Tag Archives: mag

Odcinek 13: Bezręka Dziewczyna. O wytrwałości, umiejętności rozróżniania i wierności sobie

biegnaca z wilkami bezreka dziewczyna

Bezręka Dziewczyna

Pewnego razu, parę dni temu, człowiek, który mieszka przy końcu drogi, miał wielki młyn i mełł ziarna na mąkę dla wszystkich wieśniaków. Ale w końcu przyszła na niego bieda i nic mu nie zostało oprócz wielkiego młyńskiego kamienia w starej szopie i rozłożystej, kwitnącej jabłoni, która za nią rosła.

Pewnego dnia, kiedy z siekierą o srebrzystym ostrzu szedł do lasu, by narąbać drewna, zza drzewa wyłonił się nieznajomy, który rzekł:

– Nie musisz się już trudzić rąbaniem drewna. Obsypię cię wszelkim bogactwem, jeśli dasz mi to, co stoi za twoim młynem.

Przecież za młynem jest tylko kwitnąca jabłoń — pomyślał młynarz i zgodził się dobić targu.

– Za trzy lata przyjdę zabrać, co do mnie należy — zarechotał niemiłym śmiechem nieznajomy i kulejącym krokiem odszedł, znikając w gąszczu drzew.

Wracając do domu, młynarz spotkał na drodze swą żonę. Biegła od strony domu w powiewającym fartuchu, z rozrzuconymi włosami.

—        Mężu, mężu, coś się dzieje w naszym domu, nowy zegar na ścianie, nasze liche drewniane krzesła zmieniły się w fotele wyściełane aksamitem, półki w spiżarni uginają się od przysmaków, a skrzynie i pudła pełne są wszelakiego dobra. Jak to się mogło stać?

A kiedy to mówiła, na jej palcach pojawiły się złote pierścienie, a we włosach drogocenny diadem.

Ach —rzekł młynarz, patrząc z niedowierzaniem, jak jego stary kubrak zmienia się w oczach w atłasy, a drewniane chodaki o zdartych obcasach w piękne nowe buty.

To ten dziwny nieznajomy — wysapał. — Spotkałem dziś w le­sie niezwykłego człowieka w czarnym surducie. Obiecał mi wielkie bogactwa, jeśli dam mu to, co mam za młynem. Żono moja, przecież możemy zasadzić sobie nową jabłoń.

-— O, nieszczęsny — zapłakała kobieta i spojrzała tak, jakby jej zadano śmiertelny cios. — Człowiek w czarnym surducie to sam Diabeł, a za młynem, oprócz jabłoni, jest teraz nasza córka i miotłą z witek zamiata podwórze.

Pobiegli więc rodzice do domu, lejąc gorzkie łzy na nowe piękne stroje. Ich córka przez następne trzy lata nie wyszła za mąż; a charakter miała słodki jak pierwsze letnie jabłka. W dniu, kiedy Diabeł po nią przyszedł, wykąpała się, założyła czystą białą suknię, a wyrysowawszy kredą krąg, stanęła pośrodku niego. Kiedy Diabeł wyciągnął ręce, by ją pochwycić, niewidzialna siła odepchnęła go przez całe podwórze. Diabeł krzyknął

— Nie wolno jej się kąpać, aż po nią nie wrócę!

Rodzice i córka poczuli wielką trwogę. Dziewczyna nie myła się przez kilka tygodni, aż włosy jej zmatowiały, za paznokciami widniały czarne półksiężyce, skóra poszarzała, a ubranie było ciemne i sztywne od brudu.

Z każdym dniem coraz bardziej przypominała dziką bestię, aż w końcu Diabeł znów się pojawił. Dziewczyna płakała i płakała. Łzy kapały na palce i ramiona, płynęły strumieniem tak, że jej brudne ręce znów stały się czyste i białe. Diabeł się rozgniewał.

— Odrąbać jej ręce, bo inaczej nie mogę się do niej zbliżyć.

Ojciec był wstrząśnięty i przerażony.

—Żądasz, żebym odrąbał ręce własnemu dziecku?

Diabeł zagrzmiał:

— Jeśli tego nie zrobisz, wszystko zginie, wszyst­ko umrze, ty i twoja żona, i pola jak okiem sięgnąć.

Ojciec ze strachu usłuchał i błagając córkę o przebaczenie, zaczął ostrzyć siekierę o srebrnym ostrzu. Córka poddała się jego woli, mówiąc:

— Jestem twoim dzieckiem, rób to, co musisz zrobić.

Odrąbał jej ręce i nie wiadomo, kto bardziej rozpaczał i głośniej wył w udręce, córka czy ojciec. Tak się skończyło życie dziewczyny, jakie dotychczas znała.

Kiedy Diabeł znów po nią przyszedł, dziewczyna dalej płakała; płakała tak mocno, że kikuty pozostałe po jej dłoniach znów były czyste i diabeł jeszcze raz przeleciał przez podwórze, odepchnięty nieznaną siłą. Przeklinając tak siarczyście, że w lesie zapalały się drzewa, zniknął na zawsze, bo stracił już do niej wszelkie prawa.

Po tym wydarzeniu ojciec i matka postarzeli się jakby o sto lat. Ale jako prości ludzie chcieli żyć dalej, najlepiej jak mogli. Stary ojciec chciał zatrzymać córkę w nowym pięknym zamku, pośród wszelkich bogactw, ale ona rzekła, że teraz bardziej jej przystoi zostać żebraczką i żyć z łaski dobrych ludzi. Owinęła kikuty czystymi bandażami i o świcie zostawiła za sobą swoje dotychczasowe życie.

Długo szła przed siebie. W południowym słońcu ociekała potem. Wiatr rozwiewał jej włosy, aż wyglądały jak gniazdo bocianie, splątane i skołtunione. W środku nocy doszła do królewskiego sadu. Promienie księżyca padały na owoce wiszące na drzewach.

Nie mogła jednak tam wejść, bo sad otoczony był fosą. Upadła na kolana, tak była osłabiona głodem. Wtedy pojawił się przed nią duch w bieli, zamknął śluzę i opróżnił fosę z wody.

Dziewczyna weszła między grusze i w niewiadomy sposób wyczuła, że wszystkie gruszki na drzewach są policzone i dobrze pilnowane. Ale jedna z gałęzi pochyliła się nisko, cicho skrzypiąc, tak że dziewczyna mogła dosięgnąć owocu. Przyłożyła wargi do jego złocistej skórki i stojąc w księżycowej poświacie, posilała się z rękami w bandażach, z rozczochranymi włosami — wyglądała jak zjawa.

Widział to wszystko ogrodnik, ale poznał się na czarach ducha, który był z dziewczyną, i nie śmiał im przeszkadzać. Kiedy dziewczyna skończyła jeść, wyszła z ogrodu przez fosę i schroniwszy się w lesie, zasnęła.

Nazajutrz król przybył, by policzyć gruszki. Poznał, że jednej brakowało, i choć szukał wszędzie, nie wypatrzył jej. Ogrodnik opowiedział mu wszystko, co zdarzyło się nocą.

Król postanowił, że tej nocy sam będzie pilnował sadu. Po zmroku przyszedł tam z ogrodnikiem i magiem, który umiał rozmawiać z ducha­mi. Cała trójka usiadła pod drzewem i patrzyła. O północy ujrzeli dziewczynę, która jak zjawa przemknęła przez las, w brudnych łachmanach, z rozczochranymi włosami, z podrapaną twarzą, bez rąk. Towa­rzyszył jej duch w bieli.

Tak jak poprzedniej nocy, weszła do sadu. I znowu drzewo nachyliło gałąź, żeby mogła dosięgnąć owocu ustami.

Mag podszedł bliżej, ale nie za blisko, i zapytał:

— Powiedz, czy jesteś z tego świata czy nie z tego świata?

A dziewczyna odrzekła:

— Kiedyś należałam do świata, ale nie jestem z tego świata.

Król zapytał maga:

— Czy to istota ludzka, czy zjawa?

Czarownik odparł, że dziewczyna jest jednym i drugim. Serce króla zabiło mocniej, podbiegł do niej i rzekł:

— Nie opuszczę cię. Od tej pory będę się tobą opiekował.

W swoim zamku kazał dla niej zrobić parę srebrnych dłoni, które przymocowano jej do rąk. I tak się stało, że król wkrótce poślubił bezręką dziewczynę.

Po jakimś czasie król musiał się udać na wojnę do odległych krain i prosił swą matkę, by dobrze dbała o młodą królową, bo kochał ją całym sercem.

— Jeśli urodzi dziecko, to przyślij niezwłocznie posłańca z wieścią.

Młoda królowa urodziła śliczne maleństwo, a królowa matka wysłała tę dobrą nowinę królowi. Ale po drodze do króla posłaniec poczuł znużenie, a kiedy znalazł się nad rzeką, zaczęła go ogarniać coraz większa senność i wreszcie położył się na brzegu i usnął. Wtedy zza drzew wyszedł Diabeł, odebrał mu list i podłożył inny, który obwiesz­czał, że młoda królowa powiła pół dziecko, pół psa.

Zgroza ogarnęła króla na tę wieść, ale odpisał matce, by w tych ciężkich chwilach dbała o młodą królową i otaczała ją miłością. Kiedy chłopak niosący wiadomość dotarł nad rzekę, znów poczuł nieprzezwy­ciężoną senność i wkrótce zasnął nad wodą. Znów Diabeł wyrósł jak spod ziemi i znów zamienił listy. Tym razem napisał: „Zabić i dziecko, i królową”.

Stara matka przeraziła się rozkazu syna i jeszcze raz wysłała posłań­ca, by król rozkaz potwierdził. Posłaniec biegał tam i z powrotem, ale za każdym razem zapadał w sen nad rzeką, a diabeł podkładał mu coraz to straszniejsze listy. Ostatni z nich nakazywał: „Zatrzymaj język i oczy królowej na dowód, że nie żyje”.

Stara matka nie mogła jednak zabić młodej niewinnej królowej. Kazała więc poświęcić łanię, wyjęła jej oczy i język, po czym je ukryła. Później pomogła młodej matce przywiązać dziecko przy piersi i zarzu­cając na jej twarz zasłonę, kazała uciekać, by ratować życie. Obie kobiety płakały rzęsiście i ucałowały się na pożegnanie.

Młoda królowa tułała się po świecie, aż doszła do największego, najdzikszego lasu, jaki w życiu widziała. Brnęła przez tę puszczę, daremnie próbując znaleźć jakąś ścieżkę. Tuż przed zachodem słońca pojawił się przy niej duch w bieli, ten sam co niegdyś, i poprowadził ją do ubogiej gospody prowadzonej przez dobrych ludzi z lasu. Tam dziewczyna w białej sukni zabrała ją do wnętrza, nazywając po imieniu. Dziecko ułożono do snu.

– Skąd wiesz, że jestem królową? — spytała bezręka dziewczyna.

My, mieszkańcy lasu, wiemy takie rzeczy, moja pani. A teraz proszę odpocząć.

Królowa została tam przez siedem lat i żyła szczęśliwie, wychowując swe dziecko. Jej ręce zaczęły odrastać; najpierw pojawiły się małe, różowe jak perełki niemowlęce rączki, potem ręce małej dziewczynki, wreszcie ręce dojrzałej kobiety.

Tymczasem król wrócił z wojny, a stara matka powitała go z płaczem.

—        Czemuś mi kazał zabić te dwie niewinne istoty? — I pokazała mu oczy i język.

Słysząc tę straszną nowinę, król zadrżał i zapłakał niepocieszony. Matka, ujrzawszy jego żal, powiedziała mu prawdę, że oczy i język należą do łani, a królowa z dzieckiem wyruszyła do puszczy.

Król przysiągł, że nic do ust nie weźmie i pójdzie nawet na kraj świata, byle ich odnaleźć. Szukał przez siedem lat. Jego ręce poczernia­ły, broda pachniała mchem, oczy nabiegły krwią. W tym czasie nic nie jadł i nie pił, ale przy życiu trzymała go moc silniejsza od niego.

Wreszcie przybył do gospody leśnych ludzi. Kobieta w bieli zapro­siła go do środka i tam spoczął wreszcie, wyczerpany. Wtedy gospodyni zasłoniła mu twarz zasłoną i zasnął. Kiedy oddychał we śnie, zasłona falowała i w końcu zsunęła mu się z twarzy. Przebudził się, by zobaczyć nad sobą przyglądającą mu się piękną kobietę i urocze dziecko.

— Jestem twą żoną, a to twoje dziecko.

Król chciał uwierzyć, ale widział, że kobieta ma zdrowe ręce.

— W trudach i radościach życia ręce mi odrosły — powiedziała. A kobieta w bieli przyniosła srebrne dłonie ze skrzyni, gdzie je złożono. Król podniósł się, objął królową i dziecko i w lesie zapanowała wielka radość.

Wszyscy obecni urządzili świetną ucztę. Potem król, królowa i dziecko wrócili do starej królowej matki, wyprawili drugie wesele i mieli więcej dzieci, które opowiedziały tę historie swoim dzieciom, które przekazały ją jeszcze dalej, tak jak ja ci ją opowiadam.

————————————————-

Dr E opowiada tę historię niemal na końcu książki, sugerując, że zawiera się w niej cały cykl życia kobiety, ale dla mnie osobiście Bezręka Dziewczyna stanowi zwieńczenie tryptyku, jaki tworzy wraz z historiami Sedny i Kobiety – Szkieletu (dlatego zachęcam do zapoznania się z nimi, przekaz robi się wtedy wyjątkowo jasny). Dr E w analizie używa wielu odniesień do symboliki i dawnych wierzeń, ale ja patrzę akurat na tę opowieść trochę inaczej, na bardzo praktycznym poziomie kontaktów międzyludzkich. Ponadto jest dla mnie przykładem tego, że dawne mity i legendy tak naprawdę opowiadają o zupełnie współczesnych problemach, używają do tego jedynie ładniejszych wyrażeń czy metafor. Baśń ta wprowadza nas w świat leżący dużo głębiej niż korzenie drzew. Z tej perspektywy widzimy, że Bezręka Dziewczyna zawiera materiał obejmujący pełny proces życia kobiety. Porusza temat prawie wszystkich najważniejszych podróży kobiecej psychiki. W odróżnieniu od innych omawianych w tej książce baśni, które zajmują się określonym zadaniem, wyzwaniem czy zdobywaniem konkretnej wiedzy w cią­gu kilku dni lub tygodni, Bezręka Dziewczyna obejmuje okres wielu lat —   wędrówkę całego życia. Kluczami w tej baśni są wytrwałość, umiejętność rozróżniania  i wierność sobie, a nagrodą trwały sojusz elementu męskiego i kobiecego w psychice.

FAZA PIERWSZA: PAKT Z DIABŁEM

Myślę, że motywu paktu z diabłem nie trzeba specjalnie przybliżać, w końcu od dziecka karmieni byliśmy opowieściami o Mistrzu Twardowskim, który za wszelką cenę usiłował się wymigać od zawartej nieopatrznie umowy. Na gruncie realnym, tak jak o tym pisałam w analizie baśni o Czerwonych Trzewiczkach, chodzi najczęściej o pójście na skróty, chęć łatwego zdobycia tego, za co normalnie trzeba zapłacić o wiele drożej. W baśni o Bezrękiej Dziewczynie ten błąd popełnia Ojciec, archetypowy władca integralności psychiki, który w pozytywnej wersji broni głębszych i delikatniejszych jej warstw przed wewnętrznymi oraz zewnętrznymi drapieżnikami (tak jak ma to miejsce w historii o Manawee). Niestety, Ojciec naszej bohaterki nie dorósł do tej roli. Nie ma rozeznania, jakie powinien już mieć na tym etapie, daje się z łatwością nabrać drapieżcy pojawiającemu się tu tak jak w wielu baśniach w postaci Diabła. Ta bardziej świadoma część naszej psychiki wie, że aby osiągnąć coś ważnego i znaczącego, trzeba się zawsze natrudzić (motyw rąbania drewna), ale ta mniej świadoma, leniwa i idąca na łatwiznę część nas proponuje szybsze i łatwiejsze rozwiązania (motyw diabła). Ojciec w pozytywnej, potrafiącej dokonać rozróżnienia roli, wysłałby Diabła do diabła grin i dalej rąbał drewno, ale tak się nie dzieje. Ten, który powinien nas chronić, daje się skusić. Jeśli porzucimy rąbanie drewna, to psychiczne dłonie zostaną za to odrąbane… bo bez pracy psychicznej psychiczne ręce zanikają. Ale chęć wykorzystania nadarzającej się okazji i porzucenia ciężkiej pracy jest ludzka i tak powszechna, że trudno spotkać żywą osobę, która nie poszłaby na taką ugodę. Jest to wybór tak nagminny, że długo by trzeba wymieniać przykłady kobiet (i mężczyzn), które z ochotą zapłacą utratą rąk za życie wolne od wysiłku, od rąbania drew.

Jeżeli w sklepie zobaczysz coś bardzo ekskluzywnego w bardzo niskiej cenie to a) z radością to kupujesz lub b) od razu nabierasz podejrzeń, że coś tu nie jest w porządku. Ojciec bohaterki wybiera opcję „a”. Co mnie, szczerze powiedziawszy, wcale nie dziwi, bo zbyt wiele takich historii dzieje się nie w baśniach, a w jak najbardziej realnej rzeczywistości. Szczerze powiedziawszy, ogół tych bardziej zaawansowanych wiekowo ludzi z jakimi osobiście mam do czynienia, nie jest ani specjalnie bystry ani rozgarnięty. Zbyt często dorośli są nimi tylko metrykalnie, podczas gdy wewnątrz skrywają niekochane, nieodpowiednio pokierowane dziecko, co często prowadzi do sytuacji, gdzie okaleczone dziecko okalecza potem własne dziecko. I zazwyczaj nawet nie zdaje sobie z tego sprawy, unika przyznania się do winy i odpowiedzialności jak tylko może. W końcu co to za problem mieć dziecko? Przecież dzieci się po prostu ma, no nie? Jak by to było nie mieć dzieci? Przecież nie ma rodziców idealnych (co, owszem, jest faktem, ale zazwyczaj wykorzystuje się to jako wymówkę aby się nie starać). Aby wykonywać zawód trzeba mieć dyplom. Aby prowadzić samochód trzeba mieć prawo jazdy. A żeby mieć dziecko trzeba jedynie osiągnąć dojrzałość płciową. Każdy emocjonalny ślepiec może sprowadzić na świat nowe życie i zazwyczaj właśnie tak robi, wydając je potem na pożarcie drapieżcom. Baśń zaczyna się więc od nieumyślnej, ale bolesnej zdrady, której doświadcza młoda kobieta, wcielenie niewinności. Można powiedzieć, że ojciec, reprezentujący funkcję psychiczną, która ma prowadzić ją po zewnętrznym świecie, w gruncie rzeczy sam niewiele wie o wspólnym funkcjonowaniu świata wewnętrznego i zewnętrznego. Kiedy ojcowska funkcja w psychice ponosi klęskę i nie potrafi zrozumieć spraw duszy, łatwo ulegamy zdradliwym podszeptom. Ojciec nie rozumie podstawowej prawdy rządzącej światem duszy i światem materialnym — to jest tego, że nic nie jest takie, jakie się wydaje na pierwszy rzut oka. Dr E koncentruje się na psychice, ale w świecie realnym nadal zbyt wiele jest rodziców, którzy zawierają pakt z diabłem. Nadal zbyt wiele dzieci wywodzi się z rodzin, gdzie panował problem z nałogiem, przemoc fizyczna, emocjonalna, werbalna i sexualna, zaniedbanie. Dziecko nie jest winne, że zostało boleśnie skrzywdzone, ale to ono będzie ponosić tego konsekwencje.

