji. Kradną czas, który mają poświęcić rodzinom, mężom, kochankom. Podwójne życie to życie w schizofrenii. Żeby zejść z tej podwójnej drogi, kobieta musi porzucić udawanie. Ukradkowe, przemycane, symulowane życie wewnętrzne nie może się udać.

 STĘPIONY INSTYNKT

 O ile gdy wsiadała do złoconego powozu, dziewczynka miała prawo nie wiedzieć w co się pakuje z racji małego doświadczenia, to przemycenie czerwonych trzewiczków spowodowane jest stępieniem instynktu poprzez mieszkanie w domu staruszki. W ten sposób kobiety oszukują same siebie. Wyrzuciły swój skarb, cokolwiek to było, a potem, jak się da, przemycają namiastki. Piszą? Owszem, ale w sekrecie, nie mają więc znikąd wsparcia, zachęty. (..) Brak powiernika, przewodnika, czegoś podnoszącego na duchu może zabijać. Tak się dzieje z kobietami, które mają poczucie niższości, kompleksy, nieszczęśliwie wyszły za mąż, z różnych przyczyn przerwały edukację itd. Trudno jest przemycać strzępki życia w taki sposób, ale kobiety robią to co dzień. Kiedy okoliczności zmuszają kobietę do wykradania życia, żyje ona na najmniejszych obrotach. Robi wszystko tak, by „oni” tego nie słyszeli, kimkolwiek „oni” są w jej życiu. Na dłuższą metę taki stan ducha prowadzi do wyniszczenia, wpadania w depresję, w choroby psychosomatyczne, do utraty radości, entuzjazmu, indywidualności, a w krańcowych przypadkach również samego życia. Nawet jeżeli kobiecie udaje się przez jakiś czas wpakowywać dziesięć funtów do pięciofuntowego worka, to po pewnym czasie on w końcu nie wytrzyma i pęknie. Każda w dzieciństwie próbowała powstrzymywać oddech. Każda przekonała się, że nie można nie oddychać ani oddychać zbyt płytko, że jakaś siła każe w końcu zrobić głęboki wdech. Otwierałyśmy szeroko usta, by znowu oddychać pełną piersią.

 W kościele dziewczynka wzbudza powszechne oburzenie swoimi bucikami, mieszkańcy natychmiast donoszą o jej „występku” starszej pani, w domyśle sugerując, aby ją ukarała. Staruszka zakazuje dziewczynce używać czerwonych trzewiczków, ale naturalna przekora każe jej w tajemnicy założyć je w następną niedzielę. To jeszcze nie obsesja, to raczej zbiorowość podsyca i wzmacnia jej wewnętrzny głód, żądając kapitulacji przed swymi ciasnymi wartościami. Tu ukazuje się kolejna prawda psychologiczna: im większą presję wywierasz, im bardziej przyciskasz pokrywkę z tym większą mocą wybuchnie para. Można próbować wieść ukryte życie, ale wcześniej czy później superego, negatywny kompleks lub samo społeczeństwo pojawi się na twojej drodze. (…) Niektórzy uważają, że czasy, kiedy tak zwana kobieta niepokorna bywała wyklęta, należą do przeszłości. Jeśli była niepokorna, to znaczy postępowała zgodnie z naturą swej duszy, to mówiło się, że jest „zła” lub że „zbłądziła”. Te czasy nie minęły. Zmienił się tylko typ zachowań, które uznaje się u kobiet za niedozwolone. Kiedy wybuchła wojna w Zatoce Perskiej, kobiety w Arabii Saudyjskiej czując w powietrzu zmiany wsiadły za kierownice samochodów, co było zakazane. Oskarżono je o łamanie prawa, a sądy nakazały ich męskim opiekunom, by dopilnowali aby więcej tego nie robiły. Czy to wyeliminowało ich pragnienia o samodzielnym prowadzeniu samochodu? Nie. Spowodowało tylko, że zeszły do podziemia. Na YouTube można zobaczyć filmy, gdzie kobiety z zasłoniętymi twarzami prowadzą nocą samochody, a na Facebooku założyły stronę Women2Drive . Spontaniczne dziecko płci żeńskiej urodzone w surowej społeczności zazwyczaj prędzej czy później dozna podłości ostracyzmu. Traktuje się ją, jakby nie istniała, jak powietrze. Wspólnota wycofuje swą troskę, miłość, odmawia spełniania innych psychicznych potrzeb. Za takim ostracyzmem leży chęć zmuszenia jej, by się podporządkowała zasa­dom, chęć zabicia w niej ducha, wygnania jej z „przyzwoitej wioski” na zmarnowanie i śmierć na pustkowiu.(…) W związku z tym należy zapytać, jak to się dzieje, że niektóre kobiety czują, że muszą kulić się ze strachu, cofać się, płaszczyć i błagać o życie, które przecież od początku do nich należy. Co każe społeczeństwom stawiać takie wymagania?

