Tag Archives: kości

Jung&The Tree of Life

W listopadzie publikuję gościnnie artykuł Eweliny Barszcz na temat wpływu Carla Gustava Junga na film Drzewo Życia Terrence’a Mallicka (informacje o autorce znajdują się pod textem). Wśród wielu źródeł, jakie cytuje są również dr Estes oraz mój blog, co odnotowuję z nieukrywaną przyjemnością.

Jednocześnie chciałabym serdecznie zaprosić do współpracy osoby zainteresowane tematami poruszanymi na blogu, jeżeli ktoś miałby ochotę napisać o tym jak na jego życie wpłynęła Biegnąca z Wilkami, dr Estes czy archetypy i symbolika baśni to proszę o kontakt, chętnie udostępnię łamy.

Pozdrawiam

Anna ‘Lawenda’ Solun

———————————————————————

Jung&The Tree of Life

Reżyser Terrence Malick naprowadza widza, bardzo subtelnie, acz sugestywnie, na trop inspiracji do filmu pt. The Tree of Life. Scenariusz wypełniają chwile z życia przeciętnej rodziny, od momentu poczęcia syna pierworodnego. Ojciec zawsze chciał zostać muzykiem. Ostatecznie nie podążył za swoim marzeniem. Zasiada do organów marki Kohler & Campbell. Jakie to ma znaczenie? Na pierwszy rzut, czytelny jest tylko drugi człon nazwy firmy. Nie chodzi zatem o inżyniera instrumentów, Kohler’a, ani też jego wspólnika Johna Charlesa Campbell, lecz o Josepha Campbell. W książce pt. Bohater o tysiącu twarzy, przedstawił koncepcję wyprawy archetypowego bohatera, który pojawia się w mitologiach całego świata. Amerykański mitograf, znany szczególnie w latach 80. ze swoich programów telewizyjnych, stwierdził, że mity które przetrwały tysiące lat, łączy ta sama, fundamentalna struktura, tj. monomit. Jej nazwa odnosi się do Złotej Gałęzi J. Frazera, który starał się wyjaśnić i zdefiniować, co łączy prawie wszystkie prymitywne religie ze sobą, bądź religiami współczesnymi, o zasięgu globalnym, np. chrześcijaństwem. Na pełny cykl monomitu składają się trzy fazy: odejście, dzielne podjęcie wyzwania; inicjacja, przygoda, droga prób i błędów; oraz powrót, powrót do domu ze zdobytą wiedzą i darem mocy czynienia dobra.

Indywiduacja, podróż w głąb siebie

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, za siedmioma rzekami… Tak zaczynałaby się trywialna bajka. Ale bajek nikt opowiadał nie będzie. Poważny, dorosły człowiek, zorientowany na cel i sukces nie ma czasu na podobne rzeczy. Z biegiem lat, gdy traci wyobraźnię dziecka, gdy przestaje wykraczać poza wymiary logiki, uwikłany w związki przyczynowo-skutkowe, ego zaczyna sugerować mu, że dochodzi, a co gorsza doszedł, do doskonałości (por. film N. Burger pt. Jestem Bogiem). Gdy człowiek oddaje się swoim fantazjom, by odetchnąć od kierowniczego stanowiska, postępuje całkiem logicznie, czyli biologicznie. Ster bezgranicznie oddaje instynktom, czyhającym w cieniu. Działa stosunkowo racjonalnie. W przeciwnym razie mógłby oszaleć od myślenia i z przepracowania. Pozorna to jednak równowaga. By zachować ją, nie można tak po prostu zlekceważyć sfery duchowej. Taka kolej rzeczy implikuje niniejszy baśniowy wstęp – Tu i teraz, w naszej nieświadomości, w bliskości z górami, lasami i rzekami, toczą się historie, których bohaterowie muszą przejść drogę życia, drogę indywiduacji, naznaczoną trzema etapami: odejścia, inicjacji i powrotu. Świadomi są swego przemijania. Ani trawa, ani drzewo, ani człowiek go nie uniknie. Dlatego podejmują podróż w głąb siebie, do jądra ziemi. Pragną znaleźć coś, co jest nieśmiertelne; jakąś siłę, z której wszystko się wywodzi, w której wszystko obecnie trwa i do której wszystko wróci. – W pierwszym etapie indywiduacji człowiek musi przystosować się do wymagań środowiska, które go otacza; określić, czy jego mocną stroną jest myślenie, czucie, percepcja, czy intuicja. W drugim zaś, zaczyna poznawać swoją duszę i innych ludzi, tym samym przygotowuje się do śmierci. Uświadamia sobie własną naturę, rozpoznaje działanie instynktowne, powodowane emocjami, nieuwarunkowane kulturowo. Szukając analogii w wyobrażeniach uniwersalnych, mitycznych, historycznych i kulturowych, rozpoznaje i interpretuje obrazy pierwotne, dziedziczone, wrodzone w psychikę każdego człowieka, które w marzeniach sennych układają się indywidualnie. Przy pierwszym poznaniu człowiek konstatuje – Nie poznaję siebie! To nie byłem ja! – Dzięki tej podróży, może ustalić swoją wewnętrzną i zewnętrzną więź z porządkiem ziemskim i kosmicznym.

Dobro gwarantem pogody ducha

Jak już wiadomo, ci niezwykli bohaterowie to zwykli ludzie. To każdy, kto tęskni za czymś szczególnym, co przyniesie mu spokój, pewność i bezpieczeństwo. W związku z tym rozpoczyna poszukiwania. Tęskni za czymś, bo najgłębsze pokłady psychiki, których na początku wyprawy zupełnie nie jest świadom, przebijają się ze swoją silną energią libido do świadomości. Podpowiadają mu, że coś takiego istnieje, że istnieje w każdym z nas i łączy nas z przodkami, nawet najstarszych cywilizacji. Niespokojne jest serce człowieka – mawiał św. Augustyn – dopóki nie spocznie w Bogu. – Być może sedno tkwi w preparacji serca w miłości, pod warunkiem, że świadomej. Miłość to inicjatorka, która jest w stanie tchnąć życie w kogoś, lub w coś. Motywuje do działania. Inicjuje początek, nie ma zaś końca. Nawet gdy ciało człowieka pójdzie do piachu. Ma na celu rozwój osobowości, stanowi cel wędrówki do doskonałości. Doskonałości nie da się jednak osiągnąć w stu procentach. By tego dokonać, musielibyśmy w pełni poznać treści naszej nieświadomości, a te objawiają się wyłącznie fragmentarycznie, najczęściej w marzeniach sennych. By do niej dążyć, – nie wystarczy wspiąć się na najwyższy z możliwych szczebli rozwoju świadomości. – Twierdził Jung. Świadomość, obejmująca rozwój intelektualny, wiedzę i adekwatne doświadczenie, potrzebna jest po to właśnie, by skonfrontować się z samym sobą, z nieświadomą warstwą ludzkiej duszy, z pierwotnymi instynktami, naturalnymi impulsami, które ukształtowały się na przestrzeni dziejów i nie różnią nas od zwierząt. Bez niej to przedsięwzięcie może być trudne i niebezpieczne. Już w pierwszych scenach filmu głos z offu uprzedza – (…) Siostry zakonne uczyły nas, że istnieją dwie ścieżki przejścia przez życie: ścieżka Natury i ścieżka Łaski. Musisz wybrać, tę którą podążysz. Ścieżka Łaski nie wiedzie do samozadowolenia. Godzi się z upokorzeniem, zapomnieniem, niechęcią. Akceptuje zniewagi i krzywdę. Natura dąży wyłącznie do samozadowolenia. I chce, by zadowalali ją inni. Lubi nad nimi panować tak, aby wszystko było po jej myśli. Znajduje powody do strapienia, kiedy cały świat wokół lśni i zewsząd uśmiecha się miłość. – Przewodnikiem na ścieżce Natury jest rozkapryszone ego. Wola pragnie tylko jednego, przyjemności. Nie liczy się z konsekwencjami. – Świat schodzi na psy. – Stwierdza w pracy najstarszy syn, Jack. – Ludzie są coraz bardziej zachłanni. Chcą cię dostać w swoje ręce. – Z jego myślą koresponduje głos z offu – Tylko kochając, można być szczęśliwym. Jeśli nie będziesz kochał, twoje życie przeminie, nie zauważysz kiedy. Czyń dobro! Zachwycaj się! Nie trać nadziei! – By nie popadać ze skrajności w skrajność, Jezus dał nam przykład. Oprócz boskości miał w sobie człowieka. Uczył człowieczeństwa; dobroci i tolerancji. Miarą naszej dobroci nie jest bowiem to, czego nie robimy, czego sobie odmawiamy, przed czym się bronimy i kogo wyłączamy spośród nas. Miarą dobroci jest to, co osiągamy, tworzymy i do kogo wyciągamy dłoń. Tylko na tej drodze możemy poczuć radość i pogodę ducha (patrz: film L. Hallström pt. Czekolada).

Zrównoważony rozwój

Bohatera, który podjął podróż w głąb własnej duszy, na ekranie Drzewa Życia, grał Sean Penn. – Szczerze mówiąc, wciąż zastanawiam się, co ja tam robię, i jakie miałem zadanie. – Wyznaje w wywiadzie dla francuskiego Le Figaro – (…) Bardziej przejrzysta i konwencjonalna narracja pomogłyby filmowi, moim zdaniem, bez umniejszania jego pięknu. – Do niego właśnie należą sceny końcowe. W filmie jawi się jako najstarszy syn, Jack, w dojrzałym już wieku, w świecie korporacji, drapaczy chmur, zmysłów technicznych, karierowiczów, którzy do uczuć i związków małżeńskich podchodzą jak do eksperymentu. Wyrusza w podróż świata wewnętrznego, podróż wysadzaną archetypami i symbolami, utkaną wspomnieniami i twarzami z dzieciństwa. Okresem jego dojrzewania są lata 50., lata psychoanalizy, osiągającej swoje apogeum na kontynencie amerykańskim. Idealną pożywką owej psychoterapii stały się marzenia senne, czyli obrazy o nietransparentnej narracji. O takiej narracji, jaka towarzyszy całemu filmowi. Nie chodzi tu jednak o podejście Freuda, który sprowadza je wszystkie do stłumionych popędów i walki pokoleń. Podejściem właściwym naszej opowieści jest podejście jungowskie. Ot kość niezgody, która poróżniła obu lekarzy psychiatrii, mentora i ucznia. Zdaniem Junga, żeby wyprzeć pewne treści, muszą one najpierw zaistnieć w świadomości. Na początku jest zatem nieświadomość, skała macierzysta świadomości. Rodzimy się, żyjąc w nieświadomości. Kierują nami wyłącznie instynkty, podobnie jak u zwierząt. Świadomości nabieramy dopiero później, rozwijając przeciwstawne funkcje psychiki – uczucie i myślenie, intuicję i percepcję – jedne mniej, inne bardziej. Idealnie byłoby pracować nad nimi wszystkimi w tym samym stopniu. Wieloletnie kserofity, żyjące na pustyni, silnie redukują wielkość liści, bądź całkowicie z nich rezygnują. Ten zabieg zmniejsza tempo utraty życiodajnej wody. Podobnie należy pielęgnować duszę (gr. psyche). na co dzień absorbuje nas sztuczna inteligencja i fizyka kwantowa, bywa, że nasza inteligencja emocjonalna leży w powijakach. W pewnym momencie, zainteresowania analityczne mogą pochłonąć całą energię. Zapominamy o reszcie świata. Trzeba mieć zatem oczy szeroko otwarte i w odpowiedniej chwili skrócić kolejne szkodliwe zapędy. Podobnie jest w życiu prywatnym. Mądra kobieta – definiuje aktor P. Królikowski – to taka, która wie. Jak nie wie to ma intuicję i o nic nie pyta. – Czasem lepiej nie drążyć, nie analizować, nie szukać wyjaśnień, a pozwolić dojść do głosu sercu, lub intuicji.

Kobieta Wilk a archetyp Wielkiej Matki

Dlaczego dorosły facet, w czarnym garniturze, w tak nieadekwatnym, wizytowym stroju, przemierza pustynię? Chwilami podobnie jak oko kamery za nim, tak on kroczy za tajemniczą kobietą i chłopcem, którym był w dzieciństwie. Wcześniej musi jednak przejść przez kamienną, antyczną futrynę, osadzoną w wolnej przestrzeni, w powietrzu. Dlaczego na diabelsko rudym i ognisto pomarańczowym pustkowiu szuka odpowiedzi na nurtujące go pytania: – Kiedy po raz pierwszy, [nieśmiertelna siło – przyp. E.B], dotknęłaś mego serca? W jakim przebraniu ukazałaś mi się? – Tę tajemnicę skrywa w sobie archetyp Wielkiej Matki. W filmie na mnogość jego znaczeń wskazuje symboliczna kolorystyka sukienek Pani O’Brien. Zgodnie z interpretacją astrologiczną łączy ona w sobie intuicję, spirytualizm, idealizm, iluzje, zagubienie i utratę świadomości. W naszej zbiorowej nieświadomości – zdaniem Junga – tkwi pewna bogini, rodzicielka, obraz natury, wymiar macierzyństwa; matka ochraniająca i żywicielka. W oczach starożytnych Greków, skórę Matki Ziemi, Gai, stanowiły gleba i roślinność, jej piersi tworzyły góry, a łono jaskinie. Obrazy te przeplatają się w Drzewie Życia z sekwencjami, w których pojawia się Sean Penn. Spotykają się z krytyką, zwłaszcza tych widzów, którzy nie dostrzegają związku między głównym wątkiem familijnym a zdjęciami kamery z filmu przyrodniczego. Nadmieniona kobieta jest jednocześnie matką niszczącą, diablicą. Psychoanalityk szkoły jungowskiej, Amerykanka C. P. Estés, w książce Biegnąca z wilkami. Archetyp Dzikiej Kobiety w mitach i legendach, opowiada historię zasłyszaną na obrzeżach Teksasu, o La Lobie, która przywraca umarłych do życia. – (…) W niedostępnym, odludnym miejscu, które każdy w duszy zna, ale które niewielu widziało, żyje stara kobieta. Podobnie jak we wschodnioeuropejskich baśniach wyczekuje, aż jakiś zagubiony w drodze wędrowiec czy poszukiwacz szczęścia zbłądzi pod jej dach. (…) Jedynym zajęciem La Loby jest zbieranie kości. Zbiera i przechowuje szczególnie kości tych istot, którym grozi wymarcie na ziemi. (…) Czołgając się i pełzając na kolanach, przeczesuje montanas (góry) i arroyos (wyschłe koryta rzek) w poszukiwaniu wilczych kości, a kiedy zgromadzi już cały szkielet, (…) siada przy ogniu i duma, jaką zaintonować pieśń. (…) Śpiewa z całych sił, z głębi płuc, aż pustynia drży w posadach, a podczas pieśni wilk otwiera oczy, podskakuje i zaczyna biec kanionem. A w którymś momencie biegu, czy to od wielkiego pędu, czy to od bryzgów wody w rzece, czy to od promienia słońca lub księżyca, który pada wprost na bok zwierza, wilk nagle przemienia się w roześmianą kobietę, która biegnie wolna ku widnokręgowi. – Legenda koresponduje również z projektem Izraelczyka Idan’a Raichel’a pt. Im Telech/ Gdy odejdziesz. Tekściarz uchyla się od periodyzacji. Pisze o tym, co czuje każda kobieta, również współczesna, po stracie swojej miłości. Jednocześnie wideoclip, z jakże uniwersalnymi przeżyciami, przenosi nas w pierwotny świat. Bohaterką jest element rysunku naskalnego. Na naszych oczach ożywa, wyrywa się z kręgu wspólnoty i udaje w podróż, by nabrać sił do walki z tęsknotą za brakującym ogniwem, za mężczyzną. Mądrość i intuicja animy prowadzą dziewczynę ku słońcu, na złote pola, na pustynię. Ona wie, ona czuje, że energii nabierze w bliskości z naturą, szczególnie z ptakami, w których drzemią dusze zmarłych. Gdy przestanie myśleć o potrzebach swojego ciała (larwy, robaka) i skoncentruje się na duszy, jej psyche zintegruje się ze swoją drugą połową i uniesie wysoko ponad ziemią, jak motyl. Jest dzielna i nie traci nadziei. – Na południowym zachodzie Ameryki – pisze Eses – archetyp starej kobiety bywa też uosabiany jako La Que Sabe, Ta, Która Wie. – O kobietach wie wszystko, stworzyła kobietę ze zmarszczki swojej stopy, stopy która wszystko czuje, z części ciała, która styka się z ziemią. Dlatego kobiety posiadają jej mądrość i moc generowania cyklu życiowego. Nieustannie łączą się z nią i odnawiają swój potencjał twórczy, gdy dotykają jej bosymi stopami. – Ta, która na nowo tworzy życie z tego, co już umarło, – kontynuuje Estés – jest zawsze archetypem o dwóch obliczach. Matka Stworzenia jest zarazem Matką Śmierci i odwrotnie (por. utwór LUXTORPEDY pt. Wilki Dwa). Ta dwoista natura, podwójna funkcja, stawia przed nami trudne zadanie zrozumienia, co wokół nas, ponad nami i w nas powinno żyć, a co powinno umrzeć. Naszym zadaniem jest zrozumieć rytm życia i śmierci, i pozwolić umrzeć temu, co musi umrzeć, a żyć temu, co powinno żyć. – Kości to to, co zagubiło się gdzieś w procesie naszej socjalizacji, pod wpływem środowiska w jakim żyjemy, doczesnej cywilizacji z jakiej wyrastamy. W którymś momencie, gdy nasze idee tracą blask i skrzydła, gdy ów płomień przygasa, bo taka jest naturalna kolej rzeczy, dusza zamienia się w pustynię. Pustynia jest punktem wyjścia, jest czymś pierwotnym. Możemy przemierzyć ją dwiema drogami. Sfrustrowani, widząc ze życie umyka nam przez palce, zaczynamy na niej budować, na piasku, prowadząc do autodestrukcji, lub wręcz przeciwnie, w odcieniach pomarańczy, jak pustelnicy, szukamy mądrości. Przebywając ze sobą sam na sam, zbieramy myśli, żeby ułożyć je w sensowną całość. Poddajemy je starannej selekcji. Przycinamy i odrzucamy niepotrzebne pędy, te które wyciągają z nas soki i trwonią naszą energię, te które nas wręcz ograniczają.

Pierwsza z możliwych dróg – sztuczna chemia

Do celu zbliżymy się, obierając wariant pustelnika. Przed nami jest jednak jeszcze druga ścieżka – przeobrażenie homo sapiens sapiens w homo ludens. Pielęgnowanie pustyni zamiast duszy sprawi, że zaczniemy po niej błądzić. Lęki, frustracje, zbyt wysoko postawione poprzeczki skłaniają do poszukiwań transcendentnych wrażeń, do ucieczki w psychodeliczne miasto używek, seksualności, kultu piękna, splendoru, konsumpcji i anonimowości, do wyładowania agresji na innych i rasizmu. Zjeżdżanie pustyni zdezelowanym jeepem, prowadzi do krótkotrwałego oczyszczenia. Najpierw ryje się własne podłoże, po czym doły zalewa się kieliszkiem sfermentowanych winogron, z myślą – Odpłynę! Choć na chwilę! – To intensywna forma życia, lecz krótka – cykl wegetacji jednorocznej rośliny pustynnej, który kończy się wraz z krótkotrwałym okresem opadów deszczu. H. Freudenberger i G. North wyróżnili dwanaście faz wypalenia zawodowego. Od próby udowodnienia czegoś sobie i innym, przez zwątpienie we własny system wartości, pasje i przyjaciół, przez alienację i obojętność, przez bezgraniczne oddawanie się uciechom cielesnym, po rozwiązanie sytuacji samobójstwem. To od nas zależy, na którym etapie powstrzymamy niszczycielski ogień, czy w ogóle go ugasimy, czy wreszcie obudzimy się na pogorzelisku. Burnout. Trend wśród stawianych diagnoz przez psychoterapeutów. Wszystko byłoby na miejscu, gdyby chodziło o trędowatych, o chorobę, która odpycha, z którą trzeba ukrywać się w leprozorium. Choć miejsce to służy izolacji, chory ma szansę odczuć w nim namiastkę wspólnotowego życia, z ludźmi podobnymi sobie. Dzisiejsza moda przyzwala na przyjmowanie papierów o niezdolności do pracy bez skrępowania. Osoby w stanie depresyjnym, zgodnie z zaleceniami lekarza, w celu spoczynku, oddają się na dłużej w ramiona Morfeusza. Paradoksalnie, nieprzeciętnie długi sen nie prowadzi do poprawy stanu zdrowia. W rezultacie pacjenci spędzają w łóżku coraz więcej czasu. Jednocześnie izolują się. Puszczają w niepamięć fakt, że są istotami społecznymi i potrzebują drugiego, choćby po to, żeby poprawić własne samopoczucie. – Człowiek – rzekł Jung – sam dla siebie jest mroczną zagadką. Jeśli chce poznać siebie, potrzebuje innych. – Z czasem syndrom Burnout staje się wytłumaczeniem nie tylko dla chwilowej niedyspozycji oraz wyczerpania, lecz również dla gnuśności i nieporadności, napędzanych przez samego siebie. Pacjent dezaktywizuje i zaniedbuje się. Przestaje pracować nad sobą, nad automotywacją i samozaparciem.

Druga z możliwych dróg – chemia naturalna

Matka Natura na wyczerpanie, depresję i bezsenność znalazła inne rozwiązania. Dr S. Cabot, w książce Świeże soki z warzyw i owoców mogą uratować Twoje życie, podaje recepty na magiczne trunki z wyselekcjonowanych składników. Miksuje selera (źródło Mg; działającego kojąco na system nerwowy), buraki (Mg, Ca, Cr) marchew (Ca, K, Mg i wit. B), sałatę (lactuarium – naturalny środek uspokajający), sos tabasco (w tym: pieprz kajeński, chili – uwalniające endorfiny z mózgu). To zbiór przepisów na codzienną dawkę naturalnego valium i relanium. Czarodziejskie mikstury uzupełniają też braki związków chemicznych w organizmie, które wyzwalają szczęście. By zwiększyć ich produkcję, wystarczy trochę wysiłku, aktywności fizycznej, pośmiać lub zakochać się. Przyroda wyposażyła człowieka w komórki, które regulują napływ opiatów, środków uzależniających jak morfina, heroina lub kodeina, do tkanki nerwowej. Mózg wytwarza własne narkotyki. Reakcje chemiczne po zażyciu morfiny wywołują stany graniczące z seksualnym spełnieniem; spokój, euforię, ekstazę. Czterdzieści lat temu C. Pert dowiodła, że akt miłosny zwiększa poziom endorfin o dwieście procent. Równie dobrze miłość może zabić, jak każde niepohamowane uzależnienie. M. Liebowitz badał chorych z miłości i osoby, które z tego powodu popełniły samobójstwo. Wszystkie odznaczały się zaniżonym stężeniem fenyloetyloaminy (PEA) w mózgu, substancji należącej do grupy amfetamin. W pierwszych latach związku wstajemy i kładziemy się spać na rauszu. Odurzenie przejawia się euforią, bezsennością, uczuciem nieuzasadnionej radości, pewnością siebie, zaburzeniami łaknienia, bądź depresją na przemian z ożywieniem i brakiem koncentracji. To dopiero początek łańcucha reakcji. PEA mobilizuje zwiększoną aktywność noradrenaliny, a ta z kolei dopaminy. Wszystkie razem sprawiają, że obecność ukochanej osoby działa na nas jak odbieranie nagród i wyróżnień. Samotne kobiety nie czują powołania do macierzyństwa, nie odczuwają harmonii i przywiązania, bo ich mózg i jajniki nie wyzwalają oksytocyny. Ten hormon zarówno pomaga skurczami wypchnąć na świat jak i wykarmić dziecko, odpowiada za laktację. Podczas, gdy u kobiety w trakcie seksu ta sama substancja nasila uczucie rozkoszy, mężczyźnie jej nadmiar uniemożliwia wzwód, przemawia do rozsądku – Uspokój się Kowalski! Nie szukaj przygód! Masz już dzieci i kobietę, którą kochasz! – Ewentualnie – Wypadałoby, żebyś ją kochał! – Miłość jest jak skok na bungee, wspinaczka wysokogórska, spływ kajakowy rwącym potokiem, podróż w nieznane, Formuła 1, rugby, walka gladiatorów, hazard, wyścig szczurów, zdrada, innymi słowy, wyzwanie. Noradrenalina. Pochodna adrenaliny podwyższa ciśnienie i poziom glukozy we krwi, przyspiesza bicie serca, zmniejsza apetyt, u kochanków wywołuje uczucie podniecenia i zwiększa wrażliwość na dotyk. Rumieńcami okrutnie zdradza nasze wstydliwe emocje na czyjś widok. Z miłości szalejemy od około osiemnastu miesięcy do czterech lat. Później wkrada się nuda, której nie każdy potrafi lub chce zaradzić. Przy odrobinie chęci i siły woli, można jednak ulec zastrzykowi uśmierzającej morfiny w postaci endorfin, dotychczas tłumionych przez PEA. Poza nudą przyniosą to, do czego każdy prędzej czy później dąży, do czego w końcu dorasta – spokoju, poczucia przywiązania, przyjaźni i harmonii. Obok formowania charakteru przez kształcenie praktycznych umiejętności i intelektualnych zdolności, bardzo ważne jest przebudzenie duchowe. Szczególnie dbał o to centaur Chiron, ucieleśnienie archetypu Zranionego Uzdrowiciela. Jego cierpienie polegało na nieśmiertelności. Umiał leczyć rany innych. Gdy ktoś zadał z kolei jemu ranę, nie potrafił jej zaradzić. Chciał umrzeć, lecz nie mógł. Nie wolno oddzielać uzdrowiciela od chorego. Chory musi wierzyć w swoje wewnętrzne zdrowie i zdolności do samoleczenia. Nie może pokładać nadziei wyłącznie w terapeucie. Podobnie, ktoś genialny, musi uznać swoje braki, by uleczyć własną psychikę.

Drzewo Życia a archetyp Jaźni

Tytułowe drzewo życia to nic innego jak przedstawienie mandali w innej kulturze. Centrum połączonych ze sobą dwóch figur – koła i kwadratu; nieba z ziemią i człowiekiem – stanowi jednocześnie początek i koniec. W ujęciu astrologicznym to świadomość, tożsamość, kreatywność i autoekspresja. Dla Junga tworzy odpowiednik archetypu Jaźni, obrazu doskonałości, pełni, całości i jedności człowieka. Jego zdaniem jaźń jest – (…) wielkością nadrzędnego świadomego ja. Obejmuje nie tylko świadomą, ale i nieświadomą część psyche i dlatego jest jakby osobowością, którą my także jesteśmy. – Celem życia jest powrót do źródła, do tego, co niedostępne i tkwi w nas poza tym, co przeżywamy świadomie; powrót do tego, co w nas pierwotne i dzikie, nieoswojone, niewychowane zgodnie z obecnie panującymi konwencjami. Zintegrowanie duszy wymaga zjednoczenia psychologicznych przeciwieństw, pierwiastka męskiego i żeńskiego (por. film D. Finchera pt. Fight Club). Niekiedy doświadczamy w sobie wręcz tchnienia Boga, w którym scalają się przeciwstawne elementy. Należy pamiętać, że Jung był Szwajcarem wyznania kalwińskiego i nigdy od tej wiary nie odstąpił mimo, że nie pozostawał wobec niej bezkrytyczny.

Afryka – przenikające się światy żywych i umarłych – harmonia

Tak jak Jung patrzył na własną kolebkę religijną krytycznym okiem, tak doktor medycyny, psychiatra C. Żechowski podchodził do teorii Junga z dystansem, dopóty dopóki nie udał się w podróż do Afryki. Zachowując pełen krytycyzm, przyznał przed samym sobą, że przeżył sen na jawie. Nieporównywalne bogactwo kształtów i barw, bujność natury, niezwykle radosne chmary dzieci, formy życia społecznego, jakich na Zachodzie już nie ma, w sąsiedztwie z suszą, głodem i malarią stwarzają iluzję. Racjonalista zapragnął w niej uczestniczyć i rozumieć ją. – Czułem jak na wyschniętą ziemię padają krople deszczu i pojawia się życie. (…) Suche ugory zamieniają się w zielone łąki. Czułem, że uczestniczę w czymś pierwotnym, bardzo prostym, a jednocześnie bogatym i witalnym, w jakimś doświadczeniu wspólnoty wykraczającym poza to, co znałem dotychczas. Było to doświadczenie obecności innych i jakiejś absolutnej, podstawowej równości wobec natury, życia i śmieci. – W takim świecie rezygnacja z emocjonalnej niezależności niesie poczucie bliskości i bezpieczeństwa. Ludzie są zdolni do tworzenia grup i wspólnoty, są odporni na atomizację. To przejaw swoistej inteligencji – emocjonalnej. W swej formie komunikacji przekraczają granice i sztywno ustalone konwencje. Razem stają się silni, zdolni do obrony przed lękiem, który budzi inny, groźny, nieznany, obcy. W pogańskich wierzeniach duchy żyją między ludźmi. W artykule Pogański Rytuał, M. Snowida, czytamy – (…) W szamanizmie uznaje się, że oddziałujące na nas moce istnieją na zewnątrz nas, a nie w naszych ciałach czy umysłach. (…) Siły natury są czymś żywym (rzeki, drzewa, skały, góry, wodospady, ogniska, planety, niebo, doliny, jaskinie itd.). – Duchy mogą być dobre, neutralne, bądź złe, w zależności od tego jak traktujemy środowisko naturalne. Ptaki, owady, inne zwierzęta i rośliny również są właścicielami gruntów, co cywilizacje krajów rozwiniętych zwykle lekceważą. – Kiedy wycięte zostanie ostatnie drzewo, – cytuje autor – ostatnia rzeka zostanie zatruta i zginie ostatnia ryba, odkryjemy, że nie można jeść pieniędzy. W zależności od naszego stosunku do Ziemi – pisze dalej – i istot ją zamieszkujących, miejscowe duchy albo będą nam utrudniały pracę albo wspierały nasz wysiłek. Mogą nam przeszkadzać wywołując choroby, problemy w pracy lub w związku, wpływając na nasze umysły i utrudniając duchową praktykę oraz oddziałując na naszą energię tak abyśmy czuli się zmęczeni, przygnębieni, zdenerwowani lub zmieszani. Z drugiej strony mogą zwiększać nasze siły witalne, chronić nas oraz usuwać zakłócające niesubstancjonalne energie w naszym środowisku, pomagać koncentrować umysł na duchowej praktyce, leczyć oraz tworzyć z nami harmonijny związek. – W seansach spirytystycznych i rytuałach religijnych, np. w Nepalu, można zaobserwować walkę duszy ludzkiej o ciało z demonem. W pierwszym przypadku praktyki te łudząco przypominają egzorcyzmy, w drugim zaś ludzie dobrowolnie narażają się na niebezpieczeństwo. Wejście na inny poziom świadomości ma służyć wzmocnieniu własnej duszy, której doświadczamy w sobie na co dzień. Problem pojawia się, gdy po przerażających zmaganiach zły duch nie opuści człowieka. W. Cejrowski w Podróżach z żartem opowiadał, że w Peru zdarzyło mu się usiąść na babci, a zaraz potem na dziadku indiańskiej rodziny, u której gościł. To nie tylko dlatego, że zostali oni pochowani dokładnie tam, gdzie było ich stałe miejsce przy stole. W tym świecie człowiek nie umiera od razu. Pogrzeb nie jest uroczystością żałobną. Jak pisze pastor i religioznawca J. S. Mbiti, proces umierania trwa dotąd, aż nie zostanie pochowany ten, kto znał osobiście żywego zmarłego. Ciągle przebywa w pobliżu tych, którzy go znali. Bywa, że ukazuje się najstarszym członkom wspólnoty. Tak objawia się jego osobista nieśmiertelność. Natomiast, gdy w świecie doczesnym nikt już go nie rozpoznaje i zaczyna wzbudzać lęk, przechodzi do sfery nieśmiertelności zbiorowej; do wspólnoty duchów, pośredników między Bogiem a człowiekiem. W nocy duchy są najaktywniejsze. Ogniska domowe, palone przed chatami stanowią punkt odniesienia, źródło i cel życia, rozświetlają ciemność i najgłębsze, najczarniejsze zakamarki duszy, uprzytamniając pierwotne instynkty. Mają utrzymać ciągłość w łączności z martwymi przodkami. Wokół nich toczy się życie wspólnoty. U Chirona w grocie, o ognisko domowe dbały kobiety, uosobienia mądrości i pożytku jego nauk. Zapewniały ciepłą atmosferę, która zapobiegała jednostronnemu kształceniu uczniów. Filmowy Jack również rozpalał w swoim domu płomień, niebieski znicz.

