Tag Archives: la loba

To Czego Się Boję Daje Siłę

Jedna z czytelniczek bloga podzieliła się swoimi przemyśleniami na temat książki, bardzo dziękuję i zamieszczam text poniżej.

Jeżeli ktoś chciałby napisać o swoich wrażeniach to serdecznie zapraszam.

Anna ‘Lawenda’ Solun

——————–

„To czego się boję daje siłę”
Moja podróż z „Biegnącą z wilkami” rozpoczęła się od przeczytania książki jednym tchem. Podczas drugiego czytania coraz częściej się zatrzymywałam. Były dni gdy cały czas towarzyszył mi jeden lub dwa cytaty. Były tygodnie gdy „biegnąca” karmiła mnie i podnosiła z kolan. Spośród tysiąca głosów i obrazów zaczęła wyjawiać się Ona. Zaprasza mnie do tańca chociaż nie znam kroków. Nie szkodzi, ona zna. Mówi zaufaj mi. Wprowadzam jej obecność do swego domu. I nagle uświadamiam sobie, że mój dom jest duplikatem mojej matki…. I nie ma w nim miejsca na jej obecność. Wciąż słyszę , że poczeka. Planuję i przeprowadzam remont mojego domu. Wyburzam ściany, maluję je na kolor nadziei. Lecz to nie wystarcza. Największe ściany to schematy w mej głowie. To wymaga dłuższego remontu. Dzika Kobieta podąża za mną, dodaje otuchy, wsparcia. Trudno się żyje bez takiego pomostu. Pieśń nad Pieśniami ponownie zaprasza mnie do intymności, Spotkania. Proszę o bliskość robieniem hałasu. Obrażam się, uciekam, prowokuję. Najbardziej zraniona część mnie nie umie i nie chce komunikować. Chroni siebie przez złość. Chce kontaktu, a jednocześnie obawia się go. Małe dzieci oddaliły mnie od wewnętrznych konfliktów. Teraz wróciły ze zdwojoną siłą. Niechciane uczucia są jak bezpańskie psy. Daleko im do pluszaków. Po co stwarzam życie, które jest moim udziałem? To kolejne pytanie, które budzi niepokój. Co właściwie moja duchowość mówi do mnie? Jak reaguje na moje zachowanie, na moją decyzję lub jej brak? Budzę się….” Jesteś tym, czym oddychasz”. Czym oddycham?” Archetypem zranionego wojownika”. Czym chcę oddychać? Życiem, tańcem, lasem, ogniem, muzyką, bliskością, nowym imieniem, słowami. Strach ma chronić przed krzywdą. Ponownie podpisuję się pod życiem, wpływem. Wierzę, że Dzika Kobieta dalej mnie poprowadzi w tej podróży. Uczę się interpretować swoje życie w sposób symboliczny dzięki Niej. Wracam do Źródeł. Co jest źródłem? Przekonania, ukryte wartości wpojone przez innych ludzi, oceny. Jeśli woda zatruta jest szkodliwymi pierwiastkami, wtedy studnia nie daje zdrowej wody. Jest źródłem problemów, chorób. Jeśli jest coś głębiej? Rio Abajo Rio. Jeśli jest źródło, które zasila studnię? To do niego dotrę z jej pomocą. Odetnę dopływ szkodliwych substancji. Zadbam o czystość wody. Potrzebna mi oczyszczalnia i dobre filtry. Potrzebny mi dostęp do silnego strumienia czystej wody, któremu bez przeszkód można zaufać, bez lęku….. Dziękuję La Loba , że mnie odnalazłaś, za Twój śpiew nad moimi kośćmi…

Wskrzeszona.

Advertisements

Jung&The Tree of Life

W listopadzie publikuję gościnnie artykuł Eweliny Barszcz na temat wpływu Carla Gustava Junga na film Drzewo Życia Terrence’a Mallicka (informacje o autorce znajdują się pod textem). Wśród wielu źródeł, jakie cytuje są również dr Estes oraz mój blog, co odnotowuję z nieukrywaną przyjemnością.

Jednocześnie chciałabym serdecznie zaprosić do współpracy osoby zainteresowane tematami poruszanymi na blogu, jeżeli ktoś miałby ochotę napisać o tym jak na jego życie wpłynęła Biegnąca z Wilkami, dr Estes czy archetypy i symbolika baśni to proszę o kontakt, chętnie udostępnię łamy.

Pozdrawiam

Anna ‘Lawenda’ Solun

———————————————————————

Jung&The Tree of Life

Reżyser Terrence Malick naprowadza widza, bardzo subtelnie, acz sugestywnie, na trop inspiracji do filmu pt. The Tree of Life. Scenariusz wypełniają chwile z życia przeciętnej rodziny, od momentu poczęcia syna pierworodnego. Ojciec zawsze chciał zostać muzykiem. Ostatecznie nie podążył za swoim marzeniem. Zasiada do organów marki Kohler & Campbell. Jakie to ma znaczenie? Na pierwszy rzut, czytelny jest tylko drugi człon nazwy firmy. Nie chodzi zatem o inżyniera instrumentów, Kohler’a, ani też jego wspólnika Johna Charlesa Campbell, lecz o Josepha Campbell. W książce pt. Bohater o tysiącu twarzy, przedstawił koncepcję wyprawy archetypowego bohatera, który pojawia się w mitologiach całego świata. Amerykański mitograf, znany szczególnie w latach 80. ze swoich programów telewizyjnych, stwierdził, że mity które przetrwały tysiące lat, łączy ta sama, fundamentalna struktura, tj. monomit. Jej nazwa odnosi się do Złotej Gałęzi J. Frazera, który starał się wyjaśnić i zdefiniować, co łączy prawie wszystkie prymitywne religie ze sobą, bądź religiami współczesnymi, o zasięgu globalnym, np. chrześcijaństwem. Na pełny cykl monomitu składają się trzy fazy: odejście, dzielne podjęcie wyzwania; inicjacja, przygoda, droga prób i błędów; oraz powrót, powrót do domu ze zdobytą wiedzą i darem mocy czynienia dobra.

Indywiduacja, podróż w głąb siebie

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, za siedmioma rzekami… Tak zaczynałaby się trywialna bajka. Ale bajek nikt opowiadał nie będzie. Poważny, dorosły człowiek, zorientowany na cel i sukces nie ma czasu na podobne rzeczy. Z biegiem lat, gdy traci wyobraźnię dziecka, gdy przestaje wykraczać poza wymiary logiki, uwikłany w związki przyczynowo-skutkowe, ego zaczyna sugerować mu, że dochodzi, a co gorsza doszedł, do doskonałości (por. film N. Burger pt. Jestem Bogiem). Gdy człowiek oddaje się swoim fantazjom, by odetchnąć od kierowniczego stanowiska, postępuje całkiem logicznie, czyli biologicznie. Ster bezgranicznie oddaje instynktom, czyhającym w cieniu. Działa stosunkowo racjonalnie. W przeciwnym razie mógłby oszaleć od myślenia i z przepracowania. Pozorna to jednak równowaga. By zachować ją, nie można tak po prostu zlekceważyć sfery duchowej. Taka kolej rzeczy implikuje niniejszy baśniowy wstęp – Tu i teraz, w naszej nieświadomości, w bliskości z górami, lasami i rzekami, toczą się historie, których bohaterowie muszą przejść drogę życia, drogę indywiduacji, naznaczoną trzema etapami: odejścia, inicjacji i powrotu. Świadomi są swego przemijania. Ani trawa, ani drzewo, ani człowiek go nie uniknie. Dlatego podejmują podróż w głąb siebie, do jądra ziemi. Pragną znaleźć coś, co jest nieśmiertelne; jakąś siłę, z której wszystko się wywodzi, w której wszystko obecnie trwa i do której wszystko wróci. – W pierwszym etapie indywiduacji człowiek musi przystosować się do wymagań środowiska, które go otacza; określić, czy jego mocną stroną jest myślenie, czucie, percepcja, czy intuicja. W drugim zaś, zaczyna poznawać swoją duszę i innych ludzi, tym samym przygotowuje się do śmierci. Uświadamia sobie własną naturę, rozpoznaje działanie instynktowne, powodowane emocjami, nieuwarunkowane kulturowo. Szukając analogii w wyobrażeniach uniwersalnych, mitycznych, historycznych i kulturowych, rozpoznaje i interpretuje obrazy pierwotne, dziedziczone, wrodzone w psychikę każdego człowieka, które w marzeniach sennych układają się indywidualnie. Przy pierwszym poznaniu człowiek konstatuje – Nie poznaję siebie! To nie byłem ja! – Dzięki tej podróży, może ustalić swoją wewnętrzną i zewnętrzną więź z porządkiem ziemskim i kosmicznym.

Dobro gwarantem pogody ducha

Jak już wiadomo, ci niezwykli bohaterowie to zwykli ludzie. To każdy, kto tęskni za czymś szczególnym, co przyniesie mu spokój, pewność i bezpieczeństwo. W związku z tym rozpoczyna poszukiwania. Tęskni za czymś, bo najgłębsze pokłady psychiki, których na początku wyprawy zupełnie nie jest świadom, przebijają się ze swoją silną energią libido do świadomości. Podpowiadają mu, że coś takiego istnieje, że istnieje w każdym z nas i łączy nas z przodkami, nawet najstarszych cywilizacji. Niespokojne jest serce człowieka – mawiał św. Augustyn – dopóki nie spocznie w Bogu. – Być może sedno tkwi w preparacji serca w miłości, pod warunkiem, że świadomej. Miłość to inicjatorka, która jest w stanie tchnąć życie w kogoś, lub w coś. Motywuje do działania. Inicjuje początek, nie ma zaś końca. Nawet gdy ciało człowieka pójdzie do piachu. Ma na celu rozwój osobowości, stanowi cel wędrówki do doskonałości. Doskonałości nie da się jednak osiągnąć w stu procentach. By tego dokonać, musielibyśmy w pełni poznać treści naszej nieświadomości, a te objawiają się wyłącznie fragmentarycznie, najczęściej w marzeniach sennych. By do niej dążyć, – nie wystarczy wspiąć się na najwyższy z możliwych szczebli rozwoju świadomości. – Twierdził Jung. Świadomość, obejmująca rozwój intelektualny, wiedzę i adekwatne doświadczenie, potrzebna jest po to właśnie, by skonfrontować się z samym sobą, z nieświadomą warstwą ludzkiej duszy, z pierwotnymi instynktami, naturalnymi impulsami, które ukształtowały się na przestrzeni dziejów i nie różnią nas od zwierząt. Bez niej to przedsięwzięcie może być trudne i niebezpieczne. Już w pierwszych scenach filmu głos z offu uprzedza – (…) Siostry zakonne uczyły nas, że istnieją dwie ścieżki przejścia przez życie: ścieżka Natury i ścieżka Łaski. Musisz wybrać, tę którą podążysz. Ścieżka Łaski nie wiedzie do samozadowolenia. Godzi się z upokorzeniem, zapomnieniem, niechęcią. Akceptuje zniewagi i krzywdę. Natura dąży wyłącznie do samozadowolenia. I chce, by zadowalali ją inni. Lubi nad nimi panować tak, aby wszystko było po jej myśli. Znajduje powody do strapienia, kiedy cały świat wokół lśni i zewsząd uśmiecha się miłość. – Przewodnikiem na ścieżce Natury jest rozkapryszone ego. Wola pragnie tylko jednego, przyjemności. Nie liczy się z konsekwencjami. – Świat schodzi na psy. – Stwierdza w pracy najstarszy syn, Jack. – Ludzie są coraz bardziej zachłanni. Chcą cię dostać w swoje ręce. – Z jego myślą koresponduje głos z offu – Tylko kochając, można być szczęśliwym. Jeśli nie będziesz kochał, twoje życie przeminie, nie zauważysz kiedy. Czyń dobro! Zachwycaj się! Nie trać nadziei! – By nie popadać ze skrajności w skrajność, Jezus dał nam przykład. Oprócz boskości miał w sobie człowieka. Uczył człowieczeństwa; dobroci i tolerancji. Miarą naszej dobroci nie jest bowiem to, czego nie robimy, czego sobie odmawiamy, przed czym się bronimy i kogo wyłączamy spośród nas. Miarą dobroci jest to, co osiągamy, tworzymy i do kogo wyciągamy dłoń. Tylko na tej drodze możemy poczuć radość i pogodę ducha (patrz: film L. Hallström pt. Czekolada).

Zrównoważony rozwój

Bohatera, który podjął podróż w głąb własnej duszy, na ekranie Drzewa Życia, grał Sean Penn. – Szczerze mówiąc, wciąż zastanawiam się, co ja tam robię, i jakie miałem zadanie. – Wyznaje w wywiadzie dla francuskiego Le Figaro – (…) Bardziej przejrzysta i konwencjonalna narracja pomogłyby filmowi, moim zdaniem, bez umniejszania jego pięknu. – Do niego właśnie należą sceny końcowe. W filmie jawi się jako najstarszy syn, Jack, w dojrzałym już wieku, w świecie korporacji, drapaczy chmur, zmysłów technicznych, karierowiczów, którzy do uczuć i związków małżeńskich podchodzą jak do eksperymentu. Wyrusza w podróż świata wewnętrznego, podróż wysadzaną archetypami i symbolami, utkaną wspomnieniami i twarzami z dzieciństwa. Okresem jego dojrzewania są lata 50., lata psychoanalizy, osiągającej swoje apogeum na kontynencie amerykańskim. Idealną pożywką owej psychoterapii stały się marzenia senne, czyli obrazy o nietransparentnej narracji. O takiej narracji, jaka towarzyszy całemu filmowi. Nie chodzi tu jednak o podejście Freuda, który sprowadza je wszystkie do stłumionych popędów i walki pokoleń. Podejściem właściwym naszej opowieści jest podejście jungowskie. Ot kość niezgody, która poróżniła obu lekarzy psychiatrii, mentora i ucznia. Zdaniem Junga, żeby wyprzeć pewne treści, muszą one najpierw zaistnieć w świadomości. Na początku jest zatem nieświadomość, skała macierzysta świadomości. Rodzimy się, żyjąc w nieświadomości. Kierują nami wyłącznie instynkty, podobnie jak u zwierząt. Świadomości nabieramy dopiero później, rozwijając przeciwstawne funkcje psychiki – uczucie i myślenie, intuicję i percepcję – jedne mniej, inne bardziej. Idealnie byłoby pracować nad nimi wszystkimi w tym samym stopniu. Wieloletnie kserofity, żyjące na pustyni, silnie redukują wielkość liści, bądź całkowicie z nich rezygnują. Ten zabieg zmniejsza tempo utraty życiodajnej wody. Podobnie należy pielęgnować duszę (gr. psyche). na co dzień absorbuje nas sztuczna inteligencja i fizyka kwantowa, bywa, że nasza inteligencja emocjonalna leży w powijakach. W pewnym momencie, zainteresowania analityczne mogą pochłonąć całą energię. Zapominamy o reszcie świata. Trzeba mieć zatem oczy szeroko otwarte i w odpowiedniej chwili skrócić kolejne szkodliwe zapędy. Podobnie jest w życiu prywatnym. Mądra kobieta – definiuje aktor P. Królikowski – to taka, która wie. Jak nie wie to ma intuicję i o nic nie pyta. – Czasem lepiej nie drążyć, nie analizować, nie szukać wyjaśnień, a pozwolić dojść do głosu sercu, lub intuicji.