Nie na darmo dziewczyna znajduje się przy jabłoni, to drzewo młodości, mądrości oraz nieśmiertelności, związane i z Edenem, i Avalonem, i z Hesperydami, i z Idunn, a zerwanie jabłka ze świętego drzewa przynosiło zawsze poważne konsekwencje, ponieważ owoc symbolizuje wiedzę. Trzeba dorosnąć do tego aby być w stanie tę mądrość skonsumować, podobnie jak jabłek nie ma sensu zrywać zbyt wcześnie, bo są jeszcze kwaśne. Drzewo symbolizuje bujność i bogactwo dzikości i wolnej natury kobiecej psychiki; jednak psychika nie zdaje sobie sprawy z ich wartości. Kwitnąca jabłoń oznacza żywy intelekt i duże siły twórcze pracujące wspólnie i stanowiące o bogatym życiu wewnętrznym. Jeżeli ktoś chce kobietę tego pozbawić tak jak ojciec bohaterki mówiący jej matce: Możemy zasadzić nowe drzewo, to oznacza że nie ma pojęcia o wewnętrznym świecie i nie powinien być do niego wpuszczany. A znowu tłumacząc to na język realiów: dziecko jest nieświadome i chłonne, to co usłyszy i podpatrzy od rodziców traktuje jako normę. Jeżeli rodzic mówi mu, że jest do niczego, to jego podświadomość zakoduje właśnie taki wzór myślenia o sobie. Możecie mu potem jako dorosłemu mówić godzinami, że jest mądre, zdolne i inteligentne, ale podświadomość będzie nadal twierdziła, że jest do niczego, bo ona sama w przeciwieństwie do świadomości nie analizuje, ona tylko rejestruje. A jeżeli widzi rodzica pijanego, wrzeszczącego, wyzywającego, żądającego posłuszeństwa, nie okazującego miłości, nie chwalącego, nie szanującego, żądającego określonych zachowań aby dziecko udowodniło że go kocha etc., to Diabeł ma otwartą drogę i pole do działania.

Młodość przedstawia to co nowe, świeże, piękne, nieskażone i spontaniczne, jest zatem łakomym kąskiem dla wszelkiego rodzaju drapieżców, którzy nie mając w sobie ciepła, życzliwości i miłości, żywią się nimi napadając innych. Niekorzystna transakcja z diabłem nie jest charakterystyczna wyłącznie dla psychiki młodych kobiet; może się zdarzyć w każdym wieku u tych, które nie przeszły inicjacji albo utknęły w połowie drogi. Warto przyjrzeć się temu, jakie jest tło wydarzeń: młynarz wpada w biedę, nie ma zboża aby przerobić go na mąkę, z której piecze się chleb. Jeżeli brakuje nam czegoś co daje nam pasję, radość i satysfakcję, jeżeli nie używamy swojej intuicji i umysłu, jeżeli nie wcielamy pomysłów w życie, to popadamy w marazm, otępienie i nudę, a przez to wystawiamy się prosto w ręce drapieżcy. Nie da się przeżyć życia służąc wszystkim dookoła tylko nie sobie. Przypomina mi się rozkład kart bogiń, który robiłam dla znajomej, na pozycji tego jak działa świadomość pokazała mi się Kuan Yin, bogini współczucia, miłosierdzia i opieki podczas gdy na pozycji podświadomości pojawiła się Baba Jaga. Dziewczyna pokazywała dookoła uśmiechniętą twarz, wyrozumiałe spojrzenie i słodki uśmiech, ale wewnątrz miotała się i aż zgrzytała zębami ze złości i frustracji, bo nie otrzymywała tego samego od otoczenia. Tak już jakoś jest, że im bardziej chcemy pomagać i spełniać marzenia innych, tym bardziej otoczenie zakłada, że my same nie potrzebujemy pomocy i spełniania własnych marzeń. Prześladowca w naszej psychice będzie oferował nam akceptację otoczenia jako złoto w zamian za porzucenie instynktu, który każe stawiać granice. Nasz pakt z diabłem może jak najbardziej polegać na tym, że nikomu nie odmawiamy aby być przez wszystkich kochaną. To ważne i konieczne dawać z siebie to co najlepsze innym, ale nie masz obowiązku być matką Teresą z Kalkuty. Kiedy kobieta traci instynkt podpowiadający, kiedy należy powiedzieć „tak”, a kiedy „nie”, gdy wyrzeka się intuicji, głosu przeczucia, wnikliwości, spostrzegawczości i innych cech danych przez naturę, wówczas znajduje się w typowej sytuacji, kiedy po obiecanym złocie zostaje tylko żal. Niektóre kobiety poświęcają swą sztukę dla grotesko­wych małżeństw dla pieniędzy; inne porzucają największe życiowe marzenia, żeby zostać „przykładną” żoną, córką, dziewczyną, albo rezygnują z prawdziwego powołania, żeby wieść życie, które — jak mają nadzieję — będzie bardziej akceptowane przez otoczenie, da większe spełnienie i, co najważniejsze, będzie bezpieczniejsze (…)Mnóstwo kobiet, na przykład, wychodzi za mąż z niskich pobudek i w ten sposób kończy swoje twórcze życie. Mają jakieś preferencje seksualne, ale zmuszają się do innych. Pragną żyć, być w ruchu, dokonywać wielkich rzeczy, ale siedzą w domu i liczą spinacze. Chcą, by ich życie było autentyczne, ale zachowują tylko jego małe strzępki. Są odrębnymi osobami, ale oddają ręce, nogi, oczy pierwszemu lepszemu kochankowi. Promieniują energią twórczą, ale zapraszają do jej źródeł przyjaciół, którzy wysysają ją jak wampiry. Chcą dalej żyć tak, jak żyły, ale coś w nich mówi: „Nie, w klatce jest bezpieczniej”. To właśnie diabelskie podszepty: „Jeśli oddasz mi to, czego chcę, to dostaniesz coś za to”. To układ zawarty w niewiedzy. Ale właśnie wtedy może nastąpić bolesne przebudzenie.

Córka młynarza jest jak Wasylisa, próbuje zaskarbić sobie miłość wypełniając obowiązki domowe, ale tak jak ona nie może zostawać dłużej w domu, skoro przerasta otoczenie. Trzeba wyruszyć na wyprawę inicjacyjną. Matka bohaterki zauważyła już jaki straszny błąd popełnił Ojciec oddając potencjał dziewczyny za bezcen i podnosi alarm. Ten szczodry nieznajomy nie jest przyjacielem, trzeba mu się przeciwstawić, bo inaczej wyciągnie z nas całe soki życiowe i porzuci szukając kolejnej ofiary.

FAZA II – ROZCZŁONKOWANIE

Kiedy diabeł przychodzi po swą ofiarę ta nie jest już dawnym słodkim, niewinnym dziewczęciem. Bierze kąpiel, zakłada białą szatę i białą kredą rysuje dookoła siebie krąg ochronny. Nie trzeba być wielkim ezoterykiem, żeby zauważyć że to rytuały ochronne przed negatywnym, zachłannym bytem. Mechanizmy obronne działają i drapieżnik nie jest w stanie ot tak, po prostu wziąć tego co, jak mu się wydaje, po prostu do niego należy. Dziewczyna reaguje spokojnie na kolejne wściekłe ataki, podczas gdy jej rodzice płaczą i bezradnie załamują ręce. Postaci matki i ojca można oczywiście rozpatrywać na poziomie psychologicznym jako wewnętrzne konstrukty rodzicielskie, ale i na polu jak najbardziej realnym całkiem często zdarza się sytuacja, gdzie dziecko jest dojrzalsze i wewnętrznie mądrzejsze od rodziców. Bo przecież nie ma rodziców idealnych

Z kolei łzy dziewczyny wypływają z jej głębi, mają charakter oczyszczający tak jak żywioł wody i trzymają od niej z daleka drapieżcę. Diabeł próbuje się zbliżyć do córki młynarza, ale nie może, bo ta wykąpała się i płakała. Przyznaje, że ta „święcona woda” osłabia jego moc, i żąda, żeby dziewczyna przestała się kąpać. To jednak jej nie upokarza, ale odnosi przeciwny skutek. Zaczyna przypominać dzikie zwierzę obdarzone mocami pierwotnej, dzikiej przyrody, które także ją chronią. Na tym etapie może się zdarzyć, że kobieta mniej dba o swój wygląd zewnętrzny. Może chodzić ubrana w byle co, niestarannie ucze­sana. Kiedy kontempluje swoje obecne psychiczne położenie, jej dawniejsze zainteresowania odsuwają się na dalszy plan. — Dobrze — mówi diabeł — jeśli zedrę z ciebie tę cywilizowaną powłokę, to może wówczas na zawsze skradnę z ciebie życie. — Prześladowca pragnie ją poniżyć, upodlić, osłabić swoimi zakazami. Sądzi, że jeśli dziewczyna będzie brudna i niechlujna, to łatwiej pozbawi ją duszy. Ale staje się odwrotnie, bo kobieta brudna od sadzy i błota jest istotą szczególnie ukochaną i chronioną przez Dziką Kobietę. Demon zdaje się nie rozumieć, że jego nakazy tylko zbliżają kobietę do jej potężnej dzikiej natury.

A do tej nie ma dostępu. Wściekły nakazuje Ojcu odciąć jej ręce kończąc dotychczasowe życie w dawnej formie. Znamy ten motyw z mitu o Sednie, ale tu dodatkowo po raz pierwszy pojawia się symbol srebra: Od starych chorwackich „bajarek” usłyszałam, że w dawnych obrzędach stosowano małe rytualne siekierki do odcina­nia pępowiny noworodków — obrzęd ten miał wyzwalać dziecko od władzy zaświatów, aby mogło żyć w tym świecie. Odcięcie rąk w baśni skazuje na bezradność, bo ręce są symbolem działania. Większość rzeczy, jakie robisz w ciągu dnia wykonujesz właśnie dzięki pracy rąk. Wystarczy, że skaleczysz się czy w inny sposób unieruchomisz kciuk i już mnóstwo rzeczy staje się trudne albo wręcz niemożliwe do wykonania. Co więcej, ręce i dotyk to nasze źródło informacji, dotykamy powierzchni i wiemy czy jest gładka, czy chropowata, chłodna czy gorąca. To także szereg gestów, za pomocą których komunikujemy się z innymi: potrząśnięcie ręki na przywitanie, machanie na pożegnanie, poklepanie po ramieniu, publiczne wzięcie za rękę ukochanej osoby, przybicie „piątki” etc. Jednak odcinając dłonie ojciec jednocześnie uwalnia dziewczynę, bo od tej chwili nie należy już do jego rodziny, plemienia, tradycji i wszystkiego co rości sobie do niej prawa. To tak jak Kali trzymająca w dłoni odciętą głowę, symbol ego, które zostaje zwyciężone i wznosząca do góry miecz, jakim to zrobiła. To co w nas nieustannie gada, jęczy, narzeka, chce wszystkiego zaraz, natychmiast, co namawia do ulegania, porównywania się z innymi i nie szukania głębiej, powinno zostać odcięte. Aby jabłoń kwitła trzeba usunąć zeschłe gałęzie.

FAZA III – TUŁACZKA

Dziewczyna po takich przeżyciach nie może pozostawać dłużej w starym miejscu, bo niczego więcej już się nie dowie ani nie rozwinie w sobie zdolności, które pomogłyby jej odzyskać dłonie. Nie mogą jej zatrzymać rodzice tkwiący w starych schematach, wprawdzie oferują jej opiekę, ale nie jest ona warta tego by zrezygnować dla niej z prób odzyskania własnych rąk. Matka i ojciec — zbiorowe egoistyczne aspekty psychiki — nie mają już swojej dawnej władzy nad nami. Zostali ukarani krwią przelaną na skutek ich beztroskiej ignorancji. I choć teraz chcą zapewnić córce wygodę i dostatek, nie mogą już pokierować jej życiem, bo przeznaczenie każe jej rozpocząć życie tułacze. W pewnym sensie matka i ojciec umierają. Nowymi rodzicami zostają droga i wiatr.

To etap, gdzie na płaszczyźnie fizycznej kobieta wycofuje się z życia, czy to wewnętrznie czy wręcz zewnętrznie. Nie ma ochoty wychodzić z przyjaciółkami na zakupy albo ploty przy kawie. Mechanicznie wykonuje czynności w pracy. Rozstaje się z wieloletnim chłopakiem. Wyłącza telefon, TV i radio. Kiedy otoczenie niepokoi się o nią, po prostu wzrusza ramionami. Nie chce się jej tłumaczyć. Jak wytłumaczyć komuś, że widzi się o wiele więcej niż on? Jak powiedzieć komuś, że wyrosło się dwie głowy ponad niego? Jakby zostało to przyjęte przez osobę o przeciętnej kondycji umysłowo – emocjonalnej? Więc milczy się i przygląda z dystansem na szefa wylewającego swoją złość na Bogu ducha winnych pracowników, koleżanki chwalące się dziećmi czy rodzinę gadającą przy grillu o tym, co z głębszego punktu widzenia jest zupełnie zbędne. Oni są w jej krajobrazie, ale nie na jej drodze. Mija ich, ale nie zatrzymuje na nich uwagi większej niż potrzebna do codziennych czynności. Jest osłabiona brakiem rąk, ale wewnątrz zdeterminowana i nieugięta. Nie da się odrąbać jej duszy. Wyruszamy więc w głąb, do innego świata, pod inne niebo, by poczuć nieznany grunt pod stopami. Ale w tej podróży jesteśmy bezradne, bo pozbawiono nas rąk, nie mamy czym chwytać, podeprzeć się, trzymać, wyczuwać drogi przed sobą (…)Bohaterka nie ma wstępu do szczęśliwych rodzin z mijanych wiosek, wędruje w chłodzie, z dala od ciepłych izb. Takie jest teraz jej życie. Jest to żywa metafora kobiety w podróży. Staje się jakby nieczuła, niewrażliwa na życie toczące się wokół niej. Zgiełk świata do niej nie dociera, kupcy i kramarze, cały olśniewający cyrk zewnętrznego świata chwieje się i wali w proch, kiedy schodzi coraz głębiej do świata podziemi. Następuje to, o czym wspominałam już w Czasie Powrotu Słońca: wizyta w krainie ciemności, do której zstąpienie jest czymś naturalnym i potrzebnym.

Taka wędrówka bez odpoczynku i wsparcia wyczerpuje. Dziewczyna znowu jest zaniedbana, brudna i głodna gdy dociera do tajemniczego sadu. Pomaga jej osuszający fosę duch w bieli, istota ze świata niematerialnego, która prowadzi ją tam gdzie może się posilić odpowiednim dla niej pokarmem. Postać przewodnika czy łącznika między światami pojawia się w historiach starożytnych (Hermes, Charon) i średniowiecznych (Beatrycze czy Wergiliusz u Dantego), to on bezpiecznie wprowadza w sfery niedostępne i niebezpieczne dla zwykłych zjadaczy chleba. Sad, do którego prowadzi ją tajemniczy przewodnik, nie jest zwykłym sadem. To sad królewski, a owoce w nim rosnące mają magiczną moc. Do tego miejsca nie można trafić ot tak, po prostu, jest pilnie strzeżone. Dziewczynie udaje się wejść do niego, bo jest przez to miejsce rozpoznana jako swoja istota, która ma prawo tam przebywać. Grusza sama nachyla się do niej i pozwala jeść owoce, symbol żywotności, rozkwitu i płodności (w miąższu jest ukryta pestka, zarodek następnego drzewa, tak jak w kobiecie już w chwili narodzenia znajdują się jajeczka, z których może potem powstać nowe życie). Baśń wskrzesza pamięć o bardzo starej obietnicy, że podczas wędrówki przez podziemną krainę nie zabraknie pożywienia, mimo że panuje mrok, mimo że czujemy się tam zagubione. Pośród niewiedzy, ciemności, nieomal ślepoty, jest przy nas Coś, jakaś nieokreślona obecność dotrzymująca nam kroku. Czy idziemy w prawo czy w lewo, towarzyszy nam, wspiera, toruje drogę.

FAZA IV – MIŁOŚĆ W PODZIEMNYM ŚWIECIE

W sadzie dziewczyna spotyka Ogrodnika, Maga i Króla, wszyscy trzej symbolizują dojrzałe aspekty męskości.

Ogrodnik jest tym, który sprawuje kontrolę nad cyklami twórczymi  psychiki, rozumie je i podąża za nimi, pomagając rozkwitać. To on zasiewa ziarno, nawozi, przycina zeschłe pędy, zbiera plony i przygotowuje do odpoczynku.

Król jest tym, który sprawuje kontrolę nad siłą i wytrwałością, ma umiejętność wcielania w życie tego, co podpowiada mądrość. Nie waha się, działa przemyślanie i stanowczo, chociaż nie przeszedł jeszcze takiej próby jak Bezręka Dziewczyna. To solidny i wytrwały partner, który pójdzie za nią dosłownie na koniec świata.

Mag jest tym, który sprawuje kontrolę nad zdolnością głębokiego wglądu, intuicji i jasnowidzenia. To on wyprowadza tę instynktowną sferę na zewnątrz, pomaga się komunikować i porozumiewać.

Wszyscy trzej są przyjaźnie nastawieni do dziewczyny, nie przerażają ich ani kikuty jej rąk, ani zaniedbana postać, na której odcisnęły się zmęczenie i trudy tułaczki. To mądra, dojrzała strona męskości, która widzi więcej, nie zniechęca się i potrafi stale regenerować. Król zobowiązuje się wziąć dziewczynę pod opiekę, żeni się z nią i wprowadza do domu swojej matki. Stara Królowa stanowi archetyp staruchy, źródła wyższej mądrości, jaki w czasach starożytnych reprezentowały boginie takie jak ochraniająca podróżników i władająca magią Hekate czy pomagająca w narodzinach Ixchel. Wśród bohaterów można symbolicznie wyodrębnić męską triadę (Ogrodnik – Mag – Król) odpowiadającą żeńskiej, składającej się z dziewczyny, matki i staruchy*. Ich wspólne zamieszkiwanie w jednej krainie mówi o zjednoczonej, dobrze działającej psychice. Tak więc w podziemnym ogrodzie czeka zgromadzenie potężnych męskich i żeńskich elementów psychiki. Tworzą one coniunctio. Jest to termin alchemiczny oznaczający wyższy, przeobrażający związek substancji o przeciwnych właściwościach. Kiedy te przeciwieństwa się zespalają, następuje aktywacja pewnych wewnątrzpsychicznych procesów. Spotkanie to działa jak krzemień uderzony o skalę, żeby skrzesać ogień. Coniunctio i nacisk przeciwstawnych elementów zamieszkujących tę samą przestrzeń psychiczną powodują powstanie duchowej energii, intuicji i wiedzy.

Coniunctio, figura geomantyczna służąca do najstarszych wróżb

To że gruszki, symbol nowego życia są strzeżone i policzone, oznacza, że po pierwsze: nie każdy ma wstęp do tej krainy, a po drugie, król sprawdza, czy nie pojawił się w niej ktoś nowy, kto przechodzi transformację. Jako syn starej Królowej władającej mądrością jest połączony z dziką naturą, sprawuje opiekę nad dziewczyną, która przebyła długą drogę, aby zawitać do krainy, gdzie się jej oczekuje i gdzie jest już dla niej przygotowane miejsce. Ciekawe, że jego sadu strzeże kolista fosa, tak jak krąg, który dziewczyna wyrysowała dookoła siebie dla ochrony przed Diabłem. Przekroczenie jej jest jak przekroczenie Rubikonu, zostawieniem dawnego życia czy świadomości i wejściem w nowe; dr E porównuje ją do podziemnych rzek w Hadesie czyli Styxu i Lete. Pytana przez Maga, dziewczyna odpowiada, że istnieje w krainie umarłych choć nadal żyje i mimo że znajduje się w świecie to już do niego nie należy. Kiedy kobiety (albo mężczyźni) znajdują się w stanie „podwójnego obywatelstwa”, czasami sądzą błędnie, że złotym środkiem będzie odsunąć się od świata, zostawić ziemskie sprawy, męczące obowiązki, wszystkie uciążliwości, które nie tylko wciąż wzywają, ale i bezbrzeżnie irytują. Nie jest to najlepsza z dróg, ponieważ zewnętrzny świat w takich chwilach jest jedyną liną ratunkową przywiązaną do nogi osoby, która błąka się zagubiona w swej podziemnej pracy. Jest to czas nadzwyczaj ważny — czas, kiedy ziemski świat ma odegrać swą właściwą rolę w równoważeniu ciśnienia „z innego świata” (…) Kobiety w tym stanie często czują niezwykłe podniecenie, podobne do olśnienia na widok wymarzonego mężczyzny. To niesamowity czas, pełen paradoksów, bo jesteśmy nad ziemią, a zarazem pod ziemią. Tułamy się samotnie, a jednak jesteśmy kochane. Jesteśmy ubogie, ale mamy co jeść. Jung określa ten stan jako „napięcie przeciwieństw”, w którym przeciwne bieguny psychiki konstelują jednocześnie, tworząc nową płaszczyznę.