 Perfidia kryje się w tym, że przez wieki poprzez brak możliwości wyrażania otwarcie agresji i gniewu, kobiety opanowały sztukę wyrażania ich pośrednio poprzez obmawianie, plotkowanie i donoszenie. Jeżeli inna kobieta ma odwagę mówić wprost, co myśli i postępować zgodnie z własnymi przekonaniami, to staje się łatwym celem dla tych, które nie mają tej śmiałości. Kobiety potrafią być wobec siebie największymi wrogami. Dziewczynka z baśni przyzwala otaczającej ją kulturze wpędzić się w jeszcze większą martwotę; zamiast jednak tchórzliwie uginać się przed rygorystyczną zbiorowością, można zdobyć się na akt odwagi. Nie musi to być czyn poruszający niebo i ziemię. Odwaga to pójście za sercem. Są miliony kobiet, które codziennie dokonują takich aktów odwagi. Jednak nie pojedynczy akt przekształca skostniałą zbio­rowość, a ich systematyczne powtarzanie. Jak kiedyś powiedziała mi młoda buddyjska mniszka: „Kropla drąży kamień”. (…)Kiedy grupa okazuje wrogość naturalnemu życiu kobiety, nie wolno Jej godzić się na pogardę i wyzwiska. Jak brzydkie kaczątko musi trwać i szukać miejsca, do którego należy — przeczekać, przetrwać i twór­czym życiem pokonać tych, którzy ją wyszydzają.

 Problem w tym, że dziewczynka nie robi tego, co Brzydkie Kaczątko, nie ucieka i nie szuka swojego miejsca. Wpatruje się jak zahipnotyzowana w błyszczące, czerwone trzewiczki i nie rozumie zagrożenia, nie podejmuje żadnej konstruktywnej decyzji aby wybrnąć z opresji. Bycie grzeczną, ustępliwą, oddawanie pola napastnikowi, próby pogodzenia się z niezdrową sytuacją sprawia, że stępia się naturalny instynkt prawidłowego reagowania, postrzegania, odpowiadania na zmiany, przeciwstawiania się niesprawiedliwości itd. Próbując być dobrą, posłuszną, ustępliwą w obliczu zewnętrznego lub wewnętrznego zagrożenia w celu ukrycia kryzysu psychicznego lub rzeczywistej sytuacji — kobieta wyrywa swoją duszę z korzeniami. Odcina się od wiedzy, od zdolności działania. Jak dziewczynka w baśni, która nie sprzeciwia się głośno, usiłuje ukryć głód, stwarza pozory, że nie trawi jej wewnętrzny ogień, tak współczesne kobiety cierpią na tę samą chorobę: sytuację nienormalną uznają za chleb powszedni. To zaburzenie szerzy się we wszystkich społeczeństwach. Oswojenie ze stanem nienormalnym ma przede wszystkim jeden skutek: sprawia, że duch, zamiast się zabrać za uzdrawianie sytuacji, popada w letarg, apatię, rozleniwienie i wreszcie, jak stara pani w baśni, w zupełną ślepotę.(…) Staramy się podporządkować, dostosować, uznając nienormalny stan za normę. W rezultacie tracimy zdolność do ucieczki. Tracimy siłę, by prze­mawiać za tymi elementami duszy i życia, które cenimy najbardziej. (…)Kiedy instynkt już nie działa, chlebem powszednim dla istot ludzkich stają się wszelkie zniewagi i napaści, wszelkie akty niesprawiedliwości i zniszczenia skierowane przeciw nim, ich potomstwu, ukochanym, ziemi, a nawet przeciwko ich bogom.