Kobieta Wilk a archetyp Wielkiej Matki

Dlaczego dorosły facet, w czarnym garniturze, w tak nieadekwatnym, wizytowym stroju, przemierza pustynię? Chwilami podobnie jak oko kamery za nim, tak on kroczy za tajemniczą kobietą i chłopcem, którym był w dzieciństwie. Wcześniej musi jednak przejść przez kamienną, antyczną futrynę, osadzoną w wolnej przestrzeni, w powietrzu. Dlaczego na diabelsko rudym i ognisto pomarańczowym pustkowiu szuka odpowiedzi na nurtujące go pytania: – Kiedy po raz pierwszy, [nieśmiertelna siło – przyp. E.B], dotknęłaś mego serca? W jakim przebraniu ukazałaś mi się? – Tę tajemnicę skrywa w sobie archetyp Wielkiej Matki. W filmie na mnogość jego znaczeń wskazuje symboliczna kolorystyka sukienek Pani O’Brien. Zgodnie z interpretacją astrologiczną łączy ona w sobie intuicję, spirytualizm, idealizm, iluzje, zagubienie i utratę świadomości. W naszej zbiorowej nieświadomości – zdaniem Junga – tkwi pewna bogini, rodzicielka, obraz natury, wymiar macierzyństwa; matka ochraniająca i żywicielka. W oczach starożytnych Greków, skórę Matki Ziemi, Gai, stanowiły gleba i roślinność, jej piersi tworzyły góry, a łono jaskinie. Obrazy te przeplatają się w Drzewie Życia z sekwencjami, w których pojawia się Sean Penn. Spotykają się z krytyką, zwłaszcza tych widzów, którzy nie dostrzegają związku między głównym wątkiem familijnym a zdjęciami kamery z filmu przyrodniczego. Nadmieniona kobieta jest jednocześnie matką niszczącą, diablicą. Psychoanalityk szkoły jungowskiej, Amerykanka C. P. Estés, w książce Biegnąca z wilkami. Archetyp Dzikiej Kobiety w mitach i legendach, opowiada historię zasłyszaną na obrzeżach Teksasu, o La Lobie, która przywraca umarłych do życia. – (…) W niedostępnym, odludnym miejscu, które każdy w duszy zna, ale które niewielu widziało, żyje stara kobieta. Podobnie jak we wschodnioeuropejskich baśniach wyczekuje, aż jakiś zagubiony w drodze wędrowiec czy poszukiwacz szczęścia zbłądzi pod jej dach. (…) Jedynym zajęciem La Loby jest zbieranie kości. Zbiera i przechowuje szczególnie kości tych istot, którym grozi wymarcie na ziemi. (…) Czołgając się i pełzając na kolanach, przeczesuje montanas (góry) i arroyos (wyschłe koryta rzek) w poszukiwaniu wilczych kości, a kiedy zgromadzi już cały szkielet, (…) siada przy ogniu i duma, jaką zaintonować pieśń. (…) Śpiewa z całych sił, z głębi płuc, aż pustynia drży w posadach, a podczas pieśni wilk otwiera oczy, podskakuje i zaczyna biec kanionem. A w którymś momencie biegu, czy to od wielkiego pędu, czy to od bryzgów wody w rzece, czy to od promienia słońca lub księżyca, który pada wprost na bok zwierza, wilk nagle przemienia się w roześmianą kobietę, która biegnie wolna ku widnokręgowi. – Legenda koresponduje również z projektem Izraelczyka Idan’a Raichel’a pt. Im Telech/ Gdy odejdziesz. Tekściarz uchyla się od periodyzacji. Pisze o tym, co czuje każda kobieta, również współczesna, po stracie swojej miłości. Jednocześnie wideoclip, z jakże uniwersalnymi przeżyciami, przenosi nas w pierwotny świat. Bohaterką jest element rysunku naskalnego. Na naszych oczach ożywa, wyrywa się z kręgu wspólnoty i udaje w podróż, by nabrać sił do walki z tęsknotą za brakującym ogniwem, za mężczyzną. Mądrość i intuicja animy prowadzą dziewczynę ku słońcu, na złote pola, na pustynię. Ona wie, ona czuje, że energii nabierze w bliskości z naturą, szczególnie z ptakami, w których drzemią dusze zmarłych. Gdy przestanie myśleć o potrzebach swojego ciała (larwy, robaka) i skoncentruje się na duszy, jej psyche zintegruje się ze swoją drugą połową i uniesie wysoko ponad ziemią, jak motyl. Jest dzielna i nie traci nadziei. – Na południowym zachodzie Ameryki – pisze Eses – archetyp starej kobiety bywa też uosabiany jako La Que Sabe, Ta, Która Wie. – O kobietach wie wszystko, stworzyła kobietę ze zmarszczki swojej stopy, stopy która wszystko czuje, z części ciała, która styka się z ziemią. Dlatego kobiety posiadają jej mądrość i moc generowania cyklu życiowego. Nieustannie łączą się z nią i odnawiają swój potencjał twórczy, gdy dotykają jej bosymi stopami. – Ta, która na nowo tworzy życie z tego, co już umarło, – kontynuuje Estés – jest zawsze archetypem o dwóch obliczach. Matka Stworzenia jest zarazem Matką Śmierci i odwrotnie (por. utwór LUXTORPEDY pt. Wilki Dwa). Ta dwoista natura, podwójna funkcja, stawia przed nami trudne zadanie zrozumienia, co wokół nas, ponad nami i w nas powinno żyć, a co powinno umrzeć. Naszym zadaniem jest zrozumieć rytm życia i śmierci, i pozwolić umrzeć temu, co musi umrzeć, a żyć temu, co powinno żyć. – Kości to to, co zagubiło się gdzieś w procesie naszej socjalizacji, pod wpływem środowiska w jakim żyjemy, doczesnej cywilizacji z jakiej wyrastamy. W którymś momencie, gdy nasze idee tracą blask i skrzydła, gdy ów płomień przygasa, bo taka jest naturalna kolej rzeczy, dusza zamienia się w pustynię. Pustynia jest punktem wyjścia, jest czymś pierwotnym. Możemy przemierzyć ją dwiema drogami. Sfrustrowani, widząc ze życie umyka nam przez palce, zaczynamy na niej budować, na piasku, prowadząc do autodestrukcji, lub wręcz przeciwnie, w odcieniach pomarańczy, jak pustelnicy, szukamy mądrości. Przebywając ze sobą sam na sam, zbieramy myśli, żeby ułożyć je w sensowną całość. Poddajemy je starannej selekcji. Przycinamy i odrzucamy niepotrzebne pędy, te które wyciągają z nas soki i trwonią naszą energię, te które nas wręcz ograniczają.

Pierwsza z możliwych dróg – sztuczna chemia

Do celu zbliżymy się, obierając wariant pustelnika. Przed nami jest jednak jeszcze druga ścieżka – przeobrażenie homo sapiens sapiens w homo ludens. Pielęgnowanie pustyni zamiast duszy sprawi, że zaczniemy po niej błądzić. Lęki, frustracje, zbyt wysoko postawione poprzeczki skłaniają do poszukiwań transcendentnych wrażeń, do ucieczki w psychodeliczne miasto używek, seksualności, kultu piękna, splendoru, konsumpcji i anonimowości, do wyładowania agresji na innych i rasizmu. Zjeżdżanie pustyni zdezelowanym jeepem, prowadzi do krótkotrwałego oczyszczenia. Najpierw ryje się własne podłoże, po czym doły zalewa się kieliszkiem sfermentowanych winogron, z myślą – Odpłynę! Choć na chwilę! – To intensywna forma życia, lecz krótka – cykl wegetacji jednorocznej rośliny pustynnej, który kończy się wraz z krótkotrwałym okresem opadów deszczu. H. Freudenberger i G. North wyróżnili dwanaście faz wypalenia zawodowego. Od próby udowodnienia czegoś sobie i innym, przez zwątpienie we własny system wartości, pasje i przyjaciół, przez alienację i obojętność, przez bezgraniczne oddawanie się uciechom cielesnym, po rozwiązanie sytuacji samobójstwem. To od nas zależy, na którym etapie powstrzymamy niszczycielski ogień, czy w ogóle go ugasimy, czy wreszcie obudzimy się na pogorzelisku. Burnout. Trend wśród stawianych diagnoz przez psychoterapeutów. Wszystko byłoby na miejscu, gdyby chodziło o trędowatych, o chorobę, która odpycha, z którą trzeba ukrywać się w leprozorium. Choć miejsce to służy izolacji, chory ma szansę odczuć w nim namiastkę wspólnotowego życia, z ludźmi podobnymi sobie. Dzisiejsza moda przyzwala na przyjmowanie papierów o niezdolności do pracy bez skrępowania. Osoby w stanie depresyjnym, zgodnie z zaleceniami lekarza, w celu spoczynku, oddają się na dłużej w ramiona Morfeusza. Paradoksalnie, nieprzeciętnie długi sen nie prowadzi do poprawy stanu zdrowia. W rezultacie pacjenci spędzają w łóżku coraz więcej czasu. Jednocześnie izolują się. Puszczają w niepamięć fakt, że są istotami społecznymi i potrzebują drugiego, choćby po to, żeby poprawić własne samopoczucie. – Człowiek – rzekł Jung – sam dla siebie jest mroczną zagadką. Jeśli chce poznać siebie, potrzebuje innych. – Z czasem syndrom Burnout staje się wytłumaczeniem nie tylko dla chwilowej niedyspozycji oraz wyczerpania, lecz również dla gnuśności i nieporadności, napędzanych przez samego siebie. Pacjent dezaktywizuje i zaniedbuje się. Przestaje pracować nad sobą, nad automotywacją i samozaparciem.

Druga z możliwych dróg – chemia naturalna

Matka Natura na wyczerpanie, depresję i bezsenność znalazła inne rozwiązania. Dr S. Cabot, w książce Świeże soki z warzyw i owoców mogą uratować Twoje życie, podaje recepty na magiczne trunki z wyselekcjonowanych składników. Miksuje selera (źródło Mg; działającego kojąco na system nerwowy), buraki (Mg, Ca, Cr) marchew (Ca, K, Mg i wit. B), sałatę (lactuarium – naturalny środek uspokajający), sos tabasco (w tym: pieprz kajeński, chili – uwalniające endorfiny z mózgu). To zbiór przepisów na codzienną dawkę naturalnego valium i relanium. Czarodziejskie mikstury uzupełniają też braki związków chemicznych w organizmie, które wyzwalają szczęście. By zwiększyć ich produkcję, wystarczy trochę wysiłku, aktywności fizycznej, pośmiać lub zakochać się. Przyroda wyposażyła człowieka w komórki, które regulują napływ opiatów, środków uzależniających jak morfina, heroina lub kodeina, do tkanki nerwowej. Mózg wytwarza własne narkotyki. Reakcje chemiczne po zażyciu morfiny wywołują stany graniczące z seksualnym spełnieniem; spokój, euforię, ekstazę. Czterdzieści lat temu C. Pert dowiodła, że akt miłosny zwiększa poziom endorfin o dwieście procent. Równie dobrze miłość może zabić, jak każde niepohamowane uzależnienie. M. Liebowitz badał chorych z miłości i osoby, które z tego powodu popełniły samobójstwo. Wszystkie odznaczały się zaniżonym stężeniem fenyloetyloaminy (PEA) w mózgu, substancji należącej do grupy amfetamin. W pierwszych latach związku wstajemy i kładziemy się spać na rauszu. Odurzenie przejawia się euforią, bezsennością, uczuciem nieuzasadnionej radości, pewnością siebie, zaburzeniami łaknienia, bądź depresją na przemian z ożywieniem i brakiem koncentracji. To dopiero początek łańcucha reakcji. PEA mobilizuje zwiększoną aktywność noradrenaliny, a ta z kolei dopaminy. Wszystkie razem sprawiają, że obecność ukochanej osoby działa na nas jak odbieranie nagród i wyróżnień. Samotne kobiety nie czują powołania do macierzyństwa, nie odczuwają harmonii i przywiązania, bo ich mózg i jajniki nie wyzwalają oksytocyny. Ten hormon zarówno pomaga skurczami wypchnąć na świat jak i wykarmić dziecko, odpowiada za laktację. Podczas, gdy u kobiety w trakcie seksu ta sama substancja nasila uczucie rozkoszy, mężczyźnie jej nadmiar uniemożliwia wzwód, przemawia do rozsądku – Uspokój się Kowalski! Nie szukaj przygód! Masz już dzieci i kobietę, którą kochasz! – Ewentualnie – Wypadałoby, żebyś ją kochał! – Miłość jest jak skok na bungee, wspinaczka wysokogórska, spływ kajakowy rwącym potokiem, podróż w nieznane, Formuła 1, rugby, walka gladiatorów, hazard, wyścig szczurów, zdrada, innymi słowy, wyzwanie. Noradrenalina. Pochodna adrenaliny podwyższa ciśnienie i poziom glukozy we krwi, przyspiesza bicie serca, zmniejsza apetyt, u kochanków wywołuje uczucie podniecenia i zwiększa wrażliwość na dotyk. Rumieńcami okrutnie zdradza nasze wstydliwe emocje na czyjś widok. Z miłości szalejemy od około osiemnastu miesięcy do czterech lat. Później wkrada się nuda, której nie każdy potrafi lub chce zaradzić. Przy odrobinie chęci i siły woli, można jednak ulec zastrzykowi uśmierzającej morfiny w postaci endorfin, dotychczas tłumionych przez PEA. Poza nudą przyniosą to, do czego każdy prędzej czy później dąży, do czego w końcu dorasta – spokoju, poczucia przywiązania, przyjaźni i harmonii. Obok formowania charakteru przez kształcenie praktycznych umiejętności i intelektualnych zdolności, bardzo ważne jest przebudzenie duchowe. Szczególnie dbał o to centaur Chiron, ucieleśnienie archetypu Zranionego Uzdrowiciela. Jego cierpienie polegało na nieśmiertelności. Umiał leczyć rany innych. Gdy ktoś zadał z kolei jemu ranę, nie potrafił jej zaradzić. Chciał umrzeć, lecz nie mógł. Nie wolno oddzielać uzdrowiciela od chorego. Chory musi wierzyć w swoje wewnętrzne zdrowie i zdolności do samoleczenia. Nie może pokładać nadziei wyłącznie w terapeucie. Podobnie, ktoś genialny, musi uznać swoje braki, by uleczyć własną psychikę.

Drzewo Życia a archetyp Jaźni

Tytułowe drzewo życia to nic innego jak przedstawienie mandali w innej kulturze. Centrum połączonych ze sobą dwóch figur – koła i kwadratu; nieba z ziemią i człowiekiem – stanowi jednocześnie początek i koniec. W ujęciu astrologicznym to świadomość, tożsamość, kreatywność i autoekspresja. Dla Junga tworzy odpowiednik archetypu Jaźni, obrazu doskonałości, pełni, całości i jedności człowieka. Jego zdaniem jaźń jest – (…) wielkością nadrzędnego świadomego ja. Obejmuje nie tylko świadomą, ale i nieświadomą część psyche i dlatego jest jakby osobowością, którą my także jesteśmy. – Celem życia jest powrót do źródła, do tego, co niedostępne i tkwi w nas poza tym, co przeżywamy świadomie; powrót do tego, co w nas pierwotne i dzikie, nieoswojone, niewychowane zgodnie z obecnie panującymi konwencjami. Zintegrowanie duszy wymaga zjednoczenia psychologicznych przeciwieństw, pierwiastka męskiego i żeńskiego (por. film D. Finchera pt. Fight Club). Niekiedy doświadczamy w sobie wręcz tchnienia Boga, w którym scalają się przeciwstawne elementy. Należy pamiętać, że Jung był Szwajcarem wyznania kalwińskiego i nigdy od tej wiary nie odstąpił mimo, że nie pozostawał wobec niej bezkrytyczny.

Afryka – przenikające się światy żywych i umarłych – harmonia

Tak jak Jung patrzył na własną kolebkę religijną krytycznym okiem, tak doktor medycyny, psychiatra C. Żechowski podchodził do teorii Junga z dystansem, dopóty dopóki nie udał się w podróż do Afryki. Zachowując pełen krytycyzm, przyznał przed samym sobą, że przeżył sen na jawie. Nieporównywalne bogactwo kształtów i barw, bujność natury, niezwykle radosne chmary dzieci, formy życia społecznego, jakich na Zachodzie już nie ma, w sąsiedztwie z suszą, głodem i malarią stwarzają iluzję. Racjonalista zapragnął w niej uczestniczyć i rozumieć ją. – Czułem jak na wyschniętą ziemię padają krople deszczu i pojawia się życie. (…) Suche ugory zamieniają się w zielone łąki. Czułem, że uczestniczę w czymś pierwotnym, bardzo prostym, a jednocześnie bogatym i witalnym, w jakimś doświadczeniu wspólnoty wykraczającym poza to, co znałem dotychczas. Było to doświadczenie obecności innych i jakiejś absolutnej, podstawowej równości wobec natury, życia i śmieci. – W takim świecie rezygnacja z emocjonalnej niezależności niesie poczucie bliskości i bezpieczeństwa. Ludzie są zdolni do tworzenia grup i wspólnoty, są odporni na atomizację. To przejaw swoistej inteligencji – emocjonalnej. W swej formie komunikacji przekraczają granice i sztywno ustalone konwencje. Razem stają się silni, zdolni do obrony przed lękiem, który budzi inny, groźny, nieznany, obcy. W pogańskich wierzeniach duchy żyją między ludźmi. W artykule Pogański Rytuał, M. Snowida, czytamy – (…) W szamanizmie uznaje się, że oddziałujące na nas moce istnieją na zewnątrz nas, a nie w naszych ciałach czy umysłach. (…) Siły natury są czymś żywym (rzeki, drzewa, skały, góry, wodospady, ogniska, planety, niebo, doliny, jaskinie itd.). – Duchy mogą być dobre, neutralne, bądź złe, w zależności od tego jak traktujemy środowisko naturalne. Ptaki, owady, inne zwierzęta i rośliny również są właścicielami gruntów, co cywilizacje krajów rozwiniętych zwykle lekceważą. – Kiedy wycięte zostanie ostatnie drzewo, – cytuje autor – ostatnia rzeka zostanie zatruta i zginie ostatnia ryba, odkryjemy, że nie można jeść pieniędzy. W zależności od naszego stosunku do Ziemi – pisze dalej – i istot ją zamieszkujących, miejscowe duchy albo będą nam utrudniały pracę albo wspierały nasz wysiłek. Mogą nam przeszkadzać wywołując choroby, problemy w pracy lub w związku, wpływając na nasze umysły i utrudniając duchową praktykę oraz oddziałując na naszą energię tak abyśmy czuli się zmęczeni, przygnębieni, zdenerwowani lub zmieszani. Z drugiej strony mogą zwiększać nasze siły witalne, chronić nas oraz usuwać zakłócające niesubstancjonalne energie w naszym środowisku, pomagać koncentrować umysł na duchowej praktyce, leczyć oraz tworzyć z nami harmonijny związek. – W seansach spirytystycznych i rytuałach religijnych, np. w Nepalu, można zaobserwować walkę duszy ludzkiej o ciało z demonem. W pierwszym przypadku praktyki te łudząco przypominają egzorcyzmy, w drugim zaś ludzie dobrowolnie narażają się na niebezpieczeństwo. Wejście na inny poziom świadomości ma służyć wzmocnieniu własnej duszy, której doświadczamy w sobie na co dzień. Problem pojawia się, gdy po przerażających zmaganiach zły duch nie opuści człowieka. W. Cejrowski w Podróżach z żartem opowiadał, że w Peru zdarzyło mu się usiąść na babci, a zaraz potem na dziadku indiańskiej rodziny, u której gościł. To nie tylko dlatego, że zostali oni pochowani dokładnie tam, gdzie było ich stałe miejsce przy stole. W tym świecie człowiek nie umiera od razu. Pogrzeb nie jest uroczystością żałobną. Jak pisze pastor i religioznawca J. S. Mbiti, proces umierania trwa dotąd, aż nie zostanie pochowany ten, kto znał osobiście żywego zmarłego. Ciągle przebywa w pobliżu tych, którzy go znali. Bywa, że ukazuje się najstarszym członkom wspólnoty. Tak objawia się jego osobista nieśmiertelność. Natomiast, gdy w świecie doczesnym nikt już go nie rozpoznaje i zaczyna wzbudzać lęk, przechodzi do sfery nieśmiertelności zbiorowej; do wspólnoty duchów, pośredników między Bogiem a człowiekiem. W nocy duchy są najaktywniejsze. Ogniska domowe, palone przed chatami stanowią punkt odniesienia, źródło i cel życia, rozświetlają ciemność i najgłębsze, najczarniejsze zakamarki duszy, uprzytamniając pierwotne instynkty. Mają utrzymać ciągłość w łączności z martwymi przodkami. Wokół nich toczy się życie wspólnoty. U Chirona w grocie, o ognisko domowe dbały kobiety, uosobienia mądrości i pożytku jego nauk. Zapewniały ciepłą atmosferę, która zapobiegała jednostronnemu kształceniu uczniów. Filmowy Jack również rozpalał w swoim domu płomień, niebieski znicz.

Powrót do dzieciństwa vs. socjalizacja

C. Żechowski dostrzegł duże podobieństwo między własnymi wrażeniami z podróży do Afryki, a przeżyciami Junga i religioznawcy J. S. Mbiti, znacznie różniącymi się w czasie. Dzięki nim lepiej zrozumiał siebie, własną kulturę oraz głęboki związek i przenikanie się pozornie bardzo odległych cywilizacji. – Duch przenika wszystko, czas i przestrzeń. – Pisze o zbiorowych procesach zachodzących w nieświadomości i archaicznych pokładach psychiki Z. W. Dudek, organizator corocznego Forum Inspiracji Jungowskich. – Człowiek nie jest tylko prochem rozwiewanym po historii jak piasek na pustyni, lecz odnajduje się nieustannie w sieci ludzkich doświadczeń. – Podróże w nieznane i spotkania z nieznanymi ludźmi to przypomnienie tych, których już kiedyś poznaliśmy w opowieściach z dzieciństwa. Z dzieciństwa wyrasta nasza przyszłość, natomiast celem życia jest powrót do źródła, do snów z dzieciństwa. Kamera często wchodzi do pokoju Jack’a, R. L i Steve’a, również, gdy chłopcy kładą się spać. Dudek, podpierając się autopsją, uważa, że dzieciństwo i doświadczenia z pierwszego okresu życia są niezwykle ważne. Kryją w sobie wzory i punkty oparcia dla przyszłych działań i twórczych myśli. Historie opowiadane przez dorosłych, rodziców i dalszych krewnych stają się nieprzeniknionymi, ponad historią uwarunkowanymi mitami i wytworami kultury. Są jak prawdy kultury, ukazujące prawdziwe życie psyche. Samych gawędziarzy natomiast należy traktować jako bohaterów, którzy dokonali wielkich czynów. To oni sprawiają, że dziecko staje się w przyszłości silniejsze i mądrzejsze. To ich słowo, padające na skałę macierzystą nieświadomości, stwarza grunt dla świadomości. Reżyser trylogii romantycznej Przed wschodem słońca, Przed zachodem słońca i Przed północą, R. Linklater, zastanawia się nad sobą: – Czy czas i doświadczenie zmieniły mnie mimo, że nadal jestem sobą, ze swoimi wszystkimi ograniczeniami. – W wywiadzie dla Wysokich Obcasów mówi o bohaterach filmu – (…) Zmieniły się okoliczności w jakich funkcjonują, ale czy oni też? Gdzie teraz są? Ze wszystkich związków w jakich będziemy funkcjonować, czy to z rodziną, znajomymi, ukochanymi, najtrwalszą jest relacja z naszymi poprzednimi wcieleniami. Dlatego warto się zastanowić – jaka jest moja relacja z ośmioletnim mną? Z dwudziestoletnim mną? Czterdziestoletnim mną? Nigdy nie wolno przestać zadawać tego pytania. Co się zmieniło w świecie i we mnie, co mnie zmienia, czy jestem szczęśliwy… To podstawa wszystkiego. – W którymś momencie należy wyjść z własnego ciała, stanąć obok niego i krytycznie na siebie spojrzeć, zastanowić się, czy stanowimy to, kim chcieliśmy być, czy socjalizacja ma na nas wyłącznie pozytywny wpływ. J. Urbański, początkowo naukowiec, później założyciel pierwszej poważnej hodowli owadów w Polsce, w reportażu Trójki pt. Fabryka Owadów wyznaje – (…) Ludzie często nie wiedzą, dlaczego nie lubią owadów i czują wobec nich odrazę. Nie znam pięcio-, czy sześciolatka, który nie lgnąłby do nich, nie był nimi zafascynowany i nie wziął ich do ręki. – I na filmie widzimy zabawę synów, którzy straszą Panią O’Brien gadem, złapanym w gołe dłonie. Jak tłumaczy Urbański, to niechęć nabyta kulturowo. Europa jest w tym przypadku ewenementem. Na innych kontynentach insekty stanowią integralną część posiłku, o dużej zawartości białka. Wiele z nich ma praktyczne zastosowanie. Niektóre, choćby, potrafią rozkładać produkty organiczne znacznie szybciej niż chemia stosowana na wysypiskach śmieci. – O czarny pijar dla owadów – kontynuuje Urbański – postarało się głównie chrześcijaństwo, które utożsamiło je z nieczystymi mocami. – Gdybyśmy oderwali się, co najmniej na tym polu, od dotychczasowego myślenia, ukształtowanego przez cywilizację, zrobilibyśmy ukłon w stronę pierwotnych, niekoniecznie gorszych, rozwiązań.

Refleksją nad samym sobą jest zbieranie rozsypanych kości na pustyni. Każdy cykl ma na niej swój początek. Pustynia nie jest jałowa, jakby mogło się zdawać. Głęboko w sobie skrywa tajemnicze życie. Do niego musimy się dostać i dostarczyć mu regularnych opadów deszczu. Jack dotarł do brzegu, gdzie wody było pod dostatkiem. Tam spotkał dusze zmarłych, w tym najbliższych. Rośliny pustynne wykazują specyficzne przystosowania do środowiska, w którym żyją. Wytrzymują długie okresy uśpienia. Wieloletnie gatunki mają na ogół rozbudowane systemy korzeniowe, sięgające głęboko w glebę lub w szczeliny skalne. Odżywczym dla nich deszczem, śpiewem La Loby wskrzeszającym kości, może stać się wszystko, co pobudza zmysły i rozpala wyobraźnię; joga, taniec, pisanie, malowanie, tworzenie sztuki. Filmowi bracia z Drzewa Życia stanowili zupełne przeciwieństwa. R. L. – młodszy brat Jack’a, przejawiał uzdolnienia muzyczne i plastyczne. Jack szybko go stracił. W tym samym momencie stracił też kontakt ze sztuką. R(eal) L(ife) umarł jako mały chłopiec. Wtedy również w Jack’u umarło prawdziwe życie, to które tak bardzo różni się od wirtualnego świata i samotności w sieci. Zdaniem Coco Chanel, może zdarzyć się, że ktoś urodzi się bez skrzydeł, ale nigdy nie może pozwolić na to, by mu nie wyrosły. La Loba pokazuje różnicę miedzy roślinami zwiędniętymi a zasuszonymi ze starości. J. Korczak, prekursor działań na rzecz praw dziecka-człowieka, pedagog i pisarz, nie bacząc na wiek, potrafił odnaleźć w sobie animę, dziką kobietę, która wskakiwała na stół i zarządzała Dzień Psot, gdy opiekunka wyjechała na jeden dzień z Domu Sierot. Przynajmniej raz do roku ustanawiał Dzień Brudasa i nakładał kary, na tego, kto spróbował się umyć. Dziecko powinno samo zrozumieć i emocjonalnie przeżyć daną sytuację, doświadczyć jej, wyciągnąć wnioski, ponosić konsekwencje i zapobiegać negatywnym skutkom. Korczak traktował dzieci poważnie, prowadził z nimi dyskusje. Znajdował posłuch wśród dorosłych, bo jak rzadko kto potrafił wejść w skórę dziecka, oderwać się od konwencji i powszechnie panujących poglądów. Miał ogromną lekarską wiedzę, ale i moc zmieniania świata, płynącą z głębi duszy. Rodzinę uważał za najlepsze środowisko dla dorastania dziecka, choć sam zrezygnował z własnego, biologicznego. Dzięki temu mógł przelać swoją miłość, pasję i zaangażowanie na działalność społeczną. W domu dziecka stworzył znacznie większą rodzinę niż ta tradycyjna. Starość – mawiała Chanel – nie chroni przed miłością, ale miłość chroni przed starością.

