Tag Archives: la llorona

Odcinek 16: La Mariposa, Baubo, Kojot Dick i Kapo. O ciele i zmysłowości

biegnaca z wilkami la mariposa baubo kojot dick i kapo

Zaraz na wstępie zaznaczam, że w tym wejściu chcę połączyć tematy z rozdziału 7, ‘Radość Ciała: Fizyczna Spontaniczność’, oraz rozdziału 11, ‘Powrót do Świętej Zmysłowości’, ponieważ sądzę, że łączą się ze sobą tematycznie. Do tej pory w Biegnącej z Wilkami mowa była przede wszystkim o duszy i życiu wewnętrznym, jednak nie da się nie zauważyć, że w życiu codziennym zwracamy uwagę głównie na ciało i wygląd zewnętrzny.

Dr E wyraża się o ciele jako o wiernym małżonku duszy, który pozwala jej poruszać się i działać w przestrzeni materialnej, myślę, że chyba tak właśnie powinniśmy je traktować, z uwagą i przyjaźnią, ale jako narzędzie. Możemy brać przykład ze zwierząt, które po prostu biegają, fruwają czy wspinają się, zachowując naturalnie i nie zastanawiając nad tym jak wyglądają. Nasze ciała różnią się od siebie i są w rozmaity sposób postrzegane w zależności od kultury, w której się wychowujemy, ale też subiektywnych ocen poszczególnych osób. Dla psychiki kierującej się instynktem ciało stanowi ośrodek czuciowy odbierający wszelkie wrażenia związane z istnieniem; jest siecią informacyjną z licznymi systemami komunikacji — układem sercowo-naczyniowym, oddechowym, kostnym, autonomicznym układem nerwowym, a także systemem emocjonalnym i intuicyjnym. Dla wyobraźni ciało jest potężnym wehikułem, duchem żyjącym razem z nami, modlitwą życia; rządzi się własnymi prawami (…) Ciało przemawia wieloma językami. Przemawia kolorem i temperaturą, rumieńcem rozpoznania, blaskiem miłości, popiołami bólu, żarem podniecenia, chłodem obojętności. Przemawia nieustannym, niedostrzegalnym tańcem, czasem kołysaniem, czasem pląsaniem, czasem drżeniem. Każde radosne drgnienie serca, każdy upadek ducha, depresja, budząca się nadzieja znaczą się na ciele. Całe ciało, kości, stawy, nawet mały palec przechowują pamięć. W każdej komórce w postaci obrazów i wrażeń zamknięty jest zapis naszych doświadczeń. Ciało jest jak gąbka nasiąknięta wodą — jeśli je nacisnąć, wyżąć, nawet lekko musnąć, to pamięć wypływa z niego stłumieniem.

W naszych kulturach zakorzenione są silnie stereotypy co do wyglądu i nie wygląda aby coś w tej kwestii szybko uległo zmianie. Twój chłopak jest rudy? Zaraz dostaniesz radę: uważaj bo wszystkie rude są fałszywe. Masz za dużo kilogramów? Zaraz dostaniesz serię brzydkich epitetów od świni do kaszalota. Masz za mało kilogramów? Będziesz nazywana/-y anorektyczką/anorektykiem czy wieszakiem. Założysz coś, co komuś się nie podoba? Ktoś zaraz powie, że wyglądasz jak siódme dziecko stróża. Wygląd to coś, co najłatwiej skrytykować i jeżeli ktoś myśli, że otoczenie pozwoli mu po prostu cieszyć się swoim ciałem, to, niestety, szybko spotka się z rozczarowaniem.

A przecież przyglądając się naturze da się zauważyć, że jej największym bogactwem jest różnorodność gatunków, wielkości, grubości, zachowań, przystosowań do środowiska… Tak samo jest wśród ludzi, nie ma sensu ślepo podążać za kulturą skoro jesteśmy częścią natury. Jedyne co możemy zrobić to zaakceptować ciało, jakie dostaliśmy od niej z całym dobrodziejstwem inwentarza czyli genów i wierzyć w to, że dla kogoś innego również wyda się ono atrakcyjne. Nie ma sensu wpatrywać się w tych, którzy są uważani za pięknych i próbować ich naśladować, trzeba zmierzyć się ze swoimi własnymi zapatrywaniami na ciało. Z szacunku do niego i tego jak dzielnie nam ono służy na co dzień mimo, że często je zaniedbujemy, nie należy słuchać ludzi, którzy je krytykują dla samej tylko krytyki. Psychologia zna mechanizm projekcji czyli tego że własne negatywne cechy czy zachowania nieświadomie przerzucamy na Bogu ducha winne osoby aby nie musieć samemu się z nimi uporać. Jeżeli ktoś mówi, że jesteś za wysoki/niski/gruby/chudy/blady etc to jest wysoce prawdopodobne, że ma własne problemy z samooceną. Osoby o zdrowym poziomie samoakceptacji nie wypominają innym, że wyglądają tak a nie inaczej. Nie ma sensu ani się garbić aby ukrywać wzrost, chodzić na wysokich obcasach by wydawać się wyższą ani wypychać biustonosza udając, że ma się duży biust, czy wykonywać innych magicznych sztuczek by dopasować się do oczekiwań otoczenia. Nie jesteś tylko swoim wyglądem zewnętrznym. Jeżeli opierasz swoją ocenę tylko na tym jak wyglądasz, to ręczę ci, że zawsze będzie ona za niska.

Mówiąc o pięknym ciele powinniśmy mieć na myśli ciało zdrowe, odpowiednio odżywione, nawilżone i zadbane niezależnie od tego jaką ma wysokość, strukturę kości, kolor skóry czy fakturę włosów. Powinniśmy też mieć świadomość, że nasza rzeczywistość wcale nie jest zorientowana na to by nasze ciała były zdrowe i zadbane, więc jeżeli sami tego nie dopilnujemy to raczej się takimi nie staną. Warunki pracy często wymagają od nas pozostawania w jednej, niekoniecznie wygodnej pozycji przez wiele godzin. Przemysł spożywczy podsuwa nam gotowe jedzenie, ale są to raczej produkty żywnościopodobne niż prawdziwa, zdrowa żywność. Natłok informacji oraz bodźców atakuje nas zewsząd, męcząc mózg. Nasze ciała były przystosowane przez tysiąclecia do stabilnego rytmu odzwierciedlającego zmianę pór roku czy dnia, dlatego nie ma się co dziwić, że nie nadążają za zmianami cywilizacyjnymi. Nie są przyzwyczajone do żywności dostępnej wszędzie i wielkiej obfitości skoro przez całe wieki trzeba się było mocno napracować aby ją zdobyć, a i tak często bywały okresy, gdy jej brakowało. Ciało ma zakodowane głęboko w sobie, że dopóki jest żywność to trzeba jeść, bo jutro może już jej nie być. To, owszem, miało rację bytu w czasach paleolitu, średniowiecza czy nawet jeszcze w dwudziestym wieku, ale teraz, niekontrolowane przez świadomość, prowadzi do otyłości czy zaburzeń odżywiania, tym bardziej że często właśnie żywnością próbujemy zagłuszyć nasze emocje (ile osób podjada batoniki albo słone paluszki w chwilach przygnębienia). Bardzo często nasze ciała mimo że mają nawet zbyt wiele kilogramów są po prostu niedożywione, bo w produktach żywnościopodobnych zbyt mało jest witamin i składników odżywczych. Bardzo często na skutek urazów psychicznych tracimy kontakt ze swoim ciałem (mówią o tym zwłaszcza ofiary przemocy) i przechodzimy trudną drogę do odzyskania go. Bardzo często nasze ciało jest dotknięte przez wieloletnią chorobę i utrudnia harmonijne funkcjonowanie na co dzień.

Niestety, ciało jest w naszej kulturze traktowane po macoszemu, z jednej strony prezentuje się je jako obiekt seksualny, który trzeba stale poprawiać, a z drugiej jako źródło wstydu i grzechu oraz mechanizm, który exploatuje się dopóki się da. Zwróćcie uwagę, że bardzo często do lekarza idziemy dopiero w ostateczności, kiedy objawy nie dają nam już normalnie funkcjonować. Zwróćcie uwagę jak niechętnie do lekarza chodzą mężczyźni, mając wpojone od najmłodszych lat, że mężczyzna nie skarży się i powinien być nie do zdarcia. Zwróćcie uwagę, że kobiety najpierw zatroszczą się o zdrowie dzieci i partnera, a dopiero na końcu o swoje. To są wszystko zachowania zaprogramowane od dzieciństwa przez często niewerbalne przekazy z zewnątrz. Nasza kultura nie nauczy nas zdrowej relacji ze swoim ciałem, sami musimy do niej dojść.
Niszczenie instynktownej więzi kobiety z jej naturalną fizyczną postacią odziera ją z elementarnej pewności siebie. Wątpi ona, czy jest pełnowartościowym człowiekiem, a swoją samoocenę opiera na wyglądzie, a nie charakterze. Pod presją panujących norm traci energię na pilnowanie się, żeby za dużo nie jeść, z wypiekami na twarzy śledzi wskazania wagi, liczy centymetry. Jest nieustannie zaprzątnięta swym wyglądem, myśl o nim przenika wszystko, co robi, planuje, przewiduje. W świecie instynktów jest nie do pomyślenia, by kobieta była do tego stopnia pochłonięta swoją powierzchownością. Dr E pisze tylko o kobietach i dziewczętach, ale to jak najbardziej dotyczy także mężczyzn i chłopców. Oburzacie się, że magazyny dla kobiet piszą głównie o modzie i wyglądzie? To spojrzyjcie na magazyny dla mężczyzn, które dają sposoby jak wypracować sobie mięśnie brzucha (i oczywiście sugerują, że dzięki temu wyrwie się laski i będzie miało fantastyczny sex). Obrazowo mówi o tym ten mem:

6556d7fe06d219bc07271ed126bb979d

(Oto Barbie, od wielu lat przedmiot kontrowersji, oskarżana przez feministki o reprezentowanie nierealistycznego, niezdrowego i niesprawiedliwego standardu piękna prowadzącego do “kryzysu” samooceny u dziewcząt. A oto He – Man.)

Wspominałam już o tym w analizie La Llorony: im więcej koncentrujesz się na wyglądzie zewnętrznym, tym mniejszą wagę będziesz przywiązywać do życia wewnętrznego. Co innego jest dbać o ciało jedząc zdrowe produkty, uprawiając umiarkowaną aktywność fizyczną i regularnie pilnując higieny, a co innego głodzić lub opychać się, katować na siłowni i przeprowadzać operacje plastyczne. Agitowanie kobiet do podejmowania różnych zabiegów upiększających uderzająco przypomina sposób, w jaki traktujemy naszą planetę — kroimy ją, palimy, odzieramy z naturalnych warstw, obnażamy do kości. Okaleczenia na psychice i ciele kobiet mają swoje odpowiedniki w kulturze i w samej przyrodzie. Psychologia holistyczna uznaje, że wszystko we wszechświecie jest wzajemnie zależne, że nie ma odrębnych, niezależnych światów. W tym świetle nie dziwi, że w naszej kulturze, w której naturalną fizyczną urodę ciała kobiety poddaje się okrutnym zabiegom, analogicznym manipulacjom poddaje się krajobraz i przyrodę, a także całe społeczeństwa, by dostosować je do obowiązujących mód. I choć kobiety z pewnością nie mogą z dnia na dzień powstrzymać sekcji dokonywanej na planecie i społeczeństwie, mogą nie pozwolić, by to samo robiono z ich ciałem.
Mity i baśnie obfitują w rozmaite artefakty takie jak czapka – niewidka czy latający dywan dające właścicielom nadprzyrodzone właściwości. Symbolizują one ciało, które jest czynnikiem sprawczym, pozwalającym duszy wcielać plany w życie. Prócz latających dywanów spotykamy i inne symbole ciała. Jest pewna opowieść, która przedstawia trzy z nich. Usłyszałam ją od Fahtah Kelly. Nazywa się po prostu Baśń o latającym dywanie. Sułtan wysyła trzech braci na poszukiwanie najpiękniejszego przedmiotu na świecie. Ten z braci, który przyniesie największy skarb, dostanie całe królestwo. Pierwszy powraca z rurką z kości słoniowej, przez którą można zobaczyć każde miejsce na ziemi. Drugi brat przynosi jabłko, którego zapach może uleczyć każdą dolegliwość. Trzeci przynosi latający kobierzec przenoszący w każde miejsce, o którym się pomyśli.
— Co jest najcenniejsze? — pyta sułtan. — Zdolność jasnowidzenia? Uzdrawiania? Czy duchowych podróży?
Bracia po kolei zachwalają swoje dary. Ale sułtan na koniec macha ręką i oświadcza:
— Żadna z tych rzeczy nie jest cenniejsza od innych, bo bez jednej inne byłyby bezużyteczne.
I królestwo zostaje podzielone na trzy równe części między wszystkich braci.
Baśń ta operuje potężnymi obrazami, które dają pojęcie, na czym polega prawdziwe życie ciała. Ta i inne podobne baśnie opisują wielkie moce intuicji, wnikliwości, uzdrawiania dotykiem i ekstazy ukryte w ciele (…) Przypuśćmy, że jak w baśniach o metamorfozach ciało jest pełnoprawnym bóstwem, nauczycielem, mentorem, przewodnikiem. Czy wobec tego mądrze jest spędzać całe życie, chłostając nauczyciela, który tak wiele może nam dać, tak wiele nauczyć? Czy chcemy przez całe życie pozwalać innym na ubliżanie naszym ciałom, osądzanie ich, doszukiwanie się w nich braków? Czy jesteśmy dość silne, by zanegować obiegowe poglądy i wsłuchać się głęboko w nasze ciało jak w potężną i świętą istotę?

Aby jeszcze bardziej przybliżyć temat dr E opowiada historię La Mariposy (Kobiety – Motyla).

————————————————————————————————————

LA MARIPOSA
Goście przybywają z wszelkiego rodzaju oczekiwaniami, od sacrum do profanum. Przybywają, by zobaczyć coś, co nie każdemu jest dane zobaczyć, rzecz najdzikszą z dzikich, żywego ducha, La Mariposa (Kobietę-Motyla).
Taniec motyla jest ostatnim wydarzeniem dnia. Wszyscy w wielkim napięciu wyczekują tego jednoosobowego spektaklu. Tańczyć ma kobieta, i to nie byle jaka… Kiedy słońce skłania się ku zachodowi, nadchodzi stary mężczyzna spowity w olśniewający, uroczysty turkusowy strój. Przez megafon, skwiercząc jak kurczak na widok jastrzębia, szepcze do mikrofonu z lat trzydziestych: „Nasz następny taniec to taniec motyla”. Odchodzi, kuśtykając i przydeptując sobie dżinsy.
W odróżnieniu od baletu, gdzie po zapowiedzi kurtyna się rozsuwa i na scenę wybiega rój tancerek, tu, w Puye, jak i w innych plemiennych tańcach, między zapowiedzią a pojawieniem się tancerza czy tancerki może minąć od dwudziestu minut do nieskończoności. Gdzie się podziewa tancerz? Może właśnie sprząta w przyczepie. Temperatura około 40°C nie jest tam niczym nadzwyczajnym, może więc trzeba zamalować strużki potu na misternym malowidle na ciele. Jeśli pas taneczny, należący jeszcze do dziadka tancerza, pęknie po drodze na scenę, tancerz się nie pojawi, ponieważ duch pasa musi odpocząć. Może się też ociągać, ponieważ w radiu Taos, w audycji „Tony Lujan’s Indians Hour” nadają akurat jakąś dobrą piosenkę.
Czasami tancerz nie słyszy głośnika i trzeba po niego posłać. Potem jeszcze musi pogadać z wszystkimi krewnymi, których spotka po drodze na scenę, a już najpewniej zatrzyma się, żeby wszyscy siostrzeńcy i siostrzenice dobrze mu się przyjrzeli. Małe dzieci są zachwycone widokiem górującego nad wszystkim potężnego ducha Katsina*, który dziwnie przypomina wujka Tomasa, albo tancerki kukurydzianej uderzająco podobnej do ciotki Yazie. Ponadto zawsze jest możliwość, że tancerz znajduje się jeszcze na autostradzie do Tesuąue, z nogami zwisającymi z budy ciężarówki, w kłębach czarnego dymu z rury wydechowej.
W niecierpliwym oczekiwaniu na taniec motyla wszyscy rozprawiają o dziewicach-motylach i pięknych dziewczętach z plemienia Zuni, które tańczyły w czarnoczerwonych strojach z jednym ramieniem odsłoniętym, z jasnoróżowymi kręgami wymalowanymi na policzkach. Ludzie chwalą tancerzy-jeleni, młodzieńców tańczących z gałęziami sosen przywiązanymi do rąk i nóg.
Czas płynie.
I płynie.
I płynie.
Ludzie podzwaniają monetami w kieszeniach. Cmokają językami. Turyści nie mogą się doczekać cudnej Tancerki-Motyla.
Niespodziewanie, kiedy już wszyscy są znudzeni do niemożliwości, bębniarz zaczyna wybijać święty rytm motyla, a śpiewacy na całe gardło zawodzą do bogów.
Dla turystów motyl to delikatna istota. Spodziewają się zobaczyć kruchą piękność. Nic dziwnego więc, że są wstrząśnięci, kiedy w podskokach pojawia się Maria Lujan15. Jest wielka, naprawdę olbrzymia, jak Wenus z Willendorfu, jak matka-Dzień, jak potężna kobieta Diego Rivery, która zbudowała Mexico City jednym strzepnięciem nadgarstka.
A Maria Lujan, o zgrozo, jest stara, tak stara, jakby powstała z martwych, starajak najstarsza rzeka, starajak najstarsze sosny na skraju lasu. Jedno ramię ma odsłonięte. Czerwono-czarna manta (szata z derki) podskakuje razem z nią w górę i w dół. Jej ciężkie ciało i bardzo chude nogi sprawiają wrażenie, jakby była skaczącym pająkiem utaplanym w tamale (kukurydza z mięsem).
Skacze na jednej nodze, potem na drugiej. Macha na wszystkie strony wachlarzem z piór. Jest motylem, który przybywa, by pokrzepić słabnących. Jest wcieleniem tego, co uważa się powszechnie za słabe: starości, motyla, kobiety.
Włosy Dziewicy-Motyla sięgają ziemi. Są gęste jak włosy z dziesięciu kaczanów kukurydzy, kamiennoszare. Ma też motyle skrzydła — takie same jak u małych dzieci w rolach aniołków na szkolnych przedstawieniach. Jej biodra sąjak dwa wielkie kołyszące się kosze, a pośladki tworzą półeczkę, na której mogłaby usiąść dwójka dzieci.
Skacze, skacze, skacze, nie cicho jak królik, ale z głośnym przytupem, aż się niesie echo.
Jestem tutaj…
Jestem tutaj, tutaj, tutaj…
Obudźcie się, ty, i ty, i ty!
Kołysze wachlarzem z piór w górę i w dół, rozsiewając ducha motyla na całą ziemię i ludzi na niej żyjących. Bransolety z muszli grzechoczą jak węże, podwiązki z dzwoneczkami brzęczą jak deszcz. Jej cień o wielkim brzuchu i cienkich nogach tańczy z nią od jednej strony kręgu
do drugiej. Stopy wzbijają obłoczki kurzu.
Plemiona indiańskie są pełne czci, przejęte. Ale niektórzy turyści patrzą po sobie i mruczą: „To ma być to? To ma być Dziewica-Motyl?” Są zaskoczeni, nawet rozczarowani. Już chyba nie pamiętają, że świat ducha to miejsce, gdzie wilki są kobietami, niedźwiedzie — mężczyznami, a stare kobiety o bujnych kształtach — motylami.

Tak, właśnie tak powinno być, że Dzika Kobieta albo Kobieta-Motyl jest stara i o bujnych kształtach, bo w jednej piersi dźwiga burze i pioruny, a w drugiej — cały świat podziemny. Plecy to widnokrąg Ziemi z wszystkimi plonami, pożywieniem i zwierzętami. Kark niesie wschód i zachód słońca. Lewe udo dźwiga wszystkie grube sosny, prawe — wszystkie wilczyce świata. Brzuch mieści wszystkie dzieci, które się kiedykolwiek narodzą.
Dziewica-Motyl uosabia żeńską siłę płodności. Przenosząc pyłek z miejsca na miejsce, zapładnia wszelkie życie, tak jak dusza zapładnia umysł nocnymi marzeniami, tak jak archetypy zapładniają świat ziemski. Jest centrum świata. Łączy przeciwieństwa, biorąc z jednego i kładąc po drugiej stronie. Przeobrażenie jest nie bardziej skomplikowane. Tego właśnie uczy Kobieta-Motyl. Tak robią to motyle. Tak robi to dusza.
Kobieta-Motyl przeczy błędnemu przekonaniu, że przeobrażenie jest dobre dla męczenników, świętych albo nadludzko silnych. Jaźń nie musi przenosić gór, by ulec transformacji. Wystarczy tylko trochę. Mała rzecz może zmienić wiele. Siła zapładniająca zastępuje przenoszenie gór.
Kobieta-Motyl zapyla dusze tej ziemi, mówiąc: „To łatwiejsze, niż myślicie”. Potrząsa wachlarzem z piór, podskakuje, bo musi rozsypać duchowy pyłek po wszystkich obecnych, rdzennych Amerykanach, małych dzieciach, turystach, po wszystkich. Całe jej ciało jest błogosławieństwem, ciało stare, słabe, wielkie, ciało o krótkich nogach i krótkim karku, ze skazami na skórze. Oto kobieta zjednoczona z dziką naturą, tłumaczka świata instynktów, siła zapładniająca, naprawiająca, pamiętająca odwieczne idee. Oto La voz mitológica. Oto wcielona Dzika Kobieta.
Tancerka-Motyl musi być stara, ponieważ symbolizuje odwieczną, starą duszę. Ma szerokie uda i szerokie pośladki, ponieważ tak wiele dźwiga. Siwe włosy są znakiem, że nie musi już przestrzegać tabu nie-dotykania innych. Wolno jej dotykać wszystkich: chłopców, dziewcząt niemowląt, mężczyzn, kobiet, dziewczynek, starych, chorych i umarłych. Kobieta-Motyl może dotykać każdego — to jej przywilej. Na tym polega jej moc. Jej ciało to ciało motyla, La Mariposa.

————————————————————————————————————

Siła życia jaka cechuje Dziką Istotę objawia się również jako naturalna siła zmysłowości i sexualności, która była zazwyczaj poddawana ścisłej kontroli przez kulturę, religię i mentalność, a teraz w czasach po rewolucji sexualnej bardzo często jest sprowadzana do poziomu porno. W epoce starożytnej istniały boginie, w których kultach zbliżenie było częścią obrzędu, a hieros gamos, święte zaślubiny, praktykowano na Bliskim Wschodzie oraz w Helladzie. W Babilonie każdy nowy król musiał spędzić noc w świątyni bogini Inanny (Isztar), aby potwierdzić swoją władzę, kładziono wtedy w jednym łożu posągi boga i bogini (podobnie było w Helladzie z figurami przedstawiającymi Zeusa i Herę). Jak widać w dawnych czasach sexualność w naturalny sposób łączona była z elementem sacrum, sytuacja uległa zmianie dopiero z nadejściem religii monoteistycznych. Co więcej, w tradycjach pogańskich zmysłowość oraz sexualność łączone były ze śmiechem, o czym opowiada historia Baubo, którą wspominano w czasie misteriów eleuzyjskich.
————————————————————————————————————
Matka-Ziemia, Demeter, miała niezwykłej urody córkę imieniem Persefona. Pewnego dnia Persefona, bawiąc się na łące, ujrzała prześliczny kwiat i wyciągnęła dłoń, by dotknąć jego płatków. Nagle ziemia zadrżała i rozpękła się, a wielka zygzakowata szczelina przecięła łąkę. Z podziemnej otchłani wynurzył się Hades, bóg świata umarłych. Wysoki i potężny stał w czarnym rydwanie ciągnionym przez czwórkę czarnych koni.
Hades porwał Persefonę i uwiózł w swoim rydwanie, poganiając konie coraz niżej, w głąb ziemi. Krzyk Persefony cichł coraz bardziej, kiedy szczelina zasklepiała się za nimi, nie zostawiając śladu, tak jakby nic się nie stało.
Ale głos dziewczyny poniósł się echem po górskich skałach, brzmiał w dźwięku morskich fal. Demeter słyszała, jak płaczą kamienie, jak płacze woda. A potem na całej ziemi nastała niesamowita cisza; unosił się tylko zapach zdeptanych kwiatów.
Demeter szalała z rozpaczy, rwała włosy ze swej nieśmiertelnej głowy. Zarzuciwszy ciemne szaty, leciała nad ziemią jak wielki ptak, wszędzie wypatrując córki, wołając ją po imieniu.
Tej nocy stara czarownica siedząca u wejścia do groty rzekła do swych sióstr, że trzykrotnie słyszała krzyk tego dnia: najpierw młody, przerażony głos, potem żałosne wołanie, wreszcie nieutulony płacz matki.
Demeter długo szukała na próżno. Tak zaczęła się jej pełna żalu, trwająca długie miesiące tułaczka. Szalała z gniewu i rozpaczy, płakała, krzyczała, dopytywała się, przeszukiwała wszystkie zakamarki ziemi, błagała bogów o litość, o śmierć, a choć czyniła wszystko, nie mogła znaleźć umiłowanej córki.
I wreszcie ta potężna bogini, opiekunka wiecznie odradzającego się życia, przeklęła żyzne pola, wołaj ąc w żalu i rozpaczy: — Niech wszystko umiera! — Klątwa Demeter sprawiła, że dzieci przestały się rodzić, zboża przestały rosnąć i wydawać plon na chleb, ginęły kwiaty i drzewa. Wszystko usychało — i ziemia, i piersi kobiet.
Pogrążona w bólu Demeter nie zażywała już nawet kąpieli. Snuła się zabiedzona, w łachmanach, ze splątanymi włosami. Choć smutek przeszywał jej serce, nie poddawała się. Wciąż chodziła, szukała, pytała, błagała. Wreszcie, po wielu daremnych wysiłkach, dotarła do wioski, w której nikt nie wiedział, kim jest, i spoczęła przy studni. A kiedy opierała swe zbolałe ciało na chłodnym kamieniu cembrowiny, pojawiła się przy niej kobieta, a raczej istota podobna do kobiety. Zaczęła tańczyć przed Demeter, kołysała biodrami i piersiami, wymownie naśladując akt miłosny. Demeter, ujrzawszy ją, nie mogła się powstrzymać od uśmiechu.
W istocie tańcząca żeńska postać była zaczarowana; nie miała głowy, jej oczami były sutki, a pochwa ustami. To właśnie te usta zaczęły opowiadać Demeter zabawne, rubaszne historyjki. Demeter najpierw się uśmiechnęła, potem zaczęła chichotać, aż wybuchnęła śmiechem z głębi brzucha. Śmiały się razem, mała brzuchata boginka Baubo i potężna Matka-Ziemia, Demeter.
Śmiech wydobył Demeter z rozpaczy i dał jej siłę do dalszych poszukiwań. W końcu z pomocą Baubo, starej Hekate i boga słońca, Heliosa, odnalazła swą córkę. Persefona została zwrócona matce. Cały świat, ziemia i łona kobiet znów zaczęły rodzić.

———————————————————————————————————–

Postać Baubo (Iambe) prawdopodobnie wywodzi się od neolitycznych bóstw symbolizowanych przez Wenus z Willendorf, Boginię – Matkę o obfitych piersiach, udach i pośladkach symbolizujących płodność. Nie raz byłam świadkiem, jak dobre maniery w pewnych sytuacjach tłamszą kobietę i nie pozwalają jej oddychać. A przecież śmiech polega właśnie na oddychaniu, jest ciągiem szybkich wdechów i wydechów. Kinezjologia i inne terapie ciała, na przykład Hakomi, dowodzą, że zaczerpnięcie oddechu pozwala wyraźniej odczuwać własne emocje, natomiast kiedy nie chcemy czuć, powstrzymujemy oddech. Śmiejąc się, oddychamy pełną piersią i w trakcie tej czynności możemy poczuć niedozwolone uczucia. A jakie to mogą być uczucia? Okazuje się, że są to nie tyle uczucia, ile raczej ulga i lekarstwo na uczucia negatywne — uwolnienie długo powstrzymywanych łez, przypływ zepchniętych w cień wspomnień, zerwanie kajdanów krępujących zmysłową osobowość.

Podobne pozytywnie obsceniczne zabarwienie ma opowieść o Kojocie Dicku, którą dr E usłyszała z ust Willowdean, żony Old Reda zarządcy kempingu w Nogales, kiedy pytała o tamtejsze opowieści.

——————————————————————————————————-
Był sobie raz Kojot Dick, najgłupszy i zarazem najsprytniejszy typ, jakiego można sobie wyobrazić. Ciągle się za czymś uganiał, ciągle próbował kogoś okpić, żeby dostać, czego chciał. Poza tym nic nie robił, tylko spał.
Pewnego razu, kiedy Kojot Dick drzemał sobie w najlepsze, jego fiut znudzony tym wszystkim postanowił go zostawić i poszukać przygód na własną rękę. Odczepił się więc od Kojota Dicka i ruszył w drogę. Tak naprawdę to skakał, bo jak wiadomo, miał tylko jedną nogę.
Skakał sobie radośnie i bardzo mu się to podobało, aż zeskoczył z drogi w las, a tam — rety! — wskoczył prosto w kępę pokrzyw. Zaczął krzyczeć: Auu! Auuu! Ratunku!
Przeraźliwe krzyki zbudziły Kojota Dicka, a gdy się obudził i sięgnął ręką, żeby ulżyć pęcherzowi, nie znalazł fiuta na miejscu! Kojot Dick popędził drogą, trzymając ręce między nogami i w końcu znalazł uciekiniera w wielkich tarapatach. Delikatnie wydobył swego poszukiwacza przygód z pokrzyw, pogłaskał, uspokoił i włożył na miejsce.
Old Red śmiał się jak wariat, aż dostał napadu kaszlu, a oczy niemal wyszły mu z orbit.
Taka była historia z Kojotem Dickiem.
Ale Willowdean go ofuknęła:
Zapomniałeś o zakończeniu.
O jakim zakończeniu? To już wszystko — mruknął Old Red.
Stary pijaku, zapomniałeś powiedzieć prawdziwe zakończenie.
— Skoro tak dobrze pamiętasz, to sama opowiadaj. — Zadzwonił
dzwonek u drzwi i Old Red podniósł się z krzesła.
Willowdean spojrzała na mnie roziskrzonymi oczami.
— Na końcu jest morał — powiedziała.
W tym momencie chyba wstąpiła w nią Baubo, bo zaczęła chichotać, parskać i śmiać się do łez, tak że dwa ostatnie zdania krztusiła przez całe dwie minuty, a każde słowo powtarzała kilka razy między haustami powietrza.
— Morał jest taki, że odkąd fiut poparzył się pokrzywami, to tak
zaczął Dicka swędzieć, że do tej pory nie przestał. I dlatego każdy chłop
dobiera się do baby i chce się poocierać, jakby go swędziało. Odkąd ten
fiut raz uciekł, wszystkie fiuty na świecie swędzą tak samo.

——————————————————————————————————

Dostaliście ataku śmiechu? Wiem. Jeżeli jednak sądzicie, że odłączenie organu sexualnego jest w opowieściach wyłącznie sztuczką mężczyzn to śpieszę poinformować, że znam również podobny motyw wyjmowania narządów płciowych związany z hawajską boginią Kapo.

——————————————————————————————————-
Kapo jest hawajską boginią magii, siostrą Pele, bogini wulkanów i matką Laki, bogini tańca hula. Kapo potrafiła przybierać różne kształty, ale jest znana głównie z innego swojego talentu—mogła odłączyć waginę od reszty ciała i posłać ją tam gdzie chciała. Pewnego razu użyła swojej kohe lele (‘latającej waginy’) aby uchronić swoją siostrę Pele przed gwałtem. Gdy Pele przechadzała się niedaleko swojego domu w Kilauea na wyspie Hawai’i, śledził ją Kamapua’a, bóg mający postać pół – człowieka, pół – świni. Kiedy miał się na nią rzucić, Kapo wyczuła zagrożenie i rzuciła waginą, tak że przeleciała tuż nad twarzą Kamapua’y. Ten natychmiast zapomniał o Pele i zaczął ścigać pochwę Kapo’s aż do wyspy Oahu, gdzie wylądowała tworząc krater Koholepelepe (najczęściej nazywany Kraterem Koko) przy Zatoce Hanauma. Kohe lele powróciła następnie do Kapo, zostawiając Kamapua’ę samego na skałach. Imię Kapo oznacza Ciemność, jest również znana jako Kapo-’ula-kina’u (Kapo O Czerwonych Plamach), Kapo-kohe-lele (Kapo O Latającej Waginie) oraz Kapo-ma’i-lele (Kapo O Latających Genitialiach).

Na podstawie http://www.goddessaday.com/polynesian/kapo
—————————————————————————————————-

W podobnym tonie dr E snuje opowieść o tym jak pewnego dnia generał Eisenhower miał wizytować wojska stacjonujące w Rwandzie. Gubernator chciał aby kobiety z rdzennych plemion stały przy drodze i wiwatowały na jego cześć, problem tkwił w tym, że ich ubrania ograniczały się do kilku sznurów korali i krótkich przepasek. Gubernator zwrócił się zatem z prośbą do wodza plemienia, aby na tę jedną okazję włożyły spódnice i koszule, które im dostarczy, ten zgodził się bez problemu i obiecał że będą stosownie ubrane. W dzień parady okazało się, że chociaż kobiety założyły spódnice to za nic na świecie nie chciały zgodzić się na noszenie koszul i pojawiły się z odsłoniętymi piersiami, nie nosiły też żadnej bielizny. Gubernator ponownie wezwał na rozmowę wodza plemienia, ten po konsultacji z kobietami solennie obiecał, że na pewno będą zasłaniać biusty. I rzeczywiście, kiedy samochód z generałem przejeżdżał obok, kobiety zarzucały sobie na twarz spódnice, zasłaniając w ten sposób piersi.

Jak widać tłumienie naturalności i spontaniczności może prowadzić do takich właśnie komicznych efektów. Zarówno poczucie humoru jak zmysłowość mają wspólne korzenie właśnie w naturalności i fizyczności, dlatego są ze sobą powiązane. Świętość i zmysłowość-seksualność sąsiadują ze sobą w psychice, bo jedna i druga objawia się jako cud, nie dzięki procesom intelektualnym, ale przez bezpośrednie doznania fizyczne; na krótką chwilę albo na zawsze pocałunek, wizja czy szczery śmiech zmieniają nas, wstrząsają naszymi podstawami, zabierają na szczyt, prostują ścieżki, dają taneczny krok, nagły gwizd, prawdziwą eksplozję życia.
Przechodzimy długą drogę od czasów dziecięcych, kiedy określamy siebie poprzez opinie innych do chwili, gdy sami możemy spojrzeć na swoją osobę i zdecydować co w naszym wyglądzie jest świetne, co mniej korzystne, a co zupełnie nam nie pasuje. Mówię jako ktoś kto sam przeszedł transformację od nieśmiałej okularnicy chodzącej w ciężkich dzianinowych ubraniach (bo trzeba jakoś zatuszować tą chudość jak twierdziła matka) do osoby, która chociaż nie przykłada nadmiernej wagi do wyglądu to odnalazła swój własny, wygodny styl. Zamiast narzekać na wygląd, wzięłam się do roboty: zamieniłam okulary na soczewki kontaktowe, przyciemniłam odcień włosów, znalazłam sobie wcale niedrogie, ale wygodne i w miarę efektowne ubrania, dorzuciłam trochę biżuterii… Wszystko zgodnie z zasadą: zmieniaj to co możesz zmienić i zaakceptuj to czego nie jesteś w stanie zmienić. Nie mogę zmienić swojego wzrostu czy struktury kości, więc po co się frustrować? Mój wygląd przypomina ten, który jest przez wiele pań określany pogardliwie jako anorektyczka. Nie należę do tych kobiet, którymi tak zachwyca się dr E, nie mam szerokich bioder czy ud ani dużych piersi. Baaaardzo daleko mi do Wenus z Willendorf. Jestem niewysoka, chuda, koścista i płaska. Moje ciało nie jest przystosowane do rodzenia dzieci. Moje ciało jest tym czym powinno być: przykryciem dla ducha i niczym więcej. Mojej energii wystarcza na to żebym przeprowadziła zajęcia, napisała kolejne wejście na bloga czy poszła na spacer, jednak nie obciążam ciała pracą fizyczną ani wyczynowym sportem. To nie moje ciało rodzi dzieci, ale umysł w postaci kolejnych odcinków mojej opowieści czy postów na blogu, a jest przy tym bardzo płodny. Jestem zdrowa, mam dobre wyniki, wiek metaboliczny o wiele młodszy niż metrykalny i czuję się dobrze, akceptuję siebie z całą moją chudością, kościstością oraz płaskością tak jak akceptują siebie Dzikie Istoty.

* O jednej z kachina (kaczynów) pisałam tutaj.

Mały Cud

Miałam się nie odzywać przez wakacje, ale pojawił się dobry powód, aby przerwać letnią siestę.

Nie wiem czy ktoś pamięta sytuację, którą opisywałam w La Lloronie, pozwólcie że zacytuję dla przypomnienia:

Znam taki przypadek osobiście. Zdolna dziewczyna mająca i wizję, i dobry warsztat pisarski tworzyła przez wiele miesięcy powieść fantastyczną w wielu odcinkach. Publikowała ją na portalu pisarskim, gdzie zbierała pozytywne recenzje, jednak w chwili osobistego kryzysu (i jak podejrzewam depresji) skasowała swoje konto z całą zawartością. Jak się później dowiedziałam, destrukcji uległy także wszystkie jej texty na twardym dysku. Kiedy dziewczyna jakoś się pozbierała, próbowała pisać raz jeszcze, tym razem na blogu, ale i on przetrwał tylko kilka miesięcy, po czym został przez nią skasowany. Z tego co się orientuję nie miała w otoczeniu nikogo, kto by ją wspierał w pisaniu, przychylne opinie pochodziły chyba tylko z naszego portalu pisarskiego, tak czy inaczej i zewnętrzne, i wewnętrzne podszepty destrukcyjnego w tym wypadku animusa skutecznie zatruły jej twórcze wody. Nie wiem co teraz robi, czy pisze, czy zupełnie się poddała, ale myślę, że jeżeli faktycznie to zrobiła, skrzywdziła najbardziej samą siebie, bo całą swoją naturą, całą sobą jest twórczą rzeką.

Gdzieś w głębi ducha bardzo chciałam, żeby przeczytała ten fragment, chociaż patrząc realistycznie nie było na to zbyt dużej szansy. Kiedy pisałam te słowa nie miałyśmy ze sobą kontaktu od dwóch lat, więc nie wiedziała o tym blogu i nie mogła znać adresu.

A jednak, cud się wydarzył. Trafiła tu, przeczytała analizę La Llorony i ku mojej wielkiej radości napisała do mnie. Niestety, z jej emaila dało się wyczuć przygnębienie, z tego co opowiada wynika, że nadal przebywa w mało ją wspierającym otoczeniu. Tym co wydało mi się najsmutniejsze był fakt, że określiła siebie jako ‘była pisarka’.

To nieprawda. Zawsze w takich wypadkach parafrazuję powiedzenie Maca Taylora z pozornie mało psychologicznego serialu CSI:NY (‘Kryminalne Zagadki Nowego Jorku’): Once a marine, always a marine (Jeżeli raz zostanie się żołnierzem marynarki, to pozostaje się nim już na zawsze). Nie można przestać być pisarką (czy malarką, czy rzeźbiarką, czy piosenkarką etc.). To że się w danym momencie nie tworzy nie oznacza, że przestała istnieć potrzeba wyrażania się. Nie umiera talent do uważnego obserwowania, głębszego postrzegania, przedstawiania pozornie zwykłej sytuacji w zupełnie innym świetle, a przede wszystkim przyciągania uwagi odbiorcy i poruszania w nim struny, której nic innego nie dotknie i której nie jest nawet świadomy. To jest źródło, które będzie zawsze biło, bo taka jest siła wody. Nie na darmo to ten element symbolizuje uczucia i twórczość, wody nie da się zatrzymać. Jeżeli ktoś będzie próbował zatamować źródło tam, gdzie biło do tej pory, to wytryśnie w innym miejscu. Nie dasz rady przestać być pisarką.

To nie brak wyobraźni Cię powstrzymuje przed pisaniem, tylko wewnętrzny krytyk. I co najdziwniejsze, to wcale nie musi być głos twierdzący, że nie potrafisz pisać, to również Twoje własne oczekiwania: żeby text został wydany, żeby nie był krytycznie przyjęty przez otoczenie, etc. Uciszenie ich to pierwszy krok do oczyszczenia rzeki, bo słuchając tych podszeptów będziesz ciągle natykać się na kolejne tamy i w rezultacie nie stworzysz niczego, co byłoby zgodne z Twoim własnym wnętrzem. A to jest przecież sedno tworzenia: wyprowadzać to co wewnątrz na zewnątrz w formie, jaka najbardziej współgra z nami samymi. Spróbuj się na tym skoncentrować, nie na okolicznościach zewnętrznych, po prostu pisz co Ci siedzi w sercu, nie zastanawiaj się co inni na ten temat powiedzą. Nie przejmuj się tym na razie. Być może za jakiś czas okoliczności zmienią się diametralnie, może zmienisz się Ty, być może to co teraz wydaje Ci się przeszkodą nie do przejścia, zniknie zupełnie albo Ty będziesz na tyle silna aby sobie z nią poradzić. Ale, tak jak mówi dr E, Zacznij. Tak się czyści rzekę.

Pamiętasz, że swojego czasu też nie chciałam wracać do pisania? Pamiętasz, co wtedy mi odpowiedziałaś? Może przypomnę:

Początkowo byłam rozczarowana, kiedy przeczytałam, że nie zamierzasz wracać do pisania naszego wspólnego projektu. Ale potem podeszłam do tego faktu bardziej optymistycznie i postanowiłam po prostu dokończyć moją część pracy, a resztę zostawić Tobie i szczęśliwemu losowi. Bo kto wie… Może za trzy lata zdecydujesz się jednak dopisać swoje części, za pięć lat znajdziemy dla tej książki wydawcę, a za dziesięć lat będziemy opijać sukces szampanem. Przecież ja też postanawiałam już więcej do tej książki (i pisania w ogólności) nie wrócić. Dlatego proszę, nie zarzekaj się, że nie będziesz już pisać opowieści z tej serii, bo życie – czasami na szczęście, czasami na nieszczęście – bywa nieprzewidywalne. Pozostaw mi furteczkę nadziei…

Wprawdzie nie do naszego projektu teraz wróciłam, tylko do mojej najstarszej opowieści, no ale nie mów, że nie miałaś racji!

I wiedz, że nie jesteś sama, masz przynajmniej jedną cheerleaderkę czyli mnie zeby. Przypuszczam też, że co najmniej kilkoro czytelników tego bloga przeżywało kiedyś to, co Ty i może się wczuć w Twoją sytuację. A jeżeli nie będę chwilowo Twoją cheerleaderką to pewnie tylko dlatego, że odgrywam rolę współczesnego Wolanda wydobywając Twoje texty z czeluści mojego laptopa. Dokumenty wordowskie nie płoną grin. Małe cuda się zdarzają i to wtedy kiedy się ich kompletnie nie spodziewamy. Ale sądzę, że na cuda trzeba sobie solidnie zapracować, więc proponuję zabrać się do roboty wink3. Spokojnie i w swoim tempie, bez żadnej presji, ale od razu.

A przynajmniej nie zatruwać już rzeki. Jest zbyt bystra, żeby stawiać jej nurtowi tamy.

Koniec z wymówkami. Do roboty!

Przeczytałam ten text na facebookowym profilu dr Estes kilka tygodni temu i na początku pomyślałam, że przetłumaczę go jako suplement do odcinka o La Lloronie. Doszłam jednak do wniosku, że więcej osób przeczyta go jeżeli wydzielę go do osobnego posta, więc oto on. Z dedykacją dla wszystkich, którzy nie mogą wyrobić się z pracą wink3.

Tytuł ode mnie zeby.

—————————————————————————————-

Drogie Dzielne Dusze:  oto cztery błędy, które często popełniają twórcy, w wyniku czego ich dzieła nigdy nie zostają ukończone.

1. Przekonanie, że trzeba mieć wiele wolnego czasu aby to co tworzymy było dobrej jakości.

2. Przekonanie, że należy znajdować się w spokojnym (w puste miejsce wstaw własne określenie) otoczeniu aby to co tworzymy było dobrej jakości.

3. Przekonanie, że należy dokładnie znać każdy niuans przed rozpoczęciem aby to co tworzymy było dobrej jakości.

4. Przekonanie, że można ruszyć bez planu i dotrzeć do miejsca przeznaczenia.

Na każde z tych przekonań da się znaleźć sposób:

1. Ustal jako swój cel pisanie, rzeźbienie, malowanie, uczenie, planowanie, sprzątanie, tworzenie, wykonywanie, opiekowanie się, oglądanie, badanie itd przez x minut/godzin dziennie.

Następnie zrób to.

2. Wiedz, że możesz pisać, rzeźbić, malować, uczyć, planować, sprzątać, tworzyć, wykonywać, opiekować się, oglądać, badać itd w trakcie gdy lata spaghetti, psy ujadają, boli głowa, żołądek się buntuje, rozpraszają cię atrakcyjne osoby lub czynności, kochane dzieci, dobrotliwi starsi, kumple, przyjaciele, gdy nie masz czasu ogarnąć domu, gdy stawiasz czoła wielkim wyzwaniom i gdy przechodzisz przez piekło.

Wykonuj swoją pracę. Codziennie.

3. Na litość boską, wiem, że wiesz, że Duch Twórczy jest istotą, która współtworzy razem z tobą. No to pozwól mu na to.  Zostaw miejsce dla ożywiającego ducha, by pomógł sprowadzić inne światy i inne pomysły. Zostaw bramy otwarte. Albo chociaż szczelinę w nich. Albo śluzę w tamie.

Słuchaj tego co ci mówię.

4. Przygotuj plan, zarys, spis treści, narysuj go, namaluj albo napisz i przyczep do ściany.

Trzymaj się go I/ALE zostaw też otwarte drzwi dla Ducha św. oraz Angelitos y Santitos (aniołków i świętych – przyp. Anna Lawenda), żeby wpadali cię odwiedzić i podpowiadali rozwiązania*.

Oto migawka z mojego dzisiejszego dnia: wstawanie, modlitwa, zwyczajne poranne mycie, ciasto ryżowe z masłem orzechowym, herbata imbirowa. Spoglądam na listę, którą zrobiłam poprzedniego wieczora, od razu widzę, że wszystkiego nie skończę w jeden dzień, więc stawiam czerwone gwiazdki przy sprawach priorytetowych. Dzwonię do sklepu, żeby dowiedzieć się czy dostępne są dwie rzeczy, na których mi zależy. Nie ma ich, więc zaoszczędzę czas na podróż. Wkładam benzynę do ciężarówki. Dodaję kartonowe pudła do recyclingu. Podchodzę do stołu do pisania, spoglądam na zarys najnowszego projektu, który chodzi mi po umyśle. Nie czytałam go od dwóch dni, więc jest świeży. Jestem podexcytowana. To musi wypalić. Spędzam kilka minut na zastanawianiu się: Nie wiem czy mogę zaczynać ten nowy projekt z powodów x, y i z. Ucinam szybko te dywagacje, przypominając sobie ile dusz czeka właśnie na to, żebyśmy ucinali swoje wahania i po prostu wykonywali pracę. Siedzę i piszę ręcznie strona za stroną. Mija godzina. Szacuję, że napisałam jakieś 800 słów. Ręka zaczyna mnie boleć. Całość powinna mieć nie mniej niż 80,000 słów. Spędzam minutę dręcząc się tym czy dam radę napisać aż w 80,000 słowach o tym co jest użyteczne, znaczące oraz piękne tak aby miało to ręce i nogi. Moje anioły mówią, żebym przestała. Idę zjeść trochę owoców jagodowych. Myję zlew i zabieram ubrania do treningu do prania. Ustawiłabym minutnik, ale nie mogę go znaleźć. MUSZĘ uporządkować biurko [znowu]. Biorę cztery pudła. Papiery, ubrania [nawet nie pytaj], przedmioty, książki. Potem odpowiadam na przynajmniej sześć emaili. Następnie dwie rozmowy telefoniczne w sprawach zawodowych. Przez około dwadzieścia minut rozmawiam z rodziną z czego dziesięć zajmuje mi znalezienie śmiesznego zdjęcia, które wysyłam im, żeby się pośmiali. Wracam do biurka. Czuję się zmęczona. Potrzebuję białka. Przygotowuję rybę i sałatkę. Lepiej. Spędzam 20 minut na poszukiwaniach wiadomości o egzotycznych motylach, gdy nagle odzywa się minutnik [który w końcu odnalazłam]. Schodzę na dół, wyciągam jedno pranie i ładuję następne. Z powrotem na górę, odbieram telefon, z radością rozmawiam na tematy nie mające NIC wspólnego z egzotycznymi motylami. Siedzę przy biurku i piszę trzy projekty “na wczoraj” oraz oś czasu dla nich, po raz enty zdaję sobie sprawę, że naprawdę, ale to naprawdę potrzebuję się sklonować i to od razu w kilku kopiach. 😀 . Tworzę szkic nowego projektu. Oglądam wideo z informacjami, których potrzebuję, ale kurczę, strasznie nie lubię oglądać widea, kiedy potrzebuję ZAPISANYCH wiadomości, z którymi zapoznanie zajęłoby może 10 minut. Zamiast tego muszę oglądać trwającą 59 minut całość, aby wyłowić je wszystkie. Odpowiadam na trzy emaile dotyczące dochodzenia do siebie po urazie oraz kilkanaście próśb o modlitwę. Około południa zatrzymuję się aby pomodlić. Potem powracam do pracy, oglądam wideo, robię notatki, komentuję je i segreguję. Słychać hałas w głębi domu. Coś spadło. Myślę, że to inwazja na moją siedzibę, ale w rzeczywistości to mała, o wiele zbyt mocno obciążona półka, która nie wytrzymała nadmiaru ładunku. Wypakowuję z niej chyba z dwie tony książek i odkładam na bok, tam gdzie powinny stać. Wracam do stołu, przy którym pracuję. O nie! Znowu minutnik! Schodzę na dół, kolejna tura prania. Czuję się niemal purytańsko…WSZYSTKIE ubrania czyste naraz, hahaha! Otwieram rozdziały dla nowych projektów, tworząc dla każdego plik w komputerze. Zaczynam przepisywać notatki. Zatrzymuję się aby napisać więcej ręcznie. Czas znaleźć narzędzie obrotowe, żeby stępić fragment biurka, który ułamał się i zostawił zadzior. Ha, i dokładnie wiem gdzie znajduje się wiertarka! Używam jej, od razu lepiej. Muszę wnieść na górę biblioteczkę. Demontuję ją i wnoszę po dwóch rzędach schodów. Od razu lepiej. Teraz czas na obiad, a potem trzeba wynieść śmieci. Zauważam, że toalety proszą się o uwagę…ich potrzeb nigdy nie da się zaspokoić. Wymieniam dwie spłuczki, zostaje mi jeszcze jedna. Spoglądam na zegarek, jest już szósta po południu. Nie skończyłam jeszcze roboty ani pisania na dzisiaj, ale mam już gotowych 1600 dobrych, solidnych słów na stronie plus czyste ubrania, kontakt z rodziną, dobre jedzenie, czas na poszukiwania itd.

TO JEST TYPOWY DZIEŃ, a przecież nie dotarłam jeszcze do momentu, gdy kładę się spać. Pamiętaj, że pisałam Biegnącą z Wilkami przez ponad dwadzieścia lat wychowując dziecko, chodząc do szkoły i pracując na cały etat.

Filarami mojego twórczego życia jest modlitwa poranna, południowa i wieczorna, od dziecka zamykam dzień modlitwą do anioła.

Nie sugeruję, żeby każdy pracował tak jak ja ani modlił się tak jak ja, chodzi o to, aby pracować codziennie na swój własny sposób i tworzyć regularnie tyle ile dasz radę. Wiem, że wiesz co teraz powiem, bo zawsze mówię to samo:  ważny jest postęp, a nie perfekcja. Taki cel stawiam sobie i delikatnie radzę tobie zrobić to samo.

Jeżeli wątpisz, to naprawdę sugeruję abyś mnie posłuchał/-a. Wiele przeżyłam i zabliźniło się we mnie wiele ran. Znowu powołując się na Biegnącą z Wilkami, przypomnę ci, że każdego dnia i nocy niesiemy wewnątrz siebie spokojny las. Świat na zewnątrz może z nim współgrać lub nie, ale to jest właśnie wewnętrzny las, la selva subteranea, las podświadomości, w którym rosną i dzikie oraz chaotyczne pomysły, i spokojne planowanie. To dzięki niemu tworzymy.

A teraz wstawaj, jeszcze nie jest zbyt późno, możesz śmiało tworzyć przez następnych pięć czy pięćdziesiąt minut…każda z nich jest cenna. Rób tak jak chcesz i jak ci pasuje, ale nie wymiguj się od pracy. Nie bądź twórczy/-a w wymyślaniu powodów, dla których nie możesz być twórczy/-a.

Z miłością,
dr.e

Oryginał znajduje się tu

* I tu się w pełni podpisuję pod tym o czym mówi dr E. Wprawdzie nie uznaję kultu aniołów i świętych, ale gdy rok temu tłumaczyłam bardzo długi i skomplikowany post o Sofii Boskiej Mądrości na anglojęzyczną wersję mojego bloga o boginiach, to tak naprawdę jedyne co musiałam zrobić to siąść i stukać na komputerze, bo post dosłownie sam się tłumaczył. Słyszałam w umyśle jak ktoś dyktował mi dokładnie zdanie po zdaniu. Naprawdę. Nie ściemniam. Takie osobowości jak Jane Leade czy Władimir Sołowjow doznawały wizji, w których przemawiała do nich Sofia, ale nawet jeżeli mnie objawiła się tylko poprzez przekład textu na angielski to jak najbardziej mi to wystarcza i czuję się zaszczycona.

Odcinek 10: La Loba. O kościach, wilkach i Rzece Pod Rzeką

biegnaca z wilkami la loba

La Loba

W niedostępnym, odludnym miejscu, które każdy w duszy zna, ale które niewielu widziało, żyje stara kobieta. Podobnie jak we wschodnioeuropejskich baśniach wyczekuje, aż jakiś zagubiony w drodze wę­drowiec czy poszukiwacz szczęścia zbłądzi pod jej dach.

Jest rozważna i przezorna, często z rozczochranymi włosami opada­jącymi na twarz i zawsze gruba; zazwyczaj unika ludzkiego towarzystwa. Umie krakać i gdakać i wydaje więcej dźwięków zwierzęcych niż ludzkich.

Można się domyślać, że żyje pośród zwietrzałych granitowych sto­ków na terytoriach Indian Tarahumara. Albo że ma swą kryjówkę za Phoenix, niedaleko jakiejś studni. Może spotkacie ją jadącą do Monte Alban w zdezelowanym samochodzie z wybitą tylną szybą. Może ktoś ją wypatrzy, jak stoi przy autostradzie niedaleko El Paso, albo jak ze strzelbą na ramieniu jedzie zatrzymaną ciężarówką do Morelii w Me­ksyku, albo jak podąża na targ do Oaxaca z nieforemną wiązką chrustu na plecach. Sama nazywa siebie wieloma imionami: LaHuesera, Poszukująca Kości, La Trapera, Zbieraczka, La Loba, Kobieta-Wilk.

Jedynym zajęciem La Loby jest zbieranie kości. Zbiera i przechowuje szczególnie kości tych istot, którym grozi wymarcie na ziemi. Jej jaskinia jest pełna kości wszelkich zwierząt zamieszkujących pustynię: jeleni, grzechotników, kruków, wron. Ale jej specjalnością są wilki.

Czołgając się i pełzając na kolanach, przeczesuje montanas (góry) i arroyos (wyschłe koryta rzek) w poszukiwaniu wilczych kości, a kiedy zgromadzi już cały szkielet, kiedy ostatnia kosteczka znajdzie się na swoim miejscu i staje przed nią piękna, biała rzeźba zwierzęcia, siada przy ogniu i duma, jaką zaintonować pieśń.

Kiedy już wie, staje nad swoją chaturą, unosi nad nią ramiona i zaczyna śpiew. Wtedy żebra i kości kończyn wilka zaczynają porastać ciałem, a potem sierścią. La Loba śpiewa dalej, w miarę jej śpiewu zwierzęcia przybywa, a silny i kudłaty ogon zadziera się do góry.

La Loba śpiewa dalej i wilk zaczyna oddychać.

Śpiewa z całych sił, z głębi płuc, aż pustynia drży w posadach, a pod­czas pieśni wilk otwiera oczy, podskakuje i zaczyna biec kanionem.

A w którymś momencie biegu, czy to od wielkiego pędu, czy to od bryzgów wody w rzece, czy to od promienia słońca lub księżyca, który pada wprost na bok zwierza, wilk nagle przemienia się w roześmianą kobietę, która biegnie wolna ku widnokręgowi.

Pamiętaj więc, jeśli wędrujesz przez pustynię i zbliża się zachód słońca, a tobie się zdaje, że zgubiłaś drogę, i z pewnością czujesz zmęczenie, to znaczy, że masz szczęście, bo może się spodobasz La Lobie i pokaże ci coś — coś, co ukrywa się w twojej duszy.

(…)

Starożytni medycy twierdzili, że nerw słuchowy w mózgu dzieli się na trzy lub więcej odgałęzień. Stąd wyciągali wniosek, że ucho miałoby słyszeć na trzech różnych poziomach. Jedno z odgałęzień miało słyszeć ziemskie, zwykle rozmowy. Drugie odgałęzienie miało być wrażliwe na naukę i sztuki piękne. Natomiast trzecie istniało po to, żeby sama dusza mogła słuchać przestróg i wskazówek i w ten sposób zdobywać wiedzę podczas przebywania na ziemi.

Teraz słuchajcie więc słuchem duszy, bo taka jest misja opowieści.

———————————————————————————————————–

Wszystko zaczyna się od kości…

Wilk zawsze miał zawziętych przeciwników, ale i wiernych obrońców. To nie tylko zwierzę ważne dla ekosystemu, w którym żyje, to również bohater licznych legend i mitów, który tak jak wiele innych zwierząt stał się symbolem i totemem. Z różnych przyczyn wilki były i są tępione, chociaż coraz częściej wprowadza się odpowiednie regulacje prawne mające temu zapobiegać, a populacje wilków na danym obszarze są obejmowane monitoringiem. Tak jak już cytowałam w Odcinku 1, dr E dostrzega podobieństwa między kobietą a wilkiem, które łączą się w opowieści o La Lobie (Wilczycy, Kobiecie – Wilku), pochodzącej z pustynnych terenów pogranicza Stanów Zjednoczonych i Mexyku. Mówi się, że jest na pustyni takie miejsce, gdzie duchy kobiet i wilków spotykają się na przecięciu czasów. Poczułam, że wpadłam na ciekawy trop, kiedy na rubieżach Teksasu zasłyszałam historię zwaną Loba Girl, o kobiecie, która była wilkiem, który był kobietą. Potem natrafiłam na starą aztecką legendę o osieroconych bliźniętach wykarmionych przez wilczycę, aż dorosły na tyle, by radzić sobie samo­dzielnie. Ten ostatni motyw jest również doskonale znany w mitologii europejskiej poprzez opowieść o wilczycy karmiącej Remusa i Romulusa. I wreszcie od starych hiszpańskich farmerów i Indian Pueblo z po­łudniowego zachodu słyszałam krótkie przekazy o zbieraczach kości (bone people), starych ludziach, którzy przywracali umarłych do życia; według podania potrafili wskrzeszać zarówno ludzi, jak i zwierzęta.