Powrót do dzieciństwa vs. socjalizacja

C. Żechowski dostrzegł duże podobieństwo między własnymi wrażeniami z podróży do Afryki, a przeżyciami Junga i religioznawcy J. S. Mbiti, znacznie różniącymi się w czasie. Dzięki nim lepiej zrozumiał siebie, własną kulturę oraz głęboki związek i przenikanie się pozornie bardzo odległych cywilizacji. – Duch przenika wszystko, czas i przestrzeń. – Pisze o zbiorowych procesach zachodzących w nieświadomości i archaicznych pokładach psychiki Z. W. Dudek, organizator corocznego Forum Inspiracji Jungowskich. – Człowiek nie jest tylko prochem rozwiewanym po historii jak piasek na pustyni, lecz odnajduje się nieustannie w sieci ludzkich doświadczeń. – Podróże w nieznane i spotkania z nieznanymi ludźmi to przypomnienie tych, których już kiedyś poznaliśmy w opowieściach z dzieciństwa. Z dzieciństwa wyrasta nasza przyszłość, natomiast celem życia jest powrót do źródła, do snów z dzieciństwa. Kamera często wchodzi do pokoju Jack’a, R. L i Steve’a, również, gdy chłopcy kładą się spać. Dudek, podpierając się autopsją, uważa, że dzieciństwo i doświadczenia z pierwszego okresu życia są niezwykle ważne. Kryją w sobie wzory i punkty oparcia dla przyszłych działań i twórczych myśli. Historie opowiadane przez dorosłych, rodziców i dalszych krewnych stają się nieprzeniknionymi, ponad historią uwarunkowanymi mitami i wytworami kultury. Są jak prawdy kultury, ukazujące prawdziwe życie psyche. Samych gawędziarzy natomiast należy traktować jako bohaterów, którzy dokonali wielkich czynów. To oni sprawiają, że dziecko staje się w przyszłości silniejsze i mądrzejsze. To ich słowo, padające na skałę macierzystą nieświadomości, stwarza grunt dla świadomości. Reżyser trylogii romantycznej Przed wschodem słońca, Przed zachodem słońca i Przed północą, R. Linklater, zastanawia się nad sobą: – Czy czas i doświadczenie zmieniły mnie mimo, że nadal jestem sobą, ze swoimi wszystkimi ograniczeniami. – W wywiadzie dla Wysokich Obcasów mówi o bohaterach filmu – (…) Zmieniły się okoliczności w jakich funkcjonują, ale czy oni też? Gdzie teraz są? Ze wszystkich związków w jakich będziemy funkcjonować, czy to z rodziną, znajomymi, ukochanymi, najtrwalszą jest relacja z naszymi poprzednimi wcieleniami. Dlatego warto się zastanowić – jaka jest moja relacja z ośmioletnim mną? Z dwudziestoletnim mną? Czterdziestoletnim mną? Nigdy nie wolno przestać zadawać tego pytania. Co się zmieniło w świecie i we mnie, co mnie zmienia, czy jestem szczęśliwy… To podstawa wszystkiego. – W którymś momencie należy wyjść z własnego ciała, stanąć obok niego i krytycznie na siebie spojrzeć, zastanowić się, czy stanowimy to, kim chcieliśmy być, czy socjalizacja ma na nas wyłącznie pozytywny wpływ. J. Urbański, początkowo naukowiec, później założyciel pierwszej poważnej hodowli owadów w Polsce, w reportażu Trójki pt. Fabryka Owadów wyznaje – (…) Ludzie często nie wiedzą, dlaczego nie lubią owadów i czują wobec nich odrazę. Nie znam pięcio-, czy sześciolatka, który nie lgnąłby do nich, nie był nimi zafascynowany i nie wziął ich do ręki. – I na filmie widzimy zabawę synów, którzy straszą Panią O’Brien gadem, złapanym w gołe dłonie. Jak tłumaczy Urbański, to niechęć nabyta kulturowo. Europa jest w tym przypadku ewenementem. Na innych kontynentach insekty stanowią integralną część posiłku, o dużej zawartości białka. Wiele z nich ma praktyczne zastosowanie. Niektóre, choćby, potrafią rozkładać produkty organiczne znacznie szybciej niż chemia stosowana na wysypiskach śmieci. – O czarny pijar dla owadów – kontynuuje Urbański – postarało się głównie chrześcijaństwo, które utożsamiło je z nieczystymi mocami. – Gdybyśmy oderwali się, co najmniej na tym polu, od dotychczasowego myślenia, ukształtowanego przez cywilizację, zrobilibyśmy ukłon w stronę pierwotnych, niekoniecznie gorszych, rozwiązań.

Refleksją nad samym sobą jest zbieranie rozsypanych kości na pustyni. Każdy cykl ma na niej swój początek. Pustynia nie jest jałowa, jakby mogło się zdawać. Głęboko w sobie skrywa tajemnicze życie. Do niego musimy się dostać i dostarczyć mu regularnych opadów deszczu. Jack dotarł do brzegu, gdzie wody było pod dostatkiem. Tam spotkał dusze zmarłych, w tym najbliższych. Rośliny pustynne wykazują specyficzne przystosowania do środowiska, w którym żyją. Wytrzymują długie okresy uśpienia. Wieloletnie gatunki mają na ogół rozbudowane systemy korzeniowe, sięgające głęboko w glebę lub w szczeliny skalne. Odżywczym dla nich deszczem, śpiewem La Loby wskrzeszającym kości, może stać się wszystko, co pobudza zmysły i rozpala wyobraźnię; joga, taniec, pisanie, malowanie, tworzenie sztuki. Filmowi bracia z Drzewa Życia stanowili zupełne przeciwieństwa. R. L. – młodszy brat Jack’a, przejawiał uzdolnienia muzyczne i plastyczne. Jack szybko go stracił. W tym samym momencie stracił też kontakt ze sztuką. R(eal) L(ife) umarł jako mały chłopiec. Wtedy również w Jack’u umarło prawdziwe życie, to które tak bardzo różni się od wirtualnego świata i samotności w sieci. Zdaniem Coco Chanel, może zdarzyć się, że ktoś urodzi się bez skrzydeł, ale nigdy nie może pozwolić na to, by mu nie wyrosły. La Loba pokazuje różnicę miedzy roślinami zwiędniętymi a zasuszonymi ze starości. J. Korczak, prekursor działań na rzecz praw dziecka-człowieka, pedagog i pisarz, nie bacząc na wiek, potrafił odnaleźć w sobie animę, dziką kobietę, która wskakiwała na stół i zarządzała Dzień Psot, gdy opiekunka wyjechała na jeden dzień z Domu Sierot. Przynajmniej raz do roku ustanawiał Dzień Brudasa i nakładał kary, na tego, kto spróbował się umyć. Dziecko powinno samo zrozumieć i emocjonalnie przeżyć daną sytuację, doświadczyć jej, wyciągnąć wnioski, ponosić konsekwencje i zapobiegać negatywnym skutkom. Korczak traktował dzieci poważnie, prowadził z nimi dyskusje. Znajdował posłuch wśród dorosłych, bo jak rzadko kto potrafił wejść w skórę dziecka, oderwać się od konwencji i powszechnie panujących poglądów. Miał ogromną lekarską wiedzę, ale i moc zmieniania świata, płynącą z głębi duszy. Rodzinę uważał za najlepsze środowisko dla dorastania dziecka, choć sam zrezygnował z własnego, biologicznego. Dzięki temu mógł przelać swoją miłość, pasję i zaangażowanie na działalność społeczną. W domu dziecka stworzył znacznie większą rodzinę niż ta tradycyjna. Starość – mawiała Chanel – nie chroni przed miłością, ale miłość chroni przed starością.

„Sztuka” wyrazu frustracji a archetypowa twórczość

Zatrważające jak zmieniło się pojęcie humanisty, jak jego świat oparty na koherentnym światopoglądzie, podzielił się na dwa odrębne, naukowca i artysty, na empiryczno-obiektywny i irracjonalno-subiektywny. Na porządku dziennym słyszy się: – Proszę ode mnie nie wymagać poprawnej analizy wykresu, ani obliczania strat z zaciągniętej przeze mnie Chwilówki! Jestem humanistą. – Coraz częściej to synonim ludzi nieprzystosowanych do rynku pracy, studentów kierunków humanistycznych. Statystyki ogólne potwierdzają, że i oni czytają tylko to, co muszą. Gdzie się podziali zatem filolodzy i myśliciele z prawdziwego zdarzenia? Wśród magistrów, których tytuł zaczyna przypominać, uzyskane z opóźnieniem, świadectwo dojrzałości, dostępne już dla każdego? Kiedyś – pisze Dudek – artysta był również myślicielem, i odwrotnie, myśliciele byli artystami (Leonardo da Vinci). Nie tylko poddawał się zmysłom czy impulsom twórczej intuicji i ulegał potrzebie ekspresji, ale także kontemplował swe dzieło, odkrywał w nim formę, pośrednio lub bezpośrednio porządkował swój świat wewnętrzny, filozofował o życiu. – Według Junga tak wygląda właśnie twórczość wizjonerska, czyli archetypowa. Chanel w odróżnieniu od mody sztuką nazwała to, co dziś nie spotyka się z aplauzem, to, co dziś jest brzydkie. Dopiero po czasie dostrzegamy w tym piękno. Być może dlatego, że po odcięciu wpływów i nurtów epoki, w której powstaje prawdziwa sztuka, odnajdujemy coś ponadczasowego, pierwiastek archetypowy, przemawiający z nieświadomości do świadomości ludów wszystkich cywilizacji. Dzisiejsze natomiast, subiektywne, krzyki, ukazujące wewnętrzny chaos, bez potrzeby intelektualnych rozważań, stanowią tzw. twórczość symptomatyczną. Nie współtworzą jednego światopoglądu z wizją naukową. Dalekie są od osiągnięcia stanu równowagi, to wyzwalanie kolejnej uzależniającej dawki adrenaliny, uśmierzającej frustracje i przykre zaszłości z okresu dorastania artysty. Marina Abramović, ikona jakże modnego body artu i performansu, po latach swej działalności przyznaje – (…) Z każdym Rytmem [kolejnym występem – przyp. E. B.] coraz bardziej zbliżałam się do samobójstwa. Niszczyłam się na wszystkie sposoby. – Odrzucała wszystko, co łatwe i piękne, zadawała sobie ból i cierpienie, czemu dała wyraz w nagraniu wideo, zatytułowanym Sztuka musi być piękna, artysta musi być piękny. Marina z furią czesała na nim swoje długie czarne włosy, powtarzając: – Art must be beautiful, artist must be beautiful. – Z każdym powtórzeniem robiła to coraz gwałtowniej, aż do krwi. Jej występy przypominają raczej eksperymenty socjopsychologiczne, niż sztukę. Sprawdzają, na ile publiczność jest pasywna na zadawanie innym bólu i cierpienia. Pod szyldem performansu Thomas Lips zjadła litrowy słój miodu i wypiła tyle samo wina. Kieliszek zgniotła w dłoni. Na własnym brzuchu żyletką wycięła pięcioramienną gwiazdę, po czym zaczęła biczować się po plecach. Oblana krwią położyła się na krzyżu, ułożonym z brył lodu. Żeby brzuch mocniej krwawił, nad krzyżem powiesiła wcześniej grzejnik. Pół godziny leżała przymarznięta do instalacji, aż nadeszli zbawiciele z widowni, którzy zdjęli ją z krzyża i uratowali przed samą sobą, w tym jej przyszły mąż. Później przyznała, że dopóki nie poznała swojej pierwszej miłości, w swoich pracach uzewnętrzniała frustrację, poczucie tego, że jest samotna i nieszczęśliwa. Okazywanie miłości kojarzyła z bólem i cierpieniem. Nie zaskakuje taka postawa, gdy do układanki doczepimy brakujący element. Dzieciństwo. Matka nigdy nie okazywała córce miłości, ani najdrobniejszej czułości, wręcz przeciwnie, wychowywała ją na zasadach skrajnie autorytarnych. Dziewczyna odnalazła się w sztuce performansu, bo uważała, że podobnie jak muzyka jest ona abstrakcyjna i swoją energią wpływa na człowieka bezpośrednio, bez barier. – Performance tym różni się od teatru, – mówi Abramović – że w teatrze jest tępy nóż i keczup, a w performansie – ostry nóż i prawdziwa krew. Dajesz z siebie wszystko, nie chowasz się za rolą ani za rekwizytem. Widownia czuje każdy fałsz i jeśli ci nie uwierzy, performance będzie tylko serią dziwnych działań, które wyglądają na szaleństwo. – Po latach okrutnych doświadczeń, zorientowana na buddyjskie kontemplacje, prawie siedemdziesięcioletnia artystka, uznając, że w końcu zapracowała na miano wariatki, wkłada obcasy, piękne sukienki, pozuje do zdjęć, prężąc sztuczny biust i co jakiś czas występuje w autobiograficznych sztukach teatralnych, bądź filmach dokumentalnych. Dzięki temu, jak twierdzi, nabiera do siebie dystansu i zaczyna porządkować swój wewnętrzny świat. Na to wygląda, że jednym z naszych podstawowym celów jest nabranie wyczucia w rozważnym ustalaniu własnych zasad, które będą strzegły równowagi życia zgodnego z naszym ja (por. schizofreniczna walka animusa z animą, w filmie D. Finchera pt. Fight Club).

Miłość, miłość bliższa, miłość najbliższa

Książkę Psychologia chłopca według Junga. Na początku była nieświadomość Dudek pisał językiem lekkim, jakby z myślą o dziecku, spragnionym ciekawej opowieści. Nie wychodzi poza świat rodziców, dziadków i wujków. Opatrzył ją opisem, który równie dobrze mógłby znaleźć się na okładce filmu Malicka. – Jest to opowieść o tym, jak rodzi się mały człowiek, jak rozwija się w dzieciństwie jego dusza i jak mieszka mu się w ogromnym i pełnym wspaniałości domu, który dorośli nazywają ŚWIATEM. Malick z kolei z myślą o widzu, spragnionym piękna wyrazu środków artystycznych, posłużył się zdjęciami E. Lubezki’ego. Narracja w filmie nie jest przejrzysta. Widz musi zmierzyć się z dwugodzinnym marzeniem sennym. Czy to wada? Czy zaleta? Trudno ocenić. Gdyby Jung wykładał swoją psychologię archetypów jeszcze dziś, z pewnością posłużyłby się filmem w formie pięknego pokazu slajdów, wymagającego komentarza. Dudek zaczyna historię słowami: – Dawno, dawno temu, dwoje młodych, ale dorosłych już ludzi, bardzo się pokochało. Ona była kobietą, a on mężczyzną. Poczuli się jak w raju, wszystko było dla nich piękne i wspaniałe. Widzieli raj dookoła, ale najwięcej w sobie, aż przelewał się on w ich sercach. Kochali siebie w myślach na odległość i pokochali siebie na blisko. Byli tak blisko siebie, że spotkały się ich ciała w jednej rajskiej miłości. Z tej najbliższej miłości rozpoczął życie nowy człowiek, niewidzialne jeszcze DZIECKO. Kobieta stała się jego mamusią, a mężczyzna tatusiem. – Miłość zapoczątkowała nowe życie. Podziwiam pary, – mówi Linklater – które po latach spędzonych ze sobą wciąż mają blask w oczach, gdy patrzą na siebie. Kiedy widzę takich ludzi, myślę sobie, że wiedzą coś, czego ja nie wiem. Że rozszyfrowali tajemniczy kod. – Asaf Avidan szuka odpowiedzi na tę samą zagadkę. Folkowo-rockowy muzyk z Izraela, w utworze Is This it?, żarliwie stawia pytania. Układa je w listę pragnień. Pełen obaw pyta adresata, czy pomoże mu śpiewać i na starość ocalić w nim chłopca. Taką moc, twórczą, posiada właśnie miłość. This is it! To o nią modlił się artysta. Miłość musi być adresowana do kogoś. Adresatem nie może być cel. Cel powinien stanowić jedynie uwieńczenie działania. Owocem związku dwojga ludzi może być dziecko, dom, wspólny wypoczynek na wakacjach. Najistotniejsze jest jednak to, jak i z czego on się rodzi i czy później jest pielęgnowany. Podobnie praca nie może stać się wyłącznie źródłem zasobów pieniężnych. Należy traktować ją jak źródło energii, którą daje obcowanie z innymi ludźmi, pomaganie im i podejmowanie wspólnych inicjatyw, wspólne kreowanie. Siłą napędową powinna być miłość do drugiego człowieka. Jeśli czujemy, że jesteśmy mu potrzebni, zaczynamy odczuwać sens tego, że w ogóle żyjemy. Kobieta jak aktorka M. Kożuchowska, radosna, zmysłowa, wrażliwa, uwodzicielska, pełna wdzięku i powabu, a zarazem mądra, zaradna i charyzmatyczna, jednym słowem pełna łaski (łac. gratia), nie potrzebuje kogoś, kto będzie porządkował jej świat i będzie dla niej oparciem. Potrzebuje tylko kogoś, kto ją pokocha, ze wszystkimi jej niedoskonałościami. By to się jednak stało, kobieta musi uwierzyć w swoją grację (gr. gratia) i piękno. Dominikanin o. A. Szustak, podczas konferencji pt. O warkoczach, stawia kobietę na piedestale. Nazywa ją ożywicielką, najwartościowszym elementem na świecie. Ma bowiem w sobie ogromny ładunek miłości i czułości. Nie będzie spełniona, ani szczęśliwa, jeśli nie znajdzie ujścia dla swojej energii. Nie musi to być mężczyzna. To może być praca, w której niesienie pomoc innym. Mądrość i dojrzałość uzdrowicielki tkwi nie w poświęceniu i oddaniu, lecz w empatii i zrozumieniu drugiego człowieka. Mężczyzna z kolei jest jak dziecko, potrzebuje tej kobiecej wrażliwości. Duma nie pozwala mu jednak na okazywanie tego, bo to okazanie słabości. Stąd też często mężczyźni nie są wylewni w uczuciach. Pielęgnują więc skrycie swój skarb, nośnik mocy, która uszczęśliwia i umacnia. Najpiękniejsze jest właśnie to, co rozwija się w sekrecie, wyłącznie między dwojgiem ludzi, z dala od innych. Przemyślnie człowiek został stworzony. – Właśnie w miłości – pisze badacz procesu twórczego, C. Dziekanowski, – ustaje chęć bycia kimś więcej i bycia kimś innym. – Chemia miłości sprawia, że nią obdarowani, czujemy się szczególnie wyróżnieni i dziwnie wolni. Zniewolenie przyjdzie, gdy nie kochamy szczerze i myślimy przede wszystkim o sobie. Zatruwamy życie swoje i czyjeś, przesadnie uzależniając siebie od kogoś lub czegoś. Trzeba uwierzyć w siebie, nie szukać oparcia i zbawienia w kim innym. Nie jest to łatwe, bo kiedyś i tak każdy z nas umrze. Skoro tak, to żadne działanie nie miałoby sensu. Walczenie ze słabościami również. Warto jednak wierzyć, że miłość przetrwa, że w niej kryje się nasza siła i cel wędrówki po ziemi. Trzeba umieć w niej trwać i nie oczekiwać od niej dowodów, one przyjdą same, niespodziewanie.

Oczekiwania wobec siebie – TAK, wobec innych – NIE

Dzieci. Dlaczego dzieci sprawiają nam niewymowną radość, nie robiąc zupełnie nic?! Dlaczego tak mocno kochamy je za nic? Lubimy patrzeć, gdy uśmiechają się i gdy sprawiamy im radość. Rozpieszczamy je z przyjemnością. Jednocześnie jesteśmy świadomi, że one poza swoim szczerym śmiechem i uśmiechem nie mogą nam nic ofiarować. To czyni z nas magików. To tylko dlatego, że wobec dzieci nie stawiamy żadnych oczekiwań. Jesteśmy wobec nich bezinteresowni. Siła i czar dawania odbijają się w czyichś oczach, w oczach dziecka, tylko wtedy, gdy nasza intencja pochodziła z najgłębszych pokładów szczerości, z głębi serca. Wówczas możemy dostrzec w innych swoją moc, tworzenia i niszczenia, potęgę manipulacji. To my decydujemy, czy chcemy uszczęśliwiać, czy degradować. Spróbujmy podarować coś komuś, wobec kogo, wydaje nam się, że działamy bezinteresownie. To rzadkie i niecodzienne w świecie dorosłych. Zawsze rościmy sobie prawo do najdrobniejszego dziękuje. Wobec trzylatka niekoniecznie, co uzasadnimy – Przecież on nie wie jeszcze, że tak trzeba, że tak należy! Jak można więc, tego od niego oczekiwać? To zakrawa o absurd! – Tym samym nieświadomie dajemy mu szansę zaskoczenia nas. Jego dziękuję będzie miodem polanym na nasze serce. Miła niespodzianka. Niespodzianka, bo nieoczekiwana.

BIBLIOGRAFIA:

C. G. Jung: Archetypy i nieświadomość zbiorowa, Warszawa 2011.

C. G. Jung: Typy Psychologiczne, Warszawa 1997.

S. Cabot: Świeże soki z warzyw i owoców mogą uratować Twoje życie, Warszawa 2007.

Z. W. Dudek: Psychologia chłopca według Junga: Na początku była nieświadomość, Warszawa 2010.

Z. W. Dudek: Psychologia integralna Junga, Warszawa 1995.

Z. W. Dudek: Sny, bogowie i człowiek współczesny, w: K. Maurin, Z. W. Dudek (red.): Spotkania z Jungiem,

seria Inspiracje Jungowskie, Warszawa 2007.

Z. W. Dudek: W poszukiwaniu psychologii integralnej, w: K. Maurin, Z. W. Dudek (red.): Spotkania z

Jungiem, seria Inspiracje Jungowskie, Warszawa 2007.

C. Dziekanowski, Próby miłości, w: K. Maurin, Z. W. Dudek (red.): Spotkania z Jungiem, seria Inspiracje

Jungowskie, Warszawa 2007.

C. P. Estés: Biegnąca z wilkami: Archetyp Dzikiej Kobiety w mitach i legendach, Poznań 2012.

J. Jacobi: Psychologia C. G. Junga, Warszawa 1996.

K. Pajor: Psychologia archetypów Junga, Warszawa 2004.

P. Piotrowski: Jung i astrologia, Białystok 2002.

A. Tatarska: Nie tylko przelotne zauroczenie, w: Wysokie Obcasy Extra, nr 3/18, lipiec 2013.

C. Żechowski: Z Jungiem w Afryce, w: K. Maurin, Z. W. Dudek (red.): Spotkania z Jungiem, seria Inspiracje

Jungowskie, Warszawa 2007.

Porozmawiajmy o mężczyznach, wywiad z Małgorzata Kożuchowską, w: Twój Styl, nr 2, luty 2013.

PROGRAMY AUDIOWIZUALNE

E. Karpacz-Oboładze, Fabryka Owadów, Program 3, reportaż z dnia 30.07.2013.

K. Stoparczyk, K. Pruchnicka, Zagadkowa niedziela, Program 3, audycja z dnia 20.07.2013.

National Geographic: Taboo, program TTV, odc. z dnia 23.07.2013.

D. Wellman, M. Prokop: Podróże z żartem, Peru, program TVP1, odc. z dnia .07.2013.

STRONY WWW

Joseph Campbell: pl.wikipedia.org/wiki/Joseph_Campbell

Syndrom wypalenia zawodowego, Burnout: de.wikipedia.org/wiki/Burnout-Syndrom

Gazeta.pl Kultura: Nie wiem co ja tam robię. Sean Penn rozgoryczony swoją rolą w Drzewie Życia?:

kultura.gazeta.pl/kultura/1,114438,10160503,_Nie_wiem_co_ja_tam_robie___Sean_Penn_rozgoryczony.html

M. Snowid: Pogański Rytuał, w: białczyński: bialczynski.wordpress.com/2011/05/23/mezamir-snowidpoganski-

rytual/ A. Solun: La Loba. O kościach, wilkach i Rzece pod Rzeką, w: Biegnąca z Wilkami:

biegnaczwilkami.wordpress.com/2013/03/08/odcinek-10-la-loba-o-kosciach-wilkach-i-rzece-pod-rzeka/

K. Sulej: Marina Abramović – sztuka cierpienia, wysokieobcasy.pl: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokieobcasy/

1,53662,12173062,Marina_Abramovic___sztuka_cierpienia.html

A. Szustak: O warkoczach, konferencja: 188.165.20.161/langustanapalmie/S04E05.mp3

J. L. Wiśniewski: Miłość jest serią reakcji chemicznych: uamostrow.republika.pl/fenyloetyloamina.htm

VIDEOCLIPY

A. Avidan: Is This It?: http://www.youtube.com/watch?v=zPIZUKtbf4E#at=13

LUXTORPEDA: Wilki Dwa: http://www.youtube.com/watch?v=pHyu1yH1kgs

I. Raichel: Im Telech: http://www.youtube.com/watch?v=q-fx7-sYk38

FILMY

T. Malick: Drzewo Życia (2011)

N. Burger: Jestem Bogiem (2011)

D. Fincher: Podziemny Krąg (1999)

L Hallström: Czekolada (2000)

O Ewelinie Barszcz:
Autorka tekstu, jest studentką filologii germańskiej na UMK w Toruniu. Jej zainteresowania tworzą szeroki wachlarz – od natury przez kulturę aż po ekonomię. Swoich prac nigdzie nie publikuje, również do tego nie dąży, choć bardzo chętnie dzieli się swoimi spostrzeżeniami. Inspiracją do przedstawienia obserwacji odnośnie postaw ludzkich stała się niska nota filmu T. Malicka, pt. „The Tree of Life”. Zasługuje on na uwagę nie tylko ze względu na piękne zdjęcia E. Lubezkiego. Zdaniem autorki reżyser przemyca treści z „Bięgnącej z wilkami”, zwłaszcza te o La Lobie, lecz obrazuje je w mało czytelny sposób. Film tworzy jedynie nitkę przewodnią. Rolę „głównej organizatorki” materiału i tematu przejmuje intuicja – funkcja irracjonalna, jedna z czterech funkcji psychiki w teorii C. G. Junga. Użyta, bardzo arbitralnie szereguje zależności pomiędzy zjawiskami, sama i poza porządkiem racjonalnego wyjaśniania, łączy je w całości i w struktury podrzędne. Kiedy pada pytanie – ale dlaczego TAK? – jedyną odpowiedzią intuicji jest – BO TAK! I albo ktoś dzieli z nami doświadczenie, to znaczy “wie”, że TAK, albo nie podziela naszej wiedzy i zaczyna się dramat: coś co widzimy zupełnie oczywiście jako uporządkowaną, dynamiczną całość, ktoś inny chce zrozumieć “krok po kroku” i będzie się domagać “wytłumaczenia”. Gdyby chcieć poddać esej zabiegowi “porządkowania”, analizie i zracjonalizowania całości, pewnie można by z niego wykroić kilka artykułów na różne tematy.

Odcinek 10: La Loba. O kościach, wilkach i Rzece Pod Rzeką

biegnaca z wilkami la loba

La Loba

W niedostępnym, odludnym miejscu, które każdy w duszy zna, ale które niewielu widziało, żyje stara kobieta. Podobnie jak we wschodnioeuropejskich baśniach wyczekuje, aż jakiś zagubiony w drodze wę­drowiec czy poszukiwacz szczęścia zbłądzi pod jej dach.

Jest rozważna i przezorna, często z rozczochranymi włosami opada­jącymi na twarz i zawsze gruba; zazwyczaj unika ludzkiego towarzystwa. Umie krakać i gdakać i wydaje więcej dźwięków zwierzęcych niż ludzkich.

Można się domyślać, że żyje pośród zwietrzałych granitowych sto­ków na terytoriach Indian Tarahumara. Albo że ma swą kryjówkę za Phoenix, niedaleko jakiejś studni. Może spotkacie ją jadącą do Monte Alban w zdezelowanym samochodzie z wybitą tylną szybą. Może ktoś ją wypatrzy, jak stoi przy autostradzie niedaleko El Paso, albo jak ze strzelbą na ramieniu jedzie zatrzymaną ciężarówką do Morelii w Me­ksyku, albo jak podąża na targ do Oaxaca z nieforemną wiązką chrustu na plecach. Sama nazywa siebie wieloma imionami: LaHuesera, Poszukująca Kości, La Trapera, Zbieraczka, La Loba, Kobieta-Wilk.

Jedynym zajęciem La Loby jest zbieranie kości. Zbiera i przechowuje szczególnie kości tych istot, którym grozi wymarcie na ziemi. Jej jaskinia jest pełna kości wszelkich zwierząt zamieszkujących pustynię: jeleni, grzechotników, kruków, wron. Ale jej specjalnością są wilki.

Czołgając się i pełzając na kolanach, przeczesuje montanas (góry) i arroyos (wyschłe koryta rzek) w poszukiwaniu wilczych kości, a kiedy zgromadzi już cały szkielet, kiedy ostatnia kosteczka znajdzie się na swoim miejscu i staje przed nią piękna, biała rzeźba zwierzęcia, siada przy ogniu i duma, jaką zaintonować pieśń.

Kiedy już wie, staje nad swoją chaturą, unosi nad nią ramiona i zaczyna śpiew. Wtedy żebra i kości kończyn wilka zaczynają porastać ciałem, a potem sierścią. La Loba śpiewa dalej, w miarę jej śpiewu zwierzęcia przybywa, a silny i kudłaty ogon zadziera się do góry.

La Loba śpiewa dalej i wilk zaczyna oddychać.

Śpiewa z całych sił, z głębi płuc, aż pustynia drży w posadach, a pod­czas pieśni wilk otwiera oczy, podskakuje i zaczyna biec kanionem.

A w którymś momencie biegu, czy to od wielkiego pędu, czy to od bryzgów wody w rzece, czy to od promienia słońca lub księżyca, który pada wprost na bok zwierza, wilk nagle przemienia się w roześmianą kobietę, która biegnie wolna ku widnokręgowi.

Pamiętaj więc, jeśli wędrujesz przez pustynię i zbliża się zachód słońca, a tobie się zdaje, że zgubiłaś drogę, i z pewnością czujesz zmęczenie, to znaczy, że masz szczęście, bo może się spodobasz La Lobie i pokaże ci coś — coś, co ukrywa się w twojej duszy.

(…)

Starożytni medycy twierdzili, że nerw słuchowy w mózgu dzieli się na trzy lub więcej odgałęzień. Stąd wyciągali wniosek, że ucho miałoby słyszeć na trzech różnych poziomach. Jedno z odgałęzień miało słyszeć ziemskie, zwykle rozmowy. Drugie odgałęzienie miało być wrażliwe na naukę i sztuki piękne. Natomiast trzecie istniało po to, żeby sama dusza mogła słuchać przestróg i wskazówek i w ten sposób zdobywać wiedzę podczas przebywania na ziemi.

Teraz słuchajcie więc słuchem duszy, bo taka jest misja opowieści.

———————————————————————————————————–

Wszystko zaczyna się od kości…

Wilk zawsze miał zawziętych przeciwników, ale i wiernych obrońców. To nie tylko zwierzę ważne dla ekosystemu, w którym żyje, to również bohater licznych legend i mitów, który tak jak wiele innych zwierząt stał się symbolem i totemem. Z różnych przyczyn wilki były i są tępione, chociaż coraz częściej wprowadza się odpowiednie regulacje prawne mające temu zapobiegać, a populacje wilków na danym obszarze są obejmowane monitoringiem. Tak jak już cytowałam w Odcinku 1, dr E dostrzega podobieństwa między kobietą a wilkiem, które łączą się w opowieści o La Lobie (Wilczycy, Kobiecie – Wilku), pochodzącej z pustynnych terenów pogranicza Stanów Zjednoczonych i Mexyku. Mówi się, że jest na pustyni takie miejsce, gdzie duchy kobiet i wilków spotykają się na przecięciu czasów. Poczułam, że wpadłam na ciekawy trop, kiedy na rubieżach Teksasu zasłyszałam historię zwaną Loba Girl, o kobiecie, która była wilkiem, który był kobietą. Potem natrafiłam na starą aztecką legendę o osieroconych bliźniętach wykarmionych przez wilczycę, aż dorosły na tyle, by radzić sobie samo­dzielnie. Ten ostatni motyw jest również doskonale znany w mitologii europejskiej poprzez opowieść o wilczycy karmiącej Remusa i Romulusa. I wreszcie od starych hiszpańskich farmerów i Indian Pueblo z po­łudniowego zachodu słyszałam krótkie przekazy o zbieraczach kości (bone people), starych ludziach, którzy przywracali umarłych do życia; według podania potrafili wskrzeszać zarówno ludzi, jak i zwierzęta.

RZEKA POD RZEKA

Każdy z nas rodzi się w określonym miejscu i czasie, w określonej rodzinie, tradycji oraz kulturze i jest przez nie formowany. Czasami formowanie odbywa się płynnie, lekko i ostrożnie, a procesowi towarzyszą ogień i powietrze tak jak to się dzieje ze szkłem w hucie. Czasami formowanie przypomina kółko garncarskie, gdzie naturalnej, bezpostaciowej glinie w sposób delikatny i łagodny, ale jednak nadaje się dokładnie taki kształt, jaki się zamierza. Często formowanie jest tożsame z długim i mozolnym ociosywaniem głazu, który w końcu zamienia się w rzeźbę. Formowani przez rodzinę, tradycję i kulturę uczymy się co nam wolno, a czego nie wolno, nawiązujemy głębsze lub płytsze kontakty towarzyskie, wypełniamy narzucone nam obowiązki, wchodzimy w role społeczne i w pewnym momencie sami zaczynamy formować młodych tak jak my byliśmy formowani. Zapewne ogromna większość ludzi przeżywa w ten sposób swoje życie. Ale niektórzy z nas nagle zatrzymują się w pół kroku, zupełnie nagle i niespodziewanie, podczas spotkania z szefem, odwożenia dziecka do przedszkola czy jedzenia kolacji, i pytają: Czy tak ma być zawsze? Czy to już wszystko? Czy nie ma nic głębszego? Jeżeli masz szczęście i nie odrzucisz tej malutkiej iskierki, która rozbłysnęła w twoim umyśle i nie zignorujesz zewu duszy, to przestaniesz być formowany/-a, a dokonasz samosformatowania. Zaczniesz zastanawiać się, drążyć, zadawać pytania, przyglądać się sobie, innym, otoczeniu…Być może czasami przeklniesz moment, w którym się zatrzymałeś/-aś, ale nie będziesz w stanie się już cofnąć. Nie jesteśmy tylko szybą, ceramiką czy rzeźbą. Jesteśmy także ziarnkiem piasku, gliną i głazem. A kiedy to dostrzeżemy i nabierzemy pewności, że mamy i zawsze będziemy mieli potrzebny materiał, będziemy kształtować sami siebie. Będziemy jednocześnie i materiałem, i twórcą. Wszystkie zaczynamy jako kupka kości, jako szkielet rozsypany po pustyni i przysypany piaskiem. Nasze zadanie to wydobyć kości, oczyścić je z piasku. Praca to mozolna i drobiazgowa; najlepiej zabrać się do niej, kiedy cienie są długie w sam raz, bo trzeba uważnie wypatrywać. La Loba pokazuje, czego mamy szukać — niezniszczalnej życiowej siły, kości.

Kim zatem jest La Loba, Wilczyca? Jest archetypem i pojawia się w mitologii ludów całego świata, a najlepiej chyba uosabia ją La Que Sabe – Ta Która Wie Wszystko – bo stworzyła kobietę ze zmarszczki na podeszwie swej boskiej stopy i zna wszelkie sekrety żeńskiej duszy. Ponieważ powstały ze skóry w miejscu, w którym ciało styka się z Ziemią, kobiety mają jej mądrość i moc cyklów życiowych, a dotykając podłoża bosymi nogami stale łączą się z nią i odnawiają swój potencjał. La Que Sabe przypomina aztecką Coatlicue, helleńskie Gaję, Hekate, Graje oraz Mojry, rzymskie Parki, germańskie Norny, stare boginie mądrości, losu, wyroczni i magii, posiadające wiedzę tak starą jak świat*. Ta stara kobieta stoi na pograniczu światów racjonalizmu i mitu. Jest osią, wokół której obracają się te dwa światy. Owa kraina między nimi jest tajemniczym miejscem, które wszyscy rozpoznajemy, kiedy go doświadczamy, choć jego niuanse wymykają się nam i zmieniają kształty, gdy próbujemy je uchwycić i nazwać, chyba że posługujemy się językiem poezji, muzyki, tańca, opowieści. Istnieje domysł, że system immunologiczny organizmu jest zakorze­niony w tej niezbadanej psychicznej krainie, a także w mistycznych oraz archetypowych wizjach, obrazach i popędach, włączając w to tęsknotę za Bogiem, za tajemniczością, wszystkie wyższe instynkty, a także te przyziemne. Niektórzy twierdzą, że tkwią tu także dzieje ludzkości, korzenie światła, jądro ciemności. Nie na darmo jednym z możliwych wyjaśnień etymologii angielskiego słowo witch – ‘czarownica’ jest weid – ‘wiedzieć, znać”.