„Sztuka” wyrazu frustracji a archetypowa twórczość

Zatrważające jak zmieniło się pojęcie humanisty, jak jego świat oparty na koherentnym światopoglądzie, podzielił się na dwa odrębne, naukowca i artysty, na empiryczno-obiektywny i irracjonalno-subiektywny. Na porządku dziennym słyszy się: – Proszę ode mnie nie wymagać poprawnej analizy wykresu, ani obliczania strat z zaciągniętej przeze mnie Chwilówki! Jestem humanistą. – Coraz częściej to synonim ludzi nieprzystosowanych do rynku pracy, studentów kierunków humanistycznych. Statystyki ogólne potwierdzają, że i oni czytają tylko to, co muszą. Gdzie się podziali zatem filolodzy i myśliciele z prawdziwego zdarzenia? Wśród magistrów, których tytuł zaczyna przypominać, uzyskane z opóźnieniem, świadectwo dojrzałości, dostępne już dla każdego? Kiedyś – pisze Dudek – artysta był również myślicielem, i odwrotnie, myśliciele byli artystami (Leonardo da Vinci). Nie tylko poddawał się zmysłom czy impulsom twórczej intuicji i ulegał potrzebie ekspresji, ale także kontemplował swe dzieło, odkrywał w nim formę, pośrednio lub bezpośrednio porządkował swój świat wewnętrzny, filozofował o życiu. – Według Junga tak wygląda właśnie twórczość wizjonerska, czyli archetypowa. Chanel w odróżnieniu od mody sztuką nazwała to, co dziś nie spotyka się z aplauzem, to, co dziś jest brzydkie. Dopiero po czasie dostrzegamy w tym piękno. Być może dlatego, że po odcięciu wpływów i nurtów epoki, w której powstaje prawdziwa sztuka, odnajdujemy coś ponadczasowego, pierwiastek archetypowy, przemawiający z nieświadomości do świadomości ludów wszystkich cywilizacji. Dzisiejsze natomiast, subiektywne, krzyki, ukazujące wewnętrzny chaos, bez potrzeby intelektualnych rozważań, stanowią tzw. twórczość symptomatyczną. Nie współtworzą jednego światopoglądu z wizją naukową. Dalekie są od osiągnięcia stanu równowagi, to wyzwalanie kolejnej uzależniającej dawki adrenaliny, uśmierzającej frustracje i przykre zaszłości z okresu dorastania artysty. Marina Abramović, ikona jakże modnego body artu i performansu, po latach swej działalności przyznaje – (…) Z każdym Rytmem [kolejnym występem – przyp. E. B.] coraz bardziej zbliżałam się do samobójstwa. Niszczyłam się na wszystkie sposoby. – Odrzucała wszystko, co łatwe i piękne, zadawała sobie ból i cierpienie, czemu dała wyraz w nagraniu wideo, zatytułowanym Sztuka musi być piękna, artysta musi być piękny. Marina z furią czesała na nim swoje długie czarne włosy, powtarzając: – Art must be beautiful, artist must be beautiful. – Z każdym powtórzeniem robiła to coraz gwałtowniej, aż do krwi. Jej występy przypominają raczej eksperymenty socjopsychologiczne, niż sztukę. Sprawdzają, na ile publiczność jest pasywna na zadawanie innym bólu i cierpienia. Pod szyldem performansu Thomas Lips zjadła litrowy słój miodu i wypiła tyle samo wina. Kieliszek zgniotła w dłoni. Na własnym brzuchu żyletką wycięła pięcioramienną gwiazdę, po czym zaczęła biczować się po plecach. Oblana krwią położyła się na krzyżu, ułożonym z brył lodu. Żeby brzuch mocniej krwawił, nad krzyżem powiesiła wcześniej grzejnik. Pół godziny leżała przymarznięta do instalacji, aż nadeszli zbawiciele z widowni, którzy zdjęli ją z krzyża i uratowali przed samą sobą, w tym jej przyszły mąż. Później przyznała, że dopóki nie poznała swojej pierwszej miłości, w swoich pracach uzewnętrzniała frustrację, poczucie tego, że jest samotna i nieszczęśliwa. Okazywanie miłości kojarzyła z bólem i cierpieniem. Nie zaskakuje taka postawa, gdy do układanki doczepimy brakujący element. Dzieciństwo. Matka nigdy nie okazywała córce miłości, ani najdrobniejszej czułości, wręcz przeciwnie, wychowywała ją na zasadach skrajnie autorytarnych. Dziewczyna odnalazła się w sztuce performansu, bo uważała, że podobnie jak muzyka jest ona abstrakcyjna i swoją energią wpływa na człowieka bezpośrednio, bez barier. – Performance tym różni się od teatru, – mówi Abramović – że w teatrze jest tępy nóż i keczup, a w performansie – ostry nóż i prawdziwa krew. Dajesz z siebie wszystko, nie chowasz się za rolą ani za rekwizytem. Widownia czuje każdy fałsz i jeśli ci nie uwierzy, performance będzie tylko serią dziwnych działań, które wyglądają na szaleństwo. – Po latach okrutnych doświadczeń, zorientowana na buddyjskie kontemplacje, prawie siedemdziesięcioletnia artystka, uznając, że w końcu zapracowała na miano wariatki, wkłada obcasy, piękne sukienki, pozuje do zdjęć, prężąc sztuczny biust i co jakiś czas występuje w autobiograficznych sztukach teatralnych, bądź filmach dokumentalnych. Dzięki temu, jak twierdzi, nabiera do siebie dystansu i zaczyna porządkować swój wewnętrzny świat. Na to wygląda, że jednym z naszych podstawowym celów jest nabranie wyczucia w rozważnym ustalaniu własnych zasad, które będą strzegły równowagi życia zgodnego z naszym ja (por. schizofreniczna walka animusa z animą, w filmie D. Finchera pt. Fight Club).

Miłość, miłość bliższa, miłość najbliższa

Książkę Psychologia chłopca według Junga. Na początku była nieświadomość Dudek pisał językiem lekkim, jakby z myślą o dziecku, spragnionym ciekawej opowieści. Nie wychodzi poza świat rodziców, dziadków i wujków. Opatrzył ją opisem, który równie dobrze mógłby znaleźć się na okładce filmu Malicka. – Jest to opowieść o tym, jak rodzi się mały człowiek, jak rozwija się w dzieciństwie jego dusza i jak mieszka mu się w ogromnym i pełnym wspaniałości domu, który dorośli nazywają ŚWIATEM. Malick z kolei z myślą o widzu, spragnionym piękna wyrazu środków artystycznych, posłużył się zdjęciami E. Lubezki’ego. Narracja w filmie nie jest przejrzysta. Widz musi zmierzyć się z dwugodzinnym marzeniem sennym. Czy to wada? Czy zaleta? Trudno ocenić. Gdyby Jung wykładał swoją psychologię archetypów jeszcze dziś, z pewnością posłużyłby się filmem w formie pięknego pokazu slajdów, wymagającego komentarza. Dudek zaczyna historię słowami: – Dawno, dawno temu, dwoje młodych, ale dorosłych już ludzi, bardzo się pokochało. Ona była kobietą, a on mężczyzną. Poczuli się jak w raju, wszystko było dla nich piękne i wspaniałe. Widzieli raj dookoła, ale najwięcej w sobie, aż przelewał się on w ich sercach. Kochali siebie w myślach na odległość i pokochali siebie na blisko. Byli tak blisko siebie, że spotkały się ich ciała w jednej rajskiej miłości. Z tej najbliższej miłości rozpoczął życie nowy człowiek, niewidzialne jeszcze DZIECKO. Kobieta stała się jego mamusią, a mężczyzna tatusiem. – Miłość zapoczątkowała nowe życie. Podziwiam pary, – mówi Linklater – które po latach spędzonych ze sobą wciąż mają blask w oczach, gdy patrzą na siebie. Kiedy widzę takich ludzi, myślę sobie, że wiedzą coś, czego ja nie wiem. Że rozszyfrowali tajemniczy kod. – Asaf Avidan szuka odpowiedzi na tę samą zagadkę. Folkowo-rockowy muzyk z Izraela, w utworze Is This it?, żarliwie stawia pytania. Układa je w listę pragnień. Pełen obaw pyta adresata, czy pomoże mu śpiewać i na starość ocalić w nim chłopca. Taką moc, twórczą, posiada właśnie miłość. This is it! To o nią modlił się artysta. Miłość musi być adresowana do kogoś. Adresatem nie może być cel. Cel powinien stanowić jedynie uwieńczenie działania. Owocem związku dwojga ludzi może być dziecko, dom, wspólny wypoczynek na wakacjach. Najistotniejsze jest jednak to, jak i z czego on się rodzi i czy później jest pielęgnowany. Podobnie praca nie może stać się wyłącznie źródłem zasobów pieniężnych. Należy traktować ją jak źródło energii, którą daje obcowanie z innymi ludźmi, pomaganie im i podejmowanie wspólnych inicjatyw, wspólne kreowanie. Siłą napędową powinna być miłość do drugiego człowieka. Jeśli czujemy, że jesteśmy mu potrzebni, zaczynamy odczuwać sens tego, że w ogóle żyjemy. Kobieta jak aktorka M. Kożuchowska, radosna, zmysłowa, wrażliwa, uwodzicielska, pełna wdzięku i powabu, a zarazem mądra, zaradna i charyzmatyczna, jednym słowem pełna łaski (łac. gratia), nie potrzebuje kogoś, kto będzie porządkował jej świat i będzie dla niej oparciem. Potrzebuje tylko kogoś, kto ją pokocha, ze wszystkimi jej niedoskonałościami. By to się jednak stało, kobieta musi uwierzyć w swoją grację (gr. gratia) i piękno. Dominikanin o. A. Szustak, podczas konferencji pt. O warkoczach, stawia kobietę na piedestale. Nazywa ją ożywicielką, najwartościowszym elementem na świecie. Ma bowiem w sobie ogromny ładunek miłości i czułości. Nie będzie spełniona, ani szczęśliwa, jeśli nie znajdzie ujścia dla swojej energii. Nie musi to być mężczyzna. To może być praca, w której niesienie pomoc innym. Mądrość i dojrzałość uzdrowicielki tkwi nie w poświęceniu i oddaniu, lecz w empatii i zrozumieniu drugiego człowieka. Mężczyzna z kolei jest jak dziecko, potrzebuje tej kobiecej wrażliwości. Duma nie pozwala mu jednak na okazywanie tego, bo to okazanie słabości. Stąd też często mężczyźni nie są wylewni w uczuciach. Pielęgnują więc skrycie swój skarb, nośnik mocy, która uszczęśliwia i umacnia. Najpiękniejsze jest właśnie to, co rozwija się w sekrecie, wyłącznie między dwojgiem ludzi, z dala od innych. Przemyślnie człowiek został stworzony. – Właśnie w miłości – pisze badacz procesu twórczego, C. Dziekanowski, – ustaje chęć bycia kimś więcej i bycia kimś innym. – Chemia miłości sprawia, że nią obdarowani, czujemy się szczególnie wyróżnieni i dziwnie wolni. Zniewolenie przyjdzie, gdy nie kochamy szczerze i myślimy przede wszystkim o sobie. Zatruwamy życie swoje i czyjeś, przesadnie uzależniając siebie od kogoś lub czegoś. Trzeba uwierzyć w siebie, nie szukać oparcia i zbawienia w kim innym. Nie jest to łatwe, bo kiedyś i tak każdy z nas umrze. Skoro tak, to żadne działanie nie miałoby sensu. Walczenie ze słabościami również. Warto jednak wierzyć, że miłość przetrwa, że w niej kryje się nasza siła i cel wędrówki po ziemi. Trzeba umieć w niej trwać i nie oczekiwać od niej dowodów, one przyjdą same, niespodziewanie.

Oczekiwania wobec siebie – TAK, wobec innych – NIE

Dzieci. Dlaczego dzieci sprawiają nam niewymowną radość, nie robiąc zupełnie nic?! Dlaczego tak mocno kochamy je za nic? Lubimy patrzeć, gdy uśmiechają się i gdy sprawiamy im radość. Rozpieszczamy je z przyjemnością. Jednocześnie jesteśmy świadomi, że one poza swoim szczerym śmiechem i uśmiechem nie mogą nam nic ofiarować. To czyni z nas magików. To tylko dlatego, że wobec dzieci nie stawiamy żadnych oczekiwań. Jesteśmy wobec nich bezinteresowni. Siła i czar dawania odbijają się w czyichś oczach, w oczach dziecka, tylko wtedy, gdy nasza intencja pochodziła z najgłębszych pokładów szczerości, z głębi serca. Wówczas możemy dostrzec w innych swoją moc, tworzenia i niszczenia, potęgę manipulacji. To my decydujemy, czy chcemy uszczęśliwiać, czy degradować. Spróbujmy podarować coś komuś, wobec kogo, wydaje nam się, że działamy bezinteresownie. To rzadkie i niecodzienne w świecie dorosłych. Zawsze rościmy sobie prawo do najdrobniejszego dziękuje. Wobec trzylatka niekoniecznie, co uzasadnimy – Przecież on nie wie jeszcze, że tak trzeba, że tak należy! Jak można więc, tego od niego oczekiwać? To zakrawa o absurd! – Tym samym nieświadomie dajemy mu szansę zaskoczenia nas. Jego dziękuję będzie miodem polanym na nasze serce. Miła niespodzianka. Niespodzianka, bo nieoczekiwana.

BIBLIOGRAFIA:

C. G. Jung: Archetypy i nieświadomość zbiorowa, Warszawa 2011.

C. G. Jung: Typy Psychologiczne, Warszawa 1997.

S. Cabot: Świeże soki z warzyw i owoców mogą uratować Twoje życie, Warszawa 2007.

Z. W. Dudek: Psychologia chłopca według Junga: Na początku była nieświadomość, Warszawa 2010.

Z. W. Dudek: Psychologia integralna Junga, Warszawa 1995.

Z. W. Dudek: Sny, bogowie i człowiek współczesny, w: K. Maurin, Z. W. Dudek (red.): Spotkania z Jungiem,

seria Inspiracje Jungowskie, Warszawa 2007.

Z. W. Dudek: W poszukiwaniu psychologii integralnej, w: K. Maurin, Z. W. Dudek (red.): Spotkania z

Jungiem, seria Inspiracje Jungowskie, Warszawa 2007.

C. Dziekanowski, Próby miłości, w: K. Maurin, Z. W. Dudek (red.): Spotkania z Jungiem, seria Inspiracje

Jungowskie, Warszawa 2007.

C. P. Estés: Biegnąca z wilkami: Archetyp Dzikiej Kobiety w mitach i legendach, Poznań 2012.

J. Jacobi: Psychologia C. G. Junga, Warszawa 1996.

K. Pajor: Psychologia archetypów Junga, Warszawa 2004.

P. Piotrowski: Jung i astrologia, Białystok 2002.

A. Tatarska: Nie tylko przelotne zauroczenie, w: Wysokie Obcasy Extra, nr 3/18, lipiec 2013.

C. Żechowski: Z Jungiem w Afryce, w: K. Maurin, Z. W. Dudek (red.): Spotkania z Jungiem, seria Inspiracje

Jungowskie, Warszawa 2007.

Porozmawiajmy o mężczyznach, wywiad z Małgorzata Kożuchowską, w: Twój Styl, nr 2, luty 2013.

PROGRAMY AUDIOWIZUALNE

E. Karpacz-Oboładze, Fabryka Owadów, Program 3, reportaż z dnia 30.07.2013.

K. Stoparczyk, K. Pruchnicka, Zagadkowa niedziela, Program 3, audycja z dnia 20.07.2013.

National Geographic: Taboo, program TTV, odc. z dnia 23.07.2013.

D. Wellman, M. Prokop: Podróże z żartem, Peru, program TVP1, odc. z dnia .07.2013.

STRONY WWW

Joseph Campbell: pl.wikipedia.org/wiki/Joseph_Campbell

Syndrom wypalenia zawodowego, Burnout: de.wikipedia.org/wiki/Burnout-Syndrom

Gazeta.pl Kultura: Nie wiem co ja tam robię. Sean Penn rozgoryczony swoją rolą w Drzewie Życia?:

kultura.gazeta.pl/kultura/1,114438,10160503,_Nie_wiem_co_ja_tam_robie___Sean_Penn_rozgoryczony.html

M. Snowid: Pogański Rytuał, w: białczyński: bialczynski.wordpress.com/2011/05/23/mezamir-snowidpoganski-

rytual/ A. Solun: La Loba. O kościach, wilkach i Rzece pod Rzeką, w: Biegnąca z Wilkami:

biegnaczwilkami.wordpress.com/2013/03/08/odcinek-10-la-loba-o-kosciach-wilkach-i-rzece-pod-rzeka/

K. Sulej: Marina Abramović – sztuka cierpienia, wysokieobcasy.pl: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokieobcasy/

1,53662,12173062,Marina_Abramovic___sztuka_cierpienia.html

A. Szustak: O warkoczach, konferencja: 188.165.20.161/langustanapalmie/S04E05.mp3

J. L. Wiśniewski: Miłość jest serią reakcji chemicznych: uamostrow.republika.pl/fenyloetyloamina.htm

VIDEOCLIPY

A. Avidan: Is This It?: http://www.youtube.com/watch?v=zPIZUKtbf4E#at=13

LUXTORPEDA: Wilki Dwa: http://www.youtube.com/watch?v=pHyu1yH1kgs

I. Raichel: Im Telech: http://www.youtube.com/watch?v=q-fx7-sYk38

FILMY

T. Malick: Drzewo Życia (2011)

N. Burger: Jestem Bogiem (2011)

D. Fincher: Podziemny Krąg (1999)

L Hallström: Czekolada (2000)

O Ewelinie Barszcz:
Autorka tekstu, jest studentką filologii germańskiej na UMK w Toruniu. Jej zainteresowania tworzą szeroki wachlarz – od natury przez kulturę aż po ekonomię. Swoich prac nigdzie nie publikuje, również do tego nie dąży, choć bardzo chętnie dzieli się swoimi spostrzeżeniami. Inspiracją do przedstawienia obserwacji odnośnie postaw ludzkich stała się niska nota filmu T. Malicka, pt. „The Tree of Life”. Zasługuje on na uwagę nie tylko ze względu na piękne zdjęcia E. Lubezkiego. Zdaniem autorki reżyser przemyca treści z „Bięgnącej z wilkami”, zwłaszcza te o La Lobie, lecz obrazuje je w mało czytelny sposób. Film tworzy jedynie nitkę przewodnią. Rolę „głównej organizatorki” materiału i tematu przejmuje intuicja – funkcja irracjonalna, jedna z czterech funkcji psychiki w teorii C. G. Junga. Użyta, bardzo arbitralnie szereguje zależności pomiędzy zjawiskami, sama i poza porządkiem racjonalnego wyjaśniania, łączy je w całości i w struktury podrzędne. Kiedy pada pytanie – ale dlaczego TAK? – jedyną odpowiedzią intuicji jest – BO TAK! I albo ktoś dzieli z nami doświadczenie, to znaczy “wie”, że TAK, albo nie podziela naszej wiedzy i zaczyna się dramat: coś co widzimy zupełnie oczywiście jako uporządkowaną, dynamiczną całość, ktoś inny chce zrozumieć “krok po kroku” i będzie się domagać “wytłumaczenia”. Gdyby chcieć poddać esej zabiegowi “porządkowania”, analizie i zracjonalizowania całości, pewnie można by z niego wykroić kilka artykułów na różne tematy.

Odcinek 12: Kobieta o Złotych Włosach. O samotności i Klanie Blizn

biegnaca z wilkami kobieta o zlotych wlosach

Kobieta o Złotych Włosach

Była sobie niezwykła i urodziwa dziewczyna o długich, jasnych włosach, pięknych jak złote nici. Nie miała matki ani ojca, żyła ubogo. Mieszkała samotnie w lesie; na krosnach zrobionych z gałęzi tkała piękne tkaniny. Pewien niegodziwiec, syn wypalacza węgla, chciał ją zmusić do małżeństwa. Ona, usiłując go odprawić, dała mu pukiel swoich złotych włosów. Ów prostak nie poznał się na ich duchowej wartości i chciał je sprzedać na targu, jednak ludzie tylko patrzyli na niego, jakby postradał zmysły.

Rozsierdzony wrócił nocą do chaty młodej kobiety i zamordował ją własnymi rękami, a ciało zakopał nad rzeką. Długo jeszcze ludzie nie zauważali jej zniknięcia. Nikt się nie troszczył o jej zdrowie i pomyślność. Jednak złote włosy w mogile wciąż rosły i rosły. Piękne sploty wiły się, przebijały przez czarną ziemię, kłębiły i kręciły, aż cały grób porósł gęsto złocistą trzciną.

Pasterze robili z niej piszczałki, a kiedy zaczynali na nich grać, maluśkie fujarki śpiewały:

Tu leży dziewczyna o złotych włosach, zamordowana spoczywa w mogile, zabił ją syn wypalacza węgla dlatego, że chciała żyć.

W ten sposób ludzie dowiedzieli się o zabójcy i postawili go przed sądem, żeby wszyscy mieszkańcy lasów mogli znów żyć bezpiecznie

—————————————————————————————–

Tym razem rzecz będzie o tym co robić, kiedy przeszło się już przez wiele doświadczeń i zostało przez nie nieodwracalnie naznaczonym. To będzie opowieść o Klanie Blizn.

Są w życiu wielu z nas pewne traumatyczne wydarzenia, z których nie da się wyjść niezmienionym, czy będzie to trudne, pełne przeszkód dzieciństwo, czy nieudany, toxyczny związek, czy tragiczny wypadek, czy inna rzecz, która w jakiś sposób wytrąciła nas z równowagi. Nawet jeżeli odreagujemy samo wydarzenie, nie będziemy już nigdy tacy jak wcześniej. Co gorsze, często dzieje się tak, że z jakichś przyczyn nie jesteśmy w stanie wyrzucić z siebie nagromadzonego bólu, żalu oraz złości, które rosną i wręcz rozsadzają nas od środka.

Bardzo często jesteśmy mentalnie i emocjonalnie wyganiani na pustynię, a nasze życie musi toczyć się w ukryciu, pod ziemią, jak o tym była mowa w poście o La Lobie. Maya Angelou rzekła kiedyś, że nic nie ciąży tak jak niewypowiedziana historia, czy jest to sekret, który ukrywamy z własnej woli, czy dlatego, że jesteśmy do tego zmuszani w imię jakichś racji (najczęściej kulturowo – religijnych). Boimy się, że ujawnienie go spowoduje odrzucenie, zerwanie istotnych relacji czy inne sankcje, jednak nie ujawniając na zewnątrz tego co ma takie znaczenie dla naszego wnętrza, sprawiamy, że de facto i tak jesteśmy już wygnańcami na pustyni. Bardzo często wchodzą też w grę różnice kulturowe wobec tego, co według norm społecznych wolno poszczególnym płciom; to co uchodzi mężczyźnie w przypadku kobiety jest tabu. Stosowanie się do tych nieformalnych nakazów i zakazów oraz milczenie w przypadku naruszania ich odcina nas od naturalnych zachowań, spontaniczności, swobody, radości i okazywania uczuć. Staramy się unikać wszystkiego co przypomina nam o sekrecie i powoduje ból, trzymamy się z daleka od pewnych tematów, rozmów, filmów, książek etc., stosujemy po prostu rodzaj psychicznej autocenzury. Co gorsze, często umysł nie chce trzymać w sobie tajemnicy i spycha ją do podświadomości. Nasza psychika jest tak skonstruowana, że przy podejmowaniu działania świadomość szuka właśnie w podświadomości wzorców zachowań i jeżeli coś zostało zaklasyfikowane jako tabu, to nawet przy pełnej gotowości racjonalnego umysłu do wprowadzenia zamiaru w czyn, podświadomość będzie ten plan utrącała. Wstydliwe sekrety kobiet to historie stare jak świat. Każda z nas, która ku własnej zgubie dusi w sobie sekret, zostaje przytłoczona brze­mieniem hańby. Ten uniwersalny stan podlega archetypowemu wzorco­wi: bohaterka albo została zmuszona do zrobienia czegoś, albo, utraciw­szy zdrowy instynkt, wpadła w pułapkę. Na ogół jest tak bezsilna, że nie umie polepszyć swej nieszczęsnej sytuacji. Przysięga lub poczucie wsty­du zmusza ją do zachowania tajemnicy. Milczy z obawy przed utratą miłości, szacunku, środków do życia. Dodatkowo sekretu strzeże często klątwa, groźba surowej kary rzucona na tego, kto go zdradzi. Kobiety wychowuje się w przekonaniu, że pewne wydarzenia, decy­zje i sytuacje życiowe najczęściej związane z seksem, miłością, pieniędzmi, przemocą i kłopotami, a więc okoliczności, którymi przepełniona jest ludzka kondycja, mają naturę najbardziej intymną i hańbiącą i nie można się spodziewać za nie rozgrzeszenia. A jest to nieprawda.

 To truizm, ale wszyscy popełniamy błędy, a większość z nich da się naprawić albo w jakiś sposób odkupić. Dręczenie siebie poczuciem winy oraz wstydem nie pomaga, skazuje nas tylko na cierpienie w samotności i niesienie ciężaru winy, często całymi latami. Dr E podaje za Jungiem, że trzymanie w sobie wstydliwego sekretu odcina nas od nieświadomości, bo dookoła niego powstaje „martwa strefa” – obszar niewrażliwy na bodźce, który nie reaguje na wydarzenia w życiu emocjonalnym u siebie i innych. Jednak psychiką rządzi zasada kompensacji, dlatego nie mogąc mówić o czymś wprost będziemy ulegać niezrozumiałym atakom furii, nagle wpadać w melancholię, odczuwać nerwobóle, przybierać lub tracić na wadze, wpadać w obsesje, natrętne nawyki czy nałogi. Sekret przedrze się na powierzchnię, jeśli nie w bezpośrednich słowach, to za pomocą objawów somatycznych, i najczęściej w taki sposób, że nie można się tym zająć i pomóc bezpośrednio. Co więc robi kobieta, kiedy sekret przecieka? Goni go, wydatkując dużo energii. Upycha go, zawija i zakopuje znowu w martwej strefie, budując silniejsze fortyfika­cje. Woła swoje homunkulusy — wewnętrznych strażników, obrońców ego — każe budować więcej bram, więcej ścian. Opiera się o swój ostatni psychiczny grobowiec, pocąc się krwawo, dysząc jak lokomoty­wa. Kobieta, która dusi w sobie sekret, jest kobietą wyczerpaną.

NIE RZUCAJ PEREŁ PRZED WIEPRZE

Motyw odizolowania się w pustelni przypomina trochę motyw życia ukrytego na pustyni, o którym była mowa w La Lobie (zresztą w czasach wczesnośredniowiecznych pustelnicy często szukali schronienia właśnie w tym miejscu). Przypomina, że mimo braku wsparcia siły życiowe symbolizowane przez włosy (Trzy Złote Włosy) nie zostają unicestwione i że nie ma dla nich granic.

Odizolowanie się od innych może wynikać z niedopasowania jak u Brzydkiego Kaczątka czy z chłodu emocjonalnego otoczenia jak u Dziewczynki z Zapałkami (jak ktoś mądrze zauważył, najbardziej boli samotność wśród innych). Psychicznie Kobieta o Złotych Włosach symbolizuje ten aspekt naszej psychiki, który dąży do niezależności i nie potrzebuje wiele do szczęścia. Mitologicznie reprezentuje kore – młodą, niezamężną dziewczynę, która na krosnach zrobionych z gałęzi tka piękne tkaniny, a zatem ma znowu wiele wspólnego z Mojrami/Parkami/Nornami czyli boginiami losu tkającymi nici życia oraz z Gają (stały kontakt z naturą, jej krosna są zrobione z gałęzi drzew wyrosłych z Bogini Matki, podobny motyw odnajdujemy w baśni o Wasylisie, która zamiata obejście Baby Jagi miotłą – drapaką z gałązek krzewów). Ma zatem cechy Dzikiej Kobiety, która z siedzib ludzkich powraca do lasu. Nikt jej nie powstrzymuje, nikt nie zachęca aby została, nikt tak naprawdę nie zauważa jej odejścia, podobnie jak w przypadku poprzednich żon Sinobrodego, o które nie upomniały się rodziny. Niestety, aż nazbyt wiele kobiet natychmiast pojmuje, co znaczy ten brak zainteresowania. Z taką samą postawą otoczenia spotyka się często kobieta, która ma coś do ukrycia. Choć ludzie być może dostrzegają, że jej serce zostało zranione, celowo albo mimowolnie okazują jej obojętność i ślepotę.

Na swoje nieszczęście, mimo odizolowania się od ludzi, dziewczyna napotyka na kolejne baśniowe wcielenie Sinobrodego. Kobieta o Złotych Włosach ma dobre rozpoznanie. Jest świadoma siebie, wie jakie są jej potrzeby, zdaje sobie sprawę z tego co jest dla niej dobre, a co nie, dlatego nie ulega namowom syna węglarza i nie chce wyjść za niego za mąż. Daje mu zaledwie pukiel włosów, cząstkę swoich sił życiowych, jednak ma on naturę nie rozumiejącego niuansów Sinobrodego i nie pojmuje wartości daru. Usiłuje go sprzedać, a kiedy mu się to nie udaje, czując się upokorzony (od razu rzuca się w oczy niskie poczucie wartości), zabija ją. Wielu  z nas zapewne spotkało się z sytuacją gdy ukochana osoba jest w potrzebie, więc pomagamy jej, wysłuchujemy, pocieszamy, szukamy wyjścia, robimy co możemy, dajemy z siebie to co najlepsze, ale gdy sytuacja się odwraca wcale nie dostajemy tego samego. Nagle okazuje się, że przesadzamy, o co nam w ogóle chodzi, to co mówimy jest niezrozumiałe i bez sensu, a tak w ogóle to mamy wziąć się w garść i przestać płakać. Cóż rozsądnego można odpowiedzieć na takie dictum? Aż ciśnie się na usta przysłowie: „nie rzucaj pereł przed wieprze”.

W baśni dziewczyna zostaje zabita przez niechcianego zalotnika, w praktyce naszą naturalność, otwartość i entuzjazm zabijają kolejne bolesne rozczarowania, zdrady, rozstania i upokorzenia. Nie zabijają jednak naszej siły życiowej, która odżywa i rozrasta się tak jak włosy bohaterki. O podobnym procesie odbudowywania i regenerowania się była już mowa  we wspomnianych wcześniej La Lobie, Trzech Złotych Włosach i Kobiecie – Szkielecie, jednak w tej baśni dochodzi element rozprawy z przyczyną krzywdy i ostrzeżenia innych. Pasterze w pewien sposób nadają umarłej nowe życie (wdmuchiwanie powierza w piszczałki przywołuje obraz Stworzyciela, który powietrzem – gr. pneuma – rozpoczyna życie nowej istoty) i pozwalają przemówić własnym głosem. Aby uporać się z bolączkami musimy przemówić, a zmusza nas do tego śmierć – zmiana. Są tajemnice, które umacniają — na przykład te, które są częścią strategii wiodącej do osiągnięcia chwalebnego celu, albo radosne sekrety, które chowamy na dnie serca, by je lepiej smakować. Ale sekrety wstydliwe różnią się od nich jak dzień od nocy. Te drugie trzeba wydobyć na jaw i pokazać wyrozumiałym ludziom. Kiedy kobieta kryje jakąś hańbę, musi znosić ogromne wyrzuty sumienia i cierpienia, które sama sobie zadaje. Poczucie winy i udręki, które miałyby nastąpić po zdradzeniu sekretu, i tak na nią spadają, mimo że milczy; cierpienie atakuje ją od wewnątrz.

 Tajemnica jest zagrzebana w psychice jak ciało Kobiety o Złotych Włosach w ziemi. Ziemia jak nic innego ma zdolności do usuwania tego co niepotrzebne i przemiany w nowe życie, ale dopóki zbrodnia nie zostanie ujawniona, nie podlega się procesom regeneracji. Często ofiary zagrzebują to czego się wstydzą tak głęboko, że wyrzucają wydarzenia czy słowa z pamięci oraz świadomości i wypływają one dopiero w snach. Symbolicznie oddaje to sen, w którym widzi się zagrożenie, ale nie jest w stanie przed nim ostrzec, bo nie można wydobyć z siebie głosu. Przemówić można na wiele sposobów: czy to wprost, rozmawiając z terapeutą czy zaufaną osobą, czy poprzez napisanie niewysłanego listu, czy sztukę, czy muzykę*, czy w inny sposób. Ważna jest reakcja odbiorcy, bo zdawkowe potraktowanie tematu czy lekceważenie wywoła w sercu kolejną ranę, która długo będzie się zabliźniać.

Nie jest łatwo się otworzyć, szczególnie jeżeli przez wiele tygodni, miesięcy, a nawet lat, milczało się i nie znajdowało przyjaznej duszy, która wysłuchałaby uważnie, nie oceniała i mądrze doradziła. Niektórym pomagają grupy wsparcia, gdzie łatwiej jest się odnaleźć wśród osób o podobnych doświadczeniach. Terapeutyczna moc takich sesji polega na ostatecznym wypraniu wszystkich długo składowanych „brudów”. Niepisany zakaz publicznego prania rodzinnych brudów mija się z celem, ponieważ owe brudy wcale nie zostają wyprane w kręgu rodziny. Leżą w najciemniejszym kącie piwnicy przesiąknięte tajemnicami. Uparte milczenie działa jak jadowita trucizna i w gruncie rzeczy świadczy o tym, że kobieta nie znajduje w bliskich dość oparcia, żeby poradzić sobie z bolesnymi problemami.

Aby krwawiąca rana zagoiła się i zabliźniła trzeba też przyjąć do wiadomości, że otoczenie, od którego uciekamy najprawdopodobniej nigdy nie nas nie zrozumie, nie doceni i nie przeprosi. Tak, to niesprawiedliwe, ale uświadomienie sobie tego pomaga nam porzucić wzorce ofiary i na dobre odciąć się od negatywnych wpływów. Weź to na logikę: gdyby ludziom z Twojego otoczenia naprawdę zależało na tym, by dowiedzieć się co czujesz, to już dawno by to zrobili. Jeżeli będziesz teraz koniecznie dążyć do konfrontacji i próbować zmusić, żeby przyznali, że ich obojętność i brak empatii były niewłaściwe, najprawdopodobniej będą próbowali zlekceważyć Twoje słowa albo wmawiać Ci, że nie masz racji, bo było zupełnie inaczej. To są ich mechanizmy obronne. Gdyby zrozumieli i przyznaliby Ci rację, musieliby skonfrontować się ze swoim Cieniem, musieliby przyjrzeć się mrocznej stronie swojej osobowości. Nie każdy jest na to gotowy. Większość nie jest. Macocha i siostry Wasylisy wolały posłać ją samotnie nocą w ciemny las niż samym spojrzeć w twarz Baby Jagi. Przyznanie się do błędu zawiera w sobie obietnicę wewnętrznej zmiany, ale ta często wymaga czasu i wysiłku, dlatego niewielu się jej podejmie. Tak, to niesprawiedliwe, że nawet teraz gdy wykrzyczałeś/wykrzyczałaś co Ci leżało na sercu nie ma szczęśliwego zakończenia, w którym zły bohater przeprasza dobrego i naprawia wyrządzone krzywdy. To bardzo niesprawiedliwe, że Ty, po tym jak tyle wycierpiałeś/wycierpiałaś nadal musisz zachowywać się jak starsze rodzeństwo i być tym mądrzejszym, cierpliwszym, bardziej wyrozumiałym etc. Ale zdobędziesz dzięki temu świadomość, jakiej inni nie potrafią sobie nawet wyobrazić.

KLAN BLIZN

Przez lata klasyczne psychologie błędnie utrzymywały, że z żalem można się uporać jednorazowo, najlepiej w ciągu jednego roku, po czym wszystko ma wrócić do normy. Każdy, kto nie chce lub nie potrafi ukończyć tego procesu w „przepisowym” czasie, cierpi na jakieś zaburzenia. Obecnie wiadomo, że prawdą jest to, co istoty ludzkie instynk­townie wyczuwały od wieków: pewne rodzaje krzywd, nieszczęść i wstydu nie dają się wymazać przez rytualny żal; strata dziecka z po­wodu jego śmierci lub rozdzielenia z nim jest jedną z największych, jeśli nie największą próbą wytrzymałości psychicznej.

Dr E pisze, że w pracy terapeutycznej proponuje pacjentkom stworzenie długiego do ziemi płaszcza, na który naszywa się, maluje lub przypina symbole tego, co się przeszło, wszelkie rany, zdrady, obelgi, wszystko to co się z różnych względów poświęciło. Tworzy się go tak długo jak trzeba, czasami kilka dni, a czasami kilka miesięcy. Najpierw zaczęłam robić płaszcz ofiarny dla siebie. Wkrótce stał się tak ciężki, że dźwigać go musiał cały orszak Muz. Początkowo zamierzałam złożyć wszystkie swoje psychiczne śmieci w tym jednym przed­miocie, a potem pozbyć się ich przez spalenie go. Zamiast tego powie­siłam go w korytarzu i za każdym razem, kiedy koło niego przechodzi­łam, czułam się dobrze, nie miałam żadnych negatywnych odczuć. Byłam pełna podziwu dla ovarios kobiety, która była zdolna unieść na sobie ten płaszcz, nie zachwiać się pod nim, lecz śpiewać, tworzyć i radośnie przyjmować wszystko.

 Stąd określenie Klan Blizn. Rany po traumach, ciężko okupionych błędach albo wypadkach losowych przestają w końcu krwawić i zabliźniają się. Choć pozostanie mnóstwo blizn, pamiętajmy, że tkanka blizny jest silniejsza i odporniejsza na wszelkie urazy niż zwykła skóra (…)

Czasem dobrze jest policzyć swój wiek nie w latach, ale w liczbie blizn zdobytych w bitwach.

— Ile masz lat? — pytają mnie czasem. — Siedemnaście blizn — odpowiadam. — Zwykle ludzie nie krzywią się i sami chętnie obliczają swój wiek w taki sposób.

 Indianie Lakota malują na skórach zwierząt, zapisując zimowe wydarzenia. Indianie Nahua, Majowie i Egipcjanie mieli kodeksy, w któ­rych notowali wielkie wydarzenia — wojny i zwycięstwa. Na ich podobieństwo kobiety mają swoje płaszcze ofiarne, płaszcze bitewne. Zastanawiam się, co nasze prawnuczki i praprawnuczki pomyślą o takim zapisie naszego życia. Mam nadzieję, że trzeba im będzie to wyjaśniać.

 NEO W ŚWIECIE MATRIXA

I znowu na koniec dorzucę swoje trzy grosze, już bez powoływania się na dr E. Mam trzydziestoletnie doświadczenie w przeżywaniu naprawdę głębokiej samotności, więc sporo zdążyłam się na ten temat nauczyć.

Akurat teraz żyjemy w kulturze, w której samotność nie jest ceniona. Gdybym w czasach wczesnego średniowiecza udała się na pustynię i żyła tam samotnie, cieszyłabym się szacunkiem i uznaniem, jako ktoś, kto ma bliski kontakt z Bogiem. Ale żyję w kulturze zachodnioeuropejskiej, w której kontakty międzyludzkie są na piedestale, a zawiązuje się je głównie przy używkach i niezobowiązujących rozmowach. Nie palisz, nie pijesz, nie oglądasz telewizji? To będziesz dosyć nieatrakcyjna towarzysko.

Skąd w ogóle bierze się potrzeba izolacji? Raczej nie pojawia się nagle i niespodziewanie, dojrzewamy do niej wraz z każdą niespełnioną prośbą, wyśmianą opinią czy niezrozumianą potrzebą, jaką podzielimy się z otoczeniem. Myślę, że sporo z nas „ma to od zawsze”. Traktowanie z góry, według sztywnych wzorców zachowań zamiast słuchania i zastanowienia się nad tym, co dana osoba ma do powiedzenia sprawia, że na zewnątrz gaśniemy i chowamy większość życia do wewnątrz. Niektórzy z nas będą jeszcze utrzymywać pozory, uczestniczyć w świętach rodzinnych albo wychodzić ze znajomymi, ale to, co myślą będą zachowywać dla siebie. Niektórzy będą mieli już tak dosyć sztucznego życia, że odizolują się i psychicznie, i fizycznie. Znajdą swój Prawdziwy Świat. Często w pieszych wycieczkach górskich, kontakcie z naturą lub książkach, czasami w sporcie czy innej pasji, często w grach komputerowych. A wkraczając do Prawdziwego Świata możemy (choć wcale nie musimy) przejść jako rzekli William Blake oraz Aldous Huxley drzwi percepcji i zobaczyć więcej niż inni. Będąc sam na sam ze sobą, słuchając własnego wewnętrznego głosu, a nie pogawędek innych, możemy wiele rzeczy zobaczyć z szerszej perspektywy i zrozumieć. Neo nawet jako Mr Anderson stronił od ludzi. Gdyby był duszą towarzystwa pewnie dalej tkwiłby w Matrixie, ale on przeczuwał już, że coś tu nie gra, coś jest nie tak. Tkwił samotnie przed komputerem, próbując znaleźć odpowiedź co nie pasuje w tej układance, a kiedy pojawił się ślad, natychmiast podążył za białym królikiem i nie wahał się zażyć czerwonej pigułki. Bo wiedział, że cokolwiek się stanie, nie potrafi dłużej żyć udawanym życiem. Bo nie bał się samotności, która jest pierwszą ceną jaką płacimy za dokonywanie wyborów. Neo po prostu osiągnął w życiu taki moment, gdy przestał słuchać stałego paplania innych i zaczął słuchać siebie. A wtedy zgodnie z zasadą ‘kiedy uczeń jest gotowy, pojawia się Mistrz’ znalazł go, oświecił i wytrenował Morfeusz.

Ale nawet jeżeli nie pojawia się ktoś pomocny, sami możemy się Przebudzić, jednak chcąc nie chcąc nadal żyjemy w Matrixie. Słyszymy co ludzie mówią i dziwimy się. Spoglądamy na świat ich oczyma i natychmiast z przerażeniem je zamykamy. Próbujemy podążać ścieżkami myślenia, jakie podaje się nam jako właściwe, pewne oraz bezpieczne i natychmiast się gubimy. Nawet żyjąc w Matrixie, nie stosujemy się już do jego zasad, nie potrafimy ograniczyć się tylko do pozorów, nie dajemy rady wcisnąć się w zestaw przepisów na życie jaki prezentuje. Nie widzimy już firewalla iluzji, jaką wywołuje. Widzimy, że to Matrix. Widzimy, że to tylko zielone cyferki tak jak Neo pod koniec filmu. Stajemy się wirusem.

Dlatego główny program będzie nas ścigał, będzie ustami Agentów Smithów tłumaczyć nam, że to nie tak, że źle widzimy, że nie mamy racji, że jesteśmy tylko trybem w Matrixie, że w naszym postrzeganiu świata jesteśmy zupełnie sami. Aha! I tu tkwi sedno. Bo tak naprawdę wcale sami nie jesteśmy. Jest nas wielu, tyle że żyjemy w rozproszeniu, a to sprawia pozory, że nikt nie wie, nikt nie rozumie, nikt nie wysłucha… Jednak nagle, ni stąd ni zowąd, gdzieś, kiedyś, w zupełnie niezobowiązującej rozmowie pojawia się coś, co sprawia, że unosimy brwi ze zdumienia i pytamy: Ty też?! Potem ku naszemu zdziwieniu okazuje się, że jest ktoś podobny, i jeszcze jeden, i jeszcze kolejny, aż w końcu możemy skompletować całą załogę Nabuchodonozora.

Jeżeli mamy dostęp do głębokiej wiedzy**, to musimy pamiętać, że my sami raczej nie będziemy za to wychwalani, a nasze słowa pozostaną niezrozumiałe. Trzeba przyjąć do wiadomości, że większość ludzi wcale nie chce odłączyć się od Matrixa. Jest im w nim dobrze. Trochę sobie ponarzekają, trochę pomarudzą, ale ogólnie są zadowoleni i podążają ścieżkami wyznaczonymi przez innych. To ich prawo. Nie nam ich oceniać. Pamiętajmy, że każdy z nas od dzieciństwa tkwi w Matrycy i my kiedyś też byliśmy w punkcie, w którym oni się teraz znajdują. Nie ma sensu odłączać ich jeżeli nie są do tego gotowi. Nie ma sensu ironizować, używać sarkazmu ani pokazywać wszem i wobec jacy to my nie jesteśmy genialni. Mądrość wymaga pokory. Od nas, nie od nich. Jeżeli jednak zobaczysz, że jest ktoś kto nerwowo szuka odpowiedzi na pytania, kto miota się i nie potrafi sam dojść do tego, co Ty już widzisz, jeżeli ktoś taki zwróci się do Ciebie o pomoc, to nie wahaj się. Masz prawo i obowiązek być Morfeuszem.

Nie wiem czy to dobrze, czy źle odłączyć się od Matrixa. Na pewno płaci się za to ogromną cenę na zewnątrz, a zyskuje tylko i aż świadomość. Może być to bolesne i przytłaczające. Ale nie patrzę na to w kategorii „dobre czy złe”, po prostu przyjmuję do wiadomości, że będę widzieć zielone cyferki jeżeli spojrzę w telewizję, zaglądnę na plotkarski serwis czy będę słuchać hierarchy kościelnego. W tym momencie po prostu nie jestem już w stanie na nowo podłączyć się do Systemu i muszę funkcjonować poza nim. Mam dziką naturę więc zaadaptowałam się do życia poza głównym nurtem, mam wrażenie że całkiem sprawnie funkcjonuję na obrzeżach.

TheMatrix

Więc jeżeli ktoś, tkwiąc nawet nieświadomie w matrixowych wzorach myślenia, będzie przekonywał mnie, że jestem Mr Andersonem, uśmiechnę się i odpowiem: My name is Neo.

mynameisneo

* Zawsze wolałam te krzyczące wokalistki jak Sinead O’Connor czy PJ Harvey niż diwy w stylu Celine Dion czy Mariah Carey.