Król żeni się z bezręką włóczęgą, podobne małżeństwa między skrajnie różnymi postaciami zdarzają się w baśniach często: królewicz i Kopciuszek, Piękna i Bestia, rybak i dziewczyna – foka, Iwan Carewicz i zaklęta w żabę Wasylisa Mądra. Podobnie jak w życiu małżeństwa te są trudne i wymagają pokonywania przeszkód, a trwają albo na wieki, albo dopóki obie strony nie nauczą się czegoś istotnego.

Dziewczyna otrzymuje srebrne protezy, dzięki którym odzyskuje w pewnym stopniu sprawność i może swobodniej działać. Ten motyw również jest znany od starożytnych czasów, najpopularniejszą postacią, która została okaleczona i używała protez jest Hefajstos (łac. Wulkan), bóg kowali i rzemieślników. Zrzucony przez Zeusa z Olimpu kuleje, ale nie poddaje się smutkowi i bezradności. Wykuwa sobie najpierw kule ze złota, a potem dwa posągi w kształcie dziewcząt służebnych będących w stanie samodzielnie się poruszać i podpierających go przy chodzeniu. Hefajstos i dziewczyna ze srebrnymi dłońmi są archetypowym rodzeństwem — oboje mają rodziców, którzy nie rozumieją ich wartości. Takie przykłady znajdziemy nie tylko w starożytności, ilu bogów germańskich jest okaleczonych, a mimo tego całkiem sprawnie funkcjonuje! Chociażby najważniejszy, ojciec bogów, Odyn, który sam wyłupia sobie oko po to by poznać runy, magiczne znaki, czy też Tyr, pozwalający wilkowi Fenrisowi odgryźć dłoń by ratować innych. Tracą część ciała, ale oddają ją bez lęku, bo dzięki temu zyskują coś innego. Na punkcie psychologicznym nie od dziś wiadomo, że tragiczne wydarzenia czy traumatyczne przeżycia pozwalają (choć nie gwarantują) osobie spojrzeć głębiej i rozumieć więcej w kontaktach międzyludzkich. Dzięki temu, że sama przeszła labirynt, pomaga przejść przez niego innym. Nie jest przypadkiem, że ludziom jednookim, kalekim, chromym czy w jakiś inny sposób ułomnym przypisywano od wieków nadprzyrodzoną wiedzę i zdolności. Ich kalectwo lub odmienność wcześnie pozwala im rozbudzić te obszary psychiki, które normalnie są zarezerwowane dla ludzi sędziwych.

Mogę potwierdzić wszystko to co mówi dr E do tego momentu. Moje dłonie nie zostały odcięte nagle, raczej były precyzyjnie odcinane skalpelem przez wiele lat, nerw po nerwie, mięsień po mięśniu, żyła po żyle, tętnica po tętnicy, aż w końcu nie zostały nawet kości. Wykrwawiałam się psychicznie, cierpiałam w milczeniu i płakałam wewnątrz. Byłam zaszczuta i bezradna do tego stopnia, że panicznie bałam się wychodzić z pokoju. Cała ta psychiczna katorga trwała latami, stanowczo zbyt długo, ale w pewnym momencie zaczęłam uczyć się jak sobie radzić, dostrzegać mechanizmy, odnajdywać materiały, ostrożnie je badać, potem przerabiać aż w końcu założyłam swoje własne srebrne protezy. W wielu dziedzinach życia nagle przestałam być bezradna. Chorobliwa nieśmiałość, jąkanie się i paniczna obawa przed wystąpieniami publicznymi ustąpiły niemal całkowicie do tego stopnia, że bez problemów pracuję teraz z ludźmi (prowadzę  ćwiczenia ze studentami). Obawa przed wyśmianiem, uparte dążenie do udowodnienia własnej racji i kłótliwość przeszły dzięki dobrej lekturze (znowu polecam tu m.in. blog Świat Ducha), samoobserwacji oraz obniżeniu roli ego w działaniu. Naturalnie bystry intelekt, łatwość nauki i dobra pamięć pogłębiły się jeszcze kiedy zaczęłam poważnie interesować się psychologią, duchowością i filozofią. Niechęć do ciała i samoocena dorównująca ujemnością Rowowi Mariańskiemu przestały być problemem, kiedy zmieniłam image i nagle okazało się, że moimi atutami są uroda, urok oraz wyjątkowo młody wygląd. Udało się. Stworzyłam siebie od nowa. Jednak dzięki temu wszystkiemu wiem również, że o ile w pewnych dziedzinach życia potrafiłam się odnaleźć, to niektóre pozostają (i chyba raczej pozostaną) dla mnie zamknięte.

Srebrne ręce pomagają manewrować w codziennym życiu, ale to nadal protezy. Można dzięki nim radzić sobie w pracy, w codziennych kontaktach z ludźmi i w tych bardziej powierzchownych relacjach. Natomiast w kontaktach wymagających zaufania i miłości nie wystarczają. Tutaj potrzeba prawdziwych, żywych kończyn, jakie odrastają dzięki zaufaniu oraz sprzyjającemu środowisku. Przyznaję, że dobrze mi z moimi srebrnymi rękami. Na co dzień wystarczają w zupełności, a po takiej ilości rozczarowań emocjonalnych, jakie przeżywałam praktycznie od dzieciństwa czuję się wypalona uczuciowo. Na poziomie praktycznym nie ma problemu: mogę pracować, mam zainteresowania, chętnie pomagam jeżeli tylko mogę, ale myśl o głębszych niż przyjaźń relacjach wywołuje w moim wnętrzu od razu stanowczy sprzeciw, bo w podświadomości mam głęboko zakodowane, że przynoszą one ból i rozczarowanie. Tak jak ktoś kiedyś określił miłość jako włożenie w dłoń ukochanej osoby sztyletu z nadzieją, że nas nim nie ugodzi w serce. Skoro tyle razy zostałam ugodzona to po co ryzykować po raz kolejny? Bo aby dłonie mogły odrosnąć trzeba odłożyć srebrne protezy do skrzyni i wystawić się ponownie na ryzyko bezradności, a do tego nie potrafię dopuścić. Nie twierdzę, że to dobrze i nie zachęcam nikogo aby brać ze mnie przykład. Twierdzę tylko, że to jest właśnie faza w której się znajduję i czuję się bezpiecznie w moim podziemnym sadzie. Może kiedyś wyruszę w dalszą drogę, nie wiem, niczego nie da się przewidzieć. Jednak nawet gdybym miała tu pozostać, to jestem przekonana, że srebrnymi protezami także można zdziałać wiele dobrego. Teraz, kiedy bezręka dziewczyna zbliża się do końca swej czwartej pracy, mogłybyśmy powiedzieć, że jej zadania w podziemnym świecie zostały wypełnione, ponieważ uczyniono ją królową życia i śmierci. Jest księżycową istotą, która wie, co dzieje się w nocy, nawet samo słońce musi przejść przez jej mroki, by o świcie wyłonić się spod ziemi. Ale to jeszcze nie lysis (ostateczne rozwiązanie). Jesteśmy dopiero w połowie transformacji, w miejscu dostąpienia miłości, lecz przed nami wciąż powolny skok w kolejną otchłań. Idźmy więc dalej.

plate1

FAZA PIATA – UDRĘKA DUSZY

Zaślubiny się dokonują i przez chwilę Król, Młoda Królowa oraz Królowa – Matka żyją ze sobą razem tak jak powinny ze sobą współistnieć zintegrowane elementy psychiki. Jednak wkrótce Król wyrusza na wyprawę i pozostawia ciężarną żonę pod opieką matki. Co ciekawe, motyw odejścia bohatera niedługo po rozpoczęciu związku pojawia się w wielu opowieściach (jak chociażby w Sinobrodym), ponadto od czasu do czasu animus ma prawo zmęczyć się i stracić czujność tak jak była o tym mowa w Trzech Złotych Włosach. Młoda Królowa spodziewa się dziecka, a zatem żegna stare życie i rozpoczyna nowe. Dla wielu osób ten symboliczny motyw przejawia się w jak najbardziej realnym życiu, gdy nagle zaczynają interesować się czymś zupełnie nowym, odkrywają dotychczas zaniedbywane aspekty życia, podejmują ważne decyzje, ale również gdy porzucają długotrwałe związki, zapisują się na dawno odkładane studia czy ruszają w podróż, o jakiej zawsze marzyli. Często te pragnienia były tak głęboko spychane do podświadomości, że wytryskują z impetem gejzera i trudno je pohamować. Tego, za czym głęboko tęsknimy, nie zaspokoi żaden partner, praca, pieniądze, nowy kosztowny przedmiot. Tęsknimy wszak za innym światem, za światem, dzięki któremu żyjemy jako kobiety. A dziecko-Jaźń, którego oczekujemy, rodzi się właśnie za sprawą oczekiwania. Podczas gdy żyjemy i pracujemy nad sobą w podziemnym świecie, dziecko rozwija się w naszym łonie i wkrótce przyjdzie na świat. W tym czasie sny kobiet przeważnie zapowiadają narodziny; kobiety w dosłownym sensie śnią o nowym dziecku, nowym domu, nowym życiu.

Kiedy następuje szczęśliwe rozwiązanie, Królowa – Matka wysyła posłańca do Króla, jednak znowu szyki miesza Diabeł, podmieniając wiadomości. Podobnie jest w życiu, nawet jeżeli nasza psychika staje się dobrze uformowana i zintegrowana, przy braku męskiego elementu sprawczego i obronnego, może zapaść w sen i nie dostrzec zagrożenia. Biegnący posłaniec, który ma umożliwić komunikację między dwoma głównymi komponentami nowej psychiki, nie potrafi jeszcze przeciwstawić się destrukcyjnej kuszącej sile w psychice (…) Ten błąd popełniają wszystkie kobiety, nie raz w życiu, ale wielo­krotnie. Zapominamy o istnieniu diabła. Triumfalna nowina: „Królowa urodziła śliczne dziecię” zostaje podle wypaczona: „Królowa urodziła półpsa”. Istnieje podobna wersja baśni, gdzie zmieniona wiadomość brzmi jeszcze bardziej dosadnie: „Królowa urodziła półpsa, ponieważ miała stosunek z dziką bestią w lesie**”. Skąd się wziął ten pies? Oczywiście z Podziemia. Już wspominałam o powiązania tego zwierzęcia z Hekate, boginią podróżnych, rozstai, czarów i ukrytego świata. Jej kult podobnie jak Kory Persefony sięga bardzo odległych czasów, kiedy bóstwa były często przedstawiane jako pół – ludzie, pół – zwierzęta (w mitologii helleńskiej przede wszystkim satyrowie, trytony, centaury etc, nie wspominając nawet o całym panteonie starożytnego Egiptu). Diabeł wie, że jego była ofiara jest teraz związana ze światem podziemnym i przez niego chroniona. Nie potrafi znieść, że nie oddała mu się jako dziewczyna, a teraz jako Młoda Królowa znalazła schronienie, do którego on nie ma dostępu i otoczona jest osobami, które nie słuchają jego rozkazów. Diabeł nie znosi sprzeciwu i nie przestanie nękać skoro pragnie zemsty, więc wykoślawia faktyczny stan rzeczy wysyłając fałszywą wiadomość. Na pewno wszyscy się z tym spotkaliśmy. Możemy mieć jak najlepsze intencje, możemy być pełni dobrych chęci, ale zawsze znajdzie się dookoła nas Diabeł w umysłach, świadomości czy słowach innych osób. Możesz przyjść do pracy w ubraniu, które uważasz po prostu za w miarę eleganckie, ale jakaś współpracownica i tak syknie do ucha innej, że się wystroiłaś. Tak już jest. Od wpływów Diabła nie uciekniemy, będzie się czaił w naszym otoczeniu. O ile mamy szczęście to niektórzy będą nas kochać za to kim jesteśmy, ale znacznie częściej będą nas kochać za to co możemy dla nic zrobić, niektórzy będą nas lubić bez żadnych głębszych uczuć, a niektórzy nigdy nas nie polubią ani nie zaakceptują. Tak już jest. Choćby się było najsłodszym, najbardziej dojrzałym i soczystym jabłkiem to zawsze znajdzie się ktoś komu jabłka nie smakują albo ma na nie alergie. Kobieta, przechodząc proces nauki w podziemnym świecie, staje przed psychicznym faktem, że kiedy rodzi się coś pięknego, jednocześnie rodzi się zło, zazdrość, brak zrozumienia, pogarda, nawet jeśli tylko chwilowo. Nieustępliwi przeciwni­cy obrzucają nowe dziecko kalumniami, potępiają, znieważają. Naro­dziny nowości powodują, że kompleksy negatywnego ojca i negatyw­nej matki oraz inne nieprzychylne istoty wyłaniają się z psychicznych otchłani i w najlepszym razie ostro krytykują nastały porządek, a w naj­gorszym — próbują pozbawić kobietę i jej nowe potomstwo idei, życia i marzeń. I znowu można odnieść się tu do mitologii. O ojcach Sedny i Kobiety – Szkieletu z legend inuickich była już mowa, ale motyw okrutnego ojca pojawia się także w opowieściach helleńskich, czy jest to Uranos zamykający synów w Tartarze, czy Kronos – Saturn pożerający dzieci czy Zeus zrzucający je z Olimpu – to wszystko personifikacje elementu, który nie ma świadomości, ale niestety, ma władzę. Na tej samej zasadzie działa wg Junga komplex – to zespół uczuć i myśli zakodowanych w podświadomości i pomniejszających naszą wartość, które dyktują nam jak się zachowywać. Ego nie ma bladego pojęcia o ich istnieniu, jest przekonane, że wyłącznie ono nami kieruje, potrafi nawet racjonalnie wytłumaczyć dlaczego działa tak a nie inaczej, gdy tymczasem w rzeczywistości wodze powozu trzyma z tylniego siedzenia mały, wredny komplex. Jedynym lekiem na niego jest świadomość. Nie ma innego wyjścia jak samoobserwacja i uważność. Przywołując słynny cytat Carla Gustava: Dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono kierowało Twoim życiem, a Ty będziesz nazywał to przeznaczeniem.

Diabeł jest jeszcze bardziej perfidny niż Sinobrody, jako że nie ogarnia go żądza natychmiastowego zabijania. Jego działanie jest przebieglejsze, bo wykrzywiające rzeczywistość tak jak rozbite lustro w Królowej Śniegu. Wydaje się nam że mamy wolną wolę, a tak naprawdę wewnątrz cali jesteśmy skrępowani. Istnieje wiele aspektów kultury i zbiorowych myślokształtów odcinających nas od naszej własnej natury, to przede wszystkim, te które narzucają nadmierne i ścisłe standardy takie jak „to sprawia, że jesteś kobietą”, „to sprawia że jesteś mężczyzną”, „to sprawia, że jesteś Polakiem, etc. Diabeł w kul­turze i wewnątrzpsychiczny prześladowca, tnąc, ćwiartując, zamazując, podcinając korzenie, zasklepiając otwory, sprawia, że całe pokolenia kobiet przejęte strachem błąkają się, nie mając pojęcia, co się z nimi dzieje, nie zdając sobie sprawy z utraty własnej dzikości, która mogłaby przed nimi odsłonić całą prawdę. Demon żąda od Królowej – Matki by zachowała język oraz oczy dziewczyny; najpierw odebrał jej dłonie by nie działała, teraz pragnie jeszcze więcej, chce by nie patrzyła i nie wyrażała się, bo w ten sposób stanie się mu uległa i będzie postępowała według jego zasad.

Diabeł postępuje wyjątkowo przebiegle: skoro nie ma wstępu do podziemnej krainy i nie może sam zabić Młodej Królowej to chce to zrobić rękami osób z jej otoczenia. Jednak bardzo się przeliczy. Król choć zaskoczony reaguje mądrze, ma czułość dla żony i zrozumienie dla sytuacji, jest ostrożny i nie daje się ponieść namiętnościom. Królowa – Matka, personifikacja głębokiej, starej mądrości, zna go dobrze, więc nie daje się nabrać na diabelskie sztuczki, przeczuwa, że coś jest nie tak. Nie „kupuje” tego co Diabeł próbuje jej wmówić, nie daje sobą manipulować. Obydwoje okazują się sprzymierzeńcami Młodej Królowej, pozostają wobec niej lojalni mimo diabelskich intryg. Królowa – Matka zdaje sobie sprawę, że dziewczyna powinna przejść kolejny etap inicjacji i udać się w kolejne miejsce, więc wysyła ją w kolejną podróż, narzucając na twarz zasłonę aby nie została wytropiona i rozpoznana przez Diabła. To jest dla niej czas dojrzewania, nic tak by jej nie przeszkadzało jak głos demona czy byłyby to wściekłe krzyki, czy trujący szept***. Jednak psychika nigdy nie pozostaje w miejscu, więc i Młoda Królowa musi udać się w kolejną wyprawę.

FAZA SZÓSTA – W DZIEDZINIE DZIKIEJ KOBIETY

Trafia do najgłębszej i najdzikszej puszczy, gdzie nie ma wydeptanych żadnych ścieżek i błądzi aż znowu natknie się na białego ducha, który doprowadza ją do gospody. Tam wychowuje się jej dziecko, a jej samej odrastają dłonie. Tak jak sad również i las przedstawia miejsce, do którego dziewczyna, jako personifikacja jabłoni, należy w sposób naturalny. Gospodyni na powitanie oznajmia jej, że dobrze ją zna, podobnymi słowy Baba Jaga przemawia do Wasylisy. Dr E tłumaczy, że dziewczyna nieprzypadkowo spędza tu siedem lat, jest to cykl życiowy kobiety. Metafory, które proponuję, nie są wyczerpujące. Ale na ich podstawie, z tego, co wiemy i przeczuwamy na temat pradawnej wiedzy, może­my zbudować nowe spojrzenie na świat, z jednej strony boskie i ducho­we, z drugiej pożyteczne tu i teraz. Opieram te metafory na empirycznym doświadczeniu i obserwacji, psychologii rozwojowej oraz zjawiskach obecnych w mitach stworzenia, w których znajdujemy najstarsze ślady psychologii człowieka. Fazy te nie są nierozerwalnie związane z wiekiem mierzonym w latach, bo przecież niektóre kobiety w wieku lat osiemdziesięciu wciąż pod względem rozwoju duchowego są młodymi dziewczętami, są czterdziestolatki, które weszły w psychiczny świat istot mgielnych, a dziew­czyny dwudziestoletnie nierzadko mają już tyle blizn po bitwach ile sędziwe staruszki. Przedziały wiekowe nie stanowią układu hierarchicznego, ale po prostu korespondują ze stopniem świadomości kobiety i rozwojem jej życia wewnętrznego. Koniec każdej fazy reprezentuje zmianę postaw, zadań i wartości.