 W latach sześćdziesiątych naukowcy badając mechanizmy instynktu ucieczki przeprowadzili dosyć okrutny experyment i zaobserwowali dające do myślenia zjawisko. Psa umieszczono w klatce, której jedna połowa podłogi była podłączona do prądu. Za każdym razem gdy stawiał na niej łapę, doznawał nieprzyjemnych wstrząsów, dlatego szybko nauczył się trzymać drugiej, bezpiecznej połowy. Kiedy zamieniono połowy, pies przystosował się do odwróconych warunków. Następnie kiedy prąd podłączono na całej powierzchni, ale puszczano w nieregularnych odstępach, tak że niezależnie co zwierzę robiło i gdzie się znajdowało, zostawało porażone prądem.  Z początku pies był zdezorientowany, potem wpadł w panikę, a na końcu poddał się i położył na ziemi, przyjmując obojętnie wstrząsy. A co najstraszniejsze, kiedy drzwi klatki otwarto, pies leżał tam nadal. Nie wybiegł i nie opuścił klatki mimo że mógł. To samo zjawisko występuje u ludzi. Zbyt długie przebywanie w środowisku opresyjnym, gdzie stosuje się przemoc sprawia, że człowiek na nią obojętnieje i nawet kiedy zagrożenie ustaje, nie ma się już sił ani koncentracji, aby wyrwać się z tego kręgu. Naturalny instynkt ucieczki został już uszkodzony. Właśnie takie uznanie przemocy za normę, określane przez badaczy terminem „wyuczona bezradność”, skłania je (kobietyprzyp. A.L.) nie tylko do pozostawania przy mężach alkoholikach, nadmiernie wyzyskujących pracodawcach, w grupach, które je wykorzystują i poniżają, ale także sprawia, że czują się niezdolne do podjęcia jakichkolwiek kroków, by walczyć o swoje przekonania, swoją sztukę, zamiłowania, styl życia, politykę. (…) Świat dzikiej przyrody uczy, by podejmować wyzwania, w miarę jak się pojawiają. Osaczony wilk nie woła bezradnie: „O nie! Tylko nie to!”, ale odskakuje, rwie pazurami, biegnie, chowa się w norze, ryje w ziemi, udaje nieżywego, rzuca się do gardła — robi to, co w danej sytuacji trzeba zrobić. My też nie możemy pozwolić, by otępił nas chaos, upadek, ciężkie czasy. Musimy wreszcie zrozumieć, że wszystko, co więzi kobiecą radość, może nadejść z różnych stron i podstępnie zmieniać postać.