RZEKA POD RZEKA

Każdy z nas rodzi się w określonym miejscu i czasie, w określonej rodzinie, tradycji oraz kulturze i jest przez nie formowany. Czasami formowanie odbywa się płynnie, lekko i ostrożnie, a procesowi towarzyszą ogień i powietrze tak jak to się dzieje ze szkłem w hucie. Czasami formowanie przypomina kółko garncarskie, gdzie naturalnej, bezpostaciowej glinie w sposób delikatny i łagodny, ale jednak nadaje się dokładnie taki kształt, jaki się zamierza. Często formowanie jest tożsame z długim i mozolnym ociosywaniem głazu, który w końcu zamienia się w rzeźbę. Formowani przez rodzinę, tradycję i kulturę uczymy się co nam wolno, a czego nie wolno, nawiązujemy głębsze lub płytsze kontakty towarzyskie, wypełniamy narzucone nam obowiązki, wchodzimy w role społeczne i w pewnym momencie sami zaczynamy formować młodych tak jak my byliśmy formowani. Zapewne ogromna większość ludzi przeżywa w ten sposób swoje życie. Ale niektórzy z nas nagle zatrzymują się w pół kroku, zupełnie nagle i niespodziewanie, podczas spotkania z szefem, odwożenia dziecka do przedszkola czy jedzenia kolacji, i pytają: Czy tak ma być zawsze? Czy to już wszystko? Czy nie ma nic głębszego? Jeżeli masz szczęście i nie odrzucisz tej malutkiej iskierki, która rozbłysnęła w twoim umyśle i nie zignorujesz zewu duszy, to przestaniesz być formowany/-a, a dokonasz samosformatowania. Zaczniesz zastanawiać się, drążyć, zadawać pytania, przyglądać się sobie, innym, otoczeniu…Być może czasami przeklniesz moment, w którym się zatrzymałeś/-aś, ale nie będziesz w stanie się już cofnąć. Nie jesteśmy tylko szybą, ceramiką czy rzeźbą. Jesteśmy także ziarnkiem piasku, gliną i głazem. A kiedy to dostrzeżemy i nabierzemy pewności, że mamy i zawsze będziemy mieli potrzebny materiał, będziemy kształtować sami siebie. Będziemy jednocześnie i materiałem, i twórcą. Wszystkie zaczynamy jako kupka kości, jako szkielet rozsypany po pustyni i przysypany piaskiem. Nasze zadanie to wydobyć kości, oczyścić je z piasku. Praca to mozolna i drobiazgowa; najlepiej zabrać się do niej, kiedy cienie są długie w sam raz, bo trzeba uważnie wypatrywać. La Loba pokazuje, czego mamy szukać — niezniszczalnej życiowej siły, kości.

Kim zatem jest La Loba, Wilczyca? Jest archetypem i pojawia się w mitologii ludów całego świata, a najlepiej chyba uosabia ją La Que Sabe – Ta Która Wie Wszystko – bo stworzyła kobietę ze zmarszczki na podeszwie swej boskiej stopy i zna wszelkie sekrety żeńskiej duszy. Ponieważ powstały ze skóry w miejscu, w którym ciało styka się z Ziemią, kobiety mają jej mądrość i moc cyklów życiowych, a dotykając podłoża bosymi nogami stale łączą się z nią i odnawiają swój potencjał. La Que Sabe przypomina aztecką Coatlicue, helleńskie Gaję, Hekate, Graje oraz Mojry, rzymskie Parki, germańskie Norny, stare boginie mądrości, losu, wyroczni i magii, posiadające wiedzę tak starą jak świat*. Ta stara kobieta stoi na pograniczu światów racjonalizmu i mitu. Jest osią, wokół której obracają się te dwa światy. Owa kraina między nimi jest tajemniczym miejscem, które wszyscy rozpoznajemy, kiedy go doświadczamy, choć jego niuanse wymykają się nam i zmieniają kształty, gdy próbujemy je uchwycić i nazwać, chyba że posługujemy się językiem poezji, muzyki, tańca, opowieści. Istnieje domysł, że system immunologiczny organizmu jest zakorze­niony w tej niezbadanej psychicznej krainie, a także w mistycznych oraz archetypowych wizjach, obrazach i popędach, włączając w to tęsknotę za Bogiem, za tajemniczością, wszystkie wyższe instynkty, a także te przyziemne. Niektórzy twierdzą, że tkwią tu także dzieje ludzkości, korzenie światła, jądro ciemności. Nie na darmo jednym z możliwych wyjaśnień etymologii angielskiego słowo witch – ‘czarownica’ jest weid – ‘wiedzieć, znać”.

W jaki sposób udajemy się do tej krainy? Najkrócej mówiąc, poprzez wszelkie czynności wymagające odłożenia na bok codzienności, racjonalizmu i praktycyzmu czyli przede wszystkim tworzenie (pisanie, malowanie, śpiewanie, komponowanie), tańczenie, granie (szczególnie na bębnach) i medytowanie, przez wszystko to co wymaga koncentracji, obserwacji, samotności, wsłuchiwania się i, jak to nazywam, „nastawienia swojego odbiornika na fale wysokie”. To jest stan, który wymaga odsunięcia ego**, a jednocześnie również silnego stąpania na ziemi. Do wejścia w ową krainę trzeba się przygotować, bo łatwo może wprowadzić nas ona w stan euforii i extazy, które nie pozwolą nam wrócić do szarej codzienności. Drzewo, które nie ma mocnych korzeni, nie będzie miało potężnej korony. O tym, co się dzieje jeżeli nie mamy mocnych korzeni, opowiada miniatura o Czterech Rabinach. Wiemy, że kontakt ze światem, w którym spoczy­wają Esencje, powoduje, że poznajemy coś, co wykracza poza zwykły ludzki zmysł słuchu, i przepełnia nas poczucie przekraczania własnych granic, poczucie wielkości i majestatu. A jednak wobec doświadczenia głębokiej nieświadomości nie wolno nam wpadać w skrajności, ani zachłyśnięcie się, ani pokrywanie lęku racjonalizowaniem i cynizmem, ani lekceważenie nie pomogą nam powrócić do owej krainy. Dr E nazywa ją Río Abajo Río – Rzeką Pod Rzeką, a ponieważ etnicznie jest pochodzenia mexykańskiego, to na pewno musiała słyszeć o miejscu zwanym El Río Secreto – Tajemną Rzeką na Półwyspie Jukatańskim.

elriosecreto1

elriosecreto2

elriosecreto4

elriosecreto5

elriosecreto6

elriosecreto3

elriosecreto7

elriosecreto8

elriosecreto9

elriosecreto10

Piękna, prawda? Ale nie można do niej wejść, ot tak, bez sprzętu i przygotowania.

ZBIERANIE POROZRZUCANYCH CZĘŚCI

 Motyw wskrzeszenia jako nieodłączna część cyklu narodzin – śmierci – odrodzenia pojawia się od zawsze i w niemal każdej kulturze. Czy będzie to Izyda wskrzeszająca Ozyrysa, czy Innana/Isztar oraz Kora Persefona schodzące do Świata Umarłych i powracające z nich, czy umierający i odradzający się Attis, Adonis lub Tammuz, czy też Mitra albo Jeszua pokonujący chaos oraz śmierć od wieków towarzyszą nam jako archetypy tak jak odwieczna jest siła życia. Aby się odradzać trzeba nauczyć się odszukiwać i zbierać rozczłonkowane fragmenty naszej osobowości, a potem układać je ponownie w całość tak jak to robią La Loba, ale także Izyda ze swoją siostrą Neftydą, gdy zamieniają się w ptaki drapieżne i szukają kawałków ciała brata po całym Egipcie. Trzeba tak jak one wznieść się wysoko i bystrym okiem spojrzeć z innej perspektywy. Trzeba przyjrzeć się sobie i zastanowić dlaczego roztrwaniam energię na ‘jedno myślę, drugie mówię, a trzecie robię’. Trzeba ocenić co w naszym życiu jest martwe i już nam nie służy, co istotnego dla nas zgubiłyśmy po drodze, co jest nowe, świeże i wymaga szczególnej opieki, a co można odsunąć na plan dalszy. Trzeba dokonać rozpoznania i stawić czoła temu co zobaczymy tak jak Wasylisa rozdziela mak od popiołu i spogląda Babie Jadze prosto w oczy. Bez obawy, kobiety potrafią to zrobić. Nie na darmo ich symbolem jest znak Wenus, Gwiazdy Porannej&Gwiazdy Wieczornej, tej co daje życie i je odbiera. Ta, która na nowo tworzy życie z tego, co już umarło, jest zawsze archetypem o dwóch obliczach. Matka Stworzenia jest zarazem Matką Śmierci i odwrotnie. Ta dwoista natura, podwójna funkcja, stawia przed nami trudne zadanie zrozumienia, co wokół nas, ponad nami i w nas powinno żyć, a co powinno umrzeć. Naszym zadaniem jest zrozumieć rytm życia i śmierci i pozwolić umrzeć temu, co musi umrzeć, a żyć temu, co powinno żyć.

KOŚCI ZOSTAŁY ZEBRANE

Wszystko zaczyna się od kości… Dlaczego są tak ważne chyba nie muszę tłumaczyć, wystarczy spojrzeć na siebie i odpowiedzieć sobie na pytanie: co by było gdyby ich nie było? Kości są naszą ostoją, zapewniają ciału kształt i oparcie, pozwalają się ruszać, ochraniają narządy wewnętrzne, tworzą chroniące organizm białe krwinki i przechowują składniki mineralne.

W naukach ezoterycznych układ szkieletowy jest przypisany planecie Saturn czyli Kronosowi, mitycznemu tytanowi, pierwszemu dawcy praw, strażnikowi porządku i władcy czasu. Każdy astrolog wie, że obieg Saturna wokół Ziemi wynosi ok. 28-29 lat i że planeta ta powstrzymuje wszystko to co chcemy osiągnąć tu, teraz, byle jak najszybciej i jak najmniejszym nakładem kosztów, za to sprzyja wszelkim długofalowym projektom, a także temu co wymaga nauki, przemyślenia, pokory i dobrej organizacji. Jest także patronem ziemi i rolnictwa, bo mimo surowości i nieprzejednanej postawy, jest sprawiedliwy. Jeżeli pozwolisz działać cyklom zmian tak jak porom roku, zawsze będziesz mogła/mógł zasiać, wyhodować, zebrać i zatrzymać ziarno na następny siew. Dla kobiet świat El río abajo río, domostwo Zbierającej Kości, jest skarbnicą bezpośredniej wiedzy o korzeniach, kiełkach, nasionach ży­cia. W Meksyku mówi się, że kobiety niosą la luz de la vida (światło życia). Źródło tego światła jest umiejscowione nie w sercu kobiety, nie w jej oczach, ale en los ovarios, w jajnikach, gdzie ziarno życia tkwiło, jeszcze zanim się urodziła. (Skoro mowa o płodności i naturze nasienia, u mężczyzn odpowiednikiem jest moszna, los cojones, jądra).(…) Symbolika nasienia i kości jest podobna. Jeśli jesteśmy w posiadaniu korzenia, źródła, podstawy, elementu pierwotnego, jeśli jesteśmy w posiadaniu siewnego ziarna, to możemy naprawić wszelkie szkody i spustoszenia, obsiać na nowo zniszczone pola, twarde nasiona zmiękczyć w wodzie, by pękły i wypuściły kiełki.

Ale symbolicznie i archetypowo kości znaczą jeszcze więcej, to one łączą nas z przeszłością, z naszymi przodkami i ich doświadczeniami. To one, z przyczyn wręcz czysto fizycznych, stanowią o niezniszczalnej sile: są twarde, bardzo powoli się rozkładają, trudno je spalić, zniszczyć, zetrzeć na proch… Dopóki mamy kości, zawsze mamy szansę się odrodzić. Nasza psychika może być skazywana na wygnanie (Brzydkie Kaczątko), okaleczana, wychładzana i głodzona (Dziewczynka z Zapałkami), siły życiowe mogą z nas wypływać tak jak krew (Sinobrody, Czerwone Trzewiczki), nasz animus może tracić siły i muskulaturę (La Llorona), ale kości są naszą esencją. I na jej bazie można odbudować to co się straciło.

Kości w baśni są kośćmi wilka, dzikiego zwierzęcia, a więc i stworzenie, które dzięki procesowi się odrodzi nie będzie podlegać nadmiernym rygorom cywilizacji. By użyć obrazowego języka uczuć — czy jesteś wilkiem czarnym lub szarym z Północy czy rudym z Południa, czy arktycznym białym — jesteś kwintesencją naturalnych instynktów. Choć niektórzy woleliby, byś była układna i nie okazywała radości, skacząc po sprzętach, byś nie rzucała się na ludzi, witając ich spontanicznie, rób tak mimo to. Co oczywiście wcale nie znaczy, że żyjąc w zgodzie ze swoją dziką naturą będziesz zła, występna, egoistyczna i niedojrzała. Wychowywanie dziecka i pokazywanie mu mechanizmów społecznych to taki sam proces uczenia go życia w otaczającym go środowisku jak w wypadku wilka i innych zwierząt, rzecz w tym by nie przesadzić z dbałością i nadmiarem wody oraz nawozu nie zniszczyć dopiero co kiełkującej rośliny. Dr E używa często wyrażenia ‘overculture’ oznaczającego mniej więcej ‘nadmiar formowania’, coś co sprawia, że czujemy się przede wszystkim, szybą, garnkiem i rzeźbą, a nie piaskiem, gliną i głazem. Poprzez zbyt wiele zakazów, nakazów i oczekiwań otoczenia zapominamy kim jesteśmy sami dla siebie, widzimy siebie oczami innych i wpadamy w poczucie winy, niską samoocenę oraz frustrację. Dlatego trzeba zanurzyć się w siebie i odwiedzić Rzekę Pod Rzeką. Raz, dwa, trzy…tyle razy ile trzeba. Ludzie oddają się medytacji, by znaleźć psychiczną równowagę. Dlatego również zajmują się psychoterapią i psychoanalizą. Dlatego analizują sny i zajmują się sztuką. Dlatego niektórzy wróżą z kart tarota, odczytują przepowiednie / Ching, tańczą, walą w bębny, grają w teatrze, szukają znaczeń w wierszach i ślą do nieba modły. Dlatego robią wszystko to, co robią. To właśnie jest zbieraniem kości. Potem trzeba usiąść przy ogniu i rozmyślać, jaką pieśń zaśpiewać nad kośćmi, jaki hymn stworzenia, jaki hymn wskrzeszenia. A wypowiadane prawdy złożą się na pieśń.

TWORZENIE ŚPIEWEM

La Loba śpiewa nad kośćmi, które zebrała. A śpiewać to znaczy mówić głosem duszy. Śpiewać to znaczy z mocą wyrazić prawdę o własnej potędze i własnym pragnieniu, tchnąć duszę we wszystko, co toczy choroba, w to, co potrzebuje odnowy. Pisałam już o moim ulubionym micie dotyczącym stworzenia świata pochodzącym z Silmarilionu J.R.R. Tolkiena, gdzie Eru oraz Ainurowie tworzą Ardę za pomocą muzyki. Śpiewanie to wyprowadzanie tego co w nas najlepsze, najszczersze i pełne zapału na zewnątrz. Robiąc to co lubimy, co przepełnia nas radością i ma dla nas samych wartość, odbudowujemy siebie, powoli przybywa nam utraconych tkanek. Najtrudniej jest zacząć, usiąść nad kośćmi i wydobyć z siebie głos, potem robi się coraz lżej, gdy na nowo pojawiają się mięśnie, otacza nas chroniąca przed zagrożeniami bariera skóry, a krew zaczyna krążyć. Powiedzenie, że każdy tworzy swoje życie ma głęboki sens. Stara kobieta śpiewa nad kośćmi, a kiedy śpiewa, kości pokrywają się ciałem. My także „stajemy się”, kiedy przelewamy duszę na kości, które zebrałyśmy.

SZACUNEK DLA PUSTYNI

My, kobiety, jak suche kości, jakże często zaczynamy od pustyni. Czujemy się zniewolone, wyobcowane, oddzielone nawet od pustynnych kaktusów. Pustynia od czasów starożytnych była miejscem poświęconym, królestwem boga Seta i obszarem, na które udawali się przyszli prorocy, by szukać wiedzy i koncentracji. Tereny pustynne cechują się tym, że każdy życiodajny składnik jest w nich wykorzystywany do maximum, życie toczy się według ustalonego rytmu (rośliny i zwierzęta aktywne są przede wszystkim rankiem i późnym popołudniem), a większość czasu spędza pod powierzchnią. Pustynia nie jest żyzna, ale nie jest też jałowa. Ponieważ nie ma warunków do bujnej wegetacji, formy życia są w niej intensywniejsze i bardziej tajemnicze, a wiele roślin, których niemal nie widać na powierzchni ma szeroki i głęboko sięgający system korzeni. Podobnie wygląda życie wielu kobiet, czy to poprzez lęk, czy samotność, czy przez traumatyczne przeżycia, czy przez to, że nie mogąc rozwijać się na górze, kierują swoje siły na rozwijanie części podziemnych. Niektóre kobiety nie chcą przebywać na psychicznej pustyni. Nienawidzą jej jałowości, słabości, ubóstwa. Uparcie usiłują uruchomić zdezelowane jeepy, by wyboistą drogą pędzić do wyimaginowanego, olśniewającego wielkiego miasta psychiki. Spotyka je rozczarowanie, bo nie znajdują tam dzikiego, bujnego życia. Kwitnie ono w świecie duchowym, w świecie pomiędzy światami, w Rio Abajo Rio, w rzece pod rzeką.

 

Stara Kobieta, Dzika Kobieta, to La voz mitológica. To mityczny głos, który zna przeszłość, starożytne dzieje i przechowuje je dla nas w opowieściach. Czasami pojawia się w snach jako bezcielesny, ale przepiękny głos.

Jako czarownica pokazuje nam, że jest różnica między tym, co uwiędłe, a tym, co zasuszone ze starości. Niemowlęta rodzą się „zasu­szone” dzięki instynktowi. Czują instynktownie, co jest dla nich do­bre i co mają robić. To wrodzony dar. Jeśli kobieta go nie utraci, je­śli w młodości zachowa zdolność „bycia starą”, a w starości — młodą, to zawsze będzie wiedziała, co nastąpi. Jeśli utraci ten dar, to może go jeszcze odzyskać celową pracą nad psychiką.

Bo wszystko zaczyna się od kości…

Robbie Robertson&Ulali ‘Mahk Jchi (Heartbeat Drum Song)’***

* Dr E określa ją następująco: Wyobraźcie sobie kwintesencję starej kobiety, mającą dwa miliony lat. To pierwotna Dzika Kobieta, żyjąca zarazem pod ziemią i na powierzchni świata. Żyje w nas i dzięki nam; otacza nas sobą. Pustynie, lasy i ziemia pod naszymi domami mają dwa miliony lat, a może nawet więcej. Podobnie Hellenowie wyobrażali sobie Gaję, ziemia była dosłownie ciałem kobiety: podłoże i roślinność stanowiły skórę, góry – piersi, a jaskinie – łono.

