Tag Archives: głód duszy

Odcinek 15: Skóra Foki. O powrocie duszy do domu

biegnaca z wilkami skora foki

“I’ll tell you something banal. We’re emotional illiterates. And not only you and I — practically everybody, that’s the depressing thing. We’re taught everything about the body and about agriculture in Madagascar and about the square root of pi, or whatever the hell it’s called, but not a word about the soul. We’re abysmally ignorant, about both ourselves and others. There’s a lot of loose talk nowadays to the effect that children should be brought up to know all about brotherhood and understanding and coexistence and equality and everything else that’s all the rage just now. But it doesn’t dawn on anyone that we must first learn something about ourselves and our own feelings. Our own fear and loneliness and anger. We’re left without a chance, ignorant and remorseful among the ruins of our ambitions. To make a child aware of it’s soul is something almost indecent…How can you understand other people if you don’t know anything about yourself? Now you’re yawning, so that’s the end of the lecture.”
Ingmar Bergman

Skóra Foki — Skóra Duszy

Dawno temu, w porze, która teraz przeminęła, lecz wkrótce powróci, każdy dzień wypełniało tylko białe niebo i biały śnieg, a małe czarne punkciki widoczne w oddali okazywały się ludźmi, psami albo niedźwiedziami.
W tych stronach nie żyje się za darmo. Wicher wieje tak silny, że ludzie rozmyślnie zakładają parki i mamleki (wysokie buty z foczej skóry) odwrócone na drugą stronę. Wymawiane słowa zamarzają w powietrzu, a żeby zrozumieć całe zdanie, trzeba je mówiącemu wyłamywać siłą spomiędzy warg i topić przy ogniu. Tutaj ludzie żyją pośród białych bujnych włosów starej Annuluk, naszej babki, prastarej czarownicy, która jest Ziemią. I w tej to właśnie krainie żył sobie człowiek… tak samotny, że z biegiem lat łzy wyżłobiły na jego policzkach głębokie bruzdy.
Próbował się uśmiechać, być szczęśliwy. Polował. Zastawiał sidła, tropił zwierzynę, twardo sypiał. Ale brakowało mu ludzkiego towarzystwa. Czasami, osiadłszy w kajaku na mieliźnie, patrzył na zbliżające się foki i przypominał sobie, co mówią stare legendy — foki były kiedyś ludźmi, a teraz jedynym śladem po tym są ich oczy, w których widać te same spojrzenia, mądre, gorące, kochające. Czasami czuł tak wielki przypływ bólu i samotności, że łzy toczyły mu się po głębokich bruzdach na twarzy.
Pewnej nocy wyruszył na polowanie tuż po świcie, ale niczego nie znalazł. Kiedy księżyc podnosił się na niebie, a kry lodowe zalśniły w jego świetle, człowiek podpłynął do wielkiej skały na morzu, a jego bystrym oczom wydało się, że coś się na niej porusza z nieskończonym wdziękiem.
Płynął powoli, głęboko zanurzając wiosła, by znaleźć się bliżej. Na szczycie skały wypatrzył grupkę tańczących dziewcząt, nagich jak w chwili narodzin. A że tak długo był samotny i po ludziach zostały mu tylko wspomnienia, zatrzymał się i patrzał. Kobiety wyglądały jak utkane z księżycowego mleczka, ich skóra migotała srebrnymi kropelkami jak łososie na wiosnę, a ich stopy i dłonie były smukłe, długie i piękne.
Tak niezwykłej urody były te dziewczęta, że usiadł oniemiały w łodzi, a woda uderzała o burtę, coraz bardziej przysuwając go do skały.
Słyszał śmiech tych pięknych istot… tak przynajmniej sądził, choć może to woda się śmiała, rozbijając się o urwisko. Był zmieszany i olśniony. W dziwny sposób poczucie osamotnienia, które ciążyło mu na piersiach jak mokra skórzana odzież, opuściło go i bez namysłu, jakby tak właśnie miało być, wyskoczył na skałę i zabrał jedną z foczych skór, które tam leżały. Ukrył się za występem skalnym i schował skórę za qutnguq (parką).
Wkrótce jedna z kobiet zawołała głosem tak pięknym, jakiego dotąd nie słyszał… zupełnie jak wieloryby śpiewające o świcie… nie, raczej jak małe wilczki baraszkujące wiosną… nie, ten głos był jeszcze piękniejszy, ale to nieważne, bo… co one robią?
A one zakładały na siebie focze skóry i jedna za drugą zsuwały się do morza, piszcząc i wołając radośnie. Oprócz jednej. Najwyższa z dziewcząt szukała wszędzie swojej skóry, lecz nigdzie jej nie było. I wtedy mężczyzna poczuł się ośmielony. Wyszedł zza skały i odezwał się:
Kobieto… zostań moją żoną. Jestem taki samotny…
Nie, nie mogę być niczyją żoną — powiedziała. — Nie jestem z twego rodu, jestem z rodu tych, co żyją temeqvanek — pod wodą.
Zostań moją żoną — nalegał mężczyzna. — Po siedmiu latach oddam ci foczą skórę i zrobisz, jak zechcesz, odejdziesz albo zostaniesz.
Dziewczyna-foka przyglądała się długo jego twarzy oczami, które wbrew jej pochodzeniu wydawały się ludzkie. Niechętnie odrzekła:
— Dobrze, pójdę z tobą. Po siedmiu latach zdecyduję, co robić.

Po jakimś czasie urodziło im się dziecko, które nazwali Uruk. Był to chłopczyk gibki i pulchny. W zimie matka opowiadała mu baśnie o podwodnych stworzeniach, podczas gdy ojciec strugał mu nożem niedźwiadki i wilki. Kiedy matka kładła Uruka spać, pokazywała mu przez otwór w suficie obłoki o różnych kształtach. Jednak nie widziała w nich kruków, niedźwiedzi ani wilków, lecz morsy, wieloryby, foki i łososie, bo te stworzenia dobrze znała.
Z biegiem czasu jej ciało zaczęło wysychać. Najpierw zwiotczało, potem zaczęło się kruszyć. Łuszczyła się skóra na powiekach. Wypadały włosy na głowie. Stała się naluaą — blada, prawie biała. Kiedyś tak krągła, schudła straszliwie. Usiłowała ukryć, że kuleje. Z każdym dniem jej wzrok się pogarszał. Musiała wyciągać ręce, by znaleźć drogę, bo prawie nic nie widziała.
I tak było, aż pewnej nocy Uruka obudził krzyk i chłopiec usiadł na futrzanym posłaniu. Ktoś ryczał niczym niedźwiedź — to jego ojciec wymyślał matce. Usłyszał też płacz, jakby srebrny pręt uderzał o kamień. To płakała jego matka.
– Siedem długich lat temu ukryłeś moją foczą skórę, idzie już na ósmą zimę. Chcę, żebyś mi zwrócił to, z czego jestem zrobiona — płakała kobieta-foka.
– Jeśli ci ją oddam, to zostawisz mnie, kobieto — grzmiał mąż.
– Nie wiem, co zrobię. Wiem tylko, że muszę mieć to, do czego należę.
– Zostanę bez żony, a chłopiec bez matki. Jesteś złą kobietą.
To mówiąc, mąż zerwał zasłonę z drzwi i zniknął w ciemności nocy.
Chłopiec bardzo kochał matkę. Bał się ją stracić i płakał tak długo, aż zasnął z wyczerpania. Obudził go wiatr. Dziwny to był wiatr; zdawało się, że woła jego imię:
— Uuuuruk, Uuuuruk.
Wstał z posłania i ubrał się tak pospiesznie, że założył parkę na odwrotną stronę, a mukluki (buty z foczej skóry) wciągnął tylko do połowy. Wciąż słysząc swe imię, wyszedł w rozgwieżdżoną noc.
— Uuuuruk.
Pobiegł na skalne urwisko i patrząc stamtąd na morze, daleko pośród wzburzonych fal na morzu zobaczył olbrzymią, kudłatą srebrzystą fokę… z wielką głową, z wąsami do piersi i żółtymi oczami.
— Uuuuruk.
Chłopiec spuścił się w dół po skale i poczuł pod stopami jakiś kamień… nie, to tobołek, który wytoczył się ze skalnej rozpadliny. Włosy chłopca opadły na twarz tysiącem zlodowaciałych kosmyków.
— Uuuuruk.
Chłopiec rozerwał tobołek i wytrząsnął jego zawartość — to była focza skóra jego matki. Poczuł jej zapach. A kiedy tulił skórę do twarzy i wdychał jej woń, dusza skóry zaczęła w nim trzepotać niczym letni powiew wiatru.
Zapłakał z bólu i radości i znów uniósł skórę do twarzy, i znów dusza matki przeszła przez jego duszę. Płakał, bo przepełniła go bezbrzeżna miłość do matki.
A stara srebrzysta foka w oddali zanurzyła się z wolna pod wodę.
Chłopiec wspiął się na urwisko i pobiegł do domu; focza skóra powiewała za nim, kiedy wpadł jak burza do domu. Matka podniosła go na rękach razem ze skórą i przymknęła oczy, wdzięczna losowi, że oboje są bezpieczni.

Zaczęła się ubierać w skórę.
— Matko, nie! — zakrzyknął chłopczyk.
Przygarnęła go, otoczyła ramieniem i kulejąc, biegła w stronę wzburzonego morza.
— Mamo, nie zostawiaj mnie!
Widać było, że pragnie zostać przy dziecku, chce tego, ale coś ją wzywało, coś starszego, potężniejszego od niej, od niego, od czasu.
— Mamo, nie! — odwróciła się do niego z wyrazem bezbrzeżnej, tragicznej miłości w oczach. Ujęła w dłonie jego głowę i tchnęła słodki oddech w jego płuca, raz, drugi, trzeci. I trzymając go pod pachą jak cenny tobołek, zanurkowała w morze, w dół, głęboko, a pod wodą oddychali lekko i swobodnie.
Płynęli przez głębiny, aż dotarli do podwodnej groty fok, gdzie przeróżne stworzenia śpiewały i jadły, tańczyły i rozmawiały, a olbrzymia stara foka, która nocą wołała Uruka, objęła go i nazwała wnukiem.
— Jak ci się wiedzie tam na górze, córko?

Kobieta-foka spojrzała w bok i rzekła:
– Skrzywdziłam człowieka, mężczyznę, który dał mi wszystko, co miał. Ale wrócić do niego nie mogę, bo zostałabym jego więźniem.
– A chłopiec? — spytał stary. — Mój wnuk? — Jego głos drżał z dumy, gdy to mówił.
– On musi wrócić, ojcze. Nie może tu zostać z nami. Jeszcze nie przyszedł jego czas. — I zapłakała, a po chwili płakali wszyscy razem.
Minęło tak kilka nocy i dni, dokładnie siedem, a w tym czasie blask powrócił we włosy i oczy kobiety-foki. Nabrała rumieńców, jej wzrok się poprawił, ciało odżyło, pływała z wielką gracją. Wreszcie przyszedł czas, by chłopiec wrócił na ląd. Tej nocy dziadek i piękna matka chłopca popłynęli, trzymając go między sobą. Wypłynęli na powierzchnię. Łagodnie umieścili Uruka na skalistym brzegu w promieniach księżyca.
Matka zapewniała go:
— Zawsze będę z tobą. Dotknij tylko, czego ja kiedyś dotykałam, moich patyków do krzesania ognia, mego ulu (noża), kościanych wydr i fok, które dla ciebie wyrzeźbiłam, wtedy tchnę oddech w twoje płuca, byś mógł wyśpiewać swe pieśni.
Stara srebrzysta foka i jej córka ucałowali dziecko wiele razy. Wreszcie oderwali się od niego, odpłynęli w morze i rzuciwszy na chłopca ostatnie spojrzenie, znikli w kipieli fal. A Uruk został, bo jego czas jeszcze nie nadszedł.
Z biegiem czasu chłopiec wyrósł na znaczącego bębniarza, pieśniarza i gawędziarza, a ludzie powiadali, że to wszystko dlatego, że w dzieciństwie potężne focze duchy wywiodły go w morską głębinę. Potem często widywano go, jak w szarej porannej mgle, uwiązawszy kajak, klęczał na morskiej skale i rozmawiał z foczą samicą, która często pojawiała się na brzegu. Choć wielu na nią polowało, nikomu nie udało się jej złowić. Nazywają ją Tanqigcaq (jasna) i mówią, że chociaż jest foką, w jej oczach widać ludzkie spojrzenie, mądre, gorące i kochające.
———————————————————

Ta opowieść to wyższa szkoła jazdy, dlatego zostawiłam ją niemal na koniec.

Ta opowieść wymaga spojrzenia głębiej w swoją duszę.

Dusza. Niezbyt chętnie używane słowo, prawda? Zbyt mocno kojarzy się z religią, ponadto w mocno zracjonalizowanej kulturze zachodniej wszystko co nie jest jasne, logiczne, ściśle odmierzone i odważone może wydawać się podejrzane.

Dlatego właśnie spojrzenie wgłąb siebie i zadbanie o swoją duszę wydają się takie trudne. Jednak zakładam, że po czternastu odcinkach jesteśmy na to wszyscy gotowi, a czytając to o czym pisze dr E, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że już gdzieś tę opowieść czytałam i to nie raz, tylko w innej wersji. Ale o tym na samym końcu.

Motyw opuszczenia domu w krainie sił nadprzyrodzonych i zejścia na ziemię pojawia się we wszelkich mitologiach od niepamiętnych czasów, motyw ukrycia prawdziwej natury pod postacią zwierzęcia znamy z wielu legend z całego świata. Baśnie o zwierzętach tajemniczo spokrewnionych z ludźmi opowiada się na całym świecie, bo przekazują one archetypową, uniwersalną wiedzę o duszy. Czasem baśnie i opowieści ludowe tkwią korzeniami w duchu konkretnego miejsca, szczególnie bliskiego duszy. Baśń, którą przytoczę, powstała w zimnych krajach Północy, a opowiada się ją wszędzie tam, gdzie jest lodowate, zamarzające morze lub ocean. Jej różne wersje spotykamy u Celtów (np. Szkotów), plemion Indian Ameryki Północnej, na Syberii i w Islandii. Opowieść zwykle nazywa się Dziewczyna-foka, Selkie-o, Pamrauk, Mała Foka albo Eyalirtaą, Ciało Foki (…) U różnych ludów świata, nie wyłączając mieszkańców regionów okołopolarnych i zachodniej Afryki, spotykamy wierzenie, że człowiek dopóty nie może zacząć prawdziwego życia, dopóki jego dusza nie zrodzi ducha, dopóki go nie wychowa, nie wykarmi, nie napełni siłą. Według tych wierzeń dusza powraca potem do swego dawnego, dalekiego domu, a duch zaczyna samodzielne życie w świecie.

FOKA JAKO SYMBOL DUSZY

Aby zrozumieć dlaczego foka ma taką a nie inną symbolikę trzeba najpierw przyjrzeć się życiu tego zwierzęcia. Jest stworzeniem wodnym, to oznacza, że na co dzień obcuje z wodą symbolizującą uczucia i nieświadomość. Na brzeg wychodzi tylko po to by urodzić i wychować młode. Cały proces zajmuje około dwóch miesięcy, po tym czasie pielęgnowane troskliwie małe foki są gotowe by żyć samodzielnie. Ludzie żyjący w pobliżu tych zwierząt twierdzą, że foki są z natury łagodne, ufne i przystępne, łatwo się przywiązują, ale potrafią też szybko wyczuć niebezpieczeństwo i oddalić się z niebezpiecznego miejsca albo obronić przed atakiem przeciwnika.

Continue reading

Mały Cud

Miałam się nie odzywać przez wakacje, ale pojawił się dobry powód, aby przerwać letnią siestę.

Nie wiem czy ktoś pamięta sytuację, którą opisywałam w La Lloronie, pozwólcie że zacytuję dla przypomnienia:

Znam taki przypadek osobiście. Zdolna dziewczyna mająca i wizję, i dobry warsztat pisarski tworzyła przez wiele miesięcy powieść fantastyczną w wielu odcinkach. Publikowała ją na portalu pisarskim, gdzie zbierała pozytywne recenzje, jednak w chwili osobistego kryzysu (i jak podejrzewam depresji) skasowała swoje konto z całą zawartością. Jak się później dowiedziałam, destrukcji uległy także wszystkie jej texty na twardym dysku. Kiedy dziewczyna jakoś się pozbierała, próbowała pisać raz jeszcze, tym razem na blogu, ale i on przetrwał tylko kilka miesięcy, po czym został przez nią skasowany. Z tego co się orientuję nie miała w otoczeniu nikogo, kto by ją wspierał w pisaniu, przychylne opinie pochodziły chyba tylko z naszego portalu pisarskiego, tak czy inaczej i zewnętrzne, i wewnętrzne podszepty destrukcyjnego w tym wypadku animusa skutecznie zatruły jej twórcze wody. Nie wiem co teraz robi, czy pisze, czy zupełnie się poddała, ale myślę, że jeżeli faktycznie to zrobiła, skrzywdziła najbardziej samą siebie, bo całą swoją naturą, całą sobą jest twórczą rzeką.

Gdzieś w głębi ducha bardzo chciałam, żeby przeczytała ten fragment, chociaż patrząc realistycznie nie było na to zbyt dużej szansy. Kiedy pisałam te słowa nie miałyśmy ze sobą kontaktu od dwóch lat, więc nie wiedziała o tym blogu i nie mogła znać adresu.

A jednak, cud się wydarzył. Trafiła tu, przeczytała analizę La Llorony i ku mojej wielkiej radości napisała do mnie. Niestety, z jej emaila dało się wyczuć przygnębienie, z tego co opowiada wynika, że nadal przebywa w mało ją wspierającym otoczeniu. Tym co wydało mi się najsmutniejsze był fakt, że określiła siebie jako ‘była pisarka’.

To nieprawda. Zawsze w takich wypadkach parafrazuję powiedzenie Maca Taylora z pozornie mało psychologicznego serialu CSI:NY (‘Kryminalne Zagadki Nowego Jorku’): Once a marine, always a marine (Jeżeli raz zostanie się żołnierzem marynarki, to pozostaje się nim już na zawsze). Nie można przestać być pisarką (czy malarką, czy rzeźbiarką, czy piosenkarką etc.). To że się w danym momencie nie tworzy nie oznacza, że przestała istnieć potrzeba wyrażania się. Nie umiera talent do uważnego obserwowania, głębszego postrzegania, przedstawiania pozornie zwykłej sytuacji w zupełnie innym świetle, a przede wszystkim przyciągania uwagi odbiorcy i poruszania w nim struny, której nic innego nie dotknie i której nie jest nawet świadomy. To jest źródło, które będzie zawsze biło, bo taka jest siła wody. Nie na darmo to ten element symbolizuje uczucia i twórczość, wody nie da się zatrzymać. Jeżeli ktoś będzie próbował zatamować źródło tam, gdzie biło do tej pory, to wytryśnie w innym miejscu. Nie dasz rady przestać być pisarką.

To nie brak wyobraźni Cię powstrzymuje przed pisaniem, tylko wewnętrzny krytyk. I co najdziwniejsze, to wcale nie musi być głos twierdzący, że nie potrafisz pisać, to również Twoje własne oczekiwania: żeby text został wydany, żeby nie był krytycznie przyjęty przez otoczenie, etc. Uciszenie ich to pierwszy krok do oczyszczenia rzeki, bo słuchając tych podszeptów będziesz ciągle natykać się na kolejne tamy i w rezultacie nie stworzysz niczego, co byłoby zgodne z Twoim własnym wnętrzem. A to jest przecież sedno tworzenia: wyprowadzać to co wewnątrz na zewnątrz w formie, jaka najbardziej współgra z nami samymi. Spróbuj się na tym skoncentrować, nie na okolicznościach zewnętrznych, po prostu pisz co Ci siedzi w sercu, nie zastanawiaj się co inni na ten temat powiedzą. Nie przejmuj się tym na razie. Być może za jakiś czas okoliczności zmienią się diametralnie, może zmienisz się Ty, być może to co teraz wydaje Ci się przeszkodą nie do przejścia, zniknie zupełnie albo Ty będziesz na tyle silna aby sobie z nią poradzić. Ale, tak jak mówi dr E, Zacznij. Tak się czyści rzekę.

Pamiętasz, że swojego czasu też nie chciałam wracać do pisania? Pamiętasz, co wtedy mi odpowiedziałaś? Może przypomnę:

Początkowo byłam rozczarowana, kiedy przeczytałam, że nie zamierzasz wracać do pisania naszego wspólnego projektu. Ale potem podeszłam do tego faktu bardziej optymistycznie i postanowiłam po prostu dokończyć moją część pracy, a resztę zostawić Tobie i szczęśliwemu losowi. Bo kto wie… Może za trzy lata zdecydujesz się jednak dopisać swoje części, za pięć lat znajdziemy dla tej książki wydawcę, a za dziesięć lat będziemy opijać sukces szampanem. Przecież ja też postanawiałam już więcej do tej książki (i pisania w ogólności) nie wrócić. Dlatego proszę, nie zarzekaj się, że nie będziesz już pisać opowieści z tej serii, bo życie – czasami na szczęście, czasami na nieszczęście – bywa nieprzewidywalne. Pozostaw mi furteczkę nadziei…

Wprawdzie nie do naszego projektu teraz wróciłam, tylko do mojej najstarszej opowieści, no ale nie mów, że nie miałaś racji!

I wiedz, że nie jesteś sama, masz przynajmniej jedną cheerleaderkę czyli mnie zeby. Przypuszczam też, że co najmniej kilkoro czytelników tego bloga przeżywało kiedyś to, co Ty i może się wczuć w Twoją sytuację. A jeżeli nie będę chwilowo Twoją cheerleaderką to pewnie tylko dlatego, że odgrywam rolę współczesnego Wolanda wydobywając Twoje texty z czeluści mojego laptopa. Dokumenty wordowskie nie płoną grin. Małe cuda się zdarzają i to wtedy kiedy się ich kompletnie nie spodziewamy. Ale sądzę, że na cuda trzeba sobie solidnie zapracować, więc proponuję zabrać się do roboty wink3. Spokojnie i w swoim tempie, bez żadnej presji, ale od razu.

A przynajmniej nie zatruwać już rzeki. Jest zbyt bystra, żeby stawiać jej nurtowi tamy.

Czterej Rabini

Tak jak napisałam w newsach w lutym miałam przerwę międzysemestralną na uczelni i nie opublikowałam żadnej nowej analizy baśni, ale nie chcę zostawiać Was tak zupełnie bez posta w tym miesiącu, dlatego prezentuję krótką historię o czterech rabinach, którą dr Estes włączyła do rozdziału o La Lobie, Wilczycy. Tym razem nic nie mówię i zostawiam Was samych z textem, to do Was należy interpretacja wink3

Pewnej nocy czterech rabinów nawiedził anioł, który obudził ich i poprowadził do Siódmego Sklepienia Siódmego Nieba. Tam ujrzeli święte Koło Ezechiela.

Powracając z Pardes (Raju) na Ziemię, jeden z rabinów pod wpły­wem olśniewającego widoku postradał rozum i do końca swoich dni włóczył się po świecie, tocząc pianę z ust. Drugi rabin powiedział cynicznie:

„Koło Ezechiela śniło mi się tylko, nic więcej. Nic się naprawdę nie zdarzyło”.

Trzeci rabin nie przestawał rozprawiać o tym, co widział, bo widok ten całkowicie nim zawładnął. Bezustannie objaśniał konstrukcję i zna­czenie Koła, wskutek czego zbłądził i zdradził swą wiarę. Czwarty rabin, który był poetą, wziął papier oraz trzcinę, i usiadłszy przy oknie, pisał pieśń za pieśnią, wychwalając gołąbki o poranku, swą córecz­kę w kołysce, gwiazdy na niebie. Jego życie odtąd stało się lepsze i piękniejsze.

A korzystając z tego, że ten post jest bardziej “techniczny” niż merytoryczny chciałabym bardzo podziękować

panu Tomaszowi Piotrowi Borewiczowi oraz portalowi psychotronika.pl za zalinkowanie mojego posta o Sinobrodym

autorce bloga Tam Gdzie Trawy Zielone za rebloggowanie posta o radzeniu sobie ze stresem pourazowym

oraz wszystkim polecającym i obserwującym mój blog przez wordpress, emaila czy powiadomienia na profilu facebookowym. Przy okazji chciałabym donieść, że po czterech latach pobytu na wordpressie rozpracowałam w końcu jak tworzyć aktywne linki i ich kategorie grinrotfl2wall1 . Oczywiście wydarzyło się to znienacka i okazało się bardzo proste smirk2. Teraz linki do wszystkich zaprzyjaźnionych stron zebrane są w prawej kolumnie, jeżeli kogoś ominęłam to bardzo proszę o kontakt, na pewno dorzucę.

Jak już pewnie wiecie nie jestem psychologiem ani z zawodu, ani nawet z wykształcenia. Ten blog powstał z hambre del alma vieja, głodu starej duszy i kiedy zaczynałam, pisałam tylko i wyłącznie z własnej wewnętrznej potrzeby, nie wiedząc czy w ogóle ktoś to czyta. Teraz, niecały rok po powstaniu, widzę że tak i bardzo mnie to motywuje do dalszego działania.

Pozdrawiam wszystkich serdecznie

Anna Lawenda

Odcinek 8: La Llorona. O współpracy między animą a animusem oraz regularnym oczyszczaniu się z toksycznych wpływów

biegnaca z wilkami la llorona

La Llorona (Płacząca Kobieta)

Bogaty hidalgo, hiszpański szlachcic, zaleca się do pięknej, ale ubogiej dziewczyny i zdobywa jej serce. Mimo że rodzi mu ona dwóch synów, nie raczy się z nią ożenić. Pewnego dnia oświadcza jej, że wraca do Hiszpanii, gdzie ma poślubić majętną kobietę wybraną przez jego rodzinę, a synów zabiera ze sobą.

Młoda kobieta wpada w rozpacz, szaleje. Drapie jego i siebie po twarzy, rozdziera szaty. Wreszcie zabiera chłopczyków, biegnie nad rzekę i wrzuca ich w nurt. Dzieci toną, a La Llorona pada na brzeg i umiera z żalu.

Hidalgo wraca do Hiszpanii i żeni się z bogaczką. Dusza La Llorona idzie do nieba. Tam święty Piotr oświadcza, że będzie w niebie przyjęta, ponieważ wiele wycierpiała, ale dopiero wtedy, gdy odnajdzie dusze swoich dzieci utopionych w rzece.

I dlatego właśnie La Llorona, płacząca kobieta, ciągnie swe długie włosy po brzegu rzeki, zanurza długie palce w wodzie, by na dnie znaleźć swoje dzieci. Dlatego też żywe dzieci nie mogą się zbliżać do brzegu po zmroku, bo La Llorona może je wziąć za swoje i zabrać na zawsze.

INNA WERSJA

Przejdźmy do wersji współczesnej. W miarę jak z biegiem historii kultura poddaje się różnym wpływom, ulegają przemianom myślenie, postawy i problemy. Zmienia się też opowieść o La Llorona. Kiedy w zeszłym roku w Kolorado zbierałam opowieści o duchach, dziesięcioletni Danny Salazar, szczerbaty, niewiarygodnie chudy chłopak o wiel­kich stopach zapowiadających wysoki wzrost, opowiedział mi swoją wersję. Dodał, że La Llorona zabiła swoje dzieci z zupełnie innych przyczyn niż w starej baśni.

— To było inaczej — upierał się Danny. — La Llorona została kochanką bogatego hidalgo, który miał fabryki nad rzeką. Kiedy była w ciąży, napiła się wody z tej rzeki. Jej synowie, bliźniacy, urodzili się niewidomi, ze zrośniętymi palcami, bo hidalgo zatruł rzekę ściekami z fabryki.

Hidalgo powiedział La Lloronie, że nie chce ani jej, ani dzieci. Ożenił się z bogatą kobietą, która chciała mieć to wszystko, co produkowała fabryka. La Llorona utopiła dzieci w rzece, a potem sama umarła z żalu. Poszła do nieba, ale święty Piotr nie chciał jej wpuścić, zanim nie odnajdzie duszyczek dzieci. I La Llorona do dziś szuka dzieci w brudnej rzece, ale nic w niej nie widzi, bo woda jest brudna i ciemna. Jej duch szuka dzieci na dnie albo błąka się po brzegu i nawołuje.

———————————

Dr Estes lubi porównywać wyobraźnię, kreatywność i pragnienie „twórczego wyżywania się” do rzeki. Siły twórcze płynące przez krajobraz psychiki szukają istniejących w nas naturalnych zagłębień, arroyos (koryt, kanałów). Stajemy się ich odnogami, ich basenami, stawami, jeziorami, strumieniami i sanktuariami. Spontaniczna energia twórcza wlewa się w koryta, które są w nas — te, z którymi się rodzimy, i te, które kopiemy własnymi rękami. Nie musimy ich wypełniać, wystarczy, że je zbudujemy (…)Jeśli wielka podziemna rzeka znajdzie ujścia i odgałęzienia w naszej psychice, to nasze twórcze życie zacznie pulsować, falować, wzno­sić się i opadać cyklicznie jak nieujarzmiona rzeka. Dzięki tym cyklom coś się rodzi, rośnie, obumiera i zanika w swoim czasie, po czym odradza się na nowo. Przy czym jako siły twórcze rozumie nie tylko czynności związane ze sztuką czy kulturą, ale tzw. ‘iskrę bożą’, natchnienie podrywające nas do działania. Za każdym twórczym aktem — czy będzie to pisanie, malarstwo, myślenie, uzdrawianie, gotowanie, rozmawianie, uśmiech czy rękodzie­ło — płynie rzeka, Rio Abajo Rio (‘Rzeka Pod Rzeką’ – przyp. Anna Lawenda), która dostarcza odżywczych wód wszystkiemu, co robimy(…) Twórcza postawa wyrasta z miłości — do osoby, słowa, obrazu, jakiejś idei, ziemi czy ludzkości — z umiłowania, które wzbiera i przepełnia nas do tego stopnia, że musimy je uzewnętrznić, tworząc. To nie kwestia chęci czy postanowienia, nie pojedynczy akt woli, ale wewnętrzna konieczność. Na całym świecie woda jest żywiołem żeńskim, z definicji przypisanym emocjom, podświadomości, płodności, podróżom, inspiracji, sztuce tworzenia, cierpliwości oraz umiejętności przystosowania się. Moje stare przyjaciółki z południowego Teksasu powiadają, że El Rio Grande nie może być płci męskiej — może być tylko kobietą. Śmiejąc się, mówią: „Jak można rzekę porównać do czegoś innego niż La Dulce Acequia— słodka szczelinka między udami ziemi?”

Twórcza energia jest naturalnym środkiem pobudzającym do aktywności, działa w życiu tak jak rzeka: dostarcza wody aby mogły rosnąć rośliny, zabiera to co niepotrzebne i płynie własnym rytmem: albo jest bystrym strumieniem, albo wody rozlewają się leniwie szerokim korytem. Jednak tak jak każda rzeka napotyka na swojej drodze przeszkody lub ulega zatruciu przez czynniki wewnętrzne lub zewnętrzne, a wtedy nie ma innego wyjścia niż rozpocząć żmudne oczyszczanie. Bez wątpienia twórcza postawa jest rezultatem wewnętrznego ruchu, wrzenia, pulsowania i wibracji; nie stoi w miejscu, czekając, aż znajdziemy do niej okrężną drogę. W tym sensie nigdy nie możemy „stracić” twórczej wyobraźni. Jest zawsze i albo wypełnia nas swobodnie, albo napotyka przeszkody na swojej drodze. Jeśli nie utoruje sobie drogi do naszego wnętrza, to cofa się, zbiera siły i znów próbuje się przedrzeć, aż przerwie wszelkie zapory. Uniknąć tej nieodpartej energii możemy jedynie, wciąż wznosząc przed nią bariery albo zatruwając ją niszczycielskim pesymizmem, zaniedbaniem czy rezygnacją (…) Jeśli jej nurty zostaną zatrute naszymi negatywnymi kompleksami albo nieprzyjaznym stosunkiem otoczenia, to delikatny proces doskonalenia naszych idei także zostaje zatruty. Wówczas jesteśmy jak umierająca rzeka. Nie wolno nam tego ignorować. Utrata czystego twórczego nurtu powoduje bowiem psychiczny i duchowy kryzys dokładnie tak jak dzieje się z wodami zatrutymi przez ścieki: wypełnione są śniętymi rybami i gnijącymi roślinami, a nad nimi unosi się smród. To nie jest środowisko, gdzie toczy się życie, do takiego wodopoju nie ciągną zwierzęta, a rośliny nadbrzeżne umierają ciągnąc korzeniami truciznę. W baśni piękna młoda dziewczyna i czysta rzeka to metafory opisujące procesy twórcze kobiety w stanie naturalnym Po spotkaniu z de­strukcyjnym animusem i kobieta, i rzeka zostają zniszczone. Kobieta, której twórcze życie zamiera — jak La Llorona — ma uczucie, że została zatruta, zniekształcona i doznaje pragnienia, by zabijać wszystko na swej drodze. W rezultacie zostaje skazana na nie kończącą się tułaczkę po gruzach swego potencjału twórczego.

ŻYCIE ZGODNE Z NURTEM RZEKI

Osoba poddająca się naturalnej potrzebie twórczości, spontaniczności i radości przypomina nieskażoną rzekę płynącą własnym korytem. W prawidłowym cyklu anima czyli żeńska energia poddaje pomysł, a animus, energia męska, pomaga wcielać go w życie, dokładnie tak jak pracuje nasz mózg: prawa półkula odpowiedzialna jest za skojarzenia, inspirację, marzenie i podświadomość, a lewa za koncentrację, pamięć, porządek i świadomość.

Gdyby każda z półkul mogła się przedstawić zapewne zrobiłaby to tak:

LEWA

Jestem naukowcem. Matematykiem. Lubię to co już znam. Układam w kategorie. Jestem dokładny. Myślę w sposób linearny, od początku do końca. Jestem analityczny. Stawiam na strategię. Jestem praktyczny. Zawsze się kontroluję. Jestem mistrzem w dziedzinie wyrażania się. Jestem realistą. Moim zajęciem jest obliczanie równań i posługiwanie się liczbami. Jestem uporządkowany. Jestem logiczny. Rozpoznaję sekwencje, słowa, litery i cyfry. Mam wyczucie czasu. Moim atutem jest mowa. Potrzebujesz mnie przy wyrażaniu się słowami, pisaniu, czytaniu, liczeniu, zapamiętywaniu i analizowaniu. To ja odpowiadam za pamięć krótkoterminową. Przede wszystkim dostrzegam słowa. Sprawiam, że patrzysz w sposób obiektywny. Stawiam na cel. Pomagam ci zaistnieć na zewnątrz.

Dokładnie wiem, kim jestem.

PRAWA

Jestem twórcza! Jestem wolnym duchem! Przepełnia mnie pasja! Lubię to co nieznane. Pragnę. Jestem emocjonalna. Odczuwam. Śmieję się. Płaczę. Marzę. Tworzę. Postrzegam wszystkimi zmysłami. Myślę w sposób wielokierunkowy, odchodząc od początkowego problemu. Synchronizuję. Jestem wiecznie w ruchu. Jestem spontaniczna. Jestem żywymi kolorami i poruszającą muzyką. Jestem potrzebą tworzenia. Jestem nieskrępowaną wyobraźnią. Moim zajęciem są sztuka i poezja. Rozpoznaję obszary, twarze, miejsca i przedmioty. Mam wyczucie przestrzeni. Moim atutem jest wyobraźnia. Potrzebujesz mnie przy tworzeniu, znajdowaniu nowatorskich rozwiązań, widzeniu barw, słuchaniu muzyki i orientacji w przestrzeni. To ja odpowiadam za pamięć długoterminową. Przede wszystkim dostrzegam obrazy. Sprawiam, że patrzysz w sposób subiektywny. Stawiam na zabawę. Kieruję twoim życiem wewnętrznym.

Jestem wszystkim czego zapragnę.

Nikt z nas nie rodzi się tylko z jedną półkulą mózgową. Do życia potrzebne są obie. Koncentrowanie się na tylko jednej oznacza, że skazujemy się na życiowe niepowodzenia i albo staniemy się jak artysta o wielu pomysłach, który nie potrafi jednak żadnego doprowadzić do końca, albo jak naukowiec, widzący rzeczywistość jedynie w kategoriach liczb i faktów. Jest to zaburzenie cyklu i prowadzi do tego, że nasza twórcza rzeka zostaje zablokowana.

W naszej zracjonalizowanej, przesiąkniętej Oświeceniem kulturze zachodniej ceni się przede wszystkim wartości reprezentowane przez lewą półkulę czyli racjonalność i logiczny wywód, które choć zdecydowanie potrzebne nie mogą jednak zdominować naszej natury. Jeżeli rzeka nieskrępowanej, twórczej energii na swojej drodze spotyka zbyt wiele tam, to przestaje być rzeką. Czasem, niczym w naszej baśni, twórcze życie kobiety dostaje się pod panowanie sił, które pragną tworzyć tylko to, co służy potrzebom ego — rzeczy, które nie mają trwałej wartości dla duszy. Społeczeństwo zaś odmawia kobiecie wsparcia, przekonując, że jej twórcze idee są bezużyteczne, że nikt ich nie potrzebuje, że to jałowe wysiłki. To tak, jakby zanieczyszczać rzekę ołowiem. To zatruwanie psychiki. W zaspokajaniu potrzeb ego nie ma nic złego; przeciwnie, one także są ważne. Problem w tym, że trujące wyziewy negatywnych kompleksów niszczą świeżość, nowość, potencjał twórczy, wszystko, co dopie­ro się rodzi, jest w stadium poczwarki, wszystko, co zdążyło odrosnąć od ziemi, na równi z tym, co stare i okrzepłe. Kiedy fabryki wokół nas produkują bezduszność i drwinę, toksyczne odpady leją się do czystej rzeki, zabijając każdy impuls i energię do tworzenia.

SPOWOLNIONY BIEG ZATRUTEJ RZEKI

Opowieści z całego świata pełne są motywów zatruwania przez złe moce tego co dobre, czyste i nieskażone: temat zatruwania studni używanej przez dobrych ludzi pojawia się w Jean de Florette i Manon of the Spring. Podobnie w micie helleńskim Fineus nie może ani jeść ani pić, bo talerze zatruwają swoimi odchodami harpie. Tak jak trucizna zabija życie w rzece, tak trucizna płynąca z ust otoczenia albo z podszeptów własnych kompleksów zabija entuzjazm i chęć tworzenia. W naturalnym cyklu nawet w czasie odpoczynku i przy braku aktywności woda nie zatrzymuje się, najwyżej wsiąka w ziemię – podświadomość, szukając nowych pomysłów, by potem wytrysnąć jako źródło w zupełnie innym miejscu. Czym innym jest myśleć nad nowym pomysłem i zastanawiać się jaką formę mu nadać albo spokojnie oczekiwać jaki tym razem koncept pojawi się w umyśle, a czym innym odczuwać pustkę i brak wiary we własne siły.

W jaki sposób trucizna atakuje twórcze życie kobiety? Skażenie twórczej postawy wobec życia może dotknąć wszystkie pięć faz tworzenia: natchnienie, koncentrację, organizację, realizację i pielęgnowanie. Kobiety, które nie potrafią radzić sobie z jedną czy kilkoma z tych faz, opowiadają, że „nie widzą dla siebie nic nowego, pożytecznego, znaczą­cego”. Rozpraszają się w romansach, codziennych obowiązkach, rozryw­kach; rezygnują w obliczu zmęczenia czy lęku przed niepowodzeniem. Czasami brakuje im samodyscypliny i dobrej organizacji; projekt leży rozproszony w stu miejscach, w stu kawałkach. Czasami problemy wynikają z typowo kobiecego naiwnego stosunku do własnej ekspresji: kobieta sądzi, że wykonując kilka posunięć w zewnętrznym świecie, rzeczywiście czegoś dokonała. To tak, jakby zrobić ręce, nogi czy głowę i nazwać to skończoną postacią (…)Zdarza się też, że kobieta pada ofiarą krytyki otoczenia albo swoich natrętnych myśli: „To, co robisz, jest nieudolne, nie dość dobre pod takim czy innym względem. Zbyt pompatyczne, zbyt minimalistyczne, zabiera za dużo czasu, jest za mało ambitne, za trudne dla ciebie”. To lanie kadmu do wody. Znam taki przypadek osobiście. Zdolna dziewczyna mająca i wizję, i dobry warsztat pisarski tworzyła przez wiele miesięcy powieść fantastyczną w wielu odcinkach. Publikowała ją na portalu pisarskim, gdzie zbierała pozytywne recenzje, jednak w chwili osobistego kryzysu (i jak podejrzewam depresji) skasowała swoje konto z całą zawartością. Jak się później dowiedziałam, destrukcji uległy także wszystkie jej texty na twardym dysku. Kiedy dziewczyna jakoś się pozbierała, próbowała pisać raz jeszcze, tym razem na blogu, ale i on przetrwał tylko kilka miesięcy, po czym został przez nią skasowany. Z tego co się orientuję nie miała w otoczeniu nikogo, kto by ją wspierał w pisaniu, przychylne opinie pochodziły chyba tylko z naszego portalu pisarskiego, tak czy inaczej i zewnętrzne, i wewnętrzne podszepty destrukcyjnego w tym wypadku animusa skutecznie zatruły jej twórcze wody. Nie wiem co teraz robi, czy pisze, czy zupełnie się poddała, ale myślę, że jeżeli faktycznie to zrobiła, skrzywdziła najbardziej samą siebie, bo całą swoją naturą, całą sobą jest twórczą rzeką. Syndrom Harpii dokonuje zniszczeń przez degradację
uzdolnień i wysiłków i pełen jadu wewnętrzny dialog. Każdy pomysł pojawiający się w głowie kobiety zostaje zbrukany przez Harpie. Kobieta mówi: „Chciałabym zrobić to czy tamto”, Harpia odpowiada: „Co za bzdura, kogo to obchodzi, to śmieszne i prostackie. Zrozum, twoje pomysły są idiotyczne, ludzie cię wyśmieją, przecież ty nie masz nic do powiedzenia”. Inną formą skażenia są własne wymówki i wykręty. Wszystkie pisarki, malarki, tancerki, inne artystki znają je od początku świata. „Zabiorę się za to niedługo”. Tymczasem wpadają w głęboką depresję. „Cały czas jestem zajęta, jeśli tylko znajdę chwilę, to staram się pisać  —     zeszłego roku napisałam dwa wiersze, skończyłam jeden obraz i zaczęłam drugi, zajęło mi to półtora roku, bo dom na głowie, dzieciaki,mąż, przyjaciel, kot, ciągle ktoś mnie potrzebuje. Zabiorę się za to, ale na razie nie mam pieniędzy, nie mam czasu, po prostu nie mogę wykroić dość czasu; dopóty nie zacznę, dopóki nie sprawię sobie porządnych
narzędzi, dopóki czegoś nie przeżyję; teraz właściwie nie mam na to ochoty, nie jestem w odpowiednim nastroju. Przecież trzeba przynajmniej całego dnia, paru swobodnych dni. Muszę mieć kilka tygodni spokoju, żeby to skończyć” i tak dalej.

Im dłużej utrzymuje się taki stan, tym gorzej dla nas. Skoro nie wyrażamy się, nie działamy i nie tworzymy, kompleksy nabierają siły i utwierdzają nas w przekonaniu, że przecież trzeba harować na chleb, nakarmić dzieci i zasuwać, bo życie to nie przelewki i nie warto sobie zawracać głowy bzdurami. Może kiedyś ewentualnie przyjdzie czas na tworzenie…jak dzieci dorosną, jak zdobędę lepszą pracę, jak przeprowadzę się do wygodniejszego mieszkania… Nieprawda. To jest gra na zwłokę naszego wewnętrznego drapieżcy, który używa wszelkich metod aby zdusić w zarodku twórczy płomień. Może także podpowiadać nam, że nasze tworzenie będzie coś warte dopiero jeżeli dostaniemy nagrodę, wydamy książkę, zyskamy aprobatę, ale znowu nie wolno dać się nam nabrać. Nie wolno w siebie nie wierzyć. Nie wolno czekać. Trzeba zrobić pierwszy krok. Dzisiaj. Teraz. Znałam kobiety całymi dniami pracujące przy zajęciach, którymi gardziły, tylko po to, żeby kupić bardzo kosztowne rzeczy do domu, dla mężów, dzieci, na dalszy plan spychając swe prawdziwe zdolności. Znałam kobiety, które zanim usiadły do pisania, najpierw musiały posprzątać dom na błysk… a wiecie, jak to jest ze sprzątaniem domu… nigdy nie ma końca. Doskonały sposób, by powstrzymać kobietę. Trzeba być czujną, nie pozwolić, by przyziemne obowiązki okradały z twórczych uniesień, twórczych myśli, twórczego odpoczynku. Trzeba tupnąć nogą i odmówić robienia połowy rzeczy, które, jak się zdaje, „powinno się” robić. Sztuką nie można się zajmować tylko w kradzionych chwilach. Destruktywny aspekt animusa czai się i wewnątrz, i na zewnątrz, a często ten zewnętrzny podsyca wewnętrzne wątpliwości. Jeżeli otoczenie nie tylko nie wspiera nas w tym co robimy, ale „tłumaczy”, że to niepotrzebne, głupie, infantylne, że nie trzeba sobie zawracać głowy bzdurami, jeżeli żąda również tej ilości naszego czasu i energii, które przeznaczamy na rozwijanie zainteresowań, jeżeli udaremnia nasze wysiłki twórcze i przeszkadza we wprowadzaniu w życie naszych koncepcji, to sprawia, że topimy nasze dzieci – pomysły w rzece dokładnie tak jak La Llorona. Jeśli kultura, w której żyje kobieta, nieustannie atakuje funkcję twórczą swoich członków, jeśli niszczy i okalecza archetypy albo opacznie interpretuje ich sens i znaczenie, to utrwalają się one w psychice jej członków w podobnie okaleczonej postaci: są jak ptak o złamanych skrzydłach. Jeśli takie okaleczone koncepcje na temat tego, jak ma wyglądać życie twórcze i jak je trzeba pielęgnować, dochodzą do głosu w kobiecej psychice, to niełatwo się zorientować, co jest nie tak. Popaść w kompleks, to jakby dostać się do czarnego worka. Wewnątrz panuje ciemność, nie wiadomo, kto uwięził, wiadomo tylko tyle, że jest się w nie­woli.

 REGULARNE OCZYSZCZANIE RZEKI

W opowieści o La Lloronie tak naprawdę zbieramy żniwo zaniedbań z poprzednich opowieści, które były już w tym miejscu analizowane. Nasz wewnętrzny drapieżnik znany z baśni o Sinobrodym atakuje twórczą naturę, która jest osłabiona brakiem wsparcia jak Brzydkie Kaczątko, dlatego zaczyna słuchać jego podszeptów jak Dziewczynka z Zapałkami czy właścicielka Czerwonych Trzewiczków. Ale jeżeli chcesz stworzyć coś wartościowego, co sprawi, że będziesz tańczyć i skakać ze szczęścia to nie wolno ci spalać swoich talentów ani udawać się w pogoń za pustymi przyjemnościami. Jeżeli chcesz osiągnąć coś wielkiego i rozwijać się, to nie wolno ci tkwić w stagnacji. Niezależnie od tego jak bardzo Wasylisa bała się lasu, ruszyła przed siebie. Aby zdobyć swojego Graala, musisz wyruszyć w podróż, fizyczną lub mentalną. Musisz pozwolić rzece płynąć.

Hidalgo symbolizuje naszego animusa, pierwiastek męski* i czynnik sprawczy, ten element, który pomaga nam urzeczywistniać wizje animy tak jak lewa półkula pomaga zwerbalizować odczucia prawej. Animus — czynnik, który stanowi podstawę zewnętrznej aktywności — to mężczyzna nad rzeką. Jest kimś w rodzaju zarządcy. Ma sprawować nad rzeką opiekę i chronić czystość wód.(…) Istnieje współzależność między występowaniem u kobiet obawy przed tworzeniem — kobiety boją się uzewnętrzniać swoje idee albo robią to w sposób połowiczny i chaotyczny — a pojawianiem się u nich snów o rannych lub raniących mężczyznach. I odwrotnie, w snach kobiet o silnej zdolności przemawiania w świecie zewnętrznym konsekwentnie pojawia się silna postać męska w różnych przebraniach. To pomost, dzięki któremu pomysły mogą ujrzeć światło dzienne czy też pośrednik między animą a światem zewnętrznym, który dba o to by ukazała się w jak najkorzystniejszy  sposób. Jest jak kreator mody ubierający gwiazdę tak by błyszczała na czerwonym dywanie. Jest jak Hermes mający dostęp do wszystkich helleńskich światów i podróżujący między nimi, załatwiając sprawy dla bogów. Pomysły animy rodzą się wewnątrz, ale to animus jest dłonią, która wyprowadza je na zewnątrz. Bez silnego, zdrowego pierwiastka męskiego wewnątrz kobieta będzie marnotrawić swój talent, jej koncepcje nie zaistnieją poza jej umysłem albo będzie zaczynać kolejne projekty nie kończąc poprzednich.

Rzecz w tym, że animus sam w sobie nie zawiera w sobie natchnienia. Spełnia wyłącznie funkcje użytkowe i tak jak lewa półkula mózgowa jest nastawiony na realizację celu. Jeżeli my same nie przekonamy go by służył realizacji naszych wewnętrznych wizji, to będzie wykonywał to co widzi na zewnątrz. A jest to raczej niebezpieczne dla naszych marzeń, zwłaszcza w takiej kulturze w jakiej żyjemy. Oczywiście nie musimy nazywać go animusem, można wyrazić go za pomocą innych słów i obrazów, jakie się nasuwają. Ale trzeba również zrozumieć, że współczesna kultura narzuca kobietom nieufność wobec męskości; dla niektórych jest to lęk przed zależnością od mężczyzny, dla innych bolesny powrót do zdrowia po ranach zadanych przez męski świat. Najogólniej mówiąc, ta ostrożność (podejrzliwość) ma źródła w ledwie zaleczonych urazach powstałych w rodzinie i społe­czeństwie w czasach wcześniejszych, kiedy kobietę traktowano jak niewolnika, a nie pełnoprawną osobę. Wciąż świeże w pamięci Dzikiej Kobiety są czasy, kiedy kobiety o wielkich zdolnościach uznawano za wyrzutki społeczeństwa, kiedy nie wolno im było mieć własnych przekonań, poglądów, chyba że je kultywowały w tajemnicy i lokowa­ły w mężczyznach, którzy potem wynosili je na świat pod własnym imieniem.

Spotykam mnóstwo kobiet, które albo ignorują w sobie aktywny pierwiastek męski, albo używają go tylko do dowodzenia rodziną i zarządzania domem (i wysprzątają wszystko na błysk, i zrobią obiad z deserem, i pogonią dzieci do lekcji, i jeszcze pajęczyny usuną, ależ się nazbierało pająków tego lata!). Natomiast ja osobiście jestem przekonana, że animus najlepiej realizuje się jako towarzysz animy, a nie niewolnik zewnętrznych przekonań społeczeństwa. Animus i anima są małżeństwem tak jak półkule mózgowe i pomimo różnic muszą funkcjonować razem, czasem zawierać kompromisy i wychowywać wspólnie dzieci – pomysły. Dobrą wiadomością jest to, że jeżeli przetrwają pierwsze konflikty to zaczynają się coraz lepiej dogadywać. Mogę potwierdzić własnym przykładem . Moje animus i anima są twórczą parą od siedemnastu lat, od momentu kiedy po raz pierwszy zaczęłam pisać swoją opowieść. Na początku bywało różnie, a najczęściej wszystko zaczynało się komplikować przy zewnętrznych kłopotach. Anima jak to emocjonalna kobieta zaczynała panikować, dramatyzować i hamletyzować, a animus patrzył na to ze zdziwieniem i zniecierpliwieniem, i na próżno dopytywał się: „Ale co ja mam zrobić?”. Te sinusoidy trwały latami, jednak nie przeszkadzało to mojej mentalno – duchowej parze płodzić kolejnych dzieci – pomysłów. Kilka lat temu, po szczególnie ciężkich narodzinach nastąpił kryzys i okresowa bezpłodność, co jednak okazało się jakimś katalizatorem, bo ni stąd ni z owąd para przestała się spierać i koncentrować na różnicach. Nagle okazało się, że chyba ponownie się w sobie zakochali i świata poza sobą nie widzą. Myślę, że po prostu oboje dojrzeli. Dzięki temu w chwili obecnej mogę prowadzić forum, publikować raz w miesiącu na trzech blogach i co tydzień wrzucać nowy odcinek swojej opowieści (cały czas pracując przy tym zawodowo oczywiście).

Ale tak jak w każdym związku między dwoma elementami nie przyszło to łatwo. Animusa trzeba sobie wyćwiczyć. Trzeba zaprzęc go do zaprzęgu razem z animą aby wiodły nas przez życie tak jak sfinxy w tarotowym Rydwanie.

Tak jak była już o tym mowa w poście o Sinobrodym do animusa trzeba mówić w jego języku ojczystym czyli mową intelektu i logiki tak jak do lewej półkuli mózgowej. Słyszysz jak animus podpowiada ci, że masz do skończenia raport na jutro chociaż twoje myśli błądzą dookoła książki, którą właśnie czytasz? Powiedz mu spokojnie: „Mój drogi, jeżeli teraz zabiorę się za raport to i tak będę się zastanawiała tylko i wyłącznie nad tym czy Frodo dotrze bezpiecznie do Rivendell, więc może lepiej dokończę rozdział i wtedy spokojnie skoncentruję się na raporcie”. Nie bój się, zrozumie. Jest z natury logiczny, więc rozumowy argument go przekona. Ale ty bądź konsekwentna i kiedy Frodo dotrze bezpiecznie do Rivendell, odłóż książkę i zabierz się za ten raport. Nikt nie lubi jak się z nim leci w kulki, a jeżeli animus zobaczy, że próbujesz go oszukać to zwróci się przeciw tobie i swoją siłą analityczną będzie wzmacniał twoje komplexy zamiast wcielać w życie pomysły. Podstawowym aspektem w pozytywnym rozwoju animusu jest rzeczywista manifestacja spójnych myśli, impulsów, idei powstających wewnątrz. Choć mówimy tu o pozytywnym rozwoju animusu, trzeba uczynić jedno zastrzeżenie: integralny animus musi się rozwijać przy pełnej świadomości, a wymaga to samodyscypliny i dogłębnej samoanalizy. Jeśli na każdym kroku swej drogi nie będziemy zgłębiać własnych intencji i żądz, to animus rozwinie się w złym kierunku. Taki szkodliwy animus może i będzie bezsensownie starać się forsować nieprzemyślane impulsy ego, idąc za ślepą ambicją i zaspokajając setki niepotrzebnych życzeń. Co więcej, animus jest elementem kobiecej psychiki, który trzeba poddawać regularnym ćwiczeniom, żeby oboje mogli działać w sposób pełny. Jeśli dobroczynny animus jest zaniedbywany w życiu psychicznym kobiety, to ulega atrofii, zupełnie tak samo jak mięśnie, które zbyt długo nie pracowały.

Na własnym przykładzie mogę potwierdzić, że to prawda. Mimo natłoku zajęć, kiedy tylko pojawiają się w moim umyśle podszepty: „Możesz nie dać rady, możesz mieć zbyt dużo do zrobienia, może lepiej sobie odpuść”, to natychmiast wkracza do akcji animus (zanim wrażliwa anima zdąży w to uwierzyć) i w zależności od natężenia siły małych wewnętrznych drapieżników mówi zdecydowanie/krzyczy/wydziera się: „Ależ oczywiście, że dasz radę! Natychmiast do roboty, nie lenić mi się! Wyobraźnia, chodź do mnie, przeleję na ekran laptopa wszystko co mi podyktujesz!”. Towarzyszy animie w całym procesie powstawania posta/odcinka i nie pozwala przeciągać go do nieskończoności chociaż ona chciałaby jeszcze tu wygładzić, a tu coś dodać. To on organizuje jej pracę i mówi, kiedy czas już zakończyć. Może się wydawać to komuś dziwne, ale tuż przed opublikowaniem posta/odcinka czuję jakby mój umysł przechodził bóle porodowe i wiem, że to już teraz, dzisiaj, i że trzeba koniecznie skończyć, urodzić to mentalne dziecko, bo dłużej nie wytrzymam. A jaką ulgę odczuwam zaraz po tym…Mój pierwiastek męski cały puszy się z dumy jak mały kogucik . Zdrowy, szczęśliwy i zadowolony animus będzie nam dodawał skrzydeł. On siłą rzeczy potrzebuje animy, pragnie natchnienia i pomysłów do realizacji. Hindusi mówią, że bez Śakti, wcielonej żeńskiej siły życiowej, Siwa, moc sprawcza, umiera. To Śakti jest energią życia ożywiającą męską zasadę, która z kolei pobudza do działania w zewnętrznym świecie**. Tak jak zakochany mężczyzna buduje dom, w którym zamieszka wraz z kobietą swojego życia i ich dziećmi. Nie spotkałam jeszcze mężczyzny – singla, który by budował dom tylko dla siebie samego. Ponieważ żyjemy w świecie, który wymaga zarówno podejścia medytacyjnego, jak i zewnętrznej aktywności, więc uważam koncepcję męskiego pierwiastka w kobiecej psychice za bardzo pożyteczną. Przy zachowaniu stosownej równowagi animus zachowuje się jak pomocnik, współpracownik, towarzysz, kochanek, brat, ojciec czy król (…) Archetyp króla symbolizuje siłę, która powinna działać dla dobra kobiety, rządzić tym, co ona i dusza mu po­wierzają, władać psychicznymi obszarami, które zostały mu nadane (…)Hidalgo w opowieści reprezentuje aspekt kobiecej psychiki, który, mówiąc potocznym językiem, zszedł na złą drogę. Jest zepsuty, czerpie korzyści z wytwarzania trucizny, w jakiś sposób jest przywiązany do niezdrowego życia. Jest jak król, który wymusza posłuszeństwo głodem. Nie postępuje mądrze, nie pokocha go kobieta, której rzekomo chce służyć.

W jednej z wersji baśni zanieczyszczenia powodują deformację dzieci, które symbolizują młode ideały, myśli, przekonania. Dzieci reprezentują naszą zdolność do stworzenia czegoś tam, gdzie dawniej nie było nic. Dostrzegamy, że owa deformacja nowego potencjału za­chodzi, kiedy zaczynamy wątpić w nasze zdolności, szczególnie w na­sze prawo do myślenia, działania czy istnienia. (…) W psychice zachodzi dziwne zjawisko: kiedy kobieta jest pod wpływem negatywnego animusu, każdy jej twórczy wysiłek, każda próba podjęcia twórczego aktu odbija się rykoszetem i uderza w nią samą. Gdy tylko bierze do ręki pióro, z fabryki wylewają się ścieki. Rozważa zapisanie się do szkoły, bierze lekcje, ale zatrzymuje się w pół drogi, dusi się z braku wewnętrznej strawy i poparcia. Kobieta nabiera rozpędu, ale za każdym razem go traci. Coraz więcej nie skończonego szycia, nigdy nie urządzonych klombów, nie zrealizowanych wycieczek, nie zapisanych myśli, coraz więcej obcych języków, których się nie nauczy­ła, porzuconych lekcji muzyki, zaczętych gobelinów; a wszystko to czeka i czeka.

Jak zatem pilnować by rzeka była czysta i co robić jeżeli już zostanie zatruta?

NIEZBĘDNA I REGULARNA HIGIENA PSYCHICZNA ORAZ MENTALNA

Piszę także bloga na temat bogiń z całego świata i mitów ich dotyczących, dlatego nie mogło mi umknąć skojarzenie La Llorony z dwiema wielkimi boginiami rzek: hinduską Saraswati i zoroastriańską Anahitą (Areduvi Sura Anahita). Saraswati, śakti Stworzyciela Brahmy, jest uosobieniem mądrości, intelektu, kultury i sztuki. Anahicie, której imię oznacza Nieskazitelna, poświęcony jest jeden z najważniejszych rytuałów zoroastriańskich Ab – Zohr polegający na oczyszczaniu wody.

Te dwie wielkie boginie powinny inspirować nas do uprawiania codziennej higieny mentalnej i psychicznej. Pozwolę sobie zacytować to co napisałam już jako rady w poście o Saraswati

Nie pozwalaj sobie na ignorancję i umysłowy letarg czy gnuśność.

 Nie koncentruj się na świecie materialnym, bo doprowadzi cię to do tego, że otwierając pięknie zapakowany prezent dowiesz się, że w środku jest pusty.

 Codziennie poświęcasz więcej lub mniej czasu urodzie ciała. Jak często dbasz o urodę umysłu?   

Dostarczasz swojemu ciału składniki odżywcze. Czym karmisz swój umysł?

Umysł i psychika potrzebują diety i ćwiczeń tak jak twoje ciało, nie zaniedbuj ich.

Koncentrowanie uwagi na serwisach plotkarskich czy programach rozrywkowych działa na umysł tak jak fast food na ciało, na takiej diecie umysł nie urośnie ani nie będzie się rozwijał.

 Wyrażaj swoje talenty, czy to przez pisanie, malowanie, śpiewanie czy w inny sposób. Pamiętaj, że potrzeba wyrażania swojego wnętrza jest siłą napędzającą nas do działania. Kreatywność może wyrażać się za pomocą najprostszych i najtańszych środków. Nie wstydź się. Experymentuj.

DIETA DLA UMYSŁU I DUSZY

Jeżeli masz w swoim otoczeniu osoby, które cię nie wspierają lub wręcz torpedują twoje pomysły to pamiętaj, że nie masz na nich wpływu oraz że nie ma sensu wkładać energii i czasu na przekonywanie ich (można ewentualnie zrobić to co Brzydkie Kaczątko i udać się na poszukiwanie swojego prawdziwego stada). Masz natomiast całkowity wybór, co do tego czy będziesz karmić wewnętrzne drapieżniki, czy pozwolisz im umrzeć z głodu.

Masz też wybór czy karmić duszę i umysł naturalną, zdrową żywnością, czy mentalnym fast fordem. Uważaj czy będzie to książka, czy magazyn plotkarski, bo wszystko co nie służy rozwojowi wewnętrznemu jest właśnie mentalnym fast foodem. Twój umysł przetwarza informacje jakby konsumował, ale nie mają one dla niego właściwości odżywczych. Podobnie jest z telewizją: jeżeli oglądasz program rozrywkowy, ponieważ zajmujesz się śpiewem lub tańcem i chcesz doskonalić technikę obserwując innych to będzie zdrowa żywność dla twojego wnętrza, ale jeżeli oglądasz tylko po to żeby posłuchać złośliwych komentarzy jurorów i zobaczyć kto dzisiaj odpadnie to konsumujesz mentalny fast food. Ja zresztą od chwili gdy mam w domu szybki net praktycznie w ogóle odstawiłam telewizję i mój umysł nie zgłasza na nią jakiegoś szczególnego zapotrzebowania.

To co podsuwasz oczom zostaje w umyśle. Wiele kobiet narzeka, że w czasopismach i reklamach pojawiają się tylko młode, wyretuszowane i szczupłe, co wzmacnia komplexy tych niewyretuszowanych, starszych i mniej szczupłych. Zgadzam się, to głupie, ale natychmiast nasuwa mi się pytanie: To po co kupujesz te magazyny? Po co gapisz się na reklamy? Myślisz, że ich twórcy chcą żeby twoje wnętrze rozkwitało? Nie. Oni chcą sprzedać ci swój produkt. Jeżeli jednak uznasz, że chcesz czytać ten magazyn czy kupić rzecz z reklamy to pamiętaj, że służą temu co na zewnątrz i raczej nie znajdziesz tam czegoś, co pozwoliłoby wzrastać twojemu wnętrzu. I jeżeli zajmujesz się tylko tym, co nastawione na zewnątrz to twoja dusza i umysł będą głodować. Tak jak stwierdził jeden z pisarzy: ‘Aby być dobrym pisarzem trzeba najpierw wiele czytać’, więc komponuj świadomie dietę dla swojego umysłu i duszy. Przyjmuj pożywienie dające siły, by zacząć czyszczenie rzeki. Trudno uniknąć trujących substancji w rzece, jeśli kobieta odrzuca szczere komplementy na temat swojej twórczości. (…) By do tego nie dopuścić, kobieta musi się nauczyć przyjmować pochwały i komplementy (nawet jeśli z początku robi przy tym wraże­nie, że nachalnie się ich domaga), delektować się nimi i zamykać usta złośliwemu animusowi, który pragnie chwalącemu rzucić w twarz: „To tylko ty tak uważasz, nie wiesz, ile błędów popełniła, nie widzisz, jaka to miernota”.

 CODZIENNE ĆWICZENIA DLA DUSZY I UMYSŁU

Aktywność

Przede wszystkim działaj. Nie wykształcisz sobie odpowiednich nawyków ani dobrej techniki jeżeli nie zaczniesz działać. Możesz mieć nawet najbardziej genialne pomysły, ale nie wprowadzone w czyn de facto nie istnieją. Nie słuchaj stada wewnętrznych czy zewnętrznych drapieżników, które zniechęcają cię i próbują przekonać, że to nie teraz, to nie ten czas itd. Nie musisz od razu stworzyć wielotomowej sagi. Ważne, żeby wykonywać to co twórcze regularnie, nawet jeżeli miałoby to oznaczać napisanie jednego akapitu dziennie. Po tygodniu będziesz już mieć siedem akapitów. Zacznij. Tak się czyści zatrutą rzekę. Jeśli się boisz niepowodzenia, zacznij mimo to, a jeśli nie można inaczej, to ponieś klęskę, pozbie­raj się i zacznij od nowa. Jeśli znów się nie uda, to co z tego? Zacznij jeszcze raz. To nie porażka powstrzymuje — to niechęć do zaczynania od początku powoduje stagnację. Co z tego, że się boisz? Jeśli się obawiasz, że coś wyskoczy i cię ugryzie, to niech się to wreszcie stanie. Niech twój strach wyjrzy z ciemności i cię ukąsi, żebyś miała to już za sobą i mogła się posuwać dalej. Przezwyciężysz to. Strach minie. Lepiej, żebyś wyszła mu naprzeciw, poczuła go i pokonała, zamiast mieć w nim wieczną wymówkę od czyszczenia rzeki.

Obserwacje

Obserwuj to co się dzieje dookoła, ale staraj się nie oceniać. Zastanawiaj się jak mogło dojść do danej sytuacji albo co wywołało w tobie czy w innej osobie takie, a nie inne zachowanie. Obserwowanie swojego środowiska jest pokarmem dla duszy i ciała. Patrz na zewnątrz, ale przede wszystkim do wewnątrz. Rozpoznawanie i nazywanie swoich emocji pomaga uciszyć te, które nie są dla ciebie korzystne. Reaguj na wszystko wokół. W ten sposób oczyszczasz rzekę. (…)By tworzyć, trzeba być wrażliwą na świat. Twórcze podejście to zdolność reagowania na wszystko, co się wokół dzieje, umiejętność wybierania kilku spośród setek możliwych myśli, uczuć, sposobów postępowania i reakcji, które w nas powstają i łączenia ich w niepowtarzalną ekspresję czy przekaz, w których jest i rozmach, i pasja, i głęboka treść. W tym sensie utrata środowiska sprzyjającego twórczości sprawia, że możliwości są ograniczone, że tłumimy lub cenzurujemy nasze uczucia i myśli, nie działamy, nie przemawiamy, nie robimy nic, prze­stajemy istnieć.

Spontaniczność

Nie stosuj wobec siebie wewnętrznej cenzury takiej jak ‘jak przyjmą to inni?’ czy ‘to wywoła awanturę’. Nie słuchaj jak ego podpowiada ci: ‘To się nie sprzeda. Ludzie tego nie kupią!’ Tak jak już kiedyś napisałam prawdziwa sztuka wyrasta z potrzeby tworzenia i z niczego innego. Jeżeli chcesz tworzyć kolejną kopię powieści o nastoletnich wampirach albo skandynawskiego kryminału, to będzie to produkt ego. Michaił Bułhakow pisał Mistrza i Małgorzatę przez wiele lat bez żadnej szansy na legalne wydanie i w strachu że rękopis przepadnie na zawsze podczas rewizji (może to dlatego rękopisy nie płoną? ). J.R.R. Tolkien pisał Władcę Pierścieni przez wiele lat jako opowieść dla języka, który wymyślił. Prawdziwa sztuka nie powstaje jednym kliknięciem ani nie schodzi z taśmy fabrycznej jako gotowy produkt dla mas. Bądź spontaniczna. Tak się czyści rzekę. W swej pierwotnej postaci rzeka, która w nas wpływa, nie jest zatruta; to my ją zatruwamy. Rzeka nie wysycha sama; to my blokujemy jej nurt. Jeśli chcemy przywrócić jej wolność, to musimy uwolnić wyobraźnię, pozwolić jej płynąc nieskrępowanym potokiem, przyjmować z niej wszystko, niczego nie cenzurować.

 Wyznaczanie Granic i ODPUSZCZANIE SOBIE PERFEKCJONISTYCZNYCH CIĄGOTEK

To że jesteś żoną i matką nie oznacza, że masz wszystko sama robić. Nawet przy czwórce dzieci można i trzeba znaleźć odrobinę czasu dla siebie. Zresztą powiedzmy sobie szczerze: dzieci nie potrzebują cię non stop. Zazwyczaj około siódmego roku życia są już skoncentrowane nie tylko na rodzicach i rodzeństwie, ale przede wszystkim kolegach ze szkoły i podwórka, w pewnym momencie życia potrafią sobie też ugotować wodę na herbatę i zrobić kanapkę. Mąż czy partner też mogą sprzątnąć kuchnię. Nawet jeżeli nie będzie ona wysprzątana tak jak ty byś sobie tego życzyła, no ale cóż…artystki nie mają kuchni odpicowanych na błysk (a jeżeli mają to zapewne dlatego, że przychodzi pani do sprzątania). Trzeba umieć sobie odpuścić co mało ważne i trzymać się tego co najważniejsze. To nie bałaganiarstwo. To objaw dorosłości i twojej wewnętrznej dojrzałości. Szanuj c z a s. W ten sposób pozbędziesz się trucizn. Znam wspaniałą malarkę mieszkającą w Górach Skalistych, która, mając nastrój do malowania lub rozmyślań, wiesza taką wiadomość na łańcuchu otacza­jącym jej posiadłość: „Dziś pracuję i nie przyjmuję gości. Nie myśl, że ciebie to nie dotyczy, ponieważ jesteś pracownikiem mojego banku, agentem albo najlepszą przyjaciółką. Dotyczy”.  Inna znajoma, rzeźbiarka, wiesza na bramie kartkę: „Nie przeszka­dzać pod żadnym pozorem, chyba że wygrałam na loterii albo Jezus się pojawił na autostradzie”. Jak widzicie, dojrzały animus ma doskonale wyznaczone granice.

Wytrwałość

Tak jak mówi przysłowie: „Nie od razu Rzym zbudowano”. Sukces często odnoszą nie najzdolniejsi, ale ci najbardziej zdeterminowani. Twoje dzieło jest jak twoje mentalne dziecko. Gdyby dziecka twojego ciała nie chciano przyjąć do szkoły, to czy nie chodziłabyś tak długo aż w końcu znalazłabyś miejsce, które by je przygarnęło? Ile wydawnictw odrzuciło manuskrypt Harry’ego Pottera zanim wydało go ostatecznie to, do którego zwróciła się J.K. Rowling? Była bezrobotną samotną matką bez wsparcia i w depresji, ale nie poddała się. Jej animus kazał jej wysyłać text do kolejnych domów wydawniczych aż w końcu się udało. Zresztą podobnie było z Biegnącą z Wilkami, cytując dr e: Zabrało mi dwadzieścia lat napisanie jej. Rozpoczęłam w 1970. Została odrzucona przez 42 duże wydawnictwa. Kiedy w końcu została opublikowana w 1992, stało się to dzięki wydawnictwu, które wcześniej już dwukrotnie odmówiło jej wydania (…) Książkę pisałam cały czas ucząc się, pracując na pełen etat i zajmując się rodziną jako samotna matka***. Nie pozwalaj sobie na wymówki. Poprawiają ci samopoczucie, ale nie pomogą ruszyć do przodu. Wymówki i narzekanie ustawiają cię w pozycji ofiary. Ofierze się współczuje i się nad nią lituje, ale pozostawanie w tym stanie uniemożliwia skuteczne działanie. Kobiety są mistrzyniami wymówek i samo usprawiedliwiania się. Nic tak nie osłabia animusa jak wymigiwanie się od realizowania tego, czego naprawdę pragniemy.  Nie rezygnuj. Jak jeszcze skuteczniej pozbywać się trujących substancji? Wbrew wszelkim przeciwnościom doskonaląc w sobie dobrze zintegrowany animus; trwając przy uskrzydlających przedsięwzię­ciach, przy sztuce, psychicznym cerowaniu i szyciu, bez względu na to, czy czujemy się silne i gotowe czy nie. Jeśli to konieczne, przywiążmy się do masztu, krzesła, biurka, drzewa, kaktusa — gdziekolwiek tworzymy.(…) Doskonal swoje dzieło. Zbuduj chatkę pełną ciepła i mądrości. Przywołaj całą energię. Staraj się utrzymać równowagę między nudnymi codziennymi obowiązkami a swoją natchnioną wizją. Osłaniaj duszę. Wytrwałość jest być może najważniejszym elementem całego procesu twórczego. Tutaj twoim sprzymierzeńcem będzie lewa półkula mózgu z jej dokładnością, obiektywizmem i koncentrowaniem się na sekwencjach, to ona pomoże ci cyzelować dzieło, poprawić zdania czy fragmenty, które nie pasują, są źle sformułowane albo po prostu brakuje im głębi.

 Mentalny Prysznic i Pielęgnowanie Wnętrza

Skoro codziennie traktujesz swoje ciało żelem pod prysznic i balsamem, to dlaczego odmawiasz tego swojemu wnętrzu? Bo nie jest namacalne? Podstawową higieną psychiczną są:

ZRZUCANIE Z SIEBIE NEGATYWÓW, spłukiwanie wszelkich nagromadzonych toxycznych emocji. Można jak najbardziej połączyć to z prysznicem i stojąc pod nim wyobrażać sobie, że spływająca woda zabiera również gniew, rozżalenie i zaciętość z naszego wnętrza

i

DBANIE O UMYSŁ I DUSZE poprzez znalezienie codziennie chwili czasu tylko dla siebie, czy to spacer, czy spokojne wypicie herbaty, czy chwilę ciszy, czy słuchanie ulubionej muzyki, czy medytację, czy wpatrywanie się w naturę, czy ćwiczenia fizyczne. Niech to będzie chociaż 10 – 15 minut, ale tylko dla ciebie. Niech nie przeszkadza ci w tym czasie rodzina, telewizor czy sąsiedzi. 10 – 15 minut dziennie. Codziennie.

Kompleksy stające nam na drodze trzeba odrzucić albo przeobrazić — przez ten ostatni etap przeprowadzą marzenia. Trzeba stanowczo i raz na zawsze ogłosić: „Kocham moją twórczość bardziej niż rozpamiętywanie własnej depresji”. Jeśli maltretujemy dzieci, to prędzej czy później zaingeruje opieka społeczna. Jeśli znęcamy się nad zwierzętami, to zareaguje Towarzystwo Przyjaciół Zwierząt. Ale nad tworzeniem nie czuwa żaden patrol, żadna Policja Duszy nie będzie interweniować, kiedy głodzimy własną duszę. Mamy tylko siebie. Jesteśmy jedynymi osobami, które czuwają nad naszą jaźnią i heroicznym animusem. To wielkie okrucieństwo poić je raz na tydzień, na miesiąc, na rok. One też żyją według własnego rytmu. Codziennie potrzebują nas i życiodajnej wody naszej sztuki.

O tym jak pracuje dr E czytaj tu.

* Aczkolwiek cytując dr E: Według klasycznej definicji Junga animus jest duchową siłą w kobiecie i uważa się go za pierwiastek męski. Jednakże wiele kobiet zajmujących się psychoanalizą, nie wyłączając mnie samej, dzięki własnym obserwa­cjom doszło do odrzucenia klasycznego poglądu i do przekonania, że ożywcze źródło w kobiecej psychice nie jest obcym pierwiastkiem męskim, ale żeńskim, dobrze znajomym. Ja jednak jestem przekonana, że animus to element męski jak Yang i dlatego potrzebny aby zrównoważyć kobiecą Yin. Yin zapewnia komfort, Yang stawia na rozwój, tak jak w anegdocie o rodzicach patrzących jak dziecko usiłuje wspinać się na drzewo. Matka: ‘Nie wychodź wyżej!’. Ojciec: ‘Dawaj! Wspinaj się wyżej!’. Jak widać w symbolu yin i yang, obydwa te elementy są niezbędne i wzajemnie się uzupełniają.

** Hindusi widzą to dosłownie, ponieważ u większości mężczyzn strategiczna część ich ciała unosi się i „budzi do życia” jako reakcja na obecność kobiety.

*** Z notatek pod zdjęciami na facebookowym profilu: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=409302968634&set=a.391385543634.168955.29996683634&type=3&permPage=1 i https://www.facebook.com/photo.php?fbid=409300533634&set=a.391385543634.168955.29996683634&type=3&permPage=1

Odcinek 7: Dziewczynka z Zapałkami. O potrzebie wsparcia, sile ciepła i oddawaniu talentów za bezcen

biegnaca z wilkami dziewczynka z zapalkami

Dziewczynka z Zapałkami

 Była sobie mała dziewczynka, która nie miała matki ani ojca i mie­szkała w ciemnym lesie. Na skraju lasu była wioseczka; dziewczynka kupowała tam zapałki po pól pensa i sprzedawała je na ulicach miasta za całego pensa. Jeśli sprzedała dość zapałek, to mogła sobie kupić kawałek chleba. Potem wracała do swego szałasu w lesie i kładła się spać, nałożywszy na siebie wszystkie ubrania, jakie miała.

Nadeszły zimowe chłody i mrozy. Dziewczynka nie miała bucików, a jej płaszczyk był tak przetarty, że niemal przeświecał. Stopy miała odmrożone i sine, palce u nóg zbielały, podobnie jak palce u rąk i koniec noska. Chodziła po ulicach i pytała przechodniów, czy kupią od niej zapałki. Ale nikt się nie zatrzymał, nikt nie zwracał na nią uwagi.

Pewnego wieczoru siadła więc, mówiąc do siebie:

— Mam przecież zapałki. Mogę je pozapalać i ogrzać się przy nich.

Nie miała nic na podpałkę, nie miała drewna. Mimo to postanowiła zapalić zapałki.

Usiadła, wyciągnęła nóżki przed siebie i zapaliła pierwszą zapałkę. Wtedy wydało się jej, że mróz i śnieg zniknęły. Zamiast wirujących płatków śniegu zobaczyła piękny pokój z wielkim ciemnozielonym kaflowym piecem z ozdobnymi drzwiczkami. Piec dawał tyle ciepła, że aż powietrze drgało. Przytuliła się do niego i poczuła jak w niebie.

Ale zapałka zgasła, piec zniknął i znowu siedziała na śniegu, trzęsąc się tak bardzo, że zęby jej dzwoniły. Potarła więc drugą zapałkę. A kiedy jej blask padł na ścianę budynku naprzeciw, zobaczyła, co się dzieje w środku. W jasnym pokoju stał stół przykryty śnieżnobiałym obrusem, na stole zastawa z najbielszej porcelany i świeżo upieczona gęś na półmisku. Ale w chwili gdy dziewczynka już się miała nią posilić, wizja się rozwiała.

 Znowu siedziała na śniegu. Kolana i biodra już nie bolały. Teraz przejmujący chłód przenikał ramiona i tułów, zapaliła więc trzecią zapałkę.

W jej świetle zobaczyła przepiękną świąteczną choinkę ozdobioną białymi kręconymi świeczkami, ślicznymi szklanymi świecidełkami — całą w drobnych punkcikach światła.

A kiedy tak patrzyła na drzewko, zdawało się jej, że robi się ono coraz wyższe i wyższe, aż po sufit, który nagle zamienił się w niebo, a światełka na choince w gwiazdy. Jedna z nich spadła, zostawiając jasny ślad; dziewczynka przypomniała sobie, jak jej matka mówiła, że kiedy ktoś umiera, spada jedna gwiazda.

Wtedy pojawiła się przed nią jej kochana babcia, dobra i ciepła. Na jej widok dziewczynka poczuła przypływ szczęścia. Babcia zdjęła fartuch i owinęła nim dziecko, przytuliła mocno obiema rękami — dziew­czynce już nic nie było trzeba.

Ale i babcia zaczęła znikać. A dziewczynka zapalała coraz to nowe zapałki, by ją dłużej zatrzymać przy sobie… jeszcze więcej… i jeszcze. Razem zaczęły się unosić do nieba, gdzie nie było już mrozu, głodu ani bólu. Rankiem pomiędzy domami znaleziono zimne, martwe ciało małej dziewczynki.

 —————————————–

 Baśń o Dziewczynce z Zapałkami zawiera motyw niszczenia własnego potencjału, które pojawiają się rozmaitych opowieściach na całym świecie (w innych wersjach pojawiają się palacz zużywający ostatnie węgielki by się ogrzać śniąc o dawnych czasach albo stary, zmęczony życiem sprzedawca kwiatów, który odchodzi ze świata patrząc na nie). Wszystkie te historie mówią o zaniedbywaniu i nie wykorzystywaniu własnego potencjału, o braku pomysłu na to co ze sobą zrobić i, co najgorsze, o wpadaniu w trans poprzez skoncentrowanie się na złudzeniach do tego stopnia, że traci się realne życie.

 Ktoś mógłby powiedzieć, że Dziewczynka z Zapałkami jest łzawą opowieścią, ale tak naprawdę kryje się w niej wymowna symbolika: jeżeli przebywasz w chłodnym emocjonalnie, nieprzychylnym ci środowisku, to będziesz marnować swoje talenty i rozmieniać się na dobre, aż w końcu braknie ci motywacji i sił. Bohaterka opowieści żyje pośród obojętnych, nieczułych ludzi. Jeśli z tobą jest podobnie, to trzeba coś z tym zrobić. Dziewczynkę otacza świat, w którym nikt nie ceni tego, co ona posiada — zapałek, małych płomyczków na patyczkach, zaczątku twórczych możliwości. Jeśli jesteś w podobnym położeniu, to odwróć się plecami i odejdź stamtąd. Dziewczynka jest w sytuacji psychicznej, która daje bardzo niewiele możliwości. Pogodziła się ze swoim „miejscem” w życiu. Jeśli coś podobnego przydarzyło się tobie, to przestań się z tym godzić, podnieś bunt. Dzika Kobieta przyparta do muru nie poddaje się, ale stawia czoło przeciwnościom, wystawia pazury i walczy.

Zewnętrzny mróz wychłodził u dziewczynki instynkt ucieczki, jest zdana sama na siebie, nie szuka innych sposobów przeżycia, nie szuka innego, przyjaźniejszego miejsca, nie poszukuje alternatywnych sposobów znajdowania jedzenia. Zdrowa psychika jest pomysłowa, jeżeli nie działa jedno rozwiązanie to poszukuje innego. Jednak jeśli otoczenie jej nie wspiera, tylko wzmaga żądania co do zachowania, myślenia itd. to zniechęca się, a naturalne instynkty ulegają stępieniu. Twórcze życie może się rozwinąć jedynie w otoczeniu żywych ludzi, którzy ogrzewają swoim ciepłem, podziwiają i chwalą. W przeciwnym razie zamarzamy. Pożywieniem jest chór głosów z wewnątrz i zewnątrz, które potrafią kobietę docenić taką, jaką jest, dodają otuchy, zachęcają, a jeśli trzeba, również pocieszają. (…) Dziewczynka z zapałkami powinna szukać przede wszystkim ciepła. W bajce tak nie jest. Dziewczynka wyprzedaje zapałki — swoje źródło ciepła. Czyniąc tak, kobieta nie ogrzewa swej duszy, nie wzbogaca się, nie zdobywa mądrości, przestaje się rozwijać. Ciepło to bardzo tajemnicze zjawisko. Uzdrawia, karmi, pobudza. Rozluźnia to, co zbyt ciasne, wywołuje ruch, tajemną chęć autentyczne­go istnienia, dziewiczy lot świeżych, odkrywczych idei. Czymkolwiek jest ciepło, przyciąga nas coraz bliżej.

W stanie zniechęcenia i osłabionej czujności jest się podatnym na wszelkie iluzje i złudzenia o czym była już mowa w baśni o Czerwonych Trzewiczkach. W trans mogą wprowadzić nałogi, ale też i ludzie mówiący to co pragnie się usłyszeć, media czy organizacje pragnące zyskać coś, czego w normalnych okolicznościach byśmy nie oddali. Patrząc po rodzimym podwórku widzę mnóstwo kobiet, które zgodnie z wzorcem kulturowym oraz mentalnością powychodziły za mąż, urodziły dzieci…i się rozczarowały. A ponieważ życie rodzinne nie przynosi im radości więc oglądają popularne seriale, w których rodziny są idealne. Kobieta zostawiona sama sobie, traktowana z zimną obojętnością, zaczyna się żywić złudą i fantazją zamiast działaniem. Fantazje to środek znieczulający. Znam kobiety obdarzone pięknymi głosami. Znam kobiety, które mają niezwykły dar opowiadania, a wszystko, co wychodzi z  ich  ust, jest świeże i doskonałe w formie. Ale kobiety te są odizolowane albo w jakiś sposób zniewolone. Pod maską nieśmiałości ukrywają wygłodniały animus. Nie potrafią znaleźć wsparcia ani w sobie samych, ani u przyjaciół, rodziny czy społeczeństwa.

Dziewczynka zapala kolejne zapałki i wpatruje się w nie jak zahipnotyzowana. To złudne ciepło, którego starcza na krótki czas. Każdy z nas wie, że na mrozie nie wolno tracić świadomości ani zasypiać, bo można już się nie obudzić. Zamiast poderwać się, uciekać i szukać prawdziwego domu i ogniska, dziewczynka wypala swój potencjał, to co może zapewnić jej byt. Przekładając język baśni na język rzeczywistości oznacza to, że im dłużej przebywa się w trudnym, nieprzyjaznym środowisku czy to rodzinnym, czy zawodowym, ubożeje się emocjonalnie i mentalnie. Wyjście jest niełatwe, ale skuteczne: trzeba odcinać się od ludzi, którzy nie akceptują, krytykują, wyśmiewają, lekceważą to jaką osobą jesteś. To okrutne, ale prawdziwe. W przeciwnym razie sta­niesz się dziewczynką z zapałkami w łachmanach, żyjącą tylko połowicz­nie w przejmującym chłodzie, który ścina wszelką myśl, nadzieję, talent, wszystko, co warto napisać, zagrać, zaplanować, wytańczyć.

 Snucie fantazji nie jest złe samo w sobie, wręcz przeciwnie, jest korzystne dla umysłu i warunkuje postęp oraz sukces, problemem jest stan, kiedy ucieka się od rzeczywistości w urojenia, aby uniknąć działania. Niestety, właśnie takie fantazje snuje dziewczynka. Pogrąża się w świecie złudzeń zupełnie oderwanych od rzeczywistości, natomiast nierozerwalnych z poczuciem, że nic nie można zrobić, poradzić, że wszystko jest za trudne, więc równie dobrze można snuć puste rojenia. Powiem szczerze, że tak naprawdę to dopiero po przeczytaniu tego co napisała Dr Estes zaczęłam się zastanawiać nad tą baśnią. Jako dziecko odbierałam tę historię jako niezgodę na obojętność na los małej dziewczynki (Widzicie? To przez waszą nieczułość umiera dziecko!). Rozpalanie kolejnych zapałek było dla mnie wyrazem desperacji, ale właściwie nie widziałam w tym nic dziwnego. Zakładałam, że dziewczynka jest bezradna, że nie ma żadnej alternatywy, że jest skazana na pobyt w tym mieście itd. Być może wynikało to też z wersji Andersena, w której dziewczynka ma wprawdzie rodzinę tyle że ta działa na nią jeszcze bardziej dołująco (Usiadła na rogu ulicy, w kącie pomiędzy domami, z których jeden był bardziej wysunięty niż inne, zwinęła się cała w kłębek , podkuliła pod siebie małe nóżki, ale marzła jeszcze bardziej , a nie miała odwagi pójść do domu, bo nie sprzedała ani jednej zapałki, nie dostała ani jednego grosika. Ojciec* zabiłby ją.) W takiej wersji śmierć poprzez łagodne zaśnięcie wydaje się wręcz wybawieniem, bo dziewczynka wydaje się nie mieć żadnego rozsądnego wyjścia. Ale to nieprawda. Alternatywa zawsze istnieje, chociaż czasami trzeba dosłownie walczyć aby wprowadzić ją w życie. Nie wolno poddawać się mrozowi. Rozpalanie kolejnych zapałek i wpatrywanie się w nie jak w transie zatrzymuje uwagę i osłabia naszą wolę walki. Jeżeli nie czujesz się kochana i doceniana to łatwiej ci będzie wpadać w trans iluzji, snuć wizje i gdybania „co by było gdyby”, ‘któregoś dnia się za to wezmę”, „on się zmieni” albo „jak dzieci urosną to do tego wrócę”. W wersji Andersena obrazy jakie widzi dziewczynka jeszcze dobitniej pokazane są jako halucynacje: Zapaliła drugą zapałkę o mur. Grzała i świeciła, a tam gdzie padał jej blask, mur stawał się przezroczysty jak gaza; dziewczynka zobaczyła pokój i nakryty stół: na śnieżnobiałym obrusie stała kosztowna porcelana, na półmisku dymiła pieczona gęś, nadziana jabłkami i śliwkami, ale najzabawniejsze było, kiedy gęś zeskoczyła z półmiska i zaczęła biegać po pokoju z nożem i widelcem w grzbiecie, kierując się właśnie ku dziewczynce. To jest przecież scena rodem z Trainspotting, kiedy Renton jest na detoxie i widzi dziecko chodzące po suficie. Wygłodniały umysł potrafi robić wszystko by zwrócić uwagę na swoje potrzeby. Czasem fantazja tkwi korzeniami w umyśle kobiety. Czasem przychodzi z wypitą butelką, strzykawką z narkotykiem — albo ich brakiem. W świat fantazji przenosi marihuana lub pokój z obcym mężczyzną, o którym się szybko zapomni. Kobiety w takich sytuacjach grają rolę dziewczynki z zapałkami, pogrążając się co noc w wyimaginowanym świecie i budząc się rano skostniałe i zmarznięte. Wiele jest dróg, na których można zgubić swój cel — spójną wizję życia. Jak można tego uniknąć, jak przywrócić szacunek do siebie i własnej duszy? Musimy zrobić coś diametralnie innego niż dziewczynka z zapałkami. Musimy nasze myśli i zamiary zabrać w miejsce, w którym znajdą wsparcie. Tylko nieliczne z nas potrafią tworzyć wyłącznie o własnych siłach. Większość potrzebuje dotknięcia skrzydeł anioła, słów zachęty i poparcia.

Aby zrealizować zamierzenia i plany nie można stać w miejscu. Jeżeli tkwimy w zimnie i nie mamy słońca ani ognia, który nas ogrzeje to będziemy mieć siłę tylko do tego aby borykać się z rzeczywistością, a nie mierzyć wyżej. Na realizację planów potrzeba siły i determinacji, a osoby bez wsparcia zużywają na wcielanie ich w życie więcej energii niż ci, którzy to wsparcie mają. Przyjaciele, którzy szczerze kochają i ciepło odnoszą się do naszej twórczości, to najlepsze słońca, jakie można znaleźć. Jeśli, tak jak dziewczynka z zapałkami, nie mamy przyjaciół, to zamarzamy w udręce i gniewie. Nawet jeśli ich mamy, to nie zawsze są oni dla nas słońcami. Zamiast uświadomić, będą tylko pocieszać. Pocieszać, ale nie pielęgno­wać. Pielęgnowanie posuwa naprzód. Jest jak psychiczna uprawa zboża na chleb. Oto różnica między pocieszaniem a pielęgnowaniem: jeśli hodujesz roślinę, która choruje, bo trzymasz ją w ciemnym, ciasnym pomieszczeniu i przemawiasz do niej uspokajająco, to jest to pocieszanie; gdy wyniesiesz ją na słońce, podlejesz i dopiero wtedy z nią porozmawiasz, wówczas właściwie ją pielęgnujesz.

Podobnie jak dziewczynka z bajki o Czerwonych Pantofelkach, mała sprzedawczyni zapałek nie ma wewnętrznego instynktu symbolizowanego przez staruszkę, w tym przypadku babcię. Starsza pani w fantazjach omamia ją wizją nieba zamiast krzyknąć, ‘Nie zatrzymuj się! Wstawaj i idź naprzód!’ Nie ma nikogo, kto pchnąłby ją na dobrą drogę. Wypala swoje zapałki i oddaje swój potencjał za nic tak jak kobiety nieraz „proszą się” o uczucia i uwagę tych, którzy na to nie zasługują, czy to będzie mężczyzna, czy pracodawca, czy rodzina. Dziewczynka z zapałkami, będąc w wielkiej potrzebie, błaga o cokolwiek, oferując w zamian rzecz o nieporównanie większej wartości — oddaje swoją światłość za nędznego pensa. Czy ta wymiana dokonuje się w psychice, czy wydarza w realnym świecie, skutek jest jednakowy: coraz większa utrata energii. Prowadzi ona do tego, że kobieta nie może już zaspokajać własnych potrzeb. Coś w niej chce żyć i błaga o to, ale nikt nie odpowiada.  (…) Kiedy dziewczynka postanawia zapalić zapałki, zużywa bogate zasoby swej wyobraźni na fantazjowanie zamiast na działanie. Wyczerpuje swoją energię w mgnieniu oka. Jeżeli psychika kobiety jest przemarznięta, to wygasają pasja i entuzjazm, a wtedy życie iluzjami wydaje się łatwiejsze i przyjemniejsze niż cokolwiek w rzeczywistości, w dodatku wydaje się być usprawiedliwione („bo nie mogę tego, bo nie potrafię tamtego, więc będę to robić, bo przecież coś mi się od życia należy!”, itd.). Ponieważ nie ma drewna, więc małe światełko zapałki spala jej psychikę, jakby była wielką suchą kłodą. Psychika oszukuje samą siebie, żyje w ogniu fantazji, gdzie spełniają się wszystkie marzenia. Takie fantazjowanie jest jak kłamstwo: jeśli dość często się je powtarza, to w końcu się w nie wierzy.

     Psychiczna zima przynosi pocałunek śmierci w najbardziej negatywnym sensie — oziębia wszystko, czego się tknie. Chłód kładzie kres wszelkim ludzkim więziom. Jeśli chcesz coś uśmiercić, to traktuj to z obojętnym chłodem. Gdy uczucia, myśli, postępowanie ogarnie chłód, nie jesteśmy w stanie nawiązać żadnych więzi. Ludzie chcący porzucić coś w sobie lub kogoś — ignorują, odpychają, pozbywają się, unikają, żeby nie słyszeć głosów, nie musieć patrzeć. Taka jest psychiczna sytuacja dziewczynki z zapałkami. (…)Światełka na pa­tyczkach kojarzą się z większym światłem, na przykład z ognistą czaszką na kiju niesioną przez Wasylisę. Nie tylko symbolizują mądrość, ale, co ważniejsze, rozświetlają świadomość, zastępując ciemność światłością, rozpalając na nowo to, co zagasło. Ogień to najważniejszy symbol tkwiącej w psychice siły odrodzenia.

albert-camus

 * W innej wersji „ojczym”. Odnośnie symboliki przybranych rodziców oraz rodzeństwa odsyłam do baśni o Wasylisie.

 

Cytaty z wersji Dziewczynki z Zapałkami Hansa Christiana Andersena w tłumaczeniu Stefanii Beylin oraz ilustracje J.M. Szancera pochodzą z Baśni wydanych przez Naszą Księgarnię  w 1955

 

Odcinek 6: Kobieta – Szkielet. O wyłowieniu skarbu, ucieczce przed nim i rozplątywaniu sieci

biegnaca z wilkami kobieta szkielet

KOBIETA – SZKIELET

Była raz dziewczyna, która zrobiła coś, co nie spodobało się jej ojcu. Nikt już nie pamięta dokładnie, co to było. Ojciec zawlókł ją na urwisko i zepchnął do morza. Ryby pożarły jej ciało, wygryzły oczy. Jej szkielet leżał na dnie miotany prądami.

Któregoś dnia pewien rybak wybrał się na połów. Prawdę mówiąc, wcześniej wielu przybywało do tej zatoki. Jednak ów rybak, odpłynąw­szy daleko od domu, nie wiedział, że miejscowi trzymają się od niej z daleka, powiadając, iż jest nawiedzana przez duchy.

Hak rybaka zanurzył się w wodzie i zaczepił o żebro szkieletu dziewczyny. Rybak pomyślał: „To musi być wielka ryba! Mam szczęście!” Już się cieszył, ilu ludzi wykarmi swą wielką zdobyczą, myślał, na jak długo wystarczy mięsa i że wreszcie odpocznie od wypływania w morze. Gdy mocował się z wielkim ciężarem, morze zakipiało, a kajak się zatrząsł i podskoczył, bo ta, która była pod wodą, walczyła, by się wyzwolić z liny. Im bardziej się mocowała, tym ciaśniej krępowała ją lina. Choć się szamotała, hak zaczepiony o żebro nieubłaganie ciągnął ją w górę.

Rybak obrócił się, żeby wybrać sieć, nie zauważył więc łysej czaszki nad falami, nie widział małych korali iskrzących w oczodołach, nie widział skorupiaków na starych, jak z kości słoniowej, zębach. Kiedy się odwrócił od sieci, straszna postać wypłynęła na powierzchnię i za­wisła zaczepiona zębami o burtę kajaka.

Mężczyzna krzyknął i serce podeszło mu do gardła, z przerażenia wywrócił oczami, do uszu buchnęła krew. Wrzeszczał i wiosłem ze­pchnął ją z dzioba, po czym jak szalony zaczął wiosłować w kierunku brzegu. Nie wiedząc, że zaplątała się w jego linę, wpadł w jeszcze większe przerażenie, bo wydawało się, że stanęła na palcach i goni za nim do brzegu. Kręcił kajakiem na wszystkie strony, lecz ciągle była tuż za nim, jej oddech toczył się po wodzie obłokami pary, a ramiona machały, jakby chciały go złapać i pociągnąć w toń.

Mężczyzna wył przeraźliwie, dobijając do brzegu. Jednym susem wyskoczył z kajaka, biegł, kurczowo ściskając wędkę, a koralowobiały szkielet kobiety, wciąż zaplątany w linkę, klekotał tuż za nim. Gnał po skałach, a ona za nim. Gnał przez przemarzniętą tundrę, a ona za nim. Gnał po mięsie suszącym się na brzegu, rozdeptując je na kawałki, rozdzierając buty z foczej skóry.

Przez cały czas Kobieta-Szkielet była tuż za nim, chwytając w biegu zamarznięte ryby. Zaczęła je zjadać, bo nie pożywiała się od bardzo, bardzo dawna. Wreszcie myśliwy dotarł do swego igloo, zanurkował do tunelu i opierając się na rękach i kolanach, wczołgał do wnętrza. Dysząc i szlochając, położył się w ciemności, a jego serce waliło jak potężny bęben.

— Bezpieczny, jestem bezpieczny, dzięki, o bogowie, dzięki ci, Ravenie, dzięki, szczodra Sedno, bezpieczny… nareszcie.

Ale kiedy zapalił lampkę z oleju wieloryba ona… to coś… leżało w nieładzie na śniegowej podłodze z piętą na ramieniu, kolanem w klat­ce piersiowej, stopą na łokciu. Nie wiedział potem, co go do tego skło­niło, może blask światła, który zmiękczył jej rysy, a może fakt, że był samotnym człowiekiem. Dość powiedzieć, że poczuł jakąś tkliwość — powolutku wyciągnął umorusane dłonie i przemawiając miękko, nucąc jak matka do dziecka, zaczął wyplątywać ją z liny.

Najpierw uwolnił palce stóp, potem kostki. Mozolił się długo w noc, aż wszystkie kości ułożył w odpowiednim porządku, po czym ubrał ją w futro, żeby nie zmarzła.

Po omacku znalazł krzesiwo i dołożył do ognia własnych włosów, żeby lepiej widzieć. Spoglądał na nią od czasu do czasu, kiedy nacierał oliwą cenne drewno wędki i przewijał linkę. A ona, okutana futrem, nie przemówiła słowem — nie śmiała — bojąc się, żeby myśliwy nie wyrzucił jej na skały i nie połamał jej kości na kawałki.

Myśliwy poczuł senność, wślizgnął się pod skóry i zaczął śnić. Czasami ludzie płaczą we śnie. I choć nie wiemy, co im się wtedy śni,  to pewnie być sen pełen smutku lub tęsknoty. To właśnie zdarzyło myśliwemu.

Kobieta-Szkielet w blasku ognia ujrzała tę błyszczącą łzę i na jej widok poczuła ogromne pragnienie. Klekocząc, poczołgała się w stronę śpiącego mężczyzny i przytknęła usta do łzy. Ta jedna łza przemieniła się w rzekę, z której piła i piła i piła, dopóki nie ugasiła wieloletniego pragnienia.

Leżąc tak przy nim, sięgnęła w głąb piersi śpiącego i wyjęła mu serce, potężny bęben. Usiadła i zaczęła weń uderzać rytmicznie z obu stron, bum, bum, bum!

Bębniąc, zaczęła śpiewać: — Ciało, ciało, ciało, niech powróci do mnie ciało. Im dłużej śpiewała, tym więcej przybywało jej ciała. Wy­śpiewała włosy, bystre oczy i ładne, pulchne dłonie. Wyśpiewała kobie­cość między nogami, duże, ciepłe piersi i wszystko, czego potrzeba kobiecie.

A kiedy skończyła, śpiewem zdjęła ze śpiącego ubranie i położyła się przy nim, skóra przy skórze. Oddała mu serce, ten wielki bęben, włożyła je na miejsce i tak się potem obudzili, owinięci sobą, splątani po wspólnej nocy już w inny sposób, dobry i trwały.

Ludzie, którzy już nie pamiętają, dlaczego najpierw spotkał ją tak zły los, powiadają, że odeszła z rybakiem. Nigdy nie brakło im jedzenia, bo morskie stworzenia, które znała, żyjąc pod wodą, zawsze dostarczały im pożywienia. Mówią, że to prawda i że nic więcej nie wiedzą.

————————————————————-

Kobieta, którą cechuje dzika natura, nie ma łatwego zadania jeżeli chce znaleźć sobie towarzysza. Tymczasem w naturze, wilki często łączą się w pary, które zostają ze sobą na całe życie. Nawet jeśli zdarzają się między nimi waśnie i nieporozumienia, to wspólnie przeżywają surowe, mroźne zimy, bujne wiosny, dalekie wędrówki, nowe potomstwo, ataki od­wiecznych prześladowców, tańce plemienne i grupowe śpiewanie. Potrzeby ludzi są niemal identyczne. U zwierząt odbywa się to instynktownie, u ludzi zazwyczaj jest trudniejsze. Związki ludzkie z różnych przyczyn mogą być oderwane od cyklu Narodzin – Śmierci – Odrodzenia. W naszym kręgu kulturowym w praktyce wygląda to w ten sposób, że pobierają się młodzi ludzie, często nie mieszkając wcześniej ze sobą (albo co gorzej w związku z tzw. „wpadką”), a dodatkowo zdarza się, że składają sobie przysięgi „i nie opuszczę cię do końca życia” nie zdając sobie sprawy, że w dzisiejszych warunkach oznacza to bycie ze sobą przez czterdzieści – pięćdziesiąt lat. Jest jedno wydarzenie na początku, huczny ślub, na który idzie mnóstwo pieniędzy, a potem młodzi zostają sami ze sobą, pojawiają się problemy finansowe, opieka nad dziećmi, rutyna itd. Po kilku, kilkunastu latach dwoje ludzi, którzy kiedyś byli sobą zauroczeni, nagle odkrywa, że łączą ich potomstwo i finanse, ale już nie uczucia. Tymczasem związek jest tak jak roślina, trzeba o nią dbać i nie ustawać w pielęgnacji. To że kończy się jedna faza, nie oznacza że relacja umiera. Po zimie nadchodzi czas odrodzenia, kiedy roślina wypuszcza na nowo liście i ponownie zakwita. Rytm Narodzin – Śmierci – Odrodzenia ludzkość zna od czasów starożytnych, kiedy wraz z rozwojem rolnictwa i obserwacją pór roku trafił on do mitów. Jest to cykl budzenia się do życia, rozwoju, starzenia się i śmierci, po której zawsze następuje odrodzenie. Cykl ten dotyczy życia fizycznego i wszystkich aspektów życia psychicznego. Wszystko — słońce, supernowe, księżyc, wszystkie sprawy istot ludzkich oraz najmniejszych bytów, nie wyłączając komórek i atomów, podporządkowuje się prze­miennym rytmom rodzenia i zamierania.

Ale my nie zwracamy już uwagi na starożytne mity, tylko oglądamy disnejowskie wersje baśni albo hollywoodzkie opowieści o pseudo-wampirach, gdzie gubi się głębszy sens, postacie stają się płaskie i właśnie takie kreskówkowe, a wszystko jest komercyjnie podane pod określony target czyli nastolatki. W mądrych, pouczających opowieściach miłość rzadko jest przedstawiana jako romantyczne schadzki dwojga zakochanych. Może warto wyjść jednak poza nasz krąg kulturowy i poznać punkt widzenia na relację ludów, które żyją w surowych warunkach, gdzie przetrwanie zależy od zaufania i wzajemnej pomocy. Aby ją zrozumieć, trzeba wiedzieć, że tam, gdzie myśliwska społeczność walczy o przetrwanie pod presją nieprzyjaznych, surowych warunków naturalnych, miłość nie ma nic wspólnego z flirtem ani pogonią za przyjemnościami ego, ale jest namacalnym węzłem opartym na wytrwałości i cierpliwości, węzłem, który potrafi przetrwać czasy dostatku i niedostatku, najtrudniejsze i najprostsze dni i noce. Jednak aby taką więź stworzyć, trzeba stanąć przed Panią Śmierci czyli Zmianą, stawić jej czoła i rozpocząć cykl na nowo. W większości kultur cywilizacji zachodniej pierwotne pojęcie istoty Śmierci tak długo obrastało w rozmaite dogmaty i doktryny, że zostało całkowicie odseparowane od swej drugiej połowy, Życia. Jeden z najważniejszych, najbardziej podstawowych aspektów natury zaczął być pojmowany fałszywie i w okaleczonej postaci. Narasta przekonanie, że po śmierci może nastąpić tylko jeszcze więcej śmierci. To nieprawda, w śmierci bowiem istnieje zalążek nowego życia, nawet jeśli czyjeś istnienie zostało zredukowane do szkieletu. Życie i Śmierć współistnieją ze sobą, mamy jednak wewnętrzną czy nawet podświadomą obawę przed zaangażowaniem w związek wiedząc, że coś się w nim kończy.

Może to wynikać z obrazu śmierci jaki mamy zakodowany w umysłach, jako szkieletu z kosą i upiornym uśmiechem tańczącego danse macabre, który zbiera żniwo wśród tych co nie znają dnia ani godziny zostawiając za sobą stosy trupów. Tymczasem w kulturach pierwotnych, których elementy nadal istnieją w opowieściach i baśniach, śmierć jest zintegrowana z życiem tak jak jest to odzwierciedlone w naturze: po ciepłych dniach przychodzą zimne, a po nich znowu ciepłe, z ziarna wyrasta roślina, zakwita, wydaje ziarno, więdnie, ale z jej ziarna wyrasta nowa, itd. Widać to w wielu kulturach, bardzo często boginie wojny (czyli Śmierci) były także boginiami płodności (czyli Życia), planeta Wenus* była postrzegana jako Gwiazda Wieczorna (aspekt schodzenia-śmierci) i Gwiazda Poranna (aspekt wchodzenia-narodzin). W dużej mierze wiedza o istocie Życia-Śmierci-Życia jest skażona strachem przed śmiercią. Z tego powodu nie potrafimy się dostroić do jej cykli. A jednak jej siły nie kierują się przeciwko nam. To nie rabuś, który grabi nas z rzeczy nam drogich. To nie szalony pirat drogowy, który miażdży wszystko, co cenimy. Siły Życia-Śmierci-Życia są częścią naszej własnej natury, częścią wewnętrznego źródła wiedzy, które zna kroki tańca Życia i Śmierci. Składają się z tych aspektów nas samych, które znają czas życia i czas śmierci. To głęboko ukryta nauczycielka i przewodniczka, trzeba tylko dostosować się do jej tempa. (…) Niestety, nasza kultura często nakłania do zrzucania Kobiety-Szkieletu z urwiska, bo nie dość, że budzi ona grozę, to w dodatku zbyt dużo czasu trzeba, by nauczyć się jej zwyczajów i praw. Bezduszny świat zmusza do histerycznego miotania się w poszukiwaniu tej jedynej lampki, która zapali się natychmiast i na zawsze. Jednak żeby ten cud, na który czekamy, mógł nastąpić, potrzeba czasu; trzeba czasu, by tę lampkę odnaleźć, trzeba czasu, by tchnąć w nią życie. Współczesne poszukiwanie perpetuum mobile ściga się z poszukiwaniem wiecznej machiny miłości. Nie można się dziwić, że ludzie usiłujący kochać czują zamęt i udrękę, tak jak w baśni  Czerwone Trzewiczki , i nie mogąc powstrzymać obłąkańczych pląsów, wirując, omijają rzeczy, które w głębi serca najbardziej cenią.

Opowieść o Kobiecie – Szkielecie dosłownie obrazuje etapy, które trzeba przejść aby rozwinąć w sobie prawdziwą miłość do drugiego człowieka: przypadkowe znalezienie skarbu, chociaż najczęściej nie zdaje się sobie samemu z tego sprawy, potem następuje faza pogoni i ukrywania się, następnie rozplątanie z więzów i okazywanie współczucia, a następnie ufność, leczenie starych ran i zdolność do spokojnego snu w obecności drugiej osoby, a na końcu tworzenie nowego, wspólnego życia kierując się sercem.

POCZĄTKOWA FAZA MIŁOŚCI

Początek legendy jako żywo przypomina mit o Sednie, która według podań inuickich (eskimoskich) uciekła z domu do mężczyzny, który obiecał jej dostatnie życie. Jej rozgniewany ojciec w czasie burzy wyrzucił ją z kajaka i odrąbał ręce, aby nie mogła się wspiąć z powrotem. Sedna pogrążyła się w morskiej otchłani, z jej dłoni powstały ryby i inne stworzenia morskie, którymi żywią się Inuici, a reszta ciała opadła na dno morskie i osiadła w podwodnych jaskiniach. Szamani nurkują do niej, aby przebłagać Sednę i uprosić ją o uleczenie duszy i ciał oraz o urodzaj w czasie polowań morskich.

Baśnie na całym świecie rozpoczynają się od motywu znalezienia przez bohatera skarbu, bardzo często jest on wyławiany z wody (jak chociażby znana wszystkim opowieść o Złotej Rybce), która jest uniwersalnym symbolem uczuć i podświadomości. Motyw rybaka w archetypowej symbolice ma wiele wspólnego z obrazem myśliwego. Oba reprezentują, między wieloma innymi rzeczami, te elementy ludzkiej psychiki, które poszukują wiedzy i dokonują wysiłku, by pielęgnować jaźń przez jedność z instynktem. Rybak nie zdaje sobie sprawy z tego, co zaplątało się w jego sieci, nie rozumie co to za skarb, jego postrzeganie jest ograniczone do poziomu ego, codziennego i operacyjnego**, ma tylko nadzieję, że to wielka ryba, dzięki której nasyci głód. Ludzie, którzy nie wiedzą, co robią, wobec miłości przyjmują postawę właśnie taką, jaką rybak w opowieści przyjmuje wobec swej zdoby­czy: „Złowić coś wielkiego, coś, co wystarczy na długo, coś, co będzie mnie podniecać, ułatwiać mi życie, coś, czym mógłbym się chwalić przed innymi myśliwymi, kiedy wrócę do domu”.(…)To naturalny tok myślenia naiwnego, prostodusznego lub bardzo wygłodzonego myśliwego. Ludzie bardzo młodzi, którzy jeszcze nie przeszli inicjacji, ludzie wygłodzeni, zranieni cenią sobie wartości, które wynikają z odnajdywania lub zdobywania trofeów. Ci bardzo młodzi zupełnie nie wiedzą, czego w życiu szukają, głodni walczą o przetrwa­nie, a zranieni szukają zadośćuczynienia za dawne straty.

 Na dłuższą metę nie da się działać wyłącznie na poziomie codziennym i operacyjnym, dusza prędzej czy później upomni się o swoje. Nie da się żyć bazując tylko na pracy, romansach czy zdobywaniu kolejnych sum albo stanowisk, to jest pokarm dla ego, ale dusza się tym nie wyżywi. Można ją oszukiwać pracą, romansami i zdobywaniem tak jak oszukuje się organizm gotowym, zafoliowanym jedzeniem, ale w końcu ciało zbuntuje się i pogarszająca się kondycja sprawi, że będziesz musiał się ruszyć do kuchni i własnoręcznie przyrządzać zdrowe posiłki. W gruncie rzeczy są chwile, kiedy chcielibyśmy dostawać jeść, zupełnie nic nie robiąc. W rzeczywistości dobrze wiemy, że nic, co ma jakąkolwiek wartość, w ten sposób powstać nie może. A jednak życzymy sobie tego. Taką sytuacją z punktu widzenia psychiki jest oczekiwanie na miłość idealną i często jest tak, że właśnie te osoby, natrafiają na skarb, który wprawi ich w przerażenie i skonfrontuje z własną naiwnością czy wcześniejszym zranieniem.

Wszelkie relacje jakie tworzymy ze światem zewnętrznym wymagają od nas mądrości, której albo sami nie mamy, albo nie ma osoba, której ofiarowaliśmy nasz skarb. Większość z nas ma za sobą mało udane związki, które nadwątlają naszą wiarę w trwałe, prawdziwe uczucie. Używając określeń ekonomicznych miłość jest naszym emocjonalnym kapitałem, idziemy z nim do innej osoby jak z pieniędzmi do banku. Jeżeli jeden splajtuje, to zanosimy to co zostało do drugiego, jeżeli on też splajtuje to idziemy do trzeciego, ale jeżeli i ten upadnie to w którymś momencie zaczyna nam brakować i samego kapitału emocjonalnego, i ochoty na powierzanie go komukolwiek. Zresztą w ogóle chyba nie zdajemy sobie sprawy z tego jak wiele możemy dać swoją obecnością drugiemu człowiekowi (na planie uczuciowo – duchowym, wcale nie materialnym). Każda relacja to wejście w świat innej osoby, gdzie możemy zachować się albo jak budowniczy, albo jak podróżnik, albo jak złodziej, albo jak wandal. Bardzo często zachowujemy się jakbyśmy przyszli tam na imprezę, zabawić się, spróbować nowości, znaleźć rozrywkę, a potem się ulotnić i nie myśleć jak będzie to miejsce wyglądało bez nas. Okaleczamy w ten sposób kolejne Sedny, które oddają swój skarb, a potem tracą dłonie, a wraz z nimi zdolność działania i chęć kochania. Jakaś część psychiki każdej kobiety i każdego mężczyzny nie chce przyjąć do wiadomości, że we wszystkich związkach miłosnych Śmierć ma rolę do odegrania. Udajemy, że miłość jest możliwa bez śmierci naszych złudzeń, bez śmierci płytkich zachcianek; udajemy, że posuwamy się naprzód i nasze ulubione porywy nigdy nie przeminą. Ale kiedy kochamy, wszystko w psychice zostaje przewrócone do góry nogami. Ego nie umie się z tym pogodzić. Jednak tak właśnie ma być, a człowiek o głębokiej, dzikiej naturze bez wątpienia godzi się na to. Co ginie w związku dwojga ludzi? Giną iluzje, nadzieje, żądza posiadania wszystkiego naraz, ginie pragnienie posiadania samego tylko piękna. Ponieważ miłość zawsze wiąże się także ze zstąpieniem w istotę śmierci, rozumiemy, dlaczego trzeba tak wielkiego hartu i wrażliwości, by zaangażować się uczuciowo. Kiedy całym jestestwem poświęcamy się miłości, głęboko angażujemy się też we wskrzeszenie istoty Kobiety-Szkieletu i jej wszystkich nauk. Rybak w opowieści bardzo opornie zaczyna zdawać sobie sprawę z prawdziwej natury tego, co złowił. Tak jest na początku ze wszystkimi. Trudno zrozumieć, co się naprawdę robi, kiedy wyrusza się na połów do nieświadomości. Ludzie niedoświadczeni nie mają pojęcia, że pod wodą, na dnie, żyje Śmierć. Zorientowawszy się, z czym mają do czynienia, w pierwszym odruchu chcą wyrzucić ją z powrotem za burtę. Stają się jak mityczni ojcowie, którzy swe niepokorne córki spychają z kajaków w morskie fale.

To co ginie między dwojgiem ludzi odrodzi się w nowej formie, ale na tym etapie nie są oni jeszcze tego świadomi. Gdy opada pierwszy entuzjazm, kiedy mają stawić czoła wyzwaniom życia codziennego, kiedy zaczyna do nich docierać ogrom i moc tego co znaleźli, rzucają się do ucieczki. Jeśli kochankowie z uporem wypełniają życie wymuszoną wesołością, nieustającą rozrywką i przyjemnościami, jeśli wypalają się, „żyjąc intensywnie”, jeśli rzucają się w wir seksu albo delektują się życiem, unikając wszelkich konfliktów, to wówczas istota Życia-Śmierci-Życia spada z urwiska w dół i na powrót tonie w morzu. Jeśli do związku miłosnego nie dopuszcza się cykli życia i śmierci, to wszystko, co symbolizuje Kobieta-Szkielet, zostaje wyrzucone z psychicznego domostwa i opada na dno. Po czym miłość dwojga ludzi wkracza na drogę pozorów i wymuszenia: „Precz ze smutkiem, bawmy się”. Za wszelką cenę chcą utrzymać ten stan. Dusza związku zanurza się i znika w kipieli wodnej; będzie dryfować pod wodą, bez czucia, jałowa, bezużyteczna. Kobieta-Szkielet spada z urwiska zawsze wtedy, gdy kochankowie nie mogą jej znieść albo jej nie rozumieją. Zostaje zrzucona z urwiska, kiedy błędnie pojmują sens cykli przeobrażenia: nie mogą się rozeznać, kiedy coś powinno umrzeć, by na jego miejscu wyrosło coś nowego. Jeśli kochankowie nie potrafią dostroić się do procesów Życia-Śmierci-Życia, to ich wzajemne uczucie nie może być niczym więcej jak burzą hormonów. Zrzucenie tej tajemniczej istoty z urwiska zawsze sprawia, że i zakochana kobieta, i uczucia mężczyzny stają się szkieletami pozbawionymi prawdziwej miłości i pożywienia. Ponieważ kobieta częstokroć uważnie obserwuje i wyraźnie odczuwa cykle biologiczne i emocjonalne, cykl życia i śmierci znajduje się w centrum jej zainteresowań. A ponieważ niewiele nowego może się narodzić, dopóki nie nastąpi rozkład tego, co żyło wcześniej, kochankowie, którzy pragną wydobyć z siebie maksymalne iskrzenie, żyć na maksymalnych obrotach, będą pędzić dzień za dniem w coraz bardziej skostniały związek. Próba zmuszenia miłości do trwania wyłącznie w pozornie najbardziej pozy­tywnej formie powoduje odwrotny skutek; miłość pada bez życia, i to na zawsze.

skeleton-woman

Kobieta – Szkielet wypływa na powierzchnię mimo że wolelibyśmy, aby tkwiła na morskim dnie i nie przeszkadzała nam w radości i uciechach. Jednak jest tym co prędzej czy później i tak pojawia się w każdej relacji międzyludzkiej, wyzwaniem i czasem nabywania mądrości bez których związek nie nabierze głębi. Widzę u zakochanych, niezależnie od płci, powtarzające się zjawisko. Dwoje ludzi zaczyna taniec, by sprawdzić, czy potrafią się poko­chać. Niespodziewanie zaczepiają o Kobietę-Szkielet. Coś między nimi zaczyna się kurczyć i pogrąża się w chaosie. Często bolesna rozkosz seksualnego podniecenia stygnie, partnerzy zaczynają dostrzegać swoje słabości i nie wyleczone urazy albo stwierdzają, że to drugie „nie jest odpowiednim materiałem na trofeum”. I to jest właśnie moment, kiedy łysa, bardzo stara dziewczyna o pożółkłych zębach wypływa na powierzchnię. Brzmi to makabrycznie, ale jest to najdonioślejsza chwila — sposobność do wykazania się odwagą i poznania miłości. Kochać znaczy wytrwać i zostać. Kochać znaczy opuścić świat fantazji i wejść w świat, w którym możliwa jest trwała, realna miłość. Twarz w twarz, kość w kość, miłość pełna oddania. Kochać znaczy zostać, kiedy każda komórka woła „uciekaj!”(…)Podczas ponad dwudziestu lat praktyki terapeutycznej nieraz przyjmowałam mężczyzn i kobiety, którzy opadali na sofę jednocześnie uszczęśliwieni i spłoszeni: „Spotkałem (spotkałam) kogoś. Wcale tego nie chciałam, zajmowałam się swoimi sprawami, nie szukałam nikogo — i nagle! pojawia się Ktoś przez wielkie K. Co mam robić?” Brnąc dalej w związek, zaczynają tchórzyć. Kulą się w sobie, denerwują. Czy boją się o uczucie tej drugiej osoby? Ależ nie. Drżą ze strachu, bo zaczynają dostrzegać łysy czerep wśród fal ich namiętności. Rety! Co robić? Mówię, że to magiczny czas. To ich nie uspokaja. Mówię, że niedługo zobaczą coś cudownego. Nie chcą wierzyć. Mówię, żeby nie rezygnowali, i to jakoś im się udaje, choć z trudem. Zanim się zorientuję, oni wiosłują coraz szybciej w małej łódeczce swej miłości. Chybocząc, docierają do brzegu i błyskawicznie zaczynają uciekać, by ratować życie; ja, ich psychoanalityk, usiłuję dotrzymać im kroku i wtrącić swoje trzy grosze, a za nami, sami zgadnijcie, kto pędzi drogą z suchym klekotem. U większości ludzi pierwsza konfrontacja z Kobietą-Szkieletem wywołuje impuls, by uciekać z prędkością wiatru, daleko, dokąd nogi poniosą. Ale nawet ta ucieczka jest elementem naszej drogi do miłości. Uciekać jest rzeczą ludzką, byle nie za długo, nie na zawsze.

I tu ważna konstatacja: należy zwrócić uwagę, że w baśni do fizycznego kontaktu rybaka i dziewczyny dochodzi dopiero w ostatniej fazie, kiedy wypełnią się wszystkie cykle. I dlatego jest to opowieść o miłości, a nie o konsumpcji. Z naszej opowieści wynika, że oddanie ciała jest jedną z ostatnich faz miłości. Tak powinno być. Dobrze jest opanować po mistrzowsku pierwsze fazy spotkania z naturą Życia-Śmierci-Życia, a kontakt cielesny odłożyć na koniec. Zawsze przestrzegam kobiety, żeby nie wiązały się z ludźmi, którzy po przypadkowym złapaniu na haczyk od razu rzucają się na ich ciało. Trzeba nalegać na przejście wszystkich faz. Wówczas ta ostatnia sama zadba o siebie, czas jedności ciał nadejdzie w stosownej chwili. Zgadzam się tu z dr. E nie jako ktoś, kto wierzy w nakazy i zakazy wynikające z religii i kultury (bo w nie w większości nie wierzę ), ale jako ktoś kto obserwuje i czerpie z doświadczeń własnych i innych: kontakt fizyczny jest nam potrzebny, to taki sam instynkt jak głód czy pragnienie, ale tak jak jedzenie może być albo pożyteczne, albo szkodliwe dla zdrowia tak samo jest z seksem i erotyką. Nie na darmo w języku polskim przystojnego mężczyznę określa się jako ‘ciacho’. Ciacho jest słodkie i uwalnia w mózgu wydzielanie hormonów szczęścia, ale jest też pełne kalorii i tłuszczu. Ciastko to deser, który spożywa się po właściwym posiłku, bo wtedy jesteśmy już najedzeni i dostarczyliśmy naszemu ciału składniki odżywcze, które zapewnią funkcjonowanie, wzrost i rozwój. Nie da się żyć o samych ciastkach. Organizm prędzej czy później zareaguje cukrzycą, nadwagą i podwyższonym ciśnieniem. Jeżeli zaraz na początku znajomości konsumuje się ją, to co zostaje dalej? Kiedy połączenie dwojga ludzi zaczyna się od fazy cielesnej, na proces spojrzenia w twarz naturze Życia-Śmierci-Życia nie jest jeszcze za późno, ale wymaga to o wiele więcej determinacji. To cięższa praca, ponieważ trzeba odciągnąć od cielesnych zachcianek żądne przyjemności ego, żeby zbudować fundamenty.

To nie oznacza, że musimy czekać w nieskończoność albo trzymać się sztywno reguł religii i kultury („dopiero po ślubie”). Nasza natura sama wyczuje odpowiedni moment. Jednak trzeba pamiętać, że kontakt intymny z innym człowiekiem otwiera nas na niego energetycznie, mentalnie i uczuciowo, nawet jeżeli chce się potraktować go jako przygodę na jedną noc. Zwłaszcza od kobiet sex wymaga dosłownie oddania się. Idąc drogą jaką podąża kobieta o dzikiej naturze trzeba się zapytać samej siebie, ‘Jeżeli się otworzę to co dostanę w zamian?’, ‘Czy to mnie wzbogaci, doda mojemu życiu radości i energii?’, ‘A może wprost przeciwnie, może ta osoba zrabuje moją ufność, nie da nic w zamian i ulotni się?’  itd. Trzeba się zastanowić czy to czego pragniemy jest na naszym szwedzkim stole tak jak już była o tym mowa w analizie baśni o Wasylisie. Albo inaczej: trzymając się terminologii żywieniowej, wyobraźmy sobie, że idziemy ulicą pełną restauracji oraz kawiarni i czujemy głód. Chcemy zjeść posiłek, który będzie zarówno zdrowy jak i smaczny, ale nie wiemy gdzie znajduje się restauracja, w której serwuje się takie posiłki, podobno jest gdzieś na końcu ulicy, ale tak dokładnie nikt nie wie. Jesteśmy głodni, a z restauracji dochodzą smakowite zapachy, więc wchodzimy do jednej z nich i zjadamy fast food. Na chwilę czujemy się najedzeni i zadowoleni, bo fast food jest pełen tłuszczu, przekaźnika smaku, który sprawia, że czujemy błogość. Jednak w fast foodzie nie ma wartości odżywczych i prędzej czy później ogarniają nas wyrzuty sumienia, że konsumujemy śmieciowe jedzenie zamiast szukać restauracji ze zdrowym i smacznym menu. Wychodzimy więc z powrotem na ulicę i szukamy dalej, ale prędzej czy później znowu dopada nas głód i znowu wchodzimy do baru z fast foodem. Jeżeli jednak odczuwamy łączność z naszym instynktem i intuicją, to w pewnym momencie przestajemy tam zaglądać, bo jedzenie fast foodu jest jak napędzanie błędnego koła: przestaje się poszukiwać prawdziwego smaku, aromatu i sztuki w posiłku, ponieważ nasze zmysły są stępione bezwartościowym jedzeniem, a chemiczne i konserwujące substancje przemysłowe, jakimi jest ono napakowane, sprawiają, że ludzie nieświadomie uzależniają się od niego . Idziemy więc dalej ulicą, próbując wmówić sobie, że nie czujemy głodu, i wtedy nagle, niespodziewanie tuż przed naszymi oczyma wyrastają drzwi restauracji, której szukaliśmy. Czujemy apetyczny zapach, obsługa jest bardzo miła i sprawna, z głośników słychać naszą ulubioną muzykę, widzimy jak kucharz przyrządza dla nas posiłek ze świeżych, pachnących i apetycznych produktów.

Dokładnie tak samo jest z ludźmi, z którymi wchodzimy w relacje. Możemy „skonsumować” ich szybko i bez specjalnej uwagi tak jak fast food, ale to fałszywa dieta, która nie nakarmi naszej duszy ani potrzeby kochania. Tak jak w baśni o Czerwonych Trzewiczkach będziemy uganiać się za coraz to nowszymi atrakcjami i wpadać w coraz większą frustrację, że nie ma przy nas kogoś, kto nie potrzebuje, żebyśmy byli non-stop sexowni i atrakcyjni. Może być tak, że znajdziemy restaurację, gdzie serwuje się zdrowe i pyszne posiłki, ale jest już tak dużo gości, że my do niej nie wejdziemy – tak właśnie dzieje się, kiedy spotykamy kogoś z kim świetnie się dogadujemy, ale kto jest już w związku. Nie pozostaje nam nic tylko chodzić i szukać. Ale według biblijnego zapewnienia „Szukajcie aż znajdziecie” warto, bo seks tak jak jedzenie i picie jest źródłem energii i dla ciała, i dla ducha. Warto tu zwrócić uwagę, że to zachodnia kultura i przemysł rozrywkowy kładą nacisk na ten aspekt szybkiej konsumpcji, w innych kulturach (jeszcze) toczy się to innym trybem. Tym, co oddaje cykliczność i stały, nie przyspieszany sztucznie rozwój związku jest seks tantryczny ,  który jest wyraźnie dostosowany do natury kobiety poprzez koncentrowanie się na czułości, powiązaniu uczuć z ciałem i spokojnym, wręcz powolnym tempie. Takich doznań nie będzie się miało z mężczyzną, który pragnie erotycznego fast foodu, sex tantryczny wymaga stabilnego budowania relacji, ‘chodzenia i szukania restauracji’ czyli cierpliwości i niezrażania się poprzednimi niepowodzeniami, ale tak jak to już określiła dr E, jeżeli pragnie się prawdziwej miłości to trzeba wyjść poza ego.

Z tych samych przyczyn nie powinno się także legalizować związku w trakcie trwania tej wczesnej fazy

POGOŃ

Kobieta – Szkielet nie jest jak Złota Rybka, nie daje się spławić z powrotem do morza, nie spełnia życzeń i wcale nie jest wdzięczna. To ona żąda od rybaka uwagi i akceptacji przy całej swojej straszności i nieprzewidywalności, a na dodatek często wypływa akurat w momencie, kiedy wszystko świetnie się układa i już mamy wrażenie, że stworzyliśmy dobry, stabilny związek. Nagle zaczynają się wykręty, tłumaczenie, że to nie ma sensu, próby racjonalizowania, dlaczego związek nie ma prawa się udać. Kiedy uczymy się kochać prawdziwie, z począt­ku popełniamy mnóstwo błędów. Sądzimy, że kochanek czy kochan­ka chcą nas osaczyć, tymczasem prawda jest inna: to pragnienie zespo­lenia się z drugim człowiekiem w ten jedyny, szczególny sposób powo­duje, że szkielet łapie się na haczyk i nie może się od nas oderwać. Kiedy rodzi się miłość, siły Życia-Śmierci-Życia wypływają na powierzchnię. Zawsze. (…) Faza ucieczki i ukrywania się w miłości to czas, kiedy kochankowie próbują racjonalizować lęk przed cyklami miłości, cyklami Życia–Smierci-Życia. Mówią: „Będzie mi lepiej z kimś innym”, „Nie chcę porzucać tego czy tamtego”, „Nie chcę zmieniać niczego w moim życiu”, „Nie chcę patrzeć na rany, ani swoje, ani innych”, „Jeszcze nie jestem gotowa”, „Nie chcę się zmieniać, dopóki szczegółowo się nie dowiem, w kogo się zmienię”. Tak naprawdę nie uciekamy przed naszym kochankiem/kochanką tylko przed Zmianą i naszym lękiem przed nim. Psychologia rozpoznaje to jako lęk przed bliskością, lęk przed zaangażowaniem. Ale to tylko symptomy. Głęboko u ich podłoża leży niedo­wierzanie i nieufność. Ci, którzy wiecznie uciekają, boją się tak napra­wdę żyć według cykli dzikiej, integralnej natury. Śmierć goni mężczyznę po wodzie, przez granicę między nieświadomością a pewnym gruntem świadomego umysłu. Świadomość zdaje już sobie sprawę, co złowiła, i rozpaczliwie próbuje przed tym umknąć. W życiu stale tak robimy. Coś straszliwego podnosi głowę. Nie dostrze­gamy tego i ciągniemy linkę, sądząc, że to wielka zdobycz. Owszem, to prawdziwa gratka, ale zupełnie innego rodzaju, niż się spodziewamy. To skarb, którego — na nasze nieszczęście — nauczono nas się bać. Bierzemy więc nogi za pas albo wyrzucamy łup, albo też staramy się go upiększyć i udawać, że jest czymś innym. Ale to nic nie daje. Musi przyjść chwila, kiedy dopadnie nas pocałunek potwora. To samo zjawisko towarzyszy miłości. Pragniemy tylko piękna, ale kończy się na tym, że stajemy oko w oko z ohydą. Odpychamy upiornego kościotrupa, ale on ciągle wlecze się za nami. Zrywamy się do biegu. On biegnie za nami. To świetny nauczyciel i zawsze twierdziliśmy, że chcemy go mieć. „Nie, to nie ten” — piszczymy przeraźliwie, kiedy się pojawia. Niech przyjdzie ktoś inny. Nic z tego. Właśnie ten nauczyciel należy się każdemu. I jak mówi przysłowie: kiedy uczeń jest gotowy, pojawia się nauczyciel. Gotowa jest dusza, a nie ego, bo ego nigdy nie będzie gotowe. Ego nie koncentruje się na głębi. Ego cieszy się rozrywką i próbuje na siłę ją zatrzymać. Ego boi się, że kiedy zaakceptujemy naturę Życia-Śmierci-Życia, nigdy już nie będziemy szczęśliwe. A czy dotąd rzeczywiście byłyśmy tak doskonale szczęśliwe? Otóż nie. Jednak nierozwinięte ego jest prymitywne, prostoduszne jak nie usocjalizowane dziecko, nieszczególnie zresztą radosne; przypomina dorosłe dziecko, które cały czas poluje na największą kromkę, najwygodniejsze łóżko, najprzystojniejszego faceta. Trzy rzeczy różnią życie wypływające z duszy od życia zdominowanego przez ego. Są to: zdolność wyczuwania i uczenia się nowych rzeczy; wytrwałość w podróżach po wyboistych drogach; cierpliwe uczenie się głębokiej miłości. Ego ma tendencję i talent do unikania nauki. Cierpliwość nie jest jego mocną stroną. Wierność w związku również nie. To nie ego, ta chorągiewka na wietrze, jest źródłem miłości, ale raczej nieoswojona dusza***.

Rybak zaczyna uciekać, a zaplątana w sieć dziewczyna razem z nim. Po drodze chwyta suszone ryby, bo wracają do niej głód i chęć życia. Rybak chroni się w swojej chaciez przekonaniem, że jest bezpieczny, ale nic bardziej błędnego. Dla współczesnych kochanków gra na zwlokę czy zachowanie dystansu jest jak śniegowy domek rybaka, o którym sądzi on, że jest bezpieczny. Czasem ten lęk przed konfrontacją z istotą śmierci ulega wypaczeniu do „wykręcania się”, próby zachowania tylko przyjemnych stron związku, pominięcia Kobiety-Szkieletu. W ten sposób do niczego nie dojdziemy.(…) Wszystkie „nie jestem gotów”, „potrzebuję czasu” to zrozumiałe wymówki, ale nie na długo. To prawda, że nie ma czegoś takiego jak całkowita gotowość i właściwy moment. Przy każdym zstąpieniu w nieświadomość nadchodzi czas, kiedy człowiek, mając nadzieję na najlep­sze, skacze w otchłań. Gdyby tak nie było, nie powstałyby w języku słowa bohater, bohaterka, odwaga. Prędzej czy później trzeba stawić czoła Zmianie, bo odepchnięta Kobieta – Szkielet będzie się niepostrzeżenie wynurzać w najmniej oczekiwanych momentach dopóki nie pojmiemy, że to ona rządzi nami, a nie my nią. Naszym zadaniem zaś jest pobieranie nauk. Jeśli ktoś pragnie kochać, to nie znajdzie innej drogi. Naszym zadaniem jest objęcie jej. Bez zadania, które wystawia na próbę, nie dokona się transformacja. Jeśli nie wypełnimy zadania, to nie przyjdzie poczucie satysfakcji. Niewiele trzeba, by kochać przyjemności. By kochać prawdziwie, trzeba bohatera, który pokona własny strach. Bez wątpienia bardzo wielu ludzi dochodzi do etapu ucieczki i ukrywania się. Niektórzy niestety wciąż się do niego cofają. Wejście do bezpiecznej nory jest zryte do niemożliwości. Ale ci, którzy pragną kochać, naśladują rybaka.

 ROZPLĄTYWANIE SIECI

Tak jak w wielu baśniach tak i w tej pojawia się motyw próby dla bohatera, kiedy muszą dowieść swoich czystych intencji i siły, stając przed mocą większą od nich. W  tym przypadku jest to przezwyciężenie lęku i rosnące współczucie dla Kobiety – Szkieletu. Jeszcze niedawno uciekał przed nią, dysząc ciężko i szlochając. Teraz pragnie jej dotknąć. A ona niejako dotyka jego serca przez samą swoją obecność. Kiedy zrozumiemy osamotnienie natury Życia-Śmierci-Życia w psychice, osamotnienie tej, która nie ze swojej winy ciągle jest odrzucana… wtedy może my też wzruszymy się jej dolą. Podobnie jak w opowieściach, gdzie dobro ukrywa się pod szpetną formą tak tutaj bohater ma za zadanie nie dać się zwieść pozorom. Tak dzieje się w Pięknej i Bestii, tak dzieje się w baśniach, gdzie źle traktowana sierota pomaga czarodziejowi pod postacią podróżnego i zostaje za to wynagrodzona, gdy z każdym jej słowem z ust zaczynają padać drogie kamienie; widząc to macocha każe swojej rodzonej córce również czekać na podróżnego, a kiedy odmawia pomocy czarodziejowi, który tym razem przyjął postać żebraka, z jej ust padają żaby, jaszczurki i padalce. W czasach, kiedy stawia się przede wszystkim na wygląd i urodę, warto pamiętać właśnie o tych opowieściach, które uczą, że trzeba być zawsze otwartym, niezależnie czy ktoś jest piękny czy szpetny, modnie ubrany czy noszący stare i zniszczone rzeczy. Jeśli pokonamy same siebie, by dotknąć tego, co dla nas odrażające, to czeka nas nagroda. Jeśli brzydotę odtrącamy z pogardą, to będziemy wygnani za drzwi, nie osiągniemy pełni życia. (…)Rozplątywanie Kobiety-Szkieletu to symbol zrozumienia tego myślowego błędu i naprawienia jego skutków. Rozplątywanie Kobiety-Szkieletu ma oznaczać zrozumienie, że miłość to nie wyznania w blasku świec i wieczny rozkwit. Rozplatanie Kobiety-Szkieletu daje pewność, że w odradzających się ciemnościach znaleźć można otuchę, a nie strach. Złożenie szkieletu to balsam na zastarzałe rany. To zmiana sposobu patrzenia i życia wyrażająca zdrowie, a nie wyjałowienie duszy. (…)Nie wystarczy samo wyciągnięcie nieświado­mego na powierzchnię, nie wystarczy nawet przypadkowe sprowadze­nie go do domu. Miłość zatrzyma się w rozwoju, jeśli ogarnie nas strach przed szkieletem, jeśli wzbudza on w nas nieustanny wstręt. Rozwikłanie tajemnicy Kobiety-Szkieletu sprawia, że złe zaklęcie przestaje działać — lęk przed pożarciem, wieczną martwotą zaczyna ustępować. W mitologiach bóstwa (zazwyczaj kobiece) związane z nicią były kwintesencjami przeznaczenia, zawsze zawierały w sobie element cierpliwości i uczestnictwa w procesach sił potężniejszych niż człowiek. Czy jest to Ariadna nakazująca Tezeuszowi poruszać się po Labiryncie trzymając się nici, czy są to helleńskie Mojry, rzymskie Parki czy germańskie Norny tkające nici życia, czy to Kobieta – Pająk tworząca cały świat na bazie pajęczej nici w mitologii rdzennych Amerykanów, wszystkie mają dostęp do świata niewidzialnego, skąd pochodzi dusza. One nie poruszają się na poziomie ego, zajmowanie się nicią, tkanie i rozplątywanie wymaga cierpliwości, zagłębienia się w siebie i uważnego spojrzenia. Trzeba krok po kroku przejść proces, który z początku zdaje się potwornie zagmatwany, ale w końcu okazuje się pra­wdziwym, głębokim wzorem odnowy. W baśniach rozwiązanie paska czy opaski, rozsupłanie węzła, rozplatanie czegoś symbolizuje początek rozumienia rzeczy wcześniej niejasnych, ich użycia i zastosowania, tajemnej mądrości maga. (…)Rozplatać oznacza uzyskać dogłębną wiedzę o sobie i innych, umocnić zdolność do przejścia wszystkich etapów, projektów, okresów inkubacji, narodzin i transformacji tak spokojnie i tak dostojnie, jak tylko możemy. Obrazowo rzecz ujmując Aleksander Wielki podszedł do węzła gordyjskiego na poziomie ego: rozciął go zamiast rozplątywać i takie było jego panowanie: pełne chwały, bogactwa i podbojów, ale krótkotrwałe. Po jego śmierci imperium, które stworzył, rozpadło się między skonfliktowanych ze sobą generałów.

untie

Osoba, która zrozumiała czym na poziomie codziennym jest rozplątywanie sieci będzie cierpliwa, będzie potrafiła czekać i nie wystraszy się tego, że rzeczywistość nie pasuje do wizerunku jaki miała wcześniej. To jest ktoś z silnie zakorzenioną psychiką, ktoś komu spełnienie nie uderzy do głowy jak woda sodowa. Nie potrzebuje zdobywania, nie musi mieć od razu wszystkiego, potrafi obserwować bez oceniania i uczyć się. Dobrze jest się oddać codziennym ćwiczeniom medytacyjnym przy rozplątywaniu natury Życia-Śmierci-Życia. Rybak nuci krótką piosneczkę, by ułatwić sobie zadanie. (…) Dzięki temu nie damy się zwieść natarczywym podszeptom z zakąt­ków umysłu, mówiącym: „Jakie to głupie… trzeba brać z życia co najlepsze”. Uczymy się ignorować ten głos i słuchać tego, który brzmi za nim w oddali.

ZASYPIANIE Z UFNOŚCIĄ

Ten fragment opowieści mówi o powrocie do niewinności. Zasypianie obok kogoś to wyraz głębokiego zaufania, bo podczas snu wyłączona jest nasza świadomość i stajemy się bezbronni jak dzieci. Trzeba też pamiętać, że z biologicznego punktu widzenia sen jest nieodzowny dla funkcjonowania. Nie możemy funkcjonować bez odpoczynku, pozbawieni regularnego snu stajemy się rozdrażnieni, zapadamy na choroby, a nasz organizm jest coraz bardziej wycieńczony. Nic dziwnego, że celowe pozbawianie snu w celu wymuszenia jest z punktu widzenia prawa taką samą torturą jak bicie. Sen to pokazanie kim się jest naprawdę, nie udawanie tego kim chciałoby się być. Tak jak fizycznie umysł nie może być non stop pobudzony tak w relacji nie możemy być stale atrakcyjni, pociągający i mówiący zawsze dokładnie tego co druga strona chce usłyszeć. Prędzej czy później będziemy zbyt zmęczeni odgrywaniem takiej roli i zmorzy nas sen, który pokaże nasze prawdziwe oblicze. Sen to także czas odnowy, kiedy regenerują się komórki i tkanki organizmu, podobnie dzieje się w baśni. Na tym etapie związku kochanek powraca do stanu niewinności; stanu, w którym wciąż jeszcze przeraża go żywioł emocji, stanu pełnego życzeń, nadziei, marzeń, oczekiwań. Niewinność to nie to samo co naiwność. W niedostępnej krainie, z której pochodzę, jest powiedzenie: „Prostota to nic nie wiedzieć i zmierzać ku dobremu. Niewinność to wiedzieć wszystko i nadal zmierzać ku dobremu”. (…) W ten stan mądrej niewinności wchodzimy, odrzucając cynizm i asekuranctwo, powtórnie zadziwiając się światem, co jest charakterystyczne dla większości ludzi bardzo młodych i wielu starych. To ćwicze­nie patrzenia oczami ducha przepełnionego mądrością i miłością, a nie wzrokiem zbitego psa, zaszczutego stworzenia czy człowieka zranione­go. Niewinność powraca w czasie snu. Niestety, wielu ludzi, wstając każdego ranka, odrzuca ją razem z kołdrą. A byłoby lepiej zabrać przebudzoną ze sobą i ogrzać.

Taki proces wymaga od nas zdjęcia maski, zburzenia muru obronnego, jakim odgrodziliśmy się od świata, odrzucenia cynizmu i sarkazmu, którymi rozum broni się przed miłością, zdrapywania warstw smutku i bólu jakie bezkarnie narastały w nas latami, dlatego niewielu jest chętnych by się go z własnej woli podjąć. Ale warto to zrobić. Słowem „niewinny” (ang. innocent) często określamy osobę żyjącą w ciemnocie, która nie ma wiedzy, prostaka. Ale w pierwotnym znaczeniu człowiek niewinny to ten, który nie czyni szkód, nie zadaje ran. W języku hiszpańskim inocenteto osoba, która z jednej strony stara się nie krzywdzić innych, z drugiej jest zdolna do uzdrowienia samej siebie. (…)Być niewinnym znaczy umieć rozpoznać naturę rany i wyleczyć ją. Takie potężne moce kryją się za pojęciem niewinności. Niewinność to postawa nie krzywdząca innych, zdolność leczenia, naprawiania, przywracania zdrowia. Zastanówcie się nad tym. To dobrodziejstwo dla wszystkich cykli miłości.

Zadane wcześniej krzywdy są istotną blokadą w dalszej drodze uczuciowej, bo wzmagają nadmierną czujność. Co innego być czujnym, a co innego przesadnie ostrożnym kiedy nie jest to potrzebne. Pamięć o krzywdzie sprawia, że okazuje się obojętność albo przewrażliwienie nawet jeżeli w pierwszym odruchu chciałoby się okazać czułość i troskę. Osoby, które boją się zostać oszukane albo złapane w pułapkę, które wniebogłosy wrzeszczą, że chcą „być wolne”, pozwalają, by złoto przeciekało im przez palce. Szczególnie mężczyźni często mają z tym problem i nawet jeżeli spotykają kobietę, w której z wzajemnością się zakochują, to nie potrafią tego okazać. Czasami nie można dodać odwagi słowami. Czasami ludzie muszą skoczyć głową w dół. W życiu mężczyzny musi nastąpić moment, kiedy zaufa drodze miłości, kiedy bardziej się boi utknięcia na mieliźnie psychiki niż wypłynięcia na szerokie, piękne, lecz nieoznakowane terytorium. Kiedy życie jest zbyt kontrolowane, robi się go coraz mniej do kontrolowania. Czasami człowiek boi się usnąć w obecności drugiego, obawia się powrotu do psychicznej niewinności, lęka się wykorzystania. Tacy ludzie podejrzewają innych o najgorsze i nie ufają sami sobie. To nie brak zaufania do ukochanej osoby. To brak rozliczenia z naturą Życia-Śmierci-Życia. To Śmierci muszą zaufać. Jak we śnie, natura Życia-Śmierci-Życia w najdzikszej postaci jest tak prosta jak łagodny wydech (koniec) i wdech (początek). Trzeba tylko zaufać, że gdzie jeden się kończy, drugi się zaraz zaczyna. Nie ma sensu czekanie na to by będzie się wystarczająco silnym by zacząć ufać. Taki dzień nigdy nie nastąpi. Musimy zaryzykować, że przekonania wpojone przez kulturę na temat Życia-Śmierci-Życia są fałszywe i że rację ma instynkt. By miłość mogła się rozwijać, partnerzy muszą ufać, że cokolwiek się stanie, posłuży przeobrażeniu.

ŁZA WZRUSZENIA

Kiedy na policzku śpiącego rybaka pojawia się łza, Kobieta – Szkielet podchodzi i spija ją. Mężczyźnie, który ma wdrukowany w podświadomość od dzieciństwa model twardego wojownika niełatwo jest płakać, ale dzieje się to z łatwością podczas snu, gdy jest bezbronny jak dziecko. Łzy są słoną wodą tak jak morze, które wyrzuciło Kobietę – Szkielet na powierzchnię, woda jest uniwersalnym symbolem uczuć, a słony smak wskazuje osobę, która przeszła już porażki w życiu uczuciowym. Tak niechybnie, jak kościotrup wypłynął na powierzchnię wody, tak teraz łza, znak uczucia budzącego się w mężczyźnie, wypływa z głębi na powierzchnię. To wskazówka, jak kochać siebie i drugiego człowieka. Obdarty z szat dziennego świata mężczyzna przyciąga szkielet dziewczyny do siebie, by się przy nim położył, by pił z niego i wykarmił się jego najgłębszym uczuciem. Teraz jest zdolny zaspokoić pragnienie drugiego człowieka. (…) Łza śniącego przychodzi, kiedy przyszły kochanek pozwala sobie poczuć i opatrzyć swoją ranę; kiedy pozwala sobie spojrzeć na zniszczenie, które sprowadził na siebie przez utratę wiary w dobroć; kiedy czuje się odcięty od ożywczego cyklu Życia-Śmierci-Życia. Płacze dlatego, że doskwiera mu samotność i bezbrzeżna tęsknota za owym psychicz­nym domem, za pierwotną wiedzą (…) Wszyscy popełniamy błąd, sądząc, że drugi człowiek może być lekarstwem, wzruszeniem, spełnieniem. Dużo czasu upływa, zanim zrozumiemy, że tak nie jest, głównie dlatego, że uzewnętrzniamy własną ranę, zamiast się nią zająć, zadbać o nią w swym wnętrzu. Nasze rany mogą być spowodowane przez rozmaite przyczyny: ciężkie przeżycia z dzieciństwa, zawiedzione zaufanie przez najbliższą osobę, mozolne dążenie do czegoś co nie przyniosło satysfakcji, niespełnienie ważnych zamierzeń, złe decyzje życiowe albo brak decyzji, itd. Problemem dla mężczyzn jest to, że w naszej kulturze nie mają tak naprawdę bezpiecznych sposobów na odreagowanie ich, o ile kobiety mogą wypłakać się czy wygadać koleżankom, to mężczyźni zazwyczaj wpadają w wir rozrywek czy romansów albo w nałogi. Pomóc mogą sobie tylko oni sami, ich zadaniem jest opatrzyć własne obrażenia, nikt inny im w tym nie pomoże. Uśmierzanie bólu za pomocą innych ludzi jest nieskuteczne i prowadzi do jeszcze większego bólu. Kiedy mężczyzna roni łzę, to znaczy, że odnalazł swój ból i czuje go, dotykając rany. Zaczyna widzieć, że z jej powodu otoczył się skorupą ochronną. Widzi, co w życiu stracił i przegapił za jej sprawą. Widzi, jak okaleczył swą miłość do życia, do samego siebie i do innych. (…)Głębokie uczucie tkliwości, które popycha rybaka do rozplatania szkieletu, pozwala mu także odczuć inne zapomniane tęsknoty, wskrzesić współczucie dla samego siebie.(…) Nie boi się pragnąć, bo wierzy, że jego pragnienie się urzeczywistni. Wiara, że pragnienie jego duszy będzie spełnione, przynosi mu wielką ulgę.(…) Łza rybaka przyciąga do niego Kobietę-Szkielet; sprawia, że chce jej się pić, że pragnie zbliżyć się do niego.(…) Łzy nie tylko symbolizują uczucie czy wzruszenie, są także jak soczewki, które odmieniają wzrok, dają inny punkt widzenia.

PÓŹNIEJSZE FAZY MIŁOŚCI

Kiedy mężczyzna jest pogrążony we śnie, Kobieta – Szkielet wyjmuje z niego serce i bije w nie niczym w bęben, instrument używany przez szamanów, by swoim rytmem przywołać duchy przodków i przenosić w odległe miejsca. Jest pięknie zsynchronizowany znaczeniowo z sercem, organem pompującym krew, bez którego nie da się żyć. Oba mają nadludzką moc i biją w określonym rytmie. Serce odmierza puls, a wraz ze śpiewem kobiety odrasta jej ciało. Śpiew ma moc magiczną i siłę tworzenia, w wielu legendach śpiewem wzywa się duchy, leczy ciało i ożywia umarłych, a nawet kreuje świat****. Opowieść zawiera obietnicę — jeśli pozwolisz, by Kobieta-Szkielet stała się bardziej namacalna w twoim życiu, ona w zamian uczyni je bardziej wartościowym, lepszym, obfitszym. Kiedy wyzwolisz ją ze splątanej liny, kiedy rozwiążesz jej zagadkę, zrozumiesz, że jest zarazem nauczycielką i kochanką; zostanie twym sprzymierzeńcem i partnerem.(…) Oddając serce nowemu dziełu stworzenia, nowemu życiu, siłom Życia-Śmierci-Życia, zstępujemy w dziedzinę uczuć. Może to być trudne, zwłaszcza jeśli nosimy w sobie rany zadane przez smutki i rozczarowania. Jednak trzeba tego dokonać, przez bębnienie tchnąć pełnię życia w Kobietę-Szkielet, zbliżyć się do tej, która zawsze była nam bliska.(…) Przez lata obserwowałam to zjawisko u innych, doświadczałam go także na sobie. To niepowtarzalna chwila, kiedy tworzymy coś wartościowego dzięki temu, że ukochany pokłada w nas wiarę, dzięki jego szczerej życzliwości dla naszej pracy, projektów, ważnych spraw. To przedziwne zjawisko nie ogranicza się do kochanków: może się pojawiać dzięki każdemu, kto szczerze obdarza sercem.(…) Słowo pneuma(oddech) ma wspólne etymologiczne korzenie ze słowem psyche— oba odnoszą się do duszy. Jeśli więc w opowieści, legendzie czy micie pojawia się pieśń, to wiemy, że wzywa się bogów, by natchnęli ludzkie sprawy duchem mądrości i mocy. Wiemy, że te siły działają w świecie ducha, że za ich sprawą doskonali się kształt duszy.

 Fizjologia ciała kobiety zbliża ją do natury Życia-Śmierci-Życia. Jeśli kobieta poddaje się instynktowi, to wszelkie idee i impulsy popychające ją do miłości, tworzenia, wiary, pożądania, we właściwym czasie przychodzą, odchodzą, rodzą się na nowo. Można powiedzieć, że kobiety świadomie lub nieświadomie praktykują tę głęboką wiedzę z każdym księżycowym cyklem. (…)Czasem ten, kto ucieka przed naturą Życia-Śmierci-Życia, uparcie się domaga, żeby miłość przynosiła same dobrodziejstwa. Jednak miłość w najpełniejszej swej postaci jest ciągiem następujących po sobie śmier­ci i ponownych narodzin. Wychodzimy z jednej fazy, jednego aspektu miłości, by wkroczyć w kolejny. Namiętność przygasa i powraca. Ból przechodzi i znów się pojawia. Kochać, znaczy wziąć w objęcia i jednocześnie przetrwać wiele końców i wiele początków — wszystkie w jednym związku dwojga osób. Proces ten komplikuje fakt, że odcięta od natury współczesna cywilizacja nie znosi przeobrażeń. (…)Żeby kochać, jeśli już kochać chcemy, bailamos con La Muerte, tańczymy ze Śmiercią. Jest czas bujnych plonów i czas obumierania, są narodziny żywe i martwe, po których znów rodzi się życie. Kochać, znaczy uczyć się tanecznych kroków, bo miłość jest jak taniec. Energia, uczucia, bliskość, samotność, pożądanie i znużenie, wszyst­ko wznosi się i opada, cykle zaś splatają się ze sobą. Pragnienie bliskości, pragnienie samotności, wszystko przychodzi i odchodzi falami. Natura Życia-Śmierci-Życia uczy nie tylko tańca z nimi i w nich, uczy także, że lekarstwem na każdą dolegliwość jest zawsze jej przeciwieństwo; aktywność jest lekarstwem na nudę, czyjaś bliskość — lekarstwem na samo­tność, samotność znów — lekarstwem na poczucie osaczenia przez ludzi. Kto nie zna kroków tego tańca, ten lubi w okresach bezruchu zaspokajać potrzebę nowości i aktywności, szastając pieniędzmi, igrając z niebezpieczeństwem, podejmując bezmyślne decyzje, szukając nowego kochanka. Tak robią głupcy. Tak robią te, które nic nie wiedzą. (…) Początkowo wszystkim nam się zdaje, że możemy uciec przed aspektem śmierci w naturze Życia-Śmierci-Życia. To tylko złudzenia. Nie można uciec; Śmierć idzie tuż za nami, z klekotem nagich kości, stuk, stuk — wchodzi do naszych domów, do naszej świadomości. Jeśli nie w inny sposób, to poznajemy tę ciemną stronę życia, konstatując, że świat nie jest tak piękny i sprawiedliwy, jak się nam zdawało, że pogrzebałyśmy szansę, nie wykorzystałyśmy możliwości, że prawa Życia-Śmierci-Życia mają nas w swojej mocy, czy tego chcemy, czy nie. (…)Z opowieści wynika, że Śmierć stawia Miłości wymagania. Wymaga łzy — uczucia — i serca. Wymaga, żeby ją kochać. Natura Życia-Śmierci-Życia domaga się od kochanków, żeby spojrzeli w twarz jej prawom z prostotą, żeby nie mdleli na jej widok i nie robili uników, żeby ich wzajemne przywiązanie było czymś więcej niż „byciem razem”, żeby ich miłość opierała się na wspólnej wiedzy i sile; wymaga wyjścia jej na spotkanie, kochania jej i tańczenia z nią.

 * W starożytności Wenus była widoczna jest tylko przez około trzy godziny przed wschodem Słońca (i wówczas nazywana była Gwiazdą Poranną/Jutrzenką) i około trzy godziny po zachodzie Słońca (a wtedy była Gwiazdą Wieczorną).

** Pamiętam swoją pracę z kursu pedagogicznego, gdzie była mowa o celach głównych i celach operacyjnych. Cele główne osiąga się poprzez cele operacyjne, ale cele operacyjne same w sobie nie są istotne o ile nie towarzyszy im cel główny.

*** Co przypomina sposób, w który Daniel Goleman opisuje inteligencję emocjonalną: ‘Upierałbym się przy twierdzeniu, że wspomniane różnice są spowodowane poziomem zdolności określanych tutaj mianem inteligencji emocjonalnej – do których należą: samokontrola, zapał, wytrwałość i zdolność motywacji. A umiejętności tych, jak się przekonamy, można dzieci nauczyć, dając im tym samym większą szansę wykorzystania potencjału intelektualnego wygranego na loterii genetycznej.’

**** W Silmarillionie J.R.R. Tolkiena Eru Iluvatar tworzy świat za pomocą muzyki: Na początku był Eru, Jedyny, którego na obszarze Ardy nazy­wają Iluvatarem; On to powołał do życia Ainurów, Istoty Święte, zrodzone z Jego myśli. Ci byli z Nim wcześniej, niż po­wstało wszystko inne. Rozmawiał z nimi i poddawał im tematy muzyczne. Ainurowie zaś śpiewali dla Niego i On radował się tą muzyką (…) – Chcę, abyście z tego tematu, który wam objawiłem, roz­winęli harmonijną Wielką Muzykę, a ponieważ natchnąłem was Niezniszczalnym Płomieniem, możecie, jeśli chcecie, wzbogacić temat własnymi myślami i pomysłami. A ja będę słuchał i ra­dował się, że za waszą sprawą wielkie piękno wcieli się w pieśń (…)z przeplatających się i nieustannie zmiennych melodii wzbiły się harmonijne dźwięki i popłynęły poza zasięg słuchu w głę­bie i wysokości, wypełniły przestrzeń, którą zamieszkiwał Iluvatar, przelały się przez jej granicę; Muzyka i echa Muzyki rozległy się w Pustce, aż przestała być pustką.

Odcinek 5: Czerwone Trzewiczki. O udomowieniu, własnoręcznie szytym życiu i pułapkach

biegnaca z wilkami czerwone trzewiczki

CZERWONE TRZEWICZKI*

 Była sobie raz biedna sierotka, która nie miała butów. Gdzie się tylko dało, zbierała gałganki i w końcu uszyła sobie parę czerwonych trzewiczków. Były toporne i niezgrabne, ale kochała je nade wszystko, bo dzięki nim czuła się jak bogata dama, chociaż całymi dniami aż do zmroku musiała chodzić po ciernistym lesie, żeby znaleźć coś do zjedzenia.

Pewnego dnia, kiedy znużona szła drogą w podartym ubraniu i swoich czerwonych trzewiczkach, zatrzymał się przy niej pozłacany powóz. W środku siedziała stara kobieta. Powiedziała dziewczynce, że zabierze ją ze sobą do domu i będzie traktować jak własną córkę. Pojechały więc do domu starej pani. Tam dziewczynce umyto i uczesano włosy, dostała też śnieżnobiałą bieliznę, piękną wełnianą sukienkę, białe pończochy i błyszczące czarne buciki. A kiedy dopytywała się o swoje stare ubranie i czerwone trzewiczki, stara pani rzekła, że ubranie było tak brudne, a buty tak dziwaczne, że wrzuciła je do ognia i spaliła na popiół.

Dziewczynka posmutniała, bo wszystkie otaczające ją bogactwa nie mogły się równać ze skromnymi bucikami, które uszyła własnoręcznie — one były jej największym szczęściem. Teraz kazano jej cały czas być grzeczną, chodzić dostojnie, nie podskakiwać i nie odzywać się bez pytania. W jej serduszku zapłonął ukryty ogień i wciąż ponad wszystko tęskniła za swoimi czerwonymi butkami.

Kiedy dziecko dorosło do konfirmacji, która miała się odbyć w Dzień Młodzianków, stara pani zabrała ją do kulawego szewca, żeby jej sprawić specjalną parę butów na tę okazję. U szewca w oszklonej szafie dziewczynka zobaczyła czerwone trzewiki uszyte z najdelikatniejszej skórki, tak piękne, że wręcz blask od nich bił. I chociaż to gorszące zakładać czerwone buty do kościoła, dziewczynka, idąc za głosem zgłodniałego serca, wybrała właśnie czerwone. Stara pani miała już oczy tak słabe, że nie widziała, jakiego koloru są buty, i zapłaciła za nie. Szewc mrugnął do dziewczynki porozumiewawczo i zapakował trzewiki.

Nazajutrz ludzie w kościele z oburzeniem patrzyli na buty dziewczynki. Czerwone trzewiczki świeciły jak nawoskowane jabłka, jak serduszka w kartach, jak czerwone śliwki. Wszyscy w napięciu wpatry­wali się w jej stopy, nawet święte obrazy na ścianach, nawet posągi spoglądały karcąco na czerwone buciki. Ale dziewczynka tym bardziej je lubiła. Kiedy biskup zaintonował pieśń, chór zawtórował i zagrzmiały organy, dziewczynka myślała tylko o tym, jak piękne są jej buciki.

Pod wieczór stara pani dowiedziała się od ludzi, że jej wychowanka poszła do kościoła w czerwonych trzewikach.

—        Nigdy, nigdy ich już nie zakładaj! — ostrzegła.

Ale w następną niedzielę dziewczynka nie mogła się powstrzymać i znowu włożyła czerwone buty zamiast czarnych i poszła ze swą opiekunką do kościoła.

W drzwiach kościoła stał stary żołnierz z ręką na temblaku. Miał krótką kurtkę i rudą brodę. Pochylił się i zapytał dziewczynkę, czy pozwoli sobie obetrzeć kurz z bucików. Mała wysunęła stopkę, a żołnierz przetarł jej podeszwy, nucąc skoczną piosenkę, aż stopy ją zaswędziały.

—        Trzymajcie się dobrze w tańcu! — uśmiechnął się i mrugnął do niej.

W kościele znów wszyscy patrzyli pytająco na czerwone buciki dziewczynki. Ale ona była nimi zachwycona — były tak jasne jak maliny Jak owoce granatu — nie mogła myśleć o niczym innym. Ledwie słuchała nabożeństwa. Tak była zajęta obracaniem ich na wszystkie strony i podziwianiem, że zapomniała nawet śpiewać.

Kiedy ze starą panią wychodziły z kościoła, kaleki żołnierz zawołał:

—        Jakie piękne balowe pantofelki!

Na te słowa dziewczynka zakręciła się w kółko. Ale kiedy jej stopy raz zaczęły się poruszać, nie chciały się już zatrzymać i zaczęła tańczyć po klombach z kwiatami, minęła kościół i dalej tańczyła, jakby zupełnie nie mogła nad sobą zapanować. Tańczyła gawota, potem czardasza, potem walca, po drodze, po polach.

Stangret starej pani zeskoczył z ławki i pobiegł za dziewczynką, złapał ją i zaniósł do powozu, ale nóżki dziewczynki w czerwonych bucikach ciągle tańczyły w powietrzu, tak jakby nadal dotykały ziemi. Stara pani i stangret ciągnęli i szarpali za trzewiczki, próbując je zdjąć. Co to był za widok — przekrzywione kapelusze, wierzgające w powietrzu nogi. Wreszcie jakoś je poskromiono.

W domu stara pani schowała czerwone buciki na najwyższą półkę i zakazała dziewczynce ich dotykać. Ale ona w żaden sposób nie mogła się powstrzymać od tęsknego spoglądania w górę. Dla niej była to ciągle najpiękniejsza rzecz pod słońcem.

Niedługo potem opatrzność zrządziła, że stara kobieta ciężko zachorowała; leżała przykuta do łóżka, a kiedy tylko doktorzy wyszli od niej, dziewczynka zakradła się do pokoju, gdzie schowano czerwone trzewiczki. Patrzyła na nie, stojące wysoko na półce. Wpatrywała się z takim natężeniem, że omal nie pochłonęła ich wzrokiem, i w końcu poczuła tak straszną pokusę, że wspięła się na półkę, zdjęła je i obuła, czując, że nie robi nic złego. Ale kiedy tylko buciki objęły jej pięty i palce, opanowała ją chęć tańczenia.

W tańcu wybiegła z domu, po schodach, najpierw gawotem, potem czardaszem, potem zamaszystym walcem, na przemian. Była w takiej ekstazie, że nie zdawała sobie sprawy, iż dzieje się coś niedobrego. Ale kiedy chciała tańczyć w lewo, buciki tańczyły w prawo. Kiedy chciała tańczyć w kółko, buciki prowadziły ją prosto, zupełnie jakby to one miały nad nią władzę. Zaniosły ją na drogę, przez błotniste pola, w ciemny ponury las.

A tam pod drzewem stał ten sam stary rudobrody żołnierz z ręką na temblaku i w krótkiej kurtce.

—        Oho — powiedział — jakie piękne balowe pantofelki.
Przerażona dziewczynka chciała zerwać buciki z nóg, ale im mocniej szarpała, tym mocniej się trzymały. Podskakując na jednej nodze, potem na drugiej, próbowała je zdjąć, ale jedna stopa na ziemi nie przestawała tańczyć, a stopa, którą trzymała w dłoni, też tańczyła.

I tak dziewczynka tańczyła, tańczyła i tańczyła bez końca. Przez najwyższe wzgórza i doliny, w deszczu, śniegu i słońcu. Tańczyła w ciemną noc, o wschodzie słońca i w południe. Ale nie był to radosny taniec. To był szalony, koszmarny pląs; nie było już dla niej wytchnienia.

Tańcząc, zawędrowała na przykościelny cmentarz. Tam wyszedł jej na spotkanie upiór i nie pozwolił wejść. Duch przemówił do niej w te słowa:

—        Masz tańczyć! Będziesz tańczyć, aż sama staniesz się jak zjawa, blada i zimna, aż skóra uschnie na tobie jak na szkielecie, aż nie zostanie z ciebie nic, tylko tańczące wnętrzności; będziesz tańczyła od drzwi do drzwi po wszystkich wioskach, w każde drzwi zapukasz trzy razy, a ludzie, kiedy cię zobaczą, będą się ciebie lękać. Tańczcie, czerwone trzewiki, tańcz i ty z nimi.

Dziewczynka błagała o litość, ale czerwone buciki uniosły ją za bramę cmentarza i dalej, przez krzaki dzikich róż, przez strumienie, przez żywopłoty, dalej i dalej, aż ciągle tańcząc, dotarła do swego starego domu pełnego żałobników. Stara pani, która ją wzięła pod swój dach, umarła. Mimo to dziewczynka dalej tańczyła i tańczyła, bo nie mogła już inaczej. Wyczer­pana i przerażona dotarła do domku pod lasem, gdzie mieszkał miejski kat. A topór wiszący na ścianie zaczął drżeć, gdy poczuł, że się zbliża.

— Kacie, kacie, wyjdź — prosiła dziewczynka, tańcząc przed jego drzwiami. — Rozetnij me buty, uwolnij mnie od przeklętego losu! — I kat toporem przeciął paski butów. Ale trzewiki dalej trzymały się stóp. Krzyknęła więc, że jej życie jest nic nie warte i żeby odrąbał jej stopy. Tak też uczynił. A czerwone trzewiki z nóżkami w środku dalej tańczyły przez pola, aż zniknęły za wzgórzem. Dziewczynka została biedną kaleką, która musiała zarabiać na życie, służąc innym, ale już nigdy, nigdy więcej nie chciała mieć czerwonych bucików.

————————————-

 Tak jak już była o tym mowa we wcześniejszych postach, pierwotna natura ludzi i zwierząt jest bardzo podobna, jednak człowiek tak bardzo rozbudował kulturę, że dominuje ona nad naturą. Jeżeli zwierzę rodzi się w gospodarstwie, to jest od razu udomawiane, podporządkowuje się regułom i pozwala by narzucono mu odgórnie funkcję jaką ma spełniać. Nie jest samowystarczalne, to gospodarz zapewnia mu przetrwanie. Jeżeli dzikie zwierzę zabłąka się do gospodarstwa i zostanie udomowione, to nadal może jeszcze powrócić do naturalnego środowiska, bo nadal zna tajniki przetrwania w nim.

 Dusza ludzka nie jest udomowiona z natury. Jest dzikim zwierzęciem. Udomawia się ją, aby spełniała obowiązki jakie narzuca jej społeczeństwo, ale zawsze może wyrwać się z niewoli i powrócić do lasu, gdzie jej miejsce. Co nie znaczy, że jest to proste, łatwe i przyjemne. Przyjmuję, że kobieta udomowiona to osoba, która kiedyś żyła w naturalnym stanie psychiki — to jest w zgodzie z naturą i instynktami — potem na skutek jakiegoś splotu okoliczności popadła w niewolę, a zbyt długie udomowienie zabiło w niej prawidłowe instynkty. Kiedy odzyskuje wolność i może wrócić do swego pierwotnego środowiska, łatwo pada ofiarą wnyków i zatrutej przynęty. Ponieważ jej cykle życiowe i wewnętrzny system ostrzegawczy uległy zaburzeniom, więc życie na wolności, w naturalnym środowisku, staje się dla niej źródłem zagrożenia. Straciwszy czujność i ostrożność, łatwo staje się łupem. Utrata instynktu przebiega według charakterystycznego wzoru. Koniecznie trzeba mu się przyjrzeć bliżej, wręcz wyuczyć na pamięć, że­by ustrzec siebie i swoje córki przed utratą najcenniejszych skarbów. W psychicznych leśnych ostępach czyhają pułapki, potrzaski z zardze­wiałej stali ukryte tuż pod zielenią poszycia. Zastawia je wielki świat. Jesteśmy podatne na różne pokusy: nęcą z pozoru atrakcyjne związki, ludzie, przedsięwzięcia, którym nie potrafimy się oprzeć; lecz za smaczną przynętą często kryje się ostrze, które — kiedy tylko spróbujemy ugryźć kęs — zabija w nas ducha. Udomowione kobiety w każdym wieku — choć szczególnie dotyczy to młodych — czują nieodpartą pokusę, by jakoś sobie wynagrodzić okres długotrwałego głodu i wygnania. Na zgubę naraża je nadmierny, bezmyślny pociąg do pustych ludzi i uciech, które nic nie dają, nie oferują niczego wartościowego, ożywczego, trwałego. Niezależnie od miejsca i epoki na takie kobiety zawsze czekają ciasne klatki, do których zostają zwabione lub wepchnięte siłą.

 Czerwone Trzewiczki opowiadają o sytuacji, kiedy na skutek różnych okoliczności traci się to co sprawiało satysfakcję i radość, i nic nie może tego zastąpić, a substytuty dają chwilową przyjemność, ale ostatecznie okazują się być zgubne. W baśni początkiem niepowodzeń jest utrata własnoręcznie uszytych butów. Dziewczynką nikt się nie opiekuje, ale dzięki temu jest samodzielna i potrafi sobie poradzić z przeciwnościami losu. Nie mam butów? To sobie je zrobię z tego co mam pod ręką! Może nie będą piękne, ale ochronią stopy przed zimnem i kamieniami. A silne i ruchliwe stopy to podstawa, to dzięki nimi pewnie stoimy na ziemi i jesteśmy w stanie się poruszać. Mogę iść gdzie chcę i kiedy chcę. Często spotykany w baśniach biedny, ale obdarzony sprytem bohater to psychologiczny motyw symbolizujący człowieka bogatego duchem, który powoli, stopniowo zdobywa świadomość, dojrzałość i siłę (…) Archetypowy symbolizm buta sięga czasów starożytnych, kiedy to buty były oznaką władzy: panowie je mieli, niewolnicy zaś nie.(…) Moja wersja baśni powstała w zimnych, północnych krajach, w których posiadanie butów jest warunkiem przetrwania. Suche, ciepłe stopy pozwalają przeżyć ostre chłody i wilgoć. Pamiętam, jak ciotka mówiła mi, że kradzież jedynej pary butów w zimie była zbrodnią równą zabójstwu (…)W symbolice archetypów stopy reprezentują mobilność, swobodę i wolność. W tym znaczeniu posiadanie butów do obucia stóp oznacza ugruntowanie we własnych przekonaniach i hart ducha, by kierować się nimi w życiu. Własnoręcznie zrobione buty nie grzeszą urodą, ale gdyby dziewczynka dalej podążała tym tropem, na pewno z czasem nabrałaby wprawy i zaczęła tworzyć rzeczy rzeczywiście piękne. To nic, że buciki są toporne i niezgrabne; we wszyst­kich kulturach, we wszystkich epokach spotykamy bogów-stworzycieli, których dzieło za pierwszym razem było niedoskonałe. Zrobienie sobie butów napawa dziewczynkę radością, a radość jest źródłem motywacji i napędza do dalszego działania. Bez radości na dłuższą metę nie da się żyć. Nic dziwnego, że trzewiczki są czerwone. Czerwień to kolor pasji i oddania oraz poświęcenia. Aby coś osiągnąć trzeba coś poświęcić: czas, energię, czasami chęć bycia lubianym i akceptowanym. Ale czerwień to także kolor upływu krwi, przy miesiączce, porodzie czy poronieniu krew kapie na stopy i wkrótce z dziewczynki będą tak jak krew wypływać talent, samodzielność, pasja i radość życia. Kobieta czuje radość, kiedy przelewa słowa na papier, kiedy po raz pierwszy udaje się jej uderzyć we właściwą nutę, al punto. To niewiarygodne uczucie. Kobieta czuje taką radość, kiedy odkrywa, że jest w ciąży i pragnie mieć dziecko. Czuje ją, kiedy patrzy na szczęście swoich najbliższych. Czuje ją, kiedy osiąga coś, do czego dążyła ze wszystkich sił, coś, na czym jej zależało, coś, co wymagało ryzyka, wysiłku, zaangażowania i skończyło się sukcesem — w pięknym stylu albo i nie — najważniejsze, że tego dokonała, że coś stworzyła, że stoczyła bitwę, doczekała się wielkiej chwili, spełniła się w życiu. To naturalny, instynktowny stan kobiety. Z takiej radości emanuje Dzika Kobieta. Taki stan ducha woła ją po imieniu. Ale w baśni los zrządził, że pewnego dnia drogę do własnoręcznie szytych, prostych czerwonych bucików, drogę do prostych radości ży­cia zagradza pozłacany powóz, wtaczający się bez pardonu w życie dziewczynki.

 PUŁAPKA POZORNIE ŁATWEGO WYBORU

 Ni stąd ni zowąd pojawia się tajemnicza starsza dama, która obiecuje, że zaopiekuje się dziewczynką. Ot tak, po prostu. Nie będzie musiała się już o nic martwić, starsza pani o wszystko zadba. Kuszące, prawda? I samotna, zmęczona ciągłą pracą dziewczynka daje się skusić. Pierwszą pułapką jest pozłacany powóz. Wejście do powozu starej pani przypomina wejście do ozdobnej klatki; niby oferuje życie wygodniejsze i wolne od trosk, ale w ostatecznym efekcie powoduje zniewolenie. Nie dostrzegamy, kiedy brama się zatrzaskuje, bo złoto z początku oślepia. Wyobraźmy sobie, że idziemy drogą swego życia we własnoręcznie uszytych bucikach i ni stąd, ni zowąd nachodzi nas myśl: „Może jest coś lepszego, coś łatwiejszego, coś, co zabiera mniej czasu, energii, wysiłku”. W życiu kobiety takie nastroje nie są rzadkością. W połowie jakiegoś zadania, wysiłku, mamy przeróżne odczucia — i dobre, i złe. Po prostu układamy sobie życie, idąc naprzód, robiąc wszystko, co w naszej mocy. Wkrótce popadamy w zwątpienie, coś w nas powiada: „To za trudne”. Gdzieś tam, na horyzoncie, jawi się coś pozornie pięknego. Ta rzecz wydaje się łatwiejsza, lepsza, bardziej kusząca. Nagle podjeżdża pozła­cany powóz, drzwi się otwierają, opadają małe schodki i wstępujemy do środka. Zwabiono nas w pułapkę. Dałyśmy się skusić. Taka pokusa pojawia się regularnie, czasem codziennie. I często trudno jej się oprzeć. W konsekwencji bierzemy ślub z nieodpowiednim człowiekiem, żeby zapewnić sobie komfort materialny. Porzucamy nowe, ambitne zadania i wracamy do tych łatwiejszych, wałkowanych od dziesięciu lat. Dobry wiersz zostawiamy w brudnopisie, zamiast nadać mu doskonalszą formę. Bo przecież wydaje się, że lepiej jest jeździć pozłacanym powozem niż iść pieszo w swoich koślawych bucikach. Złotym powozem w realnym życiu może być pogoń za rzeczami materialnymi albo rezygnowanie z ambicji i bardziej skomplikowanych zadań na rzecz tych łatwiejszych i płytszych.

PUŁAPKA TROSKLIWOŚCI

 Kolejną pułapką jest starsza pani. Sidła zostają zastawione, kiedy dziewczynka porzuca swoje życie, by z nią zamieszkać. Tam musi być grzeczna i cicha — nie wolno jej głośno mówić o swoich tęsknotach, a tym bardziej dążyć do ich zaspokojenia. W ten sposób twórcza dusza zaczyna głodować (…)W idealnej postaci stara kobieta symbolizuje godność, duchowego przewodnika, mądrość, samowiedzę, ducha tradycji, dobrze określone granice, doświadczenie przyprawione dla równowagi sporą dozą zrzędliwości, rubasznego humoru, bezpośredniości i przekory. Jak wynika z baśni, stara kobieta nie uszlachetnia młodości, którą wzięła pod opiekę, ale starczą postawą niszczy każdy świeży powiew. Zamiast stać się mentorką wychowanki, stara kobieta usiłuje ją zwapnić. Nie jest uosobieniem starego mędrca, ale uparcie wdraża jedynie słuszną wartość, broniąc wszelkich eksperymentów i nowości.

Na czym koncentruje się większość babć? Nie na tym, żeby twoje uczucia były poukładane, a widzenie świata samodzielne. Na tym, żebyś był najedzony/-a.

Obrazek pochodzi ze strony komixxy.pl

(można kliknąć aby powiększyć)

Tak było nie tylko za mojego dzieciństwa, ale na długo zanim się urodziłam, jeśli wierzyć Konstantemu Ildefonsowi Gałczyńskiemu.

(…)Wnuczek:
(za stołem, w pozycji stojącej, do Publiczności): Po co oni podnieśli tę kurtynę? Żeby mnie było widać? Moje cierpienie to nie jest pies na pokaz. A zresztą – niech tak zostanie. Toć mnie i tak nie widzicie. Ponieważ jestem okryty i pogrążony. Okryty wstydem i pogrążony w rozpaczy. Wszystko przez babcię, która mi nie daje spokoju. (przedrzeźnia Babcię) Zbyszku! Zbyszek to niestety ja. Zbyszku, może ci gorąco, rozepnij się. (rozpina marynarkę) Zbyszku, tobie na pewno zimno, zapnij się. (zapina marynarkę na niewłaściwy guzik) Zbyszku, a może tobie jest wyjątkowo zimno, dopnij się. (zapina jeszcze jeden niewłaściwy guzik i spostrzega pomyłkę) No właśnie, a jak mi się od tego rozpinania, zapinania i dopinania pomyli wszystkie dwadzieścia osiem guzików, to babcia mówi: – Zbyszku, jak ty wyglądasz! – W ten sposób całe życie tylko się rozpinam, dopinam i przepinam. (przepina guziki) I od rana do nocy ciągle ta sama audycja:

Zbyszku, przestań w zębie grzebać,
Zbyszku, nie kręć kulek z chleba,
Zbyszku, nie bierz tyle soli,
Zbyszku, zupę jedz powoli,
Zbyszku, nie rusz tego kwiatka,
Zbyszku, wolno, bo się zatkasz,
Zbyszku, ocet cię zabije,
Zbyszku, nie drap się tak w szyję,
Zbyszku, wyjmij dłoń z kieszeni,
Zbyszku, nie kładź się na ziemi,

Zbyszku, zaraz pęknie szklanka,
Zbyszku, nie graj na organkach,
Zbyszku, nie wchodź na ten taras,
Zbyszku, głowę umyj zaraz,
Zbyszku, nie śmiej się tak głośno,
Zbyszku, zapnij się, bo mroźno,
Zbyszku, nie gwiżdż i nie kichaj,
Zbyszku, spodni nie wypychaj,
Zbyszku, co to? popiół w talerz?
Zbyszku, brzytwą się nie skalecz (…)

fragmenty Babci i Wnuczka K.I. Gałczyńskiego

 Wiemy jakie są babcie, a w szczególności polskie babcie: opiekuńcze, troskliwe, zawsze pilnujące by otoczenie było najedzone, a przede wszystkim pilnujące przestrzegania obyczajów. Jeżeli jedziesz do babci to prawdopodobnie dostaniesz wielki obiad z pyszną szarlotką na deser, ale będziesz musiał się odpowiednio zachowywać, być grzecznym, uśmiechniętym i potakującym, uprzejmym jak angielska królowa dla wścibskich sąsiadek zerkających zza płota, a jeżeli nie daj Boże, założyłeś „niewłaściwe” ubranie to babcia nie będzie miała żadnych oporów, żeby je skrytykować i powiedzieć ci jak według niej wyglądasz. No i jeżeli akurat nie jesteś głodny, babcia absolutnie nie przyjmie tego do wiadomości.

Obrazek pochodzi ze strony komixxy.pl (można kliknąć aby powiększyć)

Ten minikomix podaje w zabawny sposób smutną prawdę: nie ma na świecie nikogo, kto jest równie dobry w szantażu emocjonalnym niż kobiety w rodzinie, zwłaszcza babcie i matki. „Przecież robię to dla twojego dobra!”, „Przecież się o ciebie troszczę!”, „Wiem co jest dla ciebie dobre!”. Więc jeżeli tego nie chcesz to jesteś niewdzięczny, nieczuły etc. Nasze babcie i mamy żyły w czasach wielkiej opresji dla duszy, marzeń oraz ambicji kobiet i to je ukształtowało. Mimo że teraz mają możliwości rozwinięcia skrzydeł, to są zbyt udomowione aby nawet zauważyć, że klatka została otwarta. Co więcej, starają się udomowić to co naturalne i dzikie w młodym pokoleniu będąc święcie przekonanymi, że przecież to „dla ich dobra”. Babcie i mamy żyjąc niemal od zawsze w stanie udomowienia przeceniają wartość wspólnoty. Nie wierzą, że można żyć w lesie samodzielnie i przetrwać. Uważają, że trzeba dostosować się do innych. Pozostajemy pod wpływem wielu zbiorowości; zarówno grup, z którymi się utożsamiamy, jak i tych, do których wcale nie należymy. Czy otaczająca nas zbiorowość to środowisko akademickie, religijne, finan­sowe, zawodowe, rodzinne czy jeszcze inne, wszystkie stosują system kar i nagród zarówno wobec swoich członków, jak i wobec osób spo­za grupy. Usiłują kontrolować wszystko bez wyjątku — od myśli po wybór partnera czy pracy. Często poniżają i odstraszają od przedsię­wzięć, które nie są zgodne z ich preferencjami. W baśni stara kobieta jest symbolem rygorystycznego strażnika kolektywnej tradycji, wymuszającego nie kwestionowane status quo: „Bądź grzeczna, nie sprawiaj kłopotów, nie myśl za dużo, nie nabijaj sobie głowy wysokimi ideałami, bądź skromna, nie wychylaj się, naśla­duj innych, bądź miła, zgadzaj się na wszystko, nawet jeśli ci się coś nie podoba, jeśli coś do ciebie nie pasuje, jeśli jest za małe lub za duże i nawet jeśli boli”. Kiedy przyjmujemy taki martwy system wartości, w zatrważającym stopniu zatracamy kontakt z duszą. Niezależnie od afiliacji z daną grupą i jej wpływu na nas, dla dobra duszy musimy zrobić wszystko, by nie identyfikować się bez reszty ze zbiorowością, ale zaznaczać swoją odrębność i kierując się własnym wyborem, przerzucać tylko pomosty do różnych grup. To my zdecydujemy, które mosty będą mocne i często używane, a które zostaną słabymi kładkami, po których nikt nie chodzi. I zapewne będziemy faworyzować te zbiorowości, które najbardziej sprzyjają naszej duszy i twórczym ambicjom w życiu. (…)Życie nie będzie twórcze, jeśli usiądzie się grzecznie w kąciku. Uległość i posłuszeństwo w mowie, myśli czy działaniu pozbawia soków twórczych. Każda grupa, społeczeństwo, instytucja czy organizacja, która zachęca kobiety do pogardzania oryginalnością, do podejrzliwości wobec rzeczy nowych i niezwykłych, do unikania żaru, żywości, innowacji, do bezosobowości, zmierza do stworzenia społeczeństwa martwych kobiet**.

 SPALENIE SKARBU

 Trzecim błędem jaki popełnia dziewczynka jest niedopilnowanie czy też przyzwolenie na spalenie jej własnoręcznie zrobionych trzewików. Starsza pani w jej dziele widzi tylko śmieci i pali je, a dziewczynka robi się jeszcze bardziej smutna i cicha. Podobnie dzieje się z kobietami, pod wpływem krytyki czy chwilowego zwątpienia porzucają swoje pasje i zainteresowania i dają się wtłoczyć w zbyt ciasne ramy. Wówczas życie kobiety traci kolory, bo jest już tylko hambre del alma (hiszp. „głód duszy” – przyp. A.L.)— wygłodzona, nienasycona dusza. Pragnie ona tylko jednego — powrotu głębszego sensu życia. Pragnie tylko własnoręcznie szytych czerwonych bucików. Spontaniczna radość, jaką symbolizują, mogła spłonąć w ogniu rezygnacji, w ogniu niedoceniania i lekceważenia własnej pracy. Mogła też spłonąć w ogniu ciszy, jaką same sobie narzucamy. Zbyt wiele kobiet składa straszliwe przysięgi na wiele lat przedtem, zanim zdążą się czegoś nauczyć. W młodości zabrakło im przyjaznej atmosfery i wsparcia, więc zniechęcone i zrezygnowane odkładają pióra, połykają słowa cisnące się na usta, przestają śpiewać, zwijają płótna i przysięgają nigdy ich więcej nie dotknąć. Kobieta w takim stanie wchodzi nieodwracalnie do pieca razem ze swym ręcznie szytym ży­ciem. Życie obraca się w popioły. Żywa kobieta obumiera w ogniu nienawiści do samej siebie, bo kompleksy gryzą dotkliwie i przynajmniej przez jakiś czas skutecznie odstraszają od życia lub satysfakcjonującej pracy. Mijają lata, a kobieta nie idzie naprzód, nie uczy się, nie dowiaduje niczego, niczego nie osiąga, nie podejmuje wyzwań, nie staje się kimś.

 Oczywiście, najlepszym i najzdrowszym rozwiązaniem byłoby po prostu opuszczenie domu, w którym zamiast się rozwijać, dziewczynka więdnie. Jeśli nie uciekamy, mając po temu wszelkie powody, to popada­my w depresję. To kolejna pułapka. Stałe dopasowywanie się do cudzych reguł stępia instynkty pchające nas do spontaniczności, radości, wchodzenia w związki, stawiania sobie celów, pokonywania przeszkód i ciekawości tego co nowe. Kiedy mówię o nadmiernym udomowieniu jako niewoli, nie mam na myśli socjalizacji — procesu, w którym dzieci uczą się mniej więcej właściwych zachowań społecznych. Rozwój społeczny jest sprawą niezwykle doniosłą. Bez niego nie można sobie radzić w świecie. Jednak nadmierne oswojenie jest jak żądanie, by życiodajna krew przestała krążyć. W prawidłowym, zdrowym stanie dzika jaźń nie jest potulna ani otępiała. Jest czujna i reaguje na każdy ruch, na działanie każdej siły. Nie jest skazana na powtarzanie tego samego wzorca w każdej sytuacji. Ma twórczy wybór. Kobieta z uszkodzonym instynktem wyboru nie ma. Jest unieruchomiona.

 Wsiadając do złotego powozu i przenosząc się do domu staruszki przejmujemy jej zachowania i sposób bycia. To ona jest gospodynią, a nie my. Zostajemy udomowione i musimy się dopasować. Zatracamy naturalne instynkty, ale nasza dzika natura wierzga, krzyczy i domaga się zauważenia. Potrzebuje czegoś co pobudzi ją do życia, wyrwie z marazmu i sprawi, że przejdą ciarki, tyle że przestaje rozróżniać między tym co wartościowe i zdrowe, a tym, co puste i niszczące. Tak jak wygłodzony człowiek zje wszystko co mu się trafi, czy będzie to pyszna, pachnąca ziołami i dobrze przyprawiona paella, czy ociekający tłuszczem hamburger i frytki przesiąknięte wonią oleju drugiej świeżości. Wkrótce, kiedy znów znajdzie się na wolności — już bez wrodzonego zmysłu, niezdolna do dostrzeżenia niebezpie­czeństw, porwą ją w tan diaboliczne czerwone trzewiczki.

 SZALEŃSTWO ZWIERZĘCIA WYPUSZCZONEGO Z KLATKI

 Wilki w normalnych warunkach nie są krwiożercze. Zabijają tyle ile trzeba, aby przeżyć. Jednak jeżeli głodują podczas zimy, to gdy tylko topnieją śniegi, zaczynają polować bez opamiętania, w sposób zupełnie nieracjonalny, nie dają rady zjeść wszystkiego, nie robią zapasów, porzucają złowioną zwierzynę. Z podobnym zjawiskiem spotyka­my się, kiedy kobieta doświadczyła psychicznej niewoli i głodu. Nagła wolność odurza — można iść, dokąd się chce, robić, co się chce, żyć, jak się chce, zaczyna się szamotanina i utrata wszelkich hamulców — co się uważa za usprawiedliwione. Dziewczynka w baśni także czuje się usprawiedliwiona, kiedy za wszelką cenę chce zdobyć czerwone trzewiczki. Głód powoduje utratę rozsądku. Po doświadczeniu utraty wolności, mamy już w podświadomości kod „bierz ile możesz od razu, bo nie wiadomo jak długo będziesz w stanie się tym cieszyć”. Jeśli kobiecie każe się być dystyngowaną damą siedzącą z równo złączonymi kolanami, jeśli wychowano ją tak, że mdleje, słysząc dosadniejsze słowo, jeśli nigdy nie piła nic poza pasteryzowa­nym mlekiem… to trzeba uważać, kiedy się urwie ze sznurka. Nagle przestają jej wystarczać likiery owocowe, zaczyna upijać się na umór jak stary marynarz, a od jej przekleństw więdną uszy. Głód minął, ale pozostała obawa, że kiedyś znowu dostanie się do niewoli. Chce więc zakosztować wszystkiego, póki może. (…)Jeśli kobieta przez dłuższy czas musiała funkcjonować wbrew naturalnym cyklom, zaprze­czać swym twórczym potrzebom, to dostaje obsesji na punkcie alkoholu, narkotyków, złości, życia duchowego, przemocy wobec innych, roz­wiązłości, ciąż, studiów, twórczości, władzy, wykształcenia, porządku, sprawności fizycznej, objadania się chipsami, by wymienić najbardziej typowe nałogi. W ten sposób kobiety kompensują sobie utratę regularnych cykli wyrażania siebie, wyrażania swej duszy, samorealizacji. Wiele utalentowanych kobiet wpadło w pułapkę najpierw próby przystosowania się, a potem złych wyborów, nałogów, depresji i niemożności zatrzymania się: Janis Joplin, Marylin Monroe, Judy Garland, Edith Piaf, Sylvia Plath, Amy Winehouse by wymienić tylko te najsłynniejsze. To nie talent doprowadził je do śmierci. Sprawiły to pułapki, których mogły ominąć gdyby ich instynkt nie został okaleczony.

 W baśni dziewczynka przystępuje do uroczystości kościelnej i z tej okazji ma otrzymać nowe buty. Starsza pani niedowidzi i niechcący pozwala dziewczynce przemycić błyszczące czerwone trzewiczki. Oto potwierdzenie, że skostniały, pedantyczny system wartości sam w sobie pozbawiony jest zdolności wyraźnego widzenia, wrażliwości na to, co się dzieje wokół. Kiedy coś czego bardzo pragniemy długo spychamy do nieświadomości, to daje to tak sam efekt jakbyśmy w naczyniu do gotowania pod ciśnieniem nie zostawili żadnego odpowietrznika: prędzej czy później wybuchnie i rozsadzi garnek. Cień zachowuje się analogicznie. Dlatego skąpcy mogą nagle zadziwić wszystkich, ofiarowując miliony dolarów na sierociniec. Dlatego osoba zazwyczaj łagodna może wpaść w dziki szał, ciskając wokół siebie gromy. Wybuch to już ostateczność, jeżeli powietrze spuszczać powoli i spokojnie, to można energię odprowadzać w bezpieczny sposób. Eksplozja rujnuje i naczynie, i to co w środku niego, i to co dookoła. Potem następuje coś, co, jak powiadają w moich stronach, przypomina próbę wpakowania dziesięciu funtów mułu w pięciofuntowy wo­rek. Niełatwo ujarzmić to, co po wielkiej detonacji wymknęło się z cie­nia. (…) Kobiety, które nie mogą robić jawnie tego, co sprawia im radość, zaczynają przemycać to w sposób niejawny i prowadzić podwójne, schizofreniczne życie. Jeśli kobieta udaje, że chce wtłoczyć swe życie w małą, zgrabną paczuszkę, to osiąