Tag Archives: grzeczna dziewczynka

Odcinek 5: Czerwone Trzewiczki. O udomowieniu, własnoręcznie szytym życiu i pułapkach

biegnaca z wilkami czerwone trzewiczki

CZERWONE TRZEWICZKI*

 Była sobie raz biedna sierotka, która nie miała butów. Gdzie się tylko dało, zbierała gałganki i w końcu uszyła sobie parę czerwonych trzewiczków. Były toporne i niezgrabne, ale kochała je nade wszystko, bo dzięki nim czuła się jak bogata dama, chociaż całymi dniami aż do zmroku musiała chodzić po ciernistym lesie, żeby znaleźć coś do zjedzenia.

Pewnego dnia, kiedy znużona szła drogą w podartym ubraniu i swoich czerwonych trzewiczkach, zatrzymał się przy niej pozłacany powóz. W środku siedziała stara kobieta. Powiedziała dziewczynce, że zabierze ją ze sobą do domu i będzie traktować jak własną córkę. Pojechały więc do domu starej pani. Tam dziewczynce umyto i uczesano włosy, dostała też śnieżnobiałą bieliznę, piękną wełnianą sukienkę, białe pończochy i błyszczące czarne buciki. A kiedy dopytywała się o swoje stare ubranie i czerwone trzewiczki, stara pani rzekła, że ubranie było tak brudne, a buty tak dziwaczne, że wrzuciła je do ognia i spaliła na popiół.

Dziewczynka posmutniała, bo wszystkie otaczające ją bogactwa nie mogły się równać ze skromnymi bucikami, które uszyła własnoręcznie — one były jej największym szczęściem. Teraz kazano jej cały czas być grzeczną, chodzić dostojnie, nie podskakiwać i nie odzywać się bez pytania. W jej serduszku zapłonął ukryty ogień i wciąż ponad wszystko tęskniła za swoimi czerwonymi butkami.

Kiedy dziecko dorosło do konfirmacji, która miała się odbyć w Dzień Młodzianków, stara pani zabrała ją do kulawego szewca, żeby jej sprawić specjalną parę butów na tę okazję. U szewca w oszklonej szafie dziewczynka zobaczyła czerwone trzewiki uszyte z najdelikatniejszej skórki, tak piękne, że wręcz blask od nich bił. I chociaż to gorszące zakładać czerwone buty do kościoła, dziewczynka, idąc za głosem zgłodniałego serca, wybrała właśnie czerwone. Stara pani miała już oczy tak słabe, że nie widziała, jakiego koloru są buty, i zapłaciła za nie. Szewc mrugnął do dziewczynki porozumiewawczo i zapakował trzewiki.

Nazajutrz ludzie w kościele z oburzeniem patrzyli na buty dziewczynki. Czerwone trzewiczki świeciły jak nawoskowane jabłka, jak serduszka w kartach, jak czerwone śliwki. Wszyscy w napięciu wpatry­wali się w jej stopy, nawet święte obrazy na ścianach, nawet posągi spoglądały karcąco na czerwone buciki. Ale dziewczynka tym bardziej je lubiła. Kiedy biskup zaintonował pieśń, chór zawtórował i zagrzmiały organy, dziewczynka myślała tylko o tym, jak piękne są jej buciki.

Pod wieczór stara pani dowiedziała się od ludzi, że jej wychowanka poszła do kościoła w czerwonych trzewikach.

—        Nigdy, nigdy ich już nie zakładaj! — ostrzegła.

Ale w następną niedzielę dziewczynka nie mogła się powstrzymać i znowu włożyła czerwone buty zamiast czarnych i poszła ze swą opiekunką do kościoła.

W drzwiach kościoła stał stary żołnierz z ręką na temblaku. Miał krótką kurtkę i rudą brodę. Pochylił się i zapytał dziewczynkę, czy pozwoli sobie obetrzeć kurz z bucików. Mała wysunęła stopkę, a żołnierz przetarł jej podeszwy, nucąc skoczną piosenkę, aż stopy ją zaswędziały.

—        Trzymajcie się dobrze w tańcu! — uśmiechnął się i mrugnął do niej.

W kościele znów wszyscy patrzyli pytająco na czerwone buciki dziewczynki. Ale ona była nimi zachwycona — były tak jasne jak maliny Jak owoce granatu — nie mogła myśleć o niczym innym. Ledwie słuchała nabożeństwa. Tak była zajęta obracaniem ich na wszystkie strony i podziwianiem, że zapomniała nawet śpiewać.

Kiedy ze starą panią wychodziły z kościoła, kaleki żołnierz zawołał:

—        Jakie piękne balowe pantofelki!

Na te słowa dziewczynka zakręciła się w kółko. Ale kiedy jej stopy raz zaczęły się poruszać, nie chciały się już zatrzymać i zaczęła tańczyć po klombach z kwiatami, minęła kościół i dalej tańczyła, jakby zupełnie nie mogła nad sobą zapanować. Tańczyła gawota, potem czardasza, potem walca, po drodze, po polach.

Stangret starej pani zeskoczył z ławki i pobiegł za dziewczynką, złapał ją i zaniósł do powozu, ale nóżki dziewczynki w czerwonych bucikach ciągle tańczyły w powietrzu, tak jakby nadal dotykały ziemi. Stara pani i stangret ciągnęli i szarpali za trzewiczki, próbując je zdjąć. Co to był za widok — przekrzywione kapelusze, wierzgające w powietrzu nogi. Wreszcie jakoś je poskromiono.

W domu stara pani schowała czerwone buciki na najwyższą półkę i zakazała dziewczynce ich dotykać. Ale ona w żaden sposób nie mogła się powstrzymać od tęsknego spoglądania w górę. Dla niej była to ciągle najpiękniejsza rzecz pod słońcem.

Niedługo potem opatrzność zrządziła, że stara kobieta ciężko zachorowała; leżała przykuta do łóżka, a kiedy tylko doktorzy wyszli od niej, dziewczynka zakradła się do pokoju, gdzie schowano czerwone trzewiczki. Patrzyła na nie, stojące wysoko na półce. Wpatrywała się z takim natężeniem, że omal nie pochłonęła ich wzrokiem, i w końcu poczuła tak straszną pokusę, że wspięła się na półkę, zdjęła je i obuła, czując, że nie robi nic złego. Ale kiedy tylko buciki objęły jej pięty i palce, opanowała ją chęć tańczenia.

W tańcu wybiegła z domu, po schodach, najpierw gawotem, potem czardaszem, potem zamaszystym walcem, na przemian. Była w takiej ekstazie, że nie zdawała sobie sprawy, iż dzieje się coś niedobrego. Ale kiedy chciała tańczyć w lewo, buciki tańczyły w prawo. Kiedy chciała tańczyć w kółko, buciki prowadziły ją prosto, zupełnie jakby to one miały nad nią władzę. Zaniosły ją na drogę, przez błotniste pola, w ciemny ponury las.

A tam pod drzewem stał ten sam stary rudobrody żołnierz z ręką na temblaku i w krótkiej kurtce.

—        Oho — powiedział — jakie piękne balowe pantofelki.
Przerażona dziewczynka chciała zerwać buciki z nóg, ale im mocniej szarpała, tym mocniej się trzymały. Podskakując na jednej nodze, potem na drugiej, próbowała je zdjąć, ale jedna stopa na ziemi nie przestawała tańczyć, a stopa, którą trzymała w dłoni, też tańczyła.

I tak dziewczynka tańczyła, tańczyła i tańczyła bez końca. Przez najwyższe wzgórza i doliny, w deszczu, śniegu i słońcu. Tańczyła w ciemną noc, o wschodzie słońca i w południe. Ale nie był to radosny taniec. To był szalony, koszmarny pląs; nie było już dla niej wytchnienia.

Tańcząc, zawędrowała na przykościelny cmentarz. Tam wyszedł jej na spotkanie upiór i nie pozwolił wejść. Duch przemówił do niej w te słowa:

—        Masz tańczyć! Będziesz tańczyć, aż sama staniesz się jak zjawa, blada i zimna, aż skóra uschnie na tobie jak na szkielecie, aż nie zostanie z ciebie nic, tylko tańczące wnętrzności; będziesz tańczyła od drzwi do drzwi po wszystkich wioskach, w każde drzwi zapukasz trzy razy, a ludzie, kiedy cię zobaczą, będą się ciebie lękać. Tańczcie, czerwone trzewiki, tańcz i ty z nimi.

Dziewczynka błagała o litość, ale czerwone buciki uniosły ją za bramę cmentarza i dalej, przez krzaki dzikich róż, przez strumienie, przez żywopłoty, dalej i dalej, aż ciągle tańcząc, dotarła do swego starego domu pełnego żałobników. Stara pani, która ją wzięła pod swój dach, umarła. Mimo to dziewczynka dalej tańczyła i tańczyła, bo nie mogła już inaczej. Wyczer­pana i przerażona dotarła do domku pod lasem, gdzie mieszkał miejski kat. A topór wiszący na ścianie zaczął drżeć, gdy poczuł, że się zbliża.

— Kacie, kacie, wyjdź — prosiła dziewczynka, tańcząc przed jego drzwiami. — Rozetnij me buty, uwolnij mnie od przeklętego losu! — I kat toporem przeciął paski butów. Ale trzewiki dalej trzymały się stóp. Krzyknęła więc, że jej życie jest nic nie warte i żeby odrąbał jej stopy. Tak też uczynił. A czerwone trzewiki z nóżkami w środku dalej tańczyły przez pola, aż zniknęły za wzgórzem. Dziewczynka została biedną kaleką, która musiała zarabiać na życie, służąc innym, ale już nigdy, nigdy więcej nie chciała mieć czerwonych bucików.

————————————-

 Tak jak już była o tym mowa we wcześniejszych postach, pierwotna natura ludzi i zwierząt jest bardzo podobna, jednak człowiek tak bardzo rozbudował kulturę, że dominuje ona nad naturą. Jeżeli zwierzę rodzi się w gospodarstwie, to jest od razu udomawiane, podporządkowuje się regułom i pozwala by narzucono mu odgórnie funkcję jaką ma spełniać. Nie jest samowystarczalne, to gospodarz zapewnia mu przetrwanie. Jeżeli dzikie zwierzę zabłąka się do gospodarstwa i zostanie udomowione, to nadal może jeszcze powrócić do naturalnego środowiska, bo nadal zna tajniki przetrwania w nim.

 Dusza ludzka nie jest udomowiona z natury. Jest dzikim zwierzęciem. Udomawia się ją, aby spełniała obowiązki jakie narzuca jej społeczeństwo, ale zawsze może wyrwać się z niewoli i powrócić do lasu, gdzie jej miejsce. Co nie znaczy, że jest to proste, łatwe i przyjemne. Przyjmuję, że kobieta udomowiona to osoba, która kiedyś żyła w naturalnym stanie psychiki — to jest w zgodzie z naturą i instynktami — potem na skutek jakiegoś splotu okoliczności popadła w niewolę, a zbyt długie udomowienie zabiło w niej prawidłowe instynkty. Kiedy odzyskuje wolność i może wrócić do swego pierwotnego środowiska, łatwo pada ofiarą wnyków i zatrutej przynęty. Ponieważ jej cykle życiowe i wewnętrzny system ostrzegawczy uległy zaburzeniom, więc życie na wolności, w naturalnym środowisku, staje się dla niej źródłem zagrożenia. Straciwszy czujność i ostrożność, łatwo staje się łupem. Utrata instynktu przebiega według charakterystycznego wzoru. Koniecznie trzeba mu się przyjrzeć bliżej, wręcz wyuczyć na pamięć, że­by ustrzec siebie i swoje córki przed utratą najcenniejszych skarbów. W psychicznych leśnych ostępach czyhają pułapki, potrzaski z zardze­wiałej stali ukryte tuż pod zielenią poszycia. Zastawia je wielki świat. Jesteśmy podatne na różne pokusy: nęcą z pozoru atrakcyjne związki, ludzie, przedsięwzięcia, którym nie potrafimy się oprzeć; lecz za smaczną przynętą często kryje się ostrze, które — kiedy tylko spróbujemy ugryźć kęs — zabija w nas ducha. Udomowione kobiety w każdym wieku — choć szczególnie dotyczy to młodych — czują nieodpartą pokusę, by jakoś sobie wynagrodzić okres długotrwałego głodu i wygnania. Na zgubę naraża je nadmierny, bezmyślny pociąg do pustych ludzi i uciech, które nic nie dają, nie oferują niczego wartościowego, ożywczego, trwałego. Niezależnie od miejsca i epoki na takie kobiety zawsze czekają ciasne klatki, do których zostają zwabione lub wepchnięte siłą.

 Czerwone Trzewiczki opowiadają o sytuacji, kiedy na skutek różnych okoliczności traci się to co sprawiało satysfakcję i radość, i nic nie może tego zastąpić, a substytuty dają chwilową przyjemność, ale ostatecznie okazują się być zgubne. W baśni początkiem niepowodzeń jest utrata własnoręcznie uszytych butów. Dziewczynką nikt się nie opiekuje, ale dzięki temu jest samodzielna i potrafi sobie poradzić z przeciwnościami losu. Nie mam butów? To sobie je zrobię z tego co mam pod ręką! Może nie będą piękne, ale ochronią stopy przed zimnem i kamieniami. A silne i ruchliwe stopy to podstawa, to dzięki nimi pewnie stoimy na ziemi i jesteśmy w stanie się poruszać. Mogę iść gdzie chcę i kiedy chcę. Często spotykany w baśniach biedny, ale obdarzony sprytem bohater to psychologiczny motyw symbolizujący człowieka bogatego duchem, który powoli, stopniowo zdobywa świadomość, dojrzałość i siłę (…) Archetypowy symbolizm buta sięga czasów starożytnych, kiedy to buty były oznaką władzy: panowie je mieli, niewolnicy zaś nie.(…) Moja wersja baśni powstała w zimnych, północnych krajach, w których posiadanie butów jest warunkiem przetrwania. Suche, ciepłe stopy pozwalają przeżyć ostre chłody i wilgoć. Pamiętam, jak ciotka mówiła mi, że kradzież jedynej pary butów w zimie była zbrodnią równą zabójstwu (…)W symbolice archetypów stopy reprezentują mobilność, swobodę i wolność. W tym znaczeniu posiadanie butów do obucia stóp oznacza ugruntowanie we własnych przekonaniach i hart ducha, by kierować się nimi w życiu. Własnoręcznie zrobione buty nie grzeszą urodą, ale gdyby dziewczynka dalej podążała tym tropem, na pewno z czasem nabrałaby wprawy i zaczęła tworzyć rzeczy rzeczywiście piękne. To nic, że buciki są toporne i niezgrabne; we wszyst­kich kulturach, we wszystkich epokach spotykamy bogów-stworzycieli, których dzieło za pierwszym razem było niedoskonałe. Zrobienie sobie butów napawa dziewczynkę radością, a radość jest źródłem motywacji i napędza do dalszego działania. Bez radości na dłuższą metę nie da się żyć. Nic dziwnego, że trzewiczki są czerwone. Czerwień to kolor pasji i oddania oraz poświęcenia. Aby coś osiągnąć trzeba coś poświęcić: czas, energię, czasami chęć bycia lubianym i akceptowanym. Ale czerwień to także kolor upływu krwi, przy miesiączce, porodzie czy poronieniu krew kapie na stopy i wkrótce z dziewczynki będą tak jak krew wypływać talent, samodzielność, pasja i radość życia. Kobieta czuje radość, kiedy przelewa słowa na papier, kiedy po raz pierwszy udaje się jej uderzyć we właściwą nutę, al punto. To niewiarygodne uczucie. Kobieta czuje taką radość, kiedy odkrywa, że jest w ciąży i pragnie mieć dziecko. Czuje ją, kiedy patrzy na szczęście swoich najbliższych. Czuje ją, kiedy osiąga coś, do czego dążyła ze wszystkich sił, coś, na czym jej zależało, coś, co wymagało ryzyka, wysiłku, zaangażowania i skończyło się sukcesem — w pięknym stylu albo i nie — najważniejsze, że tego dokonała, że coś stworzyła, że stoczyła bitwę, doczekała się wielkiej chwili, spełniła się w życiu. To naturalny, instynktowny stan kobiety. Z takiej radości emanuje Dzika Kobieta. Taki stan ducha woła ją po imieniu. Ale w baśni los zrządził, że pewnego dnia drogę do własnoręcznie szytych, prostych czerwonych bucików, drogę do prostych radości ży­cia zagradza pozłacany powóz, wtaczający się bez pardonu w życie dziewczynki.

 PUŁAPKA POZORNIE ŁATWEGO WYBORU

 Ni stąd ni zowąd pojawia się tajemnicza starsza dama, która obiecuje, że zaopiekuje się dziewczynką. Ot tak, po prostu. Nie będzie musiała się już o nic martwić, starsza pani o wszystko zadba. Kuszące, prawda? I samotna, zmęczona ciągłą pracą dziewczynka daje się skusić. Pierwszą pułapką jest pozłacany powóz. Wejście do powozu starej pani przypomina wejście do ozdobnej klatki; niby oferuje życie wygodniejsze i wolne od trosk, ale w ostatecznym efekcie powoduje zniewolenie. Nie dostrzegamy, kiedy brama się zatrzaskuje, bo złoto z początku oślepia. Wyobraźmy sobie, że idziemy drogą swego życia we własnoręcznie uszytych bucikach i ni stąd, ni zowąd nachodzi nas myśl: „Może jest coś lepszego, coś łatwiejszego, coś, co zabiera mniej czasu, energii, wysiłku”. W życiu kobiety takie nastroje nie są rzadkością. W połowie jakiegoś zadania, wysiłku, mamy przeróżne odczucia — i dobre, i złe. Po prostu układamy sobie życie, idąc naprzód, robiąc wszystko, co w naszej mocy. Wkrótce popadamy w zwątpienie, coś w nas powiada: „To za trudne”. Gdzieś tam, na horyzoncie, jawi się coś pozornie pięknego. Ta rzecz wydaje się łatwiejsza, lepsza, bardziej kusząca. Nagle podjeżdża pozła­cany powóz, drzwi się otwierają, opadają małe schodki i wstępujemy do środka. Zwabiono nas w pułapkę. Dałyśmy się skusić. Taka pokusa pojawia się regularnie, czasem codziennie. I często trudno jej się oprzeć. W konsekwencji bierzemy ślub z nieodpowiednim człowiekiem, żeby zapewnić sobie komfort materialny. Porzucamy nowe, ambitne zadania i wracamy do tych łatwiejszych, wałkowanych od dziesięciu lat. Dobry wiersz zostawiamy w brudnopisie, zamiast nadać mu doskonalszą formę. Bo przecież wydaje się, że lepiej jest jeździć pozłacanym powozem niż iść pieszo w swoich koślawych bucikach. Złotym powozem w realnym życiu może być pogoń za rzeczami materialnymi albo rezygnowanie z ambicji i bardziej skomplikowanych zadań na rzecz tych łatwiejszych i płytszych.

PUŁAPKA TROSKLIWOŚCI

 Kolejną pułapką jest starsza pani. Sidła zostają zastawione, kiedy dziewczynka porzuca swoje życie, by z nią zamieszkać. Tam musi być grzeczna i cicha — nie wolno jej głośno mówić o swoich tęsknotach, a tym bardziej dążyć do ich zaspokojenia. W ten sposób twórcza dusza zaczyna głodować (…)W idealnej postaci stara kobieta symbolizuje godność, duchowego przewodnika, mądrość, samowiedzę, ducha tradycji, dobrze określone granice, doświadczenie przyprawione dla równowagi sporą dozą zrzędliwości, rubasznego humoru, bezpośredniości i przekory. Jak wynika z baśni, stara kobieta nie uszlachetnia młodości, którą wzięła pod opiekę, ale starczą postawą niszczy każdy świeży powiew. Zamiast stać się mentorką wychowanki, stara kobieta usiłuje ją zwapnić. Nie jest uosobieniem starego mędrca, ale uparcie wdraża jedynie słuszną wartość, broniąc wszelkich eksperymentów i nowości.

Na czym koncentruje się większość babć? Nie na tym, żeby twoje uczucia były poukładane, a widzenie świata samodzielne. Na tym, żebyś był najedzony/-a.

Obrazek pochodzi ze strony komixxy.pl

(można kliknąć aby powiększyć)

Tak było nie tylko za mojego dzieciństwa, ale na długo zanim się urodziłam, jeśli wierzyć Konstantemu Ildefonsowi Gałczyńskiemu.

(…)Wnuczek:
(za stołem, w pozycji stojącej, do Publiczności): Po co oni podnieśli tę kurtynę? Żeby mnie było widać? Moje cierpienie to nie jest pies na pokaz. A zresztą – niech tak zostanie. Toć mnie i tak nie widzicie. Ponieważ jestem okryty i pogrążony. Okryty wstydem i pogrążony w rozpaczy. Wszystko przez babcię, która mi nie daje spokoju. (przedrzeźnia Babcię) Zbyszku! Zbyszek to niestety ja. Zbyszku, może ci gorąco, rozepnij się. (rozpina marynarkę) Zbyszku, tobie na pewno zimno, zapnij się. (zapina marynarkę na niewłaściwy guzik) Zbyszku, a może tobie jest wyjątkowo zimno, dopnij się. (zapina jeszcze jeden niewłaściwy guzik i spostrzega pomyłkę) No właśnie, a jak mi się od tego rozpinania, zapinania i dopinania pomyli wszystkie dwadzieścia osiem guzików, to babcia mówi: – Zbyszku, jak ty wyglądasz! – W ten sposób całe życie tylko się rozpinam, dopinam i przepinam. (przepina guziki) I od rana do nocy ciągle ta sama audycja:

Zbyszku, przestań w zębie grzebać,
Zbyszku, nie kręć kulek z chleba,
Zbyszku, nie bierz tyle soli,
Zbyszku, zupę jedz powoli,
Zbyszku, nie rusz tego kwiatka,
Zbyszku, wolno, bo się zatkasz,
Zbyszku, ocet cię zabije,
Zbyszku, nie drap się tak w szyję,
Zbyszku, wyjmij dłoń z kieszeni,
Zbyszku, nie kładź się na ziemi,

Zbyszku, zaraz pęknie szklanka,
Zbyszku, nie graj na organkach,
Zbyszku, nie wchodź na ten taras,
Zbyszku, głowę umyj zaraz,
Zbyszku, nie śmiej się tak głośno,
Zbyszku, zapnij się, bo mroźno,
Zbyszku, nie gwiżdż i nie kichaj,
Zbyszku, spodni nie wypychaj,
Zbyszku, co to? popiół w talerz?
Zbyszku, brzytwą się nie skalecz (…)

fragmenty Babci i Wnuczka K.I. Gałczyńskiego

 Wiemy jakie są babcie, a w szczególności polskie babcie: opiekuńcze, troskliwe, zawsze pilnujące by otoczenie było najedzone, a przede wszystkim pilnujące przestrzegania obyczajów. Jeżeli jedziesz do babci to prawdopodobnie dostaniesz wielki obiad z pyszną szarlotką na deser, ale będziesz musiał się odpowiednio zachowywać, być grzecznym, uśmiechniętym i potakującym, uprzejmym jak angielska królowa dla wścibskich sąsiadek zerkających zza płota, a jeżeli nie daj Boże, założyłeś „niewłaściwe” ubranie to babcia nie będzie miała żadnych oporów, żeby je skrytykować i powiedzieć ci jak według niej wyglądasz. No i jeżeli akurat nie jesteś głodny, babcia absolutnie nie przyjmie tego do wiadomości.

Obrazek pochodzi ze strony komixxy.pl (można kliknąć aby powiększyć)

Ten minikomix podaje w zabawny sposób smutną prawdę: nie ma na świecie nikogo, kto jest równie dobry w szantażu emocjonalnym niż kobiety w rodzinie, zwłaszcza babcie i matki. „Przecież robię to dla twojego dobra!”, „Przecież się o ciebie troszczę!”, „Wiem co jest dla ciebie dobre!”. Więc jeżeli tego nie chcesz to jesteś niewdzięczny, nieczuły etc. Nasze babcie i mamy żyły w czasach wielkiej opresji dla duszy, marzeń oraz ambicji kobiet i to je ukształtowało. Mimo że teraz mają możliwości rozwinięcia skrzydeł, to są zbyt udomowione aby nawet zauważyć, że klatka została otwarta. Co więcej, starają się udomowić to co naturalne i dzikie w młodym pokoleniu będąc święcie przekonanymi, że przecież to „dla ich dobra”. Babcie i mamy żyjąc niemal od zawsze w stanie udomowienia przeceniają wartość wspólnoty. Nie wierzą, że można żyć w lesie samodzielnie i przetrwać. Uważają, że trzeba dostosować się do innych. Pozostajemy pod wpływem wielu zbiorowości; zarówno grup, z którymi się utożsamiamy, jak i tych, do których wcale nie należymy. Czy otaczająca nas zbiorowość to środowisko akademickie, religijne, finan­sowe, zawodowe, rodzinne czy jeszcze inne, wszystkie stosują system kar i nagród zarówno wobec swoich członków, jak i wobec osób spo­za grupy. Usiłują kontrolować wszystko bez wyjątku — od myśli po wybór partnera czy pracy. Często poniżają i odstraszają od przedsię­wzięć, które nie są zgodne z ich preferencjami. W baśni stara kobieta jest symbolem rygorystycznego strażnika kolektywnej tradycji, wymuszającego nie kwestionowane status quo: „Bądź grzeczna, nie sprawiaj kłopotów, nie myśl za dużo, nie nabijaj sobie głowy wysokimi ideałami, bądź skromna, nie wychylaj się, naśla­duj innych, bądź miła, zgadzaj się na wszystko, nawet jeśli ci się coś nie podoba, jeśli coś do ciebie nie pasuje, jeśli jest za małe lub za duże i nawet jeśli boli”. Kiedy przyjmujemy taki martwy system wartości, w zatrważającym stopniu zatracamy kontakt z duszą. Niezależnie od afiliacji z daną grupą i jej wpływu na nas, dla dobra duszy musimy zrobić wszystko, by nie identyfikować się bez reszty ze zbiorowością, ale zaznaczać swoją odrębność i kierując się własnym wyborem, przerzucać tylko pomosty do różnych grup. To my zdecydujemy, które mosty będą mocne i często używane, a które zostaną słabymi kładkami, po których nikt nie chodzi. I zapewne będziemy faworyzować te zbiorowości, które najbardziej sprzyjają naszej duszy i twórczym ambicjom w życiu. (…)Życie nie będzie twórcze, jeśli usiądzie się grzecznie w kąciku. Uległość i posłuszeństwo w mowie, myśli czy działaniu pozbawia soków twórczych. Każda grupa, społeczeństwo, instytucja czy organizacja, która zachęca kobiety do pogardzania oryginalnością, do podejrzliwości wobec rzeczy nowych i niezwykłych, do unikania żaru, żywości, innowacji, do bezosobowości, zmierza do stworzenia społeczeństwa martwych kobiet**.

 SPALENIE SKARBU

 Trzecim błędem jaki popełnia dziewczynka jest niedopilnowanie czy też przyzwolenie na spalenie jej własnoręcznie zrobionych trzewików. Starsza pani w jej dziele widzi tylko śmieci i pali je, a dziewczynka robi się jeszcze bardziej smutna i cicha. Podobnie dzieje się z kobietami, pod wpływem krytyki czy chwilowego zwątpienia porzucają swoje pasje i zainteresowania i dają się wtłoczyć w zbyt ciasne ramy. Wówczas życie kobiety traci kolory, bo jest już tylko hambre del alma (hiszp. „głód duszy” – przyp. A.L.)— wygłodzona, nienasycona dusza. Pragnie ona tylko jednego — powrotu głębszego sensu życia. Pragnie tylko własnoręcznie szytych czerwonych bucików. Spontaniczna radość, jaką symbolizują, mogła spłonąć w ogniu rezygnacji, w ogniu niedoceniania i lekceważenia własnej pracy. Mogła też spłonąć w ogniu ciszy, jaką same sobie narzucamy. Zbyt wiele kobiet składa straszliwe przysięgi na wiele lat przedtem, zanim zdążą się czegoś nauczyć. W młodości zabrakło im przyjaznej atmosfery i wsparcia, więc zniechęcone i zrezygnowane odkładają pióra, połykają słowa cisnące się na usta, przestają śpiewać, zwijają płótna i przysięgają nigdy ich więcej nie dotknąć. Kobieta w takim stanie wchodzi nieodwracalnie do pieca razem ze swym ręcznie szytym ży­ciem. Życie obraca się w popioły. Żywa kobieta obumiera w ogniu nienawiści do samej siebie, bo kompleksy gryzą dotkliwie i przynajmniej przez jakiś czas skutecznie odstraszają od życia lub satysfakcjonującej pracy. Mijają lata, a kobieta nie idzie naprzód, nie uczy się, nie dowiaduje niczego, niczego nie osiąga, nie podejmuje wyzwań, nie staje się kimś.

 Oczywiście, najlepszym i najzdrowszym rozwiązaniem byłoby po prostu opuszczenie domu, w którym zamiast się rozwijać, dziewczynka więdnie. Jeśli nie uciekamy, mając po temu wszelkie powody, to popada­my w depresję. To kolejna pułapka. Stałe dopasowywanie się do cudzych reguł stępia instynkty pchające nas do spontaniczności, radości, wchodzenia w związki, stawiania sobie celów, pokonywania przeszkód i ciekawości tego co nowe. Kiedy mówię o nadmiernym udomowieniu jako niewoli, nie mam na myśli socjalizacji — procesu, w którym dzieci uczą się mniej więcej właściwych zachowań społecznych. Rozwój społeczny jest sprawą niezwykle doniosłą. Bez niego nie można sobie radzić w świecie. Jednak nadmierne oswojenie jest jak żądanie, by życiodajna krew przestała krążyć. W prawidłowym, zdrowym stanie dzika jaźń nie jest potulna ani otępiała. Jest czujna i reaguje na każdy ruch, na działanie każdej siły. Nie jest skazana na powtarzanie tego samego wzorca w każdej sytuacji. Ma twórczy wybór. Kobieta z uszkodzonym instynktem wyboru nie ma. Jest unieruchomiona.

 Wsiadając do złotego powozu i przenosząc się do domu staruszki przejmujemy jej zachowania i sposób bycia. To ona jest gospodynią, a nie my. Zostajemy udomowione i musimy się dopasować. Zatracamy naturalne instynkty, ale nasza dzika natura wierzga, krzyczy i domaga się zauważenia. Potrzebuje czegoś co pobudzi ją do życia, wyrwie z marazmu i sprawi, że przejdą ciarki, tyle że przestaje rozróżniać między tym co wartościowe i zdrowe, a tym, co puste i niszczące. Tak jak wygłodzony człowiek zje wszystko co mu się trafi, czy będzie to pyszna, pachnąca ziołami i dobrze przyprawiona paella, czy ociekający tłuszczem hamburger i frytki przesiąknięte wonią oleju drugiej świeżości. Wkrótce, kiedy znów znajdzie się na wolności — już bez wrodzonego zmysłu, niezdolna do dostrzeżenia niebezpie­czeństw, porwą ją w tan diaboliczne czerwone trzewiczki.

 SZALEŃSTWO ZWIERZĘCIA WYPUSZCZONEGO Z KLATKI

 Wilki w normalnych warunkach nie są krwiożercze. Zabijają tyle ile trzeba, aby przeżyć. Jednak jeżeli głodują podczas zimy, to gdy tylko topnieją śniegi, zaczynają polować bez opamiętania, w sposób zupełnie nieracjonalny, nie dają rady zjeść wszystkiego, nie robią zapasów, porzucają złowioną zwierzynę. Z podobnym zjawiskiem spotyka­my się, kiedy kobieta doświadczyła psychicznej niewoli i głodu. Nagła wolność odurza — można iść, dokąd się chce, robić, co się chce, żyć, jak się chce, zaczyna się szamotanina i utrata wszelkich hamulców — co się uważa za usprawiedliwione. Dziewczynka w baśni także czuje się usprawiedliwiona, kiedy za wszelką cenę chce zdobyć czerwone trzewiczki. Głód powoduje utratę rozsądku. Po doświadczeniu utraty wolności, mamy już w podświadomości kod „bierz ile możesz od razu, bo nie wiadomo jak długo będziesz w stanie się tym cieszyć”. Jeśli kobiecie każe się być dystyngowaną damą siedzącą z równo złączonymi kolanami, jeśli wychowano ją tak, że mdleje, słysząc dosadniejsze słowo, jeśli nigdy nie piła nic poza pasteryzowa­nym mlekiem… to trzeba uważać, kiedy się urwie ze sznurka. Nagle przestają jej wystarczać likiery owocowe, zaczyna upijać się na umór jak stary marynarz, a od jej przekleństw więdną uszy. Głód minął, ale pozostała obawa, że kiedyś znowu dostanie się do niewoli. Chce więc zakosztować wszystkiego, póki może. (…)Jeśli kobieta przez dłuższy czas musiała funkcjonować wbrew naturalnym cyklom, zaprze­czać swym twórczym potrzebom, to dostaje obsesji na punkcie alkoholu, narkotyków, złości, życia duchowego, przemocy wobec innych, roz­wiązłości, ciąż, studiów, twórczości, władzy, wykształcenia, porządku, sprawności fizycznej, objadania się chipsami, by wymienić najbardziej typowe nałogi. W ten sposób kobiety kompensują sobie utratę regularnych cykli wyrażania siebie, wyrażania swej duszy, samorealizacji. Wiele utalentowanych kobiet wpadło w pułapkę najpierw próby przystosowania się, a potem złych wyborów, nałogów, depresji i niemożności zatrzymania się: Janis Joplin, Marylin Monroe, Judy Garland, Edith Piaf, Sylvia Plath, Amy Winehouse by wymienić tylko te najsłynniejsze. To nie talent doprowadził je do śmierci. Sprawiły to pułapki, których mogły ominąć gdyby ich instynkt nie został okaleczony.

 W baśni dziewczynka przystępuje do uroczystości kościelnej i z tej okazji ma otrzymać nowe buty. Starsza pani niedowidzi i niechcący pozwala dziewczynce przemycić błyszczące czerwone trzewiczki. Oto potwierdzenie, że skostniały, pedantyczny system wartości sam w sobie pozbawiony jest zdolności wyraźnego widzenia, wrażliwości na to, co się dzieje wokół. Kiedy coś czego bardzo pragniemy długo spychamy do nieświadomości, to daje to tak sam efekt jakbyśmy w naczyniu do gotowania pod ciśnieniem nie zostawili żadnego odpowietrznika: prędzej czy później wybuchnie i rozsadzi garnek. Cień zachowuje się analogicznie. Dlatego skąpcy mogą nagle zadziwić wszystkich, ofiarowując miliony dolarów na sierociniec. Dlatego osoba zazwyczaj łagodna może wpaść w dziki szał, ciskając wokół siebie gromy. Wybuch to już ostateczność, jeżeli powietrze spuszczać powoli i spokojnie, to można energię odprowadzać w bezpieczny sposób. Eksplozja rujnuje i naczynie, i to co w środku niego, i to co dookoła. Potem następuje coś, co, jak powiadają w moich stronach, przypomina próbę wpakowania dziesięciu funtów mułu w pięciofuntowy wo­rek. Niełatwo ujarzmić to, co po wielkiej detonacji wymknęło się z cie­nia. (…) Kobiety, które nie mogą robić jawnie tego, co sprawia im radość, zaczynają przemycać to w sposób niejawny i prowadzić podwójne, schizofreniczne życie. Jeśli kobieta udaje, że chce wtłoczyć swe życie w małą, zgrabną paczuszkę, to osiąga tylko tyle, że w sferze cienia powstaje olbrzymie ciśnienie życiodajnej energii. Wciąż powtarza, że czuje się świetnie. Widzimy ją w odległym kącie pokoju lub w lustrze i wiemy, że wcale tak nie jest.(…) Jak Hedda Gabler w sztuce Henryka Ibsena, kobieta o nieokiełznanej duszy może, zacisnąwszy zęby, udawać, że żyje zwykłym życiem, ale musi drogo za to zapłacić. Hedda ukradkiem prowadzi gorące, niebezpieczne życie, igrając z byłym kochankiem i Śmiercią. Na zewnątrz udaje, że jest zadowolona, chodząc w czepku i słuchając zrzędzenia stetryczałego męża. Kobieta pozornie może być układna, nawet cynicz­na, ale wewnętrznie krwawi. Albo, śladem Janis Joplin, kobiety próbują podporządkować się panującym zasadom tak długo, jak długo mogą to znieść, a ich twórcza natura, wyniszczona i schorowana przez zepchnięcie w cień, wybucha w gwałtownym buncie przeciw dobrym manierom w sposób nieprzemy­ślany, lekceważący talent i samo życie. (…)Ukradkowe przemycanie życia, ponieważ to prawdziwe nie znajduje przestrzeni do rozwoju, odbija się boleśnie na witalności kobiety. Ko­biety zniewolone i wygłodzone wykradają, co się da: przemycają zaka­zane książki i muzykę, przyjaźnie, seks, religie. Przemycają potajemne myśli, poglądy, sny o rewolucji. Kradną czas, który mają poświęcić rodzinom, mężom, kochankom. Podwójne życie to życie w schizofrenii. Żeby zejść z tej podwójnej drogi, kobieta musi porzucić udawanie. Ukradkowe, przemycane, symulowane życie wewnętrzne nie może się udać.

 STĘPIONY INSTYNKT

 O ile gdy wsiadała do złoconego powozu, dziewczynka miała prawo nie wiedzieć w co się pakuje z racji małego doświadczenia, to przemycenie czerwonych trzewiczków spowodowane jest stępieniem instynktu poprzez mieszkanie w domu staruszki. W ten sposób kobiety oszukują same siebie. Wyrzuciły swój skarb, cokolwiek to było, a potem, jak się da, przemycają namiastki. Piszą? Owszem, ale w sekrecie, nie mają więc znikąd wsparcia, zachęty. (..) Brak powiernika, przewodnika, czegoś podnoszącego na duchu może zabijać. Tak się dzieje z kobietami, które mają poczucie niższości, kompleksy, nieszczęśliwie wyszły za mąż, z różnych przyczyn przerwały edukację itd. Trudno jest przemycać strzępki życia w taki sposób, ale kobiety robią to co dzień. Kiedy okoliczności zmuszają kobietę do wykradania życia, żyje ona na najmniejszych obrotach. Robi wszystko tak, by „oni” tego nie słyszeli, kimkolwiek „oni” są w jej życiu. Na dłuższą metę taki stan ducha prowadzi do wyniszczenia, wpadania w depresję, w choroby psychosomatyczne, do utraty radości, entuzjazmu, indywidualności, a w krańcowych przypadkach również samego życia. Nawet jeżeli kobiecie udaje się przez jakiś czas wpakowywać dziesięć funtów do pięciofuntowego worka, to po pewnym czasie on w końcu nie wytrzyma i pęknie. Każda w dzieciństwie próbowała powstrzymywać oddech. Każda przekonała się, że nie można nie oddychać ani oddychać zbyt płytko, że jakaś siła każe w końcu zrobić głęboki wdech. Otwierałyśmy szeroko usta, by znowu oddychać pełną piersią.

 W kościele dziewczynka wzbudza powszechne oburzenie swoimi bucikami, mieszkańcy natychmiast donoszą o jej „występku” starszej pani, w domyśle sugerując, aby ją ukarała. Staruszka zakazuje dziewczynce używać czerwonych trzewiczków, ale naturalna przekora każe jej w tajemnicy założyć je w następną niedzielę. To jeszcze nie obsesja, to raczej zbiorowość podsyca i wzmacnia jej wewnętrzny głód, żądając kapitulacji przed swymi ciasnymi wartościami. Tu ukazuje się kolejna prawda psychologiczna: im większą presję wywierasz, im bardziej przyciskasz pokrywkę z tym większą mocą wybuchnie para. Można próbować wieść ukryte życie, ale wcześniej czy później superego, negatywny kompleks lub samo społeczeństwo pojawi się na twojej drodze. (…) Niektórzy uważają, że czasy, kiedy tak zwana kobieta niepokorna bywała wyklęta, należą do przeszłości. Jeśli była niepokorna, to znaczy postępowała zgodnie z naturą swej duszy, to mówiło się, że jest „zła” lub że „zbłądziła”. Te czasy nie minęły. Zmienił się tylko typ zachowań, które uznaje się u kobiet za niedozwolone. Kiedy wybuchła wojna w Zatoce Perskiej, kobiety w Arabii Saudyjskiej czując w powietrzu zmiany wsiadły za kierownice samochodów, co było zakazane. Oskarżono je o łamanie prawa, a sądy nakazały ich męskim opiekunom, by dopilnowali aby więcej tego nie robiły. Czy to wyeliminowało ich pragnienia o samodzielnym prowadzeniu samochodu? Nie. Spowodowało tylko, że zeszły do podziemia. Na YouTube można zobaczyć filmy, gdzie kobiety z zasłoniętymi twarzami prowadzą nocą samochody, a na Facebooku założyły stronę Women2Drive . Spontaniczne dziecko płci żeńskiej urodzone w surowej społeczności zazwyczaj prędzej czy później dozna podłości ostracyzmu. Traktuje się ją, jakby nie istniała, jak powietrze. Wspólnota wycofuje swą troskę, miłość, odmawia spełniania innych psychicznych potrzeb. Za takim ostracyzmem leży chęć zmuszenia jej, by się podporządkowała zasa­dom, chęć zabicia w niej ducha, wygnania jej z „przyzwoitej wioski” na zmarnowanie i śmierć na pustkowiu.(…) W związku z tym należy zapytać, jak to się dzieje, że niektóre kobiety czują, że muszą kulić się ze strachu, cofać się, płaszczyć i błagać o życie, które przecież od początku do nich należy. Co każe społeczeństwom stawiać takie wymagania?

 Perfidia kryje się w tym, że przez wieki poprzez brak możliwości wyrażania otwarcie agresji i gniewu, kobiety opanowały sztukę wyrażania ich pośrednio poprzez obmawianie, plotkowanie i donoszenie. Jeżeli inna kobieta ma odwagę mówić wprost, co myśli i postępować zgodnie z własnymi przekonaniami, to staje się łatwym celem dla tych, które nie mają tej śmiałości. Kobiety potrafią być wobec siebie największymi wrogami. Dziewczynka z baśni przyzwala otaczającej ją kulturze wpędzić się w jeszcze większą martwotę; zamiast jednak tchórzliwie uginać się przed rygorystyczną zbiorowością, można zdobyć się na akt odwagi. Nie musi to być czyn poruszający niebo i ziemię. Odwaga to pójście za sercem. Są miliony kobiet, które codziennie dokonują takich aktów odwagi. Jednak nie pojedynczy akt przekształca skostniałą zbio­rowość, a ich systematyczne powtarzanie. Jak kiedyś powiedziała mi młoda buddyjska mniszka: „Kropla drąży kamień”. (…)Kiedy grupa okazuje wrogość naturalnemu życiu kobiety, nie wolno Jej godzić się na pogardę i wyzwiska. Jak brzydkie kaczątko musi trwać i szukać miejsca, do którego należy — przeczekać, przetrwać i twór­czym życiem pokonać tych, którzy ją wyszydzają.

 Problem w tym, że dziewczynka nie robi tego, co Brzydkie Kaczątko, nie ucieka i nie szuka swojego miejsca. Wpatruje się jak zahipnotyzowana w błyszczące, czerwone trzewiczki i nie rozumie zagrożenia, nie podejmuje żadnej konstruktywnej decyzji aby wybrnąć z opresji. Bycie grzeczną, ustępliwą, oddawanie pola napastnikowi, próby pogodzenia się z niezdrową sytuacją sprawia, że stępia się naturalny instynkt prawidłowego reagowania, postrzegania, odpowiadania na zmiany, przeciwstawiania się niesprawiedliwości itd. Próbując być dobrą, posłuszną, ustępliwą w obliczu zewnętrznego lub wewnętrznego zagrożenia w celu ukrycia kryzysu psychicznego lub rzeczywistej sytuacji — kobieta wyrywa swoją duszę z korzeniami. Odcina się od wiedzy, od zdolności działania. Jak dziewczynka w baśni, która nie sprzeciwia się głośno, usiłuje ukryć głód, stwarza pozory, że nie trawi jej wewnętrzny ogień, tak współczesne kobiety cierpią na tę samą chorobę: sytuację nienormalną uznają za chleb powszedni. To zaburzenie szerzy się we wszystkich społeczeństwach. Oswojenie ze stanem nienormalnym ma przede wszystkim jeden skutek: sprawia, że duch, zamiast się zabrać za uzdrawianie sytuacji, popada w letarg, apatię, rozleniwienie i wreszcie, jak stara pani w baśni, w zupełną ślepotę.(…) Staramy się podporządkować, dostosować, uznając nienormalny stan za normę. W rezultacie tracimy zdolność do ucieczki. Tracimy siłę, by prze­mawiać za tymi elementami duszy i życia, które cenimy najbardziej. (…)Kiedy instynkt już nie działa, chlebem powszednim dla istot ludzkich stają się wszelkie zniewagi i napaści, wszelkie akty niesprawiedliwości i zniszczenia skierowane przeciw nim, ich potomstwu, ukochanym, ziemi, a nawet przeciwko ich bogom.

 W latach sześćdziesiątych naukowcy badając mechanizmy instynktu ucieczki przeprowadzili dosyć okrutny experyment i zaobserwowali dające do myślenia zjawisko. Psa umieszczono w klatce, której jedna połowa podłogi była podłączona do prądu. Za każdym razem gdy stawiał na niej łapę, doznawał nieprzyjemnych wstrząsów, dlatego szybko nauczył się trzymać drugiej, bezpiecznej połowy. Kiedy zamieniono połowy, pies przystosował się do odwróconych warunków. Następnie kiedy prąd podłączono na całej powierzchni, ale puszczano w nieregularnych odstępach, tak że niezależnie co zwierzę robiło i gdzie się znajdowało, zostawało porażone prądem.  Z początku pies był zdezorientowany, potem wpadł w panikę, a na końcu poddał się i położył na ziemi, przyjmując obojętnie wstrząsy. A co najstraszniejsze, kiedy drzwi klatki otwarto, pies leżał tam nadal. Nie wybiegł i nie opuścił klatki mimo że mógł. To samo zjawisko występuje u ludzi. Zbyt długie przebywanie w środowisku opresyjnym, gdzie stosuje się przemoc sprawia, że człowiek na nią obojętnieje i nawet kiedy zagrożenie ustaje, nie ma się już sił ani koncentracji, aby wyrwać się z tego kręgu. Naturalny instynkt ucieczki został już uszkodzony. Właśnie takie uznanie przemocy za normę, określane przez badaczy terminem „wyuczona bezradność”, skłania je (kobietyprzyp. A.L.) nie tylko do pozostawania przy mężach alkoholikach, nadmiernie wyzyskujących pracodawcach, w grupach, które je wykorzystują i poniżają, ale także sprawia, że czują się niezdolne do podjęcia jakichkolwiek kroków, by walczyć o swoje przekonania, swoją sztukę, zamiłowania, styl życia, politykę. (…) Świat dzikiej przyrody uczy, by podejmować wyzwania, w miarę jak się pojawiają. Osaczony wilk nie woła bezradnie: „O nie! Tylko nie to!”, ale odskakuje, rwie pazurami, biegnie, chowa się w norze, ryje w ziemi, udaje nieżywego, rzuca się do gardła — robi to, co w danej sytuacji trzeba zrobić. My też nie możemy pozwolić, by otępił nas chaos, upadek, ciężkie czasy. Musimy wreszcie zrozumieć, że wszystko, co więzi kobiecą radość, może nadejść z różnych stron i podstępnie zmieniać postać.

 SZALONY TANIEC

 Przy wyjściu z kościoła na dziewczynkę czeka stary żołnierz, który najwyraźniej ma diabelskie cechy (a w psychice uosabia naturalnego drapieżcę). Rzuca czar na pantofelki, tak że porywają one właścicielkę w niekończący się tan. Uzależnienie wynika nawet nie tyle z tego, że pozwoliła spalić własnoręcznie zrobione pantofelki. W końcu każdy ma prawo do błędów, zwłaszcza jeżeli jest młody i niedoświadczony. Błędem jest to, że nie spróbowała zacząć raz jeszcze, a zamiast tego usiłowała za wszelką cenę zdobyć substytut tego, co zostało jej odebrane, wierząc że to da jej szczęście. Stępiony instynkt nie zadziałał i nie pozwolił na rozróżnienie między grafitem a diamentem. Dziecko spróbowało wszystkiego: podporządkowania się staruszce, buntu, przemycania, „bycia grzeczną”, pozbycia się hamulców i tańca, a potem ponownego narzucenia sobie rygorów. Jednak niespełniona tęsknota za duszą i sensem życia jeszcze raz zmusza je do porwania czerwonych bucików, założenia ich i puszczenia się w ostatni taniec, taniec, który zaprowadzi do spustoszenia. (…)Dziewczynka wiruje przez życie w tańcu, który tak samo jak nałogi nie przynosi spełnienia, nadziei ani szczęścia, lecz ból, strach i skrajne wyczerpanie. Nie ma dla niej spoczynku. W życiu ów taniec to przede wszystkim nałogi, ale także nieudane związki, toxyczne relacje, brak silnej woli, uleganie innym, powtarzanie cały czas tych samych błędów, „nakręcanie się” negatywnymi myślami, wszystko to co nie pozwala nam odczuwać radości i harmonii wewnątrz nas jakiekolwiek by były zewnętrzne okoliczności. W zdrowej konstrukcji psychicznej w sytuacji zagrożenia interweniuje ta jej część, którą w baśniach symbolizuje staruszka, to wiedza i doświadczenie czuwające nad młodziutką, nieświadomą jeszcze zagrożeń dziewczynką. W tym kompensacyjnym uzależnieniu od fałszywej wolności główną rolę gra stara, wysuszona kobieta w psychice. Już od samego początku wzrok jej nie dopisuje. Potem zaczyna chorować. Jest unieruchomiona, zostawia próżnię w naszym wnętrzu. Psychice nadużywającej wolności nie ma kto przemówić do rozsądku. Wreszcie stara kobieta umiera, odchodzi, nie zostawiając po sobie bezpiecznego gruntu. A dziewczynka tańczy. Początkowo przewraca oczami z ekstazy, ale potem, kiedy buty nie dają jej odpocząć, już tylko z przerażenia i zgrozy. W zdrowej, naturalnej psychice tkwią najsilniejsze instynkty przetrwania. Ale jeśli kobieta nie może regularnie korzystać z wewnętrz­nej i zewnętrznej wolności, to czas spędzony w niewoli, uległość i bier­ność stępiają wrodzony dar orientacji, postrzegania sytuacji, pewności siebie i wszystkie cechy, których potrzebuje, by stanąć na własnych nogach. Czasami trudno się zorientować, kiedy tracimy instynkt, ponieważ najczęściej jest to podstępny, niedostrzegalny proces, zachodzący nie z dnia na dzień, ale w ciągu dłuższego okresu. Ponadto utrata bądź zamieranie instynktu często są aprobowane przez otaczającą nas kulturę, a NIERZADKO PRZEZ INNE KOBIETY, KTÓRE JUŻ WYZBYŁY SIĘ INSTYNKTU, BY ZNALEŹĆ AKCEPTACJĘ W SPOŁECZEŃSTWIE NIE ZNAJDUJĄCYM MIEJSCA DLA KOBIET ŻYJĄCYCH W HARMONII Z NATURĄ (podkreślenie. A.L) Uzależnienie to obłąkana Baba-Jaga, która porywa zagubione dzieci i porzuca je pod drzwiami kata.

 Na tym etapie jest już zbyt późno by zatrzymać się i zdjąć buciki, trzeba je odrąbać razem ze stopami. Jak ciężki to proces wiedzą alkoholicy wychodzący z nałogu, nie ma innego wyjścia niż radykalne odcięcie się od alkoholu. Kiedy postanowi się zerwać z nałogiem, nie wolno wypić już ani kropli więcej. Nie można myśleć: „Wypiję tylko kieliszek szampana z okazji ślubu syna” albo „To tylko kieliszek wina do obiadu”. Skoro wcześniej nie zadziałał mechanizm samokontroli, to nie ma żadnej gwarancji, że teraz nagle zadziała. Jednocześnie zrywanie z nałogiem jest bardzo ciężkie, a brak „paliwa” jakim był alkohol czyni ten proces jeszcze cięższym. Podobnie jest z powracaniem do lasu i kierowaniem się z powrotem wskazówkami instynktu. Odcinając się od nałogu samozagłady, czujemy okrutny ból. Nikt nie wie dlaczego. Można by sądzić, że uwięzio­na kobieta poczuje ulgę, przeszedłszy ten próg. Można by sądzić, że w mgnieniu oka poczuje się ocalona. Można by sądzić, że zacznie się cieszyć. Ale nie, ogarnia ją strach, słyszy zgrzytanie zębów i odkrywa, że to ona sama wydaje ten dźwięk. Czuje, że krwawi, choć nie widać krwi. Ale to ten ból, to cierpienie, ten brak stóp i brak domu, do którego można wrócić, są konieczne, żeby zacząć od nowa, od początku, żeby wrócić do życia uszytego własnymi rękami i kunsztownie dopracowywać je co dnia. Wbrew pozorom to że dziewczynka traci stopy nie oznacza, że jest na zawsze okaleczona. Inna opowieść, którą w Biegnącej z Wilkami analizuje dr E Bezręka Dziewczyna opowiada o tym, jak młodziutkiej dziewczynie odrąbane zostają ręce, ale dobrzy ludzie tworzą dla niej protezy ze srebra, a to sprawia, że odrastają jej własne dłonie. Nie mamy wpływu na to, kto powołuje nas na świat. Nie mamy wpływu na to, jak nas wychowano, nie możemy zmusić kultury, żeby w jednej chwili zaczęła nam sprzyjać. Ale jest i dobra wiadomość: nawet okaleczone, udomowione, nawet jeszcze w niewoli możemy odzyskać życie. Trzeba jednak wzmóc czujność, przygotować się na to, że pułapki, w które się już raz wpadło będą nadal czekały na drodze. Żeby utrzymać wewnętrzną radość, czasem będziemy musiały o nią walczyć, będziemy musiały się wzmocnić, wytężyć wszystkie siły i spryt. Żeby przeżyć oblężenie, trzeba długo obchodzić się bez wygód. A wolno nam wyrzec się niemal wszystkiego z wyjątkiem naszej radości — ręcznie uszytych czerwonych bucików.

 Tak jak alkoholicy muszą odciąć się od kumpli, którzy nadal piją tak kobieta, która powraca do lasu nie może oglądać się bez przerwy na gospodarstwo, z którego uciekła i słuchać tego, co mówią jej udomowione zwierzęta. Jeśli pragniemy dokonać czegoś, na czym nam naprawdę zależy, to jedną z najważniejszych rzeczy jest otoczyć się ludźmi, którzy popierają nasz wysiłek. Tak zwani przyjaciele, poranieni tak samo jak my, ale w gruncie rzeczy nie pragnący uzdrowienia, są pułapką i trucizną. (…) Odzyskanie straconego instynktu i uzdrowienie okaleczonego jest zawsze możliwe: instynkt powraca, kiedy kobieta uważnie słucha, patrzy, wczuwa się w otaczający ją świat i postępuje tak, jak robią to inni; skutecznie, wydajnie, z uczuciem. Możność obserwowania innych istot o zdrowym instynkcie jest konieczna do jego odzyskania. Po jakimś czasie słuchanie, patrzenie, działanie łączą się w jeden rytm, który ćwiczymy dopóty, dopóki na nowo nie wejdzie nam w krew.

 Znam kilka pisarek, które mają pewne motto wypisane nad biurkiem. Znam jedną, która nosi je na karteczce w bucie. Pochodzi ono z wiersza Charlesa Simica i jest najważniejszą instrukcją dla nas wszystkich: „Kto nie potrafi wyć, ten nie odnajdzie swego stada”. Jeśli chcesz na powrót wezwać Dziką Kobietę, nie pozwól się złapać. Wyostrz swój instynkt — odskakuj daleko, wyj przeciągle, bierz to, co daje świat, i dowiedz się o nim wszystkiego; niech twoje oczy wyrażają uczucia, niech patrzą, niech widzą wszystko, co można zoba­czyć. Tańcz w czerwonych bucikach, ale tylko w tych, które własno­ręcznie uszyłaś. W ten sposób będziesz żyć pełnią życia.

Teledysk Kate Bush do piosenki zainspirowanej tą baśnią.

 * Baśń ta jest najbardziej znana z wersji Hansa Christiana Andersena, ale ta przytaczana tutaj różni się od niej, dr E cytuje ją jako wersję niemiecko – węgierską, jaką opowiadała jej ciotka Tereza. Po mistrzowsku zawsze zaczynała opowieść od słów: „Przypatrzcie się swoim bucikom i dziękujcie Bogu, że są takie zwyczajne, bo trzeba być w życiu bardzo ostrożnym,  jeśli ma się buty za bardzo czerwone…”

  **Waris Dirie powiedziała w wywiadzie, że podróżowała po świecie, ale w żadnym kraju nie widziała tylu smutnych kobiet co w Polsce.

Advertisements

Odcinek 4: Sinobrody. O poskromieniu wewnętrznego drapieżnika

biegnaca z wilkami sinobrody

SINOBRODY

W klasztorze w dalekich górach zakonnice w białych habitach przechowują pukiel włosów z brody. Jak się znalazł w klasztorze, nikt nie wie. Mówią, że to zakonnice pochowały szczątki jej właściciela, bo nikt inny nie ważył się ich dotknąć. Nie wiadomo, po co zakonnice przecho­wują tę dziwną relikwię, ale tak jest. Znajoma mojej znajomej widziała Ją na własne oczy. Powiada, że broda jest w kolorze indygo. Ciemno­niebieska jak ciemny lód na jeziorze, granatowa jak nocne cienie. Broda ta należała niegdyś do człowieka znanego jako Sinobrody, który, jak mówią, był upadłym czarownikiem, olbrzymim mężczyzną łasym na kobiety.

Powiadają, że zalecał się jednocześnie do trzech sióstr. Ale jego broda trwożyła je dziwnym niebieskim połyskiem, więc kryły się przed nim, kiedy nadchodził. Próbując je przekonać o swojej łagodności, zaprosił je raz na wycieczkę do lasu. Przybył, prowadząc konie przystro­jone dzwoneczkami i czerwonymi wstążkami. Posadził siostry i ich matkę na koniach i odjechali cwałem do lasu. Tam spędzili cudowny dzień, jeżdżąc konno w otoczeniu sfory psów. Potem zatrzymali się u stóp ogromnego drzewa, a Sinobrody zabawiał panie opowieściami i częstował rozmaitymi przysmakami.

Siostry zaczęły myśleć:

— Może ten Sinobrody nie jest wcale taki zły?

Wróciły do domu, rozprawiając, jaki to był niezwykły dzień i jak się świetnie bawiły. Jednak obawy i podejrzenia dwóch starszych sióstr niebawem powróciły. Przysięgły sobie, że więcej nie spojrzą na Sinobrodego. Tylko najmłodsza myślała, że skoro ktoś może być tak czaru­jący, to chyba nie jest z gruntu zły. Im dłużej to sobie wmawiała, tym mniej straszliwy jej się wydawał, a jego broda nie tak niebieska.

I kiedy Sinobrody poprosił ją o rękę, przyjęła go. Przemyślała jego oświadczyny i zdawało się jej, że poślubi bardzo wytwornego mężczyznę. Wreszcie się pobrali, a potem odjechali do jego zamku w głębokim lesie.

Pewnego dnia przyszedł do niej ze słowami:

—  Muszę na jakiś czas wyjechać. Jeśli chcesz, zaproś tu swoją
rodzinę. Możecie jeździć konno po lesie, kazać kucharzom przygotować
wystawną ucztę, róbcie, co tylko chcecie, wszystko, czego dusza zapragnie. Oto pęk kluczy. Możesz otwierać wszystkie drzwi, i do spiżarni, i tam, gdzie chowam pieniądze — wszystkie drzwi w zamku; nie uży­waj jednak tego malutkiego kluczyka, tego z rzeźbieniem na kółku.

Żona odrzekła:

—  Zrobię, jak każesz. Bardzo mi się to podoba. Jedź więc, drogi mężu, nie troskaj się o mnie i wracaj prędko.

Odjechał, a ona została.

Siostry przybyły w odwiedziny i były, jak wszystkie niewieście duszyczki, bardzo ciekawe, co nakazał gospodarz na czas swojej nieobecności. Młoda żona z radością im o tym opowiedziała.

—  Powiedział, że możemy robić, co dusza zapragnie, i wchodzić do wszystkich komnat prócz jednej. Nie wiem tylko, która to jest. Mam klucz, ale nie wiem, do których drzwi pasuje.

Siostry postanowiły zabawić się w sprawdzanie, który klucz pasuje do których drzwi. Zamek był trzypiętrowy i w każdym jego skrzydle znajdowało się sto drzwi, a ponieważ na pęku wisiało mnóstwo kluczy, chodziły od drzwi do drzwi; bawiły się świetnie, odmykając po kolei wszystkie komnaty. Za jednymi drzwiami były zapasy jedzenia, za innymi pieniądze. Wszelaki dobytek znajdował się w komnatach i wszyst­ko zdawało się coraz wspanialsze. Wreszcie, obejrzawszy wszystkie cuda, doszły do piwnicy, do ślepej ściany na końcu korytarza.

Głowiły się nad ostatnim kluczem, tym właśnie z rzeźbionym kółkiem.

—        Może ten klucz do niczego nie pasuje.

Ledwo to powiedziały, usłyszały dziwny dźwięk — „errrrr”. Zajrzały za róg i — rety! — spostrzegły zamykające się małe drzwiczki. Kiedy próbowały je znów otworzyć, okazało się, że są dobrze zamknięte na klucz. Jedna z nich wykrzyknęła:

—  Siostro, siostro, daj swój klucz. To na pewno te drzwi, do których pasuje tajemniczy mały kluczyk.

Jedna z sióstr bez zastanowienia włożyła klucz do zamka i przekręciła go. Zamek szczęknął, drzwi otwarły się szeroko, ale wewnątrz było tak ciemno, że nic nie widziały.

—  Siostro, siostro, przynieś świecę. — Gdy zapaliły świecę i oświetliły komnatę, wszystkie trzy naraz krzyknęły przeraźliwie, bo na podłodze ujrzały krwawe błoto. Wszędzie walały się poczerniałe kości trupów, a czaszki piętrzyły się w stosach po kątach jak piramidy jabłek.

Zatrzasnęły drzwi, wyrwały kluczyk z zamka i wsparły się jedna o drugą, dysząc ciężko.

Młoda żona spojrzała na kluczyk i spostrzegła na nim krew. Przera­żona, chciała wytrzeć go o suknię, ale krew nie dała się zetrzeć. Każda z sióstr brała mały kluczyk do rąk i starała się go oczyścić, ale krew na nim pozostała.

Żona ukryła kluczyk w kieszeni i pobiegła do kuchni. Kiedy tam dotarła, jej biała suknia była już cała czerwona, od kieszeni do rąbka na dole, bo z klucza powoli wyciekały krople ciemnoczerwonej krwi. Rozkazała kucharce:

—  Szybko, dawaj końskie włosie!

Przetarła klucz, ale nie przestał krwawić. Kropla po kropli czerwona krew spływała z małego kluczyka.

Wyniosła klucz na dwór, zasypała popiołem z pieca i jeszcze tarła i tarła. Włożyła do żaru, żeby go przypiec. Położyła na nim pajęczynę, żeby zatamować krew, ale nic nie pomagało, nic nie mogło jej powstrzymać.

—  Och, co ja teraz zrobię? — płakała. — Wiem już, schowam ten klucz. Włożę go do szafy. Zamknę drzwi. To jakiś zły sen. Wszystko będzie dobrze. — I zrobiła, jak powiedziała.

Mąż powrócił do domu następnego ranka i wkroczył do zamku, nawołując żonę.

—   Co się działo pod moją nieobecność?

—   Wszystko dobrze, panie.

—   A jak moje spiżarnie?

—   Doskonale, panie.

—   A moje skarbce?

