Tag Archives: kobieta – szkielet

Odcinek 13: Bezręka Dziewczyna. O wytrwałości, umiejętności rozróżniania i wierności sobie

biegnaca z wilkami bezreka dziewczyna

Bezręka Dziewczyna

Pewnego razu, parę dni temu, człowiek, który mieszka przy końcu drogi, miał wielki młyn i mełł ziarna na mąkę dla wszystkich wieśniaków. Ale w końcu przyszła na niego bieda i nic mu nie zostało oprócz wielkiego młyńskiego kamienia w starej szopie i rozłożystej, kwitnącej jabłoni, która za nią rosła.

Pewnego dnia, kiedy z siekierą o srebrzystym ostrzu szedł do lasu, by narąbać drewna, zza drzewa wyłonił się nieznajomy, który rzekł:

– Nie musisz się już trudzić rąbaniem drewna. Obsypię cię wszelkim bogactwem, jeśli dasz mi to, co stoi za twoim młynem.

Przecież za młynem jest tylko kwitnąca jabłoń — pomyślał młynarz i zgodził się dobić targu.

– Za trzy lata przyjdę zabrać, co do mnie należy — zarechotał niemiłym śmiechem nieznajomy i kulejącym krokiem odszedł, znikając w gąszczu drzew.

Wracając do domu, młynarz spotkał na drodze swą żonę. Biegła od strony domu w powiewającym fartuchu, z rozrzuconymi włosami.

—        Mężu, mężu, coś się dzieje w naszym domu, nowy zegar na ścianie, nasze liche drewniane krzesła zmieniły się w fotele wyściełane aksamitem, półki w spiżarni uginają się od przysmaków, a skrzynie i pudła pełne są wszelakiego dobra. Jak to się mogło stać?

A kiedy to mówiła, na jej palcach pojawiły się złote pierścienie, a we włosach drogocenny diadem.

Ach —rzekł młynarz, patrząc z niedowierzaniem, jak jego stary kubrak zmienia się w oczach w atłasy, a drewniane chodaki o zdartych obcasach w piękne nowe buty.

To ten dziwny nieznajomy — wysapał. — Spotkałem dziś w le­sie niezwykłego człowieka w czarnym surducie. Obiecał mi wielkie bogactwa, jeśli dam mu to, co mam za młynem. Żono moja, przecież możemy zasadzić sobie nową jabłoń.

-— O, nieszczęsny — zapłakała kobieta i spojrzała tak, jakby jej zadano śmiertelny cios. — Człowiek w czarnym surducie to sam Diabeł, a za młynem, oprócz jabłoni, jest teraz nasza córka i miotłą z witek zamiata podwórze.

Pobiegli więc rodzice do domu, lejąc gorzkie łzy na nowe piękne stroje. Ich córka przez następne trzy lata nie wyszła za mąż; a charakter miała słodki jak pierwsze letnie jabłka. W dniu, kiedy Diabeł po nią przyszedł, wykąpała się, założyła czystą białą suknię, a wyrysowawszy kredą krąg, stanęła pośrodku niego. Kiedy Diabeł wyciągnął ręce, by ją pochwycić, niewidzialna siła odepchnęła go przez całe podwórze. Diabeł krzyknął

— Nie wolno jej się kąpać, aż po nią nie wrócę!

Rodzice i córka poczuli wielką trwogę. Dziewczyna nie myła się przez kilka tygodni, aż włosy jej zmatowiały, za paznokciami widniały czarne półksiężyce, skóra poszarzała, a ubranie było ciemne i sztywne od brudu.

Z każdym dniem coraz bardziej przypominała dziką bestię, aż w końcu Diabeł znów się pojawił. Dziewczyna płakała i płakała. Łzy kapały na palce i ramiona, płynęły strumieniem tak, że jej brudne ręce znów stały się czyste i białe. Diabeł się rozgniewał.

— Odrąbać jej ręce, bo inaczej nie mogę się do niej zbliżyć.

Ojciec był wstrząśnięty i przerażony.

—Żądasz, żebym odrąbał ręce własnemu dziecku?

Diabeł zagrzmiał:

— Jeśli tego nie zrobisz, wszystko zginie, wszyst­ko umrze, ty i twoja żona, i pola jak okiem sięgnąć.

Ojciec ze strachu usłuchał i błagając córkę o przebaczenie, zaczął ostrzyć siekierę o srebrnym ostrzu. Córka poddała się jego woli, mówiąc:

— Jestem twoim dzieckiem, rób to, co musisz zrobić.

Odrąbał jej ręce i nie wiadomo, kto bardziej rozpaczał i głośniej wył w udręce, córka czy ojciec. Tak się skończyło życie dziewczyny, jakie dotychczas znała.

Kiedy Diabeł znów po nią przyszedł, dziewczyna dalej płakała; płakała tak mocno, że kikuty pozostałe po jej dłoniach znów były czyste i diabeł jeszcze raz przeleciał przez podwórze, odepchnięty nieznaną siłą. Przeklinając tak siarczyście, że w lesie zapalały się drzewa, zniknął na zawsze, bo stracił już do niej wszelkie prawa.

Po tym wydarzeniu ojciec i matka postarzeli się jakby o sto lat. Ale jako prości ludzie chcieli żyć dalej, najlepiej jak mogli. Stary ojciec chciał zatrzymać córkę w nowym pięknym zamku, pośród wszelkich bogactw, ale ona rzekła, że teraz bardziej jej przystoi zostać żebraczką i żyć z łaski dobrych ludzi. Owinęła kikuty czystymi bandażami i o świcie zostawiła za sobą swoje dotychczasowe życie.

Długo szła przed siebie. W południowym słońcu ociekała potem. Wiatr rozwiewał jej włosy, aż wyglądały jak gniazdo bocianie, splątane i skołtunione. W środku nocy doszła do królewskiego sadu. Promienie księżyca padały na owoce wiszące na drzewach.

Nie mogła jednak tam wejść, bo sad otoczony był fosą. Upadła na kolana, tak była osłabiona głodem. Wtedy pojawił się przed nią duch w bieli, zamknął śluzę i opróżnił fosę z wody.

Dziewczyna weszła między grusze i w niewiadomy sposób wyczuła, że wszystkie gruszki na drzewach są policzone i dobrze pilnowane. Ale jedna z gałęzi pochyliła się nisko, cicho skrzypiąc, tak że dziewczyna mogła dosięgnąć owocu. Przyłożyła wargi do jego złocistej skórki i stojąc w księżycowej poświacie, posilała się z rękami w bandażach, z rozczochranymi włosami — wyglądała jak zjawa.

Widział to wszystko ogrodnik, ale poznał się na czarach ducha, który był z dziewczyną, i nie śmiał im przeszkadzać. Kiedy dziewczyna skończyła jeść, wyszła z ogrodu przez fosę i schroniwszy się w lesie, zasnęła.

Nazajutrz król przybył, by policzyć gruszki. Poznał, że jednej brakowało, i choć szukał wszędzie, nie wypatrzył jej. Ogrodnik opowiedział mu wszystko, co zdarzyło się nocą.

Król postanowił, że tej nocy sam będzie pilnował sadu. Po zmroku przyszedł tam z ogrodnikiem i magiem, który umiał rozmawiać z ducha­mi. Cała trójka usiadła pod drzewem i patrzyła. O północy ujrzeli dziewczynę, która jak zjawa przemknęła przez las, w brudnych łachmanach, z rozczochranymi włosami, z podrapaną twarzą, bez rąk. Towa­rzyszył jej duch w bieli.

Tak jak poprzedniej nocy, weszła do sadu. I znowu drzewo nachyliło gałąź, żeby mogła dosięgnąć owocu ustami.

Mag podszedł bliżej, ale nie za blisko, i zapytał:

— Powiedz, czy jesteś z tego świata czy nie z tego świata?

A dziewczyna odrzekła:

— Kiedyś należałam do świata, ale nie jestem z tego świata.

Król zapytał maga:

— Czy to istota ludzka, czy zjawa?

Czarownik odparł, że dziewczyna jest jednym i drugim. Serce króla zabiło mocniej, podbiegł do niej i rzekł:

— Nie opuszczę cię. Od tej pory będę się tobą opiekował.

W swoim zamku kazał dla niej zrobić parę srebrnych dłoni, które przymocowano jej do rąk. I tak się stało, że król wkrótce poślubił bezręką dziewczynę.

Po jakimś czasie król musiał się udać na wojnę do odległych krain i prosił swą matkę, by dobrze dbała o młodą królową, bo kochał ją całym sercem.

— Jeśli urodzi dziecko, to przyślij niezwłocznie posłańca z wieścią.

Młoda królowa urodziła śliczne maleństwo, a królowa matka wysłała tę dobrą nowinę królowi. Ale po drodze do króla posłaniec poczuł znużenie, a kiedy znalazł się nad rzeką, zaczęła go ogarniać coraz większa senność i wreszcie położył się na brzegu i usnął. Wtedy zza drzew wyszedł Diabeł, odebrał mu list i podłożył inny, który obwiesz­czał, że młoda królowa powiła pół dziecko, pół psa.

Zgroza ogarnęła króla na tę wieść, ale odpisał matce, by w tych ciężkich chwilach dbała o młodą królową i otaczała ją miłością. Kiedy chłopak niosący wiadomość dotarł nad rzekę, znów poczuł nieprzezwy­ciężoną senność i wkrótce zasnął nad wodą. Znów Diabeł wyrósł jak spod ziemi i znów zamienił listy. Tym razem napisał: „Zabić i dziecko, i królową”.

Stara matka przeraziła się rozkazu syna i jeszcze raz wysłała posłań­ca, by król rozkaz potwierdził. Posłaniec biegał tam i z powrotem, ale za każdym razem zapadał w sen nad rzeką, a diabeł podkładał mu coraz to straszniejsze listy. Ostatni z nich nakazywał: „Zatrzymaj język i oczy królowej na dowód, że nie żyje”.

Stara matka nie mogła jednak zabić młodej niewinnej królowej. Kazała więc poświęcić łanię, wyjęła jej oczy i język, po czym je ukryła. Później pomogła młodej matce przywiązać dziecko przy piersi i zarzu­cając na jej twarz zasłonę, kazała uciekać, by ratować życie. Obie kobiety płakały rzęsiście i ucałowały się na pożegnanie.

Młoda królowa tułała się po świecie, aż doszła do największego, najdzikszego lasu, jaki w życiu widziała. Brnęła przez tę puszczę, daremnie próbując znaleźć jakąś ścieżkę. Tuż przed zachodem słońca pojawił się przy niej duch w bieli, ten sam co niegdyś, i poprowadził ją do ubogiej gospody prowadzonej przez dobrych ludzi z lasu. Tam dziewczyna w białej sukni zabrała ją do wnętrza, nazywając po imieniu. Dziecko ułożono do snu.

– Skąd wiesz, że jestem królową? — spytała bezręka dziewczyna.

My, mieszkańcy lasu, wiemy takie rzeczy, moja pani. A teraz proszę odpocząć.

Królowa została tam przez siedem lat i żyła szczęśliwie, wychowując swe dziecko. Jej ręce zaczęły odrastać; najpierw pojawiły się małe, różowe jak perełki niemowlęce rączki, potem ręce małej dziewczynki, wreszcie ręce dojrzałej kobiety.

Tymczasem król wrócił z wojny, a stara matka powitała go z płaczem.

—        Czemuś mi kazał zabić te dwie niewinne istoty? — I pokazała mu oczy i język.

Słysząc tę straszną nowinę, król zadrżał i zapłakał niepocieszony. Matka, ujrzawszy jego żal, powiedziała mu prawdę, że oczy i język należą do łani, a królowa z dzieckiem wyruszyła do puszczy.

Król przysiągł, że nic do ust nie weźmie i pójdzie nawet na kraj świata, byle ich odnaleźć. Szukał przez siedem lat. Jego ręce poczernia­ły, broda pachniała mchem, oczy nabiegły krwią. W tym czasie nic nie jadł i nie pił, ale przy życiu trzymała go moc silniejsza od niego.

Wreszcie przybył do gospody leśnych ludzi. Kobieta w bieli zapro­siła go do środka i tam spoczął wreszcie, wyczerpany. Wtedy gospodyni zasłoniła mu twarz zasłoną i zasnął. Kiedy oddychał we śnie, zasłona falowała i w końcu zsunęła mu się z twarzy. Przebudził się, by zobaczyć nad sobą przyglądającą mu się piękną kobietę i urocze dziecko.

— Jestem twą żoną, a to twoje dziecko.

Król chciał uwierzyć, ale widział, że kobieta ma zdrowe ręce.

— W trudach i radościach życia ręce mi odrosły — powiedziała. A kobieta w bieli przyniosła srebrne dłonie ze skrzyni, gdzie je złożono. Król podniósł się, objął królową i dziecko i w lesie zapanowała wielka radość.

Wszyscy obecni urządzili świetną ucztę. Potem król, królowa i dziecko wrócili do starej królowej matki, wyprawili drugie wesele i mieli więcej dzieci, które opowiedziały tę historie swoim dzieciom, które przekazały ją jeszcze dalej, tak jak ja ci ją opowiadam.

————————————————-

Dr E opowiada tę historię niemal na końcu książki, sugerując, że zawiera się w niej cały cykl życia kobiety, ale dla mnie osobiście Bezręka Dziewczyna stanowi zwieńczenie tryptyku, jaki tworzy wraz z historiami Sedny i Kobiety – Szkieletu (dlatego zachęcam do zapoznania się z nimi, przekaz robi się wtedy wyjątkowo jasny). Dr E w analizie używa wielu odniesień do symboliki i dawnych wierzeń, ale ja patrzę akurat na tę opowieść trochę inaczej, na bardzo praktycznym poziomie kontaktów międzyludzkich. Ponadto jest dla mnie przykładem tego, że dawne mity i legendy tak naprawdę opowiadają o zupełnie współczesnych problemach, używają do tego jedynie ładniejszych wyrażeń czy metafor. Baśń ta wprowadza nas w świat leżący dużo głębiej niż korzenie drzew. Z tej perspektywy widzimy, że Bezręka Dziewczyna zawiera materiał obejmujący pełny proces życia kobiety. Porusza temat prawie wszystkich najważniejszych podróży kobiecej psychiki. W odróżnieniu od innych omawianych w tej książce baśni, które zajmują się określonym zadaniem, wyzwaniem czy zdobywaniem konkretnej wiedzy w cią­gu kilku dni lub tygodni, Bezręka Dziewczyna obejmuje okres wielu lat —   wędrówkę całego życia. Kluczami w tej baśni są wytrwałość, umiejętność rozróżniania  i wierność sobie, a nagrodą trwały sojusz elementu męskiego i kobiecego w psychice.

FAZA PIERWSZA: PAKT Z DIABŁEM

Myślę, że motywu paktu z diabłem nie trzeba specjalnie przybliżać, w końcu od dziecka karmieni byliśmy opowieściami o Mistrzu Twardowskim, który za wszelką cenę usiłował się wymigać od zawartej nieopatrznie umowy. Na gruncie realnym, tak jak o tym pisałam w analizie baśni o Czerwonych Trzewiczkach, chodzi najczęściej o pójście na skróty, chęć łatwego zdobycia tego, za co normalnie trzeba zapłacić o wiele drożej. W baśni o Bezrękiej Dziewczynie ten błąd popełnia Ojciec, archetypowy władca integralności psychiki, który w pozytywnej wersji broni głębszych i delikatniejszych jej warstw przed wewnętrznymi oraz zewnętrznymi drapieżnikami (tak jak ma to miejsce w historii o Manawee). Niestety, Ojciec naszej bohaterki nie dorósł do tej roli. Nie ma rozeznania, jakie powinien już mieć na tym etapie, daje się z łatwością nabrać drapieżcy pojawiającemu się tu tak jak w wielu baśniach w postaci Diabła. Ta bardziej świadoma część naszej psychiki wie, że aby osiągnąć coś ważnego i znaczącego, trzeba się zawsze natrudzić (motyw rąbania drewna), ale ta mniej świadoma, leniwa i idąca na łatwiznę część nas proponuje szybsze i łatwiejsze rozwiązania (motyw diabła). Ojciec w pozytywnej, potrafiącej dokonać rozróżnienia roli, wysłałby Diabła do diabła grin i dalej rąbał drewno, ale tak się nie dzieje. Ten, który powinien nas chronić, daje się skusić. Jeśli porzucimy rąbanie drewna, to psychiczne dłonie zostaną za to odrąbane… bo bez pracy psychicznej psychiczne ręce zanikają. Ale chęć wykorzystania nadarzającej się okazji i porzucenia ciężkiej pracy jest ludzka i tak powszechna, że trudno spotkać żywą osobę, która nie poszłaby na taką ugodę. Jest to wybór tak nagminny, że długo by trzeba wymieniać przykłady kobiet (i mężczyzn), które z ochotą zapłacą utratą rąk za życie wolne od wysiłku, od rąbania drew.

Jeżeli w sklepie zobaczysz coś bardzo ekskluzywnego w bardzo niskiej cenie to a) z radością to kupujesz lub b) od razu nabierasz podejrzeń, że coś tu nie jest w porządku. Ojciec bohaterki wybiera opcję „a”. Co mnie, szczerze powiedziawszy, wcale nie dziwi, bo zbyt wiele takich historii dzieje się nie w baśniach, a w jak najbardziej realnej rzeczywistości. Szczerze powiedziawszy, ogół tych bardziej zaawansowanych wiekowo ludzi z jakimi osobiście mam do czynienia, nie jest ani specjalnie bystry ani rozgarnięty. Zbyt często dorośli są nimi tylko metrykalnie, podczas gdy wewnątrz skrywają niekochane, nieodpowiednio pokierowane dziecko, co często prowadzi do sytuacji, gdzie okaleczone dziecko okalecza potem własne dziecko. I zazwyczaj nawet nie zdaje sobie z tego sprawy, unika przyznania się do winy i odpowiedzialności jak tylko może. W końcu co to za problem mieć dziecko? Przecież dzieci się po prostu ma, no nie? Jak by to było nie mieć dzieci? Przecież nie ma rodziców idealnych (co, owszem, jest faktem, ale zazwyczaj wykorzystuje się to jako wymówkę aby się nie starać). Aby wykonywać zawód trzeba mieć dyplom. Aby prowadzić samochód trzeba mieć prawo jazdy. A żeby mieć dziecko trzeba jedynie osiągnąć dojrzałość płciową. Każdy emocjonalny ślepiec może sprowadzić na świat nowe życie i zazwyczaj właśnie tak robi, wydając je potem na pożarcie drapieżcom. Baśń zaczyna się więc od nieumyślnej, ale bolesnej zdrady, której doświadcza młoda kobieta, wcielenie niewinności. Można powiedzieć, że ojciec, reprezentujący funkcję psychiczną, która ma prowadzić ją po zewnętrznym świecie, w gruncie rzeczy sam niewiele wie o wspólnym funkcjonowaniu świata wewnętrznego i zewnętrznego. Kiedy ojcowska funkcja w psychice ponosi klęskę i nie potrafi zrozumieć spraw duszy, łatwo ulegamy zdradliwym podszeptom. Ojciec nie rozumie podstawowej prawdy rządzącej światem duszy i światem materialnym — to jest tego, że nic nie jest takie, jakie się wydaje na pierwszy rzut oka. Dr E koncentruje się na psychice, ale w świecie realnym nadal zbyt wiele jest rodziców, którzy zawierają pakt z diabłem. Nadal zbyt wiele dzieci wywodzi się z rodzin, gdzie panował problem z nałogiem, przemoc fizyczna, emocjonalna, werbalna i sexualna, zaniedbanie. Dziecko nie jest winne, że zostało boleśnie skrzywdzone, ale to ono będzie ponosić tego konsekwencje.

Nie na darmo dziewczyna znajduje się przy jabłoni, to drzewo młodości, mądrości oraz nieśmiertelności, związane i z Edenem, i Avalonem, i z Hesperydami, i z Idunn, a zerwanie jabłka ze świętego drzewa przynosiło zawsze poważne konsekwencje, ponieważ owoc symbolizuje wiedzę. Trzeba dorosnąć do tego aby być w stanie tę mądrość skonsumować, podobnie jak jabłek nie ma sensu zrywać zbyt wcześnie, bo są jeszcze kwaśne. Drzewo symbolizuje bujność i bogactwo dzikości i wolnej natury kobiecej psychiki; jednak psychika nie zdaje sobie sprawy z ich wartości. Kwitnąca jabłoń oznacza żywy intelekt i duże siły twórcze pracujące wspólnie i stanowiące o bogatym życiu wewnętrznym. Jeżeli ktoś chce kobietę tego pozbawić tak jak ojciec bohaterki mówiący jej matce: Możemy zasadzić nowe drzewo, to oznacza że nie ma pojęcia o wewnętrznym świecie i nie powinien być do niego wpuszczany. A znowu tłumacząc to na język realiów: dziecko jest nieświadome i chłonne, to co usłyszy i podpatrzy od rodziców traktuje jako normę. Jeżeli rodzic mówi mu, że jest do niczego, to jego podświadomość zakoduje właśnie taki wzór myślenia o sobie. Możecie mu potem jako dorosłemu mówić godzinami, że jest mądre, zdolne i inteligentne, ale podświadomość będzie nadal twierdziła, że jest do niczego, bo ona sama w przeciwieństwie do świadomości nie analizuje, ona tylko rejestruje. A jeżeli widzi rodzica pijanego, wrzeszczącego, wyzywającego, żądającego posłuszeństwa, nie okazującego miłości, nie chwalącego, nie szanującego, żądającego określonych zachowań aby dziecko udowodniło że go kocha etc., to Diabeł ma otwartą drogę i pole do działania.