** Ja osobiście wyobrażam sobie ego jako małe, nadąsane i przemądrzałe dziecko. Kiedy czuję, że zanadto chce mi się ono wpieprzać w podejmowanie decyzji, całuję je w czoło i mówię, Dobrze, dziękuję za twoją opinię, ale teraz idź na długi spacer, bo muszę się nad czymś zastanowić. Wbrew temu co myślą niektórzy, sądzę, że nie ma sensu demonizować naszego „ja”. W końcu jest częścią nas samych, po co opędzać się od niego, usiłować zmienić, krzyczeć i przeganiać? Ono jest tylko niedojrzałe i nastawione na „tu i teraz” tak jak dziecko, które nie jest przecież złe, patrzy po prostu z innej perspektywy. Aby je formować, wystarczy rozsądnie wyznaczać mu granice i nie pozwolić decydować w sprawach, do których decyzja do niego nie należy.

 *** Mahk jchi tahm buooi yahmpi gidi
Mahk jchi taum buooi kan spewa ebi
Mahk jchi tham buooi yahmpi gidi
Mahk jchi taum buooi kan spewa ebi

Mahmpi wah hoka yee monk
Tahond tani kiyee tiyee
Gee we-me eetiyee
Nanka yaht yamoonieah wajitse

A hundred years have passed
Yet I hear the distant beat of my father’s drums.
I hear his drums throughout the land.
His beat I feel within my heart.
The drum shall beat
so my heart shall beat.
And I shall live a hundred thousand years.

 (http://lyrics.wikia.com/Robbie_Robertson:Mahk_Jchi_%28Heartbeat_Drum_Song%29)

 

Odcinek 9: Trzy Złote Włosy. O zmęczeniu, starości i odnowie

biegnaca z wilkami trzy zlote wlosy

 TRZY ZŁOTE WŁOSY

Było to dawno temu, podczas głębokiej, ciemnej nocy—jednej z tych nocy, kiedy ziemia wydaje się czarna, a drzewa wyglądają jak zaciśnię­te pięści wyciągnięte do nieba. Właśnie w taką noc szedł przez las samotny stary wędrowiec. Choć gałęzie drapały mu twarz, kłuły w oczy, oślepiały, cały czas trzymał przed sobą mały, dogasający kaganek.

Wędrowiec stanowił niesamowity widok — długie żółte włosy, krzywe pożółkłe zęby i zakrzywione paznokcie. Plecy miał przygarbione, jakby niósł worek mąki, a był tak stary i zgrzybiały, że skóra na twarzy, rękach i biodrach zwisała w luźnych fałdach.

Starzec przedzierał się przez las, wlókł się, chwytając gałązek, ledwie dysząc.

Stopy paliły go jak ogniem. Sowy w koronach drzew pohukiwały razem z jego skrzypiącymi stawami, kiedy krok po kroku posuwał się naprzód. W oddali migotało małe światełko; była tam chatka, ogień, przytulne miejsce, do którego zdążał. Kiedy podchodził do drzwi, jego latarenka już dogasała, a był tak wycieńczony, że upadł na progu.

Wewnątrz przed ogniem buzującym na kominku siedziała kobieta. Gdy tylko starzec pojawił się w drzwiach, podbiegła do niego, podniosła, objęła ramionami i przeniosła do ognia. Trzymała go w ramionach, jak matka trzyma dziecko. Siedziała i kołysała się z nim w fotelu na biegunach. Przesiedzieli tak całą noc — biedny, słaby starzec jak worek kości i silna, choć też wiekowa kobieta kołysząca go i powtarzająca, że już wszystko dobrze.

Przed samym świtem starzec zaczął młodnieć; był teraz pięknym młodzieńcem o gęstych, złotych włosach, silnych rękach i nogach. A ona dalej go kołysała.

Czas płynął, a młodzieniec zmieniał się w małego, ślicznego chłopczyka o pszenicznych złotych włosach.

O brzasku stara kobieta wyrwała szybko trzy złote włosy z główki dziecka i rzuciła na drewniane deski. Rozległ się dźwięk: tiiii, tiiii, tiiii.

A dziecko zsunęło się z jej kolan i pobiegło do drzwi. Odwróciło się do niej na chwilę, uśmiechnęło promiennie i wzbiło w niebo, by stać się błyszczącym, porannym słońcem.

——————————————————————————————–

Opowieść o Trzech Złotych Włosach jest zakończeniem tryptyku, w którym wraz z opowieściami o Dziewczynce z Zapałkami i La Lloronie dr E opowiada o obchodzeniu się z własną naturą i atakami na nią. Jest krótka, ale pełna znaczeń. Dzieje się w nocy, kiedy nie musimy zakładać masek, jesteśmy czujniejsi i szczególnie polegamy na zmysłach, to noc odsłania przed nami nasze prawdziwe uczucia, a także pozwala przemówić podświadomości uruchamiając marzenia senne. W mitach noc to świat, którym włada Matka – Noc, stworzycielka świata. To Odwieczna Matka Dni, starucha znająca Życie i Śmierć. Nadejście nocy w baśniach można interpretować jako zstąpienie w nieświadomość. San Juan de la Cruz (Święty Jan od Krzyża) nazywał ten stan ciemną nocą duszy. W opowieści noc oznacza czas, kiedy życiowa energia, wyobrażana przez postać bardzo starego mężczyzny, rozprasza się, staje się coraz słabsza. To czas, kiedy — pod jakimś ważnym dla nas względem — idziemy ostatkiem sił. Powody naszego wyczerpania mogą być różne: czasami wynika ono ze zwyczajnego przemęczenia fizycznego, czasami z tego, że nasze plany są dopiero wdrażane w życie i nie widzimy jeszcze efektów, często dlatego, że podczas gdy my sami rozwijamy się, uczymy i wzrastamy, nasze otoczenie pozostaje na tym samym poziomie. To tak jakbyśmy samotnie, powoli ale bez ustanku, wspinali się we na wielką górę, a nasze otoczenie całą gromadą gnało autostradą u podnóża nie wiedząc nawet dokąd zmierza, jednak ani na chwilę nie myśląc aby zatrzymać się, zastanowić, wysiąść z samochodu i rozejrzeć dookoła. W najlepszym wypadku nasza wspinaczka będzie ignorowana, ale często na tym się nie skończy, bo otoczenie, nie znosząc naszej odwagi alpinisty, będzie usiłowało ściągnąć nas w dół i zrównać do swojego poziomu. Wtedy wchodzenie na szczyt wyczerpuje nas o wiele bardziej. W takiej sytuacji najgorsze, co można zrobić, to usiłować za wszelką cenę pozbierać siły. To nic nie da. Jak pokazuje baśń, właściwą rzeczą jest usiąść w spokoju i się kołysać. Cierpliwość, wyciszenie i delikatne kołysanie odnawiają twórcze myśli. Niejedna kobieta nazwałby taką chwilę luksusem. Dzika Kobieta nazywa to koniecznością.

To normalne, że co jakiś czas wyczerpują się nasze siły i entuzjazm. To normalne, że obserwując to co się dzieje dookoła, tracimy niewinność spojrzenia na świat. Mądrość nie tylko jest niełatwa do zdobycia, ale też boli, nie mówiąc już o tym, że przynosi wewnętrzne poczucie osamotnienia. Jest to faza naturalnego cyklu, nadchodząca, kiedy nasze idee zużywają się, kostnieją albo kiedy to my tracimy świeżość spojrzenia. Jesteśmy stare i zgrzybiałe jak staruszek w baśni Trzy złote włosy. Istnieje wiele teorii wyjaśniających bloka­dy twórcze, w rzeczywistości jednak ich łagodne postacie przycho­dzą i odchodzą jak pory roku, jak zmieniająca się pogoda — z wyjąt­kiem blokad psychicznych, o którym mówiłam wcześniej, takich jak niemożność dotarcia do własnej prawdy, lęk przed odrzuceniem, obawa przed artykulacją własnej wiedzy, obawa przed niekompetencją, zatru­cie głównego nurtu twórczego, nastawienie na przeciętność lub naśla­downictwo. Doskonałość powyższej opowieści polega na tym, że zarysowuje całkowity cykl rozwoju idei twórczej; małe płonące światełko symbolizuje oczywiście samą ideę, która powoli wyczerpuje się i niemal gaśnie, zgodnie z naturalnym cyklem. Jesteśmy tak jak Pustelnik z dziewiątego Wielkiego Arkanu Tarota.

Starzec w baśni kroczy z wielkim trudem, ale wie dokładnie, gdzie zmierza: do chaty, gdzie mieszka ta, która uosabia siły przyrody, starożytna Bogini Matka spotykana we wszystkich kulturach taka jak Gaja, Kobieta – Pająk, Kuan Yin czy Yemanya. Starzec jest jak Wasylisa, zmierzająca nocą mimo wszelkich przeciwności prosto do domu Baby Jagi. W baśni spotykamy znów starą La Que Sabe — kobietę, która ma dwa miliony lat. To Ta, Która Wie. W jej ramionach, przy ogniu, przechodzimy odnowę, odczuwamy przypływ nowych sił. To do tego ognia i do tych ramion wlecze się osłabiony starzec, bez nich musiałby zginąć.

Powiedzmy sobie wprost: żyjemy w kulturze, która brutalnie i bezwzględnie depta i wgniata w ziemię nasze naturalne cykle. Nasi przodkowie, którzy tworzyli baśnie i przekazywali je następnym pokoleniom żyli innym rytmem, byli zsynchronizowani w pierwotny sposób z czasem, zmianą pór roku itd. Był moment pracy, a potem moment żniw i odpoczynku. Połowę roku siano, uprawiano i zbierano plony, a drugą połowę spędzano siedząc przy nikłym świetle świec, przędąc i opowiadając historie. My żyjemy w chwili niewyobrażalnego wręcz przyspieszenia. Otaczają nas samochody, samoloty, metro, telewizyjne i radiowe stacje z całodobowymi wiadomościami, Internet, komórki, itd. Jesteśmy atakowani zewsząd bodźcami. Spieszymy się. Wszystko jest na wczoraj.  Nasze dusze i ciała nie są do tego przystosowane. Nasze dusze i ciała są duszami i ciałami, które ukształtowały się w czasach ludów rolniczych, więc są mocno zdezorientowane w tej burzy impulsów, elektronów i informacji. Nie są w stanie wszystkich przetrawić. Gubimy się i nawet tego nie zauważymy. W pewnym momencie nasze ciała i dusze zaczynają się buntować: lekarze ostrzegają przed epidemią chorób serca wśród trzydziestolatków wywołanych przepracowaniem oraz stresem, przed nadciśnieniem i otyłością obserwowanymi już u dzieci, przed coraz częstszymi zaburzeniami psychicznymi. Dr E ma rację: bez Bogini Matki dosłownie giniemy. Ale to potężna siła i chociaż chętnie obdarza swoją zdolnością regeneracji to rządzi się własnymi prawami, a jej naczelnym przykazaniem jest: WSZYSTKO W SWOIM CZASIE, WSZYSTKO WE WŁASNYM RYTMIE. Tego nie przeskoczysz. Nie oszukasz Baby Jagi. A wiesz co jest najlepsze? Tak zatraciłyśmy zdolności wyczuwania proporcji między pracą a odpoczynkiem, że same sobie dodajemy tej pierwszej. Ile kobiet haruje ponad miarę, pracując w miejscu, gdzie są zatrudnione, w domu wykonując obowiązki domowe, w szkole dziecka, gdy trzeba coś koniecznie zorganizować, opiekując się chorym krewnym, itd. Ale kiedy ktoś zasugeruje, żeby odpoczęły, robią wielkie oczy i gwałtownie protestują. Co? Odpoczynek?! Nie mam na to czasu, przecież zostało tyle rzeczy do zrobienia! Ile kobiet narzeka, że nikt im nie pomaga w obowiązkach domowych, ale kiedy mąż sprzątnie kuchnię, to natychmiast okazuje się, że przecież jeszcze trzeba tu zamieść, tu pościerać, tu poskładać itd. Ile kobiet robi generalne sprzątanie, aby wyładować złość, bo nie są w stanie jej wyartykułować. Ile kobiet zwyczajnie nie potrafi odpoczywać – kiedy mają wolną chwilę i mogłyby po prostu siąść i spokojnie wypić herbatę, zamiast tego rzucają się w wir pracy, bo nie mogą znieść myśli o „nicnierobieniu”. Argument o „nicnierobieniu” to tak naprawdę przykrywka dla lęku przed zatrzymaniem się i spojrzeniem w głąb siebie, moje panie. Obawiacie się tego co mogłybyście zobaczyć. Kilka lat temu oburzyła mnie pewna reklama środka przeciw grypie, który reklamowała „matka czworga dzieci” i twierdziła, że nie może pozwolić sobie na chorobę, bo musi zająć się dziećmi. Ano nie, moja droga. Choroba to działanie zdesperowanego ciała, które ma na celu cię zatrzymać, unieruchomić i pozwolić zregenerować siły. I ma do tego pełne prawo. I MOŻE sobie na to pozwolić.  W końcu kobieta musi odpocząć, pokołysać się w fotelu, odzyskać skupioną uwagę. Musi odmłodnieć, odzyskać energię. Wbrew pozorom jest to możliwe — nie jesteśmy same — w każdym kręgu kobiet, matek, studentek, artystek czy działaczek zawsze jest ktoś, kto zastąpi te, które potrzebują wytchnienia. Kobieta o twórczej osobowości musi zregenerować siły, by potem wrócić do intensywnej pracy. Musi się spotkać w lesie ze starą kobietą, wskrzesicielką, Dziką Kobietą w jednej z jej wielu postaci. Dzika Kobieta jest przygotowana na to, że animus co jakiś czas czuje zmęczenie. Nie jest wstrząśnięta, kiedy pada u progu. I nie jest wstrząśnięta, kiedy my padamy. Jest na to gotowa. Nie podbiegnie do nas w panice. Podniesie nas po prostu i będzie trzymać tak długo, aż odzyskamy naszą moc.

W poprzednim poście pisałam już o codziennej higienie mentalno – duchowej, która stosowana regularnie nie dopuszcza do stanu skrajnego wyczerpania albo pomaga zauważyć braki energii już we wczesnej fazie. Najlepiej, żeby kobieta zdała sobie z tego sprawę już na samym początku przedsięwzięcia, bo często zmęczenie jest dla niej zaskoczeniem. Wtedy załamuje ręce, lamentuje, szepcze o klęsce, swojej niezdatności do niczego, bezwartościowości i tym podobnych. To nie tak. Utrata energii to zwykła kolej rzeczy. Tak działa Natura. Nie ma sensu wpadać w panikę, zmuszać się do czegoś czy forsować. Wystarczy być i obserwować. Tak jak Dzika Kobieta, musimy spokojnie przytulić własne myśli, idee i po prostu z nimi być. Czy zajmujemy się własnym rozwojem, sprawami publicznymi czy związkami z ludźmi, nasz animus musi od czasu do czasu poczuć zmęczenie. Wszystkie poważne przedsięwzięcia, takie jak ukończenie szkoły, rękopisu, dzieła sztuki, opieka nad chorym bliskim, wchodzą w końcu w etap, kiedy energia, niegdyś świeża i młoda, starzeje się, podupada i nie może nic więcej udźwignąć.

Nikt nie jest Supermanem ani Superwoman. Każdy potrzebuje odpoczynku nieważne co na ten temat sądzi twój szef czy rodzina. I trzeba tu powiedzieć, że dotyczy to zarówno mężczyzn jak i kobiet, naprawdę nie ma sensu wykłócać się „kto ma gorzej”. W naszej kulturze mężczyźni są mocniej obciążeni oczekiwaniami i odpowiedzialnością za sprawy materialne, a nie są biegli w bezpiecznych sposobach rozładowania stresu i napięcia. Społeczeństwo nie daje im przyzwolenia na płacz, załamanie i bezradność. W kulturze zachodniej mężczyzna ma być opoką, na której wspiera się kobieta. Błędne jest założenie, że w pierwiastku męskim tkwi wieczna, niepokonana siła. To fałszywe przekonanie wpojone nam przez kulturę, które trzeba wykorzenić z psychiki. Ono sprawia, że zarówno męska energia w psychice, jak i sami mężczyźni w społeczeństwie czują się niepotrzebni i bezwartościowi, kiedy ulegają zmęczeniu i pragną odpocząć. To naturalne, że każdy człowiek potrzebuje przerwy w intensywnej pracy, by odnowić swe siły, odświeżyć się. Funkcjonowanie natury Życia – Smierci – Życia polega na cyklicznym ruchu, który stosuje się do wszystkich istot i rzeczy.

Na koniec kobieta rzuca na podłogę trzy złote włosy, które wydają dźwięk. Złoto to widoczna oznaka bogactwa, włosy są symbolem siły oraz myśli, a kiedy dotykają ziemi – podstawy mającej siłę materializowania zamierzeń zaczynają z nią rezonować. Wyrwij trzy włosy ze swego wysiłku, rzuć je na ziemię. Tam staną się jak sygnał pobudki. Padając na ziemię, wywołają dźwięk w psychice, rozdzwonią się, wzbudzą w duszy pobudzający do działania rezonans. Chłopiec unosi się w górę i zamienia w słońce, starożytny symbol siły sprawczej, przebojowości i męskości. Stara La Que Sabe pielęgnuje element męski, „przycinając zbyteczne gałązki”. Dzięki wycięciu uschniętych gałęzi drzewo staje się silniejsze. Wiele roślin rozkrzewia się bujniej, jeśli przytniemy ich kwiatowe pędy. U Dzikiej Kobiety cykl wzrostu i obumierania animusu jest naturalny. To proces pierwotny, odwieczny. Od niepamiętnych czasów kobiety w ten sposób podchodziły do świata idei i ich zewnętrznej ekspresji. Staruszka w baśni Trzy złote włosy na nowo poucza nas, jak się to robi.

Tyle dr E, ale ja chciałabym dodać coś od siebie. Moim natychmiastowym skojarzeniem po przeczytaniu textu był oczywiście starożytny symbol Uroboros czyli wąż (ewentualnie smok) zjadający swój własny ogon, do którego jestem przywiązana równie mocno jak do ANKH-a, yin&yang czy mojego Soluna.

Uroboros przedstawia wieczny cykl kończenia i rozpoczynania na nowo. Oczywiście i ja, i pewnie wiele innych osób zwykło zwracać uwagę tylko na aspekt początku, bo dla naszego ego łatwiej jest zaakceptować początek niż koniec . Pop kultura stale karmi nas tym mitem wieczności: Nasza miłość będzie trwała na wieki. Możesz być wiecznie młody. Zawsze będę szczęśliwy, itd. Jednak im starsi się stajemy, tym częściej doświadczamy końców, rozstań, ruin i tym mocniej je przeżywamy. Prędzej czy później zdajemy sobie sprawę, że coraz trudniej jest się nam zaangażować na początku, bo już z tyłu głowy świta nam myśl, że ostatecznie i tak się to zakończy, a my będziemy musieli uporać się z kolejną stratą. Zakończenia stają się coraz trudniejsze do wytrzymania, a nadzieja na nowy początek robi się coraz bardziej nikła. Wyobraźmy sobie, że nasze uczucia są pieniędzmi: idziemy do banku, lokujemy je, a bank plajtuje. Trudno, zabieramy to, co pozostało i idziemy do innego banku. Lokujemy je z myślą o dobrym zwrocie, ale i ten bank bankrutuje. Idziemy do trzeciego banku, a on po jakimś czasie również upada. Czy należy się dziwić, że nie mamy ochotę na lokatę w czwartym? Uczucia to nasz duchowy kapitał. Jeżeli go tracimy, to jesteśmy cali wypaleni od środka i pragniemy tylko nie zostać ponownie zranionymi. Ktoś zresztą kiedyś zdefiniował miłość jako włożenie ukochanej osobie sztyletu w dłoń z nadzieją, że nas nim nie ugodzi.

Symbol Uroborosa wywodzi się z dobrej, pogańskiej tradycji starożytnego Egiptu i Hellady, ale jest znany w wielu kulturach na całym świecie. Wąż był utożsamiany z bóstwami ziemskimi: Gają, Demeter czy Korą Persefoną i poprzez zrzucanie skóry symbolizował odnowę oraz mądrość. W czasach nowożytnych Uroboros pojawia się między innymi w karcie Maga, pierwszym Wielkim Arkanie Tarota, jest centralnym motywem Pani Jeziora Andrzeja Sapkowskiego, widać go w odcinku Władca Gór sagi o Thorgalu oraz w serialach Z Archiwum X czy Millenium, a wiele osób na pewno kojarzy go w podwójnej formie jako Auryn z Niekończącej Się Opowieści.

Uroboros ostrzega:

Kiedy zakochujesz się/rozpoczynasz wspólne mieszkanie z partnerem/zawierasz związek małżeński, pamiętaj że faza szczęścia nie będzie trwała wiecznie i prędzej czy później zaczną się kłopoty.

Kiedy rodzi się dziecko, nie zapominaj, że w pewnym momencie opuści ono rodziców, czy to w sposób naturalny rozpoczynając studia lub znajdując pracę, czy też nagle poprzez chorobę lub wypadek.

Kiedy dostajesz fantastyczną pracę, bądź ostrożny przy kupowaniu coraz to nowych rzeczy lub braniu kredytów, bo któregoś dnia możesz ją stracić.

Ale uczy również, że

Jeżeli coś straciłaś, dostałaś w zamian coś innego.

Jeżeli zrobiłaś lub nie zrobiłaś czegoś i teraz żałujesz, to dostaniesz kolejną szansę.

Jeżeli czegoś nie możesz teraz zrobić, poczekaj na lepszy moment.

Urodziłaś się mając tylko siebie i umrzesz mając tylko siebie. Licz na siebie i nie obawiaj się, jesteś częścią Wszechświata. Nie bój się być sama ze sobą. Samotność nie jest zła. Wiele osób nie dba o dobrą relację z własnym wnętrzem, uczuciami, motywami i próbują zagłuszyć ten brak relacjami z innymi ludźmi. Ale jeżeli nie czujesz się komfortowo sama ze sobą to z czym wychodzisz do partnera? Co mu z siebie dasz?

To trochę jak piosenka An End Has A Start zespołu Editors:

You came on your own
That’s how you’ll leave
With hope in your hands
And air to breathe

(Przyszłaś sama

I tak samo odejdziesz

Masz tylko nadzieję w dłoniach

i powietrze do oddychania)

Uroboros przekazuje nam, aby nie tracić wiary, cierpliwości i zaufania do praw Wszechświata, nieważne jak bardzo złamany życiem, zdruzgotany i ubogi się teraz czujesz. Mówi, Życie jest wieczne. Przyjdzie nowa szansa.

A chrześcijaństwo zrobiło z węża symbol pokusy i grzechu… Bez komentarza.

I jeszcze jedna rzecz, nad którą dosyć intensywnie się zastanawiałam. Kultura, w której żyjemy ewidentnie nie lubi starości. Zmarszczki usuwa się Botoxem albo photoshopem, osoby po sześćdziesiątce nie prowadzą wiadomości ani programów śniadaniowych, a pytanie o wiek jest niemal zniewagą. Tak, to śmieszne i smutne. Można by w tym miejscu zacząć narzekać i wyklinać ten proceder. Ale ja jednak będę pełnić rolę adwokata diabła i zapytam inaczej: dlaczego nie chcemy się starzeć? Czym jest starość? W wersji pozytywnej jest tym, o czym dr E pisała w baśni o Czerwonych Pantofelkach: W idealnej postaci stara kobieta symbolizuje godność, duchowego przewodnika, mądrość, samowiedzę, ducha tradycji, dobrze określone granice, doświadczenie przyprawione dla równowagi sporą dozą zrzędliwości, rubasznego humoru, bezpośredniości i przekory. A ja się pytam: ile takich staruszek znacie? Gdzie one są? Jak je spotkać? Bo ja ich jakoś nie widzę w swoim otoczeniu. Widzę schorowane, zmęczone życiem babcie noszące kufajki i chustki na głowie, plotkujące z sąsiadkami, narzekające, czepiające się, wysysające energię, mające obsesję na temat jedzenia, przekonane o własnej racji, słabo wykształcone, zamykające się w gettach z innymi babciami, przepychające się łokciami w autobusie, lecące do kościoła, zawzięte, sączące jad i słuchające pewnego specyficznego radia. Tak ma wyglądać starość? To ja się nie dziwię, że chcemy być młodzi. W Polsce socjologowie urządzają medialne konkursy na kolejne stracone pokolenia i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu zawsze klasyfikują do nich ludzi młodych. Nie lubię uogólniania, nie lubię ujednolicania i bardzo nie lubię wprowadzania kategorii „pokolenia”, ale jeżeli miałabym w Polsce znaleźć stracone pokolenie to jest to pokolenie dorastające w czasach wojny. Nasze babcie i dziadkowie psychicznie nigdy z niej nie wyszli. Czy na pewno poszłabyś do swojej babci po radę?

Proszę mnie źle nie zrozumieć, to nie jest krytyka, to jest obserwacja. Oczywiście w tym momencie ktoś może z przemądrzałą pewnością siebie stwierdzić: Hola, hola, uważaj, bo przecież ty kiedyś też będziesz stara! Otóż, mój drogi, sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana niż ci się wydaje. Zdaję sobie sprawę z tego, że w pewnym momencie mojego życia nadejdą zmarszczki, siwe włosy, menopauza, słabość oraz choroby i akceptuję to, przynajmniej na poziomie rozumowym, bo jak to będzie w praktyce to się dopiero okaże. Nie chcę się zarzekać, że na pewno nigdy się z tego powodu nie zdenerwuję, bo bez sensu jest wydawać sądy na temat przyszłości. Rzecz w tym, że mimo stosunkowo młodego wieku i wręcz nastoletniego wyglądu, wewnątrz jestem cała stareńka. To efekt wieloletniej samotnej wspinaczki na górę zwaną Rozwojem. Kiedy spojrzę w dół, to zdaję sobie sprawę gdzie jestem ja, a gdzie moje otoczenie. I wcale nie wywołuje to we mnie radości czy satysfakcji z tego, że nie stoję w miejscu tylko się wspinam ani żadnego poczucia wyższości, że oglądam świat z góry. Wzbudza to we mnie smutek, że jestem sama i że na dole wszyscy mkną dalej tą autostradą donikąd, a ci teoretycznie najbliżsi mi stoją w dole i rzucają kamieniami, żebym odpadła od ściany i zrównała się z ich poziomem.

Tym co nas najbardziej postarza jest niedojrzałość innych.

Ale kiedy czuję, że już nie wytrzymam, że nie mam sił wspinać się dalej, to spoglądam w górę i wiem, że w odpowiednim czasie zrzucę skórę jak wąż, że znajdę drogę wśród nocnego lasu jak staruszek – Pustelnik z latarenką i że w banku moich uczuć zawsze znajdą się pieniądze, które dobrze zainwestuję.

Some things should be simple
Even an end has a start

Odcinek 8: La Llorona. O współpracy między animą a animusem oraz regularnym oczyszczaniu się z toksycznych wpływów

biegnaca z wilkami la llorona

La Llorona (Płacząca Kobieta)

Bogaty hidalgo, hiszpański szlachcic, zaleca się do pięknej, ale ubogiej dziewczyny i zdobywa jej serce. Mimo że rodzi mu ona dwóch synów, nie raczy się z nią ożenić. Pewnego dnia oświadcza jej, że wraca do Hiszpanii, gdzie ma poślubić majętną kobietę wybraną przez jego rodzinę, a synów zabiera ze sobą.

Młoda kobieta wpada w rozpacz, szaleje. Drapie jego i siebie po twarzy, rozdziera szaty. Wreszcie zabiera chłopczyków, biegnie nad rzekę i wrzuca ich w nurt. Dzieci toną, a La Llorona pada na brzeg i umiera z żalu.

Hidalgo wraca do Hiszpanii i żeni się z bogaczką. Dusza La Llorona idzie do nieba. Tam święty Piotr oświadcza, że będzie w niebie przyjęta, ponieważ wiele wycierpiała, ale dopiero wtedy, gdy odnajdzie dusze swoich dzieci utopionych w rzece.

I dlatego właśnie La Llorona, płacząca kobieta, ciągnie swe długie włosy po brzegu rzeki, zanurza długie palce w wodzie, by na dnie znaleźć swoje dzieci. Dlatego też żywe dzieci nie mogą się zbliżać do brzegu po zmroku, bo La Llorona może je wziąć za swoje i zabrać na zawsze.

INNA WERSJA

Przejdźmy do wersji współczesnej. W miarę jak z biegiem historii kultura poddaje się różnym wpływom, ulegają przemianom myślenie, postawy i problemy. Zmienia się też opowieść o La Llorona. Kiedy w zeszłym roku w Kolorado zbierałam opowieści o duchach, dziesięcioletni Danny Salazar, szczerbaty, niewiarygodnie chudy chłopak o wiel­kich stopach zapowiadających wysoki wzrost, opowiedział mi swoją wersję. Dodał, że La Llorona zabiła swoje dzieci z zupełnie innych przyczyn niż w starej baśni.

— To było inaczej — upierał się Danny. — La Llorona została kochanką bogatego hidalgo, który miał fabryki nad rzeką. Kiedy była w ciąży, napiła się wody z tej rzeki. Jej synowie, bliźniacy, urodzili się niewidomi, ze zrośniętymi palcami, bo hidalgo zatruł rzekę ściekami z fabryki.

Hidalgo powiedział La Lloronie, że nie chce ani jej, ani dzieci. Ożenił się z bogatą kobietą, która chciała mieć to wszystko, co produkowała fabryka. La Llorona utopiła dzieci w rzece, a potem sama umarła z żalu. Poszła do nieba, ale święty Piotr nie chciał jej wpuścić, zanim nie odnajdzie duszyczek dzieci. I La Llorona do dziś szuka dzieci w brudnej rzece, ale nic w niej nie widzi, bo woda jest brudna i ciemna. Jej duch szuka dzieci na dnie albo błąka się po brzegu i nawołuje.

———————————

Dr Estes lubi porównywać wyobraźnię, kreatywność i pragnienie „twórczego wyżywania się” do rzeki. Siły twórcze płynące przez krajobraz psychiki szukają istniejących w nas naturalnych zagłębień, arroyos (koryt, kanałów). Stajemy się ich odnogami, ich basenami, stawami, jeziorami, strumieniami i sanktuariami. Spontaniczna energia twórcza wlewa się w koryta, które są w nas — te, z którymi się rodzimy, i te, które kopiemy własnymi rękami. Nie musimy ich wypełniać, wystarczy, że je zbudujemy (…)Jeśli wielka podziemna rzeka znajdzie ujścia i odgałęzienia w naszej psychice, to nasze twórcze życie zacznie pulsować, falować, wzno­sić się i opadać cyklicznie jak nieujarzmiona rzeka. Dzięki tym cyklom coś się rodzi, rośnie, obumiera i zanika w swoim czasie, po czym odradza się na nowo. Przy czym jako siły twórcze rozumie nie tylko czynności związane ze sztuką czy kulturą, ale tzw. ‘iskrę bożą’, natchnienie podrywające nas do działania. Za każdym twórczym aktem — czy będzie to pisanie, malarstwo, myślenie, uzdrawianie, gotowanie, rozmawianie, uśmiech czy rękodzie­ło — płynie rzeka, Rio Abajo Rio (‘Rzeka Pod Rzeką’ – przyp. Anna Lawenda), która dostarcza odżywczych wód wszystkiemu, co robimy(…) Twórcza postawa wyrasta z miłości — do osoby, słowa, obrazu, jakiejś idei, ziemi czy ludzkości — z umiłowania, które wzbiera i przepełnia nas do tego stopnia, że musimy je uzewnętrznić, tworząc. To nie kwestia chęci czy postanowienia, nie pojedynczy akt woli, ale wewnętrzna konieczność. Na całym świecie woda jest żywiołem żeńskim, z definicji przypisanym emocjom, podświadomości, płodności, podróżom, inspiracji, sztuce tworzenia, cierpliwości oraz umiejętności przystosowania się. Moje stare przyjaciółki z południowego Teksasu powiadają, że El Rio Grande nie może być płci męskiej — może być tylko kobietą. Śmiejąc się, mówią: „Jak można rzekę porównać do czegoś innego niż La Dulce Acequia— słodka szczelinka między udami ziemi?”

Twórcza energia jest naturalnym środkiem pobudzającym do aktywności, działa w życiu tak jak rzeka: dostarcza wody aby mogły rosnąć rośliny, zabiera to co niepotrzebne i płynie własnym rytmem: albo jest bystrym strumieniem, albo wody rozlewają się leniwie szerokim korytem. Jednak tak jak każda rzeka napotyka na swojej drodze przeszkody lub ulega zatruciu przez czynniki wewnętrzne lub zewnętrzne, a wtedy nie ma innego wyjścia niż rozpocząć żmudne oczyszczanie. Bez wątpienia twórcza postawa jest rezultatem wewnętrznego ruchu, wrzenia, pulsowania i wibracji; nie stoi w miejscu, czekając, aż znajdziemy do niej okrężną drogę. W tym sensie nigdy nie możemy „stracić” twórczej wyobraźni. Jest zawsze i albo wypełnia nas swobodnie, albo napotyka przeszkody na swojej drodze. Jeśli nie utoruje sobie drogi do naszego wnętrza, to cofa się, zbiera siły i znów próbuje się przedrzeć, aż przerwie wszelkie zapory. Uniknąć tej nieodpartej energii możemy jedynie, wciąż wznosząc przed nią bariery albo zatruwając ją niszczycielskim pesymizmem, zaniedbaniem czy rezygnacją (…) Jeśli jej nurty zostaną zatrute naszymi negatywnymi kompleksami albo nieprzyjaznym stosunkiem otoczenia, to delikatny proces doskonalenia naszych idei także zostaje zatruty. Wówczas jesteśmy jak umierająca rzeka. Nie wolno nam tego ignorować. Utrata czystego twórczego nurtu powoduje bowiem psychiczny i duchowy kryzys dokładnie tak jak dzieje się z wodami zatrutymi przez ścieki: wypełnione są śniętymi rybami i gnijącymi roślinami, a nad nimi unosi się smród. To nie jest środowisko, gdzie toczy się życie, do takiego wodopoju nie ciągną zwierzęta, a rośliny nadbrzeżne umierają ciągnąc korzeniami truciznę. W baśni piękna młoda dziewczyna i czysta rzeka to metafory opisujące procesy twórcze kobiety w stanie naturalnym Po spotkaniu z de­strukcyjnym animusem i kobieta, i rzeka zostają zniszczone. Kobieta, której twórcze życie zamiera — jak La Llorona — ma uczucie, że została zatruta, zniekształcona i doznaje pragnienia, by zabijać wszystko na swej drodze. W rezultacie zostaje skazana na nie kończącą się tułaczkę po gruzach swego potencjału twórczego.

ŻYCIE ZGODNE Z NURTEM RZEKI

Osoba poddająca się naturalnej potrzebie twórczości, spontaniczności i radości przypomina nieskażoną rzekę płynącą własnym korytem. W prawidłowym cyklu anima czyli żeńska energia poddaje pomysł, a animus, energia męska, pomaga wcielać go w życie, dokładnie tak jak pracuje nasz mózg: prawa półkula odpowiedzialna jest za skojarzenia, inspirację, marzenie i podświadomość, a lewa za koncentrację, pamięć, porządek i świadomość.

Gdyby każda z półkul mogła się przedstawić zapewne zrobiłaby to tak:

LEWA

Jestem naukowcem. Matematykiem. Lubię to co już znam. Układam w kategorie. Jestem dokładny. Myślę w sposób linearny, od początku do końca. Jestem analityczny. Stawiam na strategię. Jestem praktyczny. Zawsze się kontroluję. Jestem mistrzem w dziedzinie wyrażania się. Jestem realistą. Moim zajęciem jest obliczanie równań i posługiwanie się liczbami. Jestem uporządkowany. Jestem logiczny. Rozpoznaję sekwencje, słowa, litery i cyfry. Mam wyczucie czasu. Moim atutem jest mowa. Potrzebujesz mnie przy wyrażaniu się słowami, pisaniu, czytaniu, liczeniu, zapamiętywaniu i analizowaniu. To ja odpowiadam za pamięć krótkoterminową. Przede wszystkim dostrzegam słowa. Sprawiam, że patrzysz w sposób obiektywny. Stawiam na cel. Pomagam ci zaistnieć na zewnątrz.

Dokładnie wiem, kim jestem.

PRAWA

Jestem twórcza! Jestem wolnym duchem! Przepełnia mnie pasja! Lubię to co nieznane. Pragnę. Jestem emocjonalna. Odczuwam. Śmieję się. Płaczę. Marzę. Tworzę. Postrzegam wszystkimi zmysłami. Myślę w sposób wielokierunkowy, odchodząc od początkowego problemu. Synchronizuję. Jestem wiecznie w ruchu. Jestem spontaniczna. Jestem żywymi kolorami i poruszającą muzyką. Jestem potrzebą tworzenia. Jestem nieskrępowaną wyobraźnią. Moim zajęciem są sztuka i poezja. Rozpoznaję obszary, twarze, miejsca i przedmioty. Mam wyczucie przestrzeni. Moim atutem jest wyobraźnia. Potrzebujesz mnie przy tworzeniu, znajdowaniu nowatorskich rozwiązań, widzeniu barw, słuchaniu muzyki i orientacji w przestrzeni. To ja odpowiadam za pamięć długoterminową. Przede wszystkim dostrzegam obrazy. Sprawiam, że patrzysz w sposób subiektywny. Stawiam na zabawę. Kieruję twoim życiem wewnętrznym.

Jestem wszystkim czego zapragnę.

Nikt z nas nie rodzi się tylko z jedną półkulą mózgową. Do życia potrzebne są obie. Koncentrowanie się na tylko jednej oznacza, że skazujemy się na życiowe niepowodzenia i albo staniemy się jak artysta o wielu pomysłach, który nie potrafi jednak żadnego doprowadzić do końca, albo jak naukowiec, widzący rzeczywistość jedynie w kategoriach liczb i faktów. Jest to zaburzenie cyklu i prowadzi do tego, że nasza twórcza rzeka zostaje zablokowana.

W naszej zracjonalizowanej, przesiąkniętej Oświeceniem kulturze zachodniej ceni się przede wszystkim wartości reprezentowane przez lewą półkulę czyli racjonalność i logiczny wywód, które choć zdecydowanie potrzebne nie mogą jednak zdominować naszej natury. Jeżeli rzeka nieskrępowanej, twórczej energii na swojej drodze spotyka zbyt wiele tam, to przestaje być rzeką. Czasem, niczym w naszej baśni, twórcze życie kobiety dostaje się pod panowanie sił, które pragną tworzyć tylko to, co służy potrzebom ego — rzeczy, które nie mają trwałej wartości dla duszy. Społeczeństwo zaś odmawia kobiecie wsparcia, przekonując, że jej twórcze idee są bezużyteczne, że nikt ich nie potrzebuje, że to jałowe wysiłki. To tak, jakby zanieczyszczać rzekę ołowiem. To zatruwanie psychiki. W zaspokajaniu potrzeb ego nie ma nic złego; przeciwnie, one także są ważne. Problem w tym, że trujące wyziewy negatywnych kompleksów niszczą świeżość, nowość, potencjał twórczy, wszystko, co dopie­ro się rodzi, jest w stadium poczwarki, wszystko, co zdążyło odrosnąć od ziemi, na równi z tym, co stare i okrzepłe. Kiedy fabryki wokół nas produkują bezduszność i drwinę, toksyczne odpady leją się do czystej rzeki, zabijając każdy impuls i energię do tworzenia.