—   W skarbcach nic nie brakuje, panie.

—   To znaczy, że wszystko dobrze, żono?

—   Tak, wszystko dobrze.

—   W takim razie — rzekł cicho — oddaj mi klucze.
Od razu dostrzegł, że brakuje małego klucza.

—   Gdzie najmniejszy kluczyk?

— Ja… Zgubiłam go. Tak, zgubiłam. Jechałam na koniu i pęk kluczy upadł na ziemię, wtedy musiałam go zgubić.

—   Co z nim zrobiłaś, kobieto?
—- Ja… ja… Nie pamiętam.

—   Nie kłam! Mów, coś zrobiła z kluczem?

Położył jej dłoń na twarzy, jakby chciał ją pogłaskać po policzku, ale zamiast tego pochwycił za włosy.

—  Zdrajczyni! — warknął i rzucił ją na ziemię. — Byłaś w tej komnacie, czy tak?

Gwałtownym ruchem otworzył jej szafę; mały klucz na górnej półeczce wciąż broczył krwią, która zabarwiła na czerwono wszystkie piękne jedwabne suknie.

—   Teraz twoja kolej, moja damo! — wykrzyknął Sinobrody i pociągnął ją korytarzem do piwnicy, aż znaleźli się przed straszliwymi drzwiami. Sinobrody tylko spojrzał na nie płomiennym wzrokiem i zaraz się przed nim otworzyły. Leżały tam szkielety wszystkich jego poprzed­nich żon.

—   Giń!! — zakrzyknął strasznie, ale ona złapała się framugi drzwi i nie chciała puścić. Błagała o życie.

—   Proszę, proszę, pozwól mi się przygotować na śmierć. Daj mi choć kwadrans, zanim mnie zabijesz, bo muszę najpierw pogodzić się z Bogiem.

—   Dobrze — warknął — masz tylko kwadrans, a potem gotuj się na śmierć.

Żona pomknęła schodami do swej komnaty i wysłała siostry na wały obronne. Uklękła jak do modlitwy, ale zamiast mówić pacierze, wołała do sióstr:

—  Siostry, siostry? Czy bracia nadjeżdżają?

—  Nic nie widać, siostro, nie ma nikogo na równinie!
Co chwila wołała w ich stronę:

– Siostry, siostry! Czy bracia nadjeżdżają?

—   Zdaje nam się, że w oddali widać wirujący tuman kurzu!

W tym czasie Sinobrody grzmiał na żonę, by zeszła do piwnicy, żeby mógł ściąć jej głowę. Zawołała znowu:

— Siostry, siostry! Czy bracia nadjeżdżają?

Sinobrody wezwał ją jeszcze raz i zaczął z łoskotem wspinać się po kamiennych schodach.

— Tak! Widzimy ich! Nasi bracia nadjechali i właśnie wchodzą do zamku! — odkrzyknęły siostry.

Sinobrody posuwał się korytarzem w stronę komnaty żony.

— Idę po ciebie — zawył.

Od jego tupania drżała kamienna podłoga, a tynk zaczął się sypać ze ścian.

Kiedy wdarł się do jej komnaty z wyciągniętymi rękami, by ją pochwycić, bracia na koniach galopowali już korytarzem i także wpadli do komnaty. Rzucili Sinobrodego o gzyms, nacierali na niego z mieczami, siekli i bili, cięli i smagali, aż obalili go na ziemię. Wreszcie uśmiercili go, zostawiając myszołowom krwawe szczątki i kości.

——————————————————————————

Ludzka psychika ma wiele twarzy, a obliczem wyjątkowo perfidnym jest naturalny drapieżca, siła która kontestuje, wyśmiewa i stara się uniemożliwić wprowadzenie w życie naszych marzeń i planów. Dla naturalnego drapieżcy w nas samych wszystko co dobre, pozytywne, harmonijne, zgodne z naturą i przynoszące wewnętrzny spokój jest celem ataków i furii. Niezależnie od środowiska i sposobu wychowania ten drapieżny element jest zawsze obecny w naszej psychice, ale to właśnie środowisko oraz sposób wychowania mogą sprawić, że urośnie on do rozmiarów bestii, którą trzeba poskromić, bo inaczej zupełnie zablokuje nasz rozwój i oderwie od intuicyjnej natury. Opowieść o Sinobrodym mówi o takim prześladowcy, mrocznym mężczyźnie, który zamieszkuje w psychice każdej kobiety, o wewnętrznym drapieżniku. Jest on bardzo konkretną, niezaprzeczalną mocą, o któ­rej nie wolno zapominać i którą trzeba opanować. Aby opanować naturalnego drapieżnika psychiki, kobieta musi dysponować wszystki­mi swymi instynktownymi zdolnościami. Wymieńmy tylko niektóre: wnikliwość, intuicja, wytrzymałość, cierpliwość w kochaniu, wyczulo­ne zmysły, dalekowzroczność, wyostrzony słuch, śpiewanie nad zmar­łymi, intuicyjne uzdrawianie i opieka nad własnym ogniem twórczym.

Kim jest Sinobrody? Baśń określa go jako upadłego czarownika, a zatem kogoś, kto posiadł moc, ale nie umiał się z nią obchodzić zgodnie z zasadami etycznymi i został za to ukarany. W mitach i legendach całego świata pełno jest postaci, które mimo wewnętrznego potencjału nie potrafią się pohamować i to przynosi im zgubę: helleńscy Midas i Ikar, bardzo podobny do tego ostatniego bohater opowieści plemienia Zuni mówiącej o tym, że mógł on zostać członkiem królestwa orłów, gdyby nie zechciał wzlecieć jeszcze wyżej i w rezultacie zginął upadając na ziemię, chrześcijański Lucyfer, uczeń czarnoksiężnika z baśni Goethe’go, etc. Tym co charakteryzuje wszystkie te postacie jest pragnienie przewagi nad innymi i brak wewnętrznych hamulców. Pragną być lepsi i ważniejsi, nie potrafią dojrzewać ani być cierpliwymi, nie chcą też poddać się prawom natury odmierzającej cykle, chcą teraz, zaraz, natychmiast. A nade wszystko chorobliwie pragną władzy. Z mitów i opowieści dowiadujemy się, że jeśli jednostka próbuje przełamać, nagiąć lub zmienić sposób działania Niewyrażalnego, to w konsekwencji musi zostać ukarana albo przez utratę znaczenia i mocy w świecie tajemnic i magii — tak jak uczniowie czarnoksiężników, którym nie wolno więcej praktykować — albo przez wygnanie z krainy bogów, albo przez równie dotkliwe pozbawienie łaski i potęgi: odebranie zdolności, okaleczenie czy śmierć.

Sinobrody jest poprzez to samotny i być może to właśnie samotność doskwiera mu najbardziej, bo owo pragnienie błyszczenia i czarowania innych realizuje się tylko wtedy kiedy jest publiczność, która go podziwia (przypomina tym Maga, pierwszy Wielki Arkan Tarota). A właśnie ów egoizm ogranicza go w kontaktach z innymi; nasz wewnętrzny drapieżca nie wzmaga pozytywnych cech w innych ludziach, on jest o nie zazdrosny i zazdrość wzmaga jego wściekłość. Nietrudno sobie wyobrazić, że w takim złośliwym tworze uwięziony jest ktoś, kto niegdyś poważył się przewyższyć światłość i został za to potępiony, utracił łaskę. Zrozumiałe, dlaczego potem ów upadły wygnaniec okrutnie prześladuje światło innych. Możemy sobie wyobrazić, iż ma nadzieję, że jeśli zagarnie dla siebie dość dużo dusz, to zbierze tyle światła, że wreszcie rozproszy swój wewnętrzny mrok i przezwycięży samotność.

Drapieżniki są częścią natury, także tej ukrytej w psychice. Nie da się ich nawrócić na wegetarianizm, trzeba nauczyć się je rozpoznawać, aby nie rozszarpały nas na strzępy. Wszystkie stworzenia muszą się nauczyć, że istnieją drapieżnicy. Bez takiej wiedzy kobieta nie zdoła bezpiecznie poruszać się po własnym lesie, tak by nie zostać pożartą. Zrozumieć drapieżnika to znaczy stać się dojrzałym zwierzęciem, które nie jest bezbronne z powodu swej nieświadomości, ufności, braku doświadczenia, głupoty. Jak przebiegły tropiciel Sinobrody wyczuwa, że zaintrygował najmłodszą córkę, czyli że pragnie ona zostać jego ofiarą. Oświadcza się jej, a ona w chwili młodzieńczego uniesienia, które jest często kombi­nacją szaleństwa, chwilowej przyjemności, szczęścia i magnetyzmu płci, mówi mu „tak”. Która kobieta nie zna tego scenariusza?

KOŃMI DO NIEBA

Kiedy Sinobrody zaczyna swoje podchody, z początku wszystkie siostry są sceptyczne aż w końcu jego zakusom ulega najmłodsza z nich. Symbolizuje zarówno młodziutkie i naiwne dziewczęta jak i kobiety w sile wieku, które nie nauczyły się rozpoznawać wewnętrznego napastnika i po raz kolejny przerabiają tę samą lekcję. Najmłodsza siostra to potencjał twórczy kobiety, wszystko to co daje satysfakcję i sprawia, że chce się nam niemal fruwać, jednak nieświadoma istnienia drapieżnika daje się mu pochwycić i w ten sposób zatrzymać u samego początku kreatywność. To cena jaką płaci za fałszywe poczucie bezpieczeństwa, ale i część inicjacji, ponieważ kiedy wyzwoli się z wpływu drapieżcy, będzie mądrzejsza i bogatsza. I choć często się zdaje, że życie byłoby znacznie łatwiejsze i mniej bolesne, gdyby wszyscy ludzie rodzili się przebudzeni, tak się nie dzieje. Rodzimy się jako anlagen (zarodki), jako potencjał tkwiący w jądrze komórki: w biologii anlage określa się jako „to, co się dopiero stanie, rozwinie”.

Sinobrody zaleca się do wszystkich trzech sióstr naraz i od razu intuicja podszeptuje im, że coś jest nie tak, żeby nie wierzyć, być ostrożnym i spoglądać głębiej niż tylko na powierzchnię. Jednak sprytny Sinobrody zabiera siostry oraz ich matkę na przejażdżkę i najmłodsza daje się przekonać. Lekceważy przeczucie, widzi tylko pozory, które stwarza drapieżca. Taki błędny osąd jest najczęstszy u kobiet bardzo młodych, u których nie rozwinął się jeszcze system ostrzegawczy. Młoda dziewczyna jest jak osierocone wilcze szczenię, które baraszkuje na polanie, nie bacząc na to, że wielki ryś wynurza się z mrocznej gęstwiny. Starsza kobieta, tak odcięta od natury, że ledwie słyszy wewnętrzne ostrzeżenie, także brnie w pułapkę z naiwnym uśmiechem.

Oczywiście to rodzi pytanie czy takiej sytuacji da się w ogóle uniknąć. Podobnie jak w przyrodzie dziewczyna uczy się życia obserwując rodziców, to ich zachowanie ostrzega ją przed zagrożeniami. Jednak nawet jeżeli rodzice mądrze wychowują dziecko, to około dwunastego roku życia nadchodzi moment, kiedy zaczyna nabierać własnych przekonań i podejmować samodzielne kroki, czy to pod wpływem rówieśników, czy osób, które darzy uwielbieniem. Nastolatki są też często z natury przekonane o tym, że świat jest dobry i istnienia drapieżców po prostu nie wyczuwają, z tego przekonania budzi je dopiero pierwszy wstrząs. Kiedy wilczyca zostawia swe młode, by wyruszyć na łowy, wilczęta próbują iść za nią, wychodząc z nory na ścieżkę. Matka warczy, odpędza je i straszy tak bezlitośnie, że poślizgując się, biegną z powrotem do jamy. Wilczyca wie, że szczenięta nie potrafią jeszcze ocenić innych stworzeń. Nie wiedzą, kto jest drapieżnikiem, a kto nie. Z czasem nauczy je tego, brutalnie i raz na zawsze. Podobnie jak młode wilczęta kobiety też potrzebują wprowadzenia w tajniki życia, inicjacji, która nauczy je, że świat wewnętrzny i zewnętrzny nie są beztroskim rajem. Wiele dziewcząt i kobiet nie otrzy­mało nawet tak podstawowych nauk o drapieżnikach, jakie matka-wilczyca daje swoim szczeniętom: „Jeśli coś jest groźne i większe od ciebie, uciekaj; jeśli słabsze, rób, co chcesz; jeśli chore, zostaw w spokoju; jeśli ma kolce, jad, kły albo ostre pazury, wycofaj się, idź w inną stronę; jeśli przyjemnie pachnie, ale jest zatknięte na metalowych szczękach, przejdź spokojnie obok”.

 Przyczyną, dla której najmłodsza siostra daje się zwieść Sinobrodemu jest słuchanie podszeptów ego. To zrozumiałe, że chce mieszkać w pełnym bogactw pałacu, jeździć eleganckim powozem i być podziwiana. Niejedna dziewczyna godzi się na rolę trofeum, żeby „pokazać się” w exluzywnych ubraniach, designerskim mieszkaniu czy drogim samochodzie. W sensie dosłownym zaślubiny z mężczyzną – drapieżcą realizują wewnętrzne pragnienie, żeby uszczęśliwił nas świat zewnętrzny, a nie my same. To coś, co jak nam się wydaje możemy dostać lekko, łatwo i przyjemnie, bez własnego wysiłku, cierpliwości i wytrwałości (co jest jeszcze wyraźniej pokazane w baśni o Czerwonych Trzewiczkach). Tyle że łatwe przyjemności są często przynętą, którą wabi ofiarę drapieżnik. Jeżeli nie jesteśmy czujne, to wpadniemy w pułapkę. Tym bardziej, że małe dziewczynki nie są uczone tego jak wyostrzać wewnętrzny wzrok, tylko jak najlepiej zaprezentować się na zewnątrz. Dlatego pośrednimi wspólnikami drapieżcy stają się własne, biologiczne matki młodych dziewcząt, które w opowieści symbolizuje matka sióstr. Nie tylko nie ostrzega ich przed zagrożeniem, ale uwiarygodnia przeciwnika udając się na przejażdżkę na jego zaproszenie. Ta decyzja, zgoda na poślubienie potwora, zapada, kiedy dziewczyna jest bardzo młoda, zwykle jeszcze przed ukończeniem piątego roku życia. Dziewczynki uczy się niedostrzegania w ludziach groteskowości, uczy się je natomiast upiększania ich, niezależnie od tego, czy rzeczy­wiście mają jakiś urok. To za sprawą takiego treningu najmłodsza siostra stwierdza: „Hm, ta broda nie jest wcale taka niebieska”. To wczesne wdrażanie do „bycia miłą” powoduje potem, że dorosła kobieta lekceważy głos intuicji. Inaczej mówiąc, dziewczynki są celowo uczone uległości wobec drapieżnika. Wyobraźcie sobie wilczycę, która uczy swoje młode, by „były miłe” w obliczu groźnej fretki albo chytrego diamentowego grzechotnika.     

Starsze siostry nie dają się nabrać na pozory stwarzane przez Sinobrodego. Albo same już przeszły ten proces, albo przejmują rolę prawdziwej, dzikiej matki, widzącej realne zagrożenia. Weźmy przykład naiwnej kobiety, która po raz kolejny wybiera sobie nieodpowiedniego partnera. Gdzieś na dnie umysłu wie, że wpadła w błędne koło, bezowocny, daremny schemat, że powinna powiedzieć „dość” i poszukać innych wartości. Często nawet wie, jak powinna postąpić. Ale w powtarzaniu autodestrukcyjnego cyklu jest coś nieodpartego, coś w rodzaju hipnotycznego zauroczenia Sinobrodym. W wię­kszości wypadków kobiety łudzą się, że jeśli trochę dłużej będą się trzymać starego wzoru, to z pewnością niebiański błogostan, którego poszukują, pojawi się z następnym szybszym uderzeniem serca. Innym skrajnym przypadkiem są kobiety uzależnione od jakiegoś nałogu: one z pewnością z zakątka umysłu słyszą starsze siostry, które powtarzają: „Nie! Tak nie można! Szkodzisz swemu ciału i duchowi. Zrywamy z tym”. Ale pragnienie odnalezienia raju wciąga kobiety w małżeństwo z Sinobrodym, dealerem psychicznych odlotów. Jakiekolwiek dylematy kobieta przeżywa, głosy starszych sióstr w jej psychice wciąż nakłaniają ją do zdobywania świadomości i doko­nywania mądrych wyborów. Symbolizują głos w głębi umysłu, szepczą­cy niemiłe prawdy, których kobieta wolałaby uniknąć, gdyż kładą kres fantazji o odnalezionym raju. (…) Wiele kobiet w sensie dosłownym powtarza w życiu opowieść o Sinobrodym. Wychodzą za mąż, kiedy jeszcze są dość nieświadome, by nic nie wiedzieć o drapieżnikach, i wybierają człowieka, który ma niszczący wpływ na ich życie. Są zdecydowane uleczyć tę osobę miło­ścią. W pewnym sensie „bawią się w dom”. A większość czasu spędzają na powtarzaniu: „Jego broda wcale nie jest taka niebieska”. Kobieta uwięziona w takiej pułapce dostrzega w końcu, że nadzieje na godziwe życie jej i dzieci rozwiewają się coraz bardziej. Pozostaje mieć nadzieję, że nareszcie otworzy drzwi do komnaty, gdzie leży całe jej zmarnowane życie. Choć jest możliwe, że to życiowy partner upodlił je i popsuł, jednak wewnętrzny drapieżca w jej własnej psychice ma w tym duży udział. Dopóki kobiecie wmawia się, że jest bezsilna, dopóki uczy się ją niedostrzegania tego, o czym wie, że jest prawdą, dopóty kobiece impulsy i dary psychiczne giną jeden po drugim. Jeśli młodziutka dziewczyna wychodzi za mąż za drapieżcę, to zostaje uwięziona lub silnie ograniczona właśnie wtedy, kiedy powinna rozkwitać. Zamiast żyć swobodnie, zaczyna żyć na niby. Zwodniczy drapieżca obiecuje jej, że zostanie królową, podczas gdy w rzeczywistości knuje morderstwo. Istnieje wyjście z tej sytuacji, ale trzeba mieć do niego klucz.

OTWIERANIE DRZWI (GŁĘBOKIEJ) PERCEPCJI

Ze ślubu słodkiej naiwności i łotra bez serca nie może wyjść nic dobrego. W baśni mąż wyjeżdża dając żonie złudne wrażenie wolności: ‘Możesz robić wszystko oprócz jednej rzeczy’. Szybko okaże się, że to czego zabrania jej mąż jest dla niej najważniejsze.

Sinobrody mówi, ‘róbcie wszystko co chcecie’, namawia, żeby pozbyła się zahamowań, chce aby wydawało się jej, że wszystko może i w ten sposób dawała się łatwiej kontrolować. Tyle że bez wiedzy ukrytej w komnacie najmłodsza siostra wcale nie jest wolna. Naiwna kobieta potulnie zgadza się pozostać w nieświadomości. Kobiety łatwowierne albo te z zablokowanym instynktem wciąż, jak kwiaty, obracają się zawsze w tę stronę, z której pada słońce. Naiwna lub odcięta od instynktów kobieta zbyt łatwo daje się zwieść iluzją łatwego życia, rozrywek, rozmaitych przyjemności, czy będzie to obietnica wysokiej pozycji w oczach rodziny i rówieśników, większego bezpieczeń­stwa, wiecznej miłości, podniecających przygód czy gorącego seksu.

Żona otrzymuje komplet kluczy, ale z jednego nie może korzystać. Wraz z przybyciem sióstr, budzi się w niej naturalny instynkt ciekawości, który sprawia, że zaczyna drążyć i szukać ukrytych zamiarów męża. To siostry zaczynają dopasowywać klucze do drzwi. Kobieca ciekawość jest tu ważnym czynnikiem. Wcześni badacze psychiki tacy jak Freud czy Jung traktowali otwarcie zakazanej komnaty jako psychologiczną karę za kobiecą ciekawość sexualną. Wynikało to z pośledniego traktowania kobiecej psychiki w ogóle jak i z panujących stereotypów. Ciekawość kobiety nosiła w sobie z definicji aspekt negatywny, ciekawi świata mężczyźni byli nazywani dociekliwymi, podczas gdy ciekawe świata kobiety – wścibskimi. Tymczasem to właśnie przenikliwość i chęć sięgnięcia głębiej jest podstawą intuicji. To siostry – intuicyjne aspekty psychiki – wyrywają żonę z kręgu nieświadomości (…) Nieświadoma młodzieńcza natura zaczyna rozumieć, że skoro istnieje coś ukrytego, sekretnego, coś, co przesłania cień, coś zakazanego, to trzeba w to wejrzeć.

Lochy są w swojej formie jaskiniami powiązanymi semantycznie z Gają, wielką Boginią – Matką, ale trzeba pamiętać czym były dawniej drzwi, zbudowane z solidnego materiału takiego jak drzewo lub kamień; w niektórych kulturach wierzono nawet, że duch drzewa lub kamienia pozostaje w nim aby strzec wejścia. Drzwi w naszej opowieści są barierą psychiczną, czymś w rodzaju strażnika strzegącego tajemnicy. Ten strażnik jeszcze raz przypomina nam o reputacji drapieżcy jako maga — psychicznej złej mocy, która wszystko przekręca i gmatwa jakby za sprawą czarów, powstrzymując nas od zrozumienia tego, co już wiemy. Kobiety umacniają jeszcze tę barierę, kiedy zniechęcają się (lub siebie nawzajem) do myślenia lub głębszego analizowania, bo „lepiej za dużo nie wiedzieć”. Żeby zrobić wyłom w tej barierze, trzeba zastosować właściwe przeciwczary. A znajdujemy je właśnie w symbolu klucza. W baśni o Ali Babie pojawia się motyw otwierania drzwi za pomocą zaklęcia, w misteriach eleuzyńskich klucz prawdopodobnie kładziono na języku, aby przypominać, że w mowie, w odpowiednim formułowaniu pytań kryje się wskazówka jak otrzymać odpowiedź i jak dotrzeć do sedna rzeczy. A słowa, potrzebne kobiecie w większości sytuacji analogicznych do opisanej w Sinobrodym, brzmią: Co się za tym kryje? Co jest inne, niż się wydaje? Co wiem w głębi swego łona, czego wolałabym nie wiedzieć? Co we mnie zostało zabite, co powoli kona?

NAJMŁODZSZA SIOSTRA I KOMNATA TAJEMNIC

Siostry widzą na własne oczy co kryje się w zakazanej komnacie, a klucz najmłodszej zaczyna krwawić. Kości i krwawe szczątki poprzednich żon to symboliczne przedstawienie planów, marzeń i myśli, które kobieta porzuciła lub też życia które sprawiało jej radość, a którego z jakichś powodów zaniechała. Sinobrody zabija i rozczłonkowuje kobietę, aż zostaną z niej nagie kości. Nie pozostawia jej urody, miłości, jaźni, a tym samym żadnej możliwości działania we własnej sprawie (…) Szkielety w komnacie symbolizują w najbardziej pozytywny sposób niezniszczalną siłę kobiecości. Kości to archetypowy symbol tego, co w żaden sposób nie może ulec zniszczeniu. W swojej kwintesencji historie o kościach mówią o tym w psychice, co jest nie do pokonania. Jedyną niezniszczalną rzeczą, jaką posiadamy, jest dusza. Kiedy mówimy o esencji kobiecości, mamy na myśli kobiecą duszę. Kiedy mówimy o ciałach porozrzucanych w lochu, chcemy powiedzieć, że coś złego się stało z naszą duchową siłą; lecz mimo że pozbawiona została zewnętrznej żywotności, mimo że siły życiowe z niej uszły, nie została zniszczona doszczętnie. Może się odrodzić.

Klucz zaczyna krwawić, a jak nietrudno się domyślić krew to symbol życia i energii. Upływ krwi pozbawia życia. Najmłodsza siostra musi stawić czoła temu, że to co miało ją uszczęśliwić, w rzeczywistości pozbawiło ją tego co najważniejsze, jej własnej tożsamości. Niezależnie czego dotyczyły zamierzenia, czy harmonijnego związku, czy udanej pracy, czy sukcesów, czy twórczości, drapieżnik celowo od dawna je udaremniał. W baśniach często pojawia się motyw oblubieńca-bestii (lub zbójcy), który rozumiany jest jako symbol wroga ukrywającego się w prze­braniu istoty dobrodusznej i przyjaznej. Ta zamaskowana postać poja­wia się zawsze, kiedy kobieta żywi naiwne przekonania na temat kogoś lub czegoś. Kiedy kobieta usiłuje uniknąć konfrontacji z własnym wewnętrznym spustoszeniem, marzenia senne prawdopodobnie zaczną krzyczeć do niej ostrzegawczo: przebudź się! szukaj pomocy! uciekaj! idź zabijać! (…) To niedostrzeganie, niezrozumienie, że wewnętrzne pragnienia nie współgrają z zewnętrznym postępowaniem, jest właśnie tropem, który zostawia za sobą oblubieniec-bestia. Obecność tego czynnika w psychice tłumaczy, dlaczego kobiety, które twierdzą, że pragną bliskiego związku, robią wszystko, by im się nie powiodło z ukochanym. W ten sam sposób kobiety, które wyznaczają sobie jakieś cele, chcą w danym czasie dotrzeć tu czy tam, nie robią nawet pierwszego kroku, by je realizować, albo też rezygnują z nich przy pierwszej napotkanej trudno­ści. W ten sposób, przez odkładanie spraw na później, które rodzi pogardę dla samej siebie, przez jątrzące uczucie wstydu spychane coraz głębiej, przez wszystkie nowe początki, tak bardzo potrzebne, uwień­czenie nigdy nie dochodzi do skutku. Tam, gdzie się czai i działa drapieżca, wszystko zbacza z torów, zostaje zburzone i zniszczone w zarodku. (…)W takim stanie kobieta traci twórczą energię, niezależnie od tego, czy w grę wchodzi rozwiązywanie przyziemnych problemów związanych z nauką, rodziną, przyjaźnią, czy też troska o palące problemy współczesnego świata lub sprawy duchowe — osobisty rozwój, sztukę życia. Banalne odkładanie spraw na później ciągnie się tygodniami i miesiącami. Wydaje się, że uchodzi z niej powietrze, jest bez życia, choć może i pełna pomysłów, ale stan głębokiej stagnacji z każdym dniem coraz bardziej uniemożliwia wprowadzenie ich w czyn.

Najmłodsza siostra na początku nie chce przyjąć tej prawdy do świadomości, próbuje wielu sposobów aby zetrzeć krew z klucza, ale nie udaje się jej to. Wszystkie negatywne i bolesne wydarzenia naszego życia są w sposób naturalny cenzurowane od wewnątrz. Jest najzupełniej oczywiste, że cenzurujące ego pragnie zapomnieć, że kiedykolwiek widziało makabryczną komnatę z ciałami zamordowanych. Dlatego właśnie żona Sinobrodego próbuje wytrzeć klucz końskim włosiem. Próbuje wszyst­kich znanych sobie sposobów, wszystkich medykamentów na okale­czenia i głębokie rany, jakie zna kobieca medycyna ludowa: paję­czyny, popiołu, ognia — wszystkie kojarzą się z nicią życia i śmierci snutą przez Parki. Jednak nic nie skutkuje; kobieta nie może też zakończyć tego procesu, udając, że nic się nie dzieje. Nie może zatamo­wać krwawienia z klucza. Paradoksalnie, kiedy jej dawne życie dogorywa i nawet najlepsze lekarstwa są bezskuteczne, upływ krwi budzi ją z uśpienia; uświadamia sobie, że krwawi, i w ten sposób zaczyna żyć na nowo.

Krew barwi sukienki w szafie, nie pozwala jej zapomnieć o tym co ujrzała i zdradza jej prześladowcy to, że ona już WIE. Suknie i odzież zazwyczaj symbolizują maski, jakie nakładamy, to jakimi chcemy aby świat nas widział i to w jaki sposób ukrywamy czego nie chcemy pokazać. Przy odpo­wiednim psychicznym kamuflażu i przebraniach zarówno mężczyźni, jak i kobiety mogą prezentować prawie idealną postać, prawie idealną fasadę. Tymczasem klucz płaczący krwawymi łzami plami wszelkie maski i nie pozwala już dłużej ukrywać się. Możemy mówić, co chcemy, udawać zadowolenie i pogodę ducha, ale jeśli raz ujrzałyśmy wstrząsającą prawdę w komnacie rzezi, to nie możemy udawać, że ona nie istnieje. Nadszedł czas stawić czoła drapieżcy.

ZWODZENIE DRAPIEŻNIKA

Gdy Sinobrody odkrywa „zdradę”, szaleje z wściekłości i szykuje żonie taki sam los jak poprzednim. W opowieści o Sinobrodym psychika próbuje uniknąć zabójczego ciosu. Nie jest już naiwna, nauczyła się przebiegłości; prosi o czas na przygotowanie — innymi słowy, czas, by się wzmocnić przed ostatecznym starciem. W zewnętrznej rzeczywistości także spotykamy kobiety planujące ucieczkę, czy to od dawnego, wyniszczającego trybu życia, czy to od kochanka, czy od pracy. Chce zyskać na czasie, gra na zwłokę, obmyśla strategię i wewnętrznie zbiera siły, zanim dokona zewnętrznej przemiany. Czasami właśnie rodzaj olbrzymiego zagrożenia ze strony drapieżcy powoduje, że kobieta ulega metamorfozie z uległej i słodkiej w bystrooką i czujną. (…) Kiedy kobieta pojmuje, że stała się zdobyczą, zarówno w świecie wewnętrznym, jak i zewnętrznym, ledwie może to znieść.

Jednocześnie i drapieżca, i twórcza siła dochodzą coraz bardziej do punktu wrzenia. Napastnik krąży, koncentruje się na zdobyczy i szykuje do zadania ostatecznego ciosu. Siła intuicji i twórczości jest być może osłabiona poprzez tak długi czas ignorowania, ale mimo przebudzenia się jeszcze nie wygrała. Mówiąc obrazowo, nie może ani na chwilę odpocząć, a tym bardziej z powrotem zasnąć tak jak nie wolno tego zrobić osobie przebywającej na mrozie. W świecie zwierzęcym istnieje coś takiego jak tajemniczy taniec psychiczny drapieżnika z ofiarą. Mówi się, że jeśli ofiara wysyła szczególny, pełen uległości sygnał wzrokowy i wpada w szczególny rodzaj drżenia, które powoduje słabe falowanie skóry na mięśniach, to w ten sposób komunikuje drapieżcy swoją słabość i godzi się zostać łupem. Czasem trzeba drżeć i umykać, ale są chwile, kiedy nie wolno tego robić. W krytycznym momencie kobieta nie może zadrżeć, nie może okazać słabości. Kiedy żona Sinobrodego błaga o czas, by przygotować się na śmierć, nie jest to oznaka uległości wobec drapieżcy. To jej chytry sposób na przygotowanie mięśni do walki. Jak leśne zwierzęta szykuje się do frontalnego ataku.

POSKROMIENIE ZŁOŚNIKA

Podczas gdy Sinobrody krzyczy i wrzeszczy, jego żona szuka sposobu by zyskać cenny czas, próbuje zebrać energię, by obezwładnić prześladowcę, którym może być — osobno lub w połączeniu — niszczący wpływ religii, małżonka, rodziny, własnych kompleksów albo kultury, w której żyje. Sama sobie z nim nie poradzi, musi wezwać na pomoc braci. Bracia symbolizują silniejszą, waleczną i agresywną część psychiki, tę która nie zawaha się przed wbiciem ostrza w serce przeciwnika*. To męska energia, jungowski animus w baśniach pojawiający się zazwyczaj pod postacią bohatera więzami krwi połączonego z bohaterką. Tę część psychiki u kobiet często tłamsi się od samego początku, ucząc dziewczynki by były grzeczne i miłe, by „nie przejmowały się” atakami i nie odpowiadały na nie. Agresja jest jedną z pierwszych cech jaką stara się u małych dziewczynek wykorzenić. Siostry — te mądrzejsze — zajmują centralną pozycję w ostatnim stadium inicjacji; stają się jej oczami. Wołanie kobiety pokonuje długi wewnętrzny dystans do miejsca, gdzie mieszkają bracia, do tych aspe­któw psychiki, które są wyćwiczone do walki. Ale obronne aspekty psyche nie są zrazu tak bezpośrednio bliskie świadomości, jak powinny być. U wielu kobiet gotowość bojowa i waleczność są zbyt oddalone do świadomości, by działać skutecznie. Kobieta musi się wprawiać w przywoływaniu, wyczarowywaniu wojowniczej, niepokornej natury, atrybutów symbolizowanych przez wirujący słup powietrza, tuman kurzu na drodze. Oznaczają one wewnętrz­ną siłę determinacji, która, jeśli nie ulega rozproszeniu, daje kobiecie potężną energię. Zachowując gotowość bojową, kobieta nie straci świadomości, nie będzie pogrzebana z całą resztą.     

Natura animusa jest potrzebna każdej kobiecie. To takie cechy jak dążenie do celu i konsekwentne usuwanie przeszkód sprawią, że wszelkie pomysły i plany nie pozostaną w sferze umysłu, ale będą z powodzeniem realizowane. Im silniejszy, solidniejszy i szerszy jest animus (wyobraźmy go sobie jako most) tym sprawniej, z większą klasą i w bardziej konkretny sposób kobieta daje wyraz swoim ideałom i kreatywności w zewnętrznym świecie. Kobieta, której animus jest słabo rozwinięty, może mieć mnóstwo oryginalnych myśli i pomysłów, ale nie potrafi ich realizować w zewnętrznym świecie. Wprowadzane w czyn wspaniałe wizje pozo­stają w martwym punkcie. Bez silnego i zdrowego animusa kobieta jest bezbronna, jej marzenia nie realizują się, a frustracje powodują, że wpada ona coraz mocniej w szpony drapieżcy. A im dłużej to trwa i im bardziej się kumuluje tym bardziej opłakane mogą być skutki.

Pewna kobieta, z którą pracowałam, inteligentna i utalentowana, opowiadała mi o swojej babci ze Środkowego Zachodu. Według babci najlepszą rozrywką było pojechać pociągiem do Chicago, założyć wielki kapelusz i, spacerując po Michigan Avenue, oglądać wystawy i zadawać szyku w roli eleganckiej damy. Z konieczności czy zrządzeniem losu wyszła za mąż za farmera. Osiedli wśród bezmiaru pól pszenicznych, gdzie zaczęła usychać i więdnąć w schludnym małym wiejskim domku, dużym w sam raz dla niej, dzieci i męża, jak Pan Bóg przykazał. Nie miała już czasu na tamto „frywolne” życie, które kiedyś wiodła. Miała za dużo dzieci. Za dużo „babskich zajęć”.

Pewnego dnia, wiele lat później, wyszorowawszy uprzednio na kolanach podłogi w kuchni i w salonie, założyła swą najlepszą jedwabną bluzkę, zapięła długą spódnicę, a na głowę włożyła ogromny kapelusz. Przystawiła sobie strzelbę męża do ust i pociągnęła spust. Każda kobieta wie, dlaczego wcześniej wymyła podłogi.

Głód duszy może przyprawiać kobietę o nieznośne cierpienia. Ponieważ dusza kobiety ma potrzebę wyrażania siebie w swoisty, uczucio­wy sposób, musi się rozwijać i kwitnąć w poczuciu sensu tego, co robi, nie gnębiona przez nikogo. W tym znaczeniu krwawy klucz mógłby reprezentować także żeńską linię krwi, wszystkie dotychczasowe kobiety. Która z nas nie miała przynajmniej jednej bliskiej, ukochanej kobiety, która postradała instynkt dokonywania słusznych wyborów, skutkiem czego była zmuszona żyć wyrzucona poza nawias? Być może właśnie ty jesteś taką kobietą.

ZJADACZ GRZECHOW

Szczątki Sinobrodego zostają rozrzucone na pożarcie drapieżnym myszołowom. W starożytności wierzono w istnienie dusz zwanych „zjadającymi grzechy”. Były one uosabiane przez duchy, ptaki lub zwierzęta (rzadziej przez ludzi**), które podobnie jak kozły ofiarne brały na siebie grzechy, to jest psychiczne nieczystości wspólnoty. W ten sposób lud zostawał oczyszczony i wybawiony od zgnilizny trudnego lub źle przeżytego życia. (…)W mitologii staroskandynawskiej zjadający grzechy to padlinożercy, którzy pożerają martwe ciało, inkubują je w swoich brzuchach i zabierają do Hel. Nie jest to miejsce, ale osoba, bogini życia i śmierci. Uczy ona umarłych życia wspak. Stają się coraz młodsi i młodsi, aż są gotowi narodzić się na nowo i ponownie przychodzą na świat.

Drapieżnik w psychice ginie, moce animusa pozbawiły go energii, ale nie znika on całkowicie ani nie rozpływa się w powietrzu. Nie wolno o nim zapomnieć, trzeba obserwować i pilnować by moc Sinobrodego nie próbowała zebrać szczątków i ożywić ich. Wielu badaczy zajmujących się tą opowieścią uważa, że Sinobrody reprezentuje siłę tak perfidną, że nie może być ona zbawiona ani odkupiona. Według mnie do tego aspektu psychiki należy podejść inaczej — nie jak do masowego mordercy, który ma się przeobrazić w kryształowy charakter, ale raczej jak do kogoś, kogo trzeba umieścić w zakła­dzie psychiatrycznym; musi jednak być to miejsce godziwe, z widokiem na drzewa i niebo, z dobrym jedzeniem i kojącą muzyką, a nie oddział zamknięty, gdzie będzie upodlony i torturowany.

Aby trzymać drapieżcę w psychicznej klatce trzeba wybijać mu kły zanim zdążą wyrwać nam kawał duszy. Należy przy tym używać jego własnej broni: logiki, języka i perswazyjnego stylu. Nie pozwalajmy aby przez nasz umysł przepływały negatywne myśli na temat naszych możliwości czy talentu. Nasz umysł musi działać jak filtr: przepuszczać to co dobre i wartościowe, a zatrzymywać zagrożenia. Znajdźmy same mądrą równowagę między zasadną krytyką tego co robimy i jak się zachowujemy a podszeptami wewnętrznego wroga chcącego przekonać nas, że nic nie znaczymy. Słyszysz, że mówi do ciebie: ‘Nie przygotowałaś projektu na jutro, nie potrafisz zorganizować sobie czasu’? To odpowiedz mu, ‘Ale za to zrobiłam korektę wcześniejszego projektu, przygotowałam tabele i opracowałam to wszystko jako prezentację!’. Bo jeżeli zaczynasz myśleć, że być może przeciwnik ma rację, że nie skończyłaś tego cholernego projektu, że musisz przecież zrobić jeszcze dwa kolejne w tym tygodniu i że, kurczę, na pewno nie starczy ci czasu albo nie pójdziesz z dziećmi do kina, żeby go skończysz więc chyba faktycznie nie potrafisz zorganizować sobie czasu – karmisz go. Posyłasz mu energię swoich myśli i to wystarcza. A można tę bestię w klatce wykorzystać do swoich celów tak jak z roślin trujących da się uzyskać lekarstwo. Osłabiamy atak naturalnego drapieżcy, biorąc do serca i analizując to, co prawdziwe w jego słowach, i odrzucając resztę.(…) Kiedy przestajemy być zabawką w rękach drapieżcy, uchodzą z niego siły i nie potrafi już działać bez nas (…) Kiedy kobiety pokonują swego drapieżcę, przejmując władzę nad tym, co w nim pożyteczne, i odrzucając całą resztę, odkrywają, że nareszcie czują się pełne energii, witalności, głębi. Odebrały to, co im wykradziono: wigor i treść życia. Pozytywne wykorzystanie energii drapież­cy można rozumieć na kilka sposobów: jego furię można przekształcić w ogień duszy, żarliwość potrzebną do realizacji szczytnych celów. Jego spryt i przebiegłość pomoże spojrzeć na wiele rzeczy z dystansu. Jego śmiercionośną moc można wykorzystać do likwidacji tego, co w kobiecie powinno obumrzeć, albo dla czego ona powinna umrzeć w swoim ze­wnętrznym życiu, a mogą to być rozmaite rzeczy w różnych momentach życia. Zazwyczaj kobieta sama dobrze wie, co to jest.

Drapieżnik pojawia się też często nie tylko w opowieściach, ale i w koszmarach kobiet: jako napastnik, złodziej, gwałciciel itd. który zastaje ją samotną i bezbronną. Sen o mężczyźnie czającym się w mroku to także sygnał pobudki. Mówi: „Uważaj! Coś złego dzieje się w otaczającym cię świecie, w ży­ciu osobistym, w naszej cywilizacji” (…) Choć psychologia podkreśla rodzinne przyczyny ludzkich udręk i niepokojów, czynnik kulturowy ma równie dużą wagę, gdyż kultura to jakby rodzina rodziny. A jeśli rodzina rodziny cierpi na różne choroby, to wszystkie rodziny należące do niej muszą się zmagać z tymi samymi dolegliwościami. Moi przodkowie mawiali cultura cura, kultura leczy. Jeśli kultura jest uzdrowicielem, rodziny uczą się uzdrawiać; będą mniej cierpieć, mniej się zmagać z chorobą i łatwiej wracać do zdrowia, będą bardziej sobie oddane i pełne ciepłych uczuć. W kulturze, którą włada drapieżca, wszelkie nowe życie, które chce się narodzić, i stare życie, które powinno odejść, tkwią w miejscu, a psychiczne życie jej członków jest sparaliżowane lękiem i duchowym głodem. (…) Tak więc te negatywne kulturowe wartości — na które drapieżca skwapliwie przystaje — rosną w siłę w zbiorowej psychice wszystkich członków społeczności. Kiedy społeczeństwo nawołuje obywateli do nieufności i wystrzegania się głębokich życiowych instynktów, wów­czas drapieżny element w psychice każdej jednostki zostaje wzmocnio­ny i zaktywizowany. Jednak nawet w społeczeństwach opartych na opresji, jeśli w jakiejkolwiek kobiecie Dzika Kobieta wciąż żyje, rozkwita a nawet promie­nieje, to „kluczowe” pytania zostaną zadane, i to nie tylko te, które pozwolą wejrzeć w głąb siebie, ale także te dotyczące samej kultury. „Co się kryje za tymi zakazami, które widzę w zewnętrznym świecie?”, „Ile dóbr i wartości poszczególnych ludzi, kultury, ziemi i ludzkiej natury zostało uśmierconych, ile ginie powoli?”

Ten sen pojawia się także u kobiet żyjących z tworzenia, gdy zaczyna brakować im pomysłów. Często twórcze przedsięwzięcia zwalniają tempo lub utykają na mieliźnie, ponieważ w głębi naszej psychiki tkwi ktoś, kto ma o nas bardzo złe mniemanie, a my ulegamy mu, zamiast się zbuntować, roztrzaskać mu głowę i uciekać do wolności. W wielu przypadkach dla ratowania sytuacji trzeba tylko potraktować siebie, swoje pomysły, sztukę, o wiele poważniej niż dotychczas. Z powodu braku matrylinearnego (i patry-linearnego) wsparcia na przestrzeni wielu pokoleń docenianie twórcze­go życia — to jest docenianie całkowicie oryginalnych, pięknych, twór­czych idei i dzieł pochodzących ze spontanicznej, pierwotnej duszy — stało się dla kobiet wiecznym problemem. W gabinecie nie raz widywałam poetki niedbale ciskające swe maszynopisy na sofę, jakby poezja była dla nich raczej ucieczką niż skarbem. Malarki przynoszące swe obrazy na sesję, wchodząc, byle jak opierały je o drzwi. Widziałam błyski zawiści w oczach kobiet, kiedy próbowały ukryć złość, że inni potrafią tworzyć, a one z jakiegoś powodu nie mogą. Słyszałam wszystkie rodzaje wymówek, jakie kobieta może wymy­ślić. „Nie mam talentu. Nie jestem ważna. Nie jestem wykształcona. Nie mam pomysłów. Nie wiem jak. Nie wiem co”. I najbardziej bulwersujące ze wszystkich: „Nie mam czasu”. Nieodmiennie mam ochotę złapać je za nogi i potrząsnąć, aż pożałują swoich słów i przyrzekną, że przestaną pleść bzdury. Nie muszę nimi potrząsać, bo zrobi to za mnie mężczyzna w mroku, a jeśli nie on, to inna postać z ich snów. Sen o mężczyźnie z mroku jest koszmarem, a koszmary najczęściej bardzo dobrze wpływają na twórczość; pokazują artyście, co się z nim stanie, jeśli pozwoli zakopać swój talent. Ten sen najczęściej wystarcza, by tak przerazić artystkę, że wraca ona do tworzenia. W najgorszym razie może tworzyć dzieła, które rzucą światło na mroczną istotę ze snów.

Groźba mężczyzny w ciemności jest przestrogą dla każdej z nas — jeśli nie będzie się strzegło swoich skarbów, to zostaną skradzione. (…)Kiedy kobieta czyni wysiłki, by wytropić drapieżcę we własnej psychice i uzmysłowi sobie jego obecność, staczając z nim nieuniknioną walkę, drapieżca wycofa się do bardziej odizolowanego i odległego obszaru w psychice. Natomiast jeśli drapieżca zostanie zlekceważony, to będzie coraz bardziej nienawistny i zazdrosny, pragnąc uciszyć kobietę na zawsze. Z praktycznego punktu widzenia sny o Sinobrodym i mężczyźnie w mroku są bardzo ważne, bo pomagają oczyścić życie z elementów negatywnych. Czasami konieczne jest ograniczenie lub rozluźnienie pewnych związków, bo jeśli kobieta jest otoczona przez osoby otwarcie wrogo nastawione albo lekceważące jej przeżycia, to jej wewnętrz­ny drapieżca czerpie z nich pożywkę, staje się silniejszy i bardziej agresywny. Kobiety często ambiwalentnie podchodzą do własnej agresji wobec intruza, ponieważ sądzą, że są w sytuacji bez dobrego wyjścia: „I tak źle, i tak niedobrze”. Jeśli nie wyrwą się na wolność, to mężczyzna z mroku zostanie ich panem, a one niewolnicami. Jeśli zdołają uciec, to będzie je bezwzględnie prześladował jak swoją własność. Kobiety obawiają się, że będzie ich szukał tak długo, aż znowu rzuci je na kolana, a ta obawa wyraża się w treści ich snów. Z tego powodu kobiety zazwyczaj uśmiercają swoje oryginalne, twórcze, uczuciowe i dzikie natury w odpowiedzi na zagrożenie ze strony drapieżcy. Dlatego leżą jako trupy i szkielety w piwnicy Sinobrodego. Świadomość jest drogą wyjścia z klatki, ucieczki od tortur. Jest to ścieżka prowadząca daleko od mężczyzny z mroku. Kobiety mają prawo bić się na śmierć i życie, żeby ją znaleźć i nią podążyć. (…)Lekarstwo na naiwność i osłabione instynkty jest jedno: ćwiczyć się w słuchaniu intuicji, wewnętrznego głosu, zadawać pytania; być ciekawą i dociekliwą, ogarniać to, co się widzi i słyszy, a potem działać wedle tego, o czym wiadomo, że jest prawdziwe. Dusza otrzymała te intuicyjne siły w chwili urodzenia. Zostały przesłonięte, przykryte popiołami i eks­krementami wielu lat. Ale to jeszcze nie koniec świata, to wszystko można zmyć. Trochę skrobania i szorowania, trochę praktyki, a zdolność percepcji zostanie przywrócona do stanu nieskazitelnego.

Jeżeli wydobędziemy te moce z cienia psychiki, to nie staniemy się bezwolnymi ofiarami wewnętrznych ani zewnętrznych okoliczności. Nieważne, że kultura, osobowość, psychika lub inne czynniki żądają od kobiet poprawnego ubioru i zachowania, nieważne, jak bardzo inni chcą je trzymać w stadzie z dziesięcioma drzemiącymi dueitas (przyzwoitkami) w pobliżu, nieważne, że próbuje się stłamsić życie duchowe kobiety — nie można zmienić faktu, że kobieta jest tym, kim jest, a to jest dyktowane dziką nieświadomością i bardzo, bardzo dobrze, że tak jest. (…) Musimy pamiętać, że kiedy śnimy sny o mężczyźnie w ciemności, zawsze pojawia się siła przeciwna, sprzyjająca nam i równoważąca jego moc. Kiedy uruchamiamy pierwotną energię, aby zneutralizować moc drapieżcy, pojawia się Dzika Kobieta. Przybywa, pokonując wszelkie przeszkody, mury, które wzniósł drapieżca. Nie jest ikoną, świętym obrazkiem do powieszenia na ścianie. Jest żywą istotą, która pojawia się przy naszym boku w każdym miejscu, w każdych warunkach. Ona i drapieżca psychiki znają się od bardzo, bardzo dawna. Dzika Kobieta śledzi go w snach, legendach, baśniach i całych kobiecych życiorysach. Gdziekolwiek jest on, tam jest i ona, bo jest tą, która równoważy jego prześladowczą moc.

Dzika Kobieta uczy nas, że nie wolno pod żadnym pozorem być miłą”, kiedy chodzi o obronę życia duchowego. Nasza pierwotna natura wie, że w takich okolicznościach zachowanie „słodkiej idiotki” wywołuje tylko szyderczy uśmiech wewnętrznego drapieżcy. Kiedy coś za­graża życiu duchowemu, koniecznie i stanowczo trzeba powiedzieć „dość”. Jeśli kobieta tak postępuje, to drapieżca nie będzie długo inge­rował w jej życie — teraz od razu wyczuwa ona niebezpieczeństwo i potrafi nakazać drapieżcy, by wracał tam, gdzie jego miejsce. Nie jest już naiwna. Nie jest już obiektem ataków. I to jest lekarstwo, które sprawia, że klucz — ten malutki z rzeźbieniem na kółku — ostatecznie przestaje broczyć krwią.(…)

Sinobrody to jedna z kilku pouczających opowieści, które uważam za bardzo ważne dla kobiet niekoniecznie młodych wiekiem, ale niedojrzałych psychicznie. Jest to opowieść o naiwności, ale także o odważ­nym łamaniu zakazu „patrzenia”. Jest to opowieść o ostatecznym rozbi­ciu i przemianie naturalnego drapieżcy psychiki.

* Pięknie motyw niezłomnych braci przedstawiony jest w wierszu Bolesława Leśmiana Dziewczyna.

** Jednak okazuje się, że ludzie też zaliczali się do tej kategorii zwłaszcza w przypadku rytuałów pośmiertnych, a sama instytucja trwała aż do XX-go wieku: http://en.wikipedia.org/wiki/Sin_eater (przyp. Anna Lawenda)

Odcinek 2: Brzydkie Kaczątko. O matce, wygnaniu i potrzebie przynależności

biegnaca z wilkami brzydkie kaczatko

Brzydkie Kaczątko

Zbliżała się pora żniw. Stare kobiety robiły zielone laleczki z kaczanów kukurydzy. Starzy mężczyźni naprawiali kołdry. Dziewczęta wyszywały czerwone kwiaty na białych sukienkach, chłopcy, śpiewając, układali stogi siana. Kobiety szyły szorstkie koszule z samodziału na nadchodzącą zimę. Mężczyźni pomagali zrywać, zbierać, ścinać i wykopywać plony, jakie dały pola. Liście na drzewach trzymały się coraz słabiej. A nad rzeką kacza matka siedziała w gnieździe. Wszystko szło jak należy i wreszcie, jedno po drugim, jajka zaczęły drżeć w środku, na skorupkach pokazały się rysy i wykluły się młode kaczątka. Ale jedno jajo, większe od pozostałych, leżało dalej w gnieździe, nieruchome jak kamień.
Stara kaczka przyszła w odwiedziny do kaczej matki, a ta pochwaliła się swoimi dziećmi.
— Czy nie są piękne? — chełpiła się.
Ale stara kaczka dostrzegła jajko i zaczęła ją namawiać, żeby dała sobie z nim spokój.
— To indycze jajo — wykrzyknęła. — Nic ci po nim. Indyki boją się wody, nie zmusisz go do pływania żadną siłą. — Wiedziała, bo kiedyś już sama tego próbowała.
Ale kacza matka pomyślała, że skoro już tyle siedziała, jeszcze trochę nie zaszkodzi.
— Nie martwię się o to. Czy wiesz, że ten nicpoń, ich ojciec, ani raz się u mnie nie pojawił?
Wreszcie wielkie jajko zaczęło się trząść i obracać. W końcu pękło i z wnętrza wyturlało się wielkie, niezgrabne stworzenie. Skórę miało całą w niebieskich i czerwonych żyłkach, nogi jasnofioletowe, a oczy różowe.
Kacza matka przekrzywiła głowę, wyciągnęła szyję i bacznie się przyjrzała. Nie mogła się powstrzymać, żeby nie powiedzieć:
— Co za brzydactwo! Może to rzeczywiście indyk? — martwiła się.
Jednak brzydkie pisklę razem z innymi powędrowało do wody.
— To moje własne, chociaż tak dziwnie wygląda. Ale właściwie, w odpowiednim świetle… jest prawie ładne.
Pokazała je więc innym ptakom na wiejskim podwórzu, ale nie minęła chwila, a któraś z kaczek podbiegła i uszczypnęła brzydkie kaczątko w szyję.
— Przestań! — krzyknęła matka.
Ale napastniczka splunęła z pogardą:
— Co za paskudne dziwadło. Aż się prosi, żeby je poszturchać.
Najważniejsza z kaczek, z czerwonym gałgankiem na łapie, odezwała się:
— O, następne! Jakbyśmy nie mieli dość dziobów do wykarmienia. A widzicie to pisklę, to wielkie brzydactwo, to chyba jakaś pomyłka.
— To nie żadna pomyłka — żachnęła się kacza matka. — Będzie bardzo silny. Po prostu za długo siedział w jaju i jest trochę niewydarzony. Ale niedługo z tego wyrośnie i będzie jak wszystkie, zobaczycie. — I wygładziła mu postrzępione piórka.
Inne domowe ptaki robiły wszystko, by pognębić brzydkie kaczątko. Rzucały się na nie, biły, dziobały, syczały i skrzeczały. Z czasem traktowały je coraz gorzej. A ono się kryło, zaszywało w kącie, uskakiwało, uciekało na prawo i lewo, ale nie umiało uniknąć ciosów i docinków. Było najnieszczęśliwszym stworzeniem na świecie.
Na początku matka je broniła, ale później i ona, zmęczona tym wszystkim, wykrzyknęła w gniewie:
— Lepiej, żebyś sobie poszło w siną dal!
I brzydkie kaczątko odeszło. Z powyrywanymi piórami, potargane, poturbowane, biegło i biegło, aż dotarło do bagien. Tu wyczerpane położyło się z wyciągniętą szyją na skraju i napiło wody z moczarów. Spomiędzy sitowia obserwowały go dwie dzikie gęsi. Właściwie były to młode gąsiory i dlatego puszyły się jak pawie.
— Hej, paskudo — zachichotały — chcesz z nami polecieć nad sąsiednie bagnisko? Pełno tam młodych niezamężnych gęsi, jest w czym wybierać.
Nagle rozległy się strzały i gąsiorki padły nieżywe, a woda w moczarach poczerwieniała od krwi. Brzydkie kaczątko dało nura w szuwary, skuliło się ze strachu; dookoła huczały wystrzały, unosił się dym i zapach prochu, ujadały myśliwskie psy.
Wreszcie zapadła cisza; kaczątko wyszło z kryjówki i zaczęło uciekać jak najdalej od bagien. Pod wieczór przybyło do nędznej chatynki, której drzwi trzymały się na jednym zawiasie, a w ścianach było więcej szpar niż całych desek. Mieszkała tu stara obdarta kobieta z kudłatym kotem i zezowatą kwoką. Kot za dach nad głową odwdzięczał się łowieniem myszy, a kwoka — składaniem jaj.
Stara kobieta ucieszyła się z kaczki.
— Może będzie się niosła — pomyślała — a jak nie, zabijemy ją i zjemy.
Kaczątko więc zostało, ale kot i kwoka nie dawały mu spokoju, gderając:
— Co z ciebie za pożytek, skoro nie umiesz ani składać jajek, ani łapać myszy?
Kaczątko z westchnieniem wyznało, że najbardziej na świecie kocha bezkresne błękitne niebo i nurkowanie pod chłodną niebieską wodą. Kotu nie mieściło się w głowie, jak można robić takie rzeczy, więc wyśmiał kaczątko za te głupie marzenia. Kwoka też drwiła, nie widząc sensu w nurkowaniu i moczeniu sobie piór. W końcu stało się jasne, że kaczątko nie zazna tam spokoju, więc poszło szukać szczęścia dalej.
Dotarło nad staw, a kiedy po nim pływało, zaczęło się robić coraz zimniej i zimniej. Po niebie przelatywał klucz urzekająco pięknych ptaków, jakich jeszcze nigdy w życiu nie widziało. Wołały do niego, a ich głosy obudziły w nim bezbrzeżną tęsknotę, aż serce mu podskoczyło i omal nie pękło z radości i bólu. Zawołało do nich obcym sobie głosem, jakiego nigdy wcześniej z siebie nie wydało. Nigdy nie widziało cudowniej szych stworzeń i nigdy nie czuło się tak osierocone.
Obracało się na wodzie, żeby jak najdłużej za nimi patrzeć, aż zniknęły mu z oczu; potem zanurkowało na samo dno jeziorka i przysiadło tam, drżąc. Nie posiadało się ze wzruszenia, bo poczuło rozpaczliwą miłość do tych wielkich białych ptaków, miłość, której nie pojmowało.
Zaczął wiać ostry, zimny wiatr i z każdym dniem wiał coraz mocniej; jezioro zamarzło, a lód pokrył się śniegiem. Starzy ludzie tłukli zamarznięte w wiadrach mleko, kobiety długo w noc siedziały przy kołowrotkach. Matki karmiły dzieci przy świetle świec, a mężczyźni nocą, pod białym północnym niebem, szukali zagubionych owiec. Młodzieńcy brnęli w śniegu po pas, by wydoić krowy, a dziewczęta przy gotowaniu wyobrażały sobie, że widzą twarze przystojnych chłopców w płomieniach ognia. A w pobliskim stawie kaczątko musiało pływać coraz szybciej i szybciej w kółeczko, żeby ostatnie miejsce na wodzie nie zamarzło.
Aż pewnego ranka obudziło się przymarznięte do lodu. Wtedy poczuło, że pewnie niedługo umrze. Dwie dzikie kaczki sfrunęły z góry i zaczęły się ślizgać po lodzie. Zauważyły kaczątko. — Aleś ty brzydki — kwaknęły. — Niedobrze, fatalnie. Dla takiego już nic nie można zrobić. — I odfrunęły.
Szczęśliwie się złożyło, że nadszedł jakiś wieśniak i uwolnił kaczątko, krusząc łopatą lód dookoła niego. Podniósł kaczątko, schował je pod płaszczem i pomaszerował z nim do domu. W domu gospodarza dzieci wyciągały ręce do kaczątka, ale ono się spłoszyło. Podfrunęło w górę, na krokiew, strącając cały kurz na masło. Stamtąd wpadło prosto do bańki z mlekiem, a kiedy szamotało się całe mokre i oślepione, przewróciło się i wpadło do mąki. Żona wieśniaka przegoniła je miotłą, a dzieci aż piszczały ze śmiechu.
Kaczątko wybiegło na dwór przez drzwiczki dla kota i padło w śniegu półżywe. Stamtąd powlokło się do następnego stawu, następnego domu, następnego stawu, następnego domu i tak spędziło całą zimę, między życiem a śmiercią.
Jednak w końcu przyszedł łagodny oddech wiosny — stare kobiety zaczęły trzepać puchowe pierzyny, a mężczyźni pochowali ciepłą bieliznę. Nocami rodziły się nowe dzieci, a ich ojcowie dreptali po podwórkach pod gwieździstym niebem. Za dnia dziewczęta wsuwały żonkile we włosy, a chłopcy przyglądali się ich zgrabnym łydkom. Woda w stawie zrobiła się cieplejsza i brzydkie kaczątko, które tam pływało, wreszcie mogło rozpostrzeć skrzydła.
Jakie były wielkie i silne! Uniosły je wysoko nad ziemię. Z powierza zobaczyło sady w białym kwieciu, rolników orzących pola, młode stworzenia wszelkiego rodzaju wykluwające się z jaj, gramolące się niezdarnie, bzyczące, pływające. I staw, w którym pluskały się trzy łabędzie, te same piękne ptaki, które kaczątko widziało jesienią, te same, które wzbudziły w jego sercu taką tęsknotę. I zapragnęło się do nich przyłączyć.
— A co będzie, jeśli najpierw udadzą, że mnie lubią, a jak się zbliżę, odlecą ze śmiechem? — pomyślało kaczątko. Ale poszybowało w dół i wylądowało na stawie z mocno bijącym sercem.
Gdy tylko go zobaczyły, zaczęły podpływać bliżej.
— Na pewno to już mój koniec — myślało kaczątko — ale jeśli mam zginąć, to wolę, żeby mnie zabiły te piękne stworzenia, a nie myśliwi, gospodynie albo mrozy.
I pochyliło głowę, czekając na cios.
Ale cóż to? W wodzie ujrzało odbicie łabędzia w pełnej krasie, w śnieżnobiałym upierzeniu, ze śliwkowymi oczyma. Brzydkie kaczątko zrazu nie rozpoznało w nim siebie, bo wyglądało zupełnie tak samo jak owi piękni nieznajomi, zupełnie jak te ptaki, na które z daleka patrzyło z takim podziwem.
I wreszcie okazało się, że jest jednym z nich. Jajo przypadkowo poturlało się do kaczego gniazda. Było łabędziem, pięknym, dostojnym łabędziem. Po raz pierwszy w życiu krewniacy zbliżyli się i dotknęli go delikatnie, kochająco, końcami długich skrzydeł. Głaskali go dziobami i pływali dokoła niego, jakby pozdrawiając.
A dzieci, które przyszły nakarmić łabędzie kawałkami chleba, zawołały:
— Patrzcie, jeszcze jeden! — I jak to dzieci, pobiegły wszystkim o tym opowiedzieć. Stare kobiety zeszły nad wodę, rozplatając długie srebrne włosy. Młodzi mężczyźni brali wodę w złożone dłonie i chlapali na dziewczęta, które czerwieniły się jak płatki róż. Mężczyźni przerywali dojenie, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Kobiety podnosiły głowy znad szycia, by się pośmiać do mężów. A starcy opowiadali historie o tym, że wojna jest za długa, a życie za krótkie.
I jedno po drugim, bo i czas, i życie, i namiętność przemijają, oddalali się w tańcu; chłopcy i dziewczęta, mężowie i żony, dzieci i łabędzie, zostawiając tylko nas i wiosnę, a nad rzeką inna kacza matka siedziała w gnieździe, wysiadując jaja.
————————————————
Macierzyństwo u ludzi nie różni się specjalnie od macierzyństwa u zwierząt. W obydwóch przypadkach chodzi o poczęcie, donoszenie i wydanie na świat potomstwa, a następnie nauczenie go mechanizmów potrzebnych do samodzielnego istnienia w środowisku i wypuszczenie go w świat. Jednak z powodów kulturowych u ludzi dochodzi do tego, że niektóre dzieci od samego startu mają pod górkę. Mam na myśli nie tylko przypadki drastyczne, takie jak narodzenie się w rodzinie gdzie na co dzień panuje przemoc, ale także w takiej gdzie dziecko nie może rozwijać się harmonijnie i gdzie nie jest akceptowane. Wiedział o tym Hans Christian Andersen tworząc Brzydkie Kaczątko i to niezwykłe jak bardzo jego opowieść jest nadal aktualna mimo upływu czasu. Najistotniejszymi elementami jeżeli chodzi o zrozumienie są tutaj naturalność Kaczątka, które przedstawia sobą siłę przyrody i wolę przetrwania, pomagające mu przebrnąć przez ciąg przeszkód oraz uczucie przynależności, które wprowadza w nasze życie przypływ energii i optymizmu, gdy odnajdziemy się w sprzyjającym towarzystwie.

W Społeczności nagle pojawia się Odmieniec, na co reaguje ona zdecydowanym odrzuceniem: rodzeństwo i inni członkowie wspólnoty zaczynają je prześladować, maltretują i chcą przegonić. Odmieniec zwraca się o pomoc do tego, kto jak sądzi powinien go bronić czyli do matki. Matka z początku rzeczywiście staje w jego obronie, ale postawiona przed wyborem: albo Społeczność, albo Odmieniec, wybiera Społeczność. Odmieńca dotyka olbrzymia niesprawiedliwość, bo zostaje odrzucony nie z powodu czegoś co zrobił, a samego faktu niedostosowania do Społeczności.

Wiele małych dziewczynek jest już od początku życia postawionych w sytuacji gdzie ich naturalność spotyka się z ostrą reakcją otoczenia. ‘Rób to! Rób tamto! Nie rób tego! Grzeczne dziewczynki tak się nie zachowują!’ Co ciekawe zazwyczaj są to zachowania, które nie wynikają ze złej woli, a z ciekawości świata, fantazji, dziwactwa i tego wszystkiego co stanowi o pomysłowości i wyobraźni. Jeżeli karci się jej naturalne zachowania, to bardzo prawdopodobne, że prędzej czy później wpadnie w komplexy, a jej rozwój emocjonalny będzie utrudniony. Na ogół wczesne wyrzucanie poza nawias zaczyna się nie z winy dziecka i ulega zaostrzeniu z powodu niezrozumienia, okrucieństwa, ciemnoty albo umyślnej wrogości otoczenia. Wówczas następują wczesne urazy psychiczne. W takiej sytuacji dziewczynka nabiera przeświadczenia, że jej negatywny obraz przekazywany przez rodzinę czy społeczeństwo jest nie tylko absolutnie prawdziwy, ale i absolutnie wolny od uprzedzeń, bezstronny, obiektywny. Dziewczynka zaczyna wierzyć, że jest słaba, brzydka, nieprzystosowana i nie do przyjęcia, i że tak będzie zawsze, bez względu na wszelkie jej starania. Zostaje odrzucona dokładnie z tych samych przyczyn, które widzimy w Brzydkim Kaczątku. W wielu społeczeństwach od dziecka płci żeńskiej już od chwili narodzin oczekuje się pewnych cech charakteru, zachowań zgodnych z uświęconą tradycją, wyznawania stereotypowych kobiecych wartości, jeśli nie identycznych z wyznawanymi przez rodzinę, to przynajmniej z nich wyrastających; oczekuje się, że w żadnym wypadku nie będą sprawiać kłopotów. Te oczekiwania są bardzo precyzyjnie zdefiniowane, kiedy rodzice życzą sobie mieć „anielskie dziecko”, czyli doskonałego konformistę. (…) Kiedy kultura zbyt ściśle definiuje, co ma stanowić o powodzeniu lub pożądanej doskonałości w jakiejkolwiek sferze — czy chodzi o wygląd, wzrost, siłę, maniery, zdolności, gospodarność, bycie męskim, bycie kobiecą, bycie dobrym dzieckiem, dobre wychowanie czy przekonania religijne — wówczas w psychikę wszystkich członków społeczeństwa zostaje wszczepiony wynikający z tego przymus, by oceniać siebie wedle tych narzuconych kryteriów.

Rodzice mają w sposób naturalny marzenia, kim dziecko będzie w przyszłości, jednak to dziecko doskonałe, powtarzające wybory życiowe rodziców powinno pozostać w ich wyobraźni. W przeciwnym wypadku dziewczynka nie poddająca się tym oczekiwaniom będzie przez rodziców świadomie bądź nieświadomie strofowana, karcona i upominana. Będzie żyła w stanie psychicznej schizofrenii, gdzie co innego myśli oraz czuje, a co innego oczekuje od niej otoczenie. Psychika i dusza człowieka (szczególnie młodego) na dłuższą metę nie mogą znieść takiego stanu rozdwojenia, więc prędzej czy później albo zamilknie, albo ruszy na poszukiwanie swojego własnego grona. Tak jak zostaje do tego zmuszone Kaczątko.

Kiedy otoczenie sprzymierza się przeciw niemu jego pierwszym odruchem jest zwrócenie się do matki. W naszej kulturze przyjmuje się, że dzięki macierzyństwu kobieta niezależnie od wieku staje się osobą dojrzałą. Nie jest to do końca prawda. W psychice kobiety istnieje obraz matki wewnętrznej czyli jej wyobrażenie jak powinno wyglądać macierzyństwo, które kształtuje się na podstawie matki zewnętrznej czyli zazwyczaj jej własnej. Matka wewnętrzna działa na podstawie doświadczeń jakie kobieta miała z matką zewnętrzną, a także na podstawie obrazu matki, jaki spotyka na co dzień w otoczeniu i kulturze. W psychice większości osób dorosłych, które miały w przeszłości kłopoty z matką, wciąż zamieszkuje jej duplikat, który przemawia, postępuje i reaguje tak samo jak we wczesnym dzieciństwie. Chociaż kultura, w której się urodziła kobieta, może w ciągu jej życia rozwinąć bardziej świadome poglądy na temat roli matki, wewnętrzna matka przechowuje takie same przekonania i wyobrażenia o wyglądzie i postępowaniu matki, jakie panowały w społeczeństwie za czasów dzieciństwa kobiety. W psychologii głębi cały ten labirynt nazywa się kompleksem matki. Jest to jeden z głównych aspektów psychiki kobiecej i ważne jest, żeby rozpoznać jego stan, pewne aspekty umacniać, inne korygować, jeszcze innych się pozbyć i jeśli to konieczne, zacząć budować od początku.

Kaczka w opowieści H.Ch.Andersena reprezentuje trzy aspekty matki: matkę ambiwalentną, matkę przegraną i matkę bez matki.

MATKA AMBIWALETNA

W baśni kaczka w pierwszym odruchu przygarnia Kaczątko, mimo że różni się od niej wyglądem, potem jednak gdy odrzuca je społeczność w której żyje, odcina się od swojego instynktu i odtrąca je. Podobnie jest z wieloma ludzkimi matkami, które mają zakodowaną w umyśle regułę przekazywaną przez wiele pokoleń, ‘Kto nie jest we wspólnocie ten staje się ignorowany, traktowany podejrzliwie, a być może także prześladowany’. Dlatego stara się nauczyć córkę zachowań zgodnych z ogółem w nadziei, że to uchroni ją (a pośrednio nią samą) przed atakami. Na dłuższą metę może to prowadzić do rozdarcia wewnętrznego (‘moje własne potrzeby’ a ‘oczekiwania otoczenia’) czyli do ambiwalencji. Matka z jednej strony chce zdobyć akceptację otoczenia, z drugiej strony ogarnia ją strach przed tym, że ona i dziecko będą prześladowane czy wręcz w sytuacjach extremalnych zabite, a z jeszcze innej strony odczuwa silną więź z dzieckiem czy jest to dziecko jej ciała, czy umysłu. W społeczeństwach opartych na karze nie jest niczym nadzwyczajnym, że kobieta staje przed dylematem — albo akceptacja klasy rządzącej (wioska) albo miłość do dziecka, czy będzie to dziecko symboliczne, dziecko jej twórczej fantazji czy dziecko biologiczne. To historia stara jak świat. Kobiety ponosiły psychiczną i duchową śmierć za stawanie w obronie nieusankcjonowanego dziecka, które mogło oznaczać ich twórczość, kochanka, zaangażowanie w politykę, potomstwo, życie duchowe. W skrajnych przypadkach kobiety były wieszane, palone na stosach, mordowane za sprzeciwianie się zakazom wioski i osłanianie nielegalnych dzieci. Matka, która ma „inne” dziecko, musi być wytrwała jak Syzyf, groźna jak Cyklop i gruboskórna jak Kaliban, by stawić odpór wrogiemu otoczeniu. Najbardziej niszczycielskie warunki kulturowe, w jakich kobieta może się urodzić i żyć, to takie, które wymagają bezwzględnego Posłuszeństwa bez oglądania się na duszę; to kultury pozbawione dobrych rytuałów przebaczenia, zmuszające kobietę do wybierania między tym, co dyktuje im dusza, a nakazami społeczeństwa, w którym nie ma miejsca na współczucie ze względu na warunki ekonomiczne lub system kastowy. To kultury, w których ciało jest traktowane jako coś brudnego, coś, co potrzebuje „oczyszczenia”, albo jako świątynia podlegająca dekretom; w których rzeczy nowe, niezwykłe czy inne witane są z niechęcią; w których ciekawość świata i twórcza wyobraźnia są karane i piętnowane, a nie nagradzane, albo nagradzane tylko jeśli nie jest się kobietą; w których w imię różnych świętości ciało poddaje się bolesnym zabiegom; w których kobiety karze się niesprawiedliwie, jak to zwięźle ujmuje Alice Miller, „dla ich własnego dobra”, w których nie uznaje się prawa duszy do istnienia.

Kobieta o psychice ambiwalentnej matki może mieć trudności z podejmowaniem decyzji, zajmowaniem stanowiska, zbyt łatwo się poddawać, zachowywać biernie, nie żądać dla siebie szacunku, walczyć o swoje prawo do wyboru i życia w taki sposób, jaki pragnie. Aby skutecznie radziła sobie w życiu potrzeba jej cech uważanych za typowo męskie takich jak waleczność, porywczość i odwaga. Żeby stworzyć dobrą atmosferę, wychowując dziecko, które trochę czy bardzo odbiega od przeciętnej pod względem potrzeb psychiki i duszy, matka musi wzbudzać w sobie cechy heroiczne. Musi umieć, jak bohaterki mitów, odnaleźć w sobie i uzbroić się w cechy niedozwolone, pielęgnować je, w odpowiedniej chwili uruchamiać, bronić siebie i tego, w co wierzy. I nie można się do tego przygotować inaczej, niż tylko mobilizując odwagę i działając. Od niepamiętnych czasów każdy wielki akt heroizmu okazywał się lekarstwem na udaremniającą wszystko ambiwalencję.

MATKA PRZEGRANA

Kaczka na skutek prześladowań postępuje wbrew instynktowi i zgodnie z wolą większości odrzuca Kaczątko. Jednak postępowanie wbrew sobie, wbrew własnej psychice i intuicji, sprawia, że płacimy za to wysoką cenę w postaci załamania nerwowego. Tracimy poczucie własnego istnienia, albo nie wiemy co robić, albo czujemy, że nikt nie wspiera naszych wysiłków, albo otwierają się stare rany na duszy, które nawet jeżeli zadano o wiele wcześniej to nie zostały wyleczone.

Matka rozdarta emocjonalnie między wyborem: albo moje dziecko, albo reguły społeczności, nie może udźwignąć takiej odpowiedzialności. Przez wieki matki były szantażowane w ten sposób i zmuszane do wyboru, czasami dosłownie jak w Wyborze Zofii Williama Styrona, gdzie komendant obozu mówi matce dwójki dzieci aby wybrała jedno z nich, które pójdzie na śmierć inaczej zginą oboje.Choć przerasta to ludzką wyobraźnię, od wieków matki stawiano przed takim psychicznym dylematem. Stosuj się do przepisów i pozabijaj swoje dzieci albo cię zniszczymy. Do dziś niewiele się zmieniło. Jeśli matka ma wybierać między dzieckiem a wymogami społeczeństwa, to znaczy, że społeczeństwo jest okrutne i chore. Kultura, która domaga się wyrządzenia krzywdy duszy w imię swoich zakazów, jest kulturą patologiczną. Taką „kulturę” może stanowić zewnętrzne otoczenie kobiety, ale stokroć gorzej, jeśli nosi ją ona w sobie i ulega jej we własnym umyśle. Niezliczone są przykłady takich zdarzeń w historii świata, a zwłaszcza Ameryki, gdzie powszechną praktyką było odrywanie kobiet siłą od ukochanych ludzi i rzeczy. Mamy długą, haniebną historię rozdzielania rodzin niewolniczych w wieku XVIII, XIX i XX. W ostatnich stuleciach pojawił się niepisany nakaz, by matki z dumą i zadowoleniem patrzyły, jak ich synowie giną „za ojczyznę”. Są przypadki przymusowych przesiedleń zdarzające się jeszcze i dziś. W różnych momentach historii świata rodziły się ideologie zabraniające kobiecie kochać i chronić tych, których kocha, w sposób przez siebie upragniony.

Oczywiście najbardziej charakterystycznym przykładem jest sytuacja ciąży poza zalegalizowanym związkiem małżeńskim. Kobiety przez stulecia były zmuszane do wypierania się własnego potomstwa, ukrywania swojego stanu, do oddawania czy zabijania niemowląt w imię panującej obyczajowości. Pokolenia kobiet godziły się, żeby małżeństwo z mężczyzną było jedynym czynnikiem sankcjonującym ich człowieczeństwo. Godziły się z mniemaniem, że bez przyzwolenia mężczyzny istota ludzka jest pozbawiona wartości, że bez tej „męskiej” opieki matka jest bezbronna. Jak na ironię, w Brzydkim Kaczątku o ojcu wspomina się tylko raz, w momencie kiedy kacza matka zastanawia się nad nie wyklutym jajem brzydkiego kaczątka. Narzeka na ojca swych dzieci: „Ten nicpoń ani razu mnie nie odwiedził”. Od bardzo dawna w naszej kulturze ojciec — co niezależnie od przyczyn jest faktem godnym ubolewania — nie mógł lub nie chciał służyć pomocą matce, a co gorsza, nawet samemu sobie. Można powiedzieć, że w oczach wielu dziewczynek ojciec przegrał swoją rolę, stając się jedynie cieniem, który co wieczór zawiesza się w przedpokoju w postaci płaszcza na kołku.

Kobieta z psychiką przegranej matki ma mocno zaburzone poczucie własnej wartości, odczuwa wybór między własnymi potrzebami, a oczekiwaniami otoczenia jako kwestię życia lub śmierci. Postrzega siebie jako odmieńca, czarną owcę, wyrzutka, ale nie jest w stanie zgromadzić sił i ruszyć w drogę aby odnaleźć przyjazne środowisko. Jeśli kobieta ma w sobie przegraną matkę, to nie może pozwolić, żeby sama się taką stała.

MATKA – DZIECKO I MATKA BEZ MATKI

Tak jak już napisałam samo urodzenie dziecka nie daje kobiecie dojrzałości. W baśni kaczka, która upiera się mieć dziecko, ostatecznie je odrzuca. Trzecim typem i prawdopodobnie najczęściej spotykanym jest matka bez matki czyli kobieta słaba, niedojrzała psychicznie i naiwna, bo pozbawiona wsparcia starszej, dojrzałej kobiety, zazwyczaj własnej matki.

W minionej epoce młoda matka była otaczana pomocą i wsparciem przez grono starszych kobiet, zwłaszcza przy pierwszym dziecku nie wolno było pozostawić jej samej sobie. Niezależnie od wieku każda kobieta, która zostaje po raz pierwszy matką, sama też jest dzieckiem na progu nowej drogi, dlatego potrzebuje wsparcia fizycznego i psychicznego doświadczonych kobiet, którym może zaufać. Od niepamiętnych czasów tę funkcję spełniały starsze kobiety w plemieniu lub wiosce. Te „boginie-matki” w ludzkiej postaci, później przez instytucje religijne odsunięte do roli matek chrzestnych, stanowiły podstawowy system przekazu wiedzy między kobietami. Służył on pokrzepieniu zwłaszcza matek młodych, ucząc je, jak się troszczyć o psychikę i duszę potomstwa. Kiedy rola bogini-matki została poddana intelektualnej obróbce, matka chrzestna zaczęła znaczyć niewiele więcej niż ktoś, kto dba, by dziecko przestrzegało przykazań Kościoła. To niewiele. Wiele straciłyśmy na tej zmianie. Starsze kobiety były niegdyś arką instynktownej wiedzy i zachowań, a ich zadaniem było obdarzyć tym samym młode matki. Kobiety przekazują sobie tę wiedzę nie tylko słowami, ale i w inny sposób. Subtelne przekazy o tym, co i jak robić, wysyłały ich spojrzenia, dotyk dłoni, nucenie lub kochający uścisk.

Przy szybko postępującej urbanizacji i przenosinach ze wsi do miast ten kobiecy krąg stracił znaczenie. Obecnie tradycja ta jest podtrzymywana jedynie symbolicznie poprzez imprezę dla przyszłej matki organizowaną przez przyjaciółki. Jednak po narodzinach dziecka matka jest już praktycznie pozostawiona samej sobie. Przy braku doświadczenia szuka informacji gdzie popadnie, łatwo wpada w panikę i jest niepewna własnej wartości. Jeżeli jej własna matka była słaba psychicznie to taki sam kod nosi w swojej podświadomości jej córka. Niekiedy jest tak pozbawiona psychicznego oparcia, że uważa, iż nie jest godna nawet miłości swego dziecka. Może być do tego stopnia udręczona przez rodzinę i kulturę, że sądzi, iż nie jest warta, by dotknąć nawet rąbka archetypu „promiennej matki”, który towarzyszy pierwszym chwilom macierzyństwa. Bez dwóch zdań: matka wychowująca potomstwo sama musi mieć matkę.

Kobieta o psychice matki – dziecka albo matki bez matki może paść ofiarą naiwnych przekonań, braku wprawy, a szczególnie osłabionej zdolności przewidywania co stanie się w najbliższej godzinie, tygodniu czy roku. Sprawia wrażenie, że bawi się w matkę, jest zbyt entuzjastyczna, staje się wręcz hipermatką, która robi wszystko dla wszystkich i za wszystkich, nie potrafi się zdystansować, spojrzeć obiektywnie i pokierować dzieckiem ani dać mu wsparcia. W baśni Andersena dzieci są podexcytowane obecnością nowego zwierzątka, ale nie potrafią się nim zaopiekować, podobnie matka bez matki będzie męczyła dziecko nadmiarem troski, ale nie nauczy go mechanizmów psychicznych potrzebnych do radzenia sobie z przeszkodami.

Może być to spowodowane również faktem, że matka sama była łabędziem wychowywanym przez kaczki. Sama nie odnalazła swojej własnej tożsamości przed narodzinami dziecka, ale jej instynktowna natura budzi się, gdy jej córka zaczyna dorastać i zaczyna odczuwać tęsknotę, gdy widzi łabędzie.

SILNA MATKA -> SILNE DZIECKO

Aby być mądrą i silną matką dla swoich dzieci, musimy ją najpierw odnaleźć w sobie. Jeżeli cierpiałyśmy z powodu odrzucenia, jeżeli nie wyniosłyśmy pozytywnych wzorców z rodziny to zawsze możemy je odnaleźć w otoczeniu, szczególnie w starszych, mądrych kobietach. Nawet jeśli miałyście najwspanialszą matkę na świecie, to możecie mieć więcej niż jedną. Często powtarzam własnym córkom: „Urodziła was jedna matka, ale jeśli wam szczęście dopisze, to możecie mieć ich więcej. U nich znajdziecie prawie wszystko to, czego wam w życiu trzeba”. Związki z todas las madres, wieloma matkami, będą najprawdopodobniej trwały przez całe życie, bo nigdy nie przestaje się potrzebować przewodniczki i doradczyni, a z punktu widzenia twórczego życia kobiety ta potrzeba nigdy nie powinna zaniknąć (…) szukajmy matki dzikiej i mądrej. Nie jesteśmy, nie możemy być od niej oddzielone. Związek z tą kochającą matką musi być w ciągłym ruchu, musi wciąż się zmieniać, co jest może paradoksem. Matka ta jest szkołą, w której się rodzimy, szkołą, w której jesteśmy zarazem uczennicami i nauczycielkami, jak życie długie. Czy mamy dzieci czy nie, czy zajmujemy się ogrodem, naukami czy burzliwym światem poezji — zawsze, na każdej drodze, ocieramy się o dziką matkę. I tak powinno być.

Nawet jeżeli matka kobiety miała destrukcyjny wpływ na jej psychikę to nie oznacza, że ona automatycznie będzie słabą matką dla własnych dzieci. Duszę można sponiewierać i odrzucić, ale nie da się jej zabić. Nie da się wymazać złej przeszłości, jednak można pracować nad teraźniejszością myśląc o przyszłości.

POSZUKIWANIE WŁASNEGO ŚRODOWISKA

Kaczątko rusza w drogę by znaleźć społeczność, która je zaakceptuje. Puka do wielu drzwi, bo nie ma wyrobionego instynktu by zapukać w te właściwe, za to ma inny instynkt, ten który nakazuje mu iść przed siebie mimo przeciwności losu i zmęczenia. Kaczątko wypracowuje swoje własne mechanizmy obronne outsidera, stara się zachowywać tak jak tego oczekuje otoczenie, ale wiecznie coś mu nie wychodzi. Nawet jeżeli okazuje się, że potrafi pływać, to innym nie pasuje jego wygląd, co oczywiście osłabia jego pewność siebie i sprawia, że zaczyna zachowywać się niezdarnie: wpada do mąki, sypie kurz do masła, wylewa mleko. To fizyczny wyraz tego jak niepewnie się czuje wśród innych istot. Podobnie jest w naszym życiu: im bardziej staramy się dostosować do wymagań, z którymi wewnętrznie się nie zgadzamy, tym gorzej nam to wychodzi. Choć to chwalebne i pożyteczne przerzucać pomosty w stronę grup, do których nie należymy, choć to ważne, żeby być dobrym i uprzejmym — trzeba zachować umiar, nie robić tego na siłę i za wszelką cenę. Nie wolno ślepo wierzyć, że stosowne zachowanie, jeśli tylko uda się poskromić wszystkie odruchy nieokiełznanej, spontanicznej criatury (‘istoty’przyp. Anna Lawenda), pozwoli uchodzić za miłą, dystyngowaną, opanowaną, łagodną damę. To właśnie takie postępowanie — pobożne życzenia ego, żeby za wszelką cenę należeć do kogokolwiek — przerywa psychiczną łączność z Dziką Kobietą. Zamiast pełnej życia kobiety widzimy ugrzecznioną, znerwicowaną istotę myślącą tylko o tym, żeby dobrze wypaść. Nie, jest lepiej, wdzięczniej i o wiele korzystniej dla duszy być tym, kim się jest, i pozwolić innym stworzeniom także być tym, kim są.

Kobieta, która szuka miłości, a jej nie znajduje narażona jest na wpadnięcie w wir zachowań kompulsywnych i ciągle wchodzi w te same sytuacje, mając nadzieję, że to uleczy jej rany (czy to wpadając w nałogi, czy toxyczne związki, czy w wir pracy). Dzieje się też często tak, że podobnie jak Kaczątko zamarzające w stawie, ona również kostnieje z braku uczuć i chłodu emocjonalnego, co jest zabójcze dla wyobraźni, twórczości, wyrażania się, a przede wszystkim dla relacji z ludźmi. Być zimnym to być pozbawionym uczuć. Chłód spełnia funkcję mechanizmu obronnego, ale na dłuższą metę jest zabójczy, bo dusza potrzebuje ciepła aby rozkwitać. Dusza uzewnętrznia się poprzez tworzenie, a brak uczuć to oznacza posuchę i brak – nomen omen – ognia twórczego. Coś, co jest w ruchu, nie może zamarznąć. Ruszajcie się więc. Nie zatrzymujcie się.

W baśni Andersena pojawia się przypadkowy przechodzień wyzwalający Kaczątko z lodu. To symbol tego, że gdy jesteśmy już tak znużeni, że nie mamy siły brnąć dalej, to niczym światełko w tunelu pojawia się pomoc ze Wszechświata. Nie poukłada za nas życia i nie zagoi starych ran, ale da chwilowe ocieplenie i pozwoli zebrać się w sobie. Czasami gdy rozstajemy się z kimś kogo kochaliśmy, w naszym życiu pojawia się nowa osoba, ale nie po to aby stworzyć stabilny związek tylko by wesprzeć nas i podbudować w trudnych chwilach.

Niedostosowywanie się do sztywnych reguł mimo że przynosi odrzucenie jest dobre dla duszy, bo zmusza ją do poszukiwań czy to osób, które będą ją akceptować, czy to sposobu wyrażania się (sztuka, literatura, muzyka etc), czy dalszego rozwoju. Bez porównania gorzej jest tkwić tam, gdzie nie mamy czego szukać, niż tułać się przez jakiś czas w poszukiwaniu psychicznego kontaktu, jakiego nam trzeba. Szukanie swego miejsca nigdy nie jest pomyłką. Nigdy. Co więcej, trudności i przeszkody na drodze wyrabiają charakter, kształtują wytrwałość i koncentrację, a także rozszerzają horyzonty, czego pozbawieni są ci, którzy w drogę nigdy się nie udali. Ten napór sił i napięć wywiera pożyteczny i dobroczynny wpływ. Wygnanie hartuje, temperuje, umacnia słabe kaczątko. Choć tej sytuacji nie życzyłybyśmy nikomu z żadnego powodu, jednak — tak jak węgiel pod wysokim ciśnieniem staje się diamentem — prowadzi ona do prawdziwej wielkości i oczyszczenia duszy. W alchemii substancję wyjściową, ołów, poddaje się biciu i zgniataniu. Wprawdzie nikt nie pragnie wygnania dla niego samego, jednak daje ono niespodziewane korzyści (…)Na wygnaniu o wiele mocniej dąży się do wyzwolenia prawdziwej natury, bardziej tęskni za sprzyjającym środowiskiem. To dążenie, ta tęsknota pozwalają posuwać się naprzód. (…)Siła przetrwania to dziwna rzecz: nawet pięć minut kontemplacji spokojnej wody może dać tyle energii, że i przez miesiąc trzyma nas przy życiu.

Kot i kwoka obrazują osoby, które są pewne swoich racji i nie tolerują innych poglądów. Kaczątko wcale nie każe im pływać tak jak ono samo, ale sam fakt, że lubi to robić nie mieści się zwierzętom domowym w głowie i wywołuje ich agresję. Niestety, Kaczątko ma już zakodowane, że skoro różni się od innych to jest od nich gorsze. Kobiety – Brzydkie Kaczątka nie mają wyrobionej asertywności, nie potrafią powiedzieć ‘nie’, dosłownie przepraszają, że żyją. Takie kobiety grzecznie słuchają, jak im się wmawia, że są krnąbrne i uparte, nie rozumiejąc podstawowej rzeczy — że koty nie pływają, a kury nie nurkują. Muszę przyznać, że w mojej praktyce często przydaje mi się wyróżnienie typów osobowości, takich jak koty, kwoki, kaczki, łabędzie i tak dalej. Jeśli to wydaje się uzasadnione, proszę pacjentkę, żeby na chwilę wyobraziła sobie, że jest łabędziem, który o tym nie wie. Zakładamy też, że została wychowana (albo właśnie się znajduje) w otoczeniu kaczek. Oczywiście nie mam nic ani przeciwko kaczkom, ani łabędziom. Ale kaczki to kaczki, a łabędzie to łabędzie. Czasami dla jasności muszę skorzystać z porównań do innych zwierząt. Jak byś się czuła, gdyby wychowali cię ludzie-myszy, jeśli jesteś, powiedzmy, łabędziem? Łabędzie i myszy żywią się czym innym. Brzydzą się swoim zapachem. Nie są zainteresowane wspólnym spędzaniem czasu, a jeśli już muszą razem przebywać, to będą się wzajemnie prześladować. Jak byś się czuła, gdybyś, będąc łabędziem, musiała udawać mysz? Udawać, że jesteś malutka, masz szare futerko i długi cienki ogonek. Chcesz naśladować mysi chód, ale zamiast tego kolebiesz się z nogi na nogę. Próbujesz piszczeć jak mysz i za każdym razem wydajesz łabędzi krzyk. Czy nie byłabyś najnieszczęśliwszym stworzeniem na świecie? Dlaczego więc, jeśli tak jest, jeśli taka jest prawda, kobiety ciągle usiłują się naginać, przybierać kształty, które są im obce? (…) Najczęściej dzieje się tak, ponieważ kobieta po prostu nie wie, co robić. Nie miała matki. (…)W świecie zwierząt matki uczące swe młode polować nie udzielają dokładnych instrukcji, „jak polować”, bo młode mają to już we krwi. Uczą je natomiast, czego się mają wystrzegać, na co zwracać uwagę; tego młode nie wiedzą dopóty, dopóki matka im nie pokaże, w ten sposób uruchamiając w nich nową wiedzę i wrodzoną mądrość. Podobnie jest z kobietą na wygnaniu. Jeśli jest brzydkim kaczątkiem, jeśli nie miała matki, to jej instynkt nie został wyszlifowany. Uczy się więc metodą prób i błędów. Zazwyczaj i prób, i błędów jest nieskończenie wiele. Ale zawsze jest nadzieja, ponieważ wygnaniec nigdy się nie poddaje. Idzie przed siebie, póki nie znajdzie drogowskazu, zapachu, śladu, a wreszcie domu. (…)Znakiem rozpoznawczym dzikiej natury jest zdolność przetrwania. Zawsze potrafi wytrwać. Nie jest to coś, co świadomie robimy, ale coś, czym jesteśmy, naturalnie przyrodzona cecha. Jeśli nie możemy żyć pełnią życia, to dopóty egzystujemy, dopóki znowu nie będziemy mogły rozkwitać. Czy opuściła nas twórcza wyobraźnia, czy odrzuca nas kultura bądź religia, czy odpycha nas rodzina, grupa, czy ponosimy karę za jakieś decyzje, myśli i uczucia, ukryte dzikie życie trwa, a z nim trwamy i my.(…) Kaczątko ostatkiem sił trzyma się życia. Było samotne, zziębnięte, skute lodem, nękane i ścigane; strzelano do niego, wyrzucano, głodzono, broniono wstępu; sięgnęło granicy życia i śmierci i nie wiedziało, co je jeszcze spotka. A teraz najważniejsza część opowieści: zbliża się wiosna, spieszy nowe życie, nastaje czas nowych możliwości, kolejnych prób. Najważniejsza rzecz to trzymać się i wciąż szukać, szukać twórczych dróg, szukać samotności, szukać czasu na bycie i działanie, szukać sensu istnienia; trzeba trwać, bo dzika natura daje obietnicę, że po zimie zawsze nadchodzi wiosna.

ODNALEZIENIE SWOJEGO STADA

Wygnanie pozostawia głębokie rany w psychice. W baśni to łabędzie pierwsze dostrzegają Kaczątko, ono samo po przykrych doświadczeniach boi się wręcz na nie spojrzeć. Jest nieufne, nie wierzy, że jest bezpieczne i zastanawia się czy zaraz ktoś znowu go nie przegoni. To typowe dla kobiet wygnanych. Po trudach tułaczki udaje się im dotrzeć do granic własnego terytorium, lecz przez czas jakiś wcale nie zauważają, że ludzkie spojrzenia nie są już pogardliwe, że częściej są neutralne, a nawet pełne podziwu i aprobaty. Nic tak wyraźnie nie świadczy o tym, że kobieta była „brzydkim kaczątkiem” przez całe życie albo na jakimś etapie swej drogi niż jej niezdolność do przyjęcia szczerego komplementu. Może to kwestia skromności, może należy to przypisać nieśmiałości — chociaż zbyt wiele bolesnych ran bezmyślnie się lekceważy, tłumacząc je „zwykłą nieśmiałością” — częściej jednak komplement odbiera mowę, ponieważ wywołuje automatyczny i nieprzyjemny dialog w umyśle kobiety. Dlatego ostatnim zadaniem jest zaakceptowanie swojej natury, a uwierzenie, że w końcu po często latach tułaczki odnalazło się swoich jest czasami równie trudne co sama tułaczka, bo straciło się już nadzieję, uznało, że nie zasługuje na szczęście albo po prostu nie ma się już siły na radość. Osoby pokiereszowane psychiczne potrzebują więcej energii na osiągnięcie celu niż te, które wychowywały się w przyjaznych warunkach, ponieważ przede wszystkim muszą przekonywać siebie, że potrafią to zrobić. Jednak trzeba pamiętać, by nie zatrzymywać się w rozwoju, aby nie poprzestać na byciu tą, która przetrwała, a skoncentrować się na tym co można osiągnąć dzięki temu, że się przetrwało. Kiedy zagrożenie ustępuje i odnajduje się przyjazne środowisko trzeba przejść do uzdrawiania psychiki i rozwijania się. Jeśli zatrzymamy się jako „te, które przetrwały”, nie przechodząc do kolejnej fazy, fazy kwitnienia i pełni, to redukujemy do połowy naszą wewnętrzną energię i zdolność działania w świecie. Kiedy kobieta upiera się, by być „tą, która przetrwała”, choć nie jest to już do niczego potrzebne, praca, którą musi wykonać, jest oczywista. Musi przestać się przywiązywać do archetypu „tej, która przetrwała”, bo niczego więcej nie osiągnie. Porównuję to do małej roślinki, której udało się bez wody, światła, składników odżywczych wydać odważny i uparty listek. Pomimo wszelkich przeciwności. Ale teraz, kiedy złe czasy są już za nami, pora zakwitnąć, a to oznacza, że trzeba wykorzystać wszelkie możliwości, czerpać światło, pożywienie i rozwijać się, wypuszczać gęste, bujne kwiecie i dorodne listowie.

Dlaczego w ogóle dzieje się tak, że łabędzie wychowują się wśród kaczek, a nie łabędzi? Albo mówiąc językiem współczesnych bajek, czemu czarodziejów wychowują mugole?

Zaczęłam opowiadać moim pacjentkom historyjkę, którą nazwałam Zamieniona Zygota, głównie po to, by tą pokrzepiającą metaforą pomóc im właściwie spojrzeć na całe ich „dzieje wyrzutka”. Oto owa historia.

Czy kiedykolwiek zastanawiałaś się, w jaki sposób znalazłaś się w takiej dziwnej, obcej rodzinie jak twoja? Jeśli wiodłaś życie autsajdera, jeśli nazywano cię dziwadłem czy odmieńcem, jeśli jesteś samotnicą, nie poddajesz się szablonom, to z pewnością wiele wycierpiałaś. Ale przychodzi moment, by spojrzeć na to z dystansu, przyjąć inny punkt widzenia, powrócić do swoich. (…)Przez lata kobiety, w których archetyp Dzikiej Kobiety żyje mitycznym życiem, w cichości płakały: „Dlaczego jestem inna? Dlaczego przyszłam na świat wśród obcych ludzi, w rodzinie, która mnie nie rozumie?” Kiedy chcą się rozwijać, zawsze znajdzie się ktoś, kto posypie ziemię solą, żeby nic nie urosło. Dręczą je nakazy i zakazy przeciwne ich naturalnym pragnieniom. Jeśli są dziećmi natury, to trzyma się je w zamknięciu. Jeśli chcą być naukowcami, to każe się im rodzić dzieci. Jeśli chcą być matkami, to muszą się dostosować do obowiązującego szablonu. Jeśli chcą coś wynaleźć, to musi to być praktyczne. Jeśli chcą tworzyć, to nie mają jak, bo domowe prace kobiety nigdy się nie kończą.

Czasem pragną się dostosować do panujących standardów i dopiero poniewczasie zdają sobie sprawę, czego naprawdę chciały, jak powinny były żyć. Więc żeby w ogóle mieć jakieś życie, dokonują bolesnych amputacji, porzucając rodziny, małżeństwa, w których miały wytrwać do śmierci, pracę, która miała dawać satysfakcję, dla monotonnych, jałowych, ale lepiej płatnych zajęć. Ich porzucone marzenia leżą jak kamienie przy drodze. Jakże często kobiety o artystycznych duszach w imię „rozsądku” spędzają osiemdziesiąt procent czasu na zajęciach, które systematycznie, dzień po dniu, uśmiercają ich twórczą wyobraźnię. Chociaż można mnożyć takie scenariusze, jedno jest niezmienne: bardzo wcześnie naznaczono je piętnem „odmieńca” z negatywną konotacją. A w rzeczywistości były to pełne pasji, ciekawe świata indywidualistki kierujące się dobrym instynktem.

Nie istnieje więc odpowiedź na pytanie: „Dlaczego ja, dlaczego ta rodzina, dlaczego jestem inna?” Jednak ego, zanim da sobie spokój, potrzebuje się nad czymś pogłowić, proponuję więc trzy odpowiedzi do wyboru. (Pacjentka może wybrać, którą zechce, ale musi się zdecydować przynajmniej na jedną. Większość wybiera ostatnią, choć wszystkie są równie dobre). Przygotujcie się. Oto one.

Urodziłyśmy się takie, jakie jesteśmy, i w tych przypadkowych rodzinach, ponieważ: (1) tak wyszło (prawie żadna w to nie wierzy); (2) Jaźń ma swój nieodgadniony plan, a nasze małe móżdżki są zbyt wątłe, by to ogarnąć (wielu kobietom dodaje to otuchy); (3) z powodu Syndromu Zamienionej Zygoty (tak, być może… ale co to takiego?).

Rodzina uważa cię za wyrodka. Ty masz pióra, oni łuski. Ty cenisz lasy, przyrodę, życie wewnętrzne, majestat wszechświata. Oni wolą równiutko składać ręczniki. Jeśli tak jest w twojej rodzinie, to jesteś ofiarą Syndromu Zamienionej Zygoty.
Twojej rodzinie czas powoli przecieka przez palce, ty pędzisz jak wicher; oni są krzykliwi, ty wrażliwa i cicha albo odwrotnie — oni milczą, ty śpiewasz. Ty wiesz, bo wiesz. Oni chcą dowodów i trzystu stron dysertacji. Tak, to z pewnością Syndrom Zamienionej Zygoty.

Nigdy o nim nie słyszałaś? Posłuchaj więc: pewnej nocy nad twoim miastem przelatywała Zygotowa Wróżka, a w jej koszyczku małe zygotki podskakiwały z podniecenia.Ty byłaś przeznaczona dla rodziców, którzy umieliby cię zrozumieć, ale Zygotowa Wróżka dostała się w silny wir powietrza i — hop! wypadłaś z koszyka do całkiem innego domu. Koziołkując, stoczyłaś się prosto do rodziny, która nie była przeznaczona dla ciebie. Twoja prawdziwa rodzina mieszka trzy mile dalej.
To dlatego zapałałaś miłością do innej rodziny, która mieszkała o trzy mile dalej. Zawsze marzyłaś, żeby pan i pani X byli twoimi prawdziwymi rodzicami. Możliwe, że tak miało być.

To dlatego tanecznym krokiem mkniesz przez korytarz, chociaż twoja rodzina wegetuje przed telewizorem. To dlatego twoi rodzice wpadają w popłoch, kiedy przychodzisz lub dzwonisz. Zamartwiają się: ,.Co ona jeszcze wymyśli? Ostatnio narobiła nam wstydu, Bóg jeden wie, co jej teraz wpadnie do głowy”. Kiedy cię widzą, zasłaniają oczy, i to bynajmniej nie dlatego, że oślepia ich bijąca od ciebie światłość.
Ty pragniesz miłości, oni chcą spokoju.

Z różnych przyczyn (z powodu swoich upodobań, niewiedzy, urazów, stanu zdrowia, zaburzeń psychicznych lub kultywowanej ignorancji) członkowie twojej rodziny nie mają tak spontanicznego kontaktu ze sferą nieświadomą, a twoja wizyta oczywiście wyczarowuje archetyp trikstera — psotnika, który burzy ustalony porządek rzeczy. Zanim więc zdążycie przełamać się chlebem, zaczyna on szalony tan, usiłując wrzucić włos do rodzinnej potrawki.
Choć wcale nie masz zamiaru denerwować rodziny, to i tak wyprowadzisz ich z równowagi. Kiedy przychodzisz, wszystko staje na głowie.
Jeśli rodzice cały czas czują się dotknięci, a dzieci są traktowane tak, jakby nigdy nic nie robiły jak należy, to nieomylny znak, że w rodzinie znalazła się „dzika zygota”.
Przyzwoita rodzina chce tylko jednego, ale zamieniona zygota nigdy nie pojmie, co to takiego, a jeśli byłaby do tego zdolna, to włosy zjeżyłyby się jej na głowie.
Przygotuj się, bo mam zamiar wyjawić wielką tajemnicę. Oto, czego od ciebie chcą, oto ta najdonioślejsza rzecz.
Przyzwoici ludzie chcą, byś postępowała logicznie i konsekwentnie.
Chcą, żebyś dziś była dokładnie taka sama jak wczoraj. Chcą, żebyś się nie zmieniała z każdym dniem, żebyś była taka sama jak na Początku Czasu.

Siłą zwierząt są instynkt, zdolność obserwacji oraz umiejętność adaptacji i te cechy ma także Dzika Kobieta. Jeżeli będą tępione w procesie uspołeczniania to kobieta będzie rozdarta między własną naturą a zazwyczaj zbyt ciasnym ubraniem, w które chce ją wbić otoczenie. Dla psychiki jest to zabójcze. Mieszkańcy Afryki Zachodniej wierzą, że surowe obchodzenie się z dzieckiem sprawia, że jego dusza ucieka z ciała, czasem tylko na parę metrów, czasami bardzo daleko. Wprawdzie oprócz potrzeb duchowych dziecku trzeba również zapewnić bezpieczeństwo i właściwą opiekę fizyczną oraz zadbać o jego „dobre wychowanie”, ja jednak zawsze niepokoję się o osoby zbyt dobrze wychowane; z ich oczu zbyt często wyziera „niknąca dusza”. Coś nie jest w porządku. Zdrowa dusza przeważnie promieniuje, użyczając innym swego światła. Ale pod wpływem poważnych urazów dusza ucieka. Czasami umyka tak daleko, że aby ją skłonić do powrotu, trzeba mistrzowskich zabiegów. Dużo czasu musi upłynąć, zanim spłoszona dusza zaufa na tyle, żeby wrócić, ale można tego dokonać. Powrót wymaga kilku warunków: bezwzględnej uczciwości, wytrwałości, czułości, dobroci, wyzbycia się gniewu, a także humoru.

Duszę ożywia tworzenie, niezależnie od tego co i jak się tworzy. Czy to będzie malowanie, czy śpiewanie, czy pisanie, czy pieczenie ciasta, czy zakładanie rabatki w ogrodzie, kobieta wyraża przez nie swoje wewnętrzne potrzeby.

Jeśli okrzyknięto cię czarną owcą, odszczepieńcem, indywidualistką, samotną wilczycą, nie kurcz się w sobie, nie staraj się zniknąć. Tylko ślepcy mogą twierdzić, że nonkonformista jest przekleństwem dla społeczeństwa. Stulecia ludzkich dziejów potwierdzają, że każdy, kto się wyróżnia, wytycza nowe drogi i wnosi oryginalny, bogaty wkład w obraz społeczeństwa i kultury (…)Jeśli kiedykolwiek twierdzono, że jesteście nieposłuszne, przekorne, niepoprawne, zuchwałe, przebiegłe, zbuntowane, niezdyscyplinowane, narwane, niepokorne, to jesteście na właściwym tropie. Dzika Kobieta jest przy was.