** Nie nazywam ją wiedzą tajemną, bo uważam, że jest dostępna dla każdego, ale trzeba koncentracji i wysiłku aby do niej sięgnąć. Dostęp do głębokiej wiedzy zyskuje się na różne sposoby, tym co ją cechuje są uważność, obserwowanie bez zajmowania stanowiska, wsłuchiwanie się, analizowanie, rozróżnianie, kwestionowanie i przede wszystkim dokopywanie do głębszych poziomów. Może się to dziać na różne sposoby: poprzez czytanie, przyglądanie się, zadawanie pytań, własne przemyślenia, studiowanie, porównywanie różnych źródeł, etc. U niektórych Przebudzenie następuje na skutek traum czy wypadków, kiedy dotychczasowe życie wywraca się do góry nogami i trzeba je budować na nowo, niektórzy z kolei „tak mają” od dziecka… Nie ma jednego wzorca. Pewne jest tylko to, że głęboka wiedza pozwala spojrzeć na wszystko z o wiele wyższego poziomu i o wiele szerszej perspektywy. Nie jest powiedziane, że samotność zawsze prowadzi do przyswojenia głębokiej wiedzy, ale zawsze otwiera do niej drzwi.

Odcinek 10: La Loba. O kościach, wilkach i Rzece Pod Rzeką

biegnaca z wilkami la loba

La Loba

W niedostępnym, odludnym miejscu, które każdy w duszy zna, ale które niewielu widziało, żyje stara kobieta. Podobnie jak we wschodnioeuropejskich baśniach wyczekuje, aż jakiś zagubiony w drodze wę­drowiec czy poszukiwacz szczęścia zbłądzi pod jej dach.

Jest rozważna i przezorna, często z rozczochranymi włosami opada­jącymi na twarz i zawsze gruba; zazwyczaj unika ludzkiego towarzystwa. Umie krakać i gdakać i wydaje więcej dźwięków zwierzęcych niż ludzkich.

Można się domyślać, że żyje pośród zwietrzałych granitowych sto­ków na terytoriach Indian Tarahumara. Albo że ma swą kryjówkę za Phoenix, niedaleko jakiejś studni. Może spotkacie ją jadącą do Monte Alban w zdezelowanym samochodzie z wybitą tylną szybą. Może ktoś ją wypatrzy, jak stoi przy autostradzie niedaleko El Paso, albo jak ze strzelbą na ramieniu jedzie zatrzymaną ciężarówką do Morelii w Me­ksyku, albo jak podąża na targ do Oaxaca z nieforemną wiązką chrustu na plecach. Sama nazywa siebie wieloma imionami: LaHuesera, Poszukująca Kości, La Trapera, Zbieraczka, La Loba, Kobieta-Wilk.

Jedynym zajęciem La Loby jest zbieranie kości. Zbiera i przechowuje szczególnie kości tych istot, którym grozi wymarcie na ziemi. Jej jaskinia jest pełna kości wszelkich zwierząt zamieszkujących pustynię: jeleni, grzechotników, kruków, wron. Ale jej specjalnością są wilki.

Czołgając się i pełzając na kolanach, przeczesuje montanas (góry) i arroyos (wyschłe koryta rzek) w poszukiwaniu wilczych kości, a kiedy zgromadzi już cały szkielet, kiedy ostatnia kosteczka znajdzie się na swoim miejscu i staje przed nią piękna, biała rzeźba zwierzęcia, siada przy ogniu i duma, jaką zaintonować pieśń.

Kiedy już wie, staje nad swoją chaturą, unosi nad nią ramiona i zaczyna śpiew. Wtedy żebra i kości kończyn wilka zaczynają porastać ciałem, a potem sierścią. La Loba śpiewa dalej, w miarę jej śpiewu zwierzęcia przybywa, a silny i kudłaty ogon zadziera się do góry.

La Loba śpiewa dalej i wilk zaczyna oddychać.

Śpiewa z całych sił, z głębi płuc, aż pustynia drży w posadach, a pod­czas pieśni wilk otwiera oczy, podskakuje i zaczyna biec kanionem.

A w którymś momencie biegu, czy to od wielkiego pędu, czy to od bryzgów wody w rzece, czy to od promienia słońca lub księżyca, który pada wprost na bok zwierza, wilk nagle przemienia się w roześmianą kobietę, która biegnie wolna ku widnokręgowi.

Pamiętaj więc, jeśli wędrujesz przez pustynię i zbliża się zachód słońca, a tobie się zdaje, że zgubiłaś drogę, i z pewnością czujesz zmęczenie, to znaczy, że masz szczęście, bo może się spodobasz La Lobie i pokaże ci coś — coś, co ukrywa się w twojej duszy.

(…)

Starożytni medycy twierdzili, że nerw słuchowy w mózgu dzieli się na trzy lub więcej odgałęzień. Stąd wyciągali wniosek, że ucho miałoby słyszeć na trzech różnych poziomach. Jedno z odgałęzień miało słyszeć ziemskie, zwykle rozmowy. Drugie odgałęzienie miało być wrażliwe na naukę i sztuki piękne. Natomiast trzecie istniało po to, żeby sama dusza mogła słuchać przestróg i wskazówek i w ten sposób zdobywać wiedzę podczas przebywania na ziemi.

Teraz słuchajcie więc słuchem duszy, bo taka jest misja opowieści.

———————————————————————————————————–

Wszystko zaczyna się od kości…

Wilk zawsze miał zawziętych przeciwników, ale i wiernych obrońców. To nie tylko zwierzę ważne dla ekosystemu, w którym żyje, to również bohater licznych legend i mitów, który tak jak wiele innych zwierząt stał się symbolem i totemem. Z różnych przyczyn wilki były i są tępione, chociaż coraz częściej wprowadza się odpowiednie regulacje prawne mające temu zapobiegać, a populacje wilków na danym obszarze są obejmowane monitoringiem. Tak jak już cytowałam w Odcinku 1, dr E dostrzega podobieństwa między kobietą a wilkiem, które łączą się w opowieści o La Lobie (Wilczycy, Kobiecie – Wilku), pochodzącej z pustynnych terenów pogranicza Stanów Zjednoczonych i Mexyku. Mówi się, że jest na pustyni takie miejsce, gdzie duchy kobiet i wilków spotykają się na przecięciu czasów. Poczułam, że wpadłam na ciekawy trop, kiedy na rubieżach Teksasu zasłyszałam historię zwaną Loba Girl, o kobiecie, która była wilkiem, który był kobietą. Potem natrafiłam na starą aztecką legendę o osieroconych bliźniętach wykarmionych przez wilczycę, aż dorosły na tyle, by radzić sobie samo­dzielnie. Ten ostatni motyw jest również doskonale znany w mitologii europejskiej poprzez opowieść o wilczycy karmiącej Remusa i Romulusa. I wreszcie od starych hiszpańskich farmerów i Indian Pueblo z po­łudniowego zachodu słyszałam krótkie przekazy o zbieraczach kości (bone people), starych ludziach, którzy przywracali umarłych do życia; według podania potrafili wskrzeszać zarówno ludzi, jak i zwierzęta.

RZEKA POD RZEKA

Każdy z nas rodzi się w określonym miejscu i czasie, w określonej rodzinie, tradycji oraz kulturze i jest przez nie formowany. Czasami formowanie odbywa się płynnie, lekko i ostrożnie, a procesowi towarzyszą ogień i powietrze tak jak to się dzieje ze szkłem w hucie. Czasami formowanie przypomina kółko garncarskie, gdzie naturalnej, bezpostaciowej glinie w sposób delikatny i łagodny, ale jednak nadaje się dokładnie taki kształt, jaki się zamierza. Często formowanie jest tożsame z długim i mozolnym ociosywaniem głazu, który w końcu zamienia się w rzeźbę. Formowani przez rodzinę, tradycję i kulturę uczymy się co nam wolno, a czego nie wolno, nawiązujemy głębsze lub płytsze kontakty towarzyskie, wypełniamy narzucone nam obowiązki, wchodzimy w role społeczne i w pewnym momencie sami zaczynamy formować młodych tak jak my byliśmy formowani. Zapewne ogromna większość ludzi przeżywa w ten sposób swoje życie. Ale niektórzy z nas nagle zatrzymują się w pół kroku, zupełnie nagle i niespodziewanie, podczas spotkania z szefem, odwożenia dziecka do przedszkola czy jedzenia kolacji, i pytają: Czy tak ma być zawsze? Czy to już wszystko? Czy nie ma nic głębszego? Jeżeli masz szczęście i nie odrzucisz tej malutkiej iskierki, która rozbłysnęła w twoim umyśle i nie zignorujesz zewu duszy, to przestaniesz być formowany/-a, a dokonasz samosformatowania. Zaczniesz zastanawiać się, drążyć, zadawać pytania, przyglądać się sobie, innym, otoczeniu…Być może czasami przeklniesz moment, w którym się zatrzymałeś/-aś, ale nie będziesz w stanie się już cofnąć. Nie jesteśmy tylko szybą, ceramiką czy rzeźbą. Jesteśmy także ziarnkiem piasku, gliną i głazem. A kiedy to dostrzeżemy i nabierzemy pewności, że mamy i zawsze będziemy mieli potrzebny materiał, będziemy kształtować sami siebie. Będziemy jednocześnie i materiałem, i twórcą. Wszystkie zaczynamy jako kupka kości, jako szkielet rozsypany po pustyni i przysypany piaskiem. Nasze zadanie to wydobyć kości, oczyścić je z piasku. Praca to mozolna i drobiazgowa; najlepiej zabrać się do niej, kiedy cienie są długie w sam raz, bo trzeba uważnie wypatrywać. La Loba pokazuje, czego mamy szukać — niezniszczalnej życiowej siły, kości.

Kim zatem jest La Loba, Wilczyca? Jest archetypem i pojawia się w mitologii ludów całego świata, a najlepiej chyba uosabia ją La Que Sabe – Ta Która Wie Wszystko – bo stworzyła kobietę ze zmarszczki na podeszwie swej boskiej stopy i zna wszelkie sekrety żeńskiej duszy. Ponieważ powstały ze skóry w miejscu, w którym ciało styka się z Ziemią, kobiety mają jej mądrość i moc cyklów życiowych, a dotykając podłoża bosymi nogami stale łączą się z nią i odnawiają swój potencjał. La Que Sabe przypomina aztecką Coatlicue, helleńskie Gaję, Hekate, Graje oraz Mojry, rzymskie Parki, germańskie Norny, stare boginie mądrości, losu, wyroczni i magii, posiadające wiedzę tak starą jak świat*. Ta stara kobieta stoi na pograniczu światów racjonalizmu i mitu. Jest osią, wokół której obracają się te dwa światy. Owa kraina między nimi jest tajemniczym miejscem, które wszyscy rozpoznajemy, kiedy go doświadczamy, choć jego niuanse wymykają się nam i zmieniają kształty, gdy próbujemy je uchwycić i nazwać, chyba że posługujemy się językiem poezji, muzyki, tańca, opowieści. Istnieje domysł, że system immunologiczny organizmu jest zakorze­niony w tej niezbadanej psychicznej krainie, a także w mistycznych oraz archetypowych wizjach, obrazach i popędach, włączając w to tęsknotę za Bogiem, za tajemniczością, wszystkie wyższe instynkty, a także te przyziemne. Niektórzy twierdzą, że tkwią tu także dzieje ludzkości, korzenie światła, jądro ciemności. Nie na darmo jednym z możliwych wyjaśnień etymologii angielskiego słowo witch – ‘czarownica’ jest weid – ‘wiedzieć, znać”.

W jaki sposób udajemy się do tej krainy? Najkrócej mówiąc, poprzez wszelkie czynności wymagające odłożenia na bok codzienności, racjonalizmu i praktycyzmu czyli przede wszystkim tworzenie (pisanie, malowanie, śpiewanie, komponowanie), tańczenie, granie (szczególnie na bębnach) i medytowanie, przez wszystko to co wymaga koncentracji, obserwacji, samotności, wsłuchiwania się i, jak to nazywam, „nastawienia swojego odbiornika na fale wysokie”. To jest stan, który wymaga odsunięcia ego**, a jednocześnie również silnego stąpania na ziemi. Do wejścia w ową krainę trzeba się przygotować, bo łatwo może wprowadzić nas ona w stan euforii i extazy, które nie pozwolą nam wrócić do szarej codzienności. Drzewo, które nie ma mocnych korzeni, nie będzie miało potężnej korony. O tym, co się dzieje jeżeli nie mamy mocnych korzeni, opowiada miniatura o Czterech Rabinach. Wiemy, że kontakt ze światem, w którym spoczy­wają Esencje, powoduje, że poznajemy coś, co wykracza poza zwykły ludzki zmysł słuchu, i przepełnia nas poczucie przekraczania własnych granic, poczucie wielkości i majestatu. A jednak wobec doświadczenia głębokiej nieświadomości nie wolno nam wpadać w skrajności, ani zachłyśnięcie się, ani pokrywanie lęku racjonalizowaniem i cynizmem, ani lekceważenie nie pomogą nam powrócić do owej krainy. Dr E nazywa ją Río Abajo Río – Rzeką Pod Rzeką, a ponieważ etnicznie jest pochodzenia mexykańskiego, to na pewno musiała słyszeć o miejscu zwanym El Río Secreto – Tajemną Rzeką na Półwyspie Jukatańskim.

elriosecreto1

elriosecreto2

elriosecreto4

elriosecreto5

elriosecreto6

elriosecreto3

elriosecreto7

elriosecreto8

elriosecreto9

elriosecreto10

Piękna, prawda? Ale nie można do niej wejść, ot tak, bez sprzętu i przygotowania.

ZBIERANIE POROZRZUCANYCH CZĘŚCI

 Motyw wskrzeszenia jako nieodłączna część cyklu narodzin – śmierci – odrodzenia pojawia się od zawsze i w niemal każdej kulturze. Czy będzie to Izyda wskrzeszająca Ozyrysa, czy Innana/Isztar oraz Kora Persefona schodzące do Świata Umarłych i powracające z nich, czy umierający i odradzający się Attis, Adonis lub Tammuz, czy też Mitra albo Jeszua pokonujący chaos oraz śmierć od wieków towarzyszą nam jako archetypy tak jak odwieczna jest siła życia. Aby się odradzać trzeba nauczyć się odszukiwać i zbierać rozczłonkowane fragmenty naszej osobowości, a potem układać je ponownie w całość tak jak to robią La Loba, ale także Izyda ze swoją siostrą Neftydą, gdy zamieniają się w ptaki drapieżne i szukają kawałków ciała brata po całym Egipcie. Trzeba tak jak one wznieść się wysoko i bystrym okiem spojrzeć z innej perspektywy. Trzeba przyjrzeć się sobie i zastanowić dlaczego roztrwaniam energię na ‘jedno myślę, drugie mówię, a trzecie robię’. Trzeba ocenić co w naszym życiu jest martwe i już nam nie służy, co istotnego dla nas zgubiłyśmy po drodze, co jest nowe, świeże i wymaga szczególnej opieki, a co można odsunąć na plan dalszy. Trzeba dokonać rozpoznania i stawić czoła temu co zobaczymy tak jak Wasylisa rozdziela mak od popiołu i spogląda Babie Jadze prosto w oczy. Bez obawy, kobiety potrafią to zrobić. Nie na darmo ich symbolem jest znak Wenus, Gwiazdy Porannej&Gwiazdy Wieczornej, tej co daje życie i je odbiera. Ta, która na nowo tworzy życie z tego, co już umarło, jest zawsze archetypem o dwóch obliczach. Matka Stworzenia jest zarazem Matką Śmierci i odwrotnie. Ta dwoista natura, podwójna funkcja, stawia przed nami trudne zadanie zrozumienia, co wokół nas, ponad nami i w nas powinno żyć, a co powinno umrzeć. Naszym zadaniem jest zrozumieć rytm życia i śmierci i pozwolić umrzeć temu, co musi umrzeć, a żyć temu, co powinno żyć.