W jaki sposób udajemy się do tej krainy? Najkrócej mówiąc, poprzez wszelkie czynności wymagające odłożenia na bok codzienności, racjonalizmu i praktycyzmu czyli przede wszystkim tworzenie (pisanie, malowanie, śpiewanie, komponowanie), tańczenie, granie (szczególnie na bębnach) i medytowanie, przez wszystko to co wymaga koncentracji, obserwacji, samotności, wsłuchiwania się i, jak to nazywam, „nastawienia swojego odbiornika na fale wysokie”. To jest stan, który wymaga odsunięcia ego**, a jednocześnie również silnego stąpania na ziemi. Do wejścia w ową krainę trzeba się przygotować, bo łatwo może wprowadzić nas ona w stan euforii i extazy, które nie pozwolą nam wrócić do szarej codzienności. Drzewo, które nie ma mocnych korzeni, nie będzie miało potężnej korony. O tym, co się dzieje jeżeli nie mamy mocnych korzeni, opowiada miniatura o Czterech Rabinach. Wiemy, że kontakt ze światem, w którym spoczy­wają Esencje, powoduje, że poznajemy coś, co wykracza poza zwykły ludzki zmysł słuchu, i przepełnia nas poczucie przekraczania własnych granic, poczucie wielkości i majestatu. A jednak wobec doświadczenia głębokiej nieświadomości nie wolno nam wpadać w skrajności, ani zachłyśnięcie się, ani pokrywanie lęku racjonalizowaniem i cynizmem, ani lekceważenie nie pomogą nam powrócić do owej krainy. Dr E nazywa ją Río Abajo Río – Rzeką Pod Rzeką, a ponieważ etnicznie jest pochodzenia mexykańskiego, to na pewno musiała słyszeć o miejscu zwanym El Río Secreto – Tajemną Rzeką na Półwyspie Jukatańskim.

elriosecreto1

elriosecreto2

elriosecreto4

elriosecreto5

elriosecreto6

elriosecreto3

elriosecreto7

elriosecreto8

elriosecreto9

elriosecreto10

Piękna, prawda? Ale nie można do niej wejść, ot tak, bez sprzętu i przygotowania.

ZBIERANIE POROZRZUCANYCH CZĘŚCI

 Motyw wskrzeszenia jako nieodłączna część cyklu narodzin – śmierci – odrodzenia pojawia się od zawsze i w niemal każdej kulturze. Czy będzie to Izyda wskrzeszająca Ozyrysa, czy Innana/Isztar oraz Kora Persefona schodzące do Świata Umarłych i powracające z nich, czy umierający i odradzający się Attis, Adonis lub Tammuz, czy też Mitra albo Jeszua pokonujący chaos oraz śmierć od wieków towarzyszą nam jako archetypy tak jak odwieczna jest siła życia. Aby się odradzać trzeba nauczyć się odszukiwać i zbierać rozczłonkowane fragmenty naszej osobowości, a potem układać je ponownie w całość tak jak to robią La Loba, ale także Izyda ze swoją siostrą Neftydą, gdy zamieniają się w ptaki drapieżne i szukają kawałków ciała brata po całym Egipcie. Trzeba tak jak one wznieść się wysoko i bystrym okiem spojrzeć z innej perspektywy. Trzeba przyjrzeć się sobie i zastanowić dlaczego roztrwaniam energię na ‘jedno myślę, drugie mówię, a trzecie robię’. Trzeba ocenić co w naszym życiu jest martwe i już nam nie służy, co istotnego dla nas zgubiłyśmy po drodze, co jest nowe, świeże i wymaga szczególnej opieki, a co można odsunąć na plan dalszy. Trzeba dokonać rozpoznania i stawić czoła temu co zobaczymy tak jak Wasylisa rozdziela mak od popiołu i spogląda Babie Jadze prosto w oczy. Bez obawy, kobiety potrafią to zrobić. Nie na darmo ich symbolem jest znak Wenus, Gwiazdy Porannej&Gwiazdy Wieczornej, tej co daje życie i je odbiera. Ta, która na nowo tworzy życie z tego, co już umarło, jest zawsze archetypem o dwóch obliczach. Matka Stworzenia jest zarazem Matką Śmierci i odwrotnie. Ta dwoista natura, podwójna funkcja, stawia przed nami trudne zadanie zrozumienia, co wokół nas, ponad nami i w nas powinno żyć, a co powinno umrzeć. Naszym zadaniem jest zrozumieć rytm życia i śmierci i pozwolić umrzeć temu, co musi umrzeć, a żyć temu, co powinno żyć.

KOŚCI ZOSTAŁY ZEBRANE

Wszystko zaczyna się od kości… Dlaczego są tak ważne chyba nie muszę tłumaczyć, wystarczy spojrzeć na siebie i odpowiedzieć sobie na pytanie: co by było gdyby ich nie było? Kości są naszą ostoją, zapewniają ciału kształt i oparcie, pozwalają się ruszać, ochraniają narządy wewnętrzne, tworzą chroniące organizm białe krwinki i przechowują składniki mineralne.

W naukach ezoterycznych układ szkieletowy jest przypisany planecie Saturn czyli Kronosowi, mitycznemu tytanowi, pierwszemu dawcy praw, strażnikowi porządku i władcy czasu. Każdy astrolog wie, że obieg Saturna wokół Ziemi wynosi ok. 28-29 lat i że planeta ta powstrzymuje wszystko to co chcemy osiągnąć tu, teraz, byle jak najszybciej i jak najmniejszym nakładem kosztów, za to sprzyja wszelkim długofalowym projektom, a także temu co wymaga nauki, przemyślenia, pokory i dobrej organizacji. Jest także patronem ziemi i rolnictwa, bo mimo surowości i nieprzejednanej postawy, jest sprawiedliwy. Jeżeli pozwolisz działać cyklom zmian tak jak porom roku, zawsze będziesz mogła/mógł zasiać, wyhodować, zebrać i zatrzymać ziarno na następny siew. Dla kobiet świat El río abajo río, domostwo Zbierającej Kości, jest skarbnicą bezpośredniej wiedzy o korzeniach, kiełkach, nasionach ży­cia. W Meksyku mówi się, że kobiety niosą la luz de la vida (światło życia). Źródło tego światła jest umiejscowione nie w sercu kobiety, nie w jej oczach, ale en los ovarios, w jajnikach, gdzie ziarno życia tkwiło, jeszcze zanim się urodziła. (Skoro mowa o płodności i naturze nasienia, u mężczyzn odpowiednikiem jest moszna, los cojones, jądra).(…) Symbolika nasienia i kości jest podobna. Jeśli jesteśmy w posiadaniu korzenia, źródła, podstawy, elementu pierwotnego, jeśli jesteśmy w posiadaniu siewnego ziarna, to możemy naprawić wszelkie szkody i spustoszenia, obsiać na nowo zniszczone pola, twarde nasiona zmiękczyć w wodzie, by pękły i wypuściły kiełki.

Ale symbolicznie i archetypowo kości znaczą jeszcze więcej, to one łączą nas z przeszłością, z naszymi przodkami i ich doświadczeniami. To one, z przyczyn wręcz czysto fizycznych, stanowią o niezniszczalnej sile: są twarde, bardzo powoli się rozkładają, trudno je spalić, zniszczyć, zetrzeć na proch… Dopóki mamy kości, zawsze mamy szansę się odrodzić. Nasza psychika może być skazywana na wygnanie (Brzydkie Kaczątko), okaleczana, wychładzana i głodzona (Dziewczynka z Zapałkami), siły życiowe mogą z nas wypływać tak jak krew (Sinobrody, Czerwone Trzewiczki), nasz animus może tracić siły i muskulaturę (La Llorona), ale kości są naszą esencją. I na jej bazie można odbudować to co się straciło.

Kości w baśni są kośćmi wilka, dzikiego zwierzęcia, a więc i stworzenie, które dzięki procesowi się odrodzi nie będzie podlegać nadmiernym rygorom cywilizacji. By użyć obrazowego języka uczuć — czy jesteś wilkiem czarnym lub szarym z Północy czy rudym z Południa, czy arktycznym białym — jesteś kwintesencją naturalnych instynktów. Choć niektórzy woleliby, byś była układna i nie okazywała radości, skacząc po sprzętach, byś nie rzucała się na ludzi, witając ich spontanicznie, rób tak mimo to. Co oczywiście wcale nie znaczy, że żyjąc w zgodzie ze swoją dziką naturą będziesz zła, występna, egoistyczna i niedojrzała. Wychowywanie dziecka i pokazywanie mu mechanizmów społecznych to taki sam proces uczenia go życia w otaczającym go środowisku jak w wypadku wilka i innych zwierząt, rzecz w tym by nie przesadzić z dbałością i nadmiarem wody oraz nawozu nie zniszczyć dopiero co kiełkującej rośliny. Dr E używa często wyrażenia ‘overculture’ oznaczającego mniej więcej ‘nadmiar formowania’, coś co sprawia, że czujemy się przede wszystkim, szybą, garnkiem i rzeźbą, a nie piaskiem, gliną i głazem. Poprzez zbyt wiele zakazów, nakazów i oczekiwań otoczenia zapominamy kim jesteśmy sami dla siebie, widzimy siebie oczami innych i wpadamy w poczucie winy, niską samoocenę oraz frustrację. Dlatego trzeba zanurzyć się w siebie i odwiedzić Rzekę Pod Rzeką. Raz, dwa, trzy…tyle razy ile trzeba. Ludzie oddają się medytacji, by znaleźć psychiczną równowagę. Dlatego również zajmują się psychoterapią i psychoanalizą. Dlatego analizują sny i zajmują się sztuką. Dlatego niektórzy wróżą z kart tarota, odczytują przepowiednie / Ching, tańczą, walą w bębny, grają w teatrze, szukają znaczeń w wierszach i ślą do nieba modły. Dlatego robią wszystko to, co robią. To właśnie jest zbieraniem kości. Potem trzeba usiąść przy ogniu i rozmyślać, jaką pieśń zaśpiewać nad kośćmi, jaki hymn stworzenia, jaki hymn wskrzeszenia. A wypowiadane prawdy złożą się na pieśń.

TWORZENIE ŚPIEWEM

La Loba śpiewa nad kośćmi, które zebrała. A śpiewać to znaczy mówić głosem duszy. Śpiewać to znaczy z mocą wyrazić prawdę o własnej potędze i własnym pragnieniu, tchnąć duszę we wszystko, co toczy choroba, w to, co potrzebuje odnowy. Pisałam już o moim ulubionym micie dotyczącym stworzenia świata pochodzącym z Silmarilionu J.R.R. Tolkiena, gdzie Eru oraz Ainurowie tworzą Ardę za pomocą muzyki. Śpiewanie to wyprowadzanie tego co w nas najlepsze, najszczersze i pełne zapału na zewnątrz. Robiąc to co lubimy, co przepełnia nas radością i ma dla nas samych wartość, odbudowujemy siebie, powoli przybywa nam utraconych tkanek. Najtrudniej jest zacząć, usiąść nad kośćmi i wydobyć z siebie głos, potem robi się coraz lżej, gdy na nowo pojawiają się mięśnie, otacza nas chroniąca przed zagrożeniami bariera skóry, a krew zaczyna krążyć. Powiedzenie, że każdy tworzy swoje życie ma głęboki sens. Stara kobieta śpiewa nad kośćmi, a kiedy śpiewa, kości pokrywają się ciałem. My także „stajemy się”, kiedy przelewamy duszę na kości, które zebrałyśmy.

SZACUNEK DLA PUSTYNI

My, kobiety, jak suche kości, jakże często zaczynamy od pustyni. Czujemy się zniewolone, wyobcowane, oddzielone nawet od pustynnych kaktusów. Pustynia od czasów starożytnych była miejscem poświęconym, królestwem boga Seta i obszarem, na które udawali się przyszli prorocy, by szukać wiedzy i koncentracji. Tereny pustynne cechują się tym, że każdy życiodajny składnik jest w nich wykorzystywany do maximum, życie toczy się według ustalonego rytmu (rośliny i zwierzęta aktywne są przede wszystkim rankiem i późnym popołudniem), a większość czasu spędza pod powierzchnią. Pustynia nie jest żyzna, ale nie jest też jałowa. Ponieważ nie ma warunków do bujnej wegetacji, formy życia są w niej intensywniejsze i bardziej tajemnicze, a wiele roślin, których niemal nie widać na powierzchni ma szeroki i głęboko sięgający system korzeni. Podobnie wygląda życie wielu kobiet, czy to poprzez lęk, czy samotność, czy przez traumatyczne przeżycia, czy przez to, że nie mogąc rozwijać się na górze, kierują swoje siły na rozwijanie części podziemnych. Niektóre kobiety nie chcą przebywać na psychicznej pustyni. Nienawidzą jej jałowości, słabości, ubóstwa. Uparcie usiłują uruchomić zdezelowane jeepy, by wyboistą drogą pędzić do wyimaginowanego, olśniewającego wielkiego miasta psychiki. Spotyka je rozczarowanie, bo nie znajdują tam dzikiego, bujnego życia. Kwitnie ono w świecie duchowym, w świecie pomiędzy światami, w Rio Abajo Rio, w rzece pod rzeką.

 

Stara Kobieta, Dzika Kobieta, to La voz mitológica. To mityczny głos, który zna przeszłość, starożytne dzieje i przechowuje je dla nas w opowieściach. Czasami pojawia się w snach jako bezcielesny, ale przepiękny głos.

Jako czarownica pokazuje nam, że jest różnica między tym, co uwiędłe, a tym, co zasuszone ze starości. Niemowlęta rodzą się „zasu­szone” dzięki instynktowi. Czują instynktownie, co jest dla nich do­bre i co mają robić. To wrodzony dar. Jeśli kobieta go nie utraci, je­śli w młodości zachowa zdolność „bycia starą”, a w starości — młodą, to zawsze będzie wiedziała, co nastąpi. Jeśli utraci ten dar, to może go jeszcze odzyskać celową pracą nad psychiką.

Bo wszystko zaczyna się od kości…

Robbie Robertson&Ulali ‘Mahk Jchi (Heartbeat Drum Song)’***

* Dr E określa ją następująco: Wyobraźcie sobie kwintesencję starej kobiety, mającą dwa miliony lat. To pierwotna Dzika Kobieta, żyjąca zarazem pod ziemią i na powierzchni świata. Żyje w nas i dzięki nam; otacza nas sobą. Pustynie, lasy i ziemia pod naszymi domami mają dwa miliony lat, a może nawet więcej. Podobnie Hellenowie wyobrażali sobie Gaję, ziemia była dosłownie ciałem kobiety: podłoże i roślinność stanowiły skórę, góry – piersi, a jaskinie – łono.

** Ja osobiście wyobrażam sobie ego jako małe, nadąsane i przemądrzałe dziecko. Kiedy czuję, że zanadto chce mi się ono wpieprzać w podejmowanie decyzji, całuję je w czoło i mówię, Dobrze, dziękuję za twoją opinię, ale teraz idź na długi spacer, bo muszę się nad czymś zastanowić. Wbrew temu co myślą niektórzy, sądzę, że nie ma sensu demonizować naszego „ja”. W końcu jest częścią nas samych, po co opędzać się od niego, usiłować zmienić, krzyczeć i przeganiać? Ono jest tylko niedojrzałe i nastawione na „tu i teraz” tak jak dziecko, które nie jest przecież złe, patrzy po prostu z innej perspektywy. Aby je formować, wystarczy rozsądnie wyznaczać mu granice i nie pozwolić decydować w sprawach, do których decyzja do niego nie należy.

 *** Mahk jchi tahm buooi yahmpi gidi
Mahk jchi taum buooi kan spewa ebi
Mahk jchi tham buooi yahmpi gidi
Mahk jchi taum buooi kan spewa ebi

Mahmpi wah hoka yee monk
Tahond tani kiyee tiyee
Gee we-me eetiyee
Nanka yaht yamoonieah wajitse

A hundred years have passed
Yet I hear the distant beat of my father’s drums.
I hear his drums throughout the land.
His beat I feel within my heart.
The drum shall beat
so my heart shall beat.
And I shall live a hundred thousand years.

 (http://lyrics.wikia.com/Robbie_Robertson:Mahk_Jchi_%28Heartbeat_Drum_Song%29)

 

Odcinek 6: Kobieta – Szkielet. O wyłowieniu skarbu, ucieczce przed nim i rozplątywaniu sieci

biegnaca z wilkami kobieta szkielet

KOBIETA – SZKIELET

Była raz dziewczyna, która zrobiła coś, co nie spodobało się jej ojcu. Nikt już nie pamięta dokładnie, co to było. Ojciec zawlókł ją na urwisko i zepchnął do morza. Ryby pożarły jej ciało, wygryzły oczy. Jej szkielet leżał na dnie miotany prądami.

Któregoś dnia pewien rybak wybrał się na połów. Prawdę mówiąc, wcześniej wielu przybywało do tej zatoki. Jednak ów rybak, odpłynąw­szy daleko od domu, nie wiedział, że miejscowi trzymają się od niej z daleka, powiadając, iż jest nawiedzana przez duchy.

Hak rybaka zanurzył się w wodzie i zaczepił o żebro szkieletu dziewczyny. Rybak pomyślał: „To musi być wielka ryba! Mam szczęście!” Już się cieszył, ilu ludzi wykarmi swą wielką zdobyczą, myślał, na jak długo wystarczy mięsa i że wreszcie odpocznie od wypływania w morze. Gdy mocował się z wielkim ciężarem, morze zakipiało, a kajak się zatrząsł i podskoczył, bo ta, która była pod wodą, walczyła, by się wyzwolić z liny. Im bardziej się mocowała, tym ciaśniej krępowała ją lina. Choć się szamotała, hak zaczepiony o żebro nieubłaganie ciągnął ją w górę.

Rybak obrócił się, żeby wybrać sieć, nie zauważył więc łysej czaszki nad falami, nie widział małych korali iskrzących w oczodołach, nie widział skorupiaków na starych, jak z kości słoniowej, zębach. Kiedy się odwrócił od sieci, straszna postać wypłynęła na powierzchnię i za­wisła zaczepiona zębami o burtę kajaka.

Mężczyzna krzyknął i serce podeszło mu do gardła, z przerażenia wywrócił oczami, do uszu buchnęła krew. Wrzeszczał i wiosłem ze­pchnął ją z dzioba, po czym jak szalony zaczął wiosłować w kierunku brzegu. Nie wiedząc, że zaplątała się w jego linę, wpadł w jeszcze większe przerażenie, bo wydawało się, że stanęła na palcach i goni za nim do brzegu. Kręcił kajakiem na wszystkie strony, lecz ciągle była tuż za nim, jej oddech toczył się po wodzie obłokami pary, a ramiona machały, jakby chciały go złapać i pociągnąć w toń.

Mężczyzna wył przeraźliwie, dobijając do brzegu. Jednym susem wyskoczył z kajaka, biegł, kurczowo ściskając wędkę, a koralowobiały szkielet kobiety, wciąż zaplątany w linkę, klekotał tuż za nim. Gnał po skałach, a ona za nim. Gnał przez przemarzniętą tundrę, a ona za nim. Gnał po mięsie suszącym się na brzegu, rozdeptując je na kawałki, rozdzierając buty z foczej skóry.

Przez cały czas Kobieta-Szkielet była tuż za nim, chwytając w biegu zamarznięte ryby. Zaczęła je zjadać, bo nie pożywiała się od bardzo, bardzo dawna. Wreszcie myśliwy dotarł do swego igloo, zanurkował do tunelu i opierając się na rękach i kolanach, wczołgał do wnętrza. Dysząc i szlochając, położył się w ciemności, a jego serce waliło jak potężny bęben.

— Bezpieczny, jestem bezpieczny, dzięki, o bogowie, dzięki ci, Ravenie, dzięki, szczodra Sedno, bezpieczny… nareszcie.

Ale kiedy zapalił lampkę z oleju wieloryba ona… to coś… leżało w nieładzie na śniegowej podłodze z piętą na ramieniu, kolanem w klat­ce piersiowej, stopą na łokciu. Nie wiedział potem, co go do tego skło­niło, może blask światła, który zmiękczył jej rysy, a może fakt, że był samotnym człowiekiem. Dość powiedzieć, że poczuł jakąś tkliwość — powolutku wyciągnął umorusane dłonie i przemawiając miękko, nucąc jak matka do dziecka, zaczął wyplątywać ją z liny.

Najpierw uwolnił palce stóp, potem kostki. Mozolił się długo w noc, aż wszystkie kości ułożył w odpowiednim porządku, po czym ubrał ją w futro, żeby nie zmarzła.

Po omacku znalazł krzesiwo i dołożył do ognia własnych włosów, żeby lepiej widzieć. Spoglądał na nią od czasu do czasu, kiedy nacierał oliwą cenne drewno wędki i przewijał linkę. A ona, okutana futrem, nie przemówiła słowem — nie śmiała — bojąc się, żeby myśliwy nie wyrzucił jej na skały i nie połamał jej kości na kawałki.

Myśliwy poczuł senność, wślizgnął się pod skóry i zaczął śnić. Czasami ludzie płaczą we śnie. I choć nie wiemy, co im się wtedy śni,  to pewnie być sen pełen smutku lub tęsknoty. To właśnie zdarzyło myśliwemu.

Kobieta-Szkielet w blasku ognia ujrzała tę błyszczącą łzę i na jej widok poczuła ogromne pragnienie. Klekocząc, poczołgała się w stronę śpiącego mężczyzny i przytknęła usta do łzy. Ta jedna łza przemieniła się w rzekę, z której piła i piła i piła, dopóki nie ugasiła wieloletniego pragnienia.

Leżąc tak przy nim, sięgnęła w głąb piersi śpiącego i wyjęła mu serce, potężny bęben. Usiadła i zaczęła weń uderzać rytmicznie z obu stron, bum, bum, bum!

Bębniąc, zaczęła śpiewać: — Ciało, ciało, ciało, niech powróci do mnie ciało. Im dłużej śpiewała, tym więcej przybywało jej ciała. Wy­śpiewała włosy, bystre oczy i ładne, pulchne dłonie. Wyśpiewała kobie­cość między nogami, duże, ciepłe piersi i wszystko, czego potrzeba kobiecie.

A kiedy skończyła, śpiewem zdjęła ze śpiącego ubranie i położyła się przy nim, skóra przy skórze. Oddała mu serce, ten wielki bęben, włożyła je na miejsce i tak się potem obudzili, owinięci sobą, splątani po wspólnej nocy już w inny sposób, dobry i trwały.

Ludzie, którzy już nie pamiętają, dlaczego najpierw spotkał ją tak zły los, powiadają, że odeszła z rybakiem. Nigdy nie brakło im jedzenia, bo morskie stworzenia, które znała, żyjąc pod wodą, zawsze dostarczały im pożywienia. Mówią, że to prawda i że nic więcej nie wiedzą.

————————————————————-

Kobieta, którą cechuje dzika natura, nie ma łatwego zadania jeżeli chce znaleźć sobie towarzysza. Tymczasem w naturze, wilki często łączą się w pary, które zostają ze sobą na całe życie. Nawet jeśli zdarzają się między nimi waśnie i nieporozumienia, to wspólnie przeżywają surowe, mroźne zimy, bujne wiosny, dalekie wędrówki, nowe potomstwo, ataki od­wiecznych prześladowców, tańce plemienne i grupowe śpiewanie. Potrzeby ludzi są niemal identyczne. U zwierząt odbywa się to instynktownie, u ludzi zazwyczaj jest trudniejsze. Związki ludzkie z różnych przyczyn mogą być oderwane od cyklu Narodzin – Śmierci – Odrodzenia. W naszym kręgu kulturowym w praktyce wygląda to w ten sposób, że pobierają się młodzi ludzie, często nie mieszkając wcześniej ze sobą (albo co gorzej w związku z tzw. „wpadką”), a dodatkowo zdarza się, że składają sobie przysięgi „i nie opuszczę cię do końca życia” nie zdając sobie sprawy, że w dzisiejszych warunkach oznacza to bycie ze sobą przez czterdzieści – pięćdziesiąt lat. Jest jedno wydarzenie na początku, huczny ślub, na który idzie mnóstwo pieniędzy, a potem młodzi zostają sami ze sobą, pojawiają się problemy finansowe, opieka nad dziećmi, rutyna itd. Po kilku, kilkunastu latach dwoje ludzi, którzy kiedyś byli sobą zauroczeni, nagle odkrywa, że łączą ich potomstwo i finanse, ale już nie uczucia. Tymczasem związek jest tak jak roślina, trzeba o nią dbać i nie ustawać w pielęgnacji. To że kończy się jedna faza, nie oznacza że relacja umiera. Po zimie nadchodzi czas odrodzenia, kiedy roślina wypuszcza na nowo liście i ponownie zakwita. Rytm Narodzin – Śmierci – Odrodzenia ludzkość zna od czasów starożytnych, kiedy wraz z rozwojem rolnictwa i obserwacją pór roku trafił on do mitów. Jest to cykl budzenia się do życia, rozwoju, starzenia się i śmierci, po której zawsze następuje odrodzenie. Cykl ten dotyczy życia fizycznego i wszystkich aspektów życia psychicznego. Wszystko — słońce, supernowe, księżyc, wszystkie sprawy istot ludzkich oraz najmniejszych bytów, nie wyłączając komórek i atomów, podporządkowuje się prze­miennym rytmom rodzenia i zamierania.

Ale my nie zwracamy już uwagi na starożytne mity, tylko oglądamy disnejowskie wersje baśni albo hollywoodzkie opowieści o pseudo-wampirach, gdzie gubi się głębszy sens, postacie stają się płaskie i właśnie takie kreskówkowe, a wszystko jest komercyjnie podane pod określony target czyli nastolatki. W mądrych, pouczających opowieściach miłość rzadko jest przedstawiana jako romantyczne schadzki dwojga zakochanych. Może warto wyjść jednak poza nasz krąg kulturowy i poznać punkt widzenia na relację ludów, które żyją w surowych warunkach, gdzie przetrwanie zależy od zaufania i wzajemnej pomocy. Aby ją zrozumieć, trzeba wiedzieć, że tam, gdzie myśliwska społeczność walczy o przetrwanie pod presją nieprzyjaznych, surowych warunków naturalnych, miłość nie ma nic wspólnego z flirtem ani pogonią za przyjemnościami ego, ale jest namacalnym węzłem opartym na wytrwałości i cierpliwości, węzłem, który potrafi przetrwać czasy dostatku i niedostatku, najtrudniejsze i najprostsze dni i noce. Jednak aby taką więź stworzyć, trzeba stanąć przed Panią Śmierci czyli Zmianą, stawić jej czoła i rozpocząć cykl na nowo. W większości kultur cywilizacji zachodniej pierwotne pojęcie istoty Śmierci tak długo obrastało w rozmaite dogmaty i doktryny, że zostało całkowicie odseparowane od swej drugiej połowy, Życia. Jeden z najważniejszych, najbardziej podstawowych aspektów natury zaczął być pojmowany fałszywie i w okaleczonej postaci. Narasta przekonanie, że po śmierci może nastąpić tylko jeszcze więcej śmierci. To nieprawda, w śmierci bowiem istnieje zalążek nowego życia, nawet jeśli czyjeś istnienie zostało zredukowane do szkieletu. Życie i Śmierć współistnieją ze sobą, mamy jednak wewnętrzną czy nawet podświadomą obawę przed zaangażowaniem w związek wiedząc, że coś się w nim kończy.

Może to wynikać z obrazu śmierci jaki mamy zakodowany w umysłach, jako szkieletu z kosą i upiornym uśmiechem tańczącego danse macabre, który zbiera żniwo wśród tych co nie znają dnia ani godziny zostawiając za sobą stosy trupów. Tymczasem w kulturach pierwotnych, których elementy nadal istnieją w opowieściach i baśniach, śmierć jest zintegrowana z życiem tak jak jest to odzwierciedlone w naturze: po ciepłych dniach przychodzą zimne, a po nich znowu ciepłe, z ziarna wyrasta roślina, zakwita, wydaje ziarno, więdnie, ale z jej ziarna wyrasta nowa, itd. Widać to w wielu kulturach, bardzo często boginie wojny (czyli Śmierci) były także boginiami płodności (czyli Życia), planeta Wenus* była postrzegana jako Gwiazda Wieczorna (aspekt schodzenia-śmierci) i Gwiazda Poranna (aspekt wchodzenia-narodzin). W dużej mierze wiedza o istocie Życia-Śmierci-Życia jest skażona strachem przed śmiercią. Z tego powodu nie potrafimy się dostroić do jej cykli. A jednak jej siły nie kierują się przeciwko nam. To nie rabuś, który grabi nas z rzeczy nam drogich. To nie szalony pirat drogowy, który miażdży wszystko, co cenimy. Siły Życia-Śmierci-Życia są częścią naszej własnej natury, częścią wewnętrznego źródła wiedzy, które zna kroki tańca Życia i Śmierci. Składają się z tych aspektów nas samych, które znają czas życia i czas śmierci. To głęboko ukryta nauczycielka i przewodniczka, trzeba tylko dostosować się do jej tempa. (…) Niestety, nasza kultura często nakłania do zrzucania Kobiety-Szkieletu z urwiska, bo nie dość, że budzi ona grozę, to w dodatku zbyt dużo czasu trzeba, by nauczyć się jej zwyczajów i praw. Bezduszny świat zmusza do histerycznego miotania się w poszukiwaniu tej jedynej lampki, która zapali się natychmiast i na zawsze. Jednak żeby ten cud, na który czekamy, mógł nastąpić, potrzeba czasu; trzeba czasu, by tę lampkę odnaleźć, trzeba czasu, by tchnąć w nią życie. Współczesne poszukiwanie perpetuum mobile ściga się z poszukiwaniem wiecznej machiny miłości. Nie można się dziwić, że ludzie usiłujący kochać czują zamęt i udrękę, tak jak w baśni  Czerwone Trzewiczki , i nie mogąc powstrzymać obłąkańczych pląsów, wirując, omijają rzeczy, które w głębi serca najbardziej cenią.

Opowieść o Kobiecie – Szkielecie dosłownie obrazuje etapy, które trzeba przejść aby rozwinąć w sobie prawdziwą miłość do drugiego człowieka: przypadkowe znalezienie skarbu, chociaż najczęściej nie zdaje się sobie samemu z tego sprawy, potem następuje faza pogoni i ukrywania się, następnie rozplątanie z więzów i okazywanie współczucia, a następnie ufność, leczenie starych ran i zdolność do spokojnego snu w obecności drugiej osoby, a na końcu tworzenie nowego, wspólnego życia kierując się sercem.

POCZĄTKOWA FAZA MIŁOŚCI

Początek legendy jako żywo przypomina mit o Sednie, która według podań inuickich (eskimoskich) uciekła z domu do mężczyzny, który obiecał jej dostatnie życie. Jej rozgniewany ojciec w czasie burzy wyrzucił ją z kajaka i odrąbał ręce, aby nie mogła się wspiąć z powrotem. Sedna pogrążyła się w morskiej otchłani, z jej dłoni powstały ryby i inne stworzenia morskie, którymi żywią się Inuici, a reszta ciała opadła na dno morskie i osiadła w podwodnych jaskiniach. Szamani nurkują do niej, aby przebłagać Sednę i uprosić ją o uleczenie duszy i ciał oraz o urodzaj w czasie polowań morskich.

Baśnie na całym świecie rozpoczynają się od motywu znalezienia przez bohatera skarbu, bardzo często jest on wyławiany z wody (jak chociażby znana wszystkim opowieść o Złotej Rybce), która jest uniwersalnym symbolem uczuć i podświadomości. Motyw rybaka w archetypowej symbolice ma wiele wspólnego z obrazem myśliwego. Oba reprezentują, między wieloma innymi rzeczami, te elementy ludzkiej psychiki, które poszukują wiedzy i dokonują wysiłku, by pielęgnować jaźń przez jedność z instynktem. Rybak nie zdaje sobie sprawy z tego, co zaplątało się w jego sieci, nie rozumie co to za skarb, jego postrzeganie jest ograniczone do poziomu ego, codziennego i operacyjnego**, ma tylko nadzieję, że to wielka ryba, dzięki której nasyci głód. Ludzie, którzy nie wiedzą, co robią, wobec miłości przyjmują postawę właśnie taką, jaką rybak w opowieści przyjmuje wobec swej zdoby­czy: „Złowić coś wielkiego, coś, co wystarczy na długo, coś, co będzie mnie podniecać, ułatwiać mi życie, coś, czym mógłbym się chwalić przed innymi myśliwymi, kiedy wrócę do domu”.(…)To naturalny tok myślenia naiwnego, prostodusznego lub bardzo wygłodzonego myśliwego. Ludzie bardzo młodzi, którzy jeszcze nie przeszli inicjacji, ludzie wygłodzeni, zranieni cenią sobie wartości, które wynikają z odnajdywania lub zdobywania trofeów. Ci bardzo młodzi zupełnie nie wiedzą, czego w życiu szukają, głodni walczą o przetrwa­nie, a zranieni szukają zadośćuczynienia za dawne straty.

 Na dłuższą metę nie da się działać wyłącznie na poziomie codziennym i operacyjnym, dusza prędzej czy później upomni się o swoje. Nie da się żyć bazując tylko na pracy, romansach czy zdobywaniu kolejnych sum albo stanowisk, to jest pokarm dla ego, ale dusza się tym nie wyżywi. Można ją oszukiwać pracą, romansami i zdobywaniem tak jak oszukuje się organizm gotowym, zafoliowanym jedzeniem, ale w końcu ciało zbuntuje się i pogarszająca się kondycja sprawi, że będziesz musiał się ruszyć do kuchni i własnoręcznie przyrządzać zdrowe posiłki. W gruncie rzeczy są chwile, kiedy chcielibyśmy dostawać jeść, zupełnie nic nie robiąc. W rzeczywistości dobrze wiemy, że nic, co ma jakąkolwiek wartość, w ten sposób powstać nie może. A jednak życzymy sobie tego. Taką sytuacją z punktu widzenia psychiki jest oczekiwanie na miłość idealną i często jest tak, że właśnie te osoby, natrafiają na skarb, który wprawi ich w przerażenie i skonfrontuje z własną naiwnością czy wcześniejszym zranieniem.