0-7          wiek ciała i marzeń; socjalizacja bez utraty wyobraźni

7-14        wiek rozdzielenia i splatania się rozumu i wyobraźni

14-21        wiek nowego ciała; wiek dziewczęcy; pączkująca, jeszcze skrywana zmysłowość

21-28        wiek nowego świata; nowe życie; poznawanie różnych świa­tów

28-35        wiek macierzyństwa; nauka matkowania sobie i innym

35-42        wiek poszukiwań; matkowanie własnej tożsamości; poszuki­wanie tożsamości

42-49        początek starczej mądrości; odnalezienie swej dalekiej sie­dziby; dodawanie otuchy innym

49-56        wiek podziemnego świata; poznawanie znaczenia słów i ob­rzędów

56-63        wiek wyboru; wybór swojego świata i pracy, jaka została jeszcze do zrobienia

63-70        wiek strażniczki; przewodniczki; przetworzenie całej zdoby­tej wiedzy

70-77        wiek odmłodzenia; pogłębianie wiedzy staruchy

77-84        wiek istoty mgielnej; znajdowanie wielkich rzeczy w małych

84-91        wiek snucia szkarłatnej nici; zrozumienie splotów życia

91-98        wiek eteryczności; mniej słów, więcej istnienia

98-105      wiek pneumy — oddechu, ducha, tchnienia życia, powiewu

105+         wiek nieskończoności

 

Wspomniałam już kiedyś o wieku duszy, mam wrażenie, że podobnie jest tutaj: na początku uczymy się rzeczy podstawowych: jeść, chodzić, wyrażać się etc., potem stopniowo kształcimy się, działamy, pracujemy, przynosimy na świat nowe życie, uczymy je rzeczy podstawowych…Przez pierwszą część życia, podczas tych „ciężkich” cykli, koncentrujemy się na materii oraz ciele, potem te mocne, grube warstwy opadają i coraz bardziej przebijają przez nie dusza i subtelniejsze wymiary osobowości.

Bezręka Dziewczyna uczy się w trakcie pobytu w lesie, a namacalnym tego dowodem jest fakt, że powoli, faza po fazie, odrastają jej dłonie: najpierw to dłonie niemowlęcia, gdy potrafi jedynie imitować innych, potem dziecka, które się uczy, a w końcu dłonie kobiety wcielającej w życie to co już potrafi. Dla mnie osobiście ta faza to ów odległy etap w relacjach z ludźmi (szczególnie w związkach), do którego dochodzą (lub nie) wszystkie osoby, jakie doświadczyły fizycznej, psychicznej czy sexualnej przemocy ze strony otoczenia. Kiedy otworzyło się i zostało zranionym, trudno jest otworzyć się po raz kolejny, a im więcej złych czy wręcz traumatycznych doświadczeń tym bardziej staje się to trudniejsze…czasem wręcz karkołomne i heroiczne. Tak jak to ostatnio obrazowo tłumaczyłam: problem w tym, że po kolejnym zawodzie zaufanie przychodzi coraz trudniej tak jak z dzbankiem – jeżeli rozbije się raz to można poskładać kawałki, posklejać je jakoś i używać dalej, ale potem upadnie drugi raz, trzeci, czwarty…w końcu nie ma co zbierać. A jeżeli zbierało się baty praktycznie od dzieciństwa to, o ile nie miało się szczęścia natrafić na mądrego i dobrego partnera, zawsze nadchodzi ta ostatnia faza. Osoby po ciężkich przejściach czasem nie radzą sobie same z sobą, więc znalezienie partnera/partnerki tak mądrego/mądrej, że byłby/byłaby w stanie pozbierać odłamki, skleić je i używać z taką ostrożnością, aby dzban już nigdy nie pękł graniczy z cudem. Nie twierdzę, że to niemożliwe, ale do takiego procesu potrzeba nie tylko woli ofiary, ale i sprzyjających warunków zewnętrznych. Cytując Allies in Healing Laury Davis: W odpowiednich warunkach 100% osób, które przeżyły traumę jest w stanie całkowicie wyzdrowieć. Są jak nasiona: przy sprzyjających czynnikach takich jak światło, powietrze, ciepło, nawożenie i nawadnianie, wyrastają z nich rośliny. Tak samo jest z ofiarami przemocy, jeżeli tylko ich pragnienie wyleczenia ran trafi na sprzyjający grunt w postaci informacji, biegłych w udzielaniu pomocy osób i bezpiecznego otoczenia, zaczynają rosnąć w taki sposób, o jakim nigdy nawet nie marzyli. Jednak przy braku chociaż jednego z tych warunków, wyrastanie staje się trudne, o ile wręcz niemożliwe.

Do tego trzeba dodać fakt, że osobom, które przeżyły traumę jest naprawdę o wiele trudniej radzić sobie niż przeciętnemu człowiekowi (dobrze o tym wiedzą ci, którzy przeszli przez zaawansowany etap depresji, kiedy nawet ruszenie ręką, wstanie z łóżka czy wyjście z domu są poważnymi wyzwaniami). Napiszę o tym jeszcze, kiedy powrócę do tematu PTSD, teraz ograniczę się tylko do stwierdzenia, że po wyczerpujących emocjonalnie przeżyciach, kiedy ciało zużywało mnóstwo energii na radzenie sobie z sytuacją, bardzo trudno jest odzyskać taki jej poziom, który pozwala na bezproblemowe działanie w codziennym życiu. Biorąc to wszystko pod uwagę, uważam że trzeba nie lada odwagi i mocnych cojones/ovarios, aby odłożyć swoje srebrne ręce do skrzyni i ponownie zaufać. Odrastanie rąk rozumiem jako stan, w którym przeżyta trauma nie przesłania nam już sposobu patrzenia na miłość, związki, rodzinę czy wszystkie te obszary, gdzie zostaliśmy okaleczeni. To stan zaufania do życia i wszystkiego co ze sobą niesie, wiara że nawet jeżeli zdarzy się coś co nas zrani, to uda nam się z tym uporać. Jest to stan nie ignorancji, kiedy nie zdajemy sobie sprawy z zagrożenia, a niewinności, gdy wiemy, że w rzece życia mogą czyhać na nas niebezpieczeństwa, mimo tego nie zostajemy na brzegu i nie boimy się w niej zanurzyć. Ogromną odwagą jest włożyć ponownie nóż do ręki osoby, którą kochamy, ale zapewne jeżeli nas jednak nim nie ugodzi, to radość i spełnienie są ogromne. Niestety, tak jak już powiedziałam, do tego etapu nie doszłam, więc nie mogę wam służyć swoim własnym doświadczeniem. Musimy zrewidować zakorzenione mocno przekonanie, że skoro raz zostałyśmy pozbawione mocy (rąk), to będzie tak już zawsze. Po wszystkich stratach i cierpieniach przekonujemy się, że jeśli wyciągniemy ra­miona, to zostaniemy za to nagrodzone i uda się nam pochwycić najdroższe nam dziecko.

plate2

FAZA SIÓDMA – DZIKA OBLUBIENICA I OBLUBIENIEC

Król powraca z wyprawy. Odkrywa knowania diabła, wpada w rozpacz i przysięga odszukać Królową. Szuka długo i wytrwale, koncentrując się tylko na tym celu, przechodzi przemianę, staje się zaniedbany i upodabnia fizycznie do dziewczyny, gdy ta tułała się po świecie. Tak już jest w psychice, że kiedy przeobraża się jeden jej element, inne nie mogą pozostać takie jak dawniej. Tej osłabionej, poszukującej, odrzuconej przez wszystkich dziewczyny którą poślubił, już nie ma, więc i on musi przejść transformację. Król, by się rozwijać, musi przejść przez cierpienia. Pod pewnymi względami jest częścią podziemnego świata, ale jako wyobrażenie animusu symbolizuje przystosowanie kobiety do życia w zbiorowości — to on przenosi do zewnętrznego świata lub społeczeństwa wszystkie idee, które zgłębiła w podróży. Jednak, by mógł przenieść do zewnętrz­nego świata wszystko to, czym jest i co wie dziewczyna, musi doświad­czyć tego, co ona (…)Jest to jego inicjacja w dziką jaźń, siedem lat zwierzęcego życia na łonie przyrody odziera go ze wszystkich cywilizowanych warstw osobowości. Animus dokonuje autentycznego wysiłku, który przygotowuje go do zamanifestowania duszy-Jaźni kobiety w codziennym życiu.. Dopiero gdy oboje, animus i anima, przejdą swoją inicjację, będą mądrze służyć psychice.

Przykładem najprostszym, jaki przychodzi mi do głowy, są postacie Różyczki i Lulejki z Pierścienia i Róży: oboje są królewskimi dziećmi, którym matka chrzestna Czarna Wróżka (odpowiednik Królowej – Matki) jako prezent urodzinowy nie może ofiarować nic ponad odrobinę cierpienia, wywołując tym oburzenie dworu. Jednak w miarę upływu czasu okazuje się to wielkim darem: ich rodzice tracą trony, oni sami zostają zepchnięci z piedestału do roli służącej i ubogiego krewnego, w tym czasie obserwują i uczą się, aż w końcu każde wyrusza w podróż, która ostatecznie przyniesie im małżeństwo i połączone trony dwóch krajów. Kontrastem jest ich kuzynka księżniczka Angelica, uwielbiana i wychwalana od dziecka, która nie przechodzi próby tak jak oni i wyrasta na próżną egoistkę. Podobnie w Bezrękiej Dziewczynie koniec – początek stanowi ponowny ślub Króla i Młodej Królowej.

 

Traktaty alchemiczne opisują trzy stadia konieczne do transformacji: nigredo — czarne, mroczne stadium rozpadu, rubedo — stadium czerwieni lub ofiary oraz albedo — stadium bieli lub odrodzenia. Pakt z diabłem to nigredo — zaciemnie­nie; odrąbanie rąk stanowi fazę rubedo — krwawej ofiary, natomiast opuszczenie domu w bieli to albedo — narodziny nowego życia. Pod­czas tułaczki bohaterka powraca do nigredo. Ale teraz jej dawne ja należy już do przeszłości, a naga, najgłębsza jaźń staje się potężnym wędrowcem (…)Dziewczyna w baśni kilkakrotnie zstępuje w podziemny świat. Po opanowaniu jednego etapu zstąpienia i transformacji zagłębia się w na­stępny. Te alchemiczne szczeble stanowią pełne cykle, a w każdym z nich następują po sobie nigredo (zagubienie), rubedo (ofiara) i albedo (nadejście światła). Całe to zstąpienie do podziemnego świata, zagubienie, odnalezienie siebie i umocnienie sił obrazuje toczący się przez całe życie proces wtajemniczenia kobiety w odrodzenie dzikości.

 

Wrażliwa dziewczyna o stwardniałych dłoniach
Kręci korbą młyńską
Blada panienka o kruchym wyglądzie
Niesie ból w świat

 Młyn miele smutek
Wyrabia ciasto udręki
Młyn miele smutek
Wytwarza katastrofy

Skoncentrowany tłuszcz niesprawiedliwości
Czy olej z bólu
Mąka z nasion bólu
Zebranych ze żmijowych pól

Czerwona Krew będzie mlekiem
Przyprawami – łzy dziewczyny
Czarne drożdże sprawią, że ciasto wyrośnie
Mroczny duch – że będzie pulchne

Młyn miele smutek
Wyrabia ciasto udręki
Młyn miele smutek
Wytwarza katastrofy

Kiedy ból będzie gotowy
Gdy narodzą się cierpienie i nagłe żale
Młyn będzie nadal mielił
Kolejny raz wywołując zniszczenie

Młyn miele smutek
Wyrabia ciasto udręki
Młyn miele smutek
Wytwarza katastrofy

Korpiklaani Kipumylly (‘Młyn Bólu’)

(tłumaczenie z angielskiego, które jest tłumaczeniem z fińskiego z tej strony)

Anna Srebrnoręka

* Jest to odniesienie do wiary w Wielką Boginię przejawiającą się w trzech aspektach: Dziewczyny, Matki i Staruchy.  Symbolicznie w historii ukazane są wszystkie te fazy: bohaterka jest Dziewczyną w momencie zawarcia paktu z Diabłem, potem Matką gdy rodzi dziecko, a towarzyszy jest stara Królowa jako Starucha.

** Przypomina to mit o Pazyfae, żonie króla Minosa z Krety, którą dotknęła klątwa Posejdona rozgniewanego na jej męża, że nie złożył mu w ofierze pięknego byka. Ogarnęła ją nienaturalna żądza do tego zwierzęcia, zbliżyła się do niego wchodząc do drewnianej krowy przygotowanej przez Dedala i po dziewięciu miesiącach urodziła pół – człowieka, pół – byka Minotaura, który został potem zamknięty w Labiryncie.

*** Dr E sugeruje tu, że zasłona pomaga w osiągnięciu dorosłości: Pod przykryciem, w cieple, pewne procesy zachodzą szybciej i intensywniej. Wiedzą to kobiety na całym świecie. Moja babcia, przykrywając ciasto chlebowe do wyrośnięcia, mawiała, że okrywa je welonem. Sciereczka na drożdżowym cieście i zasłona spowijająca psychikę służą temu samemu celowi. Kobieta, która zstąpiła w głąb siebie, rośnie i dojrzewa. Wszystko w niej potężnie fermentuje. Za zasłoną zwiększa się mistyczne poznanie, wgląd w głąb rzeczy. Zza zasłony wszystkie ludzkie istoty wydają się jak utkane z mgły, a wszystkie wydarzenia, przedmioty stają się nierzeczywiste, jak o brzasku, jak we śnie (…)Na Środkowym Wschodzie znany jest taniec z zasło­nami, a i współczesne muzułmanki zasłaniają twarze. Chusta wiązana pod brodą tradycyjnie noszona we wschodniej Europie oraz trajes w Ameryce Środkowej i Południowej są również formą zasłony. Hinduski noszą zasłony na co dzień, podobnie jak kobiety afrykańskie. Kiedy zastanawiam się nad światem, zaczynam żałować współczesnych kobiet, które nie mają czym zasłonić twarzy. Bo wolna kobieta, używająca zasłony według własnej woli, posiada moc Tajemniczej Ko­biecości. Patrzenie na taką kobietę w zasłonie jest wielkim przeżyciem.

Powiem szczerze, że mam poważne wątpliwości wobec tego założenia. Po pierwsze: w baśni element chusty nie jest związany wyłącznie z pierwiastkiem kobiecym, również król ma na twarzy zasłonę, gdy zasypia w leśnym domu tuż przed zobaczeniem żony i dziecka. Po drugie: z całym szacunkiem, ale jakoś nie widzę, żeby babcie w kufajkach i chustach wiązanych pod brodą dojrzewały do czegokolwiek i żeby miały mistyczne poznanie, wgląd w głąb rzeczy. Również muzułmanki w bardzo zróżnicowany sposób wypowiadają się na temat chust, niektóre noszą je chętnie, ale inne zrzucają je, kiedy tylko mogą. Myślę natomiast, że słowa dr E mają sens tylko wtedy kiedy kobieta narzuca chustę z własnej nieprzymuszonej woli, wolna od nakazów i zakazów kultury. I mówię to jako ktoś kto uwielbia nosić bandanę albo kaptur, aczkolwiek pierwotną przyczyną jest zawsze chęć osłonięcia głowy od słońca i uszu od wiatru wink3. Dlatego odchodzę trochę od pierwotnej interpretacji dr E i traktuję chustę w baśni jako element ochronny na niepewny czas wędrówki i snu.

Zapisz

Odcinek 9: Trzy Złote Włosy. O zmęczeniu, starości i odnowie

biegnaca z wilkami trzy zlote wlosy

 TRZY ZŁOTE WŁOSY

Było to dawno temu, podczas głębokiej, ciemnej nocy—jednej z tych nocy, kiedy ziemia wydaje się czarna, a drzewa wyglądają jak zaciśnię­te pięści wyciągnięte do nieba. Właśnie w taką noc szedł przez las samotny stary wędrowiec. Choć gałęzie drapały mu twarz, kłuły w oczy, oślepiały, cały czas trzymał przed sobą mały, dogasający kaganek.

Wędrowiec stanowił niesamowity widok — długie żółte włosy, krzywe pożółkłe zęby i zakrzywione paznokcie. Plecy miał przygarbione, jakby niósł worek mąki, a był tak stary i zgrzybiały, że skóra na twarzy, rękach i biodrach zwisała w luźnych fałdach.

Starzec przedzierał się przez las, wlókł się, chwytając gałązek, ledwie dysząc.

Stopy paliły go jak ogniem. Sowy w koronach drzew pohukiwały razem z jego skrzypiącymi stawami, kiedy krok po kroku posuwał się naprzód. W oddali migotało małe światełko; była tam chatka, ogień, przytulne miejsce, do którego zdążał. Kiedy podchodził do drzwi, jego latarenka już dogasała, a był tak wycieńczony, że upadł na progu.

Wewnątrz przed ogniem buzującym na kominku siedziała kobieta. Gdy tylko starzec pojawił się w drzwiach, podbiegła do niego, podniosła, objęła ramionami i przeniosła do ognia. Trzymała go w ramionach, jak matka trzyma dziecko. Siedziała i kołysała się z nim w fotelu na biegunach. Przesiedzieli tak całą noc — biedny, słaby starzec jak worek kości i silna, choć też wiekowa kobieta kołysząca go i powtarzająca, że już wszystko dobrze.

Przed samym świtem starzec zaczął młodnieć; był teraz pięknym młodzieńcem o gęstych, złotych włosach, silnych rękach i nogach. A ona dalej go kołysała.

Czas płynął, a młodzieniec zmieniał się w małego, ślicznego chłopczyka o pszenicznych złotych włosach.

O brzasku stara kobieta wyrwała szybko trzy złote włosy z główki dziecka i rzuciła na drewniane deski. Rozległ się dźwięk: tiiii, tiiii, tiiii.

A dziecko zsunęło się z jej kolan i pobiegło do drzwi. Odwróciło się do niej na chwilę, uśmiechnęło promiennie i wzbiło w niebo, by stać się błyszczącym, porannym słońcem.

——————————————————————————————–

Opowieść o Trzech Złotych Włosach jest zakończeniem tryptyku, w którym wraz z opowieściami o Dziewczynce z Zapałkami i La Lloronie dr E opowiada o obchodzeniu się z własną naturą i atakami na nią. Jest krótka, ale pełna znaczeń. Dzieje się w nocy, kiedy nie musimy zakładać masek, jesteśmy czujniejsi i szczególnie polegamy na zmysłach, to noc odsłania przed nami nasze prawdziwe uczucia, a także pozwala przemówić podświadomości uruchamiając marzenia senne. W mitach noc to świat, którym włada Matka – Noc, stworzycielka świata. To Odwieczna Matka Dni, starucha znająca Życie i Śmierć. Nadejście nocy w baśniach można interpretować jako zstąpienie w nieświadomość. San Juan de la Cruz (Święty Jan od Krzyża) nazywał ten stan ciemną nocą duszy. W opowieści noc oznacza czas, kiedy życiowa energia, wyobrażana przez postać bardzo starego mężczyzny, rozprasza się, staje się coraz słabsza. To czas, kiedy — pod jakimś ważnym dla nas względem — idziemy ostatkiem sił. Powody naszego wyczerpania mogą być różne: czasami wynika ono ze zwyczajnego przemęczenia fizycznego, czasami z tego, że nasze plany są dopiero wdrażane w życie i nie widzimy jeszcze efektów, często dlatego, że podczas gdy my sami rozwijamy się, uczymy i wzrastamy, nasze otoczenie pozostaje na tym samym poziomie. To tak jakbyśmy samotnie, powoli ale bez ustanku, wspinali się we na wielką górę, a nasze otoczenie całą gromadą gnało autostradą u podnóża nie wiedząc nawet dokąd zmierza, jednak ani na chwilę nie myśląc aby zatrzymać się, zastanowić, wysiąść z samochodu i rozejrzeć dookoła. W najlepszym wypadku nasza wspinaczka będzie ignorowana, ale często na tym się nie skończy, bo otoczenie, nie znosząc naszej odwagi alpinisty, będzie usiłowało ściągnąć nas w dół i zrównać do swojego poziomu. Wtedy wchodzenie na szczyt wyczerpuje nas o wiele bardziej. W takiej sytuacji najgorsze, co można zrobić, to usiłować za wszelką cenę pozbierać siły. To nic nie da. Jak pokazuje baśń, właściwą rzeczą jest usiąść w spokoju i się kołysać. Cierpliwość, wyciszenie i delikatne kołysanie odnawiają twórcze myśli. Niejedna kobieta nazwałby taką chwilę luksusem. Dzika Kobieta nazywa to koniecznością.