KOŚCI ZOSTAŁY ZEBRANE

Wszystko zaczyna się od kości… Dlaczego są tak ważne chyba nie muszę tłumaczyć, wystarczy spojrzeć na siebie i odpowiedzieć sobie na pytanie: co by było gdyby ich nie było? Kości są naszą ostoją, zapewniają ciału kształt i oparcie, pozwalają się ruszać, ochraniają narządy wewnętrzne, tworzą chroniące organizm białe krwinki i przechowują składniki mineralne.

W naukach ezoterycznych układ szkieletowy jest przypisany planecie Saturn czyli Kronosowi, mitycznemu tytanowi, pierwszemu dawcy praw, strażnikowi porządku i władcy czasu. Każdy astrolog wie, że obieg Saturna wokół Ziemi wynosi ok. 28-29 lat i że planeta ta powstrzymuje wszystko to co chcemy osiągnąć tu, teraz, byle jak najszybciej i jak najmniejszym nakładem kosztów, za to sprzyja wszelkim długofalowym projektom, a także temu co wymaga nauki, przemyślenia, pokory i dobrej organizacji. Jest także patronem ziemi i rolnictwa, bo mimo surowości i nieprzejednanej postawy, jest sprawiedliwy. Jeżeli pozwolisz działać cyklom zmian tak jak porom roku, zawsze będziesz mogła/mógł zasiać, wyhodować, zebrać i zatrzymać ziarno na następny siew. Dla kobiet świat El río abajo río, domostwo Zbierającej Kości, jest skarbnicą bezpośredniej wiedzy o korzeniach, kiełkach, nasionach ży­cia. W Meksyku mówi się, że kobiety niosą la luz de la vida (światło życia). Źródło tego światła jest umiejscowione nie w sercu kobiety, nie w jej oczach, ale en los ovarios, w jajnikach, gdzie ziarno życia tkwiło, jeszcze zanim się urodziła. (Skoro mowa o płodności i naturze nasienia, u mężczyzn odpowiednikiem jest moszna, los cojones, jądra).(…) Symbolika nasienia i kości jest podobna. Jeśli jesteśmy w posiadaniu korzenia, źródła, podstawy, elementu pierwotnego, jeśli jesteśmy w posiadaniu siewnego ziarna, to możemy naprawić wszelkie szkody i spustoszenia, obsiać na nowo zniszczone pola, twarde nasiona zmiękczyć w wodzie, by pękły i wypuściły kiełki.

Ale symbolicznie i archetypowo kości znaczą jeszcze więcej, to one łączą nas z przeszłością, z naszymi przodkami i ich doświadczeniami. To one, z przyczyn wręcz czysto fizycznych, stanowią o niezniszczalnej sile: są twarde, bardzo powoli się rozkładają, trudno je spalić, zniszczyć, zetrzeć na proch… Dopóki mamy kości, zawsze mamy szansę się odrodzić. Nasza psychika może być skazywana na wygnanie (Brzydkie Kaczątko), okaleczana, wychładzana i głodzona (Dziewczynka z Zapałkami), siły życiowe mogą z nas wypływać tak jak krew (Sinobrody, Czerwone Trzewiczki), nasz animus może tracić siły i muskulaturę (La Llorona), ale kości są naszą esencją. I na jej bazie można odbudować to co się straciło.

Kości w baśni są kośćmi wilka, dzikiego zwierzęcia, a więc i stworzenie, które dzięki procesowi się odrodzi nie będzie podlegać nadmiernym rygorom cywilizacji. By użyć obrazowego języka uczuć — czy jesteś wilkiem czarnym lub szarym z Północy czy rudym z Południa, czy arktycznym białym — jesteś kwintesencją naturalnych instynktów. Choć niektórzy woleliby, byś była układna i nie okazywała radości, skacząc po sprzętach, byś nie rzucała się na ludzi, witając ich spontanicznie, rób tak mimo to. Co oczywiście wcale nie znaczy, że żyjąc w zgodzie ze swoją dziką naturą będziesz zła, występna, egoistyczna i niedojrzała. Wychowywanie dziecka i pokazywanie mu mechanizmów społecznych to taki sam proces uczenia go życia w otaczającym go środowisku jak w wypadku wilka i innych zwierząt, rzecz w tym by nie przesadzić z dbałością i nadmiarem wody oraz nawozu nie zniszczyć dopiero co kiełkującej rośliny. Dr E używa często wyrażenia ‘overculture’ oznaczającego mniej więcej ‘nadmiar formowania’, coś co sprawia, że czujemy się przede wszystkim, szybą, garnkiem i rzeźbą, a nie piaskiem, gliną i głazem. Poprzez zbyt wiele zakazów, nakazów i oczekiwań otoczenia zapominamy kim jesteśmy sami dla siebie, widzimy siebie oczami innych i wpadamy w poczucie winy, niską samoocenę oraz frustrację. Dlatego trzeba zanurzyć się w siebie i odwiedzić Rzekę Pod Rzeką. Raz, dwa, trzy…tyle razy ile trzeba. Ludzie oddają się medytacji, by znaleźć psychiczną równowagę. Dlatego również zajmują się psychoterapią i psychoanalizą. Dlatego analizują sny i zajmują się sztuką. Dlatego niektórzy wróżą z kart tarota, odczytują przepowiednie / Ching, tańczą, walą w bębny, grają w teatrze, szukają znaczeń w wierszach i ślą do nieba modły. Dlatego robią wszystko to, co robią. To właśnie jest zbieraniem kości. Potem trzeba usiąść przy ogniu i rozmyślać, jaką pieśń zaśpiewać nad kośćmi, jaki hymn stworzenia, jaki hymn wskrzeszenia. A wypowiadane prawdy złożą się na pieśń.

TWORZENIE ŚPIEWEM

La Loba śpiewa nad kośćmi, które zebrała. A śpiewać to znaczy mówić głosem duszy. Śpiewać to znaczy z mocą wyrazić prawdę o własnej potędze i własnym pragnieniu, tchnąć duszę we wszystko, co toczy choroba, w to, co potrzebuje odnowy. Pisałam już o moim ulubionym micie dotyczącym stworzenia świata pochodzącym z Silmarilionu J.R.R. Tolkiena, gdzie Eru oraz Ainurowie tworzą Ardę za pomocą muzyki. Śpiewanie to wyprowadzanie tego co w nas najlepsze, najszczersze i pełne zapału na zewnątrz. Robiąc to co lubimy, co przepełnia nas radością i ma dla nas samych wartość, odbudowujemy siebie, powoli przybywa nam utraconych tkanek. Najtrudniej jest zacząć, usiąść nad kośćmi i wydobyć z siebie głos, potem robi się coraz lżej, gdy na nowo pojawiają się mięśnie, otacza nas chroniąca przed zagrożeniami bariera skóry, a krew zaczyna krążyć. Powiedzenie, że każdy tworzy swoje życie ma głęboki sens. Stara kobieta śpiewa nad kośćmi, a kiedy śpiewa, kości pokrywają się ciałem. My także „stajemy się”, kiedy przelewamy duszę na kości, które zebrałyśmy.

SZACUNEK DLA PUSTYNI

My, kobiety, jak suche kości, jakże często zaczynamy od pustyni. Czujemy się zniewolone, wyobcowane, oddzielone nawet od pustynnych kaktusów. Pustynia od czasów starożytnych była miejscem poświęconym, królestwem boga Seta i obszarem, na które udawali się przyszli prorocy, by szukać wiedzy i koncentracji. Tereny pustynne cechują się tym, że każdy życiodajny składnik jest w nich wykorzystywany do maximum, życie toczy się według ustalonego rytmu (rośliny i zwierzęta aktywne są przede wszystkim rankiem i późnym popołudniem), a większość czasu spędza pod powierzchnią. Pustynia nie jest żyzna, ale nie jest też jałowa. Ponieważ nie ma warunków do bujnej wegetacji, formy życia są w niej intensywniejsze i bardziej tajemnicze, a wiele roślin, których niemal nie widać na powierzchni ma szeroki i głęboko sięgający system korzeni. Podobnie wygląda życie wielu kobiet, czy to poprzez lęk, czy samotność, czy przez traumatyczne przeżycia, czy przez to, że nie mogąc rozwijać się na górze, kierują swoje siły na rozwijanie części podziemnych. Niektóre kobiety nie chcą przebywać na psychicznej pustyni. Nienawidzą jej jałowości, słabości, ubóstwa. Uparcie usiłują uruchomić zdezelowane jeepy, by wyboistą drogą pędzić do wyimaginowanego, olśniewającego wielkiego miasta psychiki. Spotyka je rozczarowanie, bo nie znajdują tam dzikiego, bujnego życia. Kwitnie ono w świecie duchowym, w świecie pomiędzy światami, w Rio Abajo Rio, w rzece pod rzeką.

 

Stara Kobieta, Dzika Kobieta, to La voz mitológica. To mityczny głos, który zna przeszłość, starożytne dzieje i przechowuje je dla nas w opowieściach. Czasami pojawia się w snach jako bezcielesny, ale przepiękny głos.

Jako czarownica pokazuje nam, że jest różnica między tym, co uwiędłe, a tym, co zasuszone ze starości. Niemowlęta rodzą się „zasu­szone” dzięki instynktowi. Czują instynktownie, co jest dla nich do­bre i co mają robić. To wrodzony dar. Jeśli kobieta go nie utraci, je­śli w młodości zachowa zdolność „bycia starą”, a w starości — młodą, to zawsze będzie wiedziała, co nastąpi. Jeśli utraci ten dar, to może go jeszcze odzyskać celową pracą nad psychiką.

Bo wszystko zaczyna się od kości…

Robbie Robertson&Ulali ‘Mahk Jchi (Heartbeat Drum Song)’***

* Dr E określa ją następująco: Wyobraźcie sobie kwintesencję starej kobiety, mającą dwa miliony lat. To pierwotna Dzika Kobieta, żyjąca zarazem pod ziemią i na powierzchni świata. Żyje w nas i dzięki nam; otacza nas sobą. Pustynie, lasy i ziemia pod naszymi domami mają dwa miliony lat, a może nawet więcej. Podobnie Hellenowie wyobrażali sobie Gaję, ziemia była dosłownie ciałem kobiety: podłoże i roślinność stanowiły skórę, góry – piersi, a jaskinie – łono.

** Ja osobiście wyobrażam sobie ego jako małe, nadąsane i przemądrzałe dziecko. Kiedy czuję, że zanadto chce mi się ono wpieprzać w podejmowanie decyzji, całuję je w czoło i mówię, Dobrze, dziękuję za twoją opinię, ale teraz idź na długi spacer, bo muszę się nad czymś zastanowić. Wbrew temu co myślą niektórzy, sądzę, że nie ma sensu demonizować naszego „ja”. W końcu jest częścią nas samych, po co opędzać się od niego, usiłować zmienić, krzyczeć i przeganiać? Ono jest tylko niedojrzałe i nastawione na „tu i teraz” tak jak dziecko, które nie jest przecież złe, patrzy po prostu z innej perspektywy. Aby je formować, wystarczy rozsądnie wyznaczać mu granice i nie pozwolić decydować w sprawach, do których decyzja do niego nie należy.

 *** Mahk jchi tahm buooi yahmpi gidi
Mahk jchi taum buooi kan spewa ebi
Mahk jchi tham buooi yahmpi gidi
Mahk jchi taum buooi kan spewa ebi

Mahmpi wah hoka yee monk
Tahond tani kiyee tiyee
Gee we-me eetiyee
Nanka yaht yamoonieah wajitse

A hundred years have passed
Yet I hear the distant beat of my father’s drums.
I hear his drums throughout the land.
His beat I feel within my heart.
The drum shall beat
so my heart shall beat.
And I shall live a hundred thousand years.

 (http://lyrics.wikia.com/Robbie_Robertson:Mahk_Jchi_%28Heartbeat_Drum_Song%29)

 

Czterej Rabini

Tak jak napisałam w newsach w lutym miałam przerwę międzysemestralną na uczelni i nie opublikowałam żadnej nowej analizy baśni, ale nie chcę zostawiać Was tak zupełnie bez posta w tym miesiącu, dlatego prezentuję krótką historię o czterech rabinach, którą dr Estes włączyła do rozdziału o La Lobie, Wilczycy. Tym razem nic nie mówię i zostawiam Was samych z textem, to do Was należy interpretacja wink3

Pewnej nocy czterech rabinów nawiedził anioł, który obudził ich i poprowadził do Siódmego Sklepienia Siódmego Nieba. Tam ujrzeli święte Koło Ezechiela.

Powracając z Pardes (Raju) na Ziemię, jeden z rabinów pod wpły­wem olśniewającego widoku postradał rozum i do końca swoich dni włóczył się po świecie, tocząc pianę z ust. Drugi rabin powiedział cynicznie:

„Koło Ezechiela śniło mi się tylko, nic więcej. Nic się naprawdę nie zdarzyło”.

Trzeci rabin nie przestawał rozprawiać o tym, co widział, bo widok ten całkowicie nim zawładnął. Bezustannie objaśniał konstrukcję i zna­czenie Koła, wskutek czego zbłądził i zdradził swą wiarę. Czwarty rabin, który był poetą, wziął papier oraz trzcinę, i usiadłszy przy oknie, pisał pieśń za pieśnią, wychwalając gołąbki o poranku, swą córecz­kę w kołysce, gwiazdy na niebie. Jego życie odtąd stało się lepsze i piękniejsze.

A korzystając z tego, że ten post jest bardziej “techniczny” niż merytoryczny chciałabym bardzo podziękować

panu Tomaszowi Piotrowi Borewiczowi oraz portalowi psychotronika.pl za zalinkowanie mojego posta o Sinobrodym

autorce bloga Tam Gdzie Trawy Zielone za rebloggowanie posta o radzeniu sobie ze stresem pourazowym

oraz wszystkim polecającym i obserwującym mój blog przez wordpress, emaila czy powiadomienia na profilu facebookowym. Przy okazji chciałabym donieść, że po czterech latach pobytu na wordpressie rozpracowałam w końcu jak tworzyć aktywne linki i ich kategorie grinrotfl2wall1 . Oczywiście wydarzyło się to znienacka i okazało się bardzo proste smirk2. Teraz linki do wszystkich zaprzyjaźnionych stron zebrane są w prawej kolumnie, jeżeli kogoś ominęłam to bardzo proszę o kontakt, na pewno dorzucę.

Jak już pewnie wiecie nie jestem psychologiem ani z zawodu, ani nawet z wykształcenia. Ten blog powstał z hambre del alma vieja, głodu starej duszy i kiedy zaczynałam, pisałam tylko i wyłącznie z własnej wewnętrznej potrzeby, nie wiedząc czy w ogóle ktoś to czyta. Teraz, niecały rok po powstaniu, widzę że tak i bardzo mnie to motywuje do dalszego działania.

Pozdrawiam wszystkich serdecznie

Anna Lawenda