Wszelkie relacje jakie tworzymy ze światem zewnętrznym wymagają od nas mądrości, której albo sami nie mamy, albo nie ma osoba, której ofiarowaliśmy nasz skarb. Większość z nas ma za sobą mało udane związki, które nadwątlają naszą wiarę w trwałe, prawdziwe uczucie. Używając określeń ekonomicznych miłość jest naszym emocjonalnym kapitałem, idziemy z nim do innej osoby jak z pieniędzmi do banku. Jeżeli jeden splajtuje, to zanosimy to co zostało do drugiego, jeżeli on też splajtuje to idziemy do trzeciego, ale jeżeli i ten upadnie to w którymś momencie zaczyna nam brakować i samego kapitału emocjonalnego, i ochoty na powierzanie go komukolwiek. Zresztą w ogóle chyba nie zdajemy sobie sprawy z tego jak wiele możemy dać swoją obecnością drugiemu człowiekowi (na planie uczuciowo – duchowym, wcale nie materialnym). Każda relacja to wejście w świat innej osoby, gdzie możemy zachować się albo jak budowniczy, albo jak podróżnik, albo jak złodziej, albo jak wandal. Bardzo często zachowujemy się jakbyśmy przyszli tam na imprezę, zabawić się, spróbować nowości, znaleźć rozrywkę, a potem się ulotnić i nie myśleć jak będzie to miejsce wyglądało bez nas. Okaleczamy w ten sposób kolejne Sedny, które oddają swój skarb, a potem tracą dłonie, a wraz z nimi zdolność działania i chęć kochania. Jakaś część psychiki każdej kobiety i każdego mężczyzny nie chce przyjąć do wiadomości, że we wszystkich związkach miłosnych Śmierć ma rolę do odegrania. Udajemy, że miłość jest możliwa bez śmierci naszych złudzeń, bez śmierci płytkich zachcianek; udajemy, że posuwamy się naprzód i nasze ulubione porywy nigdy nie przeminą. Ale kiedy kochamy, wszystko w psychice zostaje przewrócone do góry nogami. Ego nie umie się z tym pogodzić. Jednak tak właśnie ma być, a człowiek o głębokiej, dzikiej naturze bez wątpienia godzi się na to. Co ginie w związku dwojga ludzi? Giną iluzje, nadzieje, żądza posiadania wszystkiego naraz, ginie pragnienie posiadania samego tylko piękna. Ponieważ miłość zawsze wiąże się także ze zstąpieniem w istotę śmierci, rozumiemy, dlaczego trzeba tak wielkiego hartu i wrażliwości, by zaangażować się uczuciowo. Kiedy całym jestestwem poświęcamy się miłości, głęboko angażujemy się też we wskrzeszenie istoty Kobiety-Szkieletu i jej wszystkich nauk. Rybak w opowieści bardzo opornie zaczyna zdawać sobie sprawę z prawdziwej natury tego, co złowił. Tak jest na początku ze wszystkimi. Trudno zrozumieć, co się naprawdę robi, kiedy wyrusza się na połów do nieświadomości. Ludzie niedoświadczeni nie mają pojęcia, że pod wodą, na dnie, żyje Śmierć. Zorientowawszy się, z czym mają do czynienia, w pierwszym odruchu chcą wyrzucić ją z powrotem za burtę. Stają się jak mityczni ojcowie, którzy swe niepokorne córki spychają z kajaków w morskie fale.

To co ginie między dwojgiem ludzi odrodzi się w nowej formie, ale na tym etapie nie są oni jeszcze tego świadomi. Gdy opada pierwszy entuzjazm, kiedy mają stawić czoła wyzwaniom życia codziennego, kiedy zaczyna do nich docierać ogrom i moc tego co znaleźli, rzucają się do ucieczki. Jeśli kochankowie z uporem wypełniają życie wymuszoną wesołością, nieustającą rozrywką i przyjemnościami, jeśli wypalają się, „żyjąc intensywnie”, jeśli rzucają się w wir seksu albo delektują się życiem, unikając wszelkich konfliktów, to wówczas istota Życia-Śmierci-Życia spada z urwiska w dół i na powrót tonie w morzu. Jeśli do związku miłosnego nie dopuszcza się cykli życia i śmierci, to wszystko, co symbolizuje Kobieta-Szkielet, zostaje wyrzucone z psychicznego domostwa i opada na dno. Po czym miłość dwojga ludzi wkracza na drogę pozorów i wymuszenia: „Precz ze smutkiem, bawmy się”. Za wszelką cenę chcą utrzymać ten stan. Dusza związku zanurza się i znika w kipieli wodnej; będzie dryfować pod wodą, bez czucia, jałowa, bezużyteczna. Kobieta-Szkielet spada z urwiska zawsze wtedy, gdy kochankowie nie mogą jej znieść albo jej nie rozumieją. Zostaje zrzucona z urwiska, kiedy błędnie pojmują sens cykli przeobrażenia: nie mogą się rozeznać, kiedy coś powinno umrzeć, by na jego miejscu wyrosło coś nowego. Jeśli kochankowie nie potrafią dostroić się do procesów Życia-Śmierci-Życia, to ich wzajemne uczucie nie może być niczym więcej jak burzą hormonów. Zrzucenie tej tajemniczej istoty z urwiska zawsze sprawia, że i zakochana kobieta, i uczucia mężczyzny stają się szkieletami pozbawionymi prawdziwej miłości i pożywienia. Ponieważ kobieta częstokroć uważnie obserwuje i wyraźnie odczuwa cykle biologiczne i emocjonalne, cykl życia i śmierci znajduje się w centrum jej zainteresowań. A ponieważ niewiele nowego może się narodzić, dopóki nie nastąpi rozkład tego, co żyło wcześniej, kochankowie, którzy pragną wydobyć z siebie maksymalne iskrzenie, żyć na maksymalnych obrotach, będą pędzić dzień za dniem w coraz bardziej skostniały związek. Próba zmuszenia miłości do trwania wyłącznie w pozornie najbardziej pozy­tywnej formie powoduje odwrotny skutek; miłość pada bez życia, i to na zawsze.

skeleton-woman

Kobieta – Szkielet wypływa na powierzchnię mimo że wolelibyśmy, aby tkwiła na morskim dnie i nie przeszkadzała nam w radości i uciechach. Jednak jest tym co prędzej czy później i tak pojawia się w każdej relacji międzyludzkiej, wyzwaniem i czasem nabywania mądrości bez których związek nie nabierze głębi. Widzę u zakochanych, niezależnie od płci, powtarzające się zjawisko. Dwoje ludzi zaczyna taniec, by sprawdzić, czy potrafią się poko­chać. Niespodziewanie zaczepiają o Kobietę-Szkielet. Coś między nimi zaczyna się kurczyć i pogrąża się w chaosie. Często bolesna rozkosz seksualnego podniecenia stygnie, partnerzy zaczynają dostrzegać swoje słabości i nie wyleczone urazy albo stwierdzają, że to drugie „nie jest odpowiednim materiałem na trofeum”. I to jest właśnie moment, kiedy łysa, bardzo stara dziewczyna o pożółkłych zębach wypływa na powierzchnię. Brzmi to makabrycznie, ale jest to najdonioślejsza chwila — sposobność do wykazania się odwagą i poznania miłości. Kochać znaczy wytrwać i zostać. Kochać znaczy opuścić świat fantazji i wejść w świat, w którym możliwa jest trwała, realna miłość. Twarz w twarz, kość w kość, miłość pełna oddania. Kochać znaczy zostać, kiedy każda komórka woła „uciekaj!”(…)Podczas ponad dwudziestu lat praktyki terapeutycznej nieraz przyjmowałam mężczyzn i kobiety, którzy opadali na sofę jednocześnie uszczęśliwieni i spłoszeni: „Spotkałem (spotkałam) kogoś. Wcale tego nie chciałam, zajmowałam się swoimi sprawami, nie szukałam nikogo — i nagle! pojawia się Ktoś przez wielkie K. Co mam robić?” Brnąc dalej w związek, zaczynają tchórzyć. Kulą się w sobie, denerwują. Czy boją się o uczucie tej drugiej osoby? Ależ nie. Drżą ze strachu, bo zaczynają dostrzegać łysy czerep wśród fal ich namiętności. Rety! Co robić? Mówię, że to magiczny czas. To ich nie uspokaja. Mówię, że niedługo zobaczą coś cudownego. Nie chcą wierzyć. Mówię, żeby nie rezygnowali, i to jakoś im się udaje, choć z trudem. Zanim się zorientuję, oni wiosłują coraz szybciej w małej łódeczce swej miłości. Chybocząc, docierają do brzegu i błyskawicznie zaczynają uciekać, by ratować życie; ja, ich psychoanalityk, usiłuję dotrzymać im kroku i wtrącić swoje trzy grosze, a za nami, sami zgadnijcie, kto pędzi drogą z suchym klekotem. U większości ludzi pierwsza konfrontacja z Kobietą-Szkieletem wywołuje impuls, by uciekać z prędkością wiatru, daleko, dokąd nogi poniosą. Ale nawet ta ucieczka jest elementem naszej drogi do miłości. Uciekać jest rzeczą ludzką, byle nie za długo, nie na zawsze.

I tu ważna konstatacja: należy zwrócić uwagę, że w baśni do fizycznego kontaktu rybaka i dziewczyny dochodzi dopiero w ostatniej fazie, kiedy wypełnią się wszystkie cykle. I dlatego jest to opowieść o miłości, a nie o konsumpcji. Z naszej opowieści wynika, że oddanie ciała jest jedną z ostatnich faz miłości. Tak powinno być. Dobrze jest opanować po mistrzowsku pierwsze fazy spotkania z naturą Życia-Śmierci-Życia, a kontakt cielesny odłożyć na koniec. Zawsze przestrzegam kobiety, żeby nie wiązały się z ludźmi, którzy po przypadkowym złapaniu na haczyk od razu rzucają się na ich ciało. Trzeba nalegać na przejście wszystkich faz. Wówczas ta ostatnia sama zadba o siebie, czas jedności ciał nadejdzie w stosownej chwili. Zgadzam się tu z dr. E nie jako ktoś, kto wierzy w nakazy i zakazy wynikające z religii i kultury (bo w nie w większości nie wierzę ), ale jako ktoś kto obserwuje i czerpie z doświadczeń własnych i innych: kontakt fizyczny jest nam potrzebny, to taki sam instynkt jak głód czy pragnienie, ale tak jak jedzenie może być albo pożyteczne, albo szkodliwe dla zdrowia tak samo jest z seksem i erotyką. Nie na darmo w języku polskim przystojnego mężczyznę określa się jako ‘ciacho’. Ciacho jest słodkie i uwalnia w mózgu wydzielanie hormonów szczęścia, ale jest też pełne kalorii i tłuszczu. Ciastko to deser, który spożywa się po właściwym posiłku, bo wtedy jesteśmy już najedzeni i dostarczyliśmy naszemu ciału składniki odżywcze, które zapewnią funkcjonowanie, wzrost i rozwój. Nie da się żyć o samych ciastkach. Organizm prędzej czy później zareaguje cukrzycą, nadwagą i podwyższonym ciśnieniem. Jeżeli zaraz na początku znajomości konsumuje się ją, to co zostaje dalej? Kiedy połączenie dwojga ludzi zaczyna się od fazy cielesnej, na proces spojrzenia w twarz naturze Życia-Śmierci-Życia nie jest jeszcze za późno, ale wymaga to o wiele więcej determinacji. To cięższa praca, ponieważ trzeba odciągnąć od cielesnych zachcianek żądne przyjemności ego, żeby zbudować fundamenty.

To nie oznacza, że musimy czekać w nieskończoność albo trzymać się sztywno reguł religii i kultury („dopiero po ślubie”). Nasza natura sama wyczuje odpowiedni moment. Jednak trzeba pamiętać, że kontakt intymny z innym człowiekiem otwiera nas na niego energetycznie, mentalnie i uczuciowo, nawet jeżeli chce się potraktować go jako przygodę na jedną noc. Zwłaszcza od kobiet sex wymaga dosłownie oddania się. Idąc drogą jaką podąża kobieta o dzikiej naturze trzeba się zapytać samej siebie, ‘Jeżeli się otworzę to co dostanę w zamian?’, ‘Czy to mnie wzbogaci, doda mojemu życiu radości i energii?’, ‘A może wprost przeciwnie, może ta osoba zrabuje moją ufność, nie da nic w zamian i ulotni się?’  itd. Trzeba się zastanowić czy to czego pragniemy jest na naszym szwedzkim stole tak jak już była o tym mowa w analizie baśni o Wasylisie. Albo inaczej: trzymając się terminologii żywieniowej, wyobraźmy sobie, że idziemy ulicą pełną restauracji oraz kawiarni i czujemy głód. Chcemy zjeść posiłek, który będzie zarówno zdrowy jak i smaczny, ale nie wiemy gdzie znajduje się restauracja, w której serwuje się takie posiłki, podobno jest gdzieś na końcu ulicy, ale tak dokładnie nikt nie wie. Jesteśmy głodni, a z restauracji dochodzą smakowite zapachy, więc wchodzimy do jednej z nich i zjadamy fast food. Na chwilę czujemy się najedzeni i zadowoleni, bo fast food jest pełen tłuszczu, przekaźnika smaku, który sprawia, że czujemy błogość. Jednak w fast foodzie nie ma wartości odżywczych i prędzej czy później ogarniają nas wyrzuty sumienia, że konsumujemy śmieciowe jedzenie zamiast szukać restauracji ze zdrowym i smacznym menu. Wychodzimy więc z powrotem na ulicę i szukamy dalej, ale prędzej czy później znowu dopada nas głód i znowu wchodzimy do baru z fast foodem. Jeżeli jednak odczuwamy łączność z naszym instynktem i intuicją, to w pewnym momencie przestajemy tam zaglądać, bo jedzenie fast foodu jest jak napędzanie błędnego koła: przestaje się poszukiwać prawdziwego smaku, aromatu i sztuki w posiłku, ponieważ nasze zmysły są stępione bezwartościowym jedzeniem, a chemiczne i konserwujące substancje przemysłowe, jakimi jest ono napakowane, sprawiają, że ludzie nieświadomie uzależniają się od niego . Idziemy więc dalej ulicą, próbując wmówić sobie, że nie czujemy głodu, i wtedy nagle, niespodziewanie tuż przed naszymi oczyma wyrastają drzwi restauracji, której szukaliśmy. Czujemy apetyczny zapach, obsługa jest bardzo miła i sprawna, z głośników słychać naszą ulubioną muzykę, widzimy jak kucharz przyrządza dla nas posiłek ze świeżych, pachnących i apetycznych produktów.

Dokładnie tak samo jest z ludźmi, z którymi wchodzimy w relacje. Możemy „skonsumować” ich szybko i bez specjalnej uwagi tak jak fast food, ale to fałszywa dieta, która nie nakarmi naszej duszy ani potrzeby kochania. Tak jak w baśni o Czerwonych Trzewiczkach będziemy uganiać się za coraz to nowszymi atrakcjami i wpadać w coraz większą frustrację, że nie ma przy nas kogoś, kto nie potrzebuje, żebyśmy byli non-stop sexowni i atrakcyjni. Może być tak, że znajdziemy restaurację, gdzie serwuje się zdrowe i pyszne posiłki, ale jest już tak dużo gości, że my do niej nie wejdziemy – tak właśnie dzieje się, kiedy spotykamy kogoś z kim świetnie się dogadujemy, ale kto jest już w związku. Nie pozostaje nam nic tylko chodzić i szukać. Ale według biblijnego zapewnienia „Szukajcie aż znajdziecie” warto, bo seks tak jak jedzenie i picie jest źródłem energii i dla ciała, i dla ducha. Warto tu zwrócić uwagę, że to zachodnia kultura i przemysł rozrywkowy kładą nacisk na ten aspekt szybkiej konsumpcji, w innych kulturach (jeszcze) toczy się to innym trybem. Tym, co oddaje cykliczność i stały, nie przyspieszany sztucznie rozwój związku jest seks tantryczny ,  który jest wyraźnie dostosowany do natury kobiety poprzez koncentrowanie się na czułości, powiązaniu uczuć z ciałem i spokojnym, wręcz powolnym tempie. Takich doznań nie będzie się miało z mężczyzną, który pragnie erotycznego fast foodu, sex tantryczny wymaga stabilnego budowania relacji, ‘chodzenia i szukania restauracji’ czyli cierpliwości i niezrażania się poprzednimi niepowodzeniami, ale tak jak to już określiła dr E, jeżeli pragnie się prawdziwej miłości to trzeba wyjść poza ego.

Z tych samych przyczyn nie powinno się także legalizować związku w trakcie trwania tej wczesnej fazy

POGOŃ

Kobieta – Szkielet nie jest jak Złota Rybka, nie daje się spławić z powrotem do morza, nie spełnia życzeń i wcale nie jest wdzięczna. To ona żąda od rybaka uwagi i akceptacji przy całej swojej straszności i nieprzewidywalności, a na dodatek często wypływa akurat w momencie, kiedy wszystko świetnie się układa i już mamy wrażenie, że stworzyliśmy dobry, stabilny związek. Nagle zaczynają się wykręty, tłumaczenie, że to nie ma sensu, próby racjonalizowania, dlaczego związek nie ma prawa się udać. Kiedy uczymy się kochać prawdziwie, z począt­ku popełniamy mnóstwo błędów. Sądzimy, że kochanek czy kochan­ka chcą nas osaczyć, tymczasem prawda jest inna: to pragnienie zespo­lenia się z drugim człowiekiem w ten jedyny, szczególny sposób powo­duje, że szkielet łapie się na haczyk i nie może się od nas oderwać. Kiedy rodzi się miłość, siły Życia-Śmierci-Życia wypływają na powierzchnię. Zawsze. (…) Faza ucieczki i ukrywania się w miłości to czas, kiedy kochankowie próbują racjonalizować lęk przed cyklami miłości, cyklami Życia–Smierci-Życia. Mówią: „Będzie mi lepiej z kimś innym”, „Nie chcę porzucać tego czy tamtego”, „Nie chcę zmieniać niczego w moim życiu”, „Nie chcę patrzeć na rany, ani swoje, ani innych”, „Jeszcze nie jestem gotowa”, „Nie chcę się zmieniać, dopóki szczegółowo się nie dowiem, w kogo się zmienię”. Tak naprawdę nie uciekamy przed naszym kochankiem/kochanką tylko przed Zmianą i naszym lękiem przed nim. Psychologia rozpoznaje to jako lęk przed bliskością, lęk przed zaangażowaniem. Ale to tylko symptomy. Głęboko u ich podłoża leży niedo­wierzanie i nieufność. Ci, którzy wiecznie uciekają, boją się tak napra­wdę żyć według cykli dzikiej, integralnej natury. Śmierć goni mężczyznę po wodzie, przez granicę między nieświadomością a pewnym gruntem świadomego umysłu. Świadomość zdaje już sobie sprawę, co złowiła, i rozpaczliwie próbuje przed tym umknąć. W życiu stale tak robimy. Coś straszliwego podnosi głowę. Nie dostrze­gamy tego i ciągniemy linkę, sądząc, że to wielka zdobycz. Owszem, to prawdziwa gratka, ale zupełnie innego rodzaju, niż się spodziewamy. To skarb, którego — na nasze nieszczęście — nauczono nas się bać. Bierzemy więc nogi za pas albo wyrzucamy łup, albo też staramy się go upiększyć i udawać, że jest czymś innym. Ale to nic nie daje. Musi przyjść chwila, kiedy dopadnie nas pocałunek potwora. To samo zjawisko towarzyszy miłości. Pragniemy tylko piękna, ale kończy się na tym, że stajemy oko w oko z ohydą. Odpychamy upiornego kościotrupa, ale on ciągle wlecze się za nami. Zrywamy się do biegu. On biegnie za nami. To świetny nauczyciel i zawsze twierdziliśmy, że chcemy go mieć. „Nie, to nie ten” — piszczymy przeraźliwie, kiedy się pojawia. Niech przyjdzie ktoś inny. Nic z tego. Właśnie ten nauczyciel należy się każdemu. I jak mówi przysłowie: kiedy uczeń jest gotowy, pojawia się nauczyciel. Gotowa jest dusza, a nie ego, bo ego nigdy nie będzie gotowe. Ego nie koncentruje się na głębi. Ego cieszy się rozrywką i próbuje na siłę ją zatrzymać. Ego boi się, że kiedy zaakceptujemy naturę Życia-Śmierci-Życia, nigdy już nie będziemy szczęśliwe. A czy dotąd rzeczywiście byłyśmy tak doskonale szczęśliwe? Otóż nie. Jednak nierozwinięte ego jest prymitywne, prostoduszne jak nie usocjalizowane dziecko, nieszczególnie zresztą radosne; przypomina dorosłe dziecko, które cały czas poluje na największą kromkę, najwygodniejsze łóżko, najprzystojniejszego faceta. Trzy rzeczy różnią życie wypływające z duszy od życia zdominowanego przez ego. Są to: zdolność wyczuwania i uczenia się nowych rzeczy; wytrwałość w podróżach po wyboistych drogach; cierpliwe uczenie się głębokiej miłości. Ego ma tendencję i talent do unikania nauki. Cierpliwość nie jest jego mocną stroną. Wierność w związku również nie. To nie ego, ta chorągiewka na wietrze, jest źródłem miłości, ale raczej nieoswojona dusza***.

Rybak zaczyna uciekać, a zaplątana w sieć dziewczyna razem z nim. Po drodze chwyta suszone ryby, bo wracają do niej głód i chęć życia. Rybak chroni się w swojej chaciez przekonaniem, że jest bezpieczny, ale nic bardziej błędnego. Dla współczesnych kochanków gra na zwlokę czy zachowanie dystansu jest jak śniegowy domek rybaka, o którym sądzi on, że jest bezpieczny. Czasem ten lęk przed konfrontacją z istotą śmierci ulega wypaczeniu do „wykręcania się”, próby zachowania tylko przyjemnych stron związku, pominięcia Kobiety-Szkieletu. W ten sposób do niczego nie dojdziemy.(…) Wszystkie „nie jestem gotów”, „potrzebuję czasu” to zrozumiałe wymówki, ale nie na długo. To prawda, że nie ma czegoś takiego jak całkowita gotowość i właściwy moment. Przy każdym zstąpieniu w nieświadomość nadchodzi czas, kiedy człowiek, mając nadzieję na najlep­sze, skacze w otchłań. Gdyby tak nie było, nie powstałyby w języku słowa bohater, bohaterka, odwaga. Prędzej czy później trzeba stawić czoła Zmianie, bo odepchnięta Kobieta – Szkielet będzie się niepostrzeżenie wynurzać w najmniej oczekiwanych momentach dopóki nie pojmiemy, że to ona rządzi nami, a nie my nią. Naszym zadaniem zaś jest pobieranie nauk. Jeśli ktoś pragnie kochać, to nie znajdzie innej drogi. Naszym zadaniem jest objęcie jej. Bez zadania, które wystawia na próbę, nie dokona się transformacja. Jeśli nie wypełnimy zadania, to nie przyjdzie poczucie satysfakcji. Niewiele trzeba, by kochać przyjemności. By kochać prawdziwie, trzeba bohatera, który pokona własny strach. Bez wątpienia bardzo wielu ludzi dochodzi do etapu ucieczki i ukrywania się. Niektórzy niestety wciąż się do niego cofają. Wejście do bezpiecznej nory jest zryte do niemożliwości. Ale ci, którzy pragną kochać, naśladują rybaka.

 ROZPLĄTYWANIE SIECI

Tak jak w wielu baśniach tak i w tej pojawia się motyw próby dla bohatera, kiedy muszą dowieść swoich czystych intencji i siły, stając przed mocą większą od nich. W  tym przypadku jest to przezwyciężenie lęku i rosnące współczucie dla Kobiety – Szkieletu. Jeszcze niedawno uciekał przed nią, dysząc ciężko i szlochając. Teraz pragnie jej dotknąć. A ona niejako dotyka jego serca przez samą swoją obecność. Kiedy zrozumiemy osamotnienie natury Życia-Śmierci-Życia w psychice, osamotnienie tej, która nie ze swojej winy ciągle jest odrzucana… wtedy może my też wzruszymy się jej dolą. Podobnie jak w opowieściach, gdzie dobro ukrywa się pod szpetną formą tak tutaj bohater ma za zadanie nie dać się zwieść pozorom. Tak dzieje się w Pięknej i Bestii, tak dzieje się w baśniach, gdzie źle traktowana sierota pomaga czarodziejowi pod postacią podróżnego i zostaje za to wynagrodzona, gdy z każdym jej słowem z ust zaczynają padać drogie kamienie; widząc to macocha każe swojej rodzonej córce również czekać na podróżnego, a kiedy odmawia pomocy czarodziejowi, który tym razem przyjął postać żebraka, z jej ust padają żaby, jaszczurki i padalce. W czasach, kiedy stawia się przede wszystkim na wygląd i urodę, warto pamiętać właśnie o tych opowieściach, które uczą, że trzeba być zawsze otwartym, niezależnie czy ktoś jest piękny czy szpetny, modnie ubrany czy noszący stare i zniszczone rzeczy. Jeśli pokonamy same siebie, by dotknąć tego, co dla nas odrażające, to czeka nas nagroda. Jeśli brzydotę odtrącamy z pogardą, to będziemy wygnani za drzwi, nie osiągniemy pełni życia. (…)Rozplątywanie Kobiety-Szkieletu to symbol zrozumienia tego myślowego błędu i naprawienia jego skutków. Rozplątywanie Kobiety-Szkieletu ma oznaczać zrozumienie, że miłość to nie wyznania w blasku świec i wieczny rozkwit. Rozplatanie Kobiety-Szkieletu daje pewność, że w odradzających się ciemnościach znaleźć można otuchę, a nie strach. Złożenie szkieletu to balsam na zastarzałe rany. To zmiana sposobu patrzenia i życia wyrażająca zdrowie, a nie wyjałowienie duszy. (…)Nie wystarczy samo wyciągnięcie nieświado­mego na powierzchnię, nie wystarczy nawet przypadkowe sprowadze­nie go do domu. Miłość zatrzyma się w rozwoju, jeśli ogarnie nas strach przed szkieletem, jeśli wzbudza on w nas nieustanny wstręt. Rozwikłanie tajemnicy Kobiety-Szkieletu sprawia, że złe zaklęcie przestaje działać — lęk przed pożarciem, wieczną martwotą zaczyna ustępować. W mitologiach bóstwa (zazwyczaj kobiece) związane z nicią były kwintesencjami przeznaczenia, zawsze zawierały w sobie element cierpliwości i uczestnictwa w procesach sił potężniejszych niż człowiek. Czy jest to Ariadna nakazująca Tezeuszowi poruszać się po Labiryncie trzymając się nici, czy są to helleńskie Mojry, rzymskie Parki czy germańskie Norny tkające nici życia, czy to Kobieta – Pająk tworząca cały świat na bazie pajęczej nici w mitologii rdzennych Amerykanów, wszystkie mają dostęp do świata niewidzialnego, skąd pochodzi dusza. One nie poruszają się na poziomie ego, zajmowanie się nicią, tkanie i rozplątywanie wymaga cierpliwości, zagłębienia się w siebie i uważnego spojrzenia. Trzeba krok po kroku przejść proces, który z początku zdaje się potwornie zagmatwany, ale w końcu okazuje się pra­wdziwym, głębokim wzorem odnowy. W baśniach rozwiązanie paska czy opaski, rozsupłanie węzła, rozplatanie czegoś symbolizuje początek rozumienia rzeczy wcześniej niejasnych, ich użycia i zastosowania, tajemnej mądrości maga. (…)Rozplatać oznacza uzyskać dogłębną wiedzę o sobie i innych, umocnić zdolność do przejścia wszystkich etapów, projektów, okresów inkubacji, narodzin i transformacji tak spokojnie i tak dostojnie, jak tylko możemy. Obrazowo rzecz ujmując Aleksander Wielki podszedł do węzła gordyjskiego na poziomie ego: rozciął go zamiast rozplątywać i takie było jego panowanie: pełne chwały, bogactwa i podbojów, ale krótkotrwałe. Po jego śmierci imperium, które stworzył, rozpadło się między skonfliktowanych ze sobą generałów.

untie

Osoba, która zrozumiała czym na poziomie codziennym jest rozplątywanie sieci będzie cierpliwa, będzie potrafiła czekać i nie wystraszy się tego, że rzeczywistość nie pasuje do wizerunku jaki miała wcześniej. To jest ktoś z silnie zakorzenioną psychiką, ktoś komu spełnienie nie uderzy do głowy jak woda sodowa. Nie potrzebuje zdobywania, nie musi mieć od razu wszystkiego, potrafi obserwować bez oceniania i uczyć się. Dobrze jest się oddać codziennym ćwiczeniom medytacyjnym przy rozplątywaniu natury Życia-Śmierci-Życia. Rybak nuci krótką piosneczkę, by ułatwić sobie zadanie. (…) Dzięki temu nie damy się zwieść natarczywym podszeptom z zakąt­ków umysłu, mówiącym: „Jakie to głupie… trzeba brać z życia co najlepsze”. Uczymy się ignorować ten głos i słuchać tego, który brzmi za nim w oddali.

ZASYPIANIE Z UFNOŚCIĄ

Ten fragment opowieści mówi o powrocie do niewinności. Zasypianie obok kogoś to wyraz głębokiego zaufania, bo podczas snu wyłączona jest nasza świadomość i stajemy się bezbronni jak dzieci. Trzeba też pamiętać, że z biologicznego punktu widzenia sen jest nieodzowny dla funkcjonowania. Nie możemy funkcjonować bez odpoczynku, pozbawieni regularnego snu stajemy się rozdrażnieni, zapadamy na choroby, a nasz organizm jest coraz bardziej wycieńczony. Nic dziwnego, że celowe pozbawianie snu w celu wymuszenia jest z punktu widzenia prawa taką samą torturą jak bicie. Sen to pokazanie kim się jest naprawdę, nie udawanie tego kim chciałoby się być. Tak jak fizycznie umysł nie może być non stop pobudzony tak w relacji nie możemy być stale atrakcyjni, pociągający i mówiący zawsze dokładnie tego co druga strona chce usłyszeć. Prędzej czy później będziemy zbyt zmęczeni odgrywaniem takiej roli i zmorzy nas sen, który pokaże nasze prawdziwe oblicze. Sen to także czas odnowy, kiedy regenerują się komórki i tkanki organizmu, podobnie dzieje się w baśni. Na tym etapie związku kochanek powraca do stanu niewinności; stanu, w którym wciąż jeszcze przeraża go żywioł emocji, stanu pełnego życzeń, nadziei, marzeń, oczekiwań. Niewinność to nie to samo co naiwność. W niedostępnej krainie, z której pochodzę, jest powiedzenie: „Prostota to nic nie wiedzieć i zmierzać ku dobremu. Niewinność to wiedzieć wszystko i nadal zmierzać ku dobremu”. (…) W ten stan mądrej niewinności wchodzimy, odrzucając cynizm i asekuranctwo, powtórnie zadziwiając się światem, co jest charakterystyczne dla większości ludzi bardzo młodych i wielu starych. To ćwicze­nie patrzenia oczami ducha przepełnionego mądrością i miłością, a nie wzrokiem zbitego psa, zaszczutego stworzenia czy człowieka zranione­go. Niewinność powraca w czasie snu. Niestety, wielu ludzi, wstając każdego ranka, odrzuca ją razem z kołdrą. A byłoby lepiej zabrać przebudzoną ze sobą i ogrzać.

Taki proces wymaga od nas zdjęcia maski, zburzenia muru obronnego, jakim odgrodziliśmy się od świata, odrzucenia cynizmu i sarkazmu, którymi rozum broni się przed miłością, zdrapywania warstw smutku i bólu jakie bezkarnie narastały w nas latami, dlatego niewielu jest chętnych by się go z własnej woli podjąć. Ale warto to zrobić. Słowem „niewinny” (ang. innocent) często określamy osobę żyjącą w ciemnocie, która nie ma wiedzy, prostaka. Ale w pierwotnym znaczeniu człowiek niewinny to ten, który nie czyni szkód, nie zadaje ran. W języku hiszpańskim inocenteto osoba, która z jednej strony stara się nie krzywdzić innych, z drugiej jest zdolna do uzdrowienia samej siebie. (…)Być niewinnym znaczy umieć rozpoznać naturę rany i wyleczyć ją. Takie potężne moce kryją się za pojęciem niewinności. Niewinność to postawa nie krzywdząca innych, zdolność leczenia, naprawiania, przywracania zdrowia. Zastanówcie się nad tym. To dobrodziejstwo dla wszystkich cykli miłości.

Zadane wcześniej krzywdy są istotną blokadą w dalszej drodze uczuciowej, bo wzmagają nadmierną czujność. Co innego być czujnym, a co innego przesadnie ostrożnym kiedy nie jest to potrzebne. Pamięć o krzywdzie sprawia, że okazuje się obojętność albo przewrażliwienie nawet jeżeli w pierwszym odruchu chciałoby się okazać czułość i troskę. Osoby, które boją się zostać oszukane albo złapane w pułapkę, które wniebogłosy wrzeszczą, że chcą „być wolne”, pozwalają, by złoto przeciekało im przez palce. Szczególnie mężczyźni często mają z tym problem i nawet jeżeli spotykają kobietę, w której z wzajemnością się zakochują, to nie potrafią tego okazać. Czasami nie można dodać odwagi słowami. Czasami ludzie muszą skoczyć głową w dół. W życiu mężczyzny musi nastąpić moment, kiedy zaufa drodze miłości, kiedy bardziej się boi utknięcia na mieliźnie psychiki niż wypłynięcia na szerokie, piękne, lecz nieoznakowane terytorium. Kiedy życie jest zbyt kontrolowane, robi się go coraz mniej do kontrolowania. Czasami człowiek boi się usnąć w obecności drugiego, obawia się powrotu do psychicznej niewinności, lęka się wykorzystania. Tacy ludzie podejrzewają innych o najgorsze i nie ufają sami sobie. To nie brak zaufania do ukochanej osoby. To brak rozliczenia z naturą Życia-Śmierci-Życia. To Śmierci muszą zaufać. Jak we śnie, natura Życia-Śmierci-Życia w najdzikszej postaci jest tak prosta jak łagodny wydech (koniec) i wdech (początek). Trzeba tylko zaufać, że gdzie jeden się kończy, drugi się zaraz zaczyna. Nie ma sensu czekanie na to by będzie się wystarczająco silnym by zacząć ufać. Taki dzień nigdy nie nastąpi. Musimy zaryzykować, że przekonania wpojone przez kulturę na temat Życia-Śmierci-Życia są fałszywe i że rację ma instynkt. By miłość mogła się rozwijać, partnerzy muszą ufać, że cokolwiek się stanie, posłuży przeobrażeniu.