 SZALONY TANIEC

 Przy wyjściu z kościoła na dziewczynkę czeka stary żołnierz, który najwyraźniej ma diabelskie cechy (a w psychice uosabia naturalnego drapieżcę). Rzuca czar na pantofelki, tak że porywają one właścicielkę w niekończący się tan. Uzależnienie wynika nawet nie tyle z tego, że pozwoliła spalić własnoręcznie zrobione pantofelki. W końcu każdy ma prawo do błędów, zwłaszcza jeżeli jest młody i niedoświadczony. Błędem jest to, że nie spróbowała zacząć raz jeszcze, a zamiast tego usiłowała za wszelką cenę zdobyć substytut tego, co zostało jej odebrane, wierząc że to da jej szczęście. Stępiony instynkt nie zadziałał i nie pozwolił na rozróżnienie między grafitem a diamentem. Dziecko spróbowało wszystkiego: podporządkowania się staruszce, buntu, przemycania, „bycia grzeczną”, pozbycia się hamulców i tańca, a potem ponownego narzucenia sobie rygorów. Jednak niespełniona tęsknota za duszą i sensem życia jeszcze raz zmusza je do porwania czerwonych bucików, założenia ich i puszczenia się w ostatni taniec, taniec, który zaprowadzi do spustoszenia. (…)Dziewczynka wiruje przez życie w tańcu, który tak samo jak nałogi nie przynosi spełnienia, nadziei ani szczęścia, lecz ból, strach i skrajne wyczerpanie. Nie ma dla niej spoczynku. W życiu ów taniec to przede wszystkim nałogi, ale także nieudane związki, toxyczne relacje, brak silnej woli, uleganie innym, powtarzanie cały czas tych samych błędów, „nakręcanie się” negatywnymi myślami, wszystko to co nie pozwala nam odczuwać radości i harmonii wewnątrz nas jakiekolwiek by były zewnętrzne okoliczności. W zdrowej konstrukcji psychicznej w sytuacji zagrożenia interweniuje ta jej część, którą w baśniach symbolizuje staruszka, to wiedza i doświadczenie czuwające nad młodziutką, nieświadomą jeszcze zagrożeń dziewczynką. W tym kompensacyjnym uzależnieniu od fałszywej wolności główną rolę gra stara, wysuszona kobieta w psychice. Już od samego początku wzrok jej nie dopisuje. Potem zaczyna chorować. Jest unieruchomiona, zostawia próżnię w naszym wnętrzu. Psychice nadużywającej wolności nie ma kto przemówić do rozsądku. Wreszcie stara kobieta umiera, odchodzi, nie zostawiając po sobie bezpiecznego gruntu. A dziewczynka tańczy. Początkowo przewraca oczami z ekstazy, ale potem, kiedy buty nie dają jej odpocząć, już tylko z przerażenia i zgrozy. W zdrowej, naturalnej psychice tkwią najsilniejsze instynkty przetrwania. Ale jeśli kobieta nie może regularnie korzystać z wewnętrz­nej i zewnętrznej wolności, to czas spędzony w niewoli, uległość i bier­ność stępiają wrodzony dar orientacji, postrzegania sytuacji, pewności siebie i wszystkie cechy, których potrzebuje, by stanąć na własnych nogach. Czasami trudno się zorientować, kiedy tracimy instynkt, ponieważ najczęściej jest to podstępny, niedostrzegalny proces, zachodzący nie z dnia na dzień, ale w ciągu dłuższego okresu. Ponadto utrata bądź zamieranie instynktu często są aprobowane przez otaczającą nas kulturę, a NIERZADKO PRZEZ INNE KOBIETY, KTÓRE JUŻ WYZBYŁY SIĘ INSTYNKTU, BY ZNALEŹĆ AKCEPTACJĘ W SPOŁECZEŃSTWIE NIE ZNAJDUJĄCYM MIEJSCA DLA KOBIET ŻYJĄCYCH W HARMONII Z NATURĄ (podkreślenie. A.L) Uzależnienie to obłąkana Baba-Jaga, która porywa zagubione dzieci i porzuca je pod drzwiami kata.

 Na tym etapie jest już zbyt późno by zatrzymać się i zdjąć buciki, trzeba je odrąbać razem ze stopami. Jak ciężki to proces wiedzą alkoholicy wychodzący z nałogu, nie ma innego wyjścia niż radykalne odcięcie się od alkoholu. Kiedy postanowi się zerwać z nałogiem, nie wolno wypić już ani kropli więcej. Nie można myśleć: „Wypiję tylko kieliszek szampana z okazji ślubu syna” albo „To tylko kieliszek wina do obiadu”. Skoro wcześniej nie zadziałał mechanizm samokontroli, to nie ma żadnej gwarancji, że teraz nagle zadziała. Jednocześnie zrywanie z nałogiem jest bardzo ciężkie, a brak „paliwa” jakim był alkohol czyni ten proces jeszcze cięższym. Podobnie jest z powracaniem do lasu i kierowaniem się z powrotem wskazówkami instynktu. Odcinając się od nałogu samozagłady, czujemy okrutny ból. Nikt nie wie dlaczego. Można by sądzić, że uwięzio­na kobieta poczuje ulgę, przeszedłszy ten próg. Można by sądzić, że w mgnieniu oka poczuje się ocalona. Można by sądzić, że zacznie się cieszyć. Ale nie, ogarnia ją strach, słyszy zgrzytanie zębów i odkrywa, że to ona sama wydaje ten dźwięk. Czuje, że krwawi, choć nie widać krwi. Ale to ten ból, to cierpienie, ten brak stóp i brak domu, do którego można wrócić, są konieczne, żeby zacząć od nowa, od początku, żeby wrócić do życia uszytego własnymi rękami i kunsztownie dopracowywać je co dnia. Wbrew pozorom to że dziewczynka traci stopy nie oznacza, że jest na zawsze okaleczona. Inna opowieść, którą w Biegnącej z Wilkami analizuje dr E Bezręka Dziewczyna opowiada o tym, jak młodziutkiej dziewczynie odrąbane zostają ręce, ale dobrzy ludzie tworzą dla niej protezy ze srebra, a to sprawia, że odrastają jej własne dłonie. Nie mamy wpływu na to, kto powołuje nas na świat. Nie mamy wpływu na to, jak nas wychowano, nie możemy zmusić kultury, żeby w jednej chwili zaczęła nam sprzyjać. Ale jest i dobra wiadomość: nawet okaleczone, udomowione, nawet jeszcze w niewoli możemy odzyskać życie. Trzeba jednak wzmóc czujność, przygotować się na to, że pułapki, w które się już raz wpadło będą nadal czekały na drodze. Żeby utrzymać wewnętrzną radość, czasem będziemy musiały o nią walczyć, będziemy musiały się wzmocnić, wytężyć wszystkie siły i spryt. Żeby przeżyć oblężenie, trzeba długo obchodzić się bez wygód. A wolno nam wyrzec się niemal wszystkiego z wyjątkiem naszej radości — ręcznie uszytych czerwonych bucików.