To normalne, że co jakiś czas wyczerpują się nasze siły i entuzjazm. To normalne, że obserwując to co się dzieje dookoła, tracimy niewinność spojrzenia na świat. Mądrość nie tylko jest niełatwa do zdobycia, ale też boli, nie mówiąc już o tym, że przynosi wewnętrzne poczucie osamotnienia. Jest to faza naturalnego cyklu, nadchodząca, kiedy nasze idee zużywają się, kostnieją albo kiedy to my tracimy świeżość spojrzenia. Jesteśmy stare i zgrzybiałe jak staruszek w baśni Trzy złote włosy. Istnieje wiele teorii wyjaśniających bloka­dy twórcze, w rzeczywistości jednak ich łagodne postacie przycho­dzą i odchodzą jak pory roku, jak zmieniająca się pogoda — z wyjąt­kiem blokad psychicznych, o którym mówiłam wcześniej, takich jak niemożność dotarcia do własnej prawdy, lęk przed odrzuceniem, obawa przed artykulacją własnej wiedzy, obawa przed niekompetencją, zatru­cie głównego nurtu twórczego, nastawienie na przeciętność lub naśla­downictwo. Doskonałość powyższej opowieści polega na tym, że zarysowuje całkowity cykl rozwoju idei twórczej; małe płonące światełko symbolizuje oczywiście samą ideę, która powoli wyczerpuje się i niemal gaśnie, zgodnie z naturalnym cyklem. Jesteśmy tak jak Pustelnik z dziewiątego Wielkiego Arkanu Tarota.

Starzec w baśni kroczy z wielkim trudem, ale wie dokładnie, gdzie zmierza: do chaty, gdzie mieszka ta, która uosabia siły przyrody, starożytna Bogini Matka spotykana we wszystkich kulturach taka jak Gaja, Kobieta – Pająk, Kuan Yin czy Yemanya. Starzec jest jak Wasylisa, zmierzająca nocą mimo wszelkich przeciwności prosto do domu Baby Jagi. W baśni spotykamy znów starą La Que Sabe — kobietę, która ma dwa miliony lat. To Ta, Która Wie. W jej ramionach, przy ogniu, przechodzimy odnowę, odczuwamy przypływ nowych sił. To do tego ognia i do tych ramion wlecze się osłabiony starzec, bez nich musiałby zginąć.

Powiedzmy sobie wprost: żyjemy w kulturze, która brutalnie i bezwzględnie depta i wgniata w ziemię nasze naturalne cykle. Nasi przodkowie, którzy tworzyli baśnie i przekazywali je następnym pokoleniom żyli innym rytmem, byli zsynchronizowani w pierwotny sposób z czasem, zmianą pór roku itd. Był moment pracy, a potem moment żniw i odpoczynku. Połowę roku siano, uprawiano i zbierano plony, a drugą połowę spędzano siedząc przy nikłym świetle świec, przędąc i opowiadając historie. My żyjemy w chwili niewyobrażalnego wręcz przyspieszenia. Otaczają nas samochody, samoloty, metro, telewizyjne i radiowe stacje z całodobowymi wiadomościami, Internet, komórki, itd. Jesteśmy atakowani zewsząd bodźcami. Spieszymy się. Wszystko jest na wczoraj.  Nasze dusze i ciała nie są do tego przystosowane. Nasze dusze i ciała są duszami i ciałami, które ukształtowały się w czasach ludów rolniczych, więc są mocno zdezorientowane w tej burzy impulsów, elektronów i informacji. Nie są w stanie wszystkich przetrawić. Gubimy się i nawet tego nie zauważymy. W pewnym momencie nasze ciała i dusze zaczynają się buntować: lekarze ostrzegają przed epidemią chorób serca wśród trzydziestolatków wywołanych przepracowaniem oraz stresem, przed nadciśnieniem i otyłością obserwowanymi już u dzieci, przed coraz częstszymi zaburzeniami psychicznymi. Dr E ma rację: bez Bogini Matki dosłownie giniemy. Ale to potężna siła i chociaż chętnie obdarza swoją zdolnością regeneracji to rządzi się własnymi prawami, a jej naczelnym przykazaniem jest: WSZYSTKO W SWOIM CZASIE, WSZYSTKO WE WŁASNYM RYTMIE. Tego nie przeskoczysz. Nie oszukasz Baby Jagi. A wiesz co jest najlepsze? Tak zatraciłyśmy zdolności wyczuwania proporcji między pracą a odpoczynkiem, że same sobie dodajemy tej pierwszej. Ile kobiet haruje ponad miarę, pracując w miejscu, gdzie są zatrudnione, w domu wykonując obowiązki domowe, w szkole dziecka, gdy trzeba coś koniecznie zorganizować, opiekując się chorym krewnym, itd. Ale kiedy ktoś zasugeruje, żeby odpoczęły, robią wielkie oczy i gwałtownie protestują. Co? Odpoczynek?! Nie mam na to czasu, przecież zostało tyle rzeczy do zrobienia! Ile kobiet narzeka, że nikt im nie pomaga w obowiązkach domowych, ale kiedy mąż sprzątnie kuchnię, to natychmiast okazuje się, że przecież jeszcze trzeba tu zamieść, tu pościerać, tu poskładać itd. Ile kobiet robi generalne sprzątanie, aby wyładować złość, bo nie są w stanie jej wyartykułować. Ile kobiet zwyczajnie nie potrafi odpoczywać – kiedy mają wolną chwilę i mogłyby po prostu siąść i spokojnie wypić herbatę, zamiast tego rzucają się w wir pracy, bo nie mogą znieść myśli o „nicnierobieniu”. Argument o „nicnierobieniu” to tak naprawdę przykrywka dla lęku przed zatrzymaniem się i spojrzeniem w głąb siebie, moje panie. Obawiacie się tego co mogłybyście zobaczyć. Kilka lat temu oburzyła mnie pewna reklama środka przeciw grypie, który reklamowała „matka czworga dzieci” i twierdziła, że nie może pozwolić sobie na chorobę, bo musi zająć się dziećmi. Ano nie, moja droga. Choroba to działanie zdesperowanego ciała, które ma na celu cię zatrzymać, unieruchomić i pozwolić zregenerować siły. I ma do tego pełne prawo. I MOŻE sobie na to pozwolić.  W końcu kobieta musi odpocząć, pokołysać się w fotelu, odzyskać skupioną uwagę. Musi odmłodnieć, odzyskać energię. Wbrew pozorom jest to możliwe — nie jesteśmy same — w każdym kręgu kobiet, matek, studentek, artystek czy działaczek zawsze jest ktoś, kto zastąpi te, które potrzebują wytchnienia. Kobieta o twórczej osobowości musi zregenerować siły, by potem wrócić do intensywnej pracy. Musi się spotkać w lesie ze starą kobietą, wskrzesicielką, Dziką Kobietą w jednej z jej wielu postaci. Dzika Kobieta jest przygotowana na to, że animus co jakiś czas czuje zmęczenie. Nie jest wstrząśnięta, kiedy pada u progu. I nie jest wstrząśnięta, kiedy my padamy. Jest na to gotowa. Nie podbiegnie do nas w panice. Podniesie nas po prostu i będzie trzymać tak długo, aż odzyskamy naszą moc.

W poprzednim poście pisałam już o codziennej higienie mentalno – duchowej, która stosowana regularnie nie dopuszcza do stanu skrajnego wyczerpania albo pomaga zauważyć braki energii już we wczesnej fazie. Najlepiej, żeby kobieta zdała sobie z tego sprawę już na samym początku przedsięwzięcia, bo często zmęczenie jest dla niej zaskoczeniem. Wtedy załamuje ręce, lamentuje, szepcze o klęsce, swojej niezdatności do niczego, bezwartościowości i tym podobnych. To nie tak. Utrata energii to zwykła kolej rzeczy. Tak działa Natura. Nie ma sensu wpadać w panikę, zmuszać się do czegoś czy forsować. Wystarczy być i obserwować. Tak jak Dzika Kobieta, musimy spokojnie przytulić własne myśli, idee i po prostu z nimi być. Czy zajmujemy się własnym rozwojem, sprawami publicznymi czy związkami z ludźmi, nasz animus musi od czasu do czasu poczuć zmęczenie. Wszystkie poważne przedsięwzięcia, takie jak ukończenie szkoły, rękopisu, dzieła sztuki, opieka nad chorym bliskim, wchodzą w końcu w etap, kiedy energia, niegdyś świeża i młoda, starzeje się, podupada i nie może nic więcej udźwignąć.

Nikt nie jest Supermanem ani Superwoman. Każdy potrzebuje odpoczynku nieważne co na ten temat sądzi twój szef czy rodzina. I trzeba tu powiedzieć, że dotyczy to zarówno mężczyzn jak i kobiet, naprawdę nie ma sensu wykłócać się „kto ma gorzej”. W naszej kulturze mężczyźni są mocniej obciążeni oczekiwaniami i odpowiedzialnością za sprawy materialne, a nie są biegli w bezpiecznych sposobach rozładowania stresu i napięcia. Społeczeństwo nie daje im przyzwolenia na płacz, załamanie i bezradność. W kulturze zachodniej mężczyzna ma być opoką, na której wspiera się kobieta. Błędne jest założenie, że w pierwiastku męskim tkwi wieczna, niepokonana siła. To fałszywe przekonanie wpojone nam przez kulturę, które trzeba wykorzenić z psychiki. Ono sprawia, że zarówno męska energia w psychice, jak i sami mężczyźni w społeczeństwie czują się niepotrzebni i bezwartościowi, kiedy ulegają zmęczeniu i pragną odpocząć. To naturalne, że każdy człowiek potrzebuje przerwy w intensywnej pracy, by odnowić swe siły, odświeżyć się. Funkcjonowanie natury Życia – Smierci – Życia polega na cyklicznym ruchu, który stosuje się do wszystkich istot i rzeczy.

Na koniec kobieta rzuca na podłogę trzy złote włosy, które wydają dźwięk. Złoto to widoczna oznaka bogactwa, włosy są symbolem siły oraz myśli, a kiedy dotykają ziemi – podstawy mającej siłę materializowania zamierzeń zaczynają z nią rezonować. Wyrwij trzy włosy ze swego wysiłku, rzuć je na ziemię. Tam staną się jak sygnał pobudki. Padając na ziemię, wywołają dźwięk w psychice, rozdzwonią się, wzbudzą w duszy pobudzający do działania rezonans. Chłopiec unosi się w górę i zamienia w słońce, starożytny symbol siły sprawczej, przebojowości i męskości. Stara La Que Sabe pielęgnuje element męski, „przycinając zbyteczne gałązki”. Dzięki wycięciu uschniętych gałęzi drzewo staje się silniejsze. Wiele roślin rozkrzewia się bujniej, jeśli przytniemy ich kwiatowe pędy. U Dzikiej Kobiety cykl wzrostu i obumierania animusu jest naturalny. To proces pierwotny, odwieczny. Od niepamiętnych czasów kobiety w ten sposób podchodziły do świata idei i ich zewnętrznej ekspresji. Staruszka w baśni Trzy złote włosy na nowo poucza nas, jak się to robi.

Tyle dr E, ale ja chciałabym dodać coś od siebie. Moim natychmiastowym skojarzeniem po przeczytaniu textu był oczywiście starożytny symbol Uroboros czyli wąż (ewentualnie smok) zjadający swój własny ogon, do którego jestem przywiązana równie mocno jak do ANKH-a, yin&yang czy mojego Soluna.

Uroboros przedstawia wieczny cykl kończenia i rozpoczynania na nowo. Oczywiście i ja, i pewnie wiele innych osób zwykło zwracać uwagę tylko na aspekt początku, bo dla naszego ego łatwiej jest zaakceptować początek niż koniec . Pop kultura stale karmi nas tym mitem wieczności: Nasza miłość będzie trwała na wieki. Możesz być wiecznie młody. Zawsze będę szczęśliwy, itd. Jednak im starsi się stajemy, tym częściej doświadczamy końców, rozstań, ruin i tym mocniej je przeżywamy. Prędzej czy później zdajemy sobie sprawę, że coraz trudniej jest się nam zaangażować na początku, bo już z tyłu głowy świta nam myśl, że ostatecznie i tak się to zakończy, a my będziemy musieli uporać się z kolejną stratą. Zakończenia stają się coraz trudniejsze do wytrzymania, a nadzieja na nowy początek robi się coraz bardziej nikła. Wyobraźmy sobie, że nasze uczucia są pieniędzmi: idziemy do banku, lokujemy je, a bank plajtuje. Trudno, zabieramy to, co pozostało i idziemy do innego banku. Lokujemy je z myślą o dobrym zwrocie, ale i ten bank bankrutuje. Idziemy do trzeciego banku, a on po jakimś czasie również upada. Czy należy się dziwić, że nie mamy ochotę na lokatę w czwartym? Uczucia to nasz duchowy kapitał. Jeżeli go tracimy, to jesteśmy cali wypaleni od środka i pragniemy tylko nie zostać ponownie zranionymi. Ktoś zresztą kiedyś zdefiniował miłość jako włożenie ukochanej osobie sztyletu w dłoń z nadzieją, że nas nim nie ugodzi.

Symbol Uroborosa wywodzi się z dobrej, pogańskiej tradycji starożytnego Egiptu i Hellady, ale jest znany w wielu kulturach na całym świecie. Wąż był utożsamiany z bóstwami ziemskimi: Gają, Demeter czy Korą Persefoną i poprzez zrzucanie skóry symbolizował odnowę oraz mądrość. W czasach nowożytnych Uroboros pojawia się między innymi w karcie Maga, pierwszym Wielkim Arkanie Tarota, jest centralnym motywem Pani Jeziora Andrzeja Sapkowskiego, widać go w odcinku Władca Gór sagi o Thorgalu oraz w serialach Z Archiwum X czy Millenium, a wiele osób na pewno kojarzy go w podwójnej formie jako Auryn z Niekończącej Się Opowieści.

Uroboros ostrzega:

Kiedy zakochujesz się/rozpoczynasz wspólne mieszkanie z partnerem/zawierasz związek małżeński, pamiętaj że faza szczęścia nie będzie trwała wiecznie i prędzej czy później zaczną się kłopoty.

Kiedy rodzi się dziecko, nie zapominaj, że w pewnym momencie opuści ono rodziców, czy to w sposób naturalny rozpoczynając studia lub znajdując pracę, czy też nagle poprzez chorobę lub wypadek.

Kiedy dostajesz fantastyczną pracę, bądź ostrożny przy kupowaniu coraz to nowych rzeczy lub braniu kredytów, bo któregoś dnia możesz ją stracić.

Ale uczy również, że

Jeżeli coś straciłaś, dostałaś w zamian coś innego.

Jeżeli zrobiłaś lub nie zrobiłaś czegoś i teraz żałujesz, to dostaniesz kolejną szansę.

Jeżeli czegoś nie możesz teraz zrobić, poczekaj na lepszy moment.

Urodziłaś się mając tylko siebie i umrzesz mając tylko siebie. Licz na siebie i nie obawiaj się, jesteś częścią Wszechświata. Nie bój się być sama ze sobą. Samotność nie jest zła. Wiele osób nie dba o dobrą relację z własnym wnętrzem, uczuciami, motywami i próbują zagłuszyć ten brak relacjami z innymi ludźmi. Ale jeżeli nie czujesz się komfortowo sama ze sobą to z czym wychodzisz do partnera? Co mu z siebie dasz?

To trochę jak piosenka An End Has A Start zespołu Editors:

You came on your own
That’s how you’ll leave
With hope in your hands
And air to breathe

(Przyszłaś sama

I tak samo odejdziesz

Masz tylko nadzieję w dłoniach

i powietrze do oddychania)

Uroboros przekazuje nam, aby nie tracić wiary, cierpliwości i zaufania do praw Wszechświata, nieważne jak bardzo złamany życiem, zdruzgotany i ubogi się teraz czujesz. Mówi, Życie jest wieczne. Przyjdzie nowa szansa.

A chrześcijaństwo zrobiło z węża symbol pokusy i grzechu… Bez komentarza.

I jeszcze jedna rzecz, nad którą dosyć intensywnie się zastanawiałam. Kultura, w której żyjemy ewidentnie nie lubi starości. Zmarszczki usuwa się Botoxem albo photoshopem, osoby po sześćdziesiątce nie prowadzą wiadomości ani programów śniadaniowych, a pytanie o wiek jest niemal zniewagą. Tak, to śmieszne i smutne. Można by w tym miejscu zacząć narzekać i wyklinać ten proceder. Ale ja jednak będę pełnić rolę adwokata diabła i zapytam inaczej: dlaczego nie chcemy się starzeć? Czym jest starość? W wersji pozytywnej jest tym, o czym dr E pisała w baśni o Czerwonych Pantofelkach: W idealnej postaci stara kobieta symbolizuje godność, duchowego przewodnika, mądrość, samowiedzę, ducha tradycji, dobrze określone granice, doświadczenie przyprawione dla równowagi sporą dozą zrzędliwości, rubasznego humoru, bezpośredniości i przekory. A ja się pytam: ile takich staruszek znacie? Gdzie one są? Jak je spotkać? Bo ja ich jakoś nie widzę w swoim otoczeniu. Widzę schorowane, zmęczone życiem babcie noszące kufajki i chustki na głowie, plotkujące z sąsiadkami, narzekające, czepiające się, wysysające energię, mające obsesję na temat jedzenia, przekonane o własnej racji, słabo wykształcone, zamykające się w gettach z innymi babciami, przepychające się łokciami w autobusie, lecące do kościoła, zawzięte, sączące jad i słuchające pewnego specyficznego radia. Tak ma wyglądać starość? To ja się nie dziwię, że chcemy być młodzi. W Polsce socjologowie urządzają medialne konkursy na kolejne stracone pokolenia i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu zawsze klasyfikują do nich ludzi młodych. Nie lubię uogólniania, nie lubię ujednolicania i bardzo nie lubię wprowadzania kategorii „pokolenia”, ale jeżeli miałabym w Polsce znaleźć stracone pokolenie to jest to pokolenie dorastające w czasach wojny. Nasze babcie i dziadkowie psychicznie nigdy z niej nie wyszli. Czy na pewno poszłabyś do swojej babci po radę?

Proszę mnie źle nie zrozumieć, to nie jest krytyka, to jest obserwacja. Oczywiście w tym momencie ktoś może z przemądrzałą pewnością siebie stwierdzić: Hola, hola, uważaj, bo przecież ty kiedyś też będziesz stara! Otóż, mój drogi, sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana niż ci się wydaje. Zdaję sobie sprawę z tego, że w pewnym momencie mojego życia nadejdą zmarszczki, siwe włosy, menopauza, słabość oraz choroby i akceptuję to, przynajmniej na poziomie rozumowym, bo jak to będzie w praktyce to się dopiero okaże. Nie chcę się zarzekać, że na pewno nigdy się z tego powodu nie zdenerwuję, bo bez sensu jest wydawać sądy na temat przyszłości. Rzecz w tym, że mimo stosunkowo młodego wieku i wręcz nastoletniego wyglądu, wewnątrz jestem cała stareńka. To efekt wieloletniej samotnej wspinaczki na górę zwaną Rozwojem. Kiedy spojrzę w dół, to zdaję sobie sprawę gdzie jestem ja, a gdzie moje otoczenie. I wcale nie wywołuje to we mnie radości czy satysfakcji z tego, że nie stoję w miejscu tylko się wspinam ani żadnego poczucia wyższości, że oglądam świat z góry. Wzbudza to we mnie smutek, że jestem sama i że na dole wszyscy mkną dalej tą autostradą donikąd, a ci teoretycznie najbliżsi mi stoją w dole i rzucają kamieniami, żebym odpadła od ściany i zrównała się z ich poziomem.

Tym co nas najbardziej postarza jest niedojrzałość innych.

Ale kiedy czuję, że już nie wytrzymam, że nie mam sił wspinać się dalej, to spoglądam w górę i wiem, że w odpowiednim czasie zrzucę skórę jak wąż, że znajdę drogę wśród nocnego lasu jak staruszek – Pustelnik z latarenką i że w banku moich uczuć zawsze znajdą się pieniądze, które dobrze zainwestuję.

Some things should be simple
Even an end has a start

Odcinek 4: Sinobrody. O poskromieniu wewnętrznego drapieżnika

biegnaca z wilkami sinobrody

SINOBRODY

W klasztorze w dalekich górach zakonnice w białych habitach przechowują pukiel włosów z brody. Jak się znalazł w klasztorze, nikt nie wie. Mówią, że to zakonnice pochowały szczątki jej właściciela, bo nikt inny nie ważył się ich dotknąć. Nie wiadomo, po co zakonnice przecho­wują tę dziwną relikwię, ale tak jest. Znajoma mojej znajomej widziała Ją na własne oczy. Powiada, że broda jest w kolorze indygo. Ciemno­niebieska jak ciemny lód na jeziorze, granatowa jak nocne cienie. Broda ta należała niegdyś do człowieka znanego jako Sinobrody, który, jak mówią, był upadłym czarownikiem, olbrzymim mężczyzną łasym na kobiety.

Powiadają, że zalecał się jednocześnie do trzech sióstr. Ale jego broda trwożyła je dziwnym niebieskim połyskiem, więc kryły się przed nim, kiedy nadchodził. Próbując je przekonać o swojej łagodności, zaprosił je raz na wycieczkę do lasu. Przybył, prowadząc konie przystro­jone dzwoneczkami i czerwonymi wstążkami. Posadził siostry i ich matkę na koniach i odjechali cwałem do lasu. Tam spędzili cudowny dzień, jeżdżąc konno w otoczeniu sfory psów. Potem zatrzymali się u stóp ogromnego drzewa, a Sinobrody zabawiał panie opowieściami i częstował rozmaitymi przysmakami.

Siostry zaczęły myśleć:

— Może ten Sinobrody nie jest wcale taki zły?

Wróciły do domu, rozprawiając, jaki to był niezwykły dzień i jak się świetnie bawiły. Jednak obawy i podejrzenia dwóch starszych sióstr niebawem powróciły. Przysięgły sobie, że więcej nie spojrzą na Sinobrodego. Tylko najmłodsza myślała, że skoro ktoś może być tak czaru­jący, to chyba nie jest z gruntu zły. Im dłużej to sobie wmawiała, tym mniej straszliwy jej się wydawał, a jego broda nie tak niebieska.

I kiedy Sinobrody poprosił ją o rękę, przyjęła go. Przemyślała jego oświadczyny i zdawało się jej, że poślubi bardzo wytwornego mężczyznę. Wreszcie się pobrali, a potem odjechali do jego zamku w głębokim lesie.

Pewnego dnia przyszedł do niej ze słowami:

—  Muszę na jakiś czas wyjechać. Jeśli chcesz, zaproś tu swoją
rodzinę. Możecie jeździć konno po lesie, kazać kucharzom przygotować
wystawną ucztę, róbcie, co tylko chcecie, wszystko, czego dusza zapragnie. Oto pęk kluczy. Możesz otwierać wszystkie drzwi, i do spiżarni, i tam, gdzie chowam pieniądze — wszystkie drzwi w zamku; nie uży­waj jednak tego malutkiego kluczyka, tego z rzeźbieniem na kółku.

Żona odrzekła:

—  Zrobię, jak każesz. Bardzo mi się to podoba. Jedź więc, drogi mężu, nie troskaj się o mnie i wracaj prędko.

Odjechał, a ona została.

Siostry przybyły w odwiedziny i były, jak wszystkie niewieście duszyczki, bardzo ciekawe, co nakazał gospodarz na czas swojej nieobecności. Młoda żona z radością im o tym opowiedziała.

—  Powiedział, że możemy robić, co dusza zapragnie, i wchodzić do wszystkich komnat prócz jednej. Nie wiem tylko, która to jest. Mam klucz, ale nie wiem, do których drzwi pasuje.

Siostry postanowiły zabawić się w sprawdzanie, który klucz pasuje do których drzwi. Zamek był trzypiętrowy i w każdym jego skrzydle znajdowało się sto drzwi, a ponieważ na pęku wisiało mnóstwo kluczy, chodziły od drzwi do drzwi; bawiły się świetnie, odmykając po kolei wszystkie komnaty. Za jednymi drzwiami były zapasy jedzenia, za innymi pieniądze. Wszelaki dobytek znajdował się w komnatach i wszyst­ko zdawało się coraz wspanialsze. Wreszcie, obejrzawszy wszystkie cuda, doszły do piwnicy, do ślepej ściany na końcu korytarza.

Głowiły się nad ostatnim kluczem, tym właśnie z rzeźbionym kółkiem.

—        Może ten klucz do niczego nie pasuje.

Ledwo to powiedziały, usłyszały dziwny dźwięk — „errrrr”. Zajrzały za róg i — rety! — spostrzegły zamykające się małe drzwiczki. Kiedy próbowały je znów otworzyć, okazało się, że są dobrze zamknięte na klucz. Jedna z nich wykrzyknęła:

—  Siostro, siostro, daj swój klucz. To na pewno te drzwi, do których pasuje tajemniczy mały kluczyk.

Jedna z sióstr bez zastanowienia włożyła klucz do zamka i przekręciła go. Zamek szczęknął, drzwi otwarły się szeroko, ale wewnątrz było tak ciemno, że nic nie widziały.

—  Siostro, siostro, przynieś świecę. — Gdy zapaliły świecę i oświetliły komnatę, wszystkie trzy naraz krzyknęły przeraźliwie, bo na podłodze ujrzały krwawe błoto. Wszędzie walały się poczerniałe kości trupów, a czaszki piętrzyły się w stosach po kątach jak piramidy jabłek.

Zatrzasnęły drzwi, wyrwały kluczyk z zamka i wsparły się jedna o drugą, dysząc ciężko.

Młoda żona spojrzała na kluczyk i spostrzegła na nim krew. Przera­żona, chciała wytrzeć go o suknię, ale krew nie dała się zetrzeć. Każda z sióstr brała mały kluczyk do rąk i starała się go oczyścić, ale krew na nim pozostała.

Żona ukryła kluczyk w kieszeni i pobiegła do kuchni. Kiedy tam dotarła, jej biała suknia była już cała czerwona, od kieszeni do rąbka na dole, bo z klucza powoli wyciekały krople ciemnoczerwonej krwi. Rozkazała kucharce:

—  Szybko, dawaj końskie włosie!

Przetarła klucz, ale nie przestał krwawić. Kropla po kropli czerwona krew spływała z małego kluczyka.

Wyniosła klucz na dwór, zasypała popiołem z pieca i jeszcze tarła i tarła. Włożyła do żaru, żeby go przypiec. Położyła na nim pajęczynę, żeby zatamować krew, ale nic nie pomagało, nic nie mogło jej powstrzymać.

—  Och, co ja teraz zrobię? — płakała. — Wiem już, schowam ten klucz. Włożę go do szafy. Zamknę drzwi. To jakiś zły sen. Wszystko będzie dobrze. — I zrobiła, jak powiedziała.

Mąż powrócił do domu następnego ranka i wkroczył do zamku, nawołując żonę.

—   Co się działo pod moją nieobecność?

—   Wszystko dobrze, panie.

—   A jak moje spiżarnie?

—   Doskonale, panie.

—   A moje skarbce?

—   W skarbcach nic nie brakuje, panie.

—   To znaczy, że wszystko dobrze, żono?

—   Tak, wszystko dobrze.

—   W takim razie — rzekł cicho — oddaj mi klucze.
Od razu dostrzegł, że brakuje małego klucza.

—   Gdzie najmniejszy kluczyk?

— Ja… Zgubiłam go. Tak, zgubiłam. Jechałam na koniu i pęk kluczy upadł na ziemię, wtedy musiałam go zgubić.

—   Co z nim zrobiłaś, kobieto?
—- Ja… ja… Nie pamiętam.

—   Nie kłam! Mów, coś zrobiła z kluczem?

Położył jej dłoń na twarzy, jakby chciał ją pogłaskać po policzku, ale zamiast tego pochwycił za włosy.

—  Zdrajczyni! — warknął i rzucił ją na ziemię. — Byłaś w tej komnacie, czy tak?

Gwałtownym ruchem otworzył jej szafę; mały klucz na górnej półeczce wciąż broczył krwią, która zabarwiła na czerwono wszystkie piękne jedwabne suknie.

—   Teraz twoja kolej, moja damo! — wykrzyknął Sinobrody i pociągnął ją korytarzem do piwnicy, aż znaleźli się przed straszliwymi drzwiami. Sinobrody tylko spojrzał na nie płomiennym wzrokiem i zaraz się przed nim otworzyły. Leżały tam szkielety wszystkich jego poprzed­nich żon.

—   Giń!! — zakrzyknął strasznie, ale ona złapała się framugi drzwi i nie chciała puścić. Błagała o życie.

—   Proszę, proszę, pozwól mi się przygotować na śmierć. Daj mi choć kwadrans, zanim mnie zabijesz, bo muszę najpierw pogodzić się z Bogiem.

—   Dobrze — warknął — masz tylko kwadrans, a potem gotuj się na śmierć.

Żona pomknęła schodami do swej komnaty i wysłała siostry na wały obronne. Uklękła jak do modlitwy, ale zamiast mówić pacierze, wołała do sióstr:

—  Siostry, siostry? Czy bracia nadjeżdżają?

—  Nic nie widać, siostro, nie ma nikogo na równinie!
Co chwila wołała w ich stronę:

– Siostry, siostry! Czy bracia nadjeżdżają?

—   Zdaje nam się, że w oddali widać wirujący tuman kurzu!

W tym czasie Sinobrody grzmiał na żonę, by zeszła do piwnicy, żeby mógł ściąć jej głowę. Zawołała znowu:

— Siostry, siostry! Czy bracia nadjeżdżają?

Sinobrody wezwał ją jeszcze raz i zaczął z łoskotem wspinać się po kamiennych schodach.

— Tak! Widzimy ich! Nasi bracia nadjechali i właśnie wchodzą do zamku! — odkrzyknęły siostry.

Sinobrody posuwał się korytarzem w stronę komnaty żony.

— Idę po ciebie — zawył.

Od jego tupania drżała kamienna podłoga, a tynk zaczął się sypać ze ścian.

Kiedy wdarł się do jej komnaty z wyciągniętymi rękami, by ją pochwycić, bracia na koniach galopowali już korytarzem i także wpadli do komnaty. Rzucili Sinobrodego o gzyms, nacierali na niego z mieczami, siekli i bili, cięli i smagali, aż obalili go na ziemię. Wreszcie uśmiercili go, zostawiając myszołowom krwawe szczątki i kości.

——————————————————————————

Ludzka psychika ma wiele twarzy, a obliczem wyjątkowo perfidnym jest naturalny drapieżca, siła która kontestuje, wyśmiewa i stara się uniemożliwić wprowadzenie w życie naszych marzeń i planów. Dla naturalnego drapieżcy w nas samych wszystko co dobre, pozytywne, harmonijne, zgodne z naturą i przynoszące wewnętrzny spokój jest celem ataków i furii. Niezależnie od środowiska i sposobu wychowania ten drapieżny element jest zawsze obecny w naszej psychice, ale to właśnie środowisko oraz sposób wychowania mogą sprawić, że urośnie on do rozmiarów bestii, którą trzeba poskromić, bo inaczej zupełnie zablokuje nasz rozwój i oderwie od intuicyjnej natury. Opowieść o Sinobrodym mówi o takim prześladowcy, mrocznym mężczyźnie, który zamieszkuje w psychice każdej kobiety, o wewnętrznym drapieżniku. Jest on bardzo konkretną, niezaprzeczalną mocą, o któ­rej nie wolno zapominać i którą trzeba opanować. Aby opanować naturalnego drapieżnika psychiki, kobieta musi dysponować wszystki­mi swymi instynktownymi zdolnościami. Wymieńmy tylko niektóre: wnikliwość, intuicja, wytrzymałość, cierpliwość w kochaniu, wyczulo­ne zmysły, dalekowzroczność, wyostrzony słuch, śpiewanie nad zmar­łymi, intuicyjne uzdrawianie i opieka nad własnym ogniem twórczym.

Kim jest Sinobrody? Baśń określa go jako upadłego czarownika, a zatem kogoś, kto posiadł moc, ale nie umiał się z nią obchodzić zgodnie z zasadami etycznymi i został za to ukarany. W mitach i legendach całego świata pełno jest postaci, które mimo wewnętrznego potencjału nie potrafią się pohamować i to przynosi im zgubę: helleńscy Midas i Ikar, bardzo podobny do tego ostatniego bohater opowieści plemienia Zuni mówiącej o tym, że mógł on zostać członkiem królestwa orłów, gdyby nie zechciał wzlecieć jeszcze wyżej i w rezultacie zginął upadając na ziemię, chrześcijański Lucyfer, uczeń czarnoksiężnika z baśni Goethe’go, etc. Tym co charakteryzuje wszystkie te postacie jest pragnienie przewagi nad innymi i brak wewnętrznych hamulców. Pragną być lepsi i ważniejsi, nie potrafią dojrzewać ani być cierpliwymi, nie chcą też poddać się prawom natury odmierzającej cykle, chcą teraz, zaraz, natychmiast. A nade wszystko chorobliwie pragną władzy. Z mitów i opowieści dowiadujemy się, że jeśli jednostka próbuje przełamać, nagiąć lub zmienić sposób działania Niewyrażalnego, to w konsekwencji musi zostać ukarana albo przez utratę znaczenia i mocy w świecie tajemnic i magii — tak jak uczniowie czarnoksiężników, którym nie wolno więcej praktykować — albo przez wygnanie z krainy bogów, albo przez równie dotkliwe pozbawienie łaski i potęgi: odebranie zdolności, okaleczenie czy śmierć.

Sinobrody jest poprzez to samotny i być może to właśnie samotność doskwiera mu najbardziej, bo owo pragnienie błyszczenia i czarowania innych realizuje się tylko wtedy kiedy jest publiczność, która go podziwia (przypomina tym Maga, pierwszy Wielki Arkan Tarota). A właśnie ów egoizm ogranicza go w kontaktach z innymi; nasz wewnętrzny drapieżca nie wzmaga pozytywnych cech w innych ludziach, on jest o nie zazdrosny i zazdrość wzmaga jego wściekłość. Nietrudno sobie wyobrazić, że w takim złośliwym tworze uwięziony jest ktoś, kto niegdyś poważył się przewyższyć światłość i został za to potępiony, utracił łaskę. Zrozumiałe, dlaczego potem ów upadły wygnaniec okrutnie prześladuje światło innych. Możemy sobie wyobrazić, iż ma nadzieję, że jeśli zagarnie dla siebie dość dużo dusz, to zbierze tyle światła, że wreszcie rozproszy swój wewnętrzny mrok i przezwycięży samotność.

Drapieżniki są częścią natury, także tej ukrytej w psychice. Nie da się ich nawrócić na wegetarianizm, trzeba nauczyć się je rozpoznawać, aby nie rozszarpały nas na strzępy. Wszystkie stworzenia muszą się nauczyć, że istnieją drapieżnicy. Bez takiej wiedzy kobieta nie zdoła bezpiecznie poruszać się po własnym lesie, tak by nie zostać pożartą. Zrozumieć drapieżnika to znaczy stać się dojrzałym zwierzęciem, które nie jest bezbronne z powodu swej nieświadomości, ufności, braku doświadczenia, głupoty. Jak przebiegły tropiciel Sinobrody wyczuwa, że zaintrygował najmłodszą córkę, czyli że pragnie ona zostać jego ofiarą. Oświadcza się jej, a ona w chwili młodzieńczego uniesienia, które jest często kombi­nacją szaleństwa, chwilowej przyjemności, szczęścia i magnetyzmu płci, mówi mu „tak”. Która kobieta nie zna tego scenariusza?

KOŃMI DO NIEBA

Kiedy Sinobrody zaczyna swoje podchody, z początku wszystkie siostry są sceptyczne aż w końcu jego zakusom ulega najmłodsza z nich. Symbolizuje zarówno młodziutkie i naiwne dziewczęta jak i kobiety w sile wieku, które nie nauczyły się rozpoznawać wewnętrznego napastnika i po raz kolejny przerabiają tę samą lekcję. Najmłodsza siostra to potencjał twórczy kobiety, wszystko to co daje satysfakcję i sprawia, że chce się nam niemal fruwać, jednak nieświadoma istnienia drapieżnika daje się mu pochwycić i w ten sposób zatrzymać u samego początku kreatywność. To cena jaką płaci za fałszywe poczucie bezpieczeństwa, ale i część inicjacji, ponieważ kiedy wyzwoli się z wpływu drapieżcy, będzie mądrzejsza i bogatsza. I choć często się zdaje, że życie byłoby znacznie łatwiejsze i mniej bolesne, gdyby wszyscy ludzie rodzili się przebudzeni, tak się nie dzieje. Rodzimy się jako anlagen (zarodki), jako potencjał tkwiący w jądrze komórki: w biologii anlage określa się jako „to, co się dopiero stanie, rozwinie”.

Sinobrody zaleca się do wszystkich trzech sióstr naraz i od razu intuicja podszeptuje im, że coś jest nie tak, żeby nie wierzyć, być ostrożnym i spoglądać głębiej niż tylko na powierzchnię. Jednak sprytny Sinobrody zabiera siostry oraz ich matkę na przejażdżkę i najmłodsza daje się przekonać. Lekceważy przeczucie, widzi tylko pozory, które stwarza drapieżca. Taki błędny osąd jest najczęstszy u kobiet bardzo młodych, u których nie rozwinął się jeszcze system ostrzegawczy. Młoda dziewczyna jest jak osierocone wilcze szczenię, które baraszkuje na polanie, nie bacząc na to, że wielki ryś wynurza się z mrocznej gęstwiny. Starsza kobieta, tak odcięta od natury, że ledwie słyszy wewnętrzne ostrzeżenie, także brnie w pułapkę z naiwnym uśmiechem.

Oczywiście to rodzi pytanie czy takiej sytuacji da się w ogóle uniknąć. Podobnie jak w przyrodzie dziewczyna uczy się życia obserwując rodziców, to ich zachowanie ostrzega ją przed zagrożeniami. Jednak nawet jeżeli rodzice mądrze wychowują dziecko, to około dwunastego roku życia nadchodzi moment, kiedy zaczyna nabierać własnych przekonań i podejmować samodzielne kroki, czy to pod wpływem rówieśników, czy osób, które darzy uwielbieniem. Nastolatki są też często z natury przekonane o tym, że świat jest dobry i istnienia drapieżców po prostu nie wyczuwają, z tego przekonania budzi je dopiero pierwszy wstrząs. Kiedy wilczyca zostawia swe młode, by wyruszyć na łowy, wilczęta próbują iść za nią, wychodząc z nory na ścieżkę. Matka warczy, odpędza je i straszy tak bezlitośnie, że poślizgując się, biegną z powrotem do jamy. Wilczyca wie, że szczenięta nie potrafią jeszcze ocenić innych stworzeń. Nie wiedzą, kto jest drapieżnikiem, a kto nie. Z czasem nauczy je tego, brutalnie i raz na zawsze. Podobnie jak młode wilczęta kobiety też potrzebują wprowadzenia w tajniki życia, inicjacji, która nauczy je, że świat wewnętrzny i zewnętrzny nie są beztroskim rajem. Wiele dziewcząt i kobiet nie otrzy­mało nawet tak podstawowych nauk o drapieżnikach, jakie matka-wilczyca daje swoim szczeniętom: „Jeśli coś jest groźne i większe od ciebie, uciekaj; jeśli słabsze, rób, co chcesz; jeśli chore, zostaw w spokoju; jeśli ma kolce, jad, kły albo ostre pazury, wycofaj się, idź w inną stronę; jeśli przyjemnie pachnie, ale jest zatknięte na metalowych szczękach, przejdź spokojnie obok”.

 Przyczyną, dla której najmłodsza siostra daje się zwieść Sinobrodemu jest słuchanie podszeptów ego. To zrozumiałe, że chce mieszkać w pełnym bogactw pałacu, jeździć eleganckim powozem i być podziwiana. Niejedna dziewczyna godzi się na rolę trofeum, żeby „pokazać się” w exluzywnych ubraniach, designerskim mieszkaniu czy drogim samochodzie. W sensie dosłownym zaślubiny z mężczyzną – drapieżcą realizują wewnętrzne pragnienie, żeby uszczęśliwił nas świat zewnętrzny, a nie my same. To coś, co jak nam się wydaje możemy dostać lekko, łatwo i przyjemnie, bez własnego wysiłku, cierpliwości i wytrwałości (co jest jeszcze wyraźniej pokazane w baśni o Czerwonych Trzewiczkach). Tyle że łatwe przyjemności są często przynętą, którą wabi ofiarę drapieżnik. Jeżeli nie jesteśmy czujne, to wpadniemy w pułapkę. Tym bardziej, że małe dziewczynki nie są uczone tego jak wyostrzać wewnętrzny wzrok, tylko jak najlepiej zaprezentować się na zewnątrz. Dlatego pośrednimi wspólnikami drapieżcy stają się własne, biologiczne matki młodych dziewcząt, które w opowieści symbolizuje matka sióstr. Nie tylko nie ostrzega ich przed zagrożeniem, ale uwiarygodnia przeciwnika udając się na przejażdżkę na jego zaproszenie. Ta decyzja, zgoda na poślubienie potwora, zapada, kiedy dziewczyna jest bardzo młoda, zwykle jeszcze przed ukończeniem piątego roku życia. Dziewczynki uczy się niedostrzegania w ludziach groteskowości, uczy się je natomiast upiększania ich, niezależnie od tego, czy rzeczy­wiście mają jakiś urok. To za sprawą takiego treningu najmłodsza siostra stwierdza: „Hm, ta broda nie jest wcale taka niebieska”. To wczesne wdrażanie do „bycia miłą” powoduje potem, że dorosła kobieta lekceważy głos intuicji. Inaczej mówiąc, dziewczynki są celowo uczone uległości wobec drapieżnika. Wyobraźcie sobie wilczycę, która uczy swoje młode, by „były miłe” w obliczu groźnej fretki albo chytrego diamentowego grzechotnika.     

Starsze siostry nie dają się nabrać na pozory stwarzane przez Sinobrodego. Albo same już przeszły ten proces, albo przejmują rolę prawdziwej, dzikiej matki, widzącej realne zagrożenia. Weźmy przykład naiwnej kobiety, która po raz kolejny wybiera sobie nieodpowiedniego partnera. Gdzieś na dnie umysłu wie, że wpadła w błędne koło, bezowocny, daremny schemat, że powinna powiedzieć „dość” i poszukać innych wartości. Często nawet wie, jak powinna postąpić. Ale w powtarzaniu autodestrukcyjnego cyklu jest coś nieodpartego, coś w rodzaju hipnotycznego zauroczenia Sinobrodym. W wię­kszości wypadków kobiety łudzą się, że jeśli trochę dłużej będą się trzymać starego wzoru, to z pewnością niebiański błogostan, którego poszukują, pojawi się z następnym szybszym uderzeniem serca. Innym skrajnym przypadkiem są kobiety uzależnione od jakiegoś nałogu: one z pewnością z zakątka umysłu słyszą starsze siostry, które powtarzają: „Nie! Tak nie można! Szkodzisz swemu ciału i duchowi. Zrywamy z tym”. Ale pragnienie odnalezienia raju wciąga kobiety w małżeństwo z Sinobrodym, dealerem psychicznych odlotów. Jakiekolwiek dylematy kobieta przeżywa, głosy starszych sióstr w jej psychice wciąż nakłaniają ją do zdobywania świadomości i doko­nywania mądrych wyborów. Symbolizują głos w głębi umysłu, szepczą­cy niemiłe prawdy, których kobieta wolałaby uniknąć, gdyż kładą kres fantazji o odnalezionym raju. (…) Wiele kobiet w sensie dosłownym powtarza w życiu opowieść o Sinobrodym. Wychodzą za mąż, kiedy jeszcze są dość nieświadome, by nic nie wiedzieć o drapieżnikach, i wybierają człowieka, który ma niszczący wpływ na ich życie. Są zdecydowane uleczyć tę osobę miło­ścią. W pewnym sensie „bawią się w dom”. A większość czasu spędzają na powtarzaniu: „Jego broda wcale nie jest taka niebieska”. Kobieta uwięziona w takiej pułapce dostrzega w końcu, że nadzieje na godziwe życie jej i dzieci rozwiewają się coraz bardziej. Pozostaje mieć nadzieję, że nareszcie otworzy drzwi do komnaty, gdzie leży całe jej zmarnowane życie. Choć jest możliwe, że to życiowy partner upodlił je i popsuł, jednak wewnętrzny drapieżca w jej własnej psychice ma w tym duży udział. Dopóki kobiecie wmawia się, że jest bezsilna, dopóki uczy się ją niedostrzegania tego, o czym wie, że jest prawdą, dopóty kobiece impulsy i dary psychiczne giną jeden po drugim. Jeśli młodziutka dziewczyna wychodzi za mąż za drapieżcę, to zostaje uwięziona lub silnie ograniczona właśnie wtedy, kiedy powinna rozkwitać. Zamiast żyć swobodnie, zaczyna żyć na niby. Zwodniczy drapieżca obiecuje jej, że zostanie królową, podczas gdy w rzeczywistości knuje morderstwo. Istnieje wyjście z tej sytuacji, ale trzeba mieć do niego klucz.

OTWIERANIE DRZWI (GŁĘBOKIEJ) PERCEPCJI

Ze ślubu słodkiej naiwności i łotra bez serca nie może wyjść nic dobrego. W baśni mąż wyjeżdża dając żonie złudne wrażenie wolności: ‘Możesz robić wszystko oprócz jednej rzeczy’. Szybko okaże się, że to czego zabrania jej mąż jest dla niej najważniejsze.

Sinobrody mówi, ‘róbcie wszystko co chcecie’, namawia, żeby pozbyła się zahamowań, chce aby wydawało się jej, że wszystko może i w ten sposób dawała się łatwiej kontrolować. Tyle że bez wiedzy ukrytej w komnacie najmłodsza siostra wcale nie jest wolna. Naiwna kobieta potulnie zgadza się pozostać w nieświadomości. Kobiety łatwowierne albo te z zablokowanym instynktem wciąż, jak kwiaty, obracają się zawsze w tę stronę, z której pada słońce. Naiwna lub odcięta od instynktów kobieta zbyt łatwo daje się zwieść iluzją łatwego życia, rozrywek, rozmaitych przyjemności, czy będzie to obietnica wysokiej pozycji w oczach rodziny i rówieśników, większego bezpieczeń­stwa, wiecznej miłości, podniecających przygód czy gorącego seksu.

Żona otrzymuje komplet kluczy, ale z jednego nie może korzystać. Wraz z przybyciem sióstr, budzi się w niej naturalny instynkt ciekawości, który sprawia, że zaczyna drążyć i szukać ukrytych zamiarów męża. To siostry zaczynają dopasowywać klucze do drzwi. Kobieca ciekawość jest tu ważnym czynnikiem. Wcześni badacze psychiki tacy jak Freud czy Jung traktowali otwarcie zakazanej komnaty jako psychologiczną karę za kobiecą ciekawość sexualną. Wynikało to z pośledniego traktowania kobiecej psychiki w ogóle jak i z panujących stereotypów. Ciekawość kobiety nosiła w sobie z definicji aspekt negatywny, ciekawi świata mężczyźni byli nazywani dociekliwymi, podczas gdy ciekawe świata kobiety – wścibskimi. Tymczasem to właśnie przenikliwość i chęć sięgnięcia głębiej jest podstawą intuicji. To siostry – intuicyjne aspekty psychiki – wyrywają żonę z kręgu nieświadomości (…) Nieświadoma młodzieńcza natura zaczyna rozumieć, że skoro istnieje coś ukrytego, sekretnego, coś, co przesłania cień, coś zakazanego, to trzeba w to wejrzeć.

Lochy są w swojej formie jaskiniami powiązanymi semantycznie z Gają, wielką Boginią – Matką, ale trzeba pamiętać czym były dawniej drzwi, zbudowane z solidnego materiału takiego jak drzewo lub kamień; w niektórych kulturach wierzono nawet, że duch drzewa lub kamienia pozostaje w nim aby strzec wejścia. Drzwi w naszej opowieści są barierą psychiczną, czymś w rodzaju strażnika strzegącego tajemnicy. Ten strażnik jeszcze raz przypomina nam o reputacji drapieżcy jako maga — psychicznej złej mocy, która wszystko przekręca i gmatwa jakby za sprawą czarów, powstrzymując nas od zrozumienia tego, co już wiemy. Kobiety umacniają jeszcze tę barierę, kiedy zniechęcają się (lub siebie nawzajem) do myślenia lub głębszego analizowania, bo „lepiej za dużo nie wiedzieć”. Żeby zrobić wyłom w tej barierze, trzeba zastosować właściwe przeciwczary. A znajdujemy je właśnie w symbolu klucza. W baśni o Ali Babie pojawia się motyw otwierania drzwi za pomocą zaklęcia, w misteriach eleuzyńskich klucz prawdopodobnie kładziono na języku, aby przypominać, że w mowie, w odpowiednim formułowaniu pytań kryje się wskazówka jak otrzymać odpowiedź i jak dotrzeć do sedna rzeczy. A słowa, potrzebne kobiecie w większości sytuacji analogicznych do opisanej w Sinobrodym, brzmią: Co się za tym kryje? Co jest inne, niż się wydaje? Co wiem w głębi swego łona, czego wolałabym nie wiedzieć? Co we mnie zostało zabite, co powoli kona?

NAJMŁODZSZA SIOSTRA I KOMNATA TAJEMNIC

Siostry widzą na własne oczy co kryje się w zakazanej komnacie, a klucz najmłodszej zaczyna krwawić. Kości i krwawe szczątki poprzednich żon to symboliczne przedstawienie planów, marzeń i myśli, które kobieta porzuciła lub też życia które sprawiało jej radość, a którego z jakichś powodów zaniechała. Sinobrody zabija i rozczłonkowuje kobietę, aż zostaną z niej nagie kości. Nie pozostawia jej urody, miłości, jaźni, a tym samym żadnej możliwości działania we własnej sprawie (…) Szkielety w komnacie symbolizują w najbardziej pozytywny sposób niezniszczalną siłę kobiecości. Kości to archetypowy symbol tego, co w żaden sposób nie może ulec zniszczeniu. W swojej kwintesencji historie o kościach mówią o tym w psychice, co jest nie do pokonania. Jedyną niezniszczalną rzeczą, jaką posiadamy, jest dusza. Kiedy mówimy o esencji kobiecości, mamy na myśli kobiecą duszę. Kiedy mówimy o ciałach porozrzucanych w lochu, chcemy powiedzieć, że coś złego się stało z naszą duchową siłą; lecz mimo że pozbawiona została zewnętrznej żywotności, mimo że siły życiowe z niej uszły, nie została zniszczona doszczętnie. Może się odrodzić.

Klucz zaczyna krwawić, a jak nietrudno się domyślić krew to symbol życia i energii. Upływ krwi pozbawia życia. Najmłodsza siostra musi stawić czoła temu, że to co miało ją uszczęśliwić, w rzeczywistości pozbawiło ją tego co najważniejsze, jej własnej tożsamości. Niezależnie czego dotyczyły zamierzenia, czy harmonijnego związku, czy udanej pracy, czy sukcesów, czy twórczości, drapieżnik celowo od dawna je udaremniał. W baśniach często pojawia się motyw oblubieńca-bestii (lub zbójcy), który rozumiany jest jako symbol wroga ukrywającego się w prze­braniu istoty dobrodusznej i przyjaznej. Ta zamaskowana postać poja­wia się zawsze, kiedy kobieta żywi naiwne przekonania na temat kogoś lub czegoś. Kiedy kobieta usiłuje uniknąć konfrontacji z własnym wewnętrznym spustoszeniem, marzenia senne prawdopodobnie zaczną krzyczeć do niej ostrzegawczo: przebudź się! szukaj pomocy! uciekaj! idź zabijać! (…) To niedostrzeganie, niezrozumienie, że wewnętrzne pragnienia nie współgrają z zewnętrznym postępowaniem, jest właśnie tropem, który zostawia za sobą oblubieniec-bestia. Obecność tego czynnika w psychice tłumaczy, dlaczego kobiety, które twierdzą, że pragną bliskiego związku, robią wszystko, by im się nie powiodło z ukochanym. W ten sam sposób kobiety, które wyznaczają sobie jakieś cele, chcą w danym czasie dotrzeć tu czy tam, nie robią nawet pierwszego kroku, by je realizować, albo też rezygnują z nich przy pierwszej napotkanej trudno­ści. W ten sposób, przez odkładanie spraw na później, które rodzi pogardę dla samej siebie, przez jątrzące uczucie wstydu spychane coraz głębiej, przez wszystkie nowe początki, tak bardzo potrzebne, uwień­czenie nigdy nie dochodzi do skutku. Tam, gdzie się czai i działa drapieżca, wszystko zbacza z torów, zostaje zburzone i zniszczone w zarodku. (…)W takim stanie kobieta traci twórczą energię, niezależnie od tego, czy w grę wchodzi rozwiązywanie przyziemnych problemów związanych z nauką, rodziną, przyjaźnią, czy też troska o palące problemy współczesnego świata lub sprawy duchowe — osobisty rozwój, sztukę życia. Banalne odkładanie spraw na później ciągnie się tygodniami i miesiącami. Wydaje się, że uchodzi z niej powietrze, jest bez życia, choć może i pełna pomysłów, ale stan głębokiej stagnacji z każdym dniem coraz bardziej uniemożliwia wprowadzenie ich w czyn.

Najmłodsza siostra na początku nie chce przyjąć tej prawdy do świadomości, próbuje wielu sposobów aby zetrzeć krew z klucza, ale nie udaje się jej to. Wszystkie negatywne i bolesne wydarzenia naszego życia są w sposób naturalny cenzurowane od wewnątrz. Jest najzupełniej oczywiste, że cenzurujące ego pragnie zapomnieć, że kiedykolwiek widziało makabryczną komnatę z ciałami zamordowanych. Dlatego właśnie żona Sinobrodego próbuje wytrzeć klucz końskim włosiem. Próbuje wszyst­kich znanych sobie sposobów, wszystkich medykamentów na okale­czenia i głębokie rany, jakie zna kobieca medycyna ludowa: paję­czyny, popiołu, ognia — wszystkie kojarzą się z nicią życia i śmierci snutą przez Parki. Jednak nic nie skutkuje; kobieta nie może też zakończyć tego procesu, udając, że nic się nie dzieje. Nie może zatamo­wać krwawienia z klucza. Paradoksalnie, kiedy jej dawne życie dogorywa i nawet najlepsze lekarstwa są bezskuteczne, upływ krwi budzi ją z uśpienia; uświadamia sobie, że krwawi, i w ten sposób zaczyna żyć na nowo.

Krew barwi sukienki w szafie, nie pozwala jej zapomnieć o tym co ujrzała i zdradza jej prześladowcy to, że ona już WIE. Suknie i odzież zazwyczaj symbolizują maski, jakie nakładamy, to jakimi chcemy aby świat nas widział i to w jaki sposób ukrywamy czego nie chcemy pokazać. Przy odpo­wiednim psychicznym kamuflażu i przebraniach zarówno mężczyźni, jak i kobiety mogą prezentować prawie idealną postać, prawie idealną fasadę. Tymczasem klucz płaczący krwawymi łzami plami wszelkie maski i nie pozwala już dłużej ukrywać się. Możemy mówić, co chcemy, udawać zadowolenie i pogodę ducha, ale jeśli raz ujrzałyśmy wstrząsającą prawdę w komnacie rzezi, to nie możemy udawać, że ona nie istnieje. Nadszedł czas stawić czoła drapieżcy.

ZWODZENIE DRAPIEŻNIKA

Gdy Sinobrody odkrywa „zdradę”, szaleje z wściekłości i szykuje żonie taki sam los jak poprzednim. W opowieści o Sinobrodym psychika próbuje uniknąć zabójczego ciosu. Nie jest już naiwna, nauczyła się przebiegłości; prosi o czas na przygotowanie — innymi słowy, czas, by się wzmocnić przed ostatecznym starciem. W zewnętrznej rzeczywistości także spotykamy kobiety planujące ucieczkę, czy to od dawnego, wyniszczającego trybu życia, czy to od kochanka, czy od pracy. Chce zyskać na czasie, gra na zwłokę, obmyśla strategię i wewnętrznie zbiera siły, zanim dokona zewnętrznej przemiany. Czasami właśnie rodzaj olbrzymiego zagrożenia ze strony drapieżcy powoduje, że kobieta ulega metamorfozie z uległej i słodkiej w bystrooką i czujną. (…) Kiedy kobieta pojmuje, że stała się zdobyczą, zarówno w świecie wewnętrznym, jak i zewnętrznym, ledwie może to znieść.

Jednocześnie i drapieżca, i twórcza siła dochodzą coraz bardziej do punktu wrzenia. Napastnik krąży, koncentruje się na zdobyczy i szykuje do zadania ostatecznego ciosu. Siła intuicji i twórczości jest być może osłabiona poprzez tak długi czas ignorowania, ale mimo przebudzenia się jeszcze nie wygrała. Mówiąc obrazowo, nie może ani na chwilę odpocząć, a tym bardziej z powrotem zasnąć tak jak nie wolno tego zrobić osobie przebywającej na mrozie. W świecie zwierzęcym istnieje coś takiego jak tajemniczy taniec psychiczny drapieżnika z ofiarą. Mówi się, że jeśli ofiara wysyła szczególny, pełen uległości sygnał wzrokowy i wpada w szczególny rodzaj drżenia, które powoduje słabe falowanie skóry na mięśniach, to w ten sposób komunikuje drapieżcy swoją słabość i godzi się zostać łupem. Czasem trzeba drżeć i umykać, ale są chwile, kiedy nie wolno tego robić. W krytycznym momencie kobieta nie może zadrżeć, nie może okazać słabości. Kiedy żona Sinobrodego błaga o czas, by przygotować się na śmierć, nie jest to oznaka uległości wobec drapieżcy. To jej chytry sposób na przygotowanie mięśni do walki. Jak leśne zwierzęta szykuje się do frontalnego ataku.

POSKROMIENIE ZŁOŚNIKA

Podczas gdy Sinobrody krzyczy i wrzeszczy, jego żona szuka sposobu by zyskać cenny czas, próbuje zebrać energię, by obezwładnić prześladowcę, którym może być — osobno lub w połączeniu — niszczący wpływ religii, małżonka, rodziny, własnych kompleksów albo kultury, w której żyje. Sama sobie z nim nie poradzi, musi wezwać na pomoc braci. Bracia symbolizują silniejszą, waleczną i agresywną część psychiki, tę która nie zawaha się przed wbiciem ostrza w serce przeciwnika*. To męska energia, jungowski animus w baśniach pojawiający się zazwyczaj pod postacią bohatera więzami krwi połączonego z bohaterką. Tę część psychiki u kobiet często tłamsi się od samego początku, ucząc dziewczynki by były grzeczne i miłe, by „nie przejmowały się” atakami i nie odpowiadały na nie. Agresja jest jedną z pierwszych cech jaką stara się u małych dziewczynek wykorzenić. Siostry — te mądrzejsze — zajmują centralną pozycję w ostatnim stadium inicjacji; stają się jej oczami. Wołanie kobiety pokonuje długi wewnętrzny dystans do miejsca, gdzie mieszkają bracia, do tych aspe­któw psychiki, które są wyćwiczone do walki. Ale obronne aspekty psyche nie są zrazu tak bezpośrednio bliskie świadomości, jak powinny być. U wielu kobiet gotowość bojowa i waleczność są zbyt oddalone do świadomości, by działać skutecznie. Kobieta musi się wprawiać w przywoływaniu, wyczarowywaniu wojowniczej, niepokornej natury, atrybutów symbolizowanych przez wirujący słup powietrza, tuman kurzu na drodze. Oznaczają one wewnętrz­ną siłę determinacji, która, jeśli nie ulega rozproszeniu, daje kobiecie potężną energię. Zachowując gotowość bojową, kobieta nie straci świadomości, nie będzie pogrzebana z całą resztą.     

Natura animusa jest potrzebna każdej kobiecie. To takie cechy jak dążenie do celu i konsekwentne usuwanie przeszkód sprawią, że wszelkie pomysły i plany nie pozostaną w sferze umysłu, ale będą z powodzeniem realizowane. Im silniejszy, solidniejszy i szerszy jest animus (wyobraźmy go sobie jako most) tym sprawniej, z większą klasą i w bardziej konkretny sposób kobieta daje wyraz swoim ideałom i kreatywności w zewnętrznym świecie. Kobieta, której animus jest słabo rozwinięty, może mieć mnóstwo oryginalnych myśli i pomysłów, ale nie potrafi ich realizować w zewnętrznym świecie. Wprowadzane w czyn wspaniałe wizje pozo­stają w martwym punkcie. Bez silnego i zdrowego animusa kobieta jest bezbronna, jej marzenia nie realizują się, a frustracje powodują, że wpada ona coraz mocniej w szpony drapieżcy. A im dłużej to trwa i im bardziej się kumuluje tym bardziej opłakane mogą być skutki.

Pewna kobieta, z którą pracowałam, inteligentna i utalentowana, opowiadała mi o swojej babci ze Środkowego Zachodu. Według babci najlepszą rozrywką było pojechać pociągiem do Chicago, założyć wielki kapelusz i, spacerując po Michigan Avenue, oglądać wystawy i zadawać szyku w roli eleganckiej damy. Z konieczności czy zrządzeniem losu wyszła za mąż za farmera. Osiedli wśród bezmiaru pól pszenicznych, gdzie zaczęła usychać i więdnąć w schludnym małym wiejskim domku, dużym w sam raz dla niej, dzieci i męża, jak Pan Bóg przykazał. Nie miała już czasu na tamto „frywolne” życie, które kiedyś wiodła. Miała za dużo dzieci. Za dużo „babskich zajęć”.

Pewnego dnia, wiele lat później, wyszorowawszy uprzednio na kolanach podłogi w kuchni i w salonie, założyła swą najlepszą jedwabną bluzkę, zapięła długą spódnicę, a na głowę włożyła ogromny kapelusz. Przystawiła sobie strzelbę męża do ust i pociągnęła spust. Każda kobieta wie, dlaczego wcześniej wymyła podłogi.

Głód duszy może przyprawiać kobietę o nieznośne cierpienia. Ponieważ dusza kobiety ma potrzebę wyrażania siebie w swoisty, uczucio­wy sposób, musi się rozwijać i kwitnąć w poczuciu sensu tego, co robi, nie gnębiona przez nikogo. W tym znaczeniu krwawy klucz mógłby reprezentować także żeńską linię krwi, wszystkie dotychczasowe kobiety. Która z nas nie miała przynajmniej jednej bliskiej, ukochanej kobiety, która postradała instynkt dokonywania słusznych wyborów, skutkiem czego była zmuszona żyć wyrzucona poza nawias? Być może właśnie ty jesteś taką kobietą.

ZJADACZ GRZECHOW

Szczątki Sinobrodego zostają rozrzucone na pożarcie drapieżnym myszołowom. W starożytności wierzono w istnienie dusz zwanych „zjadającymi grzechy”. Były one uosabiane przez duchy, ptaki lub zwierzęta (rzadziej przez ludzi**), które podobnie jak kozły ofiarne brały na siebie grzechy, to jest psychiczne nieczystości wspólnoty. W ten sposób lud zostawał oczyszczony i wybawiony od zgnilizny trudnego lub źle przeżytego życia. (…)W mitologii staroskandynawskiej zjadający grzechy to padlinożercy, którzy pożerają martwe ciało, inkubują je w swoich brzuchach i zabierają do Hel. Nie jest to miejsce, ale osoba, bogini życia i śmierci. Uczy ona umarłych życia wspak. Stają się coraz młodsi i młodsi, aż są gotowi narodzić się na nowo i ponownie przychodzą na świat.

Drapieżnik w psychice ginie, moce animusa pozbawiły go energii, ale nie znika on całkowicie ani nie rozpływa się w powietrzu. Nie wolno o nim zapomnieć, trzeba obserwować i pilnować by moc Sinobrodego nie próbowała zebrać szczątków i ożywić ich. Wielu badaczy zajmujących się tą opowieścią uważa, że Sinobrody reprezentuje siłę tak perfidną, że nie może być ona zbawiona ani odkupiona. Według mnie do tego aspektu psychiki należy podejść inaczej — nie jak do masowego mordercy, który ma się przeobrazić w kryształowy charakter, ale raczej jak do kogoś, kogo trzeba umieścić w zakła­dzie psychiatrycznym; musi jednak być to miejsce godziwe, z widokiem na drzewa i niebo, z dobrym jedzeniem i kojącą muzyką, a nie oddział zamknięty, gdzie będzie upodlony i torturowany.

Aby trzymać drapieżcę w psychicznej klatce trzeba wybijać mu kły zanim zdążą wyrwać nam kawał duszy. Należy przy tym używać jego własnej broni: logiki, języka i perswazyjnego stylu. Nie pozwalajmy aby przez nasz umysł przepływały negatywne myśli na temat naszych możliwości czy talentu. Nasz umysł musi działać jak filtr: przepuszczać to co dobre i wartościowe, a zatrzymywać zagrożenia. Znajdźmy same mądrą równowagę między zasadną krytyką tego co robimy i jak się zachowujemy a podszeptami wewnętrznego wroga chcącego przekonać nas, że nic nie znaczymy. Słyszysz, że mówi do ciebie: ‘Nie przygotowałaś projektu na jutro, nie potrafisz zorganizować sobie czasu’? To odpowiedz mu, ‘Ale za to zrobiłam korektę wcześniejszego projektu, przygotowałam tabele i opracowałam to wszystko jako prezentację!’. Bo jeżeli zaczynasz myśleć, że być może przeciwnik ma rację, że nie skończyłaś tego cholernego projektu, że musisz przecież zrobić jeszcze dwa kolejne w tym tygodniu i że, kurczę, na pewno nie starczy ci czasu albo nie pójdziesz z dziećmi do kina, żeby go skończysz więc chyba faktycznie nie potrafisz zorganizować sobie czasu – karmisz go. Posyłasz mu energię swoich myśli i to wystarcza. A można tę bestię w klatce wykorzystać do swoich celów tak jak z roślin trujących da się uzyskać lekarstwo. Osłabiamy atak naturalnego drapieżcy, biorąc do serca i analizując to, co prawdziwe w jego słowach, i odrzucając resztę.(…) Kiedy przestajemy być zabawką w rękach drapieżcy, uchodzą z niego siły i nie potrafi już działać bez nas (…) Kiedy kobiety pokonują swego drapieżcę, przejmując władzę nad tym, co w nim pożyteczne, i odrzucając całą resztę, odkrywają, że nareszcie czują się pełne energii, witalności, głębi. Odebrały to, co im wykradziono: wigor i treść życia. Pozytywne wykorzystanie energii drapież­cy można rozumieć na kilka sposobów: jego furię można przekształcić w ogień duszy, żarliwość potrzebną do realizacji szczytnych celów. Jego spryt i przebiegłość pomoże spojrzeć na wiele rzeczy z dystansu. Jego śmiercionośną moc można wykorzystać do likwidacji tego, co w kobiecie powinno obumrzeć, albo dla czego ona powinna umrzeć w swoim ze­wnętrznym życiu, a mogą to być rozmaite rzeczy w różnych momentach życia. Zazwyczaj kobieta sama dobrze wie, co to jest.

Drapieżnik pojawia się też często nie tylko w opowieściach, ale i w koszmarach kobiet: jako napastnik, złodziej, gwałciciel itd. który zastaje ją samotną i bezbronną. Sen o mężczyźnie czającym się w mroku to także sygnał pobudki. Mówi: „Uważaj! Coś złego dzieje się w otaczającym cię świecie, w ży­ciu osobistym, w naszej cywilizacji” (…) Choć psychologia podkreśla rodzinne przyczyny ludzkich udręk i niepokojów, czynnik kulturowy ma równie dużą wagę, gdyż kultura to jakby rodzina rodziny. A jeśli rodzina rodziny cierpi na różne choroby, to wszystkie rodziny należące do niej muszą się zmagać z tymi samymi dolegliwościami. Moi przodkowie mawiali cultura cura, kultura leczy. Jeśli kultura jest uzdrowicielem, rodziny uczą się uzdrawiać; będą mniej cierpieć, mniej się zmagać z chorobą i łatwiej wracać do zdrowia, będą bardziej sobie oddane i pełne ciepłych uczuć. W kulturze, którą włada drapieżca, wszelkie nowe życie, które chce się narodzić, i stare życie, które powinno odejść, tkwią w miejscu, a psychiczne życie jej członków jest sparaliżowane lękiem i duchowym głodem. (…) Tak więc te negatywne kulturowe wartości — na które drapieżca skwapliwie przystaje — rosną w siłę w zbiorowej psychice wszystkich członków społeczności. Kiedy społeczeństwo nawołuje obywateli do nieufności i wystrzegania się głębokich życiowych instynktów, wów­czas drapieżny element w psychice każdej jednostki zostaje wzmocnio­ny i zaktywizowany. Jednak nawet w społeczeństwach opartych na opresji, jeśli w jakiejkolwiek kobiecie Dzika Kobieta wciąż żyje, rozkwita a nawet promie­nieje, to „kluczowe” pytania zostaną zadane, i to nie tylko te, które pozwolą wejrzeć w głąb siebie, ale także te dotyczące samej kultury. „Co się kryje za tymi zakazami, które widzę w zewnętrznym świecie?”, „Ile dóbr i wartości poszczególnych ludzi, kultury, ziemi i ludzkiej natury zostało uśmierconych, ile ginie powoli?”

Ten sen pojawia się także u kobiet żyjących z tworzenia, gdy zaczyna brakować im pomysłów. Często twórcze przedsięwzięcia zwalniają tempo lub utykają na mieliźnie, ponieważ w głębi naszej psychiki tkwi ktoś, kto ma o nas bardzo złe mniemanie, a my ulegamy mu, zamiast się zbuntować, roztrzaskać mu głowę i uciekać do wolności. W wielu przypadkach dla ratowania sytuacji trzeba tylko potraktować siebie, swoje pomysły, sztukę, o wiele poważniej niż dotychczas. Z powodu braku matrylinearnego (i patry-linearnego) wsparcia na przestrzeni wielu pokoleń docenianie twórcze­go życia — to jest docenianie całkowicie oryginalnych, pięknych, twór­czych idei i dzieł pochodzących ze spontanicznej, pierwotnej duszy — stało się dla kobiet wiecznym problemem. W gabinecie nie raz widywałam poetki niedbale ciskające swe maszynopisy na sofę, jakby poezja była dla nich raczej ucieczką niż skarbem. Malarki przynoszące swe obrazy na sesję, wchodząc, byle jak opierały je o drzwi. Widziałam błyski zawiści w oczach kobiet, kiedy próbowały ukryć złość, że inni potrafią tworzyć, a one z jakiegoś powodu nie mogą. Słyszałam wszystkie rodzaje wymówek, jakie kobieta może wymy­ślić. „Nie mam talentu. Nie jestem ważna. Nie jestem wykształcona. Nie mam pomysłów. Nie wiem jak. Nie wiem co”. I najbardziej bulwersujące ze wszystkich: „Nie mam czasu”. Nieodmiennie mam ochotę złapać je za nogi i potrząsnąć, aż pożałują swoich słów i przyrzekną, że przestaną pleść bzdury. Nie muszę nimi potrząsać, bo zrobi to za mnie mężczyzna w mroku, a jeśli nie on, to inna postać z ich snów. Sen o mężczyźnie z mroku jest koszmarem, a koszmary najczęściej bardzo dobrze wpływają na twórczość; pokazują artyście, co się z nim stanie, jeśli pozwoli zakopać swój talent. Ten sen najczęściej wystarcza, by tak przerazić artystkę, że wraca ona do tworzenia. W najgorszym razie może tworzyć dzieła, które rzucą światło na mroczną istotę ze snów.

Groźba mężczyzny w ciemności jest przestrogą dla każdej z nas — jeśli nie będzie się strzegło swoich skarbów, to zostaną skradzione. (…)Kiedy kobieta czyni wysiłki, by wytropić drapieżcę we własnej psychice i uzmysłowi sobie jego obecność, staczając z nim nieuniknioną walkę, drapieżca wycofa się do bardziej odizolowanego i odległego obszaru w psychice. Natomiast jeśli drapieżca zostanie zlekceważony, to będzie coraz bardziej nienawistny i zazdrosny, pragnąc uciszyć kobietę na zawsze. Z praktycznego punktu widzenia sny o Sinobrodym i mężczyźnie w mroku są bardzo ważne, bo pomagają oczyścić życie z elementów negatywnych. Czasami konieczne jest ograniczenie lub rozluźnienie pewnych związków, bo jeśli kobieta jest otoczona przez osoby otwarcie wrogo nastawione albo lekceważące jej przeżycia, to jej wewnętrz­ny drapieżca czerpie z nich pożywkę, staje się silniejszy i bardziej agresywny. Kobiety często ambiwalentnie podchodzą do własnej agresji wobec intruza, ponieważ sądzą, że są w sytuacji bez dobrego wyjścia: „I tak źle, i tak niedobrze”. Jeśli nie wyrwą się na wolność, to mężczyzna z mroku zostanie ich panem, a one niewolnicami. Jeśli zdołają uciec, to będzie je bezwzględnie prześladował jak swoją własność. Kobiety obawiają się, że będzie ich szukał tak długo, aż znowu rzuci je na kolana, a ta obawa wyraża się w treści ich snów. Z tego powodu kobiety zazwyczaj uśmiercają swoje oryginalne, twórcze, uczuciowe i dzikie natury w odpowiedzi na zagrożenie ze strony drapieżcy. Dlatego leżą jako trupy i szkielety w piwnicy Sinobrodego. Świadomość jest drogą wyjścia z klatki, ucieczki od tortur. Jest to ścieżka prowadząca daleko od mężczyzny z mroku. Kobiety mają prawo bić się na śmierć i życie, żeby ją znaleźć i nią podążyć. (…)Lekarstwo na naiwność i osłabione instynkty jest jedno: ćwiczyć się w słuchaniu intuicji, wewnętrznego głosu, zadawać pytania; być ciekawą i dociekliwą, ogarniać to, co się widzi i słyszy, a potem działać wedle tego, o czym wiadomo, że jest prawdziwe. Dusza otrzymała te intuicyjne siły w chwili urodzenia. Zostały przesłonięte, przykryte popiołami i eks­krementami wielu lat. Ale to jeszcze nie koniec świata, to wszystko można zmyć. Trochę skrobania i szorowania, trochę praktyki, a zdolność percepcji zostanie przywrócona do stanu nieskazitelnego.

Jeżeli wydobędziemy te moce z cienia psychiki, to nie staniemy się bezwolnymi ofiarami wewnętrznych ani zewnętrznych okoliczności. Nieważne, że kultura, osobowość, psychika lub inne czynniki żądają od kobiet poprawnego ubioru i zachowania, nieważne, jak bardzo inni chcą je trzymać w stadzie z dziesięcioma drzemiącymi dueitas (przyzwoitkami) w pobliżu, nieważne, że próbuje się stłamsić życie duchowe kobiety — nie można zmienić faktu, że kobieta jest tym, kim jest, a to jest dyktowane dziką nieświadomością i bardzo, bardzo dobrze, że tak jest. (…) Musimy pamiętać, że kiedy śnimy sny o mężczyźnie w ciemności, zawsze pojawia się siła przeciwna, sprzyjająca nam i równoważąca jego moc. Kiedy uruchamiamy pierwotną energię, aby zneutralizować moc drapieżcy, pojawia się Dzika Kobieta. Przybywa, pokonując wszelkie przeszkody, mury, które wzniósł drapieżca. Nie jest ikoną, świętym obrazkiem do powieszenia na ścianie. Jest żywą istotą, która pojawia się przy naszym boku w każdym miejscu, w każdych warunkach. Ona i drapieżca psychiki znają się od bardzo, bardzo dawna. Dzika Kobieta śledzi go w snach, legendach, baśniach i całych kobiecych życiorysach. Gdziekolwiek jest on, tam jest i ona, bo jest tą, która równoważy jego prześladowczą moc.

Dzika Kobieta uczy nas, że nie wolno pod żadnym pozorem być miłą”, kiedy chodzi o obronę życia duchowego. Nasza pierwotna natura wie, że w takich okolicznościach zachowanie „słodkiej idiotki” wywołuje tylko szyderczy uśmiech wewnętrznego drapieżcy. Kiedy coś za­graża życiu duchowemu, koniecznie i stanowczo trzeba powiedzieć „dość”. Jeśli kobieta tak postępuje, to drapieżca nie będzie długo inge­rował w jej życie — teraz od razu wyczuwa ona niebezpieczeństwo i potrafi nakazać drapieżcy, by wracał tam, gdzie jego miejsce. Nie jest już naiwna. Nie jest już obiektem ataków. I to jest lekarstwo, które sprawia, że klucz — ten malutki z rzeźbieniem na kółku — ostatecznie przestaje broczyć krwią.(…)

Sinobrody to jedna z kilku pouczających opowieści, które uważam za bardzo ważne dla kobiet niekoniecznie młodych wiekiem, ale niedojrzałych psychicznie. Jest to opowieść o naiwności, ale także o odważ­nym łamaniu zakazu „patrzenia”. Jest to opowieść o ostatecznym rozbi­ciu i przemianie naturalnego drapieżcy psychiki.

* Pięknie motyw niezłomnych braci przedstawiony jest w wierszu Bolesława Leśmiana Dziewczyna.

** Jednak okazuje się, że ludzie też zaliczali się do tej kategorii zwłaszcza w przypadku rytuałów pośmiertnych, a sama instytucja trwała aż do XX-go wieku: http://en.wikipedia.org/wiki/Sin_eater (przyp. Anna Lawenda)