ŁZA WZRUSZENIA

Kiedy na policzku śpiącego rybaka pojawia się łza, Kobieta – Szkielet podchodzi i spija ją. Mężczyźnie, który ma wdrukowany w podświadomość od dzieciństwa model twardego wojownika niełatwo jest płakać, ale dzieje się to z łatwością podczas snu, gdy jest bezbronny jak dziecko. Łzy są słoną wodą tak jak morze, które wyrzuciło Kobietę – Szkielet na powierzchnię, woda jest uniwersalnym symbolem uczuć, a słony smak wskazuje osobę, która przeszła już porażki w życiu uczuciowym. Tak niechybnie, jak kościotrup wypłynął na powierzchnię wody, tak teraz łza, znak uczucia budzącego się w mężczyźnie, wypływa z głębi na powierzchnię. To wskazówka, jak kochać siebie i drugiego człowieka. Obdarty z szat dziennego świata mężczyzna przyciąga szkielet dziewczyny do siebie, by się przy nim położył, by pił z niego i wykarmił się jego najgłębszym uczuciem. Teraz jest zdolny zaspokoić pragnienie drugiego człowieka. (…) Łza śniącego przychodzi, kiedy przyszły kochanek pozwala sobie poczuć i opatrzyć swoją ranę; kiedy pozwala sobie spojrzeć na zniszczenie, które sprowadził na siebie przez utratę wiary w dobroć; kiedy czuje się odcięty od ożywczego cyklu Życia-Śmierci-Życia. Płacze dlatego, że doskwiera mu samotność i bezbrzeżna tęsknota za owym psychicz­nym domem, za pierwotną wiedzą (…) Wszyscy popełniamy błąd, sądząc, że drugi człowiek może być lekarstwem, wzruszeniem, spełnieniem. Dużo czasu upływa, zanim zrozumiemy, że tak nie jest, głównie dlatego, że uzewnętrzniamy własną ranę, zamiast się nią zająć, zadbać o nią w swym wnętrzu. Nasze rany mogą być spowodowane przez rozmaite przyczyny: ciężkie przeżycia z dzieciństwa, zawiedzione zaufanie przez najbliższą osobę, mozolne dążenie do czegoś co nie przyniosło satysfakcji, niespełnienie ważnych zamierzeń, złe decyzje życiowe albo brak decyzji, itd. Problemem dla mężczyzn jest to, że w naszej kulturze nie mają tak naprawdę bezpiecznych sposobów na odreagowanie ich, o ile kobiety mogą wypłakać się czy wygadać koleżankom, to mężczyźni zazwyczaj wpadają w wir rozrywek czy romansów albo w nałogi. Pomóc mogą sobie tylko oni sami, ich zadaniem jest opatrzyć własne obrażenia, nikt inny im w tym nie pomoże. Uśmierzanie bólu za pomocą innych ludzi jest nieskuteczne i prowadzi do jeszcze większego bólu. Kiedy mężczyzna roni łzę, to znaczy, że odnalazł swój ból i czuje go, dotykając rany. Zaczyna widzieć, że z jej powodu otoczył się skorupą ochronną. Widzi, co w życiu stracił i przegapił za jej sprawą. Widzi, jak okaleczył swą miłość do życia, do samego siebie i do innych. (…)Głębokie uczucie tkliwości, które popycha rybaka do rozplatania szkieletu, pozwala mu także odczuć inne zapomniane tęsknoty, wskrzesić współczucie dla samego siebie.(…) Nie boi się pragnąć, bo wierzy, że jego pragnienie się urzeczywistni. Wiara, że pragnienie jego duszy będzie spełnione, przynosi mu wielką ulgę.(…) Łza rybaka przyciąga do niego Kobietę-Szkielet; sprawia, że chce jej się pić, że pragnie zbliżyć się do niego.(…) Łzy nie tylko symbolizują uczucie czy wzruszenie, są także jak soczewki, które odmieniają wzrok, dają inny punkt widzenia.

PÓŹNIEJSZE FAZY MIŁOŚCI

Kiedy mężczyzna jest pogrążony we śnie, Kobieta – Szkielet wyjmuje z niego serce i bije w nie niczym w bęben, instrument używany przez szamanów, by swoim rytmem przywołać duchy przodków i przenosić w odległe miejsca. Jest pięknie zsynchronizowany znaczeniowo z sercem, organem pompującym krew, bez którego nie da się żyć. Oba mają nadludzką moc i biją w określonym rytmie. Serce odmierza puls, a wraz ze śpiewem kobiety odrasta jej ciało. Śpiew ma moc magiczną i siłę tworzenia, w wielu legendach śpiewem wzywa się duchy, leczy ciało i ożywia umarłych, a nawet kreuje świat****. Opowieść zawiera obietnicę — jeśli pozwolisz, by Kobieta-Szkielet stała się bardziej namacalna w twoim życiu, ona w zamian uczyni je bardziej wartościowym, lepszym, obfitszym. Kiedy wyzwolisz ją ze splątanej liny, kiedy rozwiążesz jej zagadkę, zrozumiesz, że jest zarazem nauczycielką i kochanką; zostanie twym sprzymierzeńcem i partnerem.(…) Oddając serce nowemu dziełu stworzenia, nowemu życiu, siłom Życia-Śmierci-Życia, zstępujemy w dziedzinę uczuć. Może to być trudne, zwłaszcza jeśli nosimy w sobie rany zadane przez smutki i rozczarowania. Jednak trzeba tego dokonać, przez bębnienie tchnąć pełnię życia w Kobietę-Szkielet, zbliżyć się do tej, która zawsze była nam bliska.(…) Przez lata obserwowałam to zjawisko u innych, doświadczałam go także na sobie. To niepowtarzalna chwila, kiedy tworzymy coś wartościowego dzięki temu, że ukochany pokłada w nas wiarę, dzięki jego szczerej życzliwości dla naszej pracy, projektów, ważnych spraw. To przedziwne zjawisko nie ogranicza się do kochanków: może się pojawiać dzięki każdemu, kto szczerze obdarza sercem.(…) Słowo pneuma(oddech) ma wspólne etymologiczne korzenie ze słowem psyche— oba odnoszą się do duszy. Jeśli więc w opowieści, legendzie czy micie pojawia się pieśń, to wiemy, że wzywa się bogów, by natchnęli ludzkie sprawy duchem mądrości i mocy. Wiemy, że te siły działają w świecie ducha, że za ich sprawą doskonali się kształt duszy.

 Fizjologia ciała kobiety zbliża ją do natury Życia-Śmierci-Życia. Jeśli kobieta poddaje się instynktowi, to wszelkie idee i impulsy popychające ją do miłości, tworzenia, wiary, pożądania, we właściwym czasie przychodzą, odchodzą, rodzą się na nowo. Można powiedzieć, że kobiety świadomie lub nieświadomie praktykują tę głęboką wiedzę z każdym księżycowym cyklem. (…)Czasem ten, kto ucieka przed naturą Życia-Śmierci-Życia, uparcie się domaga, żeby miłość przynosiła same dobrodziejstwa. Jednak miłość w najpełniejszej swej postaci jest ciągiem następujących po sobie śmier­ci i ponownych narodzin. Wychodzimy z jednej fazy, jednego aspektu miłości, by wkroczyć w kolejny. Namiętność przygasa i powraca. Ból przechodzi i znów się pojawia. Kochać, znaczy wziąć w objęcia i jednocześnie przetrwać wiele końców i wiele początków — wszystkie w jednym związku dwojga osób. Proces ten komplikuje fakt, że odcięta od natury współczesna cywilizacja nie znosi przeobrażeń. (…)Żeby kochać, jeśli już kochać chcemy, bailamos con La Muerte, tańczymy ze Śmiercią. Jest czas bujnych plonów i czas obumierania, są narodziny żywe i martwe, po których znów rodzi się życie. Kochać, znaczy uczyć się tanecznych kroków, bo miłość jest jak taniec. Energia, uczucia, bliskość, samotność, pożądanie i znużenie, wszyst­ko wznosi się i opada, cykle zaś splatają się ze sobą. Pragnienie bliskości, pragnienie samotności, wszystko przychodzi i odchodzi falami. Natura Życia-Śmierci-Życia uczy nie tylko tańca z nimi i w nich, uczy także, że lekarstwem na każdą dolegliwość jest zawsze jej przeciwieństwo; aktywność jest lekarstwem na nudę, czyjaś bliskość — lekarstwem na samo­tność, samotność znów — lekarstwem na poczucie osaczenia przez ludzi. Kto nie zna kroków tego tańca, ten lubi w okresach bezruchu zaspokajać potrzebę nowości i aktywności, szastając pieniędzmi, igrając z niebezpieczeństwem, podejmując bezmyślne decyzje, szukając nowego kochanka. Tak robią głupcy. Tak robią te, które nic nie wiedzą. (…) Początkowo wszystkim nam się zdaje, że możemy uciec przed aspektem śmierci w naturze Życia-Śmierci-Życia. To tylko złudzenia. Nie można uciec; Śmierć idzie tuż za nami, z klekotem nagich kości, stuk, stuk — wchodzi do naszych domów, do naszej świadomości. Jeśli nie w inny sposób, to poznajemy tę ciemną stronę życia, konstatując, że świat nie jest tak piękny i sprawiedliwy, jak się nam zdawało, że pogrzebałyśmy szansę, nie wykorzystałyśmy możliwości, że prawa Życia-Śmierci-Życia mają nas w swojej mocy, czy tego chcemy, czy nie. (…)Z opowieści wynika, że Śmierć stawia Miłości wymagania. Wymaga łzy — uczucia — i serca. Wymaga, żeby ją kochać. Natura Życia-Śmierci-Życia domaga się od kochanków, żeby spojrzeli w twarz jej prawom z prostotą, żeby nie mdleli na jej widok i nie robili uników, żeby ich wzajemne przywiązanie było czymś więcej niż „byciem razem”, żeby ich miłość opierała się na wspólnej wiedzy i sile; wymaga wyjścia jej na spotkanie, kochania jej i tańczenia z nią.

 * W starożytności Wenus była widoczna jest tylko przez około trzy godziny przed wschodem Słońca (i wówczas nazywana była Gwiazdą Poranną/Jutrzenką) i około trzy godziny po zachodzie Słońca (a wtedy była Gwiazdą Wieczorną).

** Pamiętam swoją pracę z kursu pedagogicznego, gdzie była mowa o celach głównych i celach operacyjnych. Cele główne osiąga się poprzez cele operacyjne, ale cele operacyjne same w sobie nie są istotne o ile nie towarzyszy im cel główny.

*** Co przypomina sposób, w który Daniel Goleman opisuje inteligencję emocjonalną: ‘Upierałbym się przy twierdzeniu, że wspomniane różnice są spowodowane poziomem zdolności określanych tutaj mianem inteligencji emocjonalnej – do których należą: samokontrola, zapał, wytrwałość i zdolność motywacji. A umiejętności tych, jak się przekonamy, można dzieci nauczyć, dając im tym samym większą szansę wykorzystania potencjału intelektualnego wygranego na loterii genetycznej.’

**** W Silmarillionie J.R.R. Tolkiena Eru Iluvatar tworzy świat za pomocą muzyki: Na początku był Eru, Jedyny, którego na obszarze Ardy nazy­wają Iluvatarem; On to powołał do życia Ainurów, Istoty Święte, zrodzone z Jego myśli. Ci byli z Nim wcześniej, niż po­wstało wszystko inne. Rozmawiał z nimi i poddawał im tematy muzyczne. Ainurowie zaś śpiewali dla Niego i On radował się tą muzyką (…) – Chcę, abyście z tego tematu, który wam objawiłem, roz­winęli harmonijną Wielką Muzykę, a ponieważ natchnąłem was Niezniszczalnym Płomieniem, możecie, jeśli chcecie, wzbogacić temat własnymi myślami i pomysłami. A ja będę słuchał i ra­dował się, że za waszą sprawą wielkie piękno wcieli się w pieśń (…)z przeplatających się i nieustannie zmiennych melodii wzbiły się harmonijne dźwięki i popłynęły poza zasięg słuchu w głę­bie i wysokości, wypełniły przestrzeń, którą zamieszkiwał Iluvatar, przelały się przez jej granicę; Muzyka i echa Muzyki rozległy się w Pustce, aż przestała być pustką.

Odcinek 4: Sinobrody. O poskromieniu wewnętrznego drapieżnika

biegnaca z wilkami sinobrody

SINOBRODY

W klasztorze w dalekich górach zakonnice w białych habitach przechowują pukiel włosów z brody. Jak się znalazł w klasztorze, nikt nie wie. Mówią, że to zakonnice pochowały szczątki jej właściciela, bo nikt inny nie ważył się ich dotknąć. Nie wiadomo, po co zakonnice przecho­wują tę dziwną relikwię, ale tak jest. Znajoma mojej znajomej widziała Ją na własne oczy. Powiada, że broda jest w kolorze indygo. Ciemno­niebieska jak ciemny lód na jeziorze, granatowa jak nocne cienie. Broda ta należała niegdyś do człowieka znanego jako Sinobrody, który, jak mówią, był upadłym czarownikiem, olbrzymim mężczyzną łasym na kobiety.

Powiadają, że zalecał się jednocześnie do trzech sióstr. Ale jego broda trwożyła je dziwnym niebieskim połyskiem, więc kryły się przed nim, kiedy nadchodził. Próbując je przekonać o swojej łagodności, zaprosił je raz na wycieczkę do lasu. Przybył, prowadząc konie przystro­jone dzwoneczkami i czerwonymi wstążkami. Posadził siostry i ich matkę na koniach i odjechali cwałem do lasu. Tam spędzili cudowny dzień, jeżdżąc konno w otoczeniu sfory psów. Potem zatrzymali się u stóp ogromnego drzewa, a Sinobrody zabawiał panie opowieściami i częstował rozmaitymi przysmakami.

Siostry zaczęły myśleć:

— Może ten Sinobrody nie jest wcale taki zły?

Wróciły do domu, rozprawiając, jaki to był niezwykły dzień i jak się świetnie bawiły. Jednak obawy i podejrzenia dwóch starszych sióstr niebawem powróciły. Przysięgły sobie, że więcej nie spojrzą na Sinobrodego. Tylko najmłodsza myślała, że skoro ktoś może być tak czaru­jący, to chyba nie jest z gruntu zły. Im dłużej to sobie wmawiała, tym mniej straszliwy jej się wydawał, a jego broda nie tak niebieska.

I kiedy Sinobrody poprosił ją o rękę, przyjęła go. Przemyślała jego oświadczyny i zdawało się jej, że poślubi bardzo wytwornego mężczyznę. Wreszcie się pobrali, a potem odjechali do jego zamku w głębokim lesie.

Pewnego dnia przyszedł do niej ze słowami:

—  Muszę na jakiś czas wyjechać. Jeśli chcesz, zaproś tu swoją
rodzinę. Możecie jeździć konno po lesie, kazać kucharzom przygotować
wystawną ucztę, róbcie, co tylko chcecie, wszystko, czego dusza zapragnie. Oto pęk kluczy. Możesz otwierać wszystkie drzwi, i do spiżarni, i tam, gdzie chowam pieniądze — wszystkie drzwi w zamku; nie uży­waj jednak tego malutkiego kluczyka, tego z rzeźbieniem na kółku.

Żona odrzekła:

—  Zrobię, jak każesz. Bardzo mi się to podoba. Jedź więc, drogi mężu, nie troskaj się o mnie i wracaj prędko.

Odjechał, a ona została.

Siostry przybyły w odwiedziny i były, jak wszystkie niewieście duszyczki, bardzo ciekawe, co nakazał gospodarz na czas swojej nieobecności. Młoda żona z radością im o tym opowiedziała.

—  Powiedział, że możemy robić, co dusza zapragnie, i wchodzić do wszystkich komnat prócz jednej. Nie wiem tylko, która to jest. Mam klucz, ale nie wiem, do których drzwi pasuje.

Siostry postanowiły zabawić się w sprawdzanie, który klucz pasuje do których drzwi. Zamek był trzypiętrowy i w każdym jego skrzydle znajdowało się sto drzwi, a ponieważ na pęku wisiało mnóstwo kluczy, chodziły od drzwi do drzwi; bawiły się świetnie, odmykając po kolei wszystkie komnaty. Za jednymi drzwiami były zapasy jedzenia, za innymi pieniądze. Wszelaki dobytek znajdował się w komnatach i wszyst­ko zdawało się coraz wspanialsze. Wreszcie, obejrzawszy wszystkie cuda, doszły do piwnicy, do ślepej ściany na końcu korytarza.

Głowiły się nad ostatnim kluczem, tym właśnie z rzeźbionym kółkiem.

—        Może ten klucz do niczego nie pasuje.

Ledwo to powiedziały, usłyszały dziwny dźwięk — „errrrr”. Zajrzały za róg i — rety! — spostrzegły zamykające się małe drzwiczki. Kiedy próbowały je znów otworzyć, okazało się, że są dobrze zamknięte na klucz. Jedna z nich wykrzyknęła:

—  Siostro, siostro, daj swój klucz. To na pewno te drzwi, do których pasuje tajemniczy mały kluczyk.

Jedna z sióstr bez zastanowienia włożyła klucz do zamka i przekręciła go. Zamek szczęknął, drzwi otwarły się szeroko, ale wewnątrz było tak ciemno, że nic nie widziały.

—  Siostro, siostro, przynieś świecę. — Gdy zapaliły świecę i oświetliły komnatę, wszystkie trzy naraz krzyknęły przeraźliwie, bo na podłodze ujrzały krwawe błoto. Wszędzie walały się poczerniałe kości trupów, a czaszki piętrzyły się w stosach po kątach jak piramidy jabłek.

Zatrzasnęły drzwi, wyrwały kluczyk z zamka i wsparły się jedna o drugą, dysząc ciężko.

Młoda żona spojrzała na kluczyk i spostrzegła na nim krew. Przera­żona, chciała wytrzeć go o suknię, ale krew nie dała się zetrzeć. Każda z sióstr brała mały kluczyk do rąk i starała się go oczyścić, ale krew na nim pozostała.

Żona ukryła kluczyk w kieszeni i pobiegła do kuchni. Kiedy tam dotarła, jej biała suknia była już cała czerwona, od kieszeni do rąbka na dole, bo z klucza powoli wyciekały krople ciemnoczerwonej krwi. Rozkazała kucharce:

—  Szybko, dawaj końskie włosie!

Przetarła klucz, ale nie przestał krwawić. Kropla po kropli czerwona krew spływała z małego kluczyka.

Wyniosła klucz na dwór, zasypała popiołem z pieca i jeszcze tarła i tarła. Włożyła do żaru, żeby go przypiec. Położyła na nim pajęczynę, żeby zatamować krew, ale nic nie pomagało, nic nie mogło jej powstrzymać.

—  Och, co ja teraz zrobię? — płakała. — Wiem już, schowam ten klucz. Włożę go do szafy. Zamknę drzwi. To jakiś zły sen. Wszystko będzie dobrze. — I zrobiła, jak powiedziała.

Mąż powrócił do domu następnego ranka i wkroczył do zamku, nawołując żonę.

—   Co się działo pod moją nieobecność?

—   Wszystko dobrze, panie.

—   A jak moje spiżarnie?

—   Doskonale, panie.

—   A moje skarbce?

—   W skarbcach nic nie brakuje, panie.

—   To znaczy, że wszystko dobrze, żono?

—   Tak, wszystko dobrze.

—   W takim razie — rzekł cicho — oddaj mi klucze.
Od razu dostrzegł, że brakuje małego klucza.

—   Gdzie najmniejszy kluczyk?

— Ja… Zgubiłam go. Tak, zgubiłam. Jechałam na koniu i pęk kluczy upadł na ziemię, wtedy musiałam go zgubić.

—   Co z nim zrobiłaś, kobieto?
—- Ja… ja… Nie pamiętam.

—   Nie kłam! Mów, coś zrobiła z kluczem?

Położył jej dłoń na twarzy, jakby chciał ją pogłaskać po policzku, ale zamiast tego pochwycił za włosy.

—  Zdrajczyni! — warknął i rzucił ją na ziemię. — Byłaś w tej komnacie, czy tak?

Gwałtownym ruchem otworzył jej szafę; mały klucz na górnej półeczce wciąż broczył krwią, która zabarwiła na czerwono wszystkie piękne jedwabne suknie.

—   Teraz twoja kolej, moja damo! — wykrzyknął Sinobrody i pociągnął ją korytarzem do piwnicy, aż znaleźli się przed straszliwymi drzwiami. Sinobrody tylko spojrzał na nie płomiennym wzrokiem i zaraz się przed nim otworzyły. Leżały tam szkielety wszystkich jego poprzed­nich żon.

—   Giń!! — zakrzyknął strasznie, ale ona złapała się framugi drzwi i nie chciała puścić. Błagała o życie.

—   Proszę, proszę, pozwól mi się przygotować na śmierć. Daj mi choć kwadrans, zanim mnie zabijesz, bo muszę najpierw pogodzić się z Bogiem.

—   Dobrze — warknął — masz tylko kwadrans, a potem gotuj się na śmierć.

Żona pomknęła schodami do swej komnaty i wysłała siostry na wały obronne. Uklękła jak do modlitwy, ale zamiast mówić pacierze, wołała do sióstr:

—  Siostry, siostry? Czy bracia nadjeżdżają?

—  Nic nie widać, siostro, nie ma nikogo na równinie!
Co chwila wołała w ich stronę:

– Siostry, siostry! Czy bracia nadjeżdżają?

—   Zdaje nam się, że w oddali widać wirujący tuman kurzu!

W tym czasie Sinobrody grzmiał na żonę, by zeszła do piwnicy, żeby mógł ściąć jej głowę. Zawołała znowu:

— Siostry, siostry! Czy bracia nadjeżdżają?

Sinobrody wezwał ją jeszcze raz i zaczął z łoskotem wspinać się po kamiennych schodach.

— Tak! Widzimy ich! Nasi bracia nadjechali i właśnie wchodzą do zamku! — odkrzyknęły siostry.

Sinobrody posuwał się korytarzem w stronę komnaty żony.

— Idę po ciebie — zawył.

Od jego tupania drżała kamienna podłoga, a tynk zaczął się sypać ze ścian.

Kiedy wdarł się do jej komnaty z wyciągniętymi rękami, by ją pochwycić, bracia na koniach galopowali już korytarzem i także wpadli do komnaty. Rzucili Sinobrodego o gzyms, nacierali na niego z mieczami, siekli i bili, cięli i smagali, aż obalili go na ziemię. Wreszcie uśmiercili go, zostawiając myszołowom krwawe szczątki i kości.

——————————————————————————

Ludzka psychika ma wiele twarzy, a obliczem wyjątkowo perfidnym jest naturalny drapieżca, siła która kontestuje, wyśmiewa i stara się uniemożliwić wprowadzenie w życie naszych marzeń i planów. Dla naturalnego drapieżcy w nas samych wszystko co dobre, pozytywne, harmonijne, zgodne z naturą i przynoszące wewnętrzny spokój jest celem ataków i furii. Niezależnie od środowiska i sposobu wychowania ten drapieżny element jest zawsze obecny w naszej psychice, ale to właśnie środowisko oraz sposób wychowania mogą sprawić, że urośnie on do rozmiarów bestii, którą trzeba poskromić, bo inaczej zupełnie zablokuje nasz rozwój i oderwie od intuicyjnej natury. Opowieść o Sinobrodym mówi o takim prześladowcy, mrocznym mężczyźnie, który zamieszkuje w psychice każdej kobiety, o wewnętrznym drapieżniku. Jest on bardzo konkretną, niezaprzeczalną mocą, o któ­rej nie wolno zapominać i którą trzeba opanować. Aby opanować naturalnego drapieżnika psychiki, kobieta musi dysponować wszystki­mi swymi instynktownymi zdolnościami. Wymieńmy tylko niektóre: wnikliwość, intuicja, wytrzymałość, cierpliwość w kochaniu, wyczulo­ne zmysły, dalekowzroczność, wyostrzony słuch, śpiewanie nad zmar­łymi, intuicyjne uzdrawianie i opieka nad własnym ogniem twórczym.

Kim jest Sinobrody? Baśń określa go jako upadłego czarownika, a zatem kogoś, kto posiadł moc, ale nie umiał się z nią obchodzić zgodnie z zasadami etycznymi i został za to ukarany. W mitach i legendach całego świata pełno jest postaci, które mimo wewnętrznego potencjału nie potrafią się pohamować i to przynosi im zgubę: helleńscy Midas i Ikar, bardzo podobny do tego ostatniego bohater opowieści plemienia Zuni mówiącej o tym, że mógł on zostać członkiem królestwa orłów, gdyby nie zechciał wzlecieć jeszcze wyżej i w rezultacie zginął upadając na ziemię, chrześcijański Lucyfer, uczeń czarnoksiężnika z baśni Goethe’go, etc. Tym co charakteryzuje wszystkie te postacie jest pragnienie przewagi nad innymi i brak wewnętrznych hamulców. Pragną być lepsi i ważniejsi, nie potrafią dojrzewać ani być cierpliwymi, nie chcą też poddać się prawom natury odmierzającej cykle, chcą teraz, zaraz, natychmiast. A nade wszystko chorobliwie pragną władzy. Z mitów i opowieści dowiadujemy się, że jeśli jednostka próbuje przełamać, nagiąć lub zmienić sposób działania Niewyrażalnego, to w konsekwencji musi zostać ukarana albo przez utratę znaczenia i mocy w świecie tajemnic i magii — tak jak uczniowie czarnoksiężników, którym nie wolno więcej praktykować — albo przez wygnanie z krainy bogów, albo przez równie dotkliwe pozbawienie łaski i potęgi: odebranie zdolności, okaleczenie czy śmierć.

Sinobrody jest poprzez to samotny i być może to właśnie samotność doskwiera mu najbardziej, bo owo pragnienie błyszczenia i czarowania innych realizuje się tylko wtedy kiedy jest publiczność, która go podziwia (przypomina tym Maga, pierwszy Wielki Arkan Tarota). A właśnie ów egoizm ogranicza go w kontaktach z innymi; nasz wewnętrzny drapieżca nie wzmaga pozytywnych cech w innych ludziach, on jest o nie zazdrosny i zazdrość wzmaga jego wściekłość. Nietrudno sobie wyobrazić, że w takim złośliwym tworze uwięziony jest ktoś, kto niegdyś poważył się przewyższyć światłość i został za to potępiony, utracił łaskę. Zrozumiałe, dlaczego potem ów upadły wygnaniec okrutnie prześladuje światło innych. Możemy sobie wyobrazić, iż ma nadzieję, że jeśli zagarnie dla siebie dość dużo dusz, to zbierze tyle światła, że wreszcie rozproszy swój wewnętrzny mrok i przezwycięży samotność.

Drapieżniki są częścią natury, także tej ukrytej w psychice. Nie da się ich nawrócić na wegetarianizm, trzeba nauczyć się je rozpoznawać, aby nie rozszarpały nas na strzępy. Wszystkie stworzenia muszą się nauczyć, że istnieją drapieżnicy. Bez takiej wiedzy kobieta nie zdoła bezpiecznie poruszać się po własnym lesie, tak by nie zostać pożartą. Zrozumieć drapieżnika to znaczy stać się dojrzałym zwierzęciem, które nie jest bezbronne z powodu swej nieświadomości, ufności, braku doświadczenia, głupoty. Jak przebiegły tropiciel Sinobrody wyczuwa, że zaintrygował najmłodszą córkę, czyli że pragnie ona zostać jego ofiarą. Oświadcza się jej, a ona w chwili młodzieńczego uniesienia, które jest często kombi­nacją szaleństwa, chwilowej przyjemności, szczęścia i magnetyzmu płci, mówi mu „tak”. Która kobieta nie zna tego scenariusza?

KOŃMI DO NIEBA

Kiedy Sinobrody zaczyna swoje podchody, z początku wszystkie siostry są sceptyczne aż w końcu jego zakusom ulega najmłodsza z nich. Symbolizuje zarówno młodziutkie i naiwne dziewczęta jak i kobiety w sile wieku, które nie nauczyły się rozpoznawać wewnętrznego napastnika i po raz kolejny przerabiają tę samą lekcję. Najmłodsza siostra to potencjał twórczy kobiety, wszystko to co daje satysfakcję i sprawia, że chce się nam niemal fruwać, jednak nieświadoma istnienia drapieżnika daje się mu pochwycić i w ten sposób zatrzymać u samego początku kreatywność. To cena jaką płaci za fałszywe poczucie bezpieczeństwa, ale i część inicjacji, ponieważ kiedy wyzwoli się z wpływu drapieżcy, będzie mądrzejsza i bogatsza. I choć często się zdaje, że życie byłoby znacznie łatwiejsze i mniej bolesne, gdyby wszyscy ludzie rodzili się przebudzeni, tak się nie dzieje. Rodzimy się jako anlagen (zarodki), jako potencjał tkwiący w jądrze komórki: w biologii anlage określa się jako „to, co się dopiero stanie, rozwinie”.

Sinobrody zaleca się do wszystkich trzech sióstr naraz i od razu intuicja podszeptuje im, że coś jest nie tak, żeby nie wierzyć, być ostrożnym i spoglądać głębiej niż tylko na powierzchnię. Jednak sprytny Sinobrody zabiera siostry oraz ich matkę na przejażdżkę i najmłodsza daje się przekonać. Lekceważy przeczucie, widzi tylko pozory, które stwarza drapieżca. Taki błędny osąd jest najczęstszy u kobiet bardzo młodych, u których nie rozwinął się jeszcze system ostrzegawczy. Młoda dziewczyna jest jak osierocone wilcze szczenię, które baraszkuje na polanie, nie bacząc na to, że wielki ryś wynurza się z mrocznej gęstwiny. Starsza kobieta, tak odcięta od natury, że ledwie słyszy wewnętrzne ostrzeżenie, także brnie w pułapkę z naiwnym uśmiechem.

Oczywiście to rodzi pytanie czy takiej sytuacji da się w ogóle uniknąć. Podobnie jak w przyrodzie dziewczyna uczy się życia obserwując rodziców, to ich zachowanie ostrzega ją przed zagrożeniami. Jednak nawet jeżeli rodzice mądrze wychowują dziecko, to około dwunastego roku życia nadchodzi moment, kiedy zaczyna nabierać własnych przekonań i podejmować samodzielne kroki, czy to pod wpływem rówieśników, czy osób, które darzy uwielbieniem. Nastolatki są też często z natury przekonane o tym, że świat jest dobry i istnienia drapieżców po prostu nie wyczuwają, z tego przekonania budzi je dopiero pierwszy wstrząs. Kiedy wilczyca zostawia swe młode, by wyruszyć na łowy, wilczęta próbują iść za nią, wychodząc z nory na ścieżkę. Matka warczy, odpędza je i straszy tak bezlitośnie, że poślizgując się, biegną z powrotem do jamy. Wilczyca wie, że szczenięta nie potrafią jeszcze ocenić innych stworzeń. Nie wiedzą, kto jest drapieżnikiem, a kto nie. Z czasem nauczy je tego, brutalnie i raz na zawsze. Podobnie jak młode wilczęta kobiety też potrzebują wprowadzenia w tajniki życia, inicjacji, która nauczy je, że świat wewnętrzny i zewnętrzny nie są beztroskim rajem. Wiele dziewcząt i kobiet nie otrzy­mało nawet tak podstawowych nauk o drapieżnikach, jakie matka-wilczyca daje swoim szczeniętom: „Jeśli coś jest groźne i większe od ciebie, uciekaj; jeśli słabsze, rób, co chcesz; jeśli chore, zostaw w spokoju; jeśli ma kolce, jad, kły albo ostre pazury, wycofaj się, idź w inną stronę; jeśli przyjemnie pachnie, ale jest zatknięte na metalowych szczękach, przejdź spokojnie obok”.

 Przyczyną, dla której najmłodsza siostra daje się zwieść Sinobrodemu jest słuchanie podszeptów ego. To zrozumiałe, że chce mieszkać w pełnym bogactw pałacu, jeździć eleganckim powozem i być podziwiana. Niejedna dziewczyna godzi się na rolę trofeum, żeby „pokazać się” w exluzywnych ubraniach, designerskim mieszkaniu czy drogim samochodzie. W sensie dosłownym zaślubiny z mężczyzną – drapieżcą realizują wewnętrzne pragnienie, żeby uszczęśliwił nas świat zewnętrzny, a nie my same. To coś, co jak nam się wydaje możemy dostać lekko, łatwo i przyjemnie, bez własnego wysiłku, cierpliwości i wytrwałości (co jest jeszcze wyraźniej pokazane w baśni o Czerwonych Trzewiczkach). Tyle że łatwe przyjemności są często przynętą, którą wabi ofiarę drapieżnik. Jeżeli nie jesteśmy czujne, to wpadniemy w pułapkę. Tym bardziej, że małe dziewczynki nie są uczone tego jak wyostrzać wewnętrzny wzrok, tylko jak najlepiej zaprezentować się na zewnątrz. Dlatego pośrednimi wspólnikami drapieżcy stają się własne, biologiczne matki młodych dziewcząt, które w opowieści symbolizuje matka sióstr. Nie tylko nie ostrzega ich przed zagrożeniem, ale uwiarygodnia przeciwnika udając się na przejażdżkę na jego zaproszenie. Ta decyzja, zgoda na poślubienie potwora, zapada, kiedy dziewczyna jest bardzo młoda, zwykle jeszcze przed ukończeniem piątego roku życia. Dziewczynki uczy się niedostrzegania w ludziach groteskowości, uczy się je natomiast upiększania ich, niezależnie od tego, czy rzeczy­wiście mają jakiś urok. To za sprawą takiego treningu najmłodsza siostra stwierdza: „Hm, ta broda nie jest wcale taka niebieska”. To wczesne wdrażanie do „bycia miłą” powoduje potem, że dorosła kobieta lekceważy głos intuicji. Inaczej mówiąc, dziewczynki są celowo uczone uległości wobec drapieżnika. Wyobraźcie sobie wilczycę, która uczy swoje młode, by „były miłe” w obliczu groźnej fretki albo chytrego diamentowego grzechotnika.     