SPOWOLNIONY BIEG ZATRUTEJ RZEKI

Opowieści z całego świata pełne są motywów zatruwania przez złe moce tego co dobre, czyste i nieskażone: temat zatruwania studni używanej przez dobrych ludzi pojawia się w Jean de Florette i Manon of the Spring. Podobnie w micie helleńskim Fineus nie może ani jeść ani pić, bo talerze zatruwają swoimi odchodami harpie. Tak jak trucizna zabija życie w rzece, tak trucizna płynąca z ust otoczenia albo z podszeptów własnych kompleksów zabija entuzjazm i chęć tworzenia. W naturalnym cyklu nawet w czasie odpoczynku i przy braku aktywności woda nie zatrzymuje się, najwyżej wsiąka w ziemię – podświadomość, szukając nowych pomysłów, by potem wytrysnąć jako źródło w zupełnie innym miejscu. Czym innym jest myśleć nad nowym pomysłem i zastanawiać się jaką formę mu nadać albo spokojnie oczekiwać jaki tym razem koncept pojawi się w umyśle, a czym innym odczuwać pustkę i brak wiary we własne siły.

W jaki sposób trucizna atakuje twórcze życie kobiety? Skażenie twórczej postawy wobec życia może dotknąć wszystkie pięć faz tworzenia: natchnienie, koncentrację, organizację, realizację i pielęgnowanie. Kobiety, które nie potrafią radzić sobie z jedną czy kilkoma z tych faz, opowiadają, że „nie widzą dla siebie nic nowego, pożytecznego, znaczą­cego”. Rozpraszają się w romansach, codziennych obowiązkach, rozryw­kach; rezygnują w obliczu zmęczenia czy lęku przed niepowodzeniem. Czasami brakuje im samodyscypliny i dobrej organizacji; projekt leży rozproszony w stu miejscach, w stu kawałkach. Czasami problemy wynikają z typowo kobiecego naiwnego stosunku do własnej ekspresji: kobieta sądzi, że wykonując kilka posunięć w zewnętrznym świecie, rzeczywiście czegoś dokonała. To tak, jakby zrobić ręce, nogi czy głowę i nazwać to skończoną postacią (…)Zdarza się też, że kobieta pada ofiarą krytyki otoczenia albo swoich natrętnych myśli: „To, co robisz, jest nieudolne, nie dość dobre pod takim czy innym względem. Zbyt pompatyczne, zbyt minimalistyczne, zabiera za dużo czasu, jest za mało ambitne, za trudne dla ciebie”. To lanie kadmu do wody. Znam taki przypadek osobiście. Zdolna dziewczyna mająca i wizję, i dobry warsztat pisarski tworzyła przez wiele miesięcy powieść fantastyczną w wielu odcinkach. Publikowała ją na portalu pisarskim, gdzie zbierała pozytywne recenzje, jednak w chwili osobistego kryzysu (i jak podejrzewam depresji) skasowała swoje konto z całą zawartością. Jak się później dowiedziałam, destrukcji uległy także wszystkie jej texty na twardym dysku. Kiedy dziewczyna jakoś się pozbierała, próbowała pisać raz jeszcze, tym razem na blogu, ale i on przetrwał tylko kilka miesięcy, po czym został przez nią skasowany. Z tego co się orientuję nie miała w otoczeniu nikogo, kto by ją wspierał w pisaniu, przychylne opinie pochodziły chyba tylko z naszego portalu pisarskiego, tak czy inaczej i zewnętrzne, i wewnętrzne podszepty destrukcyjnego w tym wypadku animusa skutecznie zatruły jej twórcze wody. Nie wiem co teraz robi, czy pisze, czy zupełnie się poddała, ale myślę, że jeżeli faktycznie to zrobiła, skrzywdziła najbardziej samą siebie, bo całą swoją naturą, całą sobą jest twórczą rzeką. Syndrom Harpii dokonuje zniszczeń przez degradację
uzdolnień i wysiłków i pełen jadu wewnętrzny dialog. Każdy pomysł pojawiający się w głowie kobiety zostaje zbrukany przez Harpie. Kobieta mówi: „Chciałabym zrobić to czy tamto”, Harpia odpowiada: „Co za bzdura, kogo to obchodzi, to śmieszne i prostackie. Zrozum, twoje pomysły są idiotyczne, ludzie cię wyśmieją, przecież ty nie masz nic do powiedzenia”. Inną formą skażenia są własne wymówki i wykręty. Wszystkie pisarki, malarki, tancerki, inne artystki znają je od początku świata. „Zabiorę się za to niedługo”. Tymczasem wpadają w głęboką depresję. „Cały czas jestem zajęta, jeśli tylko znajdę chwilę, to staram się pisać  —     zeszłego roku napisałam dwa wiersze, skończyłam jeden obraz i zaczęłam drugi, zajęło mi to półtora roku, bo dom na głowie, dzieciaki,mąż, przyjaciel, kot, ciągle ktoś mnie potrzebuje. Zabiorę się za to, ale na razie nie mam pieniędzy, nie mam czasu, po prostu nie mogę wykroić dość czasu; dopóty nie zacznę, dopóki nie sprawię sobie porządnych
narzędzi, dopóki czegoś nie przeżyję; teraz właściwie nie mam na to ochoty, nie jestem w odpowiednim nastroju. Przecież trzeba przynajmniej całego dnia, paru swobodnych dni. Muszę mieć kilka tygodni spokoju, żeby to skończyć” i tak dalej.

Im dłużej utrzymuje się taki stan, tym gorzej dla nas. Skoro nie wyrażamy się, nie działamy i nie tworzymy, kompleksy nabierają siły i utwierdzają nas w przekonaniu, że przecież trzeba harować na chleb, nakarmić dzieci i zasuwać, bo życie to nie przelewki i nie warto sobie zawracać głowy bzdurami. Może kiedyś ewentualnie przyjdzie czas na tworzenie…jak dzieci dorosną, jak zdobędę lepszą pracę, jak przeprowadzę się do wygodniejszego mieszkania… Nieprawda. To jest gra na zwłokę naszego wewnętrznego drapieżcy, który używa wszelkich metod aby zdusić w zarodku twórczy płomień. Może także podpowiadać nam, że nasze tworzenie będzie coś warte dopiero jeżeli dostaniemy nagrodę, wydamy książkę, zyskamy aprobatę, ale znowu nie wolno dać się nam nabrać. Nie wolno w siebie nie wierzyć. Nie wolno czekać. Trzeba zrobić pierwszy krok. Dzisiaj. Teraz. Znałam kobiety całymi dniami pracujące przy zajęciach, którymi gardziły, tylko po to, żeby kupić bardzo kosztowne rzeczy do domu, dla mężów, dzieci, na dalszy plan spychając swe prawdziwe zdolności. Znałam kobiety, które zanim usiadły do pisania, najpierw musiały posprzątać dom na błysk… a wiecie, jak to jest ze sprzątaniem domu… nigdy nie ma końca. Doskonały sposób, by powstrzymać kobietę. Trzeba być czujną, nie pozwolić, by przyziemne obowiązki okradały z twórczych uniesień, twórczych myśli, twórczego odpoczynku. Trzeba tupnąć nogą i odmówić robienia połowy rzeczy, które, jak się zdaje, „powinno się” robić. Sztuką nie można się zajmować tylko w kradzionych chwilach. Destruktywny aspekt animusa czai się i wewnątrz, i na zewnątrz, a często ten zewnętrzny podsyca wewnętrzne wątpliwości. Jeżeli otoczenie nie tylko nie wspiera nas w tym co robimy, ale „tłumaczy”, że to niepotrzebne, głupie, infantylne, że nie trzeba sobie zawracać głowy bzdurami, jeżeli żąda również tej ilości naszego czasu i energii, które przeznaczamy na rozwijanie zainteresowań, jeżeli udaremnia nasze wysiłki twórcze i przeszkadza we wprowadzaniu w życie naszych koncepcji, to sprawia, że topimy nasze dzieci – pomysły w rzece dokładnie tak jak La Llorona. Jeśli kultura, w której żyje kobieta, nieustannie atakuje funkcję twórczą swoich członków, jeśli niszczy i okalecza archetypy albo opacznie interpretuje ich sens i znaczenie, to utrwalają się one w psychice jej członków w podobnie okaleczonej postaci: są jak ptak o złamanych skrzydłach. Jeśli takie okaleczone koncepcje na temat tego, jak ma wyglądać życie twórcze i jak je trzeba pielęgnować, dochodzą do głosu w kobiecej psychice, to niełatwo się zorientować, co jest nie tak. Popaść w kompleks, to jakby dostać się do czarnego worka. Wewnątrz panuje ciemność, nie wiadomo, kto uwięził, wiadomo tylko tyle, że jest się w nie­woli.

 REGULARNE OCZYSZCZANIE RZEKI

W opowieści o La Lloronie tak naprawdę zbieramy żniwo zaniedbań z poprzednich opowieści, które były już w tym miejscu analizowane. Nasz wewnętrzny drapieżnik znany z baśni o Sinobrodym atakuje twórczą naturę, która jest osłabiona brakiem wsparcia jak Brzydkie Kaczątko, dlatego zaczyna słuchać jego podszeptów jak Dziewczynka z Zapałkami czy właścicielka Czerwonych Trzewiczków. Ale jeżeli chcesz stworzyć coś wartościowego, co sprawi, że będziesz tańczyć i skakać ze szczęścia to nie wolno ci spalać swoich talentów ani udawać się w pogoń za pustymi przyjemnościami. Jeżeli chcesz osiągnąć coś wielkiego i rozwijać się, to nie wolno ci tkwić w stagnacji. Niezależnie od tego jak bardzo Wasylisa bała się lasu, ruszyła przed siebie. Aby zdobyć swojego Graala, musisz wyruszyć w podróż, fizyczną lub mentalną. Musisz pozwolić rzece płynąć.

Hidalgo symbolizuje naszego animusa, pierwiastek męski* i czynnik sprawczy, ten element, który pomaga nam urzeczywistniać wizje animy tak jak lewa półkula pomaga zwerbalizować odczucia prawej. Animus — czynnik, który stanowi podstawę zewnętrznej aktywności — to mężczyzna nad rzeką. Jest kimś w rodzaju zarządcy. Ma sprawować nad rzeką opiekę i chronić czystość wód.(…) Istnieje współzależność między występowaniem u kobiet obawy przed tworzeniem — kobiety boją się uzewnętrzniać swoje idee albo robią to w sposób połowiczny i chaotyczny — a pojawianiem się u nich snów o rannych lub raniących mężczyznach. I odwrotnie, w snach kobiet o silnej zdolności przemawiania w świecie zewnętrznym konsekwentnie pojawia się silna postać męska w różnych przebraniach. To pomost, dzięki któremu pomysły mogą ujrzeć światło dzienne czy też pośrednik między animą a światem zewnętrznym, który dba o to by ukazała się w jak najkorzystniejszy  sposób. Jest jak kreator mody ubierający gwiazdę tak by błyszczała na czerwonym dywanie. Jest jak Hermes mający dostęp do wszystkich helleńskich światów i podróżujący między nimi, załatwiając sprawy dla bogów. Pomysły animy rodzą się wewnątrz, ale to animus jest dłonią, która wyprowadza je na zewnątrz. Bez silnego, zdrowego pierwiastka męskiego wewnątrz kobieta będzie marnotrawić swój talent, jej koncepcje nie zaistnieją poza jej umysłem albo będzie zaczynać kolejne projekty nie kończąc poprzednich.

Rzecz w tym, że animus sam w sobie nie zawiera w sobie natchnienia. Spełnia wyłącznie funkcje użytkowe i tak jak lewa półkula mózgowa jest nastawiony na realizację celu. Jeżeli my same nie przekonamy go by służył realizacji naszych wewnętrznych wizji, to będzie wykonywał to co widzi na zewnątrz. A jest to raczej niebezpieczne dla naszych marzeń, zwłaszcza w takiej kulturze w jakiej żyjemy. Oczywiście nie musimy nazywać go animusem, można wyrazić go za pomocą innych słów i obrazów, jakie się nasuwają. Ale trzeba również zrozumieć, że współczesna kultura narzuca kobietom nieufność wobec męskości; dla niektórych jest to lęk przed zależnością od mężczyzny, dla innych bolesny powrót do zdrowia po ranach zadanych przez męski świat. Najogólniej mówiąc, ta ostrożność (podejrzliwość) ma źródła w ledwie zaleczonych urazach powstałych w rodzinie i społe­czeństwie w czasach wcześniejszych, kiedy kobietę traktowano jak niewolnika, a nie pełnoprawną osobę. Wciąż świeże w pamięci Dzikiej Kobiety są czasy, kiedy kobiety o wielkich zdolnościach uznawano za wyrzutki społeczeństwa, kiedy nie wolno im było mieć własnych przekonań, poglądów, chyba że je kultywowały w tajemnicy i lokowa­ły w mężczyznach, którzy potem wynosili je na świat pod własnym imieniem.

Spotykam mnóstwo kobiet, które albo ignorują w sobie aktywny pierwiastek męski, albo używają go tylko do dowodzenia rodziną i zarządzania domem (i wysprzątają wszystko na błysk, i zrobią obiad z deserem, i pogonią dzieci do lekcji, i jeszcze pajęczyny usuną, ależ się nazbierało pająków tego lata!). Natomiast ja osobiście jestem przekonana, że animus najlepiej realizuje się jako towarzysz animy, a nie niewolnik zewnętrznych przekonań społeczeństwa. Animus i anima są małżeństwem tak jak półkule mózgowe i pomimo różnic muszą funkcjonować razem, czasem zawierać kompromisy i wychowywać wspólnie dzieci – pomysły. Dobrą wiadomością jest to, że jeżeli przetrwają pierwsze konflikty to zaczynają się coraz lepiej dogadywać. Mogę potwierdzić własnym przykładem . Moje animus i anima są twórczą parą od siedemnastu lat, od momentu kiedy po raz pierwszy zaczęłam pisać swoją opowieść. Na początku bywało różnie, a najczęściej wszystko zaczynało się komplikować przy zewnętrznych kłopotach. Anima jak to emocjonalna kobieta zaczynała panikować, dramatyzować i hamletyzować, a animus patrzył na to ze zdziwieniem i zniecierpliwieniem, i na próżno dopytywał się: „Ale co ja mam zrobić?”. Te sinusoidy trwały latami, jednak nie przeszkadzało to mojej mentalno – duchowej parze płodzić kolejnych dzieci – pomysłów. Kilka lat temu, po szczególnie ciężkich narodzinach nastąpił kryzys i okresowa bezpłodność, co jednak okazało się jakimś katalizatorem, bo ni stąd ni z owąd para przestała się spierać i koncentrować na różnicach. Nagle okazało się, że chyba ponownie się w sobie zakochali i świata poza sobą nie widzą. Myślę, że po prostu oboje dojrzeli. Dzięki temu w chwili obecnej mogę prowadzić forum, publikować raz w miesiącu na trzech blogach i co tydzień wrzucać nowy odcinek swojej opowieści (cały czas pracując przy tym zawodowo oczywiście).

Ale tak jak w każdym związku między dwoma elementami nie przyszło to łatwo. Animusa trzeba sobie wyćwiczyć. Trzeba zaprzęc go do zaprzęgu razem z animą aby wiodły nas przez życie tak jak sfinxy w tarotowym Rydwanie.

Tak jak była już o tym mowa w poście o Sinobrodym do animusa trzeba mówić w jego języku ojczystym czyli mową intelektu i logiki tak jak do lewej półkuli mózgowej. Słyszysz jak animus podpowiada ci, że masz do skończenia raport na jutro chociaż twoje myśli błądzą dookoła książki, którą właśnie czytasz? Powiedz mu spokojnie: „Mój drogi, jeżeli teraz zabiorę się za raport to i tak będę się zastanawiała tylko i wyłącznie nad tym czy Frodo dotrze bezpiecznie do Rivendell, więc może lepiej dokończę rozdział i wtedy spokojnie skoncentruję się na raporcie”. Nie bój się, zrozumie. Jest z natury logiczny, więc rozumowy argument go przekona. Ale ty bądź konsekwentna i kiedy Frodo dotrze bezpiecznie do Rivendell, odłóż książkę i zabierz się za ten raport. Nikt nie lubi jak się z nim leci w kulki, a jeżeli animus zobaczy, że próbujesz go oszukać to zwróci się przeciw tobie i swoją siłą analityczną będzie wzmacniał twoje komplexy zamiast wcielać w życie pomysły. Podstawowym aspektem w pozytywnym rozwoju animusu jest rzeczywista manifestacja spójnych myśli, impulsów, idei powstających wewnątrz. Choć mówimy tu o pozytywnym rozwoju animusu, trzeba uczynić jedno zastrzeżenie: integralny animus musi się rozwijać przy pełnej świadomości, a wymaga to samodyscypliny i dogłębnej samoanalizy. Jeśli na każdym kroku swej drogi nie będziemy zgłębiać własnych intencji i żądz, to animus rozwinie się w złym kierunku. Taki szkodliwy animus może i będzie bezsensownie starać się forsować nieprzemyślane impulsy ego, idąc za ślepą ambicją i zaspokajając setki niepotrzebnych życzeń. Co więcej, animus jest elementem kobiecej psychiki, który trzeba poddawać regularnym ćwiczeniom, żeby oboje mogli działać w sposób pełny. Jeśli dobroczynny animus jest zaniedbywany w życiu psychicznym kobiety, to ulega atrofii, zupełnie tak samo jak mięśnie, które zbyt długo nie pracowały.

Na własnym przykładzie mogę potwierdzić, że to prawda. Mimo natłoku zajęć, kiedy tylko pojawiają się w moim umyśle podszepty: „Możesz nie dać rady, możesz mieć zbyt dużo do zrobienia, może lepiej sobie odpuść”, to natychmiast wkracza do akcji animus (zanim wrażliwa anima zdąży w to uwierzyć) i w zależności od natężenia siły małych wewnętrznych drapieżników mówi zdecydowanie/krzyczy/wydziera się: „Ależ oczywiście, że dasz radę! Natychmiast do roboty, nie lenić mi się! Wyobraźnia, chodź do mnie, przeleję na ekran laptopa wszystko co mi podyktujesz!”. Towarzyszy animie w całym procesie powstawania posta/odcinka i nie pozwala przeciągać go do nieskończoności chociaż ona chciałaby jeszcze tu wygładzić, a tu coś dodać. To on organizuje jej pracę i mówi, kiedy czas już zakończyć. Może się wydawać to komuś dziwne, ale tuż przed opublikowaniem posta/odcinka czuję jakby mój umysł przechodził bóle porodowe i wiem, że to już teraz, dzisiaj, i że trzeba koniecznie skończyć, urodzić to mentalne dziecko, bo dłużej nie wytrzymam. A jaką ulgę odczuwam zaraz po tym…Mój pierwiastek męski cały puszy się z dumy jak mały kogucik . Zdrowy, szczęśliwy i zadowolony animus będzie nam dodawał skrzydeł. On siłą rzeczy potrzebuje animy, pragnie natchnienia i pomysłów do realizacji. Hindusi mówią, że bez Śakti, wcielonej żeńskiej siły życiowej, Siwa, moc sprawcza, umiera. To Śakti jest energią życia ożywiającą męską zasadę, która z kolei pobudza do działania w zewnętrznym świecie**. Tak jak zakochany mężczyzna buduje dom, w którym zamieszka wraz z kobietą swojego życia i ich dziećmi. Nie spotkałam jeszcze mężczyzny – singla, który by budował dom tylko dla siebie samego. Ponieważ żyjemy w świecie, który wymaga zarówno podejścia medytacyjnego, jak i zewnętrznej aktywności, więc uważam koncepcję męskiego pierwiastka w kobiecej psychice za bardzo pożyteczną. Przy zachowaniu stosownej równowagi animus zachowuje się jak pomocnik, współpracownik, towarzysz, kochanek, brat, ojciec czy król (…) Archetyp króla symbolizuje siłę, która powinna działać dla dobra kobiety, rządzić tym, co ona i dusza mu po­wierzają, władać psychicznymi obszarami, które zostały mu nadane (…)Hidalgo w opowieści reprezentuje aspekt kobiecej psychiki, który, mówiąc potocznym językiem, zszedł na złą drogę. Jest zepsuty, czerpie korzyści z wytwarzania trucizny, w jakiś sposób jest przywiązany do niezdrowego życia. Jest jak król, który wymusza posłuszeństwo głodem. Nie postępuje mądrze, nie pokocha go kobieta, której rzekomo chce służyć.