 Tak jak alkoholicy muszą odciąć się od kumpli, którzy nadal piją tak kobieta, która powraca do lasu nie może oglądać się bez przerwy na gospodarstwo, z którego uciekła i słuchać tego, co mówią jej udomowione zwierzęta. Jeśli pragniemy dokonać czegoś, na czym nam naprawdę zależy, to jedną z najważniejszych rzeczy jest otoczyć się ludźmi, którzy popierają nasz wysiłek. Tak zwani przyjaciele, poranieni tak samo jak my, ale w gruncie rzeczy nie pragnący uzdrowienia, są pułapką i trucizną. (…) Odzyskanie straconego instynktu i uzdrowienie okaleczonego jest zawsze możliwe: instynkt powraca, kiedy kobieta uważnie słucha, patrzy, wczuwa się w otaczający ją świat i postępuje tak, jak robią to inni; skutecznie, wydajnie, z uczuciem. Możność obserwowania innych istot o zdrowym instynkcie jest konieczna do jego odzyskania. Po jakimś czasie słuchanie, patrzenie, działanie łączą się w jeden rytm, który ćwiczymy dopóty, dopóki na nowo nie wejdzie nam w krew.

 Znam kilka pisarek, które mają pewne motto wypisane nad biurkiem. Znam jedną, która nosi je na karteczce w bucie. Pochodzi ono z wiersza Charlesa Simica i jest najważniejszą instrukcją dla nas wszystkich: „Kto nie potrafi wyć, ten nie odnajdzie swego stada”. Jeśli chcesz na powrót wezwać Dziką Kobietę, nie pozwól się złapać. Wyostrz swój instynkt — odskakuj daleko, wyj przeciągle, bierz to, co daje świat, i dowiedz się o nim wszystkiego; niech twoje oczy wyrażają uczucia, niech patrzą, niech widzą wszystko, co można zoba­czyć. Tańcz w czerwonych bucikach, ale tylko w tych, które własno­ręcznie uszyłaś. W ten sposób będziesz żyć pełnią życia.

Teledysk Kate Bush do piosenki zainspirowanej tą baśnią.

 * Baśń ta jest najbardziej znana z wersji Hansa Christiana Andersena, ale ta przytaczana tutaj różni się od niej, dr E cytuje ją jako wersję niemiecko – węgierską, jaką opowiadała jej ciotka Tereza. Po mistrzowsku zawsze zaczynała opowieść od słów: „Przypatrzcie się swoim bucikom i dziękujcie Bogu, że są takie zwyczajne, bo trzeba być w życiu bardzo ostrożnym,  jeśli ma się buty za bardzo czerwone…”

  **Waris Dirie powiedziała w wywiadzie, że podróżowała po świecie, ale w żadnym kraju nie widziała tylu smutnych kobiet co w Polsce.