Starsze siostry nie dają się nabrać na pozory stwarzane przez Sinobrodego. Albo same już przeszły ten proces, albo przejmują rolę prawdziwej, dzikiej matki, widzącej realne zagrożenia. Weźmy przykład naiwnej kobiety, która po raz kolejny wybiera sobie nieodpowiedniego partnera. Gdzieś na dnie umysłu wie, że wpadła w błędne koło, bezowocny, daremny schemat, że powinna powiedzieć „dość” i poszukać innych wartości. Często nawet wie, jak powinna postąpić. Ale w powtarzaniu autodestrukcyjnego cyklu jest coś nieodpartego, coś w rodzaju hipnotycznego zauroczenia Sinobrodym. W wię­kszości wypadków kobiety łudzą się, że jeśli trochę dłużej będą się trzymać starego wzoru, to z pewnością niebiański błogostan, którego poszukują, pojawi się z następnym szybszym uderzeniem serca. Innym skrajnym przypadkiem są kobiety uzależnione od jakiegoś nałogu: one z pewnością z zakątka umysłu słyszą starsze siostry, które powtarzają: „Nie! Tak nie można! Szkodzisz swemu ciału i duchowi. Zrywamy z tym”. Ale pragnienie odnalezienia raju wciąga kobiety w małżeństwo z Sinobrodym, dealerem psychicznych odlotów. Jakiekolwiek dylematy kobieta przeżywa, głosy starszych sióstr w jej psychice wciąż nakłaniają ją do zdobywania świadomości i doko­nywania mądrych wyborów. Symbolizują głos w głębi umysłu, szepczą­cy niemiłe prawdy, których kobieta wolałaby uniknąć, gdyż kładą kres fantazji o odnalezionym raju. (…) Wiele kobiet w sensie dosłownym powtarza w życiu opowieść o Sinobrodym. Wychodzą za mąż, kiedy jeszcze są dość nieświadome, by nic nie wiedzieć o drapieżnikach, i wybierają człowieka, który ma niszczący wpływ na ich życie. Są zdecydowane uleczyć tę osobę miło­ścią. W pewnym sensie „bawią się w dom”. A większość czasu spędzają na powtarzaniu: „Jego broda wcale nie jest taka niebieska”. Kobieta uwięziona w takiej pułapce dostrzega w końcu, że nadzieje na godziwe życie jej i dzieci rozwiewają się coraz bardziej. Pozostaje mieć nadzieję, że nareszcie otworzy drzwi do komnaty, gdzie leży całe jej zmarnowane życie. Choć jest możliwe, że to życiowy partner upodlił je i popsuł, jednak wewnętrzny drapieżca w jej własnej psychice ma w tym duży udział. Dopóki kobiecie wmawia się, że jest bezsilna, dopóki uczy się ją niedostrzegania tego, o czym wie, że jest prawdą, dopóty kobiece impulsy i dary psychiczne giną jeden po drugim. Jeśli młodziutka dziewczyna wychodzi za mąż za drapieżcę, to zostaje uwięziona lub silnie ograniczona właśnie wtedy, kiedy powinna rozkwitać. Zamiast żyć swobodnie, zaczyna żyć na niby. Zwodniczy drapieżca obiecuje jej, że zostanie królową, podczas gdy w rzeczywistości knuje morderstwo. Istnieje wyjście z tej sytuacji, ale trzeba mieć do niego klucz.

OTWIERANIE DRZWI (GŁĘBOKIEJ) PERCEPCJI

Ze ślubu słodkiej naiwności i łotra bez serca nie może wyjść nic dobrego. W baśni mąż wyjeżdża dając żonie złudne wrażenie wolności: ‘Możesz robić wszystko oprócz jednej rzeczy’. Szybko okaże się, że to czego zabrania jej mąż jest dla niej najważniejsze.

Sinobrody mówi, ‘róbcie wszystko co chcecie’, namawia, żeby pozbyła się zahamowań, chce aby wydawało się jej, że wszystko może i w ten sposób dawała się łatwiej kontrolować. Tyle że bez wiedzy ukrytej w komnacie najmłodsza siostra wcale nie jest wolna. Naiwna kobieta potulnie zgadza się pozostać w nieświadomości. Kobiety łatwowierne albo te z zablokowanym instynktem wciąż, jak kwiaty, obracają się zawsze w tę stronę, z której pada słońce. Naiwna lub odcięta od instynktów kobieta zbyt łatwo daje się zwieść iluzją łatwego życia, rozrywek, rozmaitych przyjemności, czy będzie to obietnica wysokiej pozycji w oczach rodziny i rówieśników, większego bezpieczeń­stwa, wiecznej miłości, podniecających przygód czy gorącego seksu.

Żona otrzymuje komplet kluczy, ale z jednego nie może korzystać. Wraz z przybyciem sióstr, budzi się w niej naturalny instynkt ciekawości, który sprawia, że zaczyna drążyć i szukać ukrytych zamiarów męża. To siostry zaczynają dopasowywać klucze do drzwi. Kobieca ciekawość jest tu ważnym czynnikiem. Wcześni badacze psychiki tacy jak Freud czy Jung traktowali otwarcie zakazanej komnaty jako psychologiczną karę za kobiecą ciekawość sexualną. Wynikało to z pośledniego traktowania kobiecej psychiki w ogóle jak i z panujących stereotypów. Ciekawość kobiety nosiła w sobie z definicji aspekt negatywny, ciekawi świata mężczyźni byli nazywani dociekliwymi, podczas gdy ciekawe świata kobiety – wścibskimi. Tymczasem to właśnie przenikliwość i chęć sięgnięcia głębiej jest podstawą intuicji. To siostry – intuicyjne aspekty psychiki – wyrywają żonę z kręgu nieświadomości (…) Nieświadoma młodzieńcza natura zaczyna rozumieć, że skoro istnieje coś ukrytego, sekretnego, coś, co przesłania cień, coś zakazanego, to trzeba w to wejrzeć.

Lochy są w swojej formie jaskiniami powiązanymi semantycznie z Gają, wielką Boginią – Matką, ale trzeba pamiętać czym były dawniej drzwi, zbudowane z solidnego materiału takiego jak drzewo lub kamień; w niektórych kulturach wierzono nawet, że duch drzewa lub kamienia pozostaje w nim aby strzec wejścia. Drzwi w naszej opowieści są barierą psychiczną, czymś w rodzaju strażnika strzegącego tajemnicy. Ten strażnik jeszcze raz przypomina nam o reputacji drapieżcy jako maga — psychicznej złej mocy, która wszystko przekręca i gmatwa jakby za sprawą czarów, powstrzymując nas od zrozumienia tego, co już wiemy. Kobiety umacniają jeszcze tę barierę, kiedy zniechęcają się (lub siebie nawzajem) do myślenia lub głębszego analizowania, bo „lepiej za dużo nie wiedzieć”. Żeby zrobić wyłom w tej barierze, trzeba zastosować właściwe przeciwczary. A znajdujemy je właśnie w symbolu klucza. W baśni o Ali Babie pojawia się motyw otwierania drzwi za pomocą zaklęcia, w misteriach eleuzyńskich klucz prawdopodobnie kładziono na języku, aby przypominać, że w mowie, w odpowiednim formułowaniu pytań kryje się wskazówka jak otrzymać odpowiedź i jak dotrzeć do sedna rzeczy. A słowa, potrzebne kobiecie w większości sytuacji analogicznych do opisanej w Sinobrodym, brzmią: Co się za tym kryje? Co jest inne, niż się wydaje? Co wiem w głębi swego łona, czego wolałabym nie wiedzieć? Co we mnie zostało zabite, co powoli kona?

NAJMŁODZSZA SIOSTRA I KOMNATA TAJEMNIC

Siostry widzą na własne oczy co kryje się w zakazanej komnacie, a klucz najmłodszej zaczyna krwawić. Kości i krwawe szczątki poprzednich żon to symboliczne przedstawienie planów, marzeń i myśli, które kobieta porzuciła lub też życia które sprawiało jej radość, a którego z jakichś powodów zaniechała. Sinobrody zabija i rozczłonkowuje kobietę, aż zostaną z niej nagie kości. Nie pozostawia jej urody, miłości, jaźni, a tym samym żadnej możliwości działania we własnej sprawie (…) Szkielety w komnacie symbolizują w najbardziej pozytywny sposób niezniszczalną siłę kobiecości. Kości to archetypowy symbol tego, co w żaden sposób nie może ulec zniszczeniu. W swojej kwintesencji historie o kościach mówią o tym w psychice, co jest nie do pokonania. Jedyną niezniszczalną rzeczą, jaką posiadamy, jest dusza. Kiedy mówimy o esencji kobiecości, mamy na myśli kobiecą duszę. Kiedy mówimy o ciałach porozrzucanych w lochu, chcemy powiedzieć, że coś złego się stało z naszą duchową siłą; lecz mimo że pozbawiona została zewnętrznej żywotności, mimo że siły życiowe z niej uszły, nie została zniszczona doszczętnie. Może się odrodzić.

Klucz zaczyna krwawić, a jak nietrudno się domyślić krew to symbol życia i energii. Upływ krwi pozbawia życia. Najmłodsza siostra musi stawić czoła temu, że to co miało ją uszczęśliwić, w rzeczywistości pozbawiło ją tego co najważniejsze, jej własnej tożsamości. Niezależnie czego dotyczyły zamierzenia, czy harmonijnego związku, czy udanej pracy, czy sukcesów, czy twórczości, drapieżnik celowo od dawna je udaremniał. W baśniach często pojawia się motyw oblubieńca-bestii (lub zbójcy), który rozumiany jest jako symbol wroga ukrywającego się w prze­braniu istoty dobrodusznej i przyjaznej. Ta zamaskowana postać poja­wia się zawsze, kiedy kobieta żywi naiwne przekonania na temat kogoś lub czegoś. Kiedy kobieta usiłuje uniknąć konfrontacji z własnym wewnętrznym spustoszeniem, marzenia senne prawdopodobnie zaczną krzyczeć do niej ostrzegawczo: przebudź się! szukaj pomocy! uciekaj! idź zabijać! (…) To niedostrzeganie, niezrozumienie, że wewnętrzne pragnienia nie współgrają z zewnętrznym postępowaniem, jest właśnie tropem, który zostawia za sobą oblubieniec-bestia. Obecność tego czynnika w psychice tłumaczy, dlaczego kobiety, które twierdzą, że pragną bliskiego związku, robią wszystko, by im się nie powiodło z ukochanym. W ten sam sposób kobiety, które wyznaczają sobie jakieś cele, chcą w danym czasie dotrzeć tu czy tam, nie robią nawet pierwszego kroku, by je realizować, albo też rezygnują z nich przy pierwszej napotkanej trudno­ści. W ten sposób, przez odkładanie spraw na później, które rodzi pogardę dla samej siebie, przez jątrzące uczucie wstydu spychane coraz głębiej, przez wszystkie nowe początki, tak bardzo potrzebne, uwień­czenie nigdy nie dochodzi do skutku. Tam, gdzie się czai i działa drapieżca, wszystko zbacza z torów, zostaje zburzone i zniszczone w zarodku. (…)W takim stanie kobieta traci twórczą energię, niezależnie od tego, czy w grę wchodzi rozwiązywanie przyziemnych problemów związanych z nauką, rodziną, przyjaźnią, czy też troska o palące problemy współczesnego świata lub sprawy duchowe — osobisty rozwój, sztukę życia. Banalne odkładanie spraw na później ciągnie się tygodniami i miesiącami. Wydaje się, że uchodzi z niej powietrze, jest bez życia, choć może i pełna pomysłów, ale stan głębokiej stagnacji z każdym dniem coraz bardziej uniemożliwia wprowadzenie ich w czyn.

Najmłodsza siostra na początku nie chce przyjąć tej prawdy do świadomości, próbuje wielu sposobów aby zetrzeć krew z klucza, ale nie udaje się jej to. Wszystkie negatywne i bolesne wydarzenia naszego życia są w sposób naturalny cenzurowane od wewnątrz. Jest najzupełniej oczywiste, że cenzurujące ego pragnie zapomnieć, że kiedykolwiek widziało makabryczną komnatę z ciałami zamordowanych. Dlatego właśnie żona Sinobrodego próbuje wytrzeć klucz końskim włosiem. Próbuje wszyst­kich znanych sobie sposobów, wszystkich medykamentów na okale­czenia i głębokie rany, jakie zna kobieca medycyna ludowa: paję­czyny, popiołu, ognia — wszystkie kojarzą się z nicią życia i śmierci snutą przez Parki. Jednak nic nie skutkuje; kobieta nie może też zakończyć tego procesu, udając, że nic się nie dzieje. Nie może zatamo­wać krwawienia z klucza. Paradoksalnie, kiedy jej dawne życie dogorywa i nawet najlepsze lekarstwa są bezskuteczne, upływ krwi budzi ją z uśpienia; uświadamia sobie, że krwawi, i w ten sposób zaczyna żyć na nowo.

Krew barwi sukienki w szafie, nie pozwala jej zapomnieć o tym co ujrzała i zdradza jej prześladowcy to, że ona już WIE. Suknie i odzież zazwyczaj symbolizują maski, jakie nakładamy, to jakimi chcemy aby świat nas widział i to w jaki sposób ukrywamy czego nie chcemy pokazać. Przy odpo­wiednim psychicznym kamuflażu i przebraniach zarówno mężczyźni, jak i kobiety mogą prezentować prawie idealną postać, prawie idealną fasadę. Tymczasem klucz płaczący krwawymi łzami plami wszelkie maski i nie pozwala już dłużej ukrywać się. Możemy mówić, co chcemy, udawać zadowolenie i pogodę ducha, ale jeśli raz ujrzałyśmy wstrząsającą prawdę w komnacie rzezi, to nie możemy udawać, że ona nie istnieje. Nadszedł czas stawić czoła drapieżcy.

ZWODZENIE DRAPIEŻNIKA

Gdy Sinobrody odkrywa „zdradę”, szaleje z wściekłości i szykuje żonie taki sam los jak poprzednim. W opowieści o Sinobrodym psychika próbuje uniknąć zabójczego ciosu. Nie jest już naiwna, nauczyła się przebiegłości; prosi o czas na przygotowanie — innymi słowy, czas, by się wzmocnić przed ostatecznym starciem. W zewnętrznej rzeczywistości także spotykamy kobiety planujące ucieczkę, czy to od dawnego, wyniszczającego trybu życia, czy to od kochanka, czy od pracy. Chce zyskać na czasie, gra na zwłokę, obmyśla strategię i wewnętrznie zbiera siły, zanim dokona zewnętrznej przemiany. Czasami właśnie rodzaj olbrzymiego zagrożenia ze strony drapieżcy powoduje, że kobieta ulega metamorfozie z uległej i słodkiej w bystrooką i czujną. (…) Kiedy kobieta pojmuje, że stała się zdobyczą, zarówno w świecie wewnętrznym, jak i zewnętrznym, ledwie może to znieść.

Jednocześnie i drapieżca, i twórcza siła dochodzą coraz bardziej do punktu wrzenia. Napastnik krąży, koncentruje się na zdobyczy i szykuje do zadania ostatecznego ciosu. Siła intuicji i twórczości jest być może osłabiona poprzez tak długi czas ignorowania, ale mimo przebudzenia się jeszcze nie wygrała. Mówiąc obrazowo, nie może ani na chwilę odpocząć, a tym bardziej z powrotem zasnąć tak jak nie wolno tego zrobić osobie przebywającej na mrozie. W świecie zwierzęcym istnieje coś takiego jak tajemniczy taniec psychiczny drapieżnika z ofiarą. Mówi się, że jeśli ofiara wysyła szczególny, pełen uległości sygnał wzrokowy i wpada w szczególny rodzaj drżenia, które powoduje słabe falowanie skóry na mięśniach, to w ten sposób komunikuje drapieżcy swoją słabość i godzi się zostać łupem. Czasem trzeba drżeć i umykać, ale są chwile, kiedy nie wolno tego robić. W krytycznym momencie kobieta nie może zadrżeć, nie może okazać słabości. Kiedy żona Sinobrodego błaga o czas, by przygotować się na śmierć, nie jest to oznaka uległości wobec drapieżcy. To jej chytry sposób na przygotowanie mięśni do walki. Jak leśne zwierzęta szykuje się do frontalnego ataku.

POSKROMIENIE ZŁOŚNIKA

Podczas gdy Sinobrody krzyczy i wrzeszczy, jego żona szuka sposobu by zyskać cenny czas, próbuje zebrać energię, by obezwładnić prześladowcę, którym może być — osobno lub w połączeniu — niszczący wpływ religii, małżonka, rodziny, własnych kompleksów albo kultury, w której żyje. Sama sobie z nim nie poradzi, musi wezwać na pomoc braci. Bracia symbolizują silniejszą, waleczną i agresywną część psychiki, tę która nie zawaha się przed wbiciem ostrza w serce przeciwnika*. To męska energia, jungowski animus w baśniach pojawiający się zazwyczaj pod postacią bohatera więzami krwi połączonego z bohaterką. Tę część psychiki u kobiet często tłamsi się od samego początku, ucząc dziewczynki by były grzeczne i miłe, by „nie przejmowały się” atakami i nie odpowiadały na nie. Agresja jest jedną z pierwszych cech jaką stara się u małych dziewczynek wykorzenić. Siostry — te mądrzejsze — zajmują centralną pozycję w ostatnim stadium inicjacji; stają się jej oczami. Wołanie kobiety pokonuje długi wewnętrzny dystans do miejsca, gdzie mieszkają bracia, do tych aspe­któw psychiki, które są wyćwiczone do walki. Ale obronne aspekty psyche nie są zrazu tak bezpośrednio bliskie świadomości, jak powinny być. U wielu kobiet gotowość bojowa i waleczność są zbyt oddalone do świadomości, by działać skutecznie. Kobieta musi się wprawiać w przywoływaniu, wyczarowywaniu wojowniczej, niepokornej natury, atrybutów symbolizowanych przez wirujący słup powietrza, tuman kurzu na drodze. Oznaczają one wewnętrz­ną siłę determinacji, która, jeśli nie ulega rozproszeniu, daje kobiecie potężną energię. Zachowując gotowość bojową, kobieta nie straci świadomości, nie będzie pogrzebana z całą resztą.     

Natura animusa jest potrzebna każdej kobiecie. To takie cechy jak dążenie do celu i konsekwentne usuwanie przeszkód sprawią, że wszelkie pomysły i plany nie pozostaną w sferze umysłu, ale będą z powodzeniem realizowane. Im silniejszy, solidniejszy i szerszy jest animus (wyobraźmy go sobie jako most) tym sprawniej, z większą klasą i w bardziej konkretny sposób kobieta daje wyraz swoim ideałom i kreatywności w zewnętrznym świecie. Kobieta, której animus jest słabo rozwinięty, może mieć mnóstwo oryginalnych myśli i pomysłów, ale nie potrafi ich realizować w zewnętrznym świecie. Wprowadzane w czyn wspaniałe wizje pozo­stają w martwym punkcie. Bez silnego i zdrowego animusa kobieta jest bezbronna, jej marzenia nie realizują się, a frustracje powodują, że wpada ona coraz mocniej w szpony drapieżcy. A im dłużej to trwa i im bardziej się kumuluje tym bardziej opłakane mogą być skutki.

Pewna kobieta, z którą pracowałam, inteligentna i utalentowana, opowiadała mi o swojej babci ze Środkowego Zachodu. Według babci najlepszą rozrywką było pojechać pociągiem do Chicago, założyć wielki kapelusz i, spacerując po Michigan Avenue, oglądać wystawy i zadawać szyku w roli eleganckiej damy. Z konieczności czy zrządzeniem losu wyszła za mąż za farmera. Osiedli wśród bezmiaru pól pszenicznych, gdzie zaczęła usychać i więdnąć w schludnym małym wiejskim domku, dużym w sam raz dla niej, dzieci i męża, jak Pan Bóg przykazał. Nie miała już czasu na tamto „frywolne” życie, które kiedyś wiodła. Miała za dużo dzieci. Za dużo „babskich zajęć”.

Pewnego dnia, wiele lat później, wyszorowawszy uprzednio na kolanach podłogi w kuchni i w salonie, założyła swą najlepszą jedwabną bluzkę, zapięła długą spódnicę, a na głowę włożyła ogromny kapelusz. Przystawiła sobie strzelbę męża do ust i pociągnęła spust. Każda kobieta wie, dlaczego wcześniej wymyła podłogi.

Głód duszy może przyprawiać kobietę o nieznośne cierpienia. Ponieważ dusza kobiety ma potrzebę wyrażania siebie w swoisty, uczucio­wy sposób, musi się rozwijać i kwitnąć w poczuciu sensu tego, co robi, nie gnębiona przez nikogo. W tym znaczeniu krwawy klucz mógłby reprezentować także żeńską linię krwi, wszystkie dotychczasowe kobiety. Która z nas nie miała przynajmniej jednej bliskiej, ukochanej kobiety, która postradała instynkt dokonywania słusznych wyborów, skutkiem czego była zmuszona żyć wyrzucona poza nawias? Być może właśnie ty jesteś taką kobietą.

ZJADACZ GRZECHOW

Szczątki Sinobrodego zostają rozrzucone na pożarcie drapieżnym myszołowom. W starożytności wierzono w istnienie dusz zwanych „zjadającymi grzechy”. Były one uosabiane przez duchy, ptaki lub zwierzęta (rzadziej przez ludzi**), które podobnie jak kozły ofiarne brały na siebie grzechy, to jest psychiczne nieczystości wspólnoty. W ten sposób lud zostawał oczyszczony i wybawiony od zgnilizny trudnego lub źle przeżytego życia. (…)W mitologii staroskandynawskiej zjadający grzechy to padlinożercy, którzy pożerają martwe ciało, inkubują je w swoich brzuchach i zabierają do Hel. Nie jest to miejsce, ale osoba, bogini życia i śmierci. Uczy ona umarłych życia wspak. Stają się coraz młodsi i młodsi, aż są gotowi narodzić się na nowo i ponownie przychodzą na świat.

Drapieżnik w psychice ginie, moce animusa pozbawiły go energii, ale nie znika on całkowicie ani nie rozpływa się w powietrzu. Nie wolno o nim zapomnieć, trzeba obserwować i pilnować by moc Sinobrodego nie próbowała zebrać szczątków i ożywić ich. Wielu badaczy zajmujących się tą opowieścią uważa, że Sinobrody reprezentuje siłę tak perfidną, że nie może być ona zbawiona ani odkupiona. Według mnie do tego aspektu psychiki należy podejść inaczej — nie jak do masowego mordercy, który ma się przeobrazić w kryształowy charakter, ale raczej jak do kogoś, kogo trzeba umieścić w zakła­dzie psychiatrycznym; musi jednak być to miejsce godziwe, z widokiem na drzewa i niebo, z dobrym jedzeniem i kojącą muzyką, a nie oddział zamknięty, gdzie będzie upodlony i torturowany.

Aby trzymać drapieżcę w psychicznej klatce trzeba wybijać mu kły zanim zdążą wyrwać nam kawał duszy. Należy przy tym używać jego własnej broni: logiki, języka i perswazyjnego stylu. Nie pozwalajmy aby przez nasz umysł przepływały negatywne myśli na temat naszych możliwości czy talentu. Nasz umysł musi działać jak filtr: przepuszczać to co dobre i wartościowe, a zatrzymywać zagrożenia. Znajdźmy same mądrą równowagę między zasadną krytyką tego co robimy i jak się zachowujemy a podszeptami wewnętrznego wroga chcącego przekonać nas, że nic nie znaczymy. Słyszysz, że mówi do ciebie: ‘Nie przygotowałaś projektu na jutro, nie potrafisz zorganizować sobie czasu’? To odpowiedz mu, ‘Ale za to zrobiłam korektę wcześniejszego projektu, przygotowałam tabele i opracowałam to wszystko jako prezentację!’. Bo jeżeli zaczynasz myśleć, że być może przeciwnik ma rację, że nie skończyłaś tego cholernego projektu, że musisz przecież zrobić jeszcze dwa kolejne w tym tygodniu i że, kurczę, na pewno nie starczy ci czasu albo nie pójdziesz z dziećmi do kina, żeby go skończysz więc chyba faktycznie nie potrafisz zorganizować sobie czasu – karmisz go. Posyłasz mu energię swoich myśli i to wystarcza. A można tę bestię w klatce wykorzystać do swoich celów tak jak z roślin trujących da się uzyskać lekarstwo. Osłabiamy atak naturalnego drapieżcy, biorąc do serca i analizując to, co prawdziwe w jego słowach, i odrzucając resztę.(…) Kiedy przestajemy być zabawką w rękach drapieżcy, uchodzą z niego siły i nie potrafi już działać bez nas (…) Kiedy kobiety pokonują swego drapieżcę, przejmując władzę nad tym, co w nim pożyteczne, i odrzucając całą resztę, odkrywają, że nareszcie czują się pełne energii, witalności, głębi. Odebrały to, co im wykradziono: wigor i treść życia. Pozytywne wykorzystanie energii drapież­cy można rozumieć na kilka sposobów: jego furię można przekształcić w ogień duszy, żarliwość potrzebną do realizacji szczytnych celów. Jego spryt i przebiegłość pomoże spojrzeć na wiele rzeczy z dystansu. Jego śmiercionośną moc można wykorzystać do likwidacji tego, co w kobiecie powinno obumrzeć, albo dla czego ona powinna umrzeć w swoim ze­wnętrznym życiu, a mogą to być rozmaite rzeczy w różnych momentach życia. Zazwyczaj kobieta sama dobrze wie, co to jest.

Drapieżnik pojawia się też często nie tylko w opowieściach, ale i w koszmarach kobiet: jako napastnik, złodziej, gwałciciel itd. który zastaje ją samotną i bezbronną. Sen o mężczyźnie czającym się w mroku to także sygnał pobudki. Mówi: „Uważaj! Coś złego dzieje się w otaczającym cię świecie, w ży­ciu osobistym, w naszej cywilizacji” (…) Choć psychologia podkreśla rodzinne przyczyny ludzkich udręk i niepokojów, czynnik kulturowy ma równie dużą wagę, gdyż kultura to jakby rodzina rodziny. A jeśli rodzina rodziny cierpi na różne choroby, to wszystkie rodziny należące do niej muszą się zmagać z tymi samymi dolegliwościami. Moi przodkowie mawiali cultura cura, kultura leczy. Jeśli kultura jest uzdrowicielem, rodziny uczą się uzdrawiać; będą mniej cierpieć, mniej się zmagać z chorobą i łatwiej wracać do zdrowia, będą bardziej sobie oddane i pełne ciepłych uczuć. W kulturze, którą włada drapieżca, wszelkie nowe życie, które chce się narodzić, i stare życie, które powinno odejść, tkwią w miejscu, a psychiczne życie jej członków jest sparaliżowane lękiem i duchowym głodem. (…) Tak więc te negatywne kulturowe wartości — na które drapieżca skwapliwie przystaje — rosną w siłę w zbiorowej psychice wszystkich członków społeczności. Kiedy społeczeństwo nawołuje obywateli do nieufności i wystrzegania się głębokich życiowych instynktów, wów­czas drapieżny element w psychice każdej jednostki zostaje wzmocnio­ny i zaktywizowany. Jednak nawet w społeczeństwach opartych na opresji, jeśli w jakiejkolwiek kobiecie Dzika Kobieta wciąż żyje, rozkwita a nawet promie­nieje, to „kluczowe” pytania zostaną zadane, i to nie tylko te, które pozwolą wejrzeć w głąb siebie, ale także te dotyczące samej kultury. „Co się kryje za tymi zakazami, które widzę w zewnętrznym świecie?”, „Ile dóbr i wartości poszczególnych ludzi, kultury, ziemi i ludzkiej natury zostało uśmierconych, ile ginie powoli?”

Ten sen pojawia się także u kobiet żyjących z tworzenia, gdy zaczyna brakować im pomysłów. Często twórcze przedsięwzięcia zwalniają tempo lub utykają na mieliźnie, ponieważ w głębi naszej psychiki tkwi ktoś, kto ma o nas bardzo złe mniemanie, a my ulegamy mu, zamiast się zbuntować, roztrzaskać mu głowę i uciekać do wolności. W wielu przypadkach dla ratowania sytuacji trzeba tylko potraktować siebie, swoje pomysły, sztukę, o wiele poważniej niż dotychczas. Z powodu braku matrylinearnego (i patry-linearnego) wsparcia na przestrzeni wielu pokoleń docenianie twórcze­go życia — to jest docenianie całkowicie oryginalnych, pięknych, twór­czych idei i dzieł pochodzących ze spontanicznej, pierwotnej duszy — stało się dla kobiet wiecznym problemem. W gabinecie nie raz widywałam poetki niedbale ciskające swe maszynopisy na sofę, jakby poezja była dla nich raczej ucieczką niż skarbem. Malarki przynoszące swe obrazy na sesję, wchodząc, byle jak opierały je o drzwi. Widziałam błyski zawiści w oczach kobiet, kiedy próbowały ukryć złość, że inni potrafią tworzyć, a one z jakiegoś powodu nie mogą. Słyszałam wszystkie rodzaje wymówek, jakie kobieta może wymy­ślić. „Nie mam talentu. Nie jestem ważna. Nie jestem wykształcona. Nie mam pomysłów. Nie wiem jak. Nie wiem co”. I najbardziej bulwersujące ze wszystkich: „Nie mam czasu”. Nieodmiennie mam ochotę złapać je za nogi i potrząsnąć, aż pożałują swoich słów i przyrzekną, że przestaną pleść bzdury. Nie muszę nimi potrząsać, bo zrobi to za mnie mężczyzna w mroku, a jeśli nie on, to inna postać z ich snów. Sen o mężczyźnie z mroku jest koszmarem, a koszmary najczęściej bardzo dobrze wpływają na twórczość; pokazują artyście, co się z nim stanie, jeśli pozwoli zakopać swój talent. Ten sen najczęściej wystarcza, by tak przerazić artystkę, że wraca ona do tworzenia. W najgorszym razie może tworzyć dzieła, które rzucą światło na mroczną istotę ze snów.

Groźba mężczyzny w ciemności jest przestrogą dla każdej z nas — jeśli nie będzie się strzegło swoich skarbów, to zostaną skradzione. (…)Kiedy kobieta czyni wysiłki, by wytropić drapieżcę we własnej psychice i uzmysłowi sobie jego obecność, staczając z nim nieuniknioną walkę, drapieżca wycofa się do bardziej odizolowanego i odległego obszaru w psychice. Natomiast jeśli drapieżca zostanie zlekceważony, to będzie coraz bardziej nienawistny i zazdrosny, pragnąc uciszyć kobietę na zawsze. Z praktycznego punktu widzenia sny o Sinobrodym i mężczyźnie w mroku są bardzo ważne, bo pomagają oczyścić życie z elementów negatywnych. Czasami konieczne jest ograniczenie lub rozluźnienie pewnych związków, bo jeśli kobieta jest otoczona przez osoby otwarcie wrogo nastawione albo lekceważące jej przeżycia, to jej wewnętrz­ny drapieżca czerpie z nich pożywkę, staje się silniejszy i bardziej agresywny. Kobiety często ambiwalentnie podchodzą do własnej agresji wobec intruza, ponieważ sądzą, że są w sytuacji bez dobrego wyjścia: „I tak źle, i tak niedobrze”. Jeśli nie wyrwą się na wolność, to mężczyzna z mroku zostanie ich panem, a one niewolnicami. Jeśli zdołają uciec, to będzie je bezwzględnie prześladował jak swoją własność. Kobiety obawiają się, że będzie ich szukał tak długo, aż znowu rzuci je na kolana, a ta obawa wyraża się w treści ich snów. Z tego powodu kobiety zazwyczaj uśmiercają swoje oryginalne, twórcze, uczuciowe i dzikie natury w odpowiedzi na zagrożenie ze strony drapieżcy. Dlatego leżą jako trupy i szkielety w piwnicy Sinobrodego. Świadomość jest drogą wyjścia z klatki, ucieczki od tortur. Jest to ścieżka prowadząca daleko od mężczyzny z mroku. Kobiety mają prawo bić się na śmierć i życie, żeby ją znaleźć i nią podążyć. (…)Lekarstwo na naiwność i osłabione instynkty jest jedno: ćwiczyć się w słuchaniu intuicji, wewnętrznego głosu, zadawać pytania; być ciekawą i dociekliwą, ogarniać to, co się widzi i słyszy, a potem działać wedle tego, o czym wiadomo, że jest prawdziwe. Dusza otrzymała te intuicyjne siły w chwili urodzenia. Zostały przesłonięte, przykryte popiołami i eks­krementami wielu lat. Ale to jeszcze nie koniec świata, to wszystko można zmyć. Trochę skrobania i szorowania, trochę praktyki, a zdolność percepcji zostanie przywrócona do stanu nieskazitelnego.

Jeżeli wydobędziemy te moce z cienia psychiki, to nie staniemy się bezwolnymi ofiarami wewnętrznych ani zewnętrznych okoliczności. Nieważne, że kultura, osobowość, psychika lub inne czynniki żądają od kobiet poprawnego ubioru i zachowania, nieważne, jak bardzo inni chcą je trzymać w stadzie z dziesięcioma drzemiącymi dueitas (przyzwoitkami) w pobliżu, nieważne, że próbuje się stłamsić życie duchowe kobiety — nie można zmienić faktu, że kobieta jest tym, kim jest, a to jest dyktowane dziką nieświadomością i bardzo, bardzo dobrze, że tak jest. (…) Musimy pamiętać, że kiedy śnimy sny o mężczyźnie w ciemności, zawsze pojawia się siła przeciwna, sprzyjająca nam i równoważąca jego moc. Kiedy uruchamiamy pierwotną energię, aby zneutralizować moc drapieżcy, pojawia się Dzika Kobieta. Przybywa, pokonując wszelkie przeszkody, mury, które wzniósł drapieżca. Nie jest ikoną, świętym obrazkiem do powieszenia na ścianie. Jest żywą istotą, która pojawia się przy naszym boku w każdym miejscu, w każdych warunkach. Ona i drapieżca psychiki znają się od bardzo, bardzo dawna. Dzika Kobieta śledzi go w snach, legendach, baśniach i całych kobiecych życiorysach. Gdziekolwiek jest on, tam jest i ona, bo jest tą, która równoważy jego prześladowczą moc.

Dzika Kobieta uczy nas, że nie wolno pod żadnym pozorem być miłą”, kiedy chodzi o obronę życia duchowego. Nasza pierwotna natura wie, że w takich okolicznościach zachowanie „słodkiej idiotki” wywołuje tylko szyderczy uśmiech wewnętrznego drapieżcy. Kiedy coś za­graża życiu duchowemu, koniecznie i stanowczo trzeba powiedzieć „dość”. Jeśli kobieta tak postępuje, to drapieżca nie będzie długo inge­rował w jej życie — teraz od razu wyczuwa ona niebezpieczeństwo i potrafi nakazać drapieżcy, by wracał tam, gdzie jego miejsce. Nie jest już naiwna. Nie jest już obiektem ataków. I to jest lekarstwo, które sprawia, że klucz — ten malutki z rzeźbieniem na kółku — ostatecznie przestaje broczyć krwią.(…)

Sinobrody to jedna z kilku pouczających opowieści, które uważam za bardzo ważne dla kobiet niekoniecznie młodych wiekiem, ale niedojrzałych psychicznie. Jest to opowieść o naiwności, ale także o odważ­nym łamaniu zakazu „patrzenia”. Jest to opowieść o ostatecznym rozbi­ciu i przemianie naturalnego drapieżcy psychiki.

* Pięknie motyw niezłomnych braci przedstawiony jest w wierszu Bolesława Leśmiana Dziewczyna.

** Jednak okazuje się, że ludzie też zaliczali się do tej kategorii zwłaszcza w przypadku rytuałów pośmiertnych, a sama instytucja trwała aż do XX-go wieku: http://en.wikipedia.org/wiki/Sin_eater (przyp. Anna Lawenda)

Odcinek 3. Mądra Wasylisa. O Babie Jadze, intuicji i wyprawie inicjacyjnej

biegnaca z wilkami wasylisa

Mądra Wasylisa*

 Dawno, dawno temu była sobie, a może i nie, młoda matka leżąca na łożu śmierci z twarzą tak bladą jak białe płatki woskowych róż w zakrystii pobliskiego kościółka. Jej mąż i mała córeczka siedzieli na skraju starego drewnianego łóżka, modląc się, by Bóg przeprowadził ją bezpiecznie na tamten świat.

 Konająca matka przywołała Wasylisę i dziewczynka w czerwonych bucikach i białym fartuszku przyklękła u jej boku.

—        Oto laleczka dla ciebie, kochanie — szepnęła matka i spod włochatego pledu wydobyła malutką lalkę, która tak jak Wasylisa była ubrana w czerwone buciki, biały fartuszek, czarną spódniczkę i kamizelkę wyszywaną kolorowymi nićmi.

—        Wysłuchaj moich ostatnich słów, najdroższa dziecino — rzekła matka. — Jeśli kiedykolwiek zgubisz drogę albo będziesz potrzebowała pomocy, zapytaj tę laleczkę, co masz robić. Ona ci pomoże. Miej ją zawsze przy sobie. Nikomu o niej nie mów. Nakarm ją, kiedy będzie głodna. To moja obietnica, moje błogosławieństwo dla ciebie, najdroższa córeczko. — Z tymi słowy oddech zatonął w ciele matki i połączył się z duszą, uleciawszy spomiędzy warg. Po chwili umarła.

 Dziewczynka i jej ojciec pogrążyli się w długiej żałobie. Ale, jak pole okrutnie zryte po bitwie znów się zieleni, tak ojciec wreszcie otrząsnął się z bólu i ożenił powtórnie z wdową, która miała dwie córki. Choć nowa macocha i jej dzieci mówiły uprzejmym tonem i zawsze się uśmiechały jak prawdziwe damy, za ich uśmiechami kryło się coś zdradliwego, czego ojciec Wasylisy nie dostrzegał.

 Rzecz to pewna, że kiedy te trzy zostawały z Wasylisą same, gnębiły ją, zmuszały do posług, kazały rąbać drwa, aż wkrótce jej gładka skóra stwardniała i pociemniała. Nienawidziły jej, bo była słodka, jakby nie z tego świata. Była również niezwykle piękna. Piersi miała pełne, ich zaś więdły od podłości. Była uczynna i nigdy nie narzekała, podczas gdy macocha i przybrane siostry gryzły się między sobą jak szczury na stosie śmieci nocą.

 Przyszedł dzień, kiedy macocha i przybrane siostry nie mogły już dłużej znieść Wasylisy. Zaczęły spiskować.

 —        Powiedzmy jej, że ogień na palenisku wygasł, i wyślijmy ją do ciemnego lasu, do Baby-Jagi, czarownicy, niech ją prosi o płomień do paleniska. Kiedy znajdzie Babę – Jagę, stara wiedźma niechybnie zabije ją i zje. — Klasnęły w ręce wszystkie trzy i zapiszczały jak dzikie zwierzęta z ciemnego lasu.

Tego samego wieczoru, kiedy Wasylisa wróciła z chrustem na opał, w całym domu panował chłód i mrok. Zmartwiona zapytała macochę:

—        Co się stało? Na czym będziemy gotować? Jak oświetlimy ciemny dom?

Macocha ofuknęła ją tylko.

—        Ty głupie dziecko. Widzisz, że ogień wygasł. Ja nie mogę iść do lasu, bo jestem za stara. Moje córki nie pójdą, bo się boją. Tylko ty możesz iść do lasu na poszukiwanie Baby – Jagi i prosić o rozżarzone węgle na rozpałkę.

 Niewinna Wasylisa odrzekła:

—        Dobrze, niech tak będzie, pójdę.

 I zaraz wyruszyła. Las robił się coraz gęstszy i ciemniejszy, suche patyki złowrogo trzaskały pod nogami. Sięgnęła do głębokiej kieszeni fartuszka, gdzie trzymała laleczkę, którą dostała od matki. Pogłaskała lalkę w kieszeni i powiedziała:

—        Wystarczy jej dotknąć, żeby lepiej się poczuć.

 Na każdym rozstaju dróg Wasylisa sięgała do kieszeni i radziła się laleczki:

—        Czy powinnam pójść w prawo czy w lewo?

 Lalka kiwała głową „tak” i „nie”, „tędy” i „tamtędy”. Wasylisa w drodze dzieliła się z nią chlebem i robiła wszystko, co poleciła jej laleczka.

 Nagle minął ją galopem jeździec w bieli na białym koniu i nastał świt. Dalej spotkała jeźdźca w czerwieni jadącego wolno na czerwonym koniu i wtedy wzeszło słońce. Wasylisa szła, szła, a gdy się zbliżyła do chaty Baby – Jagi, nadjechał kłusem jeździec ubrany na czarno na czarnym koniu i wjechał wprost do chaty Baby – Jagi. Zaraz potem zapadła noc. Ogrodzenie z czaszek i nagich kości okalające chatę zaczęło lśnić wewnętrznym żarem, tak że od całej leśnej polany biła niesamowita poświata.

 Baba – Jaga była straszliwą istotą. Jeździła nie powozem, nie dorożką, ale w kotle w kształcie moździerza, który latał o własnych siłach. W tym dziwacznym pojeździe czarownica wymachiwała wiosłem w kształcie tłuczka, a drogę za sobą zamiatała miotłą zrobioną z włosów zmarłych.

 Kocioł szybował po niebie, a tłuste włosy Baby-Jagi powiewały za nim. Długi podbródek zakrzywiony w górę i wielki haczykowaty nos stykały się pośrodku. Miała małą siwą kozią bródkę i na skórze mnóstwo brodawek od jadu ropuch. Paznokcie w brązowych plamach były grube, ostro zakończone i tak zakrzywione, że nie mogła zacisnąć dłoni w pięść.

 Jeszcze bardziej niesamowity był dom Baby – Jagi. Stał na ogromnych, pokrytych łuskami, żółtych kurzych nogach i wędrował tu i tam, a czasem wirował w kółko jak ekstatyczny tancerz. Rygle na drzwiach i okiennicach zrobione były z ludzkich palców rąk i nóg, a zamek u drzwi frontowych był pyskiem, z którego wystawało mnóstwo ostrych kłów.

 Wasylisa zapytała laleczkę:

—        Czy to jest dom, którego szukamy?

 A lalka swoim cichym sposobem odpowiedziała:

—        Tak, to jest miejsce, którego szukasz.

 Zanim Wasylisa zrobiła następny krok, Baba-Jaga w kotle obniżyła lot tuż obok niej i wrzasnęła:

 —       Czego chcesz? — Dziewczynka zadrżała.

 —        Babciu, przychodzę po ogień. W moim domu jest zimno… moja rodzina zginie… Potrzebuję ognia.

 Baba-Jaga warknęła:

—        Taaaak. Znam cię, znam twoją rodzinę. Jesteś do niczego, dziecko, pozwoliłaś, by ogień zagasł. To nieroztropne z twojej strony. A właściwie dlaczego ja miałabym ci dawać ogień?

 Wasylisa poradziła się laleczki i szybko odpowiedziała:

—        Bo cię o to proszę.

 Baba-Jaga zamruczała:

—        Masz szczęście. To jest właściwa odpowiedź.

 A Wasylisa pękała z dumy, że udało jej się dobrze odpowiedzieć. Baba – Jaga pogroziła:

—        Ani myślę dawać ci ognia, dopóki na niego nie zapracujesz. Jeśli wypełnisz moje polecenia, to dostaniesz ogień. Jeśli nie… — Wasylisa ujrzała, jak oczy Baby Jagi zamieniają się nagle w czerwone węgle. — Jeśli nie, moje dziecko, to zginiesz.

 Baba-Jaga wpadła do chatki, rozłożyła się na łóżku i rozkazała Wasylisie przynieść jedzenie gotujące się na piecu. Jedzenia było dość, by wykarmić dziesięciu chłopa, ale Baba-Jaga pożarła wszystko, zostawiając dla Wasylisy tylko maluśką skórkę chleba i łyczek zupy.

—        Upierz moje ubrania, pozamiataj podwórze i wysprzątaj dom, potem przygotuj posiłek, oddziel spleśniałe ziarna od dobrych i dopilnuj, żeby wszystko było w porządku. Wrócę i sprawdzę, jak się sprawiłaś. Jeśli nie wykonasz zadania, to zrobię z ciebie ucztę. — Mówiąc to, Baba – Jaga odleciała w swoim kotle, łapiąc nosem kierunek wiatru, z włosami łopoczącymi jak żagiel. I znowu zapadła noc.

 Gdy tylko Baba-Jaga zniknęła, Wasylisa zwróciła się do laleczki.

—        Co mam robić? Czy zdążę z tym wszystkim na czas?

Lalka zapewniła ją, że tak, kazała jej coś zjeść i położyć się spać. Wasylisa dała jej też trochę jedzenia i zasnęła. Rankiem laleczka wykonała wszystkie prace, zostało tylko ugotowanie jedzenia. Kiedy pod wieczór Baba-Jaga wróciła, zastała wszystko gotowe. Z jednej strony zadowolona, z drugiej rozdrażniona brakiem niedociągnięć, Baba-Jaga odezwała się szyderczo:

—        Masz naprawdę wielkie szczęście.

 Potem wezwała wierne sługi, by zmieliły przebrane ziarna. W powietrzu pojawiły się trzy pary rąk i zaczęły mielić zboże. Plewy fruwały po chałupce jak złote płatki śniegu. Wreszcie robota była skończona i Baba – Jaga usiadła do posiłku. Jadła długie godziny, nakazawszy Wasylisie rankiem znowu posprzątać dom, zamieść podwórze i wyprać ubrania. Następnie wskazała wielki kopiec piachu na podwórzu.

– W tej kupie ziemi i piasku jest pełno ziarenek maku, miliony. Chcę, żebyś rano powybierała mak na jedną kupkę, a piasek na drugą.

 Wasylisa omal nie zemdlała.

—        Doloż moja, jak mam to zrobić? — Sięgnęła do kieszeni, a lalka szepnęła:

—        Nie martw się, ja się tym zajmę.

Kiedy w nocy Baba-Jaga zaczęła chrapać, Wasylisa zabrała się do wybierania maku z piasku. Po jakimś czasie odezwała się laleczka:

—        Połóż się teraz spać. Wszystko będzie dobrze.

 I znowu laleczka zrobiła wszystko za nią, a kiedy stara kobieta wróciła do domu, wszystko było gotowe. Baba-Jaga przemówiła sarkastycznie przez nos:

—        Dobrze! Masz szczęście, że ci się to udało.

Wezwała wierne sługi, by wycisnęły olej z ziarenek maku i znów pojawiły się trzy pary rąk i zabrały się do pracy.

Kiedy Jaga ocierała usta z tłuszczu z potrawki, Wasylisa stanęła obok.

—        Na co się tak gapisz? — warknęła Baba-Jaga.

—        Czy mogę cię o coś zapytać, babciu? — odezwała się Wasylisa.

—        Pytaj — rozkazała Baba-Jaga — ale pamiętaj: Jeśli za dużo wiesz, to za szybko się zestarzejesz.

 Wasylisa zapytała o białego mężczyznę na białym koniu.

—        Aha—rzekła Baba-Jaga z czułością. — Ten pierwszy to mój Dzień.

—        A czerwony jeździec na czerwonym koniu?

—        To moje Wschodzące Słońce.

—        A czarny jeździec na czarnym koniu?

—        Ten trzeci to moja Noc.

—        Rozumiem — powiedziała Wasylisa.

—        Nie krępuj się, dziecko. Chcesz jeszcze o coś zapytać? — namawiała Baba-Jaga.

Wasylisa już miała zapytać o pary rąk, które pojawiały się i znikały, ale laleczka zaczęła podskakiwać w kieszeni, więc zamiast tego powiedziała:

— Nie, babciu. Jak mówisz, jeśli się za dużo wie, to można się za  szybko zestarzeć.

 —       Ach — rzekła Jaga, przekrzywiając głowę jak ptak. — Jesteś mądra jak na swój wiek, dziewczynko. Jak to się stało, że jesteś taka bystra?

—        Dzięki błogosławieństwu mojej matki — uśmiechnęła się Wasylisa.

—        Błogosławieństwu?! — skrzeknęła Baba-Jaga. — Błogosławieństwo?! W tym domu nie potrzebujemy żadnych błogosławieństw. Lepiej ruszaj już w drogę, moja córko.

I wypchnęła Wasylisę w ciemną noc.

 —        Czekaj, dziecko. Masz! — Baba-Jaga zdjęła z płotu jedną z czaszek z ognistymi oczodołami i zatknęła ją na kij. — Masz! Zabierz tę czaszkę do domu. To twój ogień. Ani słowa więcej. Ruszaj w drogę.

 Wasylisa zaczęła dziękować, ale laleczka w kieszeni znowu podskoczyła i Wasylisa zrozumiała, że musi zabrać ogień i iść. Biegła do domu przez ciemny las, na wszystkich zakrętach i rozstajach kierując się radą laleczki. Szła przez las, niosąc czaszkę, która migotała ogniem przez oczodoły i dziury w miejscu nosa, uszu i ust. Nagle przelękła się, że czaszka jest taka ciężka i takie dziwne rzuca światło i już, już chciała ją wyrzucić. Ale czaszka przemówiła do niej, kazała się uspokoić i iść dalej, do domu macochy i przybranych sióstr. I Wasylisa usłuchała.

 Kiedy była już niedaleko domu, macocha i siostry wyjrzały przez i okno i zobaczyły dziwne błyski tańczące pośród drzew. Światło się zbliżało. Nie mogły pojąć, co też to może być. Od dawna myślały, że już się pozbyły Wasyłisy. Skoro tak długo nie wraca, to znaczy, że już  nie żyje, a jej kości porozwlekały dzikie zwierzęta.

 Wasylisa była coraz bliżej. A kiedy macocha i jej córki poznały, że to ona, wybiegły jej naprzeciw, wołając, że odkąd poszła, nie miały w domu  ognia. Choć starały się ze wszystkich sił go rozpalić, zawsze wygasał.

 Wasylisa triumfalnie wkroczyła do domu, dumna, że przeżyła taki niebezpieczną podróż i sprowadziła ogień. Czaszka na kiju rozżarzonymi oczami śledziła każdy ruch macochy i sióstr i paliła je swym żarem, a rano ze złej trójki zostały tylko wypalone żużle.

——————————

Intuicja to skarb dla każdej istoty, ale zwłaszcza dla kobiet. Jest szczególną umiejętnością, do której nie ma żadnej ogólnie przyjętej instrukcji obsługi. Przeciwnie, intuicja z natury jest głosem wewnętrznym, wręcz intymnym dialogiem z samym sobą i nikt poza tobą samą nie może cię nauczyć rozumienia instynktownego języka. Baśnie, w których bohater czy bohaterka ruszają w drogę obrazują właśnie proces dojrzewania, moment gdy przestaje się już jedynie słuchać wiedzy podawanej przez innych, a zaczyna wykorzystywać tą, którą zgromadziło się samemu. Mądra Wasylisa to baśń słowiańska, opowiadana w Rosji, Polsce, Jugosławii, Rumunii oraz krajach nadbałtyckich, która zawiera w sobie archetypy mówiące o procesie inicjacji kobiety. Inicjacja to przekazywanie siły intuicji z jednego pokolenia na kolejne, nawet jeżeli nie istnieją już obrzędy, które w tym pomagały, a sam dar intuicji jest lekceważony przez racjonalne myślenie. W przyrodzie i w psychice nic nie ginie. Inicjacja polega na wypełnieniu dziewięciu konkretnych zadań. Podstawowym celem jest nawiązanie dobrego, serdecznego, pełnego zaufania kontaktu z tą istotą, którą nazywamy „mądrą kobietą”, kwintesencją archetypu Dzikiej Kobiety.

Zadanie Pierwsze: pozwolić umrzeć zbyt dobrej matce.

 Tak jak w baśni o Kopciuszku na samym początku umiera ukochana matka Wasylisy, symbolizująca zbyt dobrą, zawsze troskliwą i nadopiekuńczą psychiczną matkę czy to biologiczną, czy w nas samych. Dzieje się to w momencie, gdy zdajemy sobie sprawę, że zbyt dobra matka, która dotychczas była dla nas niezbędna, zaczyna przeszkadzać w podejmowaniu samodzielnych decyzji i hamować nas w rozwoju. Matka nadopiekuńcza w sposób naturalny zaczyna tracić znaczenie kiedy kobieta dojrzewa i od tego momentu powinna funkcjonować jedynie jako źródło czułości i ciepła, a nie jako siła napędowa naszych działań w świecie, który przecież wcale nam nie matkuje. Może nam jednak przekazać w darze coś bardzo cennego czyli intuicję, która w baśni przedstawiona jest jako laleczka. Więc chociaż zbyt dobra matka nie może wywierać wpływu na dziewczynkę poza pewną granicą w jej życiu, dobrzeją wyposaża na przyszłą drogę. Przekazuje błogosławiony dar w postaci laleczki i jak się przekonujemy, jest to w istocie wielkie błogosławieństwo.

Może być jednak tak (i bardzo często tak właśnie się dzieje), że dziewczyna opuszczając dom rodzinny nie ma jeszcze odpowiednio wykształconej intuicji i szuka jej trochę po omacku wpadając przy tym nieraz w pułapki. Nieprawidłowe działanie owego przenikliwego wewnętrznego wzroku może być spowodowane różnymi czynnikami: zbyt dużą ilością ciężkich przeżyć w dzieciństwie albo nieobecnością opiekuńczej, wystarczająco dobrej matki, ale także tym, że zbyt dobra matka wcale nie chce umrzeć i pragnie nadal roztaczać opiekę nawet jeżeli zagraża to dalszemu rozwojowi psychiki. Zbyt długie hodowanie w sobie opiekuńczej matki oznacza powstrzymywanie się od wyzwań i stawiania celów, co jest istotą świadomego życia i co pomaga rozwijać się instynktowi. Moja osobista refleksja jest taka, że wiele kultur i religii zachęca dziewczęta, aby poprzestały na etapie zbyt dobrej matki. Rozejrzyjcie się dookoła i zapytajcie samych siebie: Ile matek jest w stanie samodzielnie i bez presji zrezygnować z ochrony dziecka, czy będzie chodziło o wspinanie się pięciolatka na drzewo, czy o wyjazd piętnastolatka pod namiot, czy skakanie dwudziestopięciolatka ze spadochronem? Ile będzie zachęcać do podjęcia ryzyka? Wychowując dziecko warto przyglądać się nie tylko ludziom, ale i zwierzętom. Wilczyce chętnie bawią się z małymi, ale gdy nadchodzi czas, a młode nie chce opuścić gniazda mimo że jest już nauczone polowania, zdobywania pożywienia i przetrwania w środowisku, matki zaczynają warczeć, pokazywać kły i wypychać potomstwo w świat. Nie robią dlatego, że nagle stają się ich wrogami. Robią to dlatego, że są ich sprzymierzeńcami w świecie, którym rządzą cykle, a nie poddawanie się zmianom w sposób naturalny przynosi zazwyczaj poważne konsekwencje. Inicjacja Wasylisy rozpoczyna się od zrozumienia, że trzeba się pogodzić ze śmiercią tego, co musi umrzeć. Oznacza to, że w psychice muszą umrzeć te wartości i postawy, które już jej nie podtrzymują. Należy się przyjrzeć szczególnie tym odwiecznym dogmatom, które czynią życie zbyt łatwym i bezpiecznym, które chronią przed każdą trudnością, które sprawiają, że kobieta, zamiast dumnie kroczyć, bezład­nie ucieka przed życiem. Czas, kiedy „pozytywna matka” z dzieciństwa zanika — a razem z nią jej postawy — jest zawsze czasem wielkiej nauki. Chociaż w życiu każdego z nas są takie okresy, kiedy mamy pełne prawo pozostawać blisko opiekuńczej psychicznej matki (na przykład, kiedy rzeczywiście jesteśmy dziećmi, podczas rekonwalescencji po chorobie, po psychicznym czy duchowym wstrząsie albo kiedy nasze życie jest zagrożone i tylko spokój może zapewnić nam bezpieczeństwo), i chociaż zacho­wujemy w pamięci wielką pomoc, jakiej nam udzielała, nadchodzi także czas, kiedy… trzeba zmienić matkę.(…) Podobnie bywa, kiedy pragniemy dalej się rozwijać — wówczas wymieniamy wszechobecną wewnętrzną matkę, która tak dobrze służyła nam, kiedy byłyśmy małe, na inną, która zamieszkuje jeszcze głębiej, w dzikich obszarach psychiki; matkę, która jest zarazem naszą towarzyszką i mistrzynią. Jest to matka kochająca, ale sroga i wymagająca.

  Oczywiście odchodzenie od zbyt dobrej matki nie jest procesem łatwym i bezbolesnym dlatego rzadko kto jest w stanie odłączyć się od niej jedynie ze względu na to, że nadszedł już na to czas. Przyjemnie jest przebywać w cieple i wygodzie, gdzie mamy zapewnioną bezwarunkową miłość i gdzie niczego się od nas nie wymaga. Na pewno wielu z nas słyszy głosy namawiające, żeby zostać pod bezpiecznymi skrzydłami matki, bo przecież „tam jest niebezpiecznie!”, „jak sobie tam samemu poradzisz?”, „może ci się nie udać!”. Nawet w języku widać ślady takiego myślenia, ile osób powtarza, że „nie ma jak u mamy” albo chwali sobie „kuchnię jak u mamy”. To wewnętrzna zbyt dobra matka w nas obawia się o swoje wpływy i nie da się jej zmienić, bo taka już jest jej natura. Można od niej tylko odejść. Inaczej będziemy tłumić głęboko potrzebę osiągnięcia czegoś samodzielnie, a potrzeby zbyt długo tłumione wybuchają gwałtownie w najmniej spodziewanych momentach. Tak jak napisał Guillaume Apollinaire**: „Stawiamy ich nad urwiskiem i ka­żemy latać. Wzbraniają się. Mówimy: Leć! Wzbraniają się. Wtedy spychamy ich z krawędzi. I latają”. Czasem kobieta boi się nawet na krótko zostać bez oparcia, zabez­pieczenia i pewności. Znajduje tyle wymówek ile włosów na głowie. A musi po prostu skoczyć głową w dół, nie wiedząc, co będzie dalej. To jedyna rzecz, która pozwoli jej odzyskać intuicyjną naturę. Czasem kobieta jest do tego stopnia uwikłana w „bycie zbyt dobrą matką” dla innych dorosłych, że przysysają się do jej tetas (sutków) i wcale nie mają zamiaru ich wypuścić. Wtedy trzeba ich „odtrącić tylną łapą” i robić swoje. A ponieważ psychika w czasie snu kompensuje między innymi to, do czego ego nie chce lub nie potrafi się przyznać, sny kobiet w czasie takich zmagań psychicznych będą pełne — w ramach kompensacji — pościgów, ślepych uliczek, samochodów, które nie chcą zapalić, nie donoszonych ciąż i innych symboli obrazujących życie, które utknęło w miejscu. W głębi trzewi kobieta wie, że być samą słodyczą zbyt długo jest dla niej zabójcze.

 Zadanie Drugie: oświetlanie srogiego cienia

 I znowu podobnie jak w bajce o Kopciuszku bohaterkę zaczynają prześladować macocha i przyrodnie siostry, które symbolizują tzw. cień czyli te cechy osobowości, które nie są akceptowane przez społeczność, jednak mimo wszystko istnieją w naszej psychice. Są to siły zazdrości, zaborczości, wykorzystywania, okrucieństwa itd., które działają destrukcyjnie nie tylko na otoczenie, ale przede wszystkim na duszę samej kobiety. Macocha i siostry mogą realizować w psychice nakazy kultury czy religii, do której kobieta należy, ale jak łatwo zauważyć nie jest to naturalna rodzina duszy, a ta przybrana. Nigdy nie będą traktować jej po partnersku, zwracać uwagę na jej potrzeby i słuchać jej głosu. Dusza nie jest dla nich podmiotem, a przedmiotem. Nie lubią jej, nie rozumieją i traktują jak obcą. Dlaczego? W baśniach rolę obcego, wyrzutka, często odgrywa ten, kto jest najbliższy naturalnej mądrości. Stąd wszelkie komentarze i samobiczujące myśli wypowiadane przez otoczenie lub wewnątrz nas typu: ‘Nie potrafisz”, „Nie wiesz”, „Brakuje ci zdolności, rozumu, śmiałości itd.”, „Nie nadajesz się”, „Lepiej poddaj się od razu” są jak rak czy guz, który trzeba usunąć. Potrzeba intuicji, aby przejrzeć je na wylot. Ponieważ Wasylisa nie w pełni zdaje sobie jeszcze sprawę z własnych atutów, pozwala, by to zło wypaczyło linię jej życia. Aby mogła je odzyskać, musi wydarzyć się coś innego, coś życiodajnego. Z nami jest podobnie. W opowieści widzimy, że intuicyjne rozumienie tego, co się wokół niej dzieje, jest u Wasylisy dość słabe, a psychicz­ny ojciec także nie dostrzega wrogości otoczenia; on także jest zbyt dobry i sam nie ma rozwiniętej intuicji. Interesujące, że córki, które mają tak prostodusznych ojców, często potrzebują o wiele więcej czasu na przebudzenie.

 Ta część opowiada o etapie, kiedy kobieta jest nękana przez żądania ego by spełniać żądania innych i w ten sposób zapewniać mu warunki do realizowania się. Tyle że słuchanie ego zostawia gdzieś z tyłu potrzeby duszy, a ta nie może się z tym zgodzić. Wasylisa zaczyna rozumieć, że bycie miłą, grzeczną i usłużną nie wystarcza by zdobyć miłość i szacunek innych. Nawet bycie de facto niewolnicą w domu nie sprawi, że zostanie doceniona i wynagrodzona.  Uległość wobec innych powoduje niemiły wstrząs, który musi zauważyć każda kobieta. Mianowicie uświadamiamy sobie, że kiedy jesteśmy po prostu sobą, inni często wyrzekają się nas, ale kiedy ulega­my innym, to my wyrzekamy się samych siebie. To bolesne rozdarcie, lecz musi do niego dojść, a wybór powinien być jasny.

  Macocha i siostry knują, aby na dobre pozbyć się Wasylisy. Dają złudną obietnicę, że jeżeli pójdzie do lasu, nie da się pożreć Babie Jadze (choć oczywiście nie sądzą by było to możliwe) i wróci z ogniem to być może ją zaakceptują. Tutaj następuje krytyczny moment, kiedy kobieta może zatrzymać się w procesie dojrzewania do kierowania się intuicją. W każdej psychice tkwi naturalny drapieżca powtarzający, „Poddaj się!”, a kultura, religia czy wychowanie mogą ten przekaz drastycznie uwypuklać. Wtedy kobiety mogą np. niepotrzebnie stawiać sobie zupełnie nierealistycznie wysokie cele, aby udowodnić otoczeniu, że są coś warte. Jednak wkrótce się okazuje, że usilne próby wykazania się i udowodnienia własnej wartości chórowi zazdrosnych wiedźm są bezcelowe z perspektywy głębokiej pracy nad sobą i, jak się przekonamy, w rzeczywistości przeszkadzają inicjacji. Wasylisa bez słowa skargiwykonuje codzienne żmudne zadania. Ulegać bez narzekania wydaje się bohaterstwem, ale w rzeczywistości powoduje coraz większe napięcie i konflikt między dwoma przeciwstawnymi naturami — jedną zbyt dobrą, drugą zbyt wymagającą.  

 Rodzina tak męczy Wasylisę przez skazanie ją na wykonywanie uciążliwych, monotonnych prac domowych zabijających kreatywność, że ogień w domu wygasa. W przypadku kobiety ogień to tworzenie i wyrażanie swojego wnętrza, jeżeli zaczyna go brakować wewnątrz to prędzej czy później przemarznięta i samotna dusza stanie na krawędzi i zrobi wszystko aby go odzyskać, bo dusza pragnie ciepła (tak jak już o tym była mowa w baśni o Brzydkim Kaczątku). Wtedy nawet Nieznane symbolizowane przez las będzie się wydawać lepszą opcją niż pozostawanie w wiecznym zimnie. Można powiedzieć, że Wasylisa musi spotkać Wielką Dziką Wiedźmę, ponieważ potrzebuje, żeby ktoś ją porządnie nastraszył. Musimy opuścić złorzeczący chór i zagłębić się w las. Nie można jednocześnie odejść i zostać. Wasylisa, podobnie jak my, potrzebuje przewodniego światła, które pozwoli jej rozróżnić, co jest dla niej dobre, a co nie. Nie może się rozwijać, stojąc w miejscu i będąc czyimś popychadłem. Kobiety, które usiłują ukryć najgłębsze uczucia, same się zabijają. Ogień wygasa. To bolesna forma letargu.

 Zadanie Trzecie: żeglowanie w ciemności

 Wasylisa musi wkroczyć w nieznany las i poruszać się w ciemnościach, ale nie jest sama. Ma przy sobie lalkę, którą zostawiła jej matka. Lalka jest uniwersalnym symbolem, małym modelem człowieka, który rozpowszechniony w wielu kulturach i który w legendach miał niezwykłe moce. Korzenie żeńszenia i mandragory przypominały z kształtu człowieczka, a oprócz właściwości zdrowotnych wierzono również w ich moce magiczne. U plemienia Cuna na wyspach niedaleko Panamy jako symbolu władzy używano całych drewnianych figur mających przypominać ludziom, jaką mają moc. Laleczki używane są nadal w kultach santeryjskich, w kościołach katolickich przyozdabia się figury Maryi i świętych, a w muzeach znajdzie się cały szereg wszelkich figurek i posążków z czasów starożytnych, w szczególności paleolitycznych i neolitycznych. Lalka od zawsze jest związana z duszą, sacrum i światem ducha. Pozornie to tylko lalka. Wewnętrznie reprezen­tuje ona mały fragment duszy, w którym spoczywa cała wiedza większej duszy — Jaźni.(…) Lalki kojarzą się też z symbolicznymi postaciami krasnoludków, elfów, chochlików, wróżek i karzełków. W baśniach reprezentują one głęboki puls duchowej mądrości. Są to stworzenia, które uwijają się skrzętnie przy gospodarskich zajęciach; nie znają zmęczenia. Psychika pracuje, nawet kiedy śpimy, szczególnie kiedy śpimy, nawet jeśli nie jesteśmy w pełni świadome tego, co we śnie odgrywamy.

 Nie ma większego daru matki dla córki niż solidna wiara we własną intuicję. Intuicja jest przekazywana z rodzica na dziecko w sposób bardzo prosty: „Jesteś rozsądna. Jak myślisz, co się ukrywa za tym wszystkim?” Matka określa ją jako nieomylny głos duszy, nie jako jakiś irracjonalny, zwodniczy przebłysk. Intuicja wskazuje drogę do naszego dobra. To instynkt samozachowawczy, który wyczuwa ukryte motywy i intencje i wybiera to, co przyniesie najmniejsze szkody psychice.(…) Przywiązanie do intuicji pozwala nieodmiennie w każdej sytuacji na niej polegać. Dzięki temu postawa kobiety zmienia się z „co będzie, to będzie” na „zobaczmy wszystko, co da się zobaczyć”. Matka powiedziała też Wasylisie jak umiejętnie postępować z intuicją: trzeba ją karmić. A karmienie oznacza słuchanie jej. Nie rozwinie się intuicji ignorując ją. Ile razy powtarzaliśmy sobie, „Trzeba było posłuchać pierwszej myśli’, ‘Dlaczego nie zrobiłam tak jak podpowiadała mi intuicja?’ itd. Z intuicją jest dokładnie tak samo jak z mięśniami: jeżeli ich nie używamy to zanikają. Jeżeli nawet więź kobiety z jej intuicją zostanie z jakichś powodów zerwana, to nie oznacza, że zginęła sama intuicja. To nie intuicja się psuje, ale raczej rwie się ciągłość matrylinearnego przeka­zywania daru intuicji z pokolenia na pokolenie — ta długa rzeka kobiet trafia na tamę. Kontakt kobiety z jej intuicyjną mądrością może być początkowo słaby, ale jeśli będzie się w niej ćwiczyć, powróci i objawi się w całej okazałości”.

Zadanie Czwarte: twarzą w twarz z Czarownicą

Wasylisa musi znieść widok przeraźliwej Czarownicy, zaakceptować jej warunki poprzez zamieszkanie z nią i oswoić jej inność, niezwykłość oraz brak schematów i wszelkie dziwactwa, a także przejąć coś z jej natury poprzez jedzenie jej posiłków. Warto zwrócić uwagę na to ile ruchu zawartego jest w tym fragmencie: porusza się Wasylisa, trzej tajemniczy jeźdźcy, sama Baba Jaga, a nawet jej dom. To symbol bujności, żywotności i nieposkromieni wyobraźni. Dom na kurzych nóżkach chodzi to tu, to tam, a nawet wiruje w ekstatycznym tańcu. Jest to dom żywy, kipiący entuzjazmem, radością życia. Te atrybuty tworzą główne fundamenty archetypowej psychiki Dzikiej Kobiety; radosna i nieokieł­znana siła życiowa, dzięki której domy tańczą, martwe przedmioty, takie jak moździerze, latają jak ptaki, stara kobieta czyni czary i nic nie jest takie, jak się wydaje, ale przeważnie okazuje się o wiele lepsze, niż się z początku zdawało.

Baba Jaga z ilustracji Iwana Bilibina

Wasylisa wyszła z domu, gdzie główną jej czynnością było wykonywanie obowiązków i prac domowych, co uśpiło jej potrzebę tworzenia i wtrąciło w coś, co dr e nazywa hipernormalnością, stanem gdy popadamy w rutynę i mechanicznie wykonujemy kolejne czynności, życiem, gdzie tak naprawdę brakuje życia. To prowadzi do zaniedbania intuicji oraz potrzeb duszy i wygasza radość. Jeżeli samej nie ruszy się w las, w nieznane, w naturę, w to co pierwotne, to prędzej czy później dzikość sama upomni się o nas, ale może to być już wtedy niebezpieczne. Spotkanie z Babą Jagą jest swojego rodzaju testem dla intuicji, ze słów Czarownicy wynika, że jest ona nierozerwalnie połączona z całością psychiki („Tak, znam i ciebie, i twoją rodzinę’), a stawienie jej czoła jest tak naprawdę stawieniem czoła całej naturze z jej cyklami Narodzin – Śmierci – Odrodzenia oraz ze zdolnością zarówno rodzenia jak i unicestwiania. Jest ona groźna, ale i sprawiedliwa, tak długo jak Wasylisa respektuje zwyczaje panujące w jej siedzibie, Baba Jaga nie robi jej krzywdy. Czarownica uosabia nasz cień, wszystkie te cechy, które istnieją w nas, ale których nie chcemy pokazywać światu ze wstydu albo ze strachu, że to zagrozi naszemu funkcjonowaniu albo postrzeganiu przez otoczenie. Wiele kobiet leczy się z kompleksu „nieustannego bycia miłą”, który polega na tym, że niezależnie od tego, co czują i kto je atakuje, reagują przesadną łagodnością. I choć się uśmiechają uprzejmie cały dzień, nocą jak bestie zgrzytają zębami — to Baba-Jaga w ich psychice dochodzi do głosu. To przymilne naginanie się do innych zdarza, się często, kiedy kobiety rozpaczliwie się lękają, że zostaną poskromione albo że okażą się zbędne. (…)Podobnie jak słowo „dziki”, słowo „czarownica” nabrało pejoratywnego znaczenia, mimo że dawno temu określano nim zarówno stare, jak i młode kobiety-znachorki. Angielskie stówo witchwywodzi się od wit (mądrość). Było tak, zanim kultury monoteistyczne zaczęły wypierać starsze, panteistyczne kultury, według których bóstwo objawiało się w wielorakich religijnych wyobrażeniach wszechświata i wszystkich zjawisk w nim zachodzących. Niezależnie jednak od tego olbrzymka-ludożerczyni, czarownica, dzika natura oraz wszelkie inne criaturas (istoty – przyp. Anna Lawenda)i integralne aspekty psychiki kobiecej, które kultura odrzuca jako odrażające, to właśnie najcenniejsze elementy, których kobieta często potrzebuje najbardziej, które powinna odzyskać i wydobyć na powierzchnię. Spora część literatury poświęconej sile kobiecości stwierdza, że mężczyźni boją się siły kobiet. Zawsze mam ochotę krzyknąć: „Przecież tak wiele kobiet boi się własnej siły!” Pradawne żeńskie atrybuty i moce kobiecości są potężne i rzeczywiście straszliwe. Zrozumiałe, że i mę­żczyźni, i kobiety, kiedy pierwszy raz stają twarzą w twarz z Pradawną Dziką Mocą, biorą od razu nogi za pas. (…). Siła nie polega na wytężaniu muskułów. Silą jest spotkanie własnej duchowości i nie uciekanie od niej; umiejętność znalezienia niepowtarzalnej formy życia z dziką naturą. Siłą jest zdolność do uczenia się, zdolność do zniesienia tego, co się wie. Siła — to wytrwać i żyć.

 Zadanie Piąte: w służbie irracjonalnego

 Wasylisa prosi o ogień, a Baba Jaga zgadza się go jej dać, ale dopiero po wystawieniu młodej dziewczyny na próbę. Wasylisa ma nauczyć się oczyszczać wnętrze, rozróżniać naturę rzeczy, karmić intuicję i tworzyć myśli co jest symbolizowane poprzez sprzątanie domu, przebieranie ziaren, gotowanie i pranie ubrań Baby Jagi.

 Prace domowe mają tu szczególny wydźwięk: pranie w dawnych czasach robiono bezpośrednio nad rzeką czy strumieniem, żywioł wody od dawna powiązany jest z emocjami, intuicją i oczyszczaniem. Oczyszczanie to odnowa, pozbycie się starego by mogło nadejść nowe, bo w naszym życiu to, w co wierzymy i nasze zachowanie co jakiś czas także ulegają przybrudzeniu i znoszeniu, a wtedy naszym zadaniem jest odświeżyć materiał i kolor. Woda pomaga nam wydobyć to, co ukryte w naszej głębi, to co naprawdę myślimy. W mitologii tkanie materiału jest dziełem matek Życia – Śmierci – Życia. Na Wschodzie mamy trzy Parki: Kloto, Lachesis i Atropos. Na Zachodzie jest Na’ashjei’i Asdzaa (Kobieta-Pająk), która powierza dar tkania Dine (Nawahowie). Te matki Życia – Śmierci – Życia uczą kobiety wrażliwości na to, co musi umrzeć, a co będzie żyć, co należy wyczesać, a co wpleść w tkaninę. W naszej baśni Baba-Jaga każe Wasylisie zrobić pranie, by te sploty tkaniny, wzory znane bogini Życia – Śmierci – Życia, wydobyć i przywrócić świadomości, każe je wyprać i odnowić***.

 Kolejne zadanie, sprzątanie domu i obejścia, znowu podkreśla potrzebę kontaktu z naturą, bo dawniej  sprzątano miotłami – drapakami, zrobionymi z witek i gałęzi, a nawet korzeni roślin. Sprzątanie psychiki oznacza utrzymanie jasności umysłu, porządkowanie miejsca pracy i doprowadzanie do końca swoich pomysłów. Na sposób realny oznaczać to może wygospodarowanie czasu na chwilę kontemplacji, wypicie herbaty, wyłączenie się psychiczne, wszelkie czynności twórcze, rozmyślania i wszystko to, co sprzyja przyjrzeniu się swojemu wnętrzu i psychicznej ewolucji. W każdym przypadku wewnętrzne życie musi być regularnie porządkowane. Nie wystarczy, jeśli raz do roku poświęcimy na to kilka dni (…) Zamiatanie obejścia oznacza nie tylko początek doceniania wartości wewnętrznego życia, ale i utrzymywanie w nim porządku. Czasami kobiety popadają w zamęt, stając przed pracą psychiczną, i zaniedbują budowle swej duszy, aż pochłonie je puszcza. Stopniowo struktury psychiki zarastają, aż w końcu stają się jak archeologiczne ruiny w nieświadomości. Systematyczne, dokładne zamiatanie zapobiegnie temu. Jeśli zrobimy miejsce, to dzika natura będzie lepiej rosła.

Karmienie Baby Jagi jest jeszcze trudniejszym zadaniem, bo reprezentuje ona żywioł, dzikość i nieposkromione siły więc nie zadowoli się malutkimi porcjami. Przede wszystkim trzeba „rozpalić ogień” czyli znaleźć pasję, coś co kochamy, co nas napędza i sprawia, że chcemy się w pełni zaangażować. To na tym ogniu gotuje się pokarm czyli ambicje, plany i pomysły. Karmienie Baby Jagi to tworzenie, niezależnie czy będzie to malowanie, pisanie, komponowanie, pielęgnowanie ogródka czy pieczenie babeczek. Większość kobiet czułaby się znacznie lepiej, nabrawszy większej wprawy w doglądaniu ognia pod swymi przedsięwzięciami; uważniej obserwując, jak się gotuje potrawa, która ma wykarmić dziką jaźń. Zbyt często odwracamy się od kociołka, od pieca. Zapominamy, że trzeba obserwować, dokładać drewna, mieszać. Błędnie sądzimy, że ogień i gotowanie są jak żywotne domowe rośliny, które zanim zwiotczeją, przez osiem miesięcy rosną bez wody. Niestety tak nie jest. Ogień trzeba podsycać, trzeba go pilnować, bo w każdej chwili może wygasnąć. Babę-Jagę trzeba karmić. Jeśli za bardzo zgłodnieje, to nastąpi piekło (…) Bez ognia ambitne projekty, oryginalne myśli, tęsknoty i pragnienia pozostają surowe i nikt się nimi nie naje.

 Wszelkie te roboty wykonuje lalka czyli intuicja, a Baba Jaga przygotowuje Wasylisę na to, że dbanie o swoją twórczą naturę musi być regularnym nawykiem, mówiąc: „Chociaż raz ci się udało, to nie znaczy, że uda się po raz drugi. Przed tobą następny dzień pracy. Zobaczymy, jak sobie teraz poradzisz…”.

 Zadanie Szóste: oddzielanie jednego od drugiego.

Na tym etapie znowu pokazują się podobieństwa do baśni o Kopciuszka. Baba Jaga każe Wasylisie najpierw rozdzielić spleśniałe ziarna od zdrowych, a potem mak od piasku i ponownie całą tą robotę wykonuje lalka – intuicja. Jest to symboliczne przedstawienie umiejętności przenikliwego spojrzenia, rozróżniania, zauważania detali i pozwolenie by działała nieświadomość, nawet gdy nie angażuje się ego (ręce pojawiające się w powietrzu). To także przypomnienie cyklu życia (ziarna) i śmierci (mak). I mak, i spleśniałe ziarno mają szczególne powiązanie z nieświadomością, halucynacjami, snem i śmiercią: alkohol tworzony ze spleśniałych ziaren ma właściwości odurzające, szamani w wielu plemionach udawali się pod jego wpływem na spotkanie przodków, którzy udzielali im rad jak postępować aby wyjść z problemu. Mak był tradycyjnie kojarzony z Demeter i Korą Persefoną, boginiami cyklu Narodzin – Śmierci – Odrodzenia, istnieją też przypuszczenia, że specyfiki z jego użyciem były używane w misteriach eleuzyńskich. Tak­że w ziarnkach maku odnajdujemy starodawne medykamenty uzdrowi­cielek ludowych — mak zawiera substancje nasenne i uspokajające; natomiast ziemia i błoto od czasów starożytnych do dziś były stosowane do okładów, kompresów i kąpieli, a nawet w pewnych przypadkach podawane doustnie.

 To znowu nauka na całe życie, niezwykle ważna i niezwykle trudna. Rozróżnianie między prawdziwym uczuciem a jego namiastką, między potrzebami duszy a ego, między prawdziwymi przyjaciółmi a oszustami jest czynnością potrzebną na co dzień. Jeśli same się tego nie nauczymy, będziemy wiecznie padać ofiarą oszustów i psychicznych drapieżników, a nasza dusza będzie pokrywać się bliznami. Choć wydaje się to trudne, trzeba zostawić to zadanie do wykonania lalce – intuicji. Oddzielanie, o którym mowa w baśni, odnosi się do sytuacji, kiedy stoimy przed dylematem albo pytaniem i nie nasuwa się nam żadne rozwiązanie. Jeśli zostawimy problem na później, to okaże się, że w miejscu pustki czeka już gotowa odpowiedź. Inaczej rzecz ujmując, „sen przyniesie radę”; być może z krainy nocy przyjdzie kobieta, która ma dwa miliony lat. Być może podsunie pomyślne rozwiązanie albo pokaże, że odpowiedź jest pod łóżkiem, w kieszeni, w książce, za uchem. Z własnego doświadczenia wiemy, że odpowiedź na pytanie zadane przed snem często przychodzi po przebudzeniu. Jest w psychice coś z intuicyjnej laleczki, coś, co należy do zbiorowej nieświadomości, coś, co podczas gdy śpimy i śnimy, przebiera dla nas ziarna. Poleganie na tej właściwości psychiki jest także częścią dzikiej natury.

 Zadanie Siódme: pytanie o tajemnice.

 Kiedy prace są zakończone Baba Jaga pozwala Wasylisie zadać jej pytania, ale też lojalnie ostrzega, że poznanie powinno mieć swoje granice („Im więcej wiesz, tym szybciej się starzejesz”).

 Każda z nas w większym lub mniejszym stopniu odczuwa potrzebę odpowiedzi na pytania, kim jest, co ma w życiu do zrobienia i co przyniesie jej spełnienie. Baba Jaga pokazuje, iż ciałem i duchem kobieta należy do cyklu Narodzin – Śmierci – Odrodzenia. Ciało kobiety podlega cyklom miesięcznym, tak jak księżyc przechodzi przez fazy tak samo doświadcza ich każda kobieta, czy będzie to cykl reprodukcyjny, czy fazy życia. Identycznie jest z duszą. Zaczynamy coś jak Klotho – rozwijamy pomysł jak Lachezis – kończymy go sukcesem/niepowodzeniem jak Atropos. A wtedy albo podejmujemy go jeszcze raz, albo zabieramy się za coś nowego i znowu zaczynamy jak Klotho – rozwijamy jak Lachezis – kończymy jak Atropos. Ten cykl daje siłę i nadzieję, bo śmierci towarzyszy odrodzenie tak jak dzieje się to z cyklami ziemskimi i porami roku. Dawne, starożytne kulty powiązane były z ziemią oraz kobiecością i jeżeli chcemy używać swojej siły, to musimy się nauczyć obserwować i rozumieć nasze cykle. Opowieść o tiiz**** bardzo obrazowo przedstawia dzieło Matki Życia-Śmierci-Życia. Od strony psychicznej Matka-Noc, Baba-Jaga, Wodnica, La Que Sabe (z hiszp. ‘Ta Która Wie’ – przyp. Anna Lawenda) i Dzika Kobieta reprezentują Pierwotną Boginię-Matkę w jej różnych aspektach, różnych wizerunkach, w różnym wieku i na­stroju.   

vasylissa and a white rider a red rider

a black rider

Pytanie Wasylisy dotyczy jeźdźców, których spotyka po drodze. Oprócz symboliki samych koni (czy klaczy znowu łączonej z Demeter) istnieje w tym obrazie bogactwo znaczeniowe kolorów. Czerń, biel i czerwień są barwami od zawsze łączonymi z narodzinami, życiem i śmiercią. Czerń jest kolorem ziemi, materii, gleby, w której zaczynają kiełkować pierwsze rośliny – pomysły, zmiany, śmierci, zstąpienia do podziemia i świata między światami. Zapowiada, że dowiemy się czegoś, o czym jeszcze nie mamy pojęcia. Czerwień to kolor życia i wszelkich emocji, jakie przynosi, i tych złych, i dobrych, działania, ofiary, morderstwa, ale i namiętności oraz erotyki. Zapowiada, że wkrótce narodzi się nowe życie. Biel to barwa wszelkiej pierwotności, nowości (‘tabula rasa’), nieskazitelności, duchowości, barwa uniwersalna, ale bardzo ambiwalentna, bo oznaczać może zarówno narodziny jak i śmierć (w kulturze chrześcijańskiej przy chrzcie dziecko ma białe ubranie, ale w Japonii to kolor noszony w trakcie żałoby). Zapowiada, że będzie miało się wszelkie możliwości, aby życie mogło się toczyć. Kolory te reprezentują także odwieczne motywy zejścia do podziemi, śmierci i powtórnych narodzin — czarny oznacza zerwanie z dawnymi warto­ściami, czerwony porzucenie drogich sercu złudzeń, a biały nową świat­łość, nową wiedzę rodzącą się z poprzednich dwóch doświadczeń. W średniowieczu używano słów: nigredo (czarny), rubedo (czerwo­ny), albego (biały). Używane były w alchemii, która podąża ścieżkami Dzikiej Kobiety, powtarza dzieło matki Życia-Śmierci-Życia. Bez sym­boli świtu, wschodzącego słońca i tajemniczej ciemności nie byłaby tym, czym jest. Bez nadziei rodzącej się w sercach, bez stałego światła — nieważne, czy świecy czy słońca — które pozwala w życiu odróżnić zło od dobra, bez nocy, która przynosi ukojenie, i z której wszystko się rodzi, my także nie miałybyśmy pożytku z dzikości. (…)Bardzo ważna jest zatem zgoda na życie i zgoda na śmierć. Jest to podstawowy i naturalny rytm, który kobiety powinny zrozumieć — i żyć według niego. Dostrojenie się do tego rytmu rozprasza lęk, ponieważ dzięki temu zaczynamy trafnie przewidywać przyszłość.(…) To paradoksalna nauka płynąca z instynktów. Jest to coś w rodzaju wilczego buddyzmu. To, co jest jednym, jest zarazem jednym i drugim. To, co jest dwojgiem, tworzy trzy. Co żyje, musi umrzeć. Co umiera, będzie żyć.

 Właśnie o tej wiedzy mówi Baba Jaga, kiedy przestrzega, ‘Jeśli za dużo wiesz, to za szybko się zestarzejesz’. Wasylisa pyta o jeźdźców, ale nie ma odwagi dowiedzieć się skąd biorą się pary rąk. Do wiedzy dochodzi się stopniowo, niemożliwym jest dowiedzieć wszystkiego od razu. Tu Baba-Jaga czyni aluzję do innego rodzaju cykli, cykli życia kobiety. Jeśli kobieta im się poddaje, to coraz lepiej rozumie owe wewnętrzne rytmy kobiece, do których należą rytmy tworzenia, rytm narodzin psychicznych — a także prawdziwych — dzieci, rytmy samotności, zabawy, odpoczynku, seksualności i polowań. Nie trzeba tego przyspieszać, zrozumienie przyjdzie samo. Trzeba się pogodzić z fa­ktem, że niektóre rzeczy są poza naszym zasięgiem, nawet jeśli wpły­wają na nas i nas wzbogacają. W mojej rodzinie mówi się: „Pewne rzeczy są w rękach Boga”.

 Zadanie Ósme: stanąć na własnych nogach

 Baba Jaga wie, kiedy Wasylisa ma odejść. Gdy ta wspomina błogosławieństwo miłej zbyt dobrej matki, czarownica wypycha ją ze swojego domostwa. Nie chce mieć nic wspólnego ze zdecydowanie przesłodzoną kobiecą naturą, bo jest ona sprzeczna z jej własną, nieposkromioną. Można powiedzieć, że dobrze wie, iż nie powinna wykraczać poza swoją domenę. Jej dziedziną jest podziemny świat psychiki. Krainą zbyt dobrej matki jest powierzchnia świata. Choć słodycz i dobroć mogą pasować do dzikości, dzikość nie może długo wytrwać w słodyczy.

 Zadanie Dziewiąte: powtórne formowanie cienia

Służba u czarownicy nauczyła Wasylisę wykorzystywania swoich możliwości, a przez to ona sama otrzymała część jej mocy. Na pożegnanie otrzymuje od niej to po co przyszła czyli ogień ukryty w czaszce. Kości otaczające dom Baby Jagi mają znaczenie symboliczne, to nasz łącznik z przodkami, z ich wiedzą i doświadczeniem (szczególnie pod tym względem silna jest czaszka, w której za życia ukryte są organy zmysłów: wzroku, słuchu, powonienia). To czaszka prowadzi dziewczynę z powrotem do domu, a Wasylisa wraca pewniejsza i silniejsza, bo opuściła dom matki, przeszła przez ciemny las i przeżyła konfrontację z dziką naturą świata. Nie odczuwa już lęku przed światem, jedyny moment zawahania nachodzi ją, kiedy zdaje sobie sprawę jak wielką moc ma czaszka, chce ją odrzucić, ale ta namawia, by ją zatrzymała. Gdy kobieta zaczyna rozumieć, że dostrzega więcej niż inni, że przerasta otoczenie i że jej poczynaniami kieruje potężna siła intuicji, może się jej wystraszyć i próbować odrzucić ją od siebie. Absolutnie nie wolno jej tego zrobić. Nawet jeżeli wiedza jest trudna do udźwignięcia, nie wolno zawracać ze ścieżki, kiedy przebyło się już większość drogi. Jeśli ze sfery instynktów dobiega ostrzeżenie: „Uwaga! Strzeż się!”, to wówczas kobieta musi się mieć na baczności. Jeśli głęboka intuicja mówi: „Rób to, rób tamto, idź tędy, tu się zatrzymaj, idź naprzód”, to kobieta w swoich planach musi ten głos brać pod uwagę. Z intuicji nie można skorzystać jednorazowo, po czym puścić ją w niepamięć. Nie można się jej pozbyć. Trzeba się nią zawsze kierować na swej drodze, niezależnie od tego, czy kobieta się zmaga z wewnętrznym demonem czy wypełnia zadania w zewnętrznym świecie. Nie ma znaczenia, czy troski i aspiracje kobiety dotyczą spraw osobistych czy globalnych. Zanim cokolwiek zrobimy, każde działanie trzeba zacząć od hartowania ducha.(…) Mając tak straszliwą moc na swe rozkazy, ego uznaje, że być może będzie lepiej, łatwiej, bezpiecz­niej pozbyć się tej gorejącej światłości, bo jest tak wielka, że przez nią i Wasylisa staje się kimś wielkim.(…) Każda kobieta, która odzyskuje intuicję i moc Baby-Jagi, przechodzi punkt krytyczny, kiedy czuje pokusę, by je odrzucić, bo jakiż pożytek z widzenia i rozumienia wszystkiego? Światło czaszki nie zna litości. W jego blasku starość jest naprawdę starością, piękno — wspaniałością, lekkomyślność — głupotą, upojenie — pijaństwem, niewierność — zdradą, a rzeczy niewiarygodne — cudami. Światłość czaszki widzi wszystko takie, jakie jest (…)Prawda jest taka, że łatwiej odrzucić światło i położyć się spać. Czasem ciężko jest trzymać przed sobą ognistą czaszkę. (…) Są chwile, kiedy to, co przekazuje czaszka, jest bolesne i prawie nie do zniesienia. To dlatego, że ognista czaszka wskazuje, gdzie czai się zdrada, wskazuje tych, którzy z tchórzostwa karmią drugich kłamstwem. Ujawnia każdy fałsz i obłudę za miłym uśmiechem, demaskuje spojrze­nia, które są tylko maską niechęci. Na nas samych to światło świeci równie jasno: wydobywa z mroku i cnoty, i słabości. Taką wiedzę najtrudniej znieść. To wtedy pragniemy odrzucić całą przenikliwość, jaskrawość samopoznania. To w tym momencie czujemy —jeśli jej nie zlekceważymy — wielką moc z głębi jaźni mówiącą: „Nie odrzucaj mnie, zatrzymaj mnie. Zobaczysz”.

 Czaszka ma rację. Wasylisa wraca do domu, gdzie od chwili jej odejścia brakuje ognia. To obraz kobiecej psychiki, nad którą panowanie przejmują złe moce; kiedy brakuje siły twórczej, umiejętności dostosowania się do naturalnych cykli i słuchania instynktu, życie zaczynają kontrolować wszelkie zakazy, nakazy i lęk przed ich złamaniem. Jednak ogień, który przynosi Wasylisa nie zostawia dla nich miejsca. Czaszka wypala macochę i siostry czyli negatywne aspekty psychiki na popiół lub według innej wersji, na trzy małe wypalone żużle. Trzy wypalone węgielki to bardzo stary i interesujący motyw. Mały czarny dit (grudka, punkt) często jest uważany za zalążek nowego życia. W Starym Testamencie, kiedy Bóg stwarzał pierwszych ludzi, ulepił ich — zależnie od wersji przekładu — z ziemi, gliny, błota. Ile było tej ziemi? Nie ma o tym mowy. Ale w wielu innych mitach o stworzeniu, początku świata i jego pierwszych mieszkańcach człowiek często po­wstaje z dit, z jednego ziarenka, jednej malutkiej ciemnej grudki.(…) To „wypalenie” niszczycielskiej przybranej rodziny ma jeszcze je­den aspekt. Nie można utrzymać świadomości zdobytej dzięki spotkaniu z wiedźmą-boginią, dzięki niesieniu ognistego światła, jeśli w realnym lub wewnętrznym życiu przebywa się pośród nikczemników. Jeśli ota­czają cię osoby, które krzywią się na ciebie i patrzą z odrazą w sufit, kie­dy się pojawiasz, coś mówisz, coś robisz, to znaczy, że jesteś z ludźmi, którzy gaszą twoje pasje, a prawdopodobnie także i własne. To nie są ludzie, którzy dbają o to, co robisz, o treść twojego życia.

 To jeszcze bardziej uwrażliwia nas, że musimy być ostrożne w doborze przyjaciół i mężczyzn. Zwłaszcza ukochanym mężczyznom często przypisujemy moc wielkiego maga. Trudno się przed tym uchronić, ponieważ wkraczanie w pra­wdziwą intymność jest jak otwieranie magicznego, kryształowego ate­lier, a przynajmniej tak nam się wydaje. Kochanek może przywołać, ale i zniszczyć nawet najtrwalszą więź kobiety z własnymi cyklami i ide­ami. Trzeba unikać destrukcyjnych kochanków i szukać kogoś, kto ma silne psychiczne mięśnie i czułe ciało. Dzikiej Kobiecie w tobie sprzyja kochanek o bogatym życiu wewnętrznym, który potrafi „wejrzeć w serce kobiety”. Kiedy Dzika Kobieta ma jakiś pomysł, prawdziwy przyjaciel lub kochanek nigdy nie powie: „No, nie wiem… to naprawdę głupie (pompatyczne, niewykonalne, za drogie etc.)”, lecz raczej: „Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem. Powiedz mi, jak to widzisz. Powiedz mi, na czym to polega”. Jeśli ktoś traktuje cię jak żywą, rozwijającą się criaturę, istotę taką jak drzewa w lesie, fikus w kącie pokoju albo róże przed domem, jeśli widzi w tobie prawdziwe, żywe, oddychające istnienie, co prawda ludzkie, ale utkane z niezwykle delikatnej, wilgotnej, magicznej materii, jeśli sprzyja criaturze, która jest w tobie — to jesteś z człowiekiem, jakiego ci potrzeba. Będzie na całe życie przyjacielem twej duszy.

Aby ogień znowu nie wygasł kobieta musi podtrzymywać go wykonując czynność, której nauczyła się u Baby Jagi czyli rozróżnianie między rzeczami, które jej pomogą od tych, które albo nie przyniosą jej żadnych korzyści, albo wręcz zaszkodzą. Można przedstawić to obrazowo jako szwedzki stół zastawiony rozmaitymi potrawami: zazwyczaj bierzemy talerz i wybieramy to, co mamy przed oczyma. Zazwyczaj w ten sposób decydujemy się na wiele rzeczy w życiu, bo ze wszystkich stron dostarcza się nam coraz to nowe rzeczy i kusi, abyśmy je zdobyli, nawet jeżeli wcześniej wcale nie mieliśmy na nie ochoty. To błąd, bo ograniczamy się do tego co się nam podaje, a niekoniecznie musi być to właśnie to, co jest dla nas najlepsze. Czasami wystarczy dłuższe przyglądamy się czemuś, abyśmy nagle „odkryli”, że tak, to jest to, to jest właśnie to co zapewni nam szczęście, to jest na pewno to i kiedy okazuje się, że wcale nam to szczęścia nie zapewniło, rodzi się frustracja. Jeżeli jednak najpierw zapytamy siebie: ‘Czego potrzebuję? Co mi pomoże? Co jest dla mnie korzystne?’, to  zazwyczaj odpowiedź przychodzi szybko, a wtedy można rozejrzeć się czy to czego pragniemy jest na naszym szwedzkim stole. Czasami jest, a czasami nie. Mówiąc szczerze zazwyczaj nie ma . I wtedy trzeba ruszyć na poszukiwanie innego stołu, gdzie znajduje się właśnie to czego pragniemy. Zdolność rozróżniania, której się uczy Wasylisa, oddzielając ziarenka maku od piasku i spleśniałe ziarna zbóż od zdrowych, jest jedną z najtrudniejszych do nabycia umiejętności, ponieważ wymaga hartu ducha, woli i głębokiego uczucia. Nie wolno się zadowalać byle czym. Najwyraźniej widać to w wyborze partnerów i kochanków. Ukochanego mężczyzny nie można wybrać z gotowego bufetu. Trzeba go wybrać z tęsknoty duszy. Ktoś wybrany tylko dlatego, że właśnie był pod ręką, nigdy nie zaspokoi tęsknoty duszy. Tu jest potrzebna intuicja, bezpo­średni wysłaniec duszy.(…) Inny sposób na umocnienie więzi z intuicją to nie pozwolić, by ktokolwiek tłumił twoją energię i dynamizm — to znaczy poglądy, myśli, pomysły, wartości, moralność, ideały. W ciągu całego życia spotykamy ludzi, którzy karmią naszą duszę pozytywną energią. Często spotykamy też kobiety, co do których gdzieś wewnątrz mamy przeczucie, że są naszymi pierwotnymi matkami, kobiety, które zachęcają nas do ruszenia w las, nie pozwalają nam uwierzyć w fałszywe przekonania co do naszych możliwości czy intelektu, są dumne, kiedy osiągniemy cel i wracamy do domu z czaszką (co ciekawe te kobiety nie przypominają w ogóle zbyt dobrej matki, mają raczej mocno zarysowane cechy męskie i kobiece, są jak wróżki i czarodzieje z baśni). Tak jak była mowa w baśni o Dzikim Kaczątku powinnyśmy sobie życzyć, abyśmy miały wiele matek. Jak widać, niebezpiecznie jest pozostać zbyt słodkim, dobrotliwym głuptaskiem. Ale być może jeszcze nie jesteś o tym przekonana; być może myślisz: „Któż by chciał być taki jak ta Wasylisa?” A ja ci mówię: ty chcesz być taka. Chcesz być podobna do niej, osiągnąć to, co ona osiągnęła, pójść jej śladem, ponieważ jest to droga do zachowania i rozwijania duszy. Dzika Kobieta niczego się nie boi, tworzy i niszczy. Jest pierwotną, płodną istotą, która dokonuje wszelkich aktów twórczych, rodzi wszelkie sztuki. To ona tworzy otaczający nas las i z tej świeżej, oryginalnej perspektywy zaczynamy się zajmować życiem.

 Nie ma jednoznacznych podziałów na dobre i złe, słuszne i niesłuszne. Można jednak rozróżniać między pożytecznym a niepożytecznym, przydatnym a nieprzydatnym. Są rzeczy, które czasem są zarówno destrukcyjne, jak i sprzyjające. Niektóre czyny są spójne i dobrze przemyślane, inne nie. Ale jak wam dobrze wiadomo, ogród trzeba przekopać jesienią, żeby go przygotować do wiosny. Nie będzie kwitł przez cały czas. Trzeba pozwolić, żeby to wewnętrzne cykle dyktowały rytm przypływów i odpływów życia, a nie żadne obce siły, osoby z zewnątrz, czy też negatywne kompleksy z wnętrza psychiki. Nieodłączną częścią wewnętrznych rytmów są pewne stałe okresy chaosu i uporządkowania. Naszym zadaniem jest zsynchronizować się z nimi. Jak komory serca, które się wypełniają i opróżniają na przemian, uczymy się zgodności z rytmem Życia-Śmierci-Życia, zamiast stawać się jego męczennicą. Porównajmy to do skakanki. Rytm już jest, trzeba kołysać się w przód i w tył, dopóki się go nie uchwyci. Nic prostszego.

 Jedna z najbardziej godnych uwagi właściwości intuicji i naturalnego instynktu to ich zdolność do wywoływania niezawodnej spontaniczności. Spontaniczność to nie to samo co lekkomyślność czy nieroztrop­ność. To nie działanie pod wpływem impulsu i mówienie, co ślina na język przyniesie. Zdrowe granice są wciąż istotne. Szeherezada na przykład potrafiła ich nie przekraczać. Użyła sprytu, by zadowolić swego pana, podczas gdy jednocześnie zdobywała jego miłość i szacu­nek. Bycie naprawdę sobą nie oznacza beztroski i braku rozsądku, być sobą to pozwolić, by La voz mitológlca(mityczny głos) przemawiał swobodnie. Można to osiągnąć przez czasowe odcięcie cenzury ego i oddanie głosu temu, co pragnie mówić w nas. (…)Natura nie pyta o pozwolenie. Kwitnie i wydaje owoce, kiedy tylko chce. Jako dorosłe osoby nie potrzebujemy pozwolenia, ale raczej zachęty, wsparcia pierwotnych cykli, oryginalnej wizji. Głównym motywem w zakończeniu baśni jest przyzwolenie na śmierć. Wasylisa dobrze odebrała naukę. Czy załamuje się i zaczyna histerycznie szlochać, kiedy czaszka pali złe kobiety? Nie. Co musi umrzeć, niech umiera.

Intuicja otwiera przed nami wiele różnych możliwości. Kiedy jest się w kontakcie z instynktowną jaźnią, zawsze są co najmniej cztery rzeczy do wyboru — dwa przeciwieństwa, rozwiązanie pośrednie i „po dalszych przemyśleniach”. Jeśli ktoś nie porusza się pewnie po świecie intuicji, to może mieć wrażenie, że ma tylko jedno wyjście, w dodatku niepożądane. Być może kobieta czuje, że powinna z tego powodu cier­pieć. Poddać się. Zmusić się do tego. Nie, jest lepsze rozwiązanie. Kie­rować się wewnętrznym głosem, wewnętrznym wzrokiem, wewnętrzną istotą. Iść za nią. Ona wie, co robić.

 *Po raz pierwszy czytałam tę baśń pod tytułem Wasylisa Pięknolica.

** W rzeczywistości wiersz ‘Come to the edge’ napisał Christopher Logue, został on błędnie przypisany Apollinaire’mu.

***W wersji wydłużonej jako Wasylisa Pięknolica znajduje się jeszcze dodatkowe znaczenie. Wasylisa przeprowadza się do domu starej kobiety, gdzie w zamian za miejsce do mieszkania tka i haftuje materiał dla staruszki. Jest tak piękny, że kobieta decyduje się sprzedać go na dwór królewski, a władca zachwyciwszy się nim, życzy sobie poznać autorkę. Zobaczywszy Wasylisę, natychmiast prosi ją o rękę, na co ona przystaje. Motyw tkania jest w wielu mitologiach przypisany boginiom losu (Mojry, Parki, Norny, a także wspomniana przez dr e Kobieta – Pająk i jej córki), a zatem tkając materiał Wasylisa sama kształtuje swoje życie.

****Opowieść o tiiz znajduje się w Biegnącej z Wilkami, nie cytuję jej żeby jeszcze bardziej nie rozciągać i tak już pełnej faktów analizy, zainteresowanych odsyłam do książki.

 Wszystkie ilustracje są autorstwa Iwana Bilibina i pochodzą ze zbioru Piórko Finista Jasnego Cud Sokoła. Rosyjskie Baśnie Ludowe, Raduga, Moskwa 1983