Młodość przedstawia to co nowe, świeże, piękne, nieskażone i spontaniczne, jest zatem łakomym kąskiem dla wszelkiego rodzaju drapieżców, którzy nie mając w sobie ciepła, życzliwości i miłości, żywią się nimi napadając innych. Niekorzystna transakcja z diabłem nie jest charakterystyczna wyłącznie dla psychiki młodych kobiet; może się zdarzyć w każdym wieku u tych, które nie przeszły inicjacji albo utknęły w połowie drogi. Warto przyjrzeć się temu, jakie jest tło wydarzeń: młynarz wpada w biedę, nie ma zboża aby przerobić go na mąkę, z której piecze się chleb. Jeżeli brakuje nam czegoś co daje nam pasję, radość i satysfakcję, jeżeli nie używamy swojej intuicji i umysłu, jeżeli nie wcielamy pomysłów w życie, to popadamy w marazm, otępienie i nudę, a przez to wystawiamy się prosto w ręce drapieżcy. Nie da się przeżyć życia służąc wszystkim dookoła tylko nie sobie. Przypomina mi się rozkład kart bogiń, który robiłam dla znajomej, na pozycji tego jak działa świadomość pokazała mi się Kuan Yin, bogini współczucia, miłosierdzia i opieki podczas gdy na pozycji podświadomości pojawiła się Baba Jaga. Dziewczyna pokazywała dookoła uśmiechniętą twarz, wyrozumiałe spojrzenie i słodki uśmiech, ale wewnątrz miotała się i aż zgrzytała zębami ze złości i frustracji, bo nie otrzymywała tego samego od otoczenia. Tak już jakoś jest, że im bardziej chcemy pomagać i spełniać marzenia innych, tym bardziej otoczenie zakłada, że my same nie potrzebujemy pomocy i spełniania własnych marzeń. Prześladowca w naszej psychice będzie oferował nam akceptację otoczenia jako złoto w zamian za porzucenie instynktu, który każe stawiać granice. Nasz pakt z diabłem może jak najbardziej polegać na tym, że nikomu nie odmawiamy aby być przez wszystkich kochaną. To ważne i konieczne dawać z siebie to co najlepsze innym, ale nie masz obowiązku być matką Teresą z Kalkuty. Kiedy kobieta traci instynkt podpowiadający, kiedy należy powiedzieć „tak”, a kiedy „nie”, gdy wyrzeka się intuicji, głosu przeczucia, wnikliwości, spostrzegawczości i innych cech danych przez naturę, wówczas znajduje się w typowej sytuacji, kiedy po obiecanym złocie zostaje tylko żal. Niektóre kobiety poświęcają swą sztukę dla grotesko­wych małżeństw dla pieniędzy; inne porzucają największe życiowe marzenia, żeby zostać „przykładną” żoną, córką, dziewczyną, albo rezygnują z prawdziwego powołania, żeby wieść życie, które — jak mają nadzieję — będzie bardziej akceptowane przez otoczenie, da większe spełnienie i, co najważniejsze, będzie bezpieczniejsze (…)Mnóstwo kobiet, na przykład, wychodzi za mąż z niskich pobudek i w ten sposób kończy swoje twórcze życie. Mają jakieś preferencje seksualne, ale zmuszają się do innych. Pragną żyć, być w ruchu, dokonywać wielkich rzeczy, ale siedzą w domu i liczą spinacze. Chcą, by ich życie było autentyczne, ale zachowują tylko jego małe strzępki. Są odrębnymi osobami, ale oddają ręce, nogi, oczy pierwszemu lepszemu kochankowi. Promieniują energią twórczą, ale zapraszają do jej źródeł przyjaciół, którzy wysysają ją jak wampiry. Chcą dalej żyć tak, jak żyły, ale coś w nich mówi: „Nie, w klatce jest bezpieczniej”. To właśnie diabelskie podszepty: „Jeśli oddasz mi to, czego chcę, to dostaniesz coś za to”. To układ zawarty w niewiedzy. Ale właśnie wtedy może nastąpić bolesne przebudzenie.

Córka młynarza jest jak Wasylisa, próbuje zaskarbić sobie miłość wypełniając obowiązki domowe, ale tak jak ona nie może zostawać dłużej w domu, skoro przerasta otoczenie. Trzeba wyruszyć na wyprawę inicjacyjną. Matka bohaterki zauważyła już jaki straszny błąd popełnił Ojciec oddając potencjał dziewczyny za bezcen i podnosi alarm. Ten szczodry nieznajomy nie jest przyjacielem, trzeba mu się przeciwstawić, bo inaczej wyciągnie z nas całe soki życiowe i porzuci szukając kolejnej ofiary.

FAZA II – ROZCZŁONKOWANIE

Kiedy diabeł przychodzi po swą ofiarę ta nie jest już dawnym słodkim, niewinnym dziewczęciem. Bierze kąpiel, zakłada białą szatę i białą kredą rysuje dookoła siebie krąg ochronny. Nie trzeba być wielkim ezoterykiem, żeby zauważyć że to rytuały ochronne przed negatywnym, zachłannym bytem. Mechanizmy obronne działają i drapieżnik nie jest w stanie ot tak, po prostu wziąć tego co, jak mu się wydaje, po prostu do niego należy. Dziewczyna reaguje spokojnie na kolejne wściekłe ataki, podczas gdy jej rodzice płaczą i bezradnie załamują ręce. Postaci matki i ojca można oczywiście rozpatrywać na poziomie psychologicznym jako wewnętrzne konstrukty rodzicielskie, ale i na polu jak najbardziej realnym całkiem często zdarza się sytuacja, gdzie dziecko jest dojrzalsze i wewnętrznie mądrzejsze od rodziców. Bo przecież nie ma rodziców idealnych

Z kolei łzy dziewczyny wypływają z jej głębi, mają charakter oczyszczający tak jak żywioł wody i trzymają od niej z daleka drapieżcę. Diabeł próbuje się zbliżyć do córki młynarza, ale nie może, bo ta wykąpała się i płakała. Przyznaje, że ta „święcona woda” osłabia jego moc, i żąda, żeby dziewczyna przestała się kąpać. To jednak jej nie upokarza, ale odnosi przeciwny skutek. Zaczyna przypominać dzikie zwierzę obdarzone mocami pierwotnej, dzikiej przyrody, które także ją chronią. Na tym etapie może się zdarzyć, że kobieta mniej dba o swój wygląd zewnętrzny. Może chodzić ubrana w byle co, niestarannie ucze­sana. Kiedy kontempluje swoje obecne psychiczne położenie, jej dawniejsze zainteresowania odsuwają się na dalszy plan. — Dobrze — mówi diabeł — jeśli zedrę z ciebie tę cywilizowaną powłokę, to może wówczas na zawsze skradnę z ciebie życie. — Prześladowca pragnie ją poniżyć, upodlić, osłabić swoimi zakazami. Sądzi, że jeśli dziewczyna będzie brudna i niechlujna, to łatwiej pozbawi ją duszy. Ale staje się odwrotnie, bo kobieta brudna od sadzy i błota jest istotą szczególnie ukochaną i chronioną przez Dziką Kobietę. Demon zdaje się nie rozumieć, że jego nakazy tylko zbliżają kobietę do jej potężnej dzikiej natury.

A do tej nie ma dostępu. Wściekły nakazuje Ojcu odciąć jej ręce kończąc dotychczasowe życie w dawnej formie. Znamy ten motyw z mitu o Sednie, ale tu dodatkowo po raz pierwszy pojawia się symbol srebra: Od starych chorwackich „bajarek” usłyszałam, że w dawnych obrzędach stosowano małe rytualne siekierki do odcina­nia pępowiny noworodków — obrzęd ten miał wyzwalać dziecko od władzy zaświatów, aby mogło żyć w tym świecie. Odcięcie rąk w baśni skazuje na bezradność, bo ręce są symbolem działania. Większość rzeczy, jakie robisz w ciągu dnia wykonujesz właśnie dzięki pracy rąk. Wystarczy, że skaleczysz się czy w inny sposób unieruchomisz kciuk i już mnóstwo rzeczy staje się trudne albo wręcz niemożliwe do wykonania. Co więcej, ręce i dotyk to nasze źródło informacji, dotykamy powierzchni i wiemy czy jest gładka, czy chropowata, chłodna czy gorąca. To także szereg gestów, za pomocą których komunikujemy się z innymi: potrząśnięcie ręki na przywitanie, machanie na pożegnanie, poklepanie po ramieniu, publiczne wzięcie za rękę ukochanej osoby, przybicie „piątki” etc. Jednak odcinając dłonie ojciec jednocześnie uwalnia dziewczynę, bo od tej chwili nie należy już do jego rodziny, plemienia, tradycji i wszystkiego co rości sobie do niej prawa. To tak jak Kali trzymająca w dłoni odciętą głowę, symbol ego, które zostaje zwyciężone i wznosząca do góry miecz, jakim to zrobiła. To co w nas nieustannie gada, jęczy, narzeka, chce wszystkiego zaraz, natychmiast, co namawia do ulegania, porównywania się z innymi i nie szukania głębiej, powinno zostać odcięte. Aby jabłoń kwitła trzeba usunąć zeschłe gałęzie.

FAZA III – TUŁACZKA

Dziewczyna po takich przeżyciach nie może pozostawać dłużej w starym miejscu, bo niczego więcej już się nie dowie ani nie rozwinie w sobie zdolności, które pomogłyby jej odzyskać dłonie. Nie mogą jej zatrzymać rodzice tkwiący w starych schematach, wprawdzie oferują jej opiekę, ale nie jest ona warta tego by zrezygnować dla niej z prób odzyskania własnych rąk. Matka i ojciec — zbiorowe egoistyczne aspekty psychiki — nie mają już swojej dawnej władzy nad nami. Zostali ukarani krwią przelaną na skutek ich beztroskiej ignorancji. I choć teraz chcą zapewnić córce wygodę i dostatek, nie mogą już pokierować jej życiem, bo przeznaczenie każe jej rozpocząć życie tułacze. W pewnym sensie matka i ojciec umierają. Nowymi rodzicami zostają droga i wiatr.

To etap, gdzie na płaszczyźnie fizycznej kobieta wycofuje się z życia, czy to wewnętrznie czy wręcz zewnętrznie. Nie ma ochoty wychodzić z przyjaciółkami na zakupy albo ploty przy kawie. Mechanicznie wykonuje czynności w pracy. Rozstaje się z wieloletnim chłopakiem. Wyłącza telefon, TV i radio. Kiedy otoczenie niepokoi się o nią, po prostu wzrusza ramionami. Nie chce się jej tłumaczyć. Jak wytłumaczyć komuś, że widzi się o wiele więcej niż on? Jak powiedzieć komuś, że wyrosło się dwie głowy ponad niego? Jakby zostało to przyjęte przez osobę o przeciętnej kondycji umysłowo – emocjonalnej? Więc milczy się i przygląda z dystansem na szefa wylewającego swoją złość na Bogu ducha winnych pracowników, koleżanki chwalące się dziećmi czy rodzinę gadającą przy grillu o tym, co z głębszego punktu widzenia jest zupełnie zbędne. Oni są w jej krajobrazie, ale nie na jej drodze. Mija ich, ale nie zatrzymuje na nich uwagi większej niż potrzebna do codziennych czynności. Jest osłabiona brakiem rąk, ale wewnątrz zdeterminowana i nieugięta. Nie da się odrąbać jej duszy. Wyruszamy więc w głąb, do innego świata, pod inne niebo, by poczuć nieznany grunt pod stopami. Ale w tej podróży jesteśmy bezradne, bo pozbawiono nas rąk, nie mamy czym chwytać, podeprzeć się, trzymać, wyczuwać drogi przed sobą (…)Bohaterka nie ma wstępu do szczęśliwych rodzin z mijanych wiosek, wędruje w chłodzie, z dala od ciepłych izb. Takie jest teraz jej życie. Jest to żywa metafora kobiety w podróży. Staje się jakby nieczuła, niewrażliwa na życie toczące się wokół niej. Zgiełk świata do niej nie dociera, kupcy i kramarze, cały olśniewający cyrk zewnętrznego świata chwieje się i wali w proch, kiedy schodzi coraz głębiej do świata podziemi. Następuje to, o czym wspominałam już w Czasie Powrotu Słońca: wizyta w krainie ciemności, do której zstąpienie jest czymś naturalnym i potrzebnym.

Taka wędrówka bez odpoczynku i wsparcia wyczerpuje. Dziewczyna znowu jest zaniedbana, brudna i głodna gdy dociera do tajemniczego sadu. Pomaga jej osuszający fosę duch w bieli, istota ze świata niematerialnego, która prowadzi ją tam gdzie może się posilić odpowiednim dla niej pokarmem. Postać przewodnika czy łącznika między światami pojawia się w historiach starożytnych (Hermes, Charon) i średniowiecznych (Beatrycze czy Wergiliusz u Dantego), to on bezpiecznie wprowadza w sfery niedostępne i niebezpieczne dla zwykłych zjadaczy chleba. Sad, do którego prowadzi ją tajemniczy przewodnik, nie jest zwykłym sadem. To sad królewski, a owoce w nim rosnące mają magiczną moc. Do tego miejsca nie można trafić ot tak, po prostu, jest pilnie strzeżone. Dziewczynie udaje się wejść do niego, bo jest przez to miejsce rozpoznana jako swoja istota, która ma prawo tam przebywać. Grusza sama nachyla się do niej i pozwala jeść owoce, symbol żywotności, rozkwitu i płodności (w miąższu jest ukryta pestka, zarodek następnego drzewa, tak jak w kobiecie już w chwili narodzenia znajdują się jajeczka, z których może potem powstać nowe życie). Baśń wskrzesza pamięć o bardzo starej obietnicy, że podczas wędrówki przez podziemną krainę nie zabraknie pożywienia, mimo że panuje mrok, mimo że czujemy się tam zagubione. Pośród niewiedzy, ciemności, nieomal ślepoty, jest przy nas Coś, jakaś nieokreślona obecność dotrzymująca nam kroku. Czy idziemy w prawo czy w lewo, towarzyszy nam, wspiera, toruje drogę.

FAZA IV – MIŁOŚĆ W PODZIEMNYM ŚWIECIE

W sadzie dziewczyna spotyka Ogrodnika, Maga i Króla, wszyscy trzej symbolizują dojrzałe aspekty męskości.

Ogrodnik jest tym, który sprawuje kontrolę nad cyklami twórczymi  psychiki, rozumie je i podąża za nimi, pomagając rozkwitać. To on zasiewa ziarno, nawozi, przycina zeschłe pędy, zbiera plony i przygotowuje do odpoczynku.

Król jest tym, który sprawuje kontrolę nad siłą i wytrwałością, ma umiejętność wcielania w życie tego, co podpowiada mądrość. Nie waha się, działa przemyślanie i stanowczo, chociaż nie przeszedł jeszcze takiej próby jak Bezręka Dziewczyna. To solidny i wytrwały partner, który pójdzie za nią dosłownie na koniec świata.

Mag jest tym, który sprawuje kontrolę nad zdolnością głębokiego wglądu, intuicji i jasnowidzenia. To on wyprowadza tę instynktowną sferę na zewnątrz, pomaga się komunikować i porozumiewać.

Wszyscy trzej są przyjaźnie nastawieni do dziewczyny, nie przerażają ich ani kikuty jej rąk, ani zaniedbana postać, na której odcisnęły się zmęczenie i trudy tułaczki. To mądra, dojrzała strona męskości, która widzi więcej, nie zniechęca się i potrafi stale regenerować. Król zobowiązuje się wziąć dziewczynę pod opiekę, żeni się z nią i wprowadza do domu swojej matki. Stara Królowa stanowi archetyp staruchy, źródła wyższej mądrości, jaki w czasach starożytnych reprezentowały boginie takie jak ochraniająca podróżników i władająca magią Hekate czy pomagająca w narodzinach Ixchel. Wśród bohaterów można symbolicznie wyodrębnić męską triadę (Ogrodnik – Mag – Król) odpowiadającą żeńskiej, składającej się z dziewczyny, matki i staruchy*. Ich wspólne zamieszkiwanie w jednej krainie mówi o zjednoczonej, dobrze działającej psychice. Tak więc w podziemnym ogrodzie czeka zgromadzenie potężnych męskich i żeńskich elementów psychiki. Tworzą one coniunctio. Jest to termin alchemiczny oznaczający wyższy, przeobrażający związek substancji o przeciwnych właściwościach. Kiedy te przeciwieństwa się zespalają, następuje aktywacja pewnych wewnątrzpsychicznych procesów. Spotkanie to działa jak krzemień uderzony o skalę, żeby skrzesać ogień. Coniunctio i nacisk przeciwstawnych elementów zamieszkujących tę samą przestrzeń psychiczną powodują powstanie duchowej energii, intuicji i wiedzy.

Coniunctio, figura geomantyczna służąca do najstarszych wróżb

To że gruszki, symbol nowego życia są strzeżone i policzone, oznacza, że po pierwsze: nie każdy ma wstęp do tej krainy, a po drugie, król sprawdza, czy nie pojawił się w niej ktoś nowy, kto przechodzi transformację. Jako syn starej Królowej władającej mądrością jest połączony z dziką naturą, sprawuje opiekę nad dziewczyną, która przebyła długą drogę, aby zawitać do krainy, gdzie się jej oczekuje i gdzie jest już dla niej przygotowane miejsce. Ciekawe, że jego sadu strzeże kolista fosa, tak jak krąg, który dziewczyna wyrysowała dookoła siebie dla ochrony przed Diabłem. Przekroczenie jej jest jak przekroczenie Rubikonu, zostawieniem dawnego życia czy świadomości i wejściem w nowe; dr E porównuje ją do podziemnych rzek w Hadesie czyli Styxu i Lete. Pytana przez Maga, dziewczyna odpowiada, że istnieje w krainie umarłych choć nadal żyje i mimo że znajduje się w świecie to już do niego nie należy. Kiedy kobiety (albo mężczyźni) znajdują się w stanie „podwójnego obywatelstwa”, czasami sądzą błędnie, że złotym środkiem będzie odsunąć się od świata, zostawić ziemskie sprawy, męczące obowiązki, wszystkie uciążliwości, które nie tylko wciąż wzywają, ale i bezbrzeżnie irytują. Nie jest to najlepsza z dróg, ponieważ zewnętrzny świat w takich chwilach jest jedyną liną ratunkową przywiązaną do nogi osoby, która błąka się zagubiona w swej podziemnej pracy. Jest to czas nadzwyczaj ważny — czas, kiedy ziemski świat ma odegrać swą właściwą rolę w równoważeniu ciśnienia „z innego świata” (…) Kobiety w tym stanie często czują niezwykłe podniecenie, podobne do olśnienia na widok wymarzonego mężczyzny. To niesamowity czas, pełen paradoksów, bo jesteśmy nad ziemią, a zarazem pod ziemią. Tułamy się samotnie, a jednak jesteśmy kochane. Jesteśmy ubogie, ale mamy co jeść. Jung określa ten stan jako „napięcie przeciwieństw”, w którym przeciwne bieguny psychiki konstelują jednocześnie, tworząc nową płaszczyznę.

Król żeni się z bezręką włóczęgą, podobne małżeństwa między skrajnie różnymi postaciami zdarzają się w baśniach często: królewicz i Kopciuszek, Piękna i Bestia, rybak i dziewczyna – foka, Iwan Carewicz i zaklęta w żabę Wasylisa Mądra. Podobnie jak w życiu małżeństwa te są trudne i wymagają pokonywania przeszkód, a trwają albo na wieki, albo dopóki obie strony nie nauczą się czegoś istotnego.

Dziewczyna otrzymuje srebrne protezy, dzięki którym odzyskuje w pewnym stopniu sprawność i może swobodniej działać. Ten motyw również jest znany od starożytnych czasów, najpopularniejszą postacią, która została okaleczona i używała protez jest Hefajstos (łac. Wulkan), bóg kowali i rzemieślników. Zrzucony przez Zeusa z Olimpu kuleje, ale nie poddaje się smutkowi i bezradności. Wykuwa sobie najpierw kule ze złota, a potem dwa posągi w kształcie dziewcząt służebnych będących w stanie samodzielnie się poruszać i podpierających go przy chodzeniu. Hefajstos i dziewczyna ze srebrnymi dłońmi są archetypowym rodzeństwem — oboje mają rodziców, którzy nie rozumieją ich wartości. Takie przykłady znajdziemy nie tylko w starożytności, ilu bogów germańskich jest okaleczonych, a mimo tego całkiem sprawnie funkcjonuje! Chociażby najważniejszy, ojciec bogów, Odyn, który sam wyłupia sobie oko po to by poznać runy, magiczne znaki, czy też Tyr, pozwalający wilkowi Fenrisowi odgryźć dłoń by ratować innych. Tracą część ciała, ale oddają ją bez lęku, bo dzięki temu zyskują coś innego. Na punkcie psychologicznym nie od dziś wiadomo, że tragiczne wydarzenia czy traumatyczne przeżycia pozwalają (choć nie gwarantują) osobie spojrzeć głębiej i rozumieć więcej w kontaktach międzyludzkich. Dzięki temu, że sama przeszła labirynt, pomaga przejść przez niego innym. Nie jest przypadkiem, że ludziom jednookim, kalekim, chromym czy w jakiś inny sposób ułomnym przypisywano od wieków nadprzyrodzoną wiedzę i zdolności. Ich kalectwo lub odmienność wcześnie pozwala im rozbudzić te obszary psychiki, które normalnie są zarezerwowane dla ludzi sędziwych.

Mogę potwierdzić wszystko to co mówi dr E do tego momentu. Moje dłonie nie zostały odcięte nagle, raczej były precyzyjnie odcinane skalpelem przez wiele lat, nerw po nerwie, mięsień po mięśniu, żyła po żyle, tętnica po tętnicy, aż w końcu nie zostały nawet kości. Wykrwawiałam się psychicznie, cierpiałam w milczeniu i płakałam wewnątrz. Byłam zaszczuta i bezradna do tego stopnia, że panicznie bałam się wychodzić z pokoju. Cała ta psychiczna katorga trwała latami, stanowczo zbyt długo, ale w pewnym momencie zaczęłam uczyć się jak sobie radzić, dostrzegać mechanizmy, odnajdywać materiały, ostrożnie je badać, potem przerabiać aż w końcu założyłam swoje własne srebrne protezy. W wielu dziedzinach życia nagle przestałam być bezradna. Chorobliwa nieśmiałość, jąkanie się i paniczna obawa przed wystąpieniami publicznymi ustąpiły niemal całkowicie do tego stopnia, że bez problemów pracuję teraz z ludźmi (prowadzę  ćwiczenia ze studentami). Obawa przed wyśmianiem, uparte dążenie do udowodnienia własnej racji i kłótliwość przeszły dzięki dobrej lekturze (znowu polecam tu m.in. blog Świat Ducha), samoobserwacji oraz obniżeniu roli ego w działaniu. Naturalnie bystry intelekt, łatwość nauki i dobra pamięć pogłębiły się jeszcze kiedy zaczęłam poważnie interesować się psychologią, duchowością i filozofią. Niechęć do ciała i samoocena dorównująca ujemnością Rowowi Mariańskiemu przestały być problemem, kiedy zmieniłam image i nagle okazało się, że moimi atutami są uroda, urok oraz wyjątkowo młody wygląd. Udało się. Stworzyłam siebie od nowa. Jednak dzięki temu wszystkiemu wiem również, że o ile w pewnych dziedzinach życia potrafiłam się odnaleźć, to niektóre pozostają (i chyba raczej pozostaną) dla mnie zamknięte.

Srebrne ręce pomagają manewrować w codziennym życiu, ale to nadal protezy. Można dzięki nim radzić sobie w pracy, w codziennych kontaktach z ludźmi i w tych bardziej powierzchownych relacjach. Natomiast w kontaktach wymagających zaufania i miłości nie wystarczają. Tutaj potrzeba prawdziwych, żywych kończyn, jakie odrastają dzięki zaufaniu oraz sprzyjającemu środowisku. Przyznaję, że dobrze mi z moimi srebrnymi rękami. Na co dzień wystarczają w zupełności, a po takiej ilości rozczarowań emocjonalnych, jakie przeżywałam praktycznie od dzieciństwa czuję się wypalona uczuciowo. Na poziomie praktycznym nie ma problemu: mogę pracować, mam zainteresowania, chętnie pomagam jeżeli tylko mogę, ale myśl o głębszych niż przyjaźń relacjach wywołuje w moim wnętrzu od razu stanowczy sprzeciw, bo w podświadomości mam głęboko zakodowane, że przynoszą one ból i rozczarowanie. Tak jak ktoś kiedyś określił miłość jako włożenie w dłoń ukochanej osoby sztyletu z nadzieją, że nas nim nie ugodzi w serce. Skoro tyle razy zostałam ugodzona to po co ryzykować po raz kolejny? Bo aby dłonie mogły odrosnąć trzeba odłożyć srebrne protezy do skrzyni i wystawić się ponownie na ryzyko bezradności, a do tego nie potrafię dopuścić. Nie twierdzę, że to dobrze i nie zachęcam nikogo aby brać ze mnie przykład. Twierdzę tylko, że to jest właśnie faza w której się znajduję i czuję się bezpiecznie w moim podziemnym sadzie. Może kiedyś wyruszę w dalszą drogę, nie wiem, niczego nie da się przewidzieć. Jednak nawet gdybym miała tu pozostać, to jestem przekonana, że srebrnymi protezami także można zdziałać wiele dobrego. Teraz, kiedy bezręka dziewczyna zbliża się do końca swej czwartej pracy, mogłybyśmy powiedzieć, że jej zadania w podziemnym świecie zostały wypełnione, ponieważ uczyniono ją królową życia i śmierci. Jest księżycową istotą, która wie, co dzieje się w nocy, nawet samo słońce musi przejść przez jej mroki, by o świcie wyłonić się spod ziemi. Ale to jeszcze nie lysis (ostateczne rozwiązanie). Jesteśmy dopiero w połowie transformacji, w miejscu dostąpienia miłości, lecz przed nami wciąż powolny skok w kolejną otchłań. Idźmy więc dalej.

plate1

FAZA PIATA – UDRĘKA DUSZY

Zaślubiny się dokonują i przez chwilę Król, Młoda Królowa oraz Królowa – Matka żyją ze sobą razem tak jak powinny ze sobą współistnieć zintegrowane elementy psychiki. Jednak wkrótce Król wyrusza na wyprawę i pozostawia ciężarną żonę pod opieką matki. Co ciekawe, motyw odejścia bohatera niedługo po rozpoczęciu związku pojawia się w wielu opowieściach (jak chociażby w Sinobrodym), ponadto od czasu do czasu animus ma prawo zmęczyć się i stracić czujność tak jak była o tym mowa w Trzech Złotych Włosach. Młoda Królowa spodziewa się dziecka, a zatem żegna stare życie i rozpoczyna nowe. Dla wielu osób ten symboliczny motyw przejawia się w jak najbardziej realnym życiu, gdy nagle zaczynają interesować się czymś zupełnie nowym, odkrywają dotychczas zaniedbywane aspekty życia, podejmują ważne decyzje, ale również gdy porzucają długotrwałe związki, zapisują się na dawno odkładane studia czy ruszają w podróż, o jakiej zawsze marzyli. Często te pragnienia były tak głęboko spychane do podświadomości, że wytryskują z impetem gejzera i trudno je pohamować. Tego, za czym głęboko tęsknimy, nie zaspokoi żaden partner, praca, pieniądze, nowy kosztowny przedmiot. Tęsknimy wszak za innym światem, za światem, dzięki któremu żyjemy jako kobiety. A dziecko-Jaźń, którego oczekujemy, rodzi się właśnie za sprawą oczekiwania. Podczas gdy żyjemy i pracujemy nad sobą w podziemnym świecie, dziecko rozwija się w naszym łonie i wkrótce przyjdzie na świat. W tym czasie sny kobiet przeważnie zapowiadają narodziny; kobiety w dosłownym sensie śnią o nowym dziecku, nowym domu, nowym życiu.

Kiedy następuje szczęśliwe rozwiązanie, Królowa – Matka wysyła posłańca do Króla, jednak znowu szyki miesza Diabeł, podmieniając wiadomości. Podobnie jest w życiu, nawet jeżeli nasza psychika staje się dobrze uformowana i zintegrowana, przy braku męskiego elementu sprawczego i obronnego, może zapaść w sen i nie dostrzec zagrożenia. Biegnący posłaniec, który ma umożliwić komunikację między dwoma głównymi komponentami nowej psychiki, nie potrafi jeszcze przeciwstawić się destrukcyjnej kuszącej sile w psychice (…) Ten błąd popełniają wszystkie kobiety, nie raz w życiu, ale wielo­krotnie. Zapominamy o istnieniu diabła. Triumfalna nowina: „Królowa urodziła śliczne dziecię” zostaje podle wypaczona: „Królowa urodziła półpsa”. Istnieje podobna wersja baśni, gdzie zmieniona wiadomość brzmi jeszcze bardziej dosadnie: „Królowa urodziła półpsa, ponieważ miała stosunek z dziką bestią w lesie**”. Skąd się wziął ten pies? Oczywiście z Podziemia. Już wspominałam o powiązania tego zwierzęcia z Hekate, boginią podróżnych, rozstai, czarów i ukrytego świata. Jej kult podobnie jak Kory Persefony sięga bardzo odległych czasów, kiedy bóstwa były często przedstawiane jako pół – ludzie, pół – zwierzęta (w mitologii helleńskiej przede wszystkim satyrowie, trytony, centaury etc, nie wspominając nawet o całym panteonie starożytnego Egiptu). Diabeł wie, że jego była ofiara jest teraz związana ze światem podziemnym i przez niego chroniona. Nie potrafi znieść, że nie oddała mu się jako dziewczyna, a teraz jako Młoda Królowa znalazła schronienie, do którego on nie ma dostępu i otoczona jest osobami, które nie słuchają jego rozkazów. Diabeł nie znosi sprzeciwu i nie przestanie nękać skoro pragnie zemsty, więc wykoślawia faktyczny stan rzeczy wysyłając fałszywą wiadomość. Na pewno wszyscy się z tym spotkaliśmy. Możemy mieć jak najlepsze intencje, możemy być pełni dobrych chęci, ale zawsze znajdzie się dookoła nas Diabeł w umysłach, świadomości czy słowach innych osób. Możesz przyjść do pracy w ubraniu, które uważasz po prostu za w miarę eleganckie, ale jakaś współpracownica i tak syknie do ucha innej, że się wystroiłaś. Tak już jest. Od wpływów Diabła nie uciekniemy, będzie się czaił w naszym otoczeniu. O ile mamy szczęście to niektórzy będą nas kochać za to kim jesteśmy, ale znacznie częściej będą nas kochać za to co możemy dla nic zrobić, niektórzy będą nas lubić bez żadnych głębszych uczuć, a niektórzy nigdy nas nie polubią ani nie zaakceptują. Tak już jest. Choćby się było najsłodszym, najbardziej dojrzałym i soczystym jabłkiem to zawsze znajdzie się ktoś komu jabłka nie smakują albo ma na nie alergie. Kobieta, przechodząc proces nauki w podziemnym świecie, staje przed psychicznym faktem, że kiedy rodzi się coś pięknego, jednocześnie rodzi się zło, zazdrość, brak zrozumienia, pogarda, nawet jeśli tylko chwilowo. Nieustępliwi przeciwni­cy obrzucają nowe dziecko kalumniami, potępiają, znieważają. Naro­dziny nowości powodują, że kompleksy negatywnego ojca i negatyw­nej matki oraz inne nieprzychylne istoty wyłaniają się z psychicznych otchłani i w najlepszym razie ostro krytykują nastały porządek, a w naj­gorszym — próbują pozbawić kobietę i jej nowe potomstwo idei, życia i marzeń. I znowu można odnieść się tu do mitologii. O ojcach Sedny i Kobiety – Szkieletu z legend inuickich była już mowa, ale motyw okrutnego ojca pojawia się także w opowieściach helleńskich, czy jest to Uranos zamykający synów w Tartarze, czy Kronos – Saturn pożerający dzieci czy Zeus zrzucający je z Olimpu – to wszystko personifikacje elementu, który nie ma świadomości, ale niestety, ma władzę. Na tej samej zasadzie działa wg Junga komplex – to zespół uczuć i myśli zakodowanych w podświadomości i pomniejszających naszą wartość, które dyktują nam jak się zachowywać. Ego nie ma bladego pojęcia o ich istnieniu, jest przekonane, że wyłącznie ono nami kieruje, potrafi nawet racjonalnie wytłumaczyć dlaczego działa tak a nie inaczej, gdy tymczasem w rzeczywistości wodze powozu trzyma z tylniego siedzenia mały, wredny komplex. Jedynym lekiem na niego jest świadomość. Nie ma innego wyjścia jak samoobserwacja i uważność. Przywołując słynny cytat Carla Gustava: Dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono kierowało Twoim życiem, a Ty będziesz nazywał to przeznaczeniem.

Diabeł jest jeszcze bardziej perfidny niż Sinobrody, jako że nie ogarnia go żądza natychmiastowego zabijania. Jego działanie jest przebieglejsze, bo wykrzywiające rzeczywistość tak jak rozbite lustro w Królowej Śniegu. Wydaje się nam że mamy wolną wolę, a tak naprawdę wewnątrz cali jesteśmy skrępowani. Istnieje wiele aspektów kultury i zbiorowych myślokształtów odcinających nas od naszej własnej natury, to przede wszystkim, te które narzucają nadmierne i ścisłe standardy takie jak „to sprawia, że jesteś kobietą”, „to sprawia że jesteś mężczyzną”, „to sprawia, że jesteś Polakiem, etc. Diabeł w kul­turze i wewnątrzpsychiczny prześladowca, tnąc, ćwiartując, zamazując, podcinając korzenie, zasklepiając otwory, sprawia, że całe pokolenia kobiet przejęte strachem błąkają się, nie mając pojęcia, co się z nimi dzieje, nie zdając sobie sprawy z utraty własnej dzikości, która mogłaby przed nimi odsłonić całą prawdę. Demon żąda od Królowej – Matki by zachowała język oraz oczy dziewczyny; najpierw odebrał jej dłonie by nie działała, teraz pragnie jeszcze więcej, chce by nie patrzyła i nie wyrażała się, bo w ten sposób stanie się mu uległa i będzie postępowała według jego zasad.

Diabeł postępuje wyjątkowo przebiegle: skoro nie ma wstępu do podziemnej krainy i nie może sam zabić Młodej Królowej to chce to zrobić rękami osób z jej otoczenia. Jednak bardzo się przeliczy. Król choć zaskoczony reaguje mądrze, ma czułość dla żony i zrozumienie dla sytuacji, jest ostrożny i nie daje się ponieść namiętnościom. Królowa – Matka, personifikacja głębokiej, starej mądrości, zna go dobrze, więc nie daje się nabrać na diabelskie sztuczki, przeczuwa, że coś jest nie tak. Nie „kupuje” tego co Diabeł próbuje jej wmówić, nie daje sobą manipulować. Obydwoje okazują się sprzymierzeńcami Młodej Królowej, pozostają wobec niej lojalni mimo diabelskich intryg. Królowa – Matka zdaje sobie sprawę, że dziewczyna powinna przejść kolejny etap inicjacji i udać się w kolejne miejsce, więc wysyła ją w kolejną podróż, narzucając na twarz zasłonę aby nie została wytropiona i rozpoznana przez Diabła. To jest dla niej czas dojrzewania, nic tak by jej nie przeszkadzało jak głos demona czy byłyby to wściekłe krzyki, czy trujący szept***. Jednak psychika nigdy nie pozostaje w miejscu, więc i Młoda Królowa musi udać się w kolejną wyprawę.

FAZA SZÓSTA – W DZIEDZINIE DZIKIEJ KOBIETY

Trafia do najgłębszej i najdzikszej puszczy, gdzie nie ma wydeptanych żadnych ścieżek i błądzi aż znowu natknie się na białego ducha, który doprowadza ją do gospody. Tam wychowuje się jej dziecko, a jej samej odrastają dłonie. Tak jak sad również i las przedstawia miejsce, do którego dziewczyna, jako personifikacja jabłoni, należy w sposób naturalny. Gospodyni na powitanie oznajmia jej, że dobrze ją zna, podobnymi słowy Baba Jaga przemawia do Wasylisy. Dr E tłumaczy, że dziewczyna nieprzypadkowo spędza tu siedem lat, jest to cykl życiowy kobiety. Metafory, które proponuję, nie są wyczerpujące. Ale na ich podstawie, z tego, co wiemy i przeczuwamy na temat pradawnej wiedzy, może­my zbudować nowe spojrzenie na świat, z jednej strony boskie i ducho­we, z drugiej pożyteczne tu i teraz. Opieram te metafory na empirycznym doświadczeniu i obserwacji, psychologii rozwojowej oraz zjawiskach obecnych w mitach stworzenia, w których znajdujemy najstarsze ślady psychologii człowieka. Fazy te nie są nierozerwalnie związane z wiekiem mierzonym w latach, bo przecież niektóre kobiety w wieku lat osiemdziesięciu wciąż pod względem rozwoju duchowego są młodymi dziewczętami, są czterdziestolatki, które weszły w psychiczny świat istot mgielnych, a dziew­czyny dwudziestoletnie nierzadko mają już tyle blizn po bitwach ile sędziwe staruszki. Przedziały wiekowe nie stanowią układu hierarchicznego, ale po prostu korespondują ze stopniem świadomości kobiety i rozwojem jej życia wewnętrznego. Koniec każdej fazy reprezentuje zmianę postaw, zadań i wartości.

0-7          wiek ciała i marzeń; socjalizacja bez utraty wyobraźni

7-14        wiek rozdzielenia i splatania się rozumu i wyobraźni

14-21        wiek nowego ciała; wiek dziewczęcy; pączkująca, jeszcze skrywana zmysłowość

21-28        wiek nowego świata; nowe życie; poznawanie różnych świa­tów

28-35        wiek macierzyństwa; nauka matkowania sobie i innym

35-42        wiek poszukiwań; matkowanie własnej tożsamości; poszuki­wanie tożsamości

42-49        początek starczej mądrości; odnalezienie swej dalekiej sie­dziby; dodawanie otuchy innym

49-56        wiek podziemnego świata; poznawanie znaczenia słów i ob­rzędów

56-63        wiek wyboru; wybór swojego świata i pracy, jaka została jeszcze do zrobienia

63-70        wiek strażniczki; przewodniczki; przetworzenie całej zdoby­tej wiedzy

70-77        wiek odmłodzenia; pogłębianie wiedzy staruchy

77-84        wiek istoty mgielnej; znajdowanie wielkich rzeczy w małych

84-91        wiek snucia szkarłatnej nici; zrozumienie splotów życia

91-98        wiek eteryczności; mniej słów, więcej istnienia

98-105      wiek pneumy — oddechu, ducha, tchnienia życia, powiewu

105+         wiek nieskończoności

 

Wspomniałam już kiedyś o wieku duszy, mam wrażenie, że podobnie jest tutaj: na początku uczymy się rzeczy podstawowych: jeść, chodzić, wyrażać się etc., potem stopniowo kształcimy się, działamy, pracujemy, przynosimy na świat nowe życie, uczymy je rzeczy podstawowych…Przez pierwszą część życia, podczas tych „ciężkich” cykli, koncentrujemy się na materii oraz ciele, potem te mocne, grube warstwy opadają i coraz bardziej przebijają przez nie dusza i subtelniejsze wymiary osobowości.

Bezręka Dziewczyna uczy się w trakcie pobytu w lesie, a namacalnym tego dowodem jest fakt, że powoli, faza po fazie, odrastają jej dłonie: najpierw to dłonie niemowlęcia, gdy potrafi jedynie imitować innych, potem dziecka, które się uczy, a w końcu dłonie kobiety wcielającej w życie to co już potrafi. Dla mnie osobiście ta faza to ów odległy etap w relacjach z ludźmi (szczególnie w związkach), do którego dochodzą (lub nie) wszystkie osoby, jakie doświadczyły fizycznej, psychicznej czy sexualnej przemocy ze strony otoczenia. Kiedy otworzyło się i zostało zranionym, trudno jest otworzyć się po raz kolejny, a im więcej złych czy wręcz traumatycznych doświadczeń tym bardziej staje się to trudniejsze…czasem wręcz karkołomne i heroiczne. Tak jak to ostatnio obrazowo tłumaczyłam: problem w tym, że po kolejnym zawodzie zaufanie przychodzi coraz trudniej tak jak z dzbankiem – jeżeli rozbije się raz to można poskładać kawałki, posklejać je jakoś i używać dalej, ale potem upadnie drugi raz, trzeci, czwarty…w końcu nie ma co zbierać. A jeżeli zbierało się baty praktycznie od dzieciństwa to, o ile nie miało się szczęścia natrafić na mądrego i dobrego partnera, zawsze nadchodzi ta ostatnia faza. Osoby po ciężkich przejściach czasem nie radzą sobie same z sobą, więc znalezienie partnera/partnerki tak mądrego/mądrej, że byłby/byłaby w stanie pozbierać odłamki, skleić je i używać z taką ostrożnością, aby dzban już nigdy nie pękł graniczy z cudem. Nie twierdzę, że to niemożliwe, ale do takiego procesu potrzeba nie tylko woli ofiary, ale i sprzyjających warunków zewnętrznych. Cytując Allies in Healing Laury Davis: W odpowiednich warunkach 100% osób, które przeżyły traumę jest w stanie całkowicie wyzdrowieć. Są jak nasiona: przy sprzyjających czynnikach takich jak światło, powietrze, ciepło, nawożenie i nawadnianie, wyrastają z nich rośliny. Tak samo jest z ofiarami przemocy, jeżeli tylko ich pragnienie wyleczenia ran trafi na sprzyjający grunt w postaci informacji, biegłych w udzielaniu pomocy osób i bezpiecznego otoczenia, zaczynają rosnąć w taki sposób, o jakim nigdy nawet nie marzyli. Jednak przy braku chociaż jednego z tych warunków, wyrastanie staje się trudne, o ile wręcz niemożliwe.

Do tego trzeba dodać fakt, że osobom, które przeżyły traumę jest naprawdę o wiele trudniej radzić sobie niż przeciętnemu człowiekowi (dobrze o tym wiedzą ci, którzy przeszli przez zaawansowany etap depresji, kiedy nawet ruszenie ręką, wstanie z łóżka czy wyjście z domu są poważnymi wyzwaniami). Napiszę o tym jeszcze, kiedy powrócę do tematu PTSD, teraz ograniczę się tylko do stwierdzenia, że po wyczerpujących emocjonalnie przeżyciach, kiedy ciało zużywało mnóstwo energii na radzenie sobie z sytuacją, bardzo trudno jest odzyskać taki jej poziom, który pozwala na bezproblemowe działanie w codziennym życiu. Biorąc to wszystko pod uwagę, uważam że trzeba nie lada odwagi i mocnych cojones/ovarios, aby odłożyć swoje srebrne ręce do skrzyni i ponownie zaufać. Odrastanie rąk rozumiem jako stan, w którym przeżyta trauma nie przesłania nam już sposobu patrzenia na miłość, związki, rodzinę czy wszystkie te obszary, gdzie zostaliśmy okaleczeni. To stan zaufania do życia i wszystkiego co ze sobą niesie, wiara że nawet jeżeli zdarzy się coś co nas zrani, to uda nam się z tym uporać. Jest to stan nie ignorancji, kiedy nie zdajemy sobie sprawy z zagrożenia, a niewinności, gdy wiemy, że w rzece życia mogą czyhać na nas niebezpieczeństwa, mimo tego nie zostajemy na brzegu i nie boimy się w niej zanurzyć. Ogromną odwagą jest włożyć ponownie nóż do ręki osoby, którą kochamy, ale zapewne jeżeli nas jednak nim nie ugodzi, to radość i spełnienie są ogromne. Niestety, tak jak już powiedziałam, do tego etapu nie doszłam, więc nie mogę wam służyć swoim własnym doświadczeniem. Musimy zrewidować zakorzenione mocno przekonanie, że skoro raz zostałyśmy pozbawione mocy (rąk), to będzie tak już zawsze. Po wszystkich stratach i cierpieniach przekonujemy się, że jeśli wyciągniemy ra­miona, to zostaniemy za to nagrodzone i uda się nam pochwycić najdroższe nam dziecko.

plate2

FAZA SIÓDMA – DZIKA OBLUBIENICA I OBLUBIENIEC

Król powraca z wyprawy. Odkrywa knowania diabła, wpada w rozpacz i przysięga odszukać Królową. Szuka długo i wytrwale, koncentrując się tylko na tym celu, przechodzi przemianę, staje się zaniedbany i upodabnia fizycznie do dziewczyny, gdy ta tułała się po świecie. Tak już jest w psychice, że kiedy przeobraża się jeden jej element, inne nie mogą pozostać takie jak dawniej. Tej osłabionej, poszukującej, odrzuconej przez wszystkich dziewczyny którą poślubił, już nie ma, więc i on musi przejść transformację. Król, by się rozwijać, musi przejść przez cierpienia. Pod pewnymi względami jest częścią podziemnego świata, ale jako wyobrażenie animusu symbolizuje przystosowanie kobiety do życia w zbiorowości — to on przenosi do zewnętrznego świata lub społeczeństwa wszystkie idee, które zgłębiła w podróży. Jednak, by mógł przenieść do zewnętrz­nego świata wszystko to, czym jest i co wie dziewczyna, musi doświad­czyć tego, co ona (…)Jest to jego inicjacja w dziką jaźń, siedem lat zwierzęcego życia na łonie przyrody odziera go ze wszystkich cywilizowanych warstw osobowości. Animus dokonuje autentycznego wysiłku, który przygotowuje go do zamanifestowania duszy-Jaźni kobiety w codziennym życiu.. Dopiero gdy oboje, animus i anima, przejdą swoją inicjację, będą mądrze służyć psychice.

Przykładem najprostszym, jaki przychodzi mi do głowy, są postacie Różyczki i Lulejki z Pierścienia i Róży: oboje są królewskimi dziećmi, którym matka chrzestna Czarna Wróżka (odpowiednik Królowej – Matki) jako prezent urodzinowy nie może ofiarować nic ponad odrobinę cierpienia, wywołując tym oburzenie dworu. Jednak w miarę upływu czasu okazuje się to wielkim darem: ich rodzice tracą trony, oni sami zostają zepchnięci z piedestału do roli służącej i ubogiego krewnego, w tym czasie obserwują i uczą się, aż w końcu każde wyrusza w podróż, która ostatecznie przyniesie im małżeństwo i połączone trony dwóch krajów. Kontrastem jest ich kuzynka księżniczka Angelica, uwielbiana i wychwalana od dziecka, która nie przechodzi próby tak jak oni i wyrasta na próżną egoistkę. Podobnie w Bezrękiej Dziewczynie koniec – początek stanowi ponowny ślub Króla i Młodej Królowej.

 

Traktaty alchemiczne opisują trzy stadia konieczne do transformacji: nigredo — czarne, mroczne stadium rozpadu, rubedo — stadium czerwieni lub ofiary oraz albedo — stadium bieli lub odrodzenia. Pakt z diabłem to nigredo — zaciemnie­nie; odrąbanie rąk stanowi fazę rubedo — krwawej ofiary, natomiast opuszczenie domu w bieli to albedo — narodziny nowego życia. Pod­czas tułaczki bohaterka powraca do nigredo. Ale teraz jej dawne ja należy już do przeszłości, a naga, najgłębsza jaźń staje się potężnym wędrowcem (…)Dziewczyna w baśni kilkakrotnie zstępuje w podziemny świat. Po opanowaniu jednego etapu zstąpienia i transformacji zagłębia się w na­stępny. Te alchemiczne szczeble stanowią pełne cykle, a w każdym z nich następują po sobie nigredo (zagubienie), rubedo (ofiara) i albedo (nadejście światła). Całe to zstąpienie do podziemnego świata, zagubienie, odnalezienie siebie i umocnienie sił obrazuje toczący się przez całe życie proces wtajemniczenia kobiety w odrodzenie dzikości.

 

Wrażliwa dziewczyna o stwardniałych dłoniach
Kręci korbą młyńską
Blada panienka o kruchym wyglądzie
Niesie ból w świat

 Młyn miele smutek
Wyrabia ciasto udręki
Młyn miele smutek
Wytwarza katastrofy

Skoncentrowany tłuszcz niesprawiedliwości
Czy olej z bólu
Mąka z nasion bólu
Zebranych ze żmijowych pól

Czerwona Krew będzie mlekiem
Przyprawami – łzy dziewczyny
Czarne drożdże sprawią, że ciasto wyrośnie
Mroczny duch – że będzie pulchne

Młyn miele smutek
Wyrabia ciasto udręki
Młyn miele smutek
Wytwarza katastrofy

Kiedy ból będzie gotowy
Gdy narodzą się cierpienie i nagłe żale
Młyn będzie nadal mielił
Kolejny raz wywołując zniszczenie

Młyn miele smutek
Wyrabia ciasto udręki
Młyn miele smutek
Wytwarza katastrofy

Korpiklaani Kipumylly (‘Młyn Bólu’)

(tłumaczenie z angielskiego, które jest tłumaczeniem z fińskiego z tej strony)

Anna Srebrnoręka

* Jest to odniesienie do wiary w Wielką Boginię przejawiającą się w trzech aspektach: Dziewczyny, Matki i Staruchy.  Symbolicznie w historii ukazane są wszystkie te fazy: bohaterka jest Dziewczyną w momencie zawarcia paktu z Diabłem, potem Matką gdy rodzi dziecko, a towarzyszy jest stara Królowa jako Starucha.

** Przypomina to mit o Pazyfae, żonie króla Minosa z Krety, którą dotknęła klątwa Posejdona rozgniewanego na jej męża, że nie złożył mu w ofierze pięknego byka. Ogarnęła ją nienaturalna żądza do tego zwierzęcia, zbliżyła się do niego wchodząc do drewnianej krowy przygotowanej przez Dedala i po dziewięciu miesiącach urodziła pół – człowieka, pół – byka Minotaura, który został potem zamknięty w Labiryncie.

*** Dr E sugeruje tu, że zasłona pomaga w osiągnięciu dorosłości: Pod przykryciem, w cieple, pewne procesy zachodzą szybciej i intensywniej. Wiedzą to kobiety na całym świecie. Moja babcia, przykrywając ciasto chlebowe do wyrośnięcia, mawiała, że okrywa je welonem. Sciereczka na drożdżowym cieście i zasłona spowijająca psychikę służą temu samemu celowi. Kobieta, która zstąpiła w głąb siebie, rośnie i dojrzewa. Wszystko w niej potężnie fermentuje. Za zasłoną zwiększa się mistyczne poznanie, wgląd w głąb rzeczy. Zza zasłony wszystkie ludzkie istoty wydają się jak utkane z mgły, a wszystkie wydarzenia, przedmioty stają się nierzeczywiste, jak o brzasku, jak we śnie (…)Na Środkowym Wschodzie znany jest taniec z zasło­nami, a i współczesne muzułmanki zasłaniają twarze. Chusta wiązana pod brodą tradycyjnie noszona we wschodniej Europie oraz trajes w Ameryce Środkowej i Południowej są również formą zasłony. Hinduski noszą zasłony na co dzień, podobnie jak kobiety afrykańskie. Kiedy zastanawiam się nad światem, zaczynam żałować współczesnych kobiet, które nie mają czym zasłonić twarzy. Bo wolna kobieta, używająca zasłony według własnej woli, posiada moc Tajemniczej Ko­biecości. Patrzenie na taką kobietę w zasłonie jest wielkim przeżyciem.

Powiem szczerze, że mam poważne wątpliwości wobec tego założenia. Po pierwsze: w baśni element chusty nie jest związany wyłącznie z pierwiastkiem kobiecym, również król ma na twarzy zasłonę, gdy zasypia w leśnym domu tuż przed zobaczeniem żony i dziecka. Po drugie: z całym szacunkiem, ale jakoś nie widzę, żeby babcie w kufajkach i chustach wiązanych pod brodą dojrzewały do czegokolwiek i żeby miały mistyczne poznanie, wgląd w głąb rzeczy. Również muzułmanki w bardzo zróżnicowany sposób wypowiadają się na temat chust, niektóre noszą je chętnie, ale inne zrzucają je, kiedy tylko mogą. Myślę natomiast, że słowa dr E mają sens tylko wtedy kiedy kobieta narzuca chustę z własnej nieprzymuszonej woli, wolna od nakazów i zakazów kultury. I mówię to jako ktoś kto uwielbia nosić bandanę albo kaptur, aczkolwiek pierwotną przyczyną jest zawsze chęć osłonięcia głowy od słońca i uszu od wiatru wink3. Dlatego odchodzę trochę od pierwotnej interpretacji dr E i traktuję chustę w baśni jako element ochronny na niepewny czas wędrówki i snu.

Zapisz

Advertisements

Odcinek 12: Kobieta o Złotych Włosach. O samotności i Klanie Blizn

biegnaca z wilkami kobieta o zlotych wlosach

Kobieta o Złotych Włosach

Była sobie niezwykła i urodziwa dziewczyna o długich, jasnych włosach, pięknych jak złote nici. Nie miała matki ani ojca, żyła ubogo. Mieszkała samotnie w lesie; na krosnach zrobionych z gałęzi tkała piękne tkaniny. Pewien niegodziwiec, syn wypalacza węgla, chciał ją zmusić do małżeństwa. Ona, usiłując go odprawić, dała mu pukiel swoich złotych włosów. Ów prostak nie poznał się na ich duchowej wartości i chciał je sprzedać na targu, jednak ludzie tylko patrzyli na niego, jakby postradał zmysły.

Rozsierdzony wrócił nocą do chaty młodej kobiety i zamordował ją własnymi rękami, a ciało zakopał nad rzeką. Długo jeszcze ludzie nie zauważali jej zniknięcia. Nikt się nie troszczył o jej zdrowie i pomyślność. Jednak złote włosy w mogile wciąż rosły i rosły. Piękne sploty wiły się, przebijały przez czarną ziemię, kłębiły i kręciły, aż cały grób porósł gęsto złocistą trzciną.

Pasterze robili z niej piszczałki, a kiedy zaczynali na nich grać, maluśkie fujarki śpiewały:

Tu leży dziewczyna o złotych włosach, zamordowana spoczywa w mogile, zabił ją syn wypalacza węgla dlatego, że chciała żyć.

W ten sposób ludzie dowiedzieli się o zabójcy i postawili go przed sądem, żeby wszyscy mieszkańcy lasów mogli znów żyć bezpiecznie

—————————————————————————————–

Tym razem rzecz będzie o tym co robić, kiedy przeszło się już przez wiele doświadczeń i zostało przez nie nieodwracalnie naznaczonym. To będzie opowieść o Klanie Blizn.

Są w życiu wielu z nas pewne traumatyczne wydarzenia, z których nie da się wyjść niezmienionym, czy będzie to trudne, pełne przeszkód dzieciństwo, czy nieudany, toxyczny związek, czy tragiczny wypadek, czy inna rzecz, która w jakiś sposób wytrąciła nas z równowagi. Nawet jeżeli odreagujemy samo wydarzenie, nie będziemy już nigdy tacy jak wcześniej. Co gorsze, często dzieje się tak, że z jakichś przyczyn nie jesteśmy w stanie wyrzucić z siebie nagromadzonego bólu, żalu oraz złości, które rosną i wręcz rozsadzają nas od środka.

Bardzo często jesteśmy mentalnie i emocjonalnie wyganiani na pustynię, a nasze życie musi toczyć się w ukryciu, pod ziemią, jak o tym była mowa w poście o La Lobie. Maya Angelou rzekła kiedyś, że nic nie ciąży tak jak niewypowiedziana historia, czy jest to sekret, który ukrywamy z własnej woli, czy dlatego, że jesteśmy do tego zmuszani w imię jakichś racji (najczęściej kulturowo – religijnych). Boimy się, że ujawnienie go spowoduje odrzucenie, zerwanie istotnych relacji czy inne sankcje, jednak nie ujawniając na zewnątrz tego co ma takie znaczenie dla naszego wnętrza, sprawiamy, że de facto i tak jesteśmy już wygnańcami na pustyni. Bardzo często wchodzą też w grę różnice kulturowe wobec tego, co według norm społecznych wolno poszczególnym płciom; to co uchodzi mężczyźnie w przypadku kobiety jest tabu. Stosowanie się do tych nieformalnych nakazów i zakazów oraz milczenie w przypadku naruszania ich odcina nas od naturalnych zachowań, spontaniczności, swobody, radości i okazywania uczuć. Staramy się unikać wszystkiego co przypomina nam o sekrecie i powoduje ból, trzymamy się z daleka od pewnych tematów, rozmów, filmów, książek etc., stosujemy po prostu rodzaj psychicznej autocenzury. Co gorsze, często umysł nie chce trzymać w sobie tajemnicy i spycha ją do podświadomości. Nasza psychika jest tak skonstruowana, że przy podejmowaniu działania świadomość szuka właśnie w podświadomości wzorców zachowań i jeżeli coś zostało zaklasyfikowane jako tabu, to nawet przy pełnej gotowości racjonalnego umysłu do wprowadzenia zamiaru w czyn, podświadomość będzie ten plan utrącała. Wstydliwe sekrety kobiet to historie stare jak świat. Każda z nas, która ku własnej zgubie dusi w sobie sekret, zostaje przytłoczona brze­mieniem hańby. Ten uniwersalny stan podlega archetypowemu wzorco­wi: bohaterka albo została zmuszona do zrobienia czegoś, albo, utraciw­szy zdrowy instynkt, wpadła w pułapkę. Na ogół jest tak bezsilna, że nie umie polepszyć swej nieszczęsnej sytuacji. Przysięga lub poczucie wsty­du zmusza ją do zachowania tajemnicy. Milczy z obawy przed utratą miłości, szacunku, środków do życia. Dodatkowo sekretu strzeże często klątwa, groźba surowej kary rzucona na tego, kto go zdradzi. Kobiety wychowuje się w przekonaniu, że pewne wydarzenia, decy­zje i sytuacje życiowe najczęściej związane z seksem, miłością, pieniędzmi, przemocą i kłopotami, a więc okoliczności, którymi przepełniona jest ludzka kondycja, mają naturę najbardziej intymną i hańbiącą i nie można się spodziewać za nie rozgrzeszenia. A jest to nieprawda.

 To truizm, ale wszyscy popełniamy błędy, a większość z nich da się naprawić albo w jakiś sposób odkupić. Dręczenie siebie poczuciem winy oraz wstydem nie pomaga, skazuje nas tylko na cierpienie w samotności i niesienie ciężaru winy, często całymi latami. Dr E podaje za Jungiem, że trzymanie w sobie wstydliwego sekretu odcina nas od nieświadomości, bo dookoła niego powstaje „martwa strefa” – obszar niewrażliwy na bodźce, który nie reaguje na wydarzenia w życiu emocjonalnym u siebie i innych. Jednak psychiką rządzi zasada kompensacji, dlatego nie mogąc mówić o czymś wprost będziemy ulegać niezrozumiałym atakom furii, nagle wpadać w melancholię, odczuwać nerwobóle, przybierać lub tracić na wadze, wpadać w obsesje, natrętne nawyki czy nałogi. Sekret przedrze się na powierzchnię, jeśli nie w bezpośrednich słowach, to za pomocą objawów somatycznych, i najczęściej w taki sposób, że nie można się tym zająć i pomóc bezpośrednio. Co więc robi kobieta, kiedy sekret przecieka? Goni go, wydatkując dużo energii. Upycha go, zawija i zakopuje znowu w martwej strefie, budując silniejsze fortyfika­cje. Woła swoje homunkulusy — wewnętrznych strażników, obrońców ego — każe budować więcej bram, więcej ścian. Opiera się o swój ostatni psychiczny grobowiec, pocąc się krwawo, dysząc jak lokomoty­wa. Kobieta, która dusi w sobie sekret, jest kobietą wyczerpaną.

NIE RZUCAJ PEREŁ PRZED WIEPRZE

Motyw odizolowania się w pustelni przypomina trochę motyw życia ukrytego na pustyni, o którym była mowa w La Lobie (zresztą w czasach wczesnośredniowiecznych pustelnicy często szukali schronienia właśnie w tym miejscu). Przypomina, że mimo braku wsparcia siły życiowe symbolizowane przez włosy (Trzy Złote Włosy) nie zostają unicestwione i że nie ma dla nich granic.

Odizolowanie się od innych może wynikać z niedopasowania jak u Brzydkiego Kaczątka czy z chłodu emocjonalnego otoczenia jak u Dziewczynki z Zapałkami (jak ktoś mądrze zauważył, najbardziej boli samotność wśród innych). Psychicznie Kobieta o Złotych Włosach symbolizuje ten aspekt naszej psychiki, który dąży do niezależności i nie potrzebuje wiele do szczęścia. Mitologicznie reprezentuje kore – młodą, niezamężną dziewczynę, która na krosnach zrobionych z gałęzi tka piękne tkaniny, a zatem ma znowu wiele wspólnego z Mojrami/Parkami/Nornami czyli boginiami losu tkającymi nici życia oraz z Gają (stały kontakt z naturą, jej krosna są zrobione z gałęzi drzew wyrosłych z Bogini Matki, podobny motyw odnajdujemy w baśni o Wasylisie, która zamiata obejście Baby Jagi miotłą – drapaką z gałązek krzewów). Ma zatem cechy Dzikiej Kobiety, która z siedzib ludzkich powraca do lasu. Nikt jej nie powstrzymuje, nikt nie zachęca aby została, nikt tak naprawdę nie zauważa jej odejścia, podobnie jak w przypadku poprzednich żon Sinobrodego, o które nie upomniały się rodziny. Niestety, aż nazbyt wiele kobiet natychmiast pojmuje, co znaczy ten brak zainteresowania. Z taką samą postawą otoczenia spotyka się często kobieta, która ma coś do ukrycia. Choć ludzie być może dostrzegają, że jej serce zostało zranione, celowo albo mimowolnie okazują jej obojętność i ślepotę.

Na swoje nieszczęście, mimo odizolowania się od ludzi, dziewczyna napotyka na kolejne baśniowe wcielenie Sinobrodego. Kobieta o Złotych Włosach ma dobre rozpoznanie. Jest świadoma siebie, wie jakie są jej potrzeby, zdaje sobie sprawę z tego co jest dla niej dobre, a co nie, dlatego nie ulega namowom syna węglarza i nie chce wyjść za niego za mąż. Daje mu zaledwie pukiel włosów, cząstkę swoich sił życiowych, jednak ma on naturę nie rozumiejącego niuansów Sinobrodego i nie pojmuje wartości daru. Usiłuje go sprzedać, a kiedy mu się to nie udaje, czując się upokorzony (od razu rzuca się w oczy niskie poczucie wartości), zabija ją. Wielu  z nas zapewne spotkało się z sytuacją gdy ukochana osoba jest w potrzebie, więc pomagamy jej, wysłuchujemy, pocieszamy, szukamy wyjścia, robimy co możemy, dajemy z siebie to co najlepsze, ale gdy sytuacja się odwraca wcale nie dostajemy tego samego. Nagle okazuje się, że przesadzamy, o co nam w ogóle chodzi, to co mówimy jest niezrozumiałe i bez sensu, a tak w ogóle to mamy wziąć się w garść i przestać płakać. Cóż rozsądnego można odpowiedzieć na takie dictum? Aż ciśnie się na usta przysłowie: „nie rzucaj pereł przed wieprze”.

W baśni dziewczyna zostaje zabita przez niechcianego zalotnika, w praktyce naszą naturalność, otwartość i entuzjazm zabijają kolejne bolesne rozczarowania, zdrady, rozstania i upokorzenia. Nie zabijają jednak naszej siły życiowej, która odżywa i rozrasta się tak jak włosy bohaterki. O podobnym procesie odbudowywania i regenerowania się była już mowa  we wspomnianych wcześniej La Lobie, Trzech Złotych Włosach i Kobiecie – Szkielecie, jednak w tej baśni dochodzi element rozprawy z przyczyną krzywdy i ostrzeżenia innych. Pasterze w pewien sposób nadają umarłej nowe życie (wdmuchiwanie powierza w piszczałki przywołuje obraz Stworzyciela, który powietrzem – gr. pneuma – rozpoczyna życie nowej istoty) i pozwalają przemówić własnym głosem. Aby uporać się z bolączkami musimy przemówić, a zmusza nas do tego śmierć – zmiana. Są tajemnice, które umacniają — na przykład te, które są częścią strategii wiodącej do osiągnięcia chwalebnego celu, albo radosne sekrety, które chowamy na dnie serca, by je lepiej smakować. Ale sekrety wstydliwe różnią się od nich jak dzień od nocy. Te drugie trzeba wydobyć na jaw i pokazać wyrozumiałym ludziom. Kiedy kobieta kryje jakąś hańbę, musi znosić ogromne wyrzuty sumienia i cierpienia, które sama sobie zadaje. Poczucie winy i udręki, które miałyby nastąpić po zdradzeniu sekretu, i tak na nią spadają, mimo że milczy; cierpienie atakuje ją od wewnątrz.

 Tajemnica jest zagrzebana w psychice jak ciało Kobiety o Złotych Włosach w ziemi. Ziemia jak nic innego ma zdolności do usuwania tego co niepotrzebne i przemiany w nowe życie, ale dopóki zbrodnia nie zostanie ujawniona, nie podlega się procesom regeneracji. Często ofiary zagrzebują to czego się wstydzą tak głęboko, że wyrzucają wydarzenia czy słowa z pamięci oraz świadomości i wypływają one dopiero w snach. Symbolicznie oddaje to sen, w którym widzi się zagrożenie, ale nie jest w stanie przed nim ostrzec, bo nie można wydobyć z siebie głosu. Przemówić można na wiele sposobów: czy to wprost, rozmawiając z terapeutą czy zaufaną osobą, czy poprzez napisanie niewysłanego listu, czy sztukę, czy muzykę*, czy w inny sposób. Ważna jest reakcja odbiorcy, bo zdawkowe potraktowanie tematu czy lekceważenie wywoła w sercu kolejną ranę, która długo będzie się zabliźniać.

Nie jest łatwo się otworzyć, szczególnie jeżeli przez wiele tygodni, miesięcy, a nawet lat, milczało się i nie znajdowało przyjaznej duszy, która wysłuchałaby uważnie, nie oceniała i mądrze doradziła. Niektórym pomagają grupy wsparcia, gdzie łatwiej jest się odnaleźć wśród osób o podobnych doświadczeniach. Terapeutyczna moc takich sesji polega na ostatecznym wypraniu wszystkich długo składowanych „brudów”. Niepisany zakaz publicznego prania rodzinnych brudów mija się z celem, ponieważ owe brudy wcale nie zostają wyprane w kręgu rodziny. Leżą w najciemniejszym kącie piwnicy przesiąknięte tajemnicami. Uparte milczenie działa jak jadowita trucizna i w gruncie rzeczy świadczy o tym, że kobieta nie znajduje w bliskich dość oparcia, żeby poradzić sobie z bolesnymi problemami.

Aby krwawiąca rana zagoiła się i zabliźniła trzeba też przyjąć do wiadomości, że otoczenie, od którego uciekamy najprawdopodobniej nigdy nie nas nie zrozumie, nie doceni i nie przeprosi. Tak, to niesprawiedliwe, ale uświadomienie sobie tego pomaga nam porzucić wzorce ofiary i na dobre odciąć się od negatywnych wpływów. Weź to na logikę: gdyby ludziom z Twojego otoczenia naprawdę zależało na tym, by dowiedzieć się co czujesz, to już dawno by to zrobili. Jeżeli będziesz teraz koniecznie dążyć do konfrontacji i próbować zmusić, żeby przyznali, że ich obojętność i brak empatii były niewłaściwe, najprawdopodobniej będą próbowali zlekceważyć Twoje słowa albo wmawiać Ci, że nie masz racji, bo było zupełnie inaczej. To są ich mechanizmy obronne. Gdyby zrozumieli i przyznaliby Ci rację, musieliby skonfrontować się ze swoim Cieniem, musieliby przyjrzeć się mrocznej stronie swojej osobowości. Nie każdy jest na to gotowy. Większość nie jest. Macocha i siostry Wasylisy wolały posłać ją samotnie nocą w ciemny las niż samym spojrzeć w twarz Baby Jagi. Przyznanie się do błędu zawiera w sobie obietnicę wewnętrznej zmiany, ale ta często wymaga czasu i wysiłku, dlatego niewielu się jej podejmie. Tak, to niesprawiedliwe, że nawet teraz gdy wykrzyczałeś/wykrzyczałaś co Ci leżało na sercu nie ma szczęśliwego zakończenia, w którym zły bohater przeprasza dobrego i naprawia wyrządzone krzywdy. To bardzo niesprawiedliwe, że Ty, po tym jak tyle wycierpiałeś/wycierpiałaś nadal musisz zachowywać się jak starsze rodzeństwo i być tym mądrzejszym, cierpliwszym, bardziej wyrozumiałym etc. Ale zdobędziesz dzięki temu świadomość, jakiej inni nie potrafią sobie nawet wyobrazić.

KLAN BLIZN

Przez lata klasyczne psychologie błędnie utrzymywały, że z żalem można się uporać jednorazowo, najlepiej w ciągu jednego roku, po czym wszystko ma wrócić do normy. Każdy, kto nie chce lub nie potrafi ukończyć tego procesu w „przepisowym” czasie, cierpi na jakieś zaburzenia. Obecnie wiadomo, że prawdą jest to, co istoty ludzkie instynk­townie wyczuwały od wieków: pewne rodzaje krzywd, nieszczęść i wstydu nie dają się wymazać przez rytualny żal; strata dziecka z po­wodu jego śmierci lub rozdzielenia z nim jest jedną z największych, jeśli nie największą próbą wytrzymałości psychicznej.

Dr E pisze, że w pracy terapeutycznej proponuje pacjentkom stworzenie długiego do ziemi płaszcza, na który naszywa się, maluje lub przypina symbole tego, co się przeszło, wszelkie rany, zdrady, obelgi, wszystko to co się z różnych względów poświęciło. Tworzy się go tak długo jak trzeba, czasami kilka dni, a czasami kilka miesięcy. Najpierw zaczęłam robić płaszcz ofiarny dla siebie. Wkrótce stał się tak ciężki, że dźwigać go musiał cały orszak Muz. Początkowo zamierzałam złożyć wszystkie swoje psychiczne śmieci w tym jednym przed­miocie, a potem pozbyć się ich przez spalenie go. Zamiast tego powie­siłam go w korytarzu i za każdym razem, kiedy koło niego przechodzi­łam, czułam się dobrze, nie miałam żadnych negatywnych odczuć. Byłam pełna podziwu dla ovarios kobiety, która była zdolna unieść na sobie ten płaszcz, nie zachwiać się pod nim, lecz śpiewać, tworzyć i radośnie przyjmować wszystko.

 Stąd określenie Klan Blizn. Rany po traumach, ciężko okupionych błędach albo wypadkach losowych przestają w końcu krwawić i zabliźniają się. Choć pozostanie mnóstwo blizn, pamiętajmy, że tkanka blizny jest silniejsza i odporniejsza na wszelkie urazy niż zwykła skóra (…)

Czasem dobrze jest policzyć swój wiek nie w latach, ale w liczbie blizn zdobytych w bitwach.

— Ile masz lat? — pytają mnie czasem. — Siedemnaście blizn — odpowiadam. — Zwykle ludzie nie krzywią się i sami chętnie obliczają swój wiek w taki sposób.

 Indianie Lakota malują na skórach zwierząt, zapisując zimowe wydarzenia. Indianie Nahua, Majowie i Egipcjanie mieli kodeksy, w któ­rych notowali wielkie wydarzenia — wojny i zwycięstwa. Na ich podobieństwo kobiety mają swoje płaszcze ofiarne, płaszcze bitewne. Zastanawiam się, co nasze prawnuczki i praprawnuczki pomyślą o takim zapisie naszego życia. Mam nadzieję, że trzeba im będzie to wyjaśniać.

 NEO W ŚWIECIE MATRIXA

I znowu na koniec dorzucę swoje trzy grosze, już bez powoływania się na dr E. Mam trzydziestoletnie doświadczenie w przeżywaniu naprawdę głębokiej samotności, więc sporo zdążyłam się na ten temat nauczyć.

Akurat teraz żyjemy w kulturze, w której samotność nie jest ceniona. Gdybym w czasach wczesnego średniowiecza udała się na pustynię i żyła tam samotnie, cieszyłabym się szacunkiem i uznaniem, jako ktoś, kto ma bliski kontakt z Bogiem. Ale żyję w kulturze zachodnioeuropejskiej, w której kontakty międzyludzkie są na piedestale, a zawiązuje się je głównie przy używkach i niezobowiązujących rozmowach. Nie palisz, nie pijesz, nie oglądasz telewizji? To będziesz dosyć nieatrakcyjna towarzysko.

Skąd w ogóle bierze się potrzeba izolacji? Raczej nie pojawia się nagle i niespodziewanie, dojrzewamy do niej wraz z każdą niespełnioną prośbą, wyśmianą opinią czy niezrozumianą potrzebą, jaką podzielimy się z otoczeniem. Myślę, że sporo z nas „ma to od zawsze”. Traktowanie z góry, według sztywnych wzorców zachowań zamiast słuchania i zastanowienia się nad tym, co dana osoba ma do powiedzenia sprawia, że na zewnątrz gaśniemy i chowamy większość życia do wewnątrz. Niektórzy z nas będą jeszcze utrzymywać pozory, uczestniczyć w świętach rodzinnych albo wychodzić ze znajomymi, ale to, co myślą będą zachowywać dla siebie. Niektórzy będą mieli już tak dosyć sztucznego życia, że odizolują się i psychicznie, i fizycznie. Znajdą swój Prawdziwy Świat. Często w pieszych wycieczkach górskich, kontakcie z naturą lub książkach, czasami w sporcie czy innej pasji, często w grach komputerowych. A wkraczając do Prawdziwego Świata możemy (choć wcale nie musimy) przejść jako rzekli William Blake oraz Aldous Huxley drzwi percepcji i zobaczyć więcej niż inni. Będąc sam na sam ze sobą, słuchając własnego wewnętrznego głosu, a nie pogawędek innych, możemy wiele rzeczy zobaczyć z szerszej perspektywy i zrozumieć. Neo nawet jako Mr Anderson stronił od ludzi. Gdyby był duszą towarzystwa pewnie dalej tkwiłby w Matrixie, ale on przeczuwał już, że coś tu nie gra, coś jest nie tak. Tkwił samotnie przed komputerem, próbując znaleźć odpowiedź co nie pasuje w tej układance, a kiedy pojawił się ślad, natychmiast podążył za białym królikiem i nie wahał się zażyć czerwonej pigułki. Bo wiedział, że cokolwiek się stanie, nie potrafi dłużej żyć udawanym życiem. Bo nie bał się samotności, która jest pierwszą ceną jaką płacimy za dokonywanie wyborów. Neo po prostu osiągnął w życiu taki moment, gdy przestał słuchać stałego paplania innych i zaczął słuchać siebie. A wtedy zgodnie z zasadą ‘kiedy uczeń jest gotowy, pojawia się Mistrz’ znalazł go, oświecił i wytrenował Morfeusz.

Ale nawet jeżeli nie pojawia się ktoś pomocny, sami możemy się Przebudzić, jednak chcąc nie chcąc nadal żyjemy w Matrixie. Słyszymy co ludzie mówią i dziwimy się. Spoglądamy na świat ich oczyma i natychmiast z przerażeniem je zamykamy. Próbujemy podążać ścieżkami myślenia, jakie podaje się nam jako właściwe, pewne oraz bezpieczne i natychmiast się gubimy. Nawet żyjąc w Matrixie, nie stosujemy się już do jego zasad, nie potrafimy ograniczyć się tylko do pozorów, nie dajemy rady wcisnąć się w zestaw przepisów na życie jaki prezentuje. Nie widzimy już firewalla iluzji, jaką wywołuje. Widzimy, że to Matrix. Widzimy, że to tylko zielone cyferki tak jak Neo pod koniec filmu. Stajemy się wirusem.

Dlatego główny program będzie nas ścigał, będzie ustami Agentów Smithów tłumaczyć nam, że to nie tak, że źle widzimy, że nie mamy racji, że jesteśmy tylko trybem w Matrixie, że w naszym postrzeganiu świata jesteśmy zupełnie sami. Aha! I tu tkwi sedno. Bo tak naprawdę wcale sami nie jesteśmy. Jest nas wielu, tyle że żyjemy w rozproszeniu, a to sprawia pozory, że nikt nie wie, nikt nie rozumie, nikt nie wysłucha… Jednak nagle, ni stąd ni zowąd, gdzieś, kiedyś, w zupełnie niezobowiązującej rozmowie pojawia się coś, co sprawia, że unosimy brwi ze zdumienia i pytamy: Ty też?! Potem ku naszemu zdziwieniu okazuje się, że jest ktoś podobny, i jeszcze jeden, i jeszcze kolejny, aż w końcu możemy skompletować całą załogę Nabuchodonozora.

Jeżeli mamy dostęp do głębokiej wiedzy**, to musimy pamiętać, że my sami raczej nie będziemy za to wychwalani, a nasze słowa pozostaną niezrozumiałe. Trzeba przyjąć do wiadomości, że większość ludzi wcale nie chce odłączyć się od Matrixa. Jest im w nim dobrze. Trochę sobie ponarzekają, trochę pomarudzą, ale ogólnie są zadowoleni i podążają ścieżkami wyznaczonymi przez innych. To ich prawo. Nie nam ich oceniać. Pamiętajmy, że każdy z nas od dzieciństwa tkwi w Matrycy i my kiedyś też byliśmy w punkcie, w którym oni się teraz znajdują. Nie ma sensu odłączać ich jeżeli nie są do tego gotowi. Nie ma sensu ironizować, używać sarkazmu ani pokazywać wszem i wobec jacy to my nie jesteśmy genialni. Mądrość wymaga pokory. Od nas, nie od nich. Jeżeli jednak zobaczysz, że jest ktoś kto nerwowo szuka odpowiedzi na pytania, kto miota się i nie potrafi sam dojść do tego, co Ty już widzisz, jeżeli ktoś taki zwróci się do Ciebie o pomoc, to nie wahaj się. Masz prawo i obowiązek być Morfeuszem.

Nie wiem czy to dobrze, czy źle odłączyć się od Matrixa. Na pewno płaci się za to ogromną cenę na zewnątrz, a zyskuje tylko i aż świadomość. Może być to bolesne i przytłaczające. Ale nie patrzę na to w kategorii „dobre czy złe”, po prostu przyjmuję do wiadomości, że będę widzieć zielone cyferki jeżeli spojrzę w telewizję, zaglądnę na plotkarski serwis czy będę słuchać hierarchy kościelnego. W tym momencie po prostu nie jestem już w stanie na nowo podłączyć się do Systemu i muszę funkcjonować poza nim. Mam dziką naturę więc zaadaptowałam się do życia poza głównym nurtem, mam wrażenie że całkiem sprawnie funkcjonuję na obrzeżach.

TheMatrix

Więc jeżeli ktoś, tkwiąc nawet nieświadomie w matrixowych wzorach myślenia, będzie przekonywał mnie, że jestem Mr Andersonem, uśmiechnę się i odpowiem: My name is Neo.

mynameisneo

* Zawsze wolałam te krzyczące wokalistki jak Sinead O’Connor czy PJ Harvey niż diwy w stylu Celine Dion czy Mariah Carey.

** Nie nazywam ją wiedzą tajemną, bo uważam, że jest dostępna dla każdego, ale trzeba koncentracji i wysiłku aby do niej sięgnąć. Dostęp do głębokiej wiedzy zyskuje się na różne sposoby, tym co ją cechuje są uważność, obserwowanie bez zajmowania stanowiska, wsłuchiwanie się, analizowanie, rozróżnianie, kwestionowanie i przede wszystkim dokopywanie do głębszych poziomów. Może się to dziać na różne sposoby: poprzez czytanie, przyglądanie się, zadawanie pytań, własne przemyślenia, studiowanie, porównywanie różnych źródeł, etc. U niektórych Przebudzenie następuje na skutek traum czy wypadków, kiedy dotychczasowe życie wywraca się do góry nogami i trzeba je budować na nowo, niektórzy z kolei „tak mają” od dziecka… Nie ma jednego wzorca. Pewne jest tylko to, że głęboka wiedza pozwala spojrzeć na wszystko z o wiele wyższego poziomu i o wiele szerszej perspektywy. Nie jest powiedziane, że samotność zawsze prowadzi do przyswojenia głębokiej wiedzy, ale zawsze otwiera do niej drzwi.

Odcinek 6: Kobieta – Szkielet. O wyłowieniu skarbu, ucieczce przed nim i rozplątywaniu sieci

biegnaca z wilkami kobieta szkielet

KOBIETA – SZKIELET

Była raz dziewczyna, która zrobiła coś, co nie spodobało się jej ojcu. Nikt już nie pamięta dokładnie, co to było. Ojciec zawlókł ją na urwisko i zepchnął do morza. Ryby pożarły jej ciało, wygryzły oczy. Jej szkielet leżał na dnie miotany prądami.

Któregoś dnia pewien rybak wybrał się na połów. Prawdę mówiąc, wcześniej wielu przybywało do tej zatoki. Jednak ów rybak, odpłynąw­szy daleko od domu, nie wiedział, że miejscowi trzymają się od niej z daleka, powiadając, iż jest nawiedzana przez duchy.

Hak rybaka zanurzył się w wodzie i zaczepił o żebro szkieletu dziewczyny. Rybak pomyślał: „To musi być wielka ryba! Mam szczęście!” Już się cieszył, ilu ludzi wykarmi swą wielką zdobyczą, myślał, na jak długo wystarczy mięsa i że wreszcie odpocznie od wypływania w morze. Gdy mocował się z wielkim ciężarem, morze zakipiało, a kajak się zatrząsł i podskoczył, bo ta, która była pod wodą, walczyła, by się wyzwolić z liny. Im bardziej się mocowała, tym ciaśniej krępowała ją lina. Choć się szamotała, hak zaczepiony o żebro nieubłaganie ciągnął ją w górę.

Rybak obrócił się, żeby wybrać sieć, nie zauważył więc łysej czaszki nad falami, nie widział małych korali iskrzących w oczodołach, nie widział skorupiaków na starych, jak z kości słoniowej, zębach. Kiedy się odwrócił od sieci, straszna postać wypłynęła na powierzchnię i za­wisła zaczepiona zębami o burtę kajaka.

Mężczyzna krzyknął i serce podeszło mu do gardła, z przerażenia wywrócił oczami, do uszu buchnęła krew. Wrzeszczał i wiosłem ze­pchnął ją z dzioba, po czym jak szalony zaczął wiosłować w kierunku brzegu. Nie wiedząc, że zaplątała się w jego linę, wpadł w jeszcze większe przerażenie, bo wydawało się, że stanęła na palcach i goni za nim do brzegu. Kręcił kajakiem na wszystkie strony, lecz ciągle była tuż za nim, jej oddech toczył się po wodzie obłokami pary, a ramiona machały, jakby chciały go złapać i pociągnąć w toń.

Mężczyzna wył przeraźliwie, dobijając do brzegu. Jednym susem wyskoczył z kajaka, biegł, kurczowo ściskając wędkę, a koralowobiały szkielet kobiety, wciąż zaplątany w linkę, klekotał tuż za nim. Gnał po skałach, a ona za nim. Gnał przez przemarzniętą tundrę, a ona za nim. Gnał po mięsie suszącym się na brzegu, rozdeptując je na kawałki, rozdzierając buty z foczej skóry.

Przez cały czas Kobieta-Szkielet była tuż za nim, chwytając w biegu zamarznięte ryby. Zaczęła je zjadać, bo nie pożywiała się od bardzo, bardzo dawna. Wreszcie myśliwy dotarł do swego igloo, zanurkował do tunelu i opierając się na rękach i kolanach, wczołgał do wnętrza. Dysząc i szlochając, położył się w ciemności, a jego serce waliło jak potężny bęben.

— Bezpieczny, jestem bezpieczny, dzięki, o bogowie, dzięki ci, Ravenie, dzięki, szczodra Sedno, bezpieczny… nareszcie.

Ale kiedy zapalił lampkę z oleju wieloryba ona… to coś… leżało w nieładzie na śniegowej podłodze z piętą na ramieniu, kolanem w klat­ce piersiowej, stopą na łokciu. Nie wiedział potem, co go do tego skło­niło, może blask światła, który zmiękczył jej rysy, a może fakt, że był samotnym człowiekiem. Dość powiedzieć, że poczuł jakąś tkliwość — powolutku wyciągnął umorusane dłonie i przemawiając miękko, nucąc jak matka do dziecka, zaczął wyplątywać ją z liny.

Najpierw uwolnił palce stóp, potem kostki. Mozolił się długo w noc, aż wszystkie kości ułożył w odpowiednim porządku, po czym ubrał ją w futro, żeby nie zmarzła.

Po omacku znalazł krzesiwo i dołożył do ognia własnych włosów, żeby lepiej widzieć. Spoglądał na nią od czasu do czasu, kiedy nacierał oliwą cenne drewno wędki i przewijał linkę. A ona, okutana futrem, nie przemówiła słowem — nie śmiała — bojąc się, żeby myśliwy nie wyrzucił jej na skały i nie połamał jej kości na kawałki.

Myśliwy poczuł senność, wślizgnął się pod skóry i zaczął śnić. Czasami ludzie płaczą we śnie. I choć nie wiemy, co im się wtedy śni,  to pewnie być sen pełen smutku lub tęsknoty. To właśnie zdarzyło myśliwemu.

Kobieta-Szkielet w blasku ognia ujrzała tę błyszczącą łzę i na jej widok poczuła ogromne pragnienie. Klekocząc, poczołgała się w stronę śpiącego mężczyzny i przytknęła usta do łzy. Ta jedna łza przemieniła się w rzekę, z której piła i piła i piła, dopóki nie ugasiła wieloletniego pragnienia.

Leżąc tak przy nim, sięgnęła w głąb piersi śpiącego i wyjęła mu serce, potężny bęben. Usiadła i zaczęła weń uderzać rytmicznie z obu stron, bum, bum, bum!

Bębniąc, zaczęła śpiewać: — Ciało, ciało, ciało, niech powróci do mnie ciało. Im dłużej śpiewała, tym więcej przybywało jej ciała. Wy­śpiewała włosy, bystre oczy i ładne, pulchne dłonie. Wyśpiewała kobie­cość między nogami, duże, ciepłe piersi i wszystko, czego potrzeba kobiecie.

A kiedy skończyła, śpiewem zdjęła ze śpiącego ubranie i położyła się przy nim, skóra przy skórze. Oddała mu serce, ten wielki bęben, włożyła je na miejsce i tak się potem obudzili, owinięci sobą, splątani po wspólnej nocy już w inny sposób, dobry i trwały.

Ludzie, którzy już nie pamiętają, dlaczego najpierw spotkał ją tak zły los, powiadają, że odeszła z rybakiem. Nigdy nie brakło im jedzenia, bo morskie stworzenia, które znała, żyjąc pod wodą, zawsze dostarczały im pożywienia. Mówią, że to prawda i że nic więcej nie wiedzą.

————————————————————-

Kobieta, którą cechuje dzika natura, nie ma łatwego zadania jeżeli chce znaleźć sobie towarzysza. Tymczasem w naturze, wilki często łączą się w pary, które zostają ze sobą na całe życie. Nawet jeśli zdarzają się między nimi waśnie i nieporozumienia, to wspólnie przeżywają surowe, mroźne zimy, bujne wiosny, dalekie wędrówki, nowe potomstwo, ataki od­wiecznych prześladowców, tańce plemienne i grupowe śpiewanie. Potrzeby ludzi są niemal identyczne. U zwierząt odbywa się to instynktownie, u ludzi zazwyczaj jest trudniejsze. Związki ludzkie z różnych przyczyn mogą być oderwane od cyklu Narodzin – Śmierci – Odrodzenia. W naszym kręgu kulturowym w praktyce wygląda to w ten sposób, że pobierają się młodzi ludzie, często nie mieszkając wcześniej ze sobą (albo co gorzej w związku z tzw. „wpadką”), a dodatkowo zdarza się, że składają sobie przysięgi „i nie opuszczę cię do końca życia” nie zdając sobie sprawy, że w dzisiejszych warunkach oznacza to bycie ze sobą przez czterdzieści – pięćdziesiąt lat. Jest jedno wydarzenie na początku, huczny ślub, na który idzie mnóstwo pieniędzy, a potem młodzi zostają sami ze sobą, pojawiają się problemy finansowe, opieka nad dziećmi, rutyna itd. Po kilku, kilkunastu latach dwoje ludzi, którzy kiedyś byli sobą zauroczeni, nagle odkrywa, że łączą ich potomstwo i finanse, ale już nie uczucia. Tymczasem związek jest tak jak roślina, trzeba o nią dbać i nie ustawać w pielęgnacji. To że kończy się jedna faza, nie oznacza że relacja umiera. Po zimie nadchodzi czas odrodzenia, kiedy roślina wypuszcza na nowo liście i ponownie zakwita. Rytm Narodzin – Śmierci – Odrodzenia ludzkość zna od czasów starożytnych, kiedy wraz z rozwojem rolnictwa i obserwacją pór roku trafił on do mitów. Jest to cykl budzenia się do życia, rozwoju, starzenia się i śmierci, po której zawsze następuje odrodzenie. Cykl ten dotyczy życia fizycznego i wszystkich aspektów życia psychicznego. Wszystko — słońce, supernowe, księżyc, wszystkie sprawy istot ludzkich oraz najmniejszych bytów, nie wyłączając komórek i atomów, podporządkowuje się prze­miennym rytmom rodzenia i zamierania.

Ale my nie zwracamy już uwagi na starożytne mity, tylko oglądamy disnejowskie wersje baśni albo hollywoodzkie opowieści o pseudo-wampirach, gdzie gubi się głębszy sens, postacie stają się płaskie i właśnie takie kreskówkowe, a wszystko jest komercyjnie podane pod określony target czyli nastolatki. W mądrych, pouczających opowieściach miłość rzadko jest przedstawiana jako romantyczne schadzki dwojga zakochanych. Może warto wyjść jednak poza nasz krąg kulturowy i poznać punkt widzenia na relację ludów, które żyją w surowych warunkach, gdzie przetrwanie zależy od zaufania i wzajemnej pomocy. Aby ją zrozumieć, trzeba wiedzieć, że tam, gdzie myśliwska społeczność walczy o przetrwanie pod presją nieprzyjaznych, surowych warunków naturalnych, miłość nie ma nic wspólnego z flirtem ani pogonią za przyjemnościami ego, ale jest namacalnym węzłem opartym na wytrwałości i cierpliwości, węzłem, który potrafi przetrwać czasy dostatku i niedostatku, najtrudniejsze i najprostsze dni i noce. Jednak aby taką więź stworzyć, trzeba stanąć przed Panią Śmierci czyli Zmianą, stawić jej czoła i rozpocząć cykl na nowo. W większości kultur cywilizacji zachodniej pierwotne pojęcie istoty Śmierci tak długo obrastało w rozmaite dogmaty i doktryny, że zostało całkowicie odseparowane od swej drugiej połowy, Życia. Jeden z najważniejszych, najbardziej podstawowych aspektów natury zaczął być pojmowany fałszywie i w okaleczonej postaci. Narasta przekonanie, że po śmierci może nastąpić tylko jeszcze więcej śmierci. To nieprawda, w śmierci bowiem istnieje zalążek nowego życia, nawet jeśli czyjeś istnienie zostało zredukowane do szkieletu. Życie i Śmierć współistnieją ze sobą, mamy jednak wewnętrzną czy nawet podświadomą obawę przed zaangażowaniem w związek wiedząc, że coś się w nim kończy.

Może to wynikać z obrazu śmierci jaki mamy zakodowany w umysłach, jako szkieletu z kosą i upiornym uśmiechem tańczącego danse macabre, który zbiera żniwo wśród tych co nie znają dnia ani godziny zostawiając za sobą stosy trupów. Tymczasem w kulturach pierwotnych, których elementy nadal istnieją w opowieściach i baśniach, śmierć jest zintegrowana z życiem tak jak jest to odzwierciedlone w naturze: po ciepłych dniach przychodzą zimne, a po nich znowu ciepłe, z ziarna wyrasta roślina, zakwita, wydaje ziarno, więdnie, ale z jej ziarna wyrasta nowa, itd. Widać to w wielu kulturach, bardzo często boginie wojny (czyli Śmierci) były także boginiami płodności (czyli Życia), planeta Wenus* była postrzegana jako Gwiazda Wieczorna (aspekt schodzenia-śmierci) i Gwiazda Poranna (aspekt wchodzenia-narodzin). W dużej mierze wiedza o istocie Życia-Śmierci-Życia jest skażona strachem przed śmiercią. Z tego powodu nie potrafimy się dostroić do jej cykli. A jednak jej siły nie kierują się przeciwko nam. To nie rabuś, który grabi nas z rzeczy nam drogich. To nie szalony pirat drogowy, który miażdży wszystko, co cenimy. Siły Życia-Śmierci-Życia są częścią naszej własnej natury, częścią wewnętrznego źródła wiedzy, które zna kroki tańca Życia i Śmierci. Składają się z tych aspektów nas samych, które znają czas życia i czas śmierci. To głęboko ukryta nauczycielka i przewodniczka, trzeba tylko dostosować się do jej tempa. (…) Niestety, nasza kultura często nakłania do zrzucania Kobiety-Szkieletu z urwiska, bo nie dość, że budzi ona grozę, to w dodatku zbyt dużo czasu trzeba, by nauczyć się jej zwyczajów i praw. Bezduszny świat zmusza do histerycznego miotania się w poszukiwaniu tej jedynej lampki, która zapali się natychmiast i na zawsze. Jednak żeby ten cud, na który czekamy, mógł nastąpić, potrzeba czasu; trzeba czasu, by tę lampkę odnaleźć, trzeba czasu, by tchnąć w nią życie. Współczesne poszukiwanie perpetuum mobile ściga się z poszukiwaniem wiecznej machiny miłości. Nie można się dziwić, że ludzie usiłujący kochać czują zamęt i udrękę, tak jak w baśni  Czerwone Trzewiczki , i nie mogąc powstrzymać obłąkańczych pląsów, wirując, omijają rzeczy, które w głębi serca najbardziej cenią.

Opowieść o Kobiecie – Szkielecie dosłownie obrazuje etapy, które trzeba przejść aby rozwinąć w sobie prawdziwą miłość do drugiego człowieka: przypadkowe znalezienie skarbu, chociaż najczęściej nie zdaje się sobie samemu z tego sprawy, potem następuje faza pogoni i ukrywania się, następnie rozplątanie z więzów i okazywanie współczucia, a następnie ufność, leczenie starych ran i zdolność do spokojnego snu w obecności drugiej osoby, a na końcu tworzenie nowego, wspólnego życia kierując się sercem.

POCZĄTKOWA FAZA MIŁOŚCI

Początek legendy jako żywo przypomina mit o Sednie, która według podań inuickich (eskimoskich) uciekła z domu do mężczyzny, który obiecał jej dostatnie życie. Jej rozgniewany ojciec w czasie burzy wyrzucił ją z kajaka i odrąbał ręce, aby nie mogła się wspiąć z powrotem. Sedna pogrążyła się w morskiej otchłani, z jej dłoni powstały ryby i inne stworzenia morskie, którymi żywią się Inuici, a reszta ciała opadła na dno morskie i osiadła w podwodnych jaskiniach. Szamani nurkują do niej, aby przebłagać Sednę i uprosić ją o uleczenie duszy i ciał oraz o urodzaj w czasie polowań morskich.

Baśnie na całym świecie rozpoczynają się od motywu znalezienia przez bohatera skarbu, bardzo często jest on wyławiany z wody (jak chociażby znana wszystkim opowieść o Złotej Rybce), która jest uniwersalnym symbolem uczuć i podświadomości. Motyw rybaka w archetypowej symbolice ma wiele wspólnego z obrazem myśliwego. Oba reprezentują, między wieloma innymi rzeczami, te elementy ludzkiej psychiki, które poszukują wiedzy i dokonują wysiłku, by pielęgnować jaźń przez jedność z instynktem. Rybak nie zdaje sobie sprawy z tego, co zaplątało się w jego sieci, nie rozumie co to za skarb, jego postrzeganie jest ograniczone do poziomu ego, codziennego i operacyjnego**, ma tylko nadzieję, że to wielka ryba, dzięki której nasyci głód. Ludzie, którzy nie wiedzą, co robią, wobec miłości przyjmują postawę właśnie taką, jaką rybak w opowieści przyjmuje wobec swej zdoby­czy: „Złowić coś wielkiego, coś, co wystarczy na długo, coś, co będzie mnie podniecać, ułatwiać mi życie, coś, czym mógłbym się chwalić przed innymi myśliwymi, kiedy wrócę do domu”.(…)To naturalny tok myślenia naiwnego, prostodusznego lub bardzo wygłodzonego myśliwego. Ludzie bardzo młodzi, którzy jeszcze nie przeszli inicjacji, ludzie wygłodzeni, zranieni cenią sobie wartości, które wynikają z odnajdywania lub zdobywania trofeów. Ci bardzo młodzi zupełnie nie wiedzą, czego w życiu szukają, głodni walczą o przetrwa­nie, a zranieni szukają zadośćuczynienia za dawne straty.

 Na dłuższą metę nie da się działać wyłącznie na poziomie codziennym i operacyjnym, dusza prędzej czy później upomni się o swoje. Nie da się żyć bazując tylko na pracy, romansach czy zdobywaniu kolejnych sum albo stanowisk, to jest pokarm dla ego, ale dusza się tym nie wyżywi. Można ją oszukiwać pracą, romansami i zdobywaniem tak jak oszukuje się organizm gotowym, zafoliowanym jedzeniem, ale w końcu ciało zbuntuje się i pogarszająca się kondycja sprawi, że będziesz musiał się ruszyć do kuchni i własnoręcznie przyrządzać zdrowe posiłki. W gruncie rzeczy są chwile, kiedy chcielibyśmy dostawać jeść, zupełnie nic nie robiąc. W rzeczywistości dobrze wiemy, że nic, co ma jakąkolwiek wartość, w ten sposób powstać nie może. A jednak życzymy sobie tego. Taką sytuacją z punktu widzenia psychiki jest oczekiwanie na miłość idealną i często jest tak, że właśnie te osoby, natrafiają na skarb, który wprawi ich w przerażenie i skonfrontuje z własną naiwnością czy wcześniejszym zranieniem.

Wszelkie relacje jakie tworzymy ze światem zewnętrznym wymagają od nas mądrości, której albo sami nie mamy, albo nie ma osoba, której ofiarowaliśmy nasz skarb. Większość z nas ma za sobą mało udane związki, które nadwątlają naszą wiarę w trwałe, prawdziwe uczucie. Używając określeń ekonomicznych miłość jest naszym emocjonalnym kapitałem, idziemy z nim do innej osoby jak z pieniędzmi do banku. Jeżeli jeden splajtuje, to zanosimy to co zostało do drugiego, jeżeli on też splajtuje to idziemy do trzeciego, ale jeżeli i ten upadnie to w którymś momencie zaczyna nam brakować i samego kapitału emocjonalnego, i ochoty na powierzanie go komukolwiek. Zresztą w ogóle chyba nie zdajemy sobie sprawy z tego jak wiele możemy dać swoją obecnością drugiemu człowiekowi (na planie uczuciowo – duchowym, wcale nie materialnym). Każda relacja to wejście w świat innej osoby, gdzie możemy zachować się albo jak budowniczy, albo jak podróżnik, albo jak złodziej, albo jak wandal. Bardzo często zachowujemy się jakbyśmy przyszli tam na imprezę, zabawić się, spróbować nowości, znaleźć rozrywkę, a potem się ulotnić i nie myśleć jak będzie to miejsce wyglądało bez nas. Okaleczamy w ten sposób kolejne Sedny, które oddają swój skarb, a potem tracą dłonie, a wraz z nimi zdolność działania i chęć kochania. Jakaś część psychiki każdej kobiety i każdego mężczyzny nie chce przyjąć do wiadomości, że we wszystkich związkach miłosnych Śmierć ma rolę do odegrania. Udajemy, że miłość jest możliwa bez śmierci naszych złudzeń, bez śmierci płytkich zachcianek; udajemy, że posuwamy się naprzód i nasze ulubione porywy nigdy nie przeminą. Ale kiedy kochamy, wszystko w psychice zostaje przewrócone do góry nogami. Ego nie umie się z tym pogodzić. Jednak tak właśnie ma być, a człowiek o głębokiej, dzikiej naturze bez wątpienia godzi się na to. Co ginie w związku dwojga ludzi? Giną iluzje, nadzieje, żądza posiadania wszystkiego naraz, ginie pragnienie posiadania samego tylko piękna. Ponieważ miłość zawsze wiąże się także ze zstąpieniem w istotę śmierci, rozumiemy, dlaczego trzeba tak wielkiego hartu i wrażliwości, by zaangażować się uczuciowo. Kiedy całym jestestwem poświęcamy się miłości, głęboko angażujemy się też we wskrzeszenie istoty Kobiety-Szkieletu i jej wszystkich nauk. Rybak w opowieści bardzo opornie zaczyna zdawać sobie sprawę z prawdziwej natury tego, co złowił. Tak jest na początku ze wszystkimi. Trudno zrozumieć, co się naprawdę robi, kiedy wyrusza się na połów do nieświadomości. Ludzie niedoświadczeni nie mają pojęcia, że pod wodą, na dnie, żyje Śmierć. Zorientowawszy się, z czym mają do czynienia, w pierwszym odruchu chcą wyrzucić ją z powrotem za burtę. Stają się jak mityczni ojcowie, którzy swe niepokorne córki spychają z kajaków w morskie fale.

To co ginie między dwojgiem ludzi odrodzi się w nowej formie, ale na tym etapie nie są oni jeszcze tego świadomi. Gdy opada pierwszy entuzjazm, kiedy mają stawić czoła wyzwaniom życia codziennego, kiedy zaczyna do nich docierać ogrom i moc tego co znaleźli, rzucają się do ucieczki. Jeśli kochankowie z uporem wypełniają życie wymuszoną wesołością, nieustającą rozrywką i przyjemnościami, jeśli wypalają się, „żyjąc intensywnie”, jeśli rzucają się w wir seksu albo delektują się życiem, unikając wszelkich konfliktów, to wówczas istota Życia-Śmierci-Życia spada z urwiska w dół i na powrót tonie w morzu. Jeśli do związku miłosnego nie dopuszcza się cykli życia i śmierci, to wszystko, co symbolizuje Kobieta-Szkielet, zostaje wyrzucone z psychicznego domostwa i opada na dno. Po czym miłość dwojga ludzi wkracza na drogę pozorów i wymuszenia: „Precz ze smutkiem, bawmy się”. Za wszelką cenę chcą utrzymać ten stan. Dusza związku zanurza się i znika w kipieli wodnej; będzie dryfować pod wodą, bez czucia, jałowa, bezużyteczna. Kobieta-Szkielet spada z urwiska zawsze wtedy, gdy kochankowie nie mogą jej znieść albo jej nie rozumieją. Zostaje zrzucona z urwiska, kiedy błędnie pojmują sens cykli przeobrażenia: nie mogą się rozeznać, kiedy coś powinno umrzeć, by na jego miejscu wyrosło coś nowego. Jeśli kochankowie nie potrafią dostroić się do procesów Życia-Śmierci-Życia, to ich wzajemne uczucie nie może być niczym więcej jak burzą hormonów. Zrzucenie tej tajemniczej istoty z urwiska zawsze sprawia, że i zakochana kobieta, i uczucia mężczyzny stają się szkieletami pozbawionymi prawdziwej miłości i pożywienia. Ponieważ kobieta częstokroć uważnie obserwuje i wyraźnie odczuwa cykle biologiczne i emocjonalne, cykl życia i śmierci znajduje się w centrum jej zainteresowań. A ponieważ niewiele nowego może się narodzić, dopóki nie nastąpi rozkład tego, co żyło wcześniej, kochankowie, którzy pragną wydobyć z siebie maksymalne iskrzenie, żyć na maksymalnych obrotach, będą pędzić dzień za dniem w coraz bardziej skostniały związek. Próba zmuszenia miłości do trwania wyłącznie w pozornie najbardziej pozy­tywnej formie powoduje odwrotny skutek; miłość pada bez życia, i to na zawsze.

skeleton-woman

Kobieta – Szkielet wypływa na powierzchnię mimo że wolelibyśmy, aby tkwiła na morskim dnie i nie przeszkadzała nam w radości i uciechach. Jednak jest tym co prędzej czy później i tak pojawia się w każdej relacji międzyludzkiej, wyzwaniem i czasem nabywania mądrości bez których związek nie nabierze głębi. Widzę u zakochanych, niezależnie od płci, powtarzające się zjawisko. Dwoje ludzi zaczyna taniec, by sprawdzić, czy potrafią się poko­chać. Niespodziewanie zaczepiają o Kobietę-Szkielet. Coś między nimi zaczyna się kurczyć i pogrąża się w chaosie. Często bolesna rozkosz seksualnego podniecenia stygnie, partnerzy zaczynają dostrzegać swoje słabości i nie wyleczone urazy albo stwierdzają, że to drugie „nie jest odpowiednim materiałem na trofeum”. I to jest właśnie moment, kiedy łysa, bardzo stara dziewczyna o pożółkłych zębach wypływa na powierzchnię. Brzmi to makabrycznie, ale jest to najdonioślejsza chwila — sposobność do wykazania się odwagą i poznania miłości. Kochać znaczy wytrwać i zostać. Kochać znaczy opuścić świat fantazji i wejść w świat, w którym możliwa jest trwała, realna miłość. Twarz w twarz, kość w kość, miłość pełna oddania. Kochać znaczy zostać, kiedy każda komórka woła „uciekaj!”(…)Podczas ponad dwudziestu lat praktyki terapeutycznej nieraz przyjmowałam mężczyzn i kobiety, którzy opadali na sofę jednocześnie uszczęśliwieni i spłoszeni: „Spotkałem (spotkałam) kogoś. Wcale tego nie chciałam, zajmowałam się swoimi sprawami, nie szukałam nikogo — i nagle! pojawia się Ktoś przez wielkie K. Co mam robić?” Brnąc dalej w związek, zaczynają tchórzyć. Kulą się w sobie, denerwują. Czy boją się o uczucie tej drugiej osoby? Ależ nie. Drżą ze strachu, bo zaczynają dostrzegać łysy czerep wśród fal ich namiętności. Rety! Co robić? Mówię, że to magiczny czas. To ich nie uspokaja. Mówię, że niedługo zobaczą coś cudownego. Nie chcą wierzyć. Mówię, żeby nie rezygnowali, i to jakoś im się udaje, choć z trudem. Zanim się zorientuję, oni wiosłują coraz szybciej w małej łódeczce swej miłości. Chybocząc, docierają do brzegu i błyskawicznie zaczynają uciekać, by ratować życie; ja, ich psychoanalityk, usiłuję dotrzymać im kroku i wtrącić swoje trzy grosze, a za nami, sami zgadnijcie, kto pędzi drogą z suchym klekotem. U większości ludzi pierwsza konfrontacja z Kobietą-Szkieletem wywołuje impuls, by uciekać z prędkością wiatru, daleko, dokąd nogi poniosą. Ale nawet ta ucieczka jest elementem naszej drogi do miłości. Uciekać jest rzeczą ludzką, byle nie za długo, nie na zawsze.

I tu ważna konstatacja: należy zwrócić uwagę, że w baśni do fizycznego kontaktu rybaka i dziewczyny dochodzi dopiero w ostatniej fazie, kiedy wypełnią się wszystkie cykle. I dlatego jest to opowieść o miłości, a nie o konsumpcji. Z naszej opowieści wynika, że oddanie ciała jest jedną z ostatnich faz miłości. Tak powinno być. Dobrze jest opanować po mistrzowsku pierwsze fazy spotkania z naturą Życia-Śmierci-Życia, a kontakt cielesny odłożyć na koniec. Zawsze przestrzegam kobiety, żeby nie wiązały się z ludźmi, którzy po przypadkowym złapaniu na haczyk od razu rzucają się na ich ciało. Trzeba nalegać na przejście wszystkich faz. Wówczas ta ostatnia sama zadba o siebie, czas jedności ciał nadejdzie w stosownej chwili. Zgadzam się tu z dr. E nie jako ktoś, kto wierzy w nakazy i zakazy wynikające z religii i kultury (bo w nie w większości nie wierzę ), ale jako ktoś kto obserwuje i czerpie z doświadczeń własnych i innych: kontakt fizyczny jest nam potrzebny, to taki sam instynkt jak głód czy pragnienie, ale tak jak jedzenie może być albo pożyteczne, albo szkodliwe dla zdrowia tak samo jest z seksem i erotyką. Nie na darmo w języku polskim przystojnego mężczyznę określa się jako ‘ciacho’. Ciacho jest słodkie i uwalnia w mózgu wydzielanie hormonów szczęścia, ale jest też pełne kalorii i tłuszczu. Ciastko to deser, który spożywa się po właściwym posiłku, bo wtedy jesteśmy już najedzeni i dostarczyliśmy naszemu ciału składniki odżywcze, które zapewnią funkcjonowanie, wzrost i rozwój. Nie da się żyć o samych ciastkach. Organizm prędzej czy później zareaguje cukrzycą, nadwagą i podwyższonym ciśnieniem. Jeżeli zaraz na początku znajomości konsumuje się ją, to co zostaje dalej? Kiedy połączenie dwojga ludzi zaczyna się od fazy cielesnej, na proces spojrzenia w twarz naturze Życia-Śmierci-Życia nie jest jeszcze za późno, ale wymaga to o wiele więcej determinacji. To cięższa praca, ponieważ trzeba odciągnąć od cielesnych zachcianek żądne przyjemności ego, żeby zbudować fundamenty.

To nie oznacza, że musimy czekać w nieskończoność albo trzymać się sztywno reguł religii i kultury („dopiero po ślubie”). Nasza natura sama wyczuje odpowiedni moment. Jednak trzeba pamiętać, że kontakt intymny z innym człowiekiem otwiera nas na niego energetycznie, mentalnie i uczuciowo, nawet jeżeli chce się potraktować go jako przygodę na jedną noc. Zwłaszcza od kobiet sex wymaga dosłownie oddania się. Idąc drogą jaką podąża kobieta o dzikiej naturze trzeba się zapytać samej siebie, ‘Jeżeli się otworzę to co dostanę w zamian?’, ‘Czy to mnie wzbogaci, doda mojemu życiu radości i energii?’, ‘A może wprost przeciwnie, może ta osoba zrabuje moją ufność, nie da nic w zamian i ulotni się?’  itd. Trzeba się zastanowić czy to czego pragniemy jest na naszym szwedzkim stole tak jak już była o tym mowa w analizie baśni o Wasylisie. Albo inaczej: trzymając się terminologii żywieniowej, wyobraźmy sobie, że idziemy ulicą pełną restauracji oraz kawiarni i czujemy głód. Chcemy zjeść posiłek, który będzie zarówno zdrowy jak i smaczny, ale nie wiemy gdzie znajduje się restauracja, w której serwuje się takie posiłki, podobno jest gdzieś na końcu ulicy, ale tak dokładnie nikt nie wie. Jesteśmy głodni, a z restauracji dochodzą smakowite zapachy, więc wchodzimy do jednej z nich i zjadamy fast food. Na chwilę czujemy się najedzeni i zadowoleni, bo fast food jest pełen tłuszczu, przekaźnika smaku, który sprawia, że czujemy błogość. Jednak w fast foodzie nie ma wartości odżywczych i prędzej czy później ogarniają nas wyrzuty sumienia, że konsumujemy śmieciowe jedzenie zamiast szukać restauracji ze zdrowym i smacznym menu. Wychodzimy więc z powrotem na ulicę i szukamy dalej, ale prędzej czy później znowu dopada nas głód i znowu wchodzimy do baru z fast foodem. Jeżeli jednak odczuwamy łączność z naszym instynktem i intuicją, to w pewnym momencie przestajemy tam zaglądać, bo jedzenie fast foodu jest jak napędzanie błędnego koła: przestaje się poszukiwać prawdziwego smaku, aromatu i sztuki w posiłku, ponieważ nasze zmysły są stępione bezwartościowym jedzeniem, a chemiczne i konserwujące substancje przemysłowe, jakimi jest ono napakowane, sprawiają, że ludzie nieświadomie uzależniają się od niego . Idziemy więc dalej ulicą, próbując wmówić sobie, że nie czujemy głodu, i wtedy nagle, niespodziewanie tuż przed naszymi oczyma wyrastają drzwi restauracji, której szukaliśmy. Czujemy apetyczny zapach, obsługa jest bardzo miła i sprawna, z głośników słychać naszą ulubioną muzykę, widzimy jak kucharz przyrządza dla nas posiłek ze świeżych, pachnących i apetycznych produktów.

Dokładnie tak samo jest z ludźmi, z którymi wchodzimy w relacje. Możemy „skonsumować” ich szybko i bez specjalnej uwagi tak jak fast food, ale to fałszywa dieta, która nie nakarmi naszej duszy ani potrzeby kochania. Tak jak w baśni o Czerwonych Trzewiczkach będziemy uganiać się za coraz to nowszymi atrakcjami i wpadać w coraz większą frustrację, że nie ma przy nas kogoś, kto nie potrzebuje, żebyśmy byli non-stop sexowni i atrakcyjni. Może być tak, że znajdziemy restaurację, gdzie serwuje się zdrowe i pyszne posiłki, ale jest już tak dużo gości, że my do niej nie wejdziemy – tak właśnie dzieje się, kiedy spotykamy kogoś z kim świetnie się dogadujemy, ale kto jest już w związku. Nie pozostaje nam nic tylko chodzić i szukać. Ale według biblijnego zapewnienia „Szukajcie aż znajdziecie” warto, bo seks tak jak jedzenie i picie jest źródłem energii i dla ciała, i dla ducha. Warto tu zwrócić uwagę, że to zachodnia kultura i przemysł rozrywkowy kładą nacisk na ten aspekt szybkiej konsumpcji, w innych kulturach (jeszcze) toczy się to innym trybem. Tym, co oddaje cykliczność i stały, nie przyspieszany sztucznie rozwój związku jest seks tantryczny ,  który jest wyraźnie dostosowany do natury kobiety poprzez koncentrowanie się na czułości, powiązaniu uczuć z ciałem i spokojnym, wręcz powolnym tempie. Takich doznań nie będzie się miało z mężczyzną, który pragnie erotycznego fast foodu, sex tantryczny wymaga stabilnego budowania relacji, ‘chodzenia i szukania restauracji’ czyli cierpliwości i niezrażania się poprzednimi niepowodzeniami, ale tak jak to już określiła dr E, jeżeli pragnie się prawdziwej miłości to trzeba wyjść poza ego.

Z tych samych przyczyn nie powinno się także legalizować związku w trakcie trwania tej wczesnej fazy

POGOŃ

Kobieta – Szkielet nie jest jak Złota Rybka, nie daje się spławić z powrotem do morza, nie spełnia życzeń i wcale nie jest wdzięczna. To ona żąda od rybaka uwagi i akceptacji przy całej swojej straszności i nieprzewidywalności, a na dodatek często wypływa akurat w momencie, kiedy wszystko świetnie się układa i już mamy wrażenie, że stworzyliśmy dobry, stabilny związek. Nagle zaczynają się wykręty, tłumaczenie, że to nie ma sensu, próby racjonalizowania, dlaczego związek nie ma prawa się udać. Kiedy uczymy się kochać prawdziwie, z począt­ku popełniamy mnóstwo błędów. Sądzimy, że kochanek czy kochan­ka chcą nas osaczyć, tymczasem prawda jest inna: to pragnienie zespo­lenia się z drugim człowiekiem w ten jedyny, szczególny sposób powo­duje, że szkielet łapie się na haczyk i nie może się od nas oderwać. Kiedy rodzi się miłość, siły Życia-Śmierci-Życia wypływają na powierzchnię. Zawsze. (…) Faza ucieczki i ukrywania się w miłości to czas, kiedy kochankowie próbują racjonalizować lęk przed cyklami miłości, cyklami Życia–Smierci-Życia. Mówią: „Będzie mi lepiej z kimś innym”, „Nie chcę porzucać tego czy tamtego”, „Nie chcę zmieniać niczego w moim życiu”, „Nie chcę patrzeć na rany, ani swoje, ani innych”, „Jeszcze nie jestem gotowa”, „Nie chcę się zmieniać, dopóki szczegółowo się nie dowiem, w kogo się zmienię”. Tak naprawdę nie uciekamy przed naszym kochankiem/kochanką tylko przed Zmianą i naszym lękiem przed nim. Psychologia rozpoznaje to jako lęk przed bliskością, lęk przed zaangażowaniem. Ale to tylko symptomy. Głęboko u ich podłoża leży niedo­wierzanie i nieufność. Ci, którzy wiecznie uciekają, boją się tak napra­wdę żyć według cykli dzikiej, integralnej natury. Śmierć goni mężczyznę po wodzie, przez granicę między nieświadomością a pewnym gruntem świadomego umysłu. Świadomość zdaje już sobie sprawę, co złowiła, i rozpaczliwie próbuje przed tym umknąć. W życiu stale tak robimy. Coś straszliwego podnosi głowę. Nie dostrze­gamy tego i ciągniemy linkę, sądząc, że to wielka zdobycz. Owszem, to prawdziwa gratka, ale zupełnie innego rodzaju, niż się spodziewamy. To skarb, którego — na nasze nieszczęście — nauczono nas się bać. Bierzemy więc nogi za pas albo wyrzucamy łup, albo też staramy się go upiększyć i udawać, że jest czymś innym. Ale to nic nie daje. Musi przyjść chwila, kiedy dopadnie nas pocałunek potwora. To samo zjawisko towarzyszy miłości. Pragniemy tylko piękna, ale kończy się na tym, że stajemy oko w oko z ohydą. Odpychamy upiornego kościotrupa, ale on ciągle wlecze się za nami. Zrywamy się do biegu. On biegnie za nami. To świetny nauczyciel i zawsze twierdziliśmy, że chcemy go mieć. „Nie, to nie ten” — piszczymy przeraźliwie, kiedy się pojawia. Niech przyjdzie ktoś inny. Nic z tego. Właśnie ten nauczyciel należy się każdemu. I jak mówi przysłowie: kiedy uczeń jest gotowy, pojawia się nauczyciel. Gotowa jest dusza, a nie ego, bo ego nigdy nie będzie gotowe. Ego nie koncentruje się na głębi. Ego cieszy się rozrywką i próbuje na siłę ją zatrzymać. Ego boi się, że kiedy zaakceptujemy naturę Życia-Śmierci-Życia, nigdy już nie będziemy szczęśliwe. A czy dotąd rzeczywiście byłyśmy tak doskonale szczęśliwe? Otóż nie. Jednak nierozwinięte ego jest prymitywne, prostoduszne jak nie usocjalizowane dziecko, nieszczególnie zresztą radosne; przypomina dorosłe dziecko, które cały czas poluje na największą kromkę, najwygodniejsze łóżko, najprzystojniejszego faceta. Trzy rzeczy różnią życie wypływające z duszy od życia zdominowanego przez ego. Są to: zdolność wyczuwania i uczenia się nowych rzeczy; wytrwałość w podróżach po wyboistych drogach; cierpliwe uczenie się głębokiej miłości. Ego ma tendencję i talent do unikania nauki. Cierpliwość nie jest jego mocną stroną. Wierność w związku również nie. To nie ego, ta chorągiewka na wietrze, jest źródłem miłości, ale raczej nieoswojona dusza***.

Rybak zaczyna uciekać, a zaplątana w sieć dziewczyna razem z nim. Po drodze chwyta suszone ryby, bo wracają do niej głód i chęć życia. Rybak chroni się w swojej chaciez przekonaniem, że jest bezpieczny, ale nic bardziej błędnego. Dla współczesnych kochanków gra na zwlokę czy zachowanie dystansu jest jak śniegowy domek rybaka, o którym sądzi on, że jest bezpieczny. Czasem ten lęk przed konfrontacją z istotą śmierci ulega wypaczeniu do „wykręcania się”, próby zachowania tylko przyjemnych stron związku, pominięcia Kobiety-Szkieletu. W ten sposób do niczego nie dojdziemy.(…) Wszystkie „nie jestem gotów”, „potrzebuję czasu” to zrozumiałe wymówki, ale nie na długo. To prawda, że nie ma czegoś takiego jak całkowita gotowość i właściwy moment. Przy każdym zstąpieniu w nieświadomość nadchodzi czas, kiedy człowiek, mając nadzieję na najlep­sze, skacze w otchłań. Gdyby tak nie było, nie powstałyby w języku słowa bohater, bohaterka, odwaga. Prędzej czy później trzeba stawić czoła Zmianie, bo odepchnięta Kobieta – Szkielet będzie się niepostrzeżenie wynurzać w najmniej oczekiwanych momentach dopóki nie pojmiemy, że to ona rządzi nami, a nie my nią. Naszym zadaniem zaś jest pobieranie nauk. Jeśli ktoś pragnie kochać, to nie znajdzie innej drogi. Naszym zadaniem jest objęcie jej. Bez zadania, które wystawia na próbę, nie dokona się transformacja. Jeśli nie wypełnimy zadania, to nie przyjdzie poczucie satysfakcji. Niewiele trzeba, by kochać przyjemności. By kochać prawdziwie, trzeba bohatera, który pokona własny strach. Bez wątpienia bardzo wielu ludzi dochodzi do etapu ucieczki i ukrywania się. Niektórzy niestety wciąż się do niego cofają. Wejście do bezpiecznej nory jest zryte do niemożliwości. Ale ci, którzy pragną kochać, naśladują rybaka.

 ROZPLĄTYWANIE SIECI

Tak jak w wielu baśniach tak i w tej pojawia się motyw próby dla bohatera, kiedy muszą dowieść swoich czystych intencji i siły, stając przed mocą większą od nich. W  tym przypadku jest to przezwyciężenie lęku i rosnące współczucie dla Kobiety – Szkieletu. Jeszcze niedawno uciekał przed nią, dysząc ciężko i szlochając. Teraz pragnie jej dotknąć. A ona niejako dotyka jego serca przez samą swoją obecność. Kiedy zrozumiemy osamotnienie natury Życia-Śmierci-Życia w psychice, osamotnienie tej, która nie ze swojej winy ciągle jest odrzucana… wtedy może my też wzruszymy się jej dolą. Podobnie jak w opowieściach, gdzie dobro ukrywa się pod szpetną formą tak tutaj bohater ma za zadanie nie dać się zwieść pozorom. Tak dzieje się w Pięknej i Bestii, tak dzieje się w baśniach, gdzie źle traktowana sierota pomaga czarodziejowi pod postacią podróżnego i zostaje za to wynagrodzona, gdy z każdym jej słowem z ust zaczynają padać drogie kamienie; widząc to macocha każe swojej rodzonej córce również czekać na podróżnego, a kiedy odmawia pomocy czarodziejowi, który tym razem przyjął postać żebraka, z jej ust padają żaby, jaszczurki i padalce. W czasach, kiedy stawia się przede wszystkim na wygląd i urodę, warto pamiętać właśnie o tych opowieściach, które uczą, że trzeba być zawsze otwartym, niezależnie czy ktoś jest piękny czy szpetny, modnie ubrany czy noszący stare i zniszczone rzeczy. Jeśli pokonamy same siebie, by dotknąć tego, co dla nas odrażające, to czeka nas nagroda. Jeśli brzydotę odtrącamy z pogardą, to będziemy wygnani za drzwi, nie osiągniemy pełni życia. (…)Rozplątywanie Kobiety-Szkieletu to symbol zrozumienia tego myślowego błędu i naprawienia jego skutków. Rozplątywanie Kobiety-Szkieletu ma oznaczać zrozumienie, że miłość to nie wyznania w blasku świec i wieczny rozkwit. Rozplatanie Kobiety-Szkieletu daje pewność, że w odradzających się ciemnościach znaleźć można otuchę, a nie strach. Złożenie szkieletu to balsam na zastarzałe rany. To zmiana sposobu patrzenia i życia wyrażająca zdrowie, a nie wyjałowienie duszy. (…)Nie wystarczy samo wyciągnięcie nieświado­mego na powierzchnię, nie wystarczy nawet przypadkowe sprowadze­nie go do domu. Miłość zatrzyma się w rozwoju, jeśli ogarnie nas strach przed szkieletem, jeśli wzbudza on w nas nieustanny wstręt. Rozwikłanie tajemnicy Kobiety-Szkieletu sprawia, że złe zaklęcie przestaje działać — lęk przed pożarciem, wieczną martwotą zaczyna ustępować. W mitologiach bóstwa (zazwyczaj kobiece) związane z nicią były kwintesencjami przeznaczenia, zawsze zawierały w sobie element cierpliwości i uczestnictwa w procesach sił potężniejszych niż człowiek. Czy jest to Ariadna nakazująca Tezeuszowi poruszać się po Labiryncie trzymając się nici, czy są to helleńskie Mojry, rzymskie Parki czy germańskie Norny tkające nici życia, czy to Kobieta – Pająk tworząca cały świat na bazie pajęczej nici w mitologii rdzennych Amerykanów, wszystkie mają dostęp do świata niewidzialnego, skąd pochodzi dusza. One nie poruszają się na poziomie ego, zajmowanie się nicią, tkanie i rozplątywanie wymaga cierpliwości, zagłębienia się w siebie i uważnego spojrzenia. Trzeba krok po kroku przejść proces, który z początku zdaje się potwornie zagmatwany, ale w końcu okazuje się pra­wdziwym, głębokim wzorem odnowy. W baśniach rozwiązanie paska czy opaski, rozsupłanie węzła, rozplatanie czegoś symbolizuje początek rozumienia rzeczy wcześniej niejasnych, ich użycia i zastosowania, tajemnej mądrości maga. (…)Rozplatać oznacza uzyskać dogłębną wiedzę o sobie i innych, umocnić zdolność do przejścia wszystkich etapów, projektów, okresów inkubacji, narodzin i transformacji tak spokojnie i tak dostojnie, jak tylko możemy. Obrazowo rzecz ujmując Aleksander Wielki podszedł do węzła gordyjskiego na poziomie ego: rozciął go zamiast rozplątywać i takie było jego panowanie: pełne chwały, bogactwa i podbojów, ale krótkotrwałe. Po jego śmierci imperium, które stworzył, rozpadło się między skonfliktowanych ze sobą generałów.

untie

Osoba, która zrozumiała czym na poziomie codziennym jest rozplątywanie sieci będzie cierpliwa, będzie potrafiła czekać i nie wystraszy się tego, że rzeczywistość nie pasuje do wizerunku jaki miała wcześniej. To jest ktoś z silnie zakorzenioną psychiką, ktoś komu spełnienie nie uderzy do głowy jak woda sodowa. Nie potrzebuje zdobywania, nie musi mieć od razu wszystkiego, potrafi obserwować bez oceniania i uczyć się. Dobrze jest się oddać codziennym ćwiczeniom medytacyjnym przy rozplątywaniu natury Życia-Śmierci-Życia. Rybak nuci krótką piosneczkę, by ułatwić sobie zadanie. (…) Dzięki temu nie damy się zwieść natarczywym podszeptom z zakąt­ków umysłu, mówiącym: „Jakie to głupie… trzeba brać z życia co najlepsze”. Uczymy się ignorować ten głos i słuchać tego, który brzmi za nim w oddali.

ZASYPIANIE Z UFNOŚCIĄ

Ten fragment opowieści mówi o powrocie do niewinności. Zasypianie obok kogoś to wyraz głębokiego zaufania, bo podczas snu wyłączona jest nasza świadomość i stajemy się bezbronni jak dzieci. Trzeba też pamiętać, że z biologicznego punktu widzenia sen jest nieodzowny dla funkcjonowania. Nie możemy funkcjonować bez odpoczynku, pozbawieni regularnego snu stajemy się rozdrażnieni, zapadamy na choroby, a nasz organizm jest coraz bardziej wycieńczony. Nic dziwnego, że celowe pozbawianie snu w celu wymuszenia jest z punktu widzenia prawa taką samą torturą jak bicie. Sen to pokazanie kim się jest naprawdę, nie udawanie tego kim chciałoby się być. Tak jak fizycznie umysł nie może być non stop pobudzony tak w relacji nie możemy być stale atrakcyjni, pociągający i mówiący zawsze dokładnie tego co druga strona chce usłyszeć. Prędzej czy później będziemy zbyt zmęczeni odgrywaniem takiej roli i zmorzy nas sen, który pokaże nasze prawdziwe oblicze. Sen to także czas odnowy, kiedy regenerują się komórki i tkanki organizmu, podobnie dzieje się w baśni. Na tym etapie związku kochanek powraca do stanu niewinności; stanu, w którym wciąż jeszcze przeraża go żywioł emocji, stanu pełnego życzeń, nadziei, marzeń, oczekiwań. Niewinność to nie to samo co naiwność. W niedostępnej krainie, z której pochodzę, jest powiedzenie: „Prostota to nic nie wiedzieć i zmierzać ku dobremu. Niewinność to wiedzieć wszystko i nadal zmierzać ku dobremu”. (…) W ten stan mądrej niewinności wchodzimy, odrzucając cynizm i asekuranctwo, powtórnie zadziwiając się światem, co jest charakterystyczne dla większości ludzi bardzo młodych i wielu starych. To ćwicze­nie patrzenia oczami ducha przepełnionego mądrością i miłością, a nie wzrokiem zbitego psa, zaszczutego stworzenia czy człowieka zranione­go. Niewinność powraca w czasie snu. Niestety, wielu ludzi, wstając każdego ranka, odrzuca ją razem z kołdrą. A byłoby lepiej zabrać przebudzoną ze sobą i ogrzać.

Taki proces wymaga od nas zdjęcia maski, zburzenia muru obronnego, jakim odgrodziliśmy się od świata, odrzucenia cynizmu i sarkazmu, którymi rozum broni się przed miłością, zdrapywania warstw smutku i bólu jakie bezkarnie narastały w nas latami, dlatego niewielu jest chętnych by się go z własnej woli podjąć. Ale warto to zrobić. Słowem „niewinny” (ang. innocent) często określamy osobę żyjącą w ciemnocie, która nie ma wiedzy, prostaka. Ale w pierwotnym znaczeniu człowiek niewinny to ten, który nie czyni szkód, nie zadaje ran. W języku hiszpańskim inocenteto osoba, która z jednej strony stara się nie krzywdzić innych, z drugiej jest zdolna do uzdrowienia samej siebie. (…)Być niewinnym znaczy umieć rozpoznać naturę rany i wyleczyć ją. Takie potężne moce kryją się za pojęciem niewinności. Niewinność to postawa nie krzywdząca innych, zdolność leczenia, naprawiania, przywracania zdrowia. Zastanówcie się nad tym. To dobrodziejstwo dla wszystkich cykli miłości.

Zadane wcześniej krzywdy są istotną blokadą w dalszej drodze uczuciowej, bo wzmagają nadmierną czujność. Co innego być czujnym, a co innego przesadnie ostrożnym kiedy nie jest to potrzebne. Pamięć o krzywdzie sprawia, że okazuje się obojętność albo przewrażliwienie nawet jeżeli w pierwszym odruchu chciałoby się okazać czułość i troskę. Osoby, które boją się zostać oszukane albo złapane w pułapkę, które wniebogłosy wrzeszczą, że chcą „być wolne”, pozwalają, by złoto przeciekało im przez palce. Szczególnie mężczyźni często mają z tym problem i nawet jeżeli spotykają kobietę, w której z wzajemnością się zakochują, to nie potrafią tego okazać. Czasami nie można dodać odwagi słowami. Czasami ludzie muszą skoczyć głową w dół. W życiu mężczyzny musi nastąpić moment, kiedy zaufa drodze miłości, kiedy bardziej się boi utknięcia na mieliźnie psychiki niż wypłynięcia na szerokie, piękne, lecz nieoznakowane terytorium. Kiedy życie jest zbyt kontrolowane, robi się go coraz mniej do kontrolowania. Czasami człowiek boi się usnąć w obecności drugiego, obawia się powrotu do psychicznej niewinności, lęka się wykorzystania. Tacy ludzie podejrzewają innych o najgorsze i nie ufają sami sobie. To nie brak zaufania do ukochanej osoby. To brak rozliczenia z naturą Życia-Śmierci-Życia. To Śmierci muszą zaufać. Jak we śnie, natura Życia-Śmierci-Życia w najdzikszej postaci jest tak prosta jak łagodny wydech (koniec) i wdech (początek). Trzeba tylko zaufać, że gdzie jeden się kończy, drugi się zaraz zaczyna. Nie ma sensu czekanie na to by będzie się wystarczająco silnym by zacząć ufać. Taki dzień nigdy nie nastąpi. Musimy zaryzykować, że przekonania wpojone przez kulturę na temat Życia-Śmierci-Życia są fałszywe i że rację ma instynkt. By miłość mogła się rozwijać, partnerzy muszą ufać, że cokolwiek się stanie, posłuży przeobrażeniu.

ŁZA WZRUSZENIA

Kiedy na policzku śpiącego rybaka pojawia się łza, Kobieta – Szkielet podchodzi i spija ją. Mężczyźnie, który ma wdrukowany w podświadomość od dzieciństwa model twardego wojownika niełatwo jest płakać, ale dzieje się to z łatwością podczas snu, gdy jest bezbronny jak dziecko. Łzy są słoną wodą tak jak morze, które wyrzuciło Kobietę – Szkielet na powierzchnię, woda jest uniwersalnym symbolem uczuć, a słony smak wskazuje osobę, która przeszła już porażki w życiu uczuciowym. Tak niechybnie, jak kościotrup wypłynął na powierzchnię wody, tak teraz łza, znak uczucia budzącego się w mężczyźnie, wypływa z głębi na powierzchnię. To wskazówka, jak kochać siebie i drugiego człowieka. Obdarty z szat dziennego świata mężczyzna przyciąga szkielet dziewczyny do siebie, by się przy nim położył, by pił z niego i wykarmił się jego najgłębszym uczuciem. Teraz jest zdolny zaspokoić pragnienie drugiego człowieka. (…) Łza śniącego przychodzi, kiedy przyszły kochanek pozwala sobie poczuć i opatrzyć swoją ranę; kiedy pozwala sobie spojrzeć na zniszczenie, które sprowadził na siebie przez utratę wiary w dobroć; kiedy czuje się odcięty od ożywczego cyklu Życia-Śmierci-Życia. Płacze dlatego, że doskwiera mu samotność i bezbrzeżna tęsknota za owym psychicz­nym domem, za pierwotną wiedzą (…) Wszyscy popełniamy błąd, sądząc, że drugi człowiek może być lekarstwem, wzruszeniem, spełnieniem. Dużo czasu upływa, zanim zrozumiemy, że tak nie jest, głównie dlatego, że uzewnętrzniamy własną ranę, zamiast się nią zająć, zadbać o nią w swym wnętrzu. Nasze rany mogą być spowodowane przez rozmaite przyczyny: ciężkie przeżycia z dzieciństwa, zawiedzione zaufanie przez najbliższą osobę, mozolne dążenie do czegoś co nie przyniosło satysfakcji, niespełnienie ważnych zamierzeń, złe decyzje życiowe albo brak decyzji, itd. Problemem dla mężczyzn jest to, że w naszej kulturze nie mają tak naprawdę bezpiecznych sposobów na odreagowanie ich, o ile kobiety mogą wypłakać się czy wygadać koleżankom, to mężczyźni zazwyczaj wpadają w wir rozrywek czy romansów albo w nałogi. Pomóc mogą sobie tylko oni sami, ich zadaniem jest opatrzyć własne obrażenia, nikt inny im w tym nie pomoże. Uśmierzanie bólu za pomocą innych ludzi jest nieskuteczne i prowadzi do jeszcze większego bólu. Kiedy mężczyzna roni łzę, to znaczy, że odnalazł swój ból i czuje go, dotykając rany. Zaczyna widzieć, że z jej powodu otoczył się skorupą ochronną. Widzi, co w życiu stracił i przegapił za jej sprawą. Widzi, jak okaleczył swą miłość do życia, do samego siebie i do innych. (…)Głębokie uczucie tkliwości, które popycha rybaka do rozplatania szkieletu, pozwala mu także odczuć inne zapomniane tęsknoty, wskrzesić współczucie dla samego siebie.(…) Nie boi się pragnąć, bo wierzy, że jego pragnienie się urzeczywistni. Wiara, że pragnienie jego duszy będzie spełnione, przynosi mu wielką ulgę.(…) Łza rybaka przyciąga do niego Kobietę-Szkielet; sprawia, że chce jej się pić, że pragnie zbliżyć się do niego.(…) Łzy nie tylko symbolizują uczucie czy wzruszenie, są także jak soczewki, które odmieniają wzrok, dają inny punkt widzenia.

PÓŹNIEJSZE FAZY MIŁOŚCI

Kiedy mężczyzna jest pogrążony we śnie, Kobieta – Szkielet wyjmuje z niego serce i bije w nie niczym w bęben, instrument używany przez szamanów, by swoim rytmem przywołać duchy przodków i przenosić w odległe miejsca. Jest pięknie zsynchronizowany znaczeniowo z sercem, organem pompującym krew, bez którego nie da się żyć. Oba mają nadludzką moc i biją w określonym rytmie. Serce odmierza puls, a wraz ze śpiewem kobiety odrasta jej ciało. Śpiew ma moc magiczną i siłę tworzenia, w wielu legendach śpiewem wzywa się duchy, leczy ciało i ożywia umarłych, a nawet kreuje świat****. Opowieść zawiera obietnicę — jeśli pozwolisz, by Kobieta-Szkielet stała się bardziej namacalna w twoim życiu, ona w zamian uczyni je bardziej wartościowym, lepszym, obfitszym. Kiedy wyzwolisz ją ze splątanej liny, kiedy rozwiążesz jej zagadkę, zrozumiesz, że jest zarazem nauczycielką i kochanką; zostanie twym sprzymierzeńcem i partnerem.(…) Oddając serce nowemu dziełu stworzenia, nowemu życiu, siłom Życia-Śmierci-Życia, zstępujemy w dziedzinę uczuć. Może to być trudne, zwłaszcza jeśli nosimy w sobie rany zadane przez smutki i rozczarowania. Jednak trzeba tego dokonać, przez bębnienie tchnąć pełnię życia w Kobietę-Szkielet, zbliżyć się do tej, która zawsze była nam bliska.(…) Przez lata obserwowałam to zjawisko u innych, doświadczałam go także na sobie. To niepowtarzalna chwila, kiedy tworzymy coś wartościowego dzięki temu, że ukochany pokłada w nas wiarę, dzięki jego szczerej życzliwości dla naszej pracy, projektów, ważnych spraw. To przedziwne zjawisko nie ogranicza się do kochanków: może się pojawiać dzięki każdemu, kto szczerze obdarza sercem.(…) Słowo pneuma(oddech) ma wspólne etymologiczne korzenie ze słowem psyche— oba odnoszą się do duszy. Jeśli więc w opowieści, legendzie czy micie pojawia się pieśń, to wiemy, że wzywa się bogów, by natchnęli ludzkie sprawy duchem mądrości i mocy. Wiemy, że te siły działają w świecie ducha, że za ich sprawą doskonali się kształt duszy.

 Fizjologia ciała kobiety zbliża ją do natury Życia-Śmierci-Życia. Jeśli kobieta poddaje się instynktowi, to wszelkie idee i impulsy popychające ją do miłości, tworzenia, wiary, pożądania, we właściwym czasie przychodzą, odchodzą, rodzą się na nowo. Można powiedzieć, że kobiety świadomie lub nieświadomie praktykują tę głęboką wiedzę z każdym księżycowym cyklem. (…)Czasem ten, kto ucieka przed naturą Życia-Śmierci-Życia, uparcie się domaga, żeby miłość przynosiła same dobrodziejstwa. Jednak miłość w najpełniejszej swej postaci jest ciągiem następujących po sobie śmier­ci i ponownych narodzin. Wychodzimy z jednej fazy, jednego aspektu miłości, by wkroczyć w kolejny. Namiętność przygasa i powraca. Ból przechodzi i znów się pojawia. Kochać, znaczy wziąć w objęcia i jednocześnie przetrwać wiele końców i wiele początków — wszystkie w jednym związku dwojga osób. Proces ten komplikuje fakt, że odcięta od natury współczesna cywilizacja nie znosi przeobrażeń. (…)Żeby kochać, jeśli już kochać chcemy, bailamos con La Muerte, tańczymy ze Śmiercią. Jest czas bujnych plonów i czas obumierania, są narodziny żywe i martwe, po których znów rodzi się życie. Kochać, znaczy uczyć się tanecznych kroków, bo miłość jest jak taniec. Energia, uczucia, bliskość, samotność, pożądanie i znużenie, wszyst­ko wznosi się i opada, cykle zaś splatają się ze sobą. Pragnienie bliskości, pragnienie samotności, wszystko przychodzi i odchodzi falami. Natura Życia-Śmierci-Życia uczy nie tylko tańca z nimi i w nich, uczy także, że lekarstwem na każdą dolegliwość jest zawsze jej przeciwieństwo; aktywność jest lekarstwem na nudę, czyjaś bliskość — lekarstwem na samo­tność, samotność znów — lekarstwem na poczucie osaczenia przez ludzi. Kto nie zna kroków tego tańca, ten lubi w okresach bezruchu zaspokajać potrzebę nowości i aktywności, szastając pieniędzmi, igrając z niebezpieczeństwem, podejmując bezmyślne decyzje, szukając nowego kochanka. Tak robią głupcy. Tak robią te, które nic nie wiedzą. (…) Początkowo wszystkim nam się zdaje, że możemy uciec przed aspektem śmierci w naturze Życia-Śmierci-Życia. To tylko złudzenia. Nie można uciec; Śmierć idzie tuż za nami, z klekotem nagich kości, stuk, stuk — wchodzi do naszych domów, do naszej świadomości. Jeśli nie w inny sposób, to poznajemy tę ciemną stronę życia, konstatując, że świat nie jest tak piękny i sprawiedliwy, jak się nam zdawało, że pogrzebałyśmy szansę, nie wykorzystałyśmy możliwości, że prawa Życia-Śmierci-Życia mają nas w swojej mocy, czy tego chcemy, czy nie. (…)Z opowieści wynika, że Śmierć stawia Miłości wymagania. Wymaga łzy — uczucia — i serca. Wymaga, żeby ją kochać. Natura Życia-Śmierci-Życia domaga się od kochanków, żeby spojrzeli w twarz jej prawom z prostotą, żeby nie mdleli na jej widok i nie robili uników, żeby ich wzajemne przywiązanie było czymś więcej niż „byciem razem”, żeby ich miłość opierała się na wspólnej wiedzy i sile; wymaga wyjścia jej na spotkanie, kochania jej i tańczenia z nią.

 * W starożytności Wenus była widoczna jest tylko przez około trzy godziny przed wschodem Słońca (i wówczas nazywana była Gwiazdą Poranną/Jutrzenką) i około trzy godziny po zachodzie Słońca (a wtedy była Gwiazdą Wieczorną).

** Pamiętam swoją pracę z kursu pedagogicznego, gdzie była mowa o celach głównych i celach operacyjnych. Cele główne osiąga się poprzez cele operacyjne, ale cele operacyjne same w sobie nie są istotne o ile nie towarzyszy im cel główny.

*** Co przypomina sposób, w który Daniel Goleman opisuje inteligencję emocjonalną: ‘Upierałbym się przy twierdzeniu, że wspomniane różnice są spowodowane poziomem zdolności określanych tutaj mianem inteligencji emocjonalnej – do których należą: samokontrola, zapał, wytrwałość i zdolność motywacji. A umiejętności tych, jak się przekonamy, można dzieci nauczyć, dając im tym samym większą szansę wykorzystania potencjału intelektualnego wygranego na loterii genetycznej.’

**** W Silmarillionie J.R.R. Tolkiena Eru Iluvatar tworzy świat za pomocą muzyki: Na początku był Eru, Jedyny, którego na obszarze Ardy nazy­wają Iluvatarem; On to powołał do życia Ainurów, Istoty Święte, zrodzone z Jego myśli. Ci byli z Nim wcześniej, niż po­wstało wszystko inne. Rozmawiał z nimi i poddawał im tematy muzyczne. Ainurowie zaś śpiewali dla Niego i On radował się tą muzyką (…) – Chcę, abyście z tego tematu, który wam objawiłem, roz­winęli harmonijną Wielką Muzykę, a ponieważ natchnąłem was Niezniszczalnym Płomieniem, możecie, jeśli chcecie, wzbogacić temat własnymi myślami i pomysłami. A ja będę słuchał i ra­dował się, że za waszą sprawą wielkie piękno wcieli się w pieśń (…)z przeplatających się i nieustannie zmiennych melodii wzbiły się harmonijne dźwięki i popłynęły poza zasięg słuchu w głę­bie i wysokości, wypełniły przestrzeń, którą zamieszkiwał Iluvatar, przelały się przez jej granicę; Muzyka i echa Muzyki rozległy się w Pustce, aż przestała być pustką.