W jednej z wersji baśni zanieczyszczenia powodują deformację dzieci, które symbolizują młode ideały, myśli, przekonania. Dzieci reprezentują naszą zdolność do stworzenia czegoś tam, gdzie dawniej nie było nic. Dostrzegamy, że owa deformacja nowego potencjału za­chodzi, kiedy zaczynamy wątpić w nasze zdolności, szczególnie w na­sze prawo do myślenia, działania czy istnienia. (…) W psychice zachodzi dziwne zjawisko: kiedy kobieta jest pod wpływem negatywnego animusu, każdy jej twórczy wysiłek, każda próba podjęcia twórczego aktu odbija się rykoszetem i uderza w nią samą. Gdy tylko bierze do ręki pióro, z fabryki wylewają się ścieki. Rozważa zapisanie się do szkoły, bierze lekcje, ale zatrzymuje się w pół drogi, dusi się z braku wewnętrznej strawy i poparcia. Kobieta nabiera rozpędu, ale za każdym razem go traci. Coraz więcej nie skończonego szycia, nigdy nie urządzonych klombów, nie zrealizowanych wycieczek, nie zapisanych myśli, coraz więcej obcych języków, których się nie nauczy­ła, porzuconych lekcji muzyki, zaczętych gobelinów; a wszystko to czeka i czeka.

Jak zatem pilnować by rzeka była czysta i co robić jeżeli już zostanie zatruta?

NIEZBĘDNA I REGULARNA HIGIENA PSYCHICZNA ORAZ MENTALNA

Piszę także bloga na temat bogiń z całego świata i mitów ich dotyczących, dlatego nie mogło mi umknąć skojarzenie La Llorony z dwiema wielkimi boginiami rzek: hinduską Saraswati i zoroastriańską Anahitą (Areduvi Sura Anahita). Saraswati, śakti Stworzyciela Brahmy, jest uosobieniem mądrości, intelektu, kultury i sztuki. Anahicie, której imię oznacza Nieskazitelna, poświęcony jest jeden z najważniejszych rytuałów zoroastriańskich Ab – Zohr polegający na oczyszczaniu wody.

Te dwie wielkie boginie powinny inspirować nas do uprawiania codziennej higieny mentalnej i psychicznej. Pozwolę sobie zacytować to co napisałam już jako rady w poście o Saraswati

Nie pozwalaj sobie na ignorancję i umysłowy letarg czy gnuśność.

 Nie koncentruj się na świecie materialnym, bo doprowadzi cię to do tego, że otwierając pięknie zapakowany prezent dowiesz się, że w środku jest pusty.

 Codziennie poświęcasz więcej lub mniej czasu urodzie ciała. Jak często dbasz o urodę umysłu?   

Dostarczasz swojemu ciału składniki odżywcze. Czym karmisz swój umysł?

Umysł i psychika potrzebują diety i ćwiczeń tak jak twoje ciało, nie zaniedbuj ich.

Koncentrowanie uwagi na serwisach plotkarskich czy programach rozrywkowych działa na umysł tak jak fast food na ciało, na takiej diecie umysł nie urośnie ani nie będzie się rozwijał.

 Wyrażaj swoje talenty, czy to przez pisanie, malowanie, śpiewanie czy w inny sposób. Pamiętaj, że potrzeba wyrażania swojego wnętrza jest siłą napędzającą nas do działania. Kreatywność może wyrażać się za pomocą najprostszych i najtańszych środków. Nie wstydź się. Experymentuj.

DIETA DLA UMYSŁU I DUSZY

Jeżeli masz w swoim otoczeniu osoby, które cię nie wspierają lub wręcz torpedują twoje pomysły to pamiętaj, że nie masz na nich wpływu oraz że nie ma sensu wkładać energii i czasu na przekonywanie ich (można ewentualnie zrobić to co Brzydkie Kaczątko i udać się na poszukiwanie swojego prawdziwego stada). Masz natomiast całkowity wybór, co do tego czy będziesz karmić wewnętrzne drapieżniki, czy pozwolisz im umrzeć z głodu.

Masz też wybór czy karmić duszę i umysł naturalną, zdrową żywnością, czy mentalnym fast fordem. Uważaj czy będzie to książka, czy magazyn plotkarski, bo wszystko co nie służy rozwojowi wewnętrznemu jest właśnie mentalnym fast foodem. Twój umysł przetwarza informacje jakby konsumował, ale nie mają one dla niego właściwości odżywczych. Podobnie jest z telewizją: jeżeli oglądasz program rozrywkowy, ponieważ zajmujesz się śpiewem lub tańcem i chcesz doskonalić technikę obserwując innych to będzie zdrowa żywność dla twojego wnętrza, ale jeżeli oglądasz tylko po to żeby posłuchać złośliwych komentarzy jurorów i zobaczyć kto dzisiaj odpadnie to konsumujesz mentalny fast food. Ja zresztą od chwili gdy mam w domu szybki net praktycznie w ogóle odstawiłam telewizję i mój umysł nie zgłasza na nią jakiegoś szczególnego zapotrzebowania.

To co podsuwasz oczom zostaje w umyśle. Wiele kobiet narzeka, że w czasopismach i reklamach pojawiają się tylko młode, wyretuszowane i szczupłe, co wzmacnia komplexy tych niewyretuszowanych, starszych i mniej szczupłych. Zgadzam się, to głupie, ale natychmiast nasuwa mi się pytanie: To po co kupujesz te magazyny? Po co gapisz się na reklamy? Myślisz, że ich twórcy chcą żeby twoje wnętrze rozkwitało? Nie. Oni chcą sprzedać ci swój produkt. Jeżeli jednak uznasz, że chcesz czytać ten magazyn czy kupić rzecz z reklamy to pamiętaj, że służą temu co na zewnątrz i raczej nie znajdziesz tam czegoś, co pozwoliłoby wzrastać twojemu wnętrzu. I jeżeli zajmujesz się tylko tym, co nastawione na zewnątrz to twoja dusza i umysł będą głodować. Tak jak stwierdził jeden z pisarzy: ‘Aby być dobrym pisarzem trzeba najpierw wiele czytać’, więc komponuj świadomie dietę dla swojego umysłu i duszy. Przyjmuj pożywienie dające siły, by zacząć czyszczenie rzeki. Trudno uniknąć trujących substancji w rzece, jeśli kobieta odrzuca szczere komplementy na temat swojej twórczości. (…) By do tego nie dopuścić, kobieta musi się nauczyć przyjmować pochwały i komplementy (nawet jeśli z początku robi przy tym wraże­nie, że nachalnie się ich domaga), delektować się nimi i zamykać usta złośliwemu animusowi, który pragnie chwalącemu rzucić w twarz: „To tylko ty tak uważasz, nie wiesz, ile błędów popełniła, nie widzisz, jaka to miernota”.

 CODZIENNE ĆWICZENIA DLA DUSZY I UMYSŁU

Aktywność

Przede wszystkim działaj. Nie wykształcisz sobie odpowiednich nawyków ani dobrej techniki jeżeli nie zaczniesz działać. Możesz mieć nawet najbardziej genialne pomysły, ale nie wprowadzone w czyn de facto nie istnieją. Nie słuchaj stada wewnętrznych czy zewnętrznych drapieżników, które zniechęcają cię i próbują przekonać, że to nie teraz, to nie ten czas itd. Nie musisz od razu stworzyć wielotomowej sagi. Ważne, żeby wykonywać to co twórcze regularnie, nawet jeżeli miałoby to oznaczać napisanie jednego akapitu dziennie. Po tygodniu będziesz już mieć siedem akapitów. Zacznij. Tak się czyści zatrutą rzekę. Jeśli się boisz niepowodzenia, zacznij mimo to, a jeśli nie można inaczej, to ponieś klęskę, pozbie­raj się i zacznij od nowa. Jeśli znów się nie uda, to co z tego? Zacznij jeszcze raz. To nie porażka powstrzymuje — to niechęć do zaczynania od początku powoduje stagnację. Co z tego, że się boisz? Jeśli się obawiasz, że coś wyskoczy i cię ugryzie, to niech się to wreszcie stanie. Niech twój strach wyjrzy z ciemności i cię ukąsi, żebyś miała to już za sobą i mogła się posuwać dalej. Przezwyciężysz to. Strach minie. Lepiej, żebyś wyszła mu naprzeciw, poczuła go i pokonała, zamiast mieć w nim wieczną wymówkę od czyszczenia rzeki.

Obserwacje

Obserwuj to co się dzieje dookoła, ale staraj się nie oceniać. Zastanawiaj się jak mogło dojść do danej sytuacji albo co wywołało w tobie czy w innej osobie takie, a nie inne zachowanie. Obserwowanie swojego środowiska jest pokarmem dla duszy i ciała. Patrz na zewnątrz, ale przede wszystkim do wewnątrz. Rozpoznawanie i nazywanie swoich emocji pomaga uciszyć te, które nie są dla ciebie korzystne. Reaguj na wszystko wokół. W ten sposób oczyszczasz rzekę. (…)By tworzyć, trzeba być wrażliwą na świat. Twórcze podejście to zdolność reagowania na wszystko, co się wokół dzieje, umiejętność wybierania kilku spośród setek możliwych myśli, uczuć, sposobów postępowania i reakcji, które w nas powstają i łączenia ich w niepowtarzalną ekspresję czy przekaz, w których jest i rozmach, i pasja, i głęboka treść. W tym sensie utrata środowiska sprzyjającego twórczości sprawia, że możliwości są ograniczone, że tłumimy lub cenzurujemy nasze uczucia i myśli, nie działamy, nie przemawiamy, nie robimy nic, prze­stajemy istnieć.

Spontaniczność

Nie stosuj wobec siebie wewnętrznej cenzury takiej jak ‘jak przyjmą to inni?’ czy ‘to wywoła awanturę’. Nie słuchaj jak ego podpowiada ci: ‘To się nie sprzeda. Ludzie tego nie kupią!’ Tak jak już kiedyś napisałam prawdziwa sztuka wyrasta z potrzeby tworzenia i z niczego innego. Jeżeli chcesz tworzyć kolejną kopię powieści o nastoletnich wampirach albo skandynawskiego kryminału, to będzie to produkt ego. Michaił Bułhakow pisał Mistrza i Małgorzatę przez wiele lat bez żadnej szansy na legalne wydanie i w strachu że rękopis przepadnie na zawsze podczas rewizji (może to dlatego rękopisy nie płoną? ). J.R.R. Tolkien pisał Władcę Pierścieni przez wiele lat jako opowieść dla języka, który wymyślił. Prawdziwa sztuka nie powstaje jednym kliknięciem ani nie schodzi z taśmy fabrycznej jako gotowy produkt dla mas. Bądź spontaniczna. Tak się czyści rzekę. W swej pierwotnej postaci rzeka, która w nas wpływa, nie jest zatruta; to my ją zatruwamy. Rzeka nie wysycha sama; to my blokujemy jej nurt. Jeśli chcemy przywrócić jej wolność, to musimy uwolnić wyobraźnię, pozwolić jej płynąc nieskrępowanym potokiem, przyjmować z niej wszystko, niczego nie cenzurować.

 Wyznaczanie Granic i ODPUSZCZANIE SOBIE PERFEKCJONISTYCZNYCH CIĄGOTEK

To że jesteś żoną i matką nie oznacza, że masz wszystko sama robić. Nawet przy czwórce dzieci można i trzeba znaleźć odrobinę czasu dla siebie. Zresztą powiedzmy sobie szczerze: dzieci nie potrzebują cię non stop. Zazwyczaj około siódmego roku życia są już skoncentrowane nie tylko na rodzicach i rodzeństwie, ale przede wszystkim kolegach ze szkoły i podwórka, w pewnym momencie życia potrafią sobie też ugotować wodę na herbatę i zrobić kanapkę. Mąż czy partner też mogą sprzątnąć kuchnię. Nawet jeżeli nie będzie ona wysprzątana tak jak ty byś sobie tego życzyła, no ale cóż…artystki nie mają kuchni odpicowanych na błysk (a jeżeli mają to zapewne dlatego, że przychodzi pani do sprzątania). Trzeba umieć sobie odpuścić co mało ważne i trzymać się tego co najważniejsze. To nie bałaganiarstwo. To objaw dorosłości i twojej wewnętrznej dojrzałości. Szanuj c z a s. W ten sposób pozbędziesz się trucizn. Znam wspaniałą malarkę mieszkającą w Górach Skalistych, która, mając nastrój do malowania lub rozmyślań, wiesza taką wiadomość na łańcuchu otacza­jącym jej posiadłość: „Dziś pracuję i nie przyjmuję gości. Nie myśl, że ciebie to nie dotyczy, ponieważ jesteś pracownikiem mojego banku, agentem albo najlepszą przyjaciółką. Dotyczy”.  Inna znajoma, rzeźbiarka, wiesza na bramie kartkę: „Nie przeszka­dzać pod żadnym pozorem, chyba że wygrałam na loterii albo Jezus się pojawił na autostradzie”. Jak widzicie, dojrzały animus ma doskonale wyznaczone granice.

Wytrwałość

Tak jak mówi przysłowie: „Nie od razu Rzym zbudowano”. Sukces często odnoszą nie najzdolniejsi, ale ci najbardziej zdeterminowani. Twoje dzieło jest jak twoje mentalne dziecko. Gdyby dziecka twojego ciała nie chciano przyjąć do szkoły, to czy nie chodziłabyś tak długo aż w końcu znalazłabyś miejsce, które by je przygarnęło? Ile wydawnictw odrzuciło manuskrypt Harry’ego Pottera zanim wydało go ostatecznie to, do którego zwróciła się J.K. Rowling? Była bezrobotną samotną matką bez wsparcia i w depresji, ale nie poddała się. Jej animus kazał jej wysyłać text do kolejnych domów wydawniczych aż w końcu się udało. Zresztą podobnie było z Biegnącą z Wilkami, cytując dr e: Zabrało mi dwadzieścia lat napisanie jej. Rozpoczęłam w 1970. Została odrzucona przez 42 duże wydawnictwa. Kiedy w końcu została opublikowana w 1992, stało się to dzięki wydawnictwu, które wcześniej już dwukrotnie odmówiło jej wydania (…) Książkę pisałam cały czas ucząc się, pracując na pełen etat i zajmując się rodziną jako samotna matka***. Nie pozwalaj sobie na wymówki. Poprawiają ci samopoczucie, ale nie pomogą ruszyć do przodu. Wymówki i narzekanie ustawiają cię w pozycji ofiary. Ofierze się współczuje i się nad nią lituje, ale pozostawanie w tym stanie uniemożliwia skuteczne działanie. Kobiety są mistrzyniami wymówek i samo usprawiedliwiania się. Nic tak nie osłabia animusa jak wymigiwanie się od realizowania tego, czego naprawdę pragniemy.  Nie rezygnuj. Jak jeszcze skuteczniej pozbywać się trujących substancji? Wbrew wszelkim przeciwnościom doskonaląc w sobie dobrze zintegrowany animus; trwając przy uskrzydlających przedsięwzię­ciach, przy sztuce, psychicznym cerowaniu i szyciu, bez względu na to, czy czujemy się silne i gotowe czy nie. Jeśli to konieczne, przywiążmy się do masztu, krzesła, biurka, drzewa, kaktusa — gdziekolwiek tworzymy.(…) Doskonal swoje dzieło. Zbuduj chatkę pełną ciepła i mądrości. Przywołaj całą energię. Staraj się utrzymać równowagę między nudnymi codziennymi obowiązkami a swoją natchnioną wizją. Osłaniaj duszę. Wytrwałość jest być może najważniejszym elementem całego procesu twórczego. Tutaj twoim sprzymierzeńcem będzie lewa półkula mózgu z jej dokładnością, obiektywizmem i koncentrowaniem się na sekwencjach, to ona pomoże ci cyzelować dzieło, poprawić zdania czy fragmenty, które nie pasują, są źle sformułowane albo po prostu brakuje im głębi.

 Mentalny Prysznic i Pielęgnowanie Wnętrza

Skoro codziennie traktujesz swoje ciało żelem pod prysznic i balsamem, to dlaczego odmawiasz tego swojemu wnętrzu? Bo nie jest namacalne? Podstawową higieną psychiczną są:

ZRZUCANIE Z SIEBIE NEGATYWÓW, spłukiwanie wszelkich nagromadzonych toxycznych emocji. Można jak najbardziej połączyć to z prysznicem i stojąc pod nim wyobrażać sobie, że spływająca woda zabiera również gniew, rozżalenie i zaciętość z naszego wnętrza

i

DBANIE O UMYSŁ I DUSZE poprzez znalezienie codziennie chwili czasu tylko dla siebie, czy to spacer, czy spokojne wypicie herbaty, czy chwilę ciszy, czy słuchanie ulubionej muzyki, czy medytację, czy wpatrywanie się w naturę, czy ćwiczenia fizyczne. Niech to będzie chociaż 10 – 15 minut, ale tylko dla ciebie. Niech nie przeszkadza ci w tym czasie rodzina, telewizor czy sąsiedzi. 10 – 15 minut dziennie. Codziennie.

Kompleksy stające nam na drodze trzeba odrzucić albo przeobrazić — przez ten ostatni etap przeprowadzą marzenia. Trzeba stanowczo i raz na zawsze ogłosić: „Kocham moją twórczość bardziej niż rozpamiętywanie własnej depresji”. Jeśli maltretujemy dzieci, to prędzej czy później zaingeruje opieka społeczna. Jeśli znęcamy się nad zwierzętami, to zareaguje Towarzystwo Przyjaciół Zwierząt. Ale nad tworzeniem nie czuwa żaden patrol, żadna Policja Duszy nie będzie interweniować, kiedy głodzimy własną duszę. Mamy tylko siebie. Jesteśmy jedynymi osobami, które czuwają nad naszą jaźnią i heroicznym animusem. To wielkie okrucieństwo poić je raz na tydzień, na miesiąc, na rok. One też żyją według własnego rytmu. Codziennie potrzebują nas i życiodajnej wody naszej sztuki.

O tym jak pracuje dr E czytaj tu.

* Aczkolwiek cytując dr E: Według klasycznej definicji Junga animus jest duchową siłą w kobiecie i uważa się go za pierwiastek męski. Jednakże wiele kobiet zajmujących się psychoanalizą, nie wyłączając mnie samej, dzięki własnym obserwa­cjom doszło do odrzucenia klasycznego poglądu i do przekonania, że ożywcze źródło w kobiecej psychice nie jest obcym pierwiastkiem męskim, ale żeńskim, dobrze znajomym. Ja jednak jestem przekonana, że animus to element męski jak Yang i dlatego potrzebny aby zrównoważyć kobiecą Yin. Yin zapewnia komfort, Yang stawia na rozwój, tak jak w anegdocie o rodzicach patrzących jak dziecko usiłuje wspinać się na drzewo. Matka: ‘Nie wychodź wyżej!’. Ojciec: ‘Dawaj! Wspinaj się wyżej!’. Jak widać w symbolu yin i yang, obydwa te elementy są niezbędne i wzajemnie się uzupełniają.

** Hindusi widzą to dosłownie, ponieważ u większości mężczyzn strategiczna część ich ciała unosi się i „budzi do życia” jako reakcja na obecność kobiety.

*** Z notatek pod zdjęciami na facebookowym profilu: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=409302968634&set=a.391385543634.168955.29996683634&type=3&permPage=1 i https://www.facebook.com/photo.php?fbid=409300533634&set=a.391385543634.168955.29996683634&type=3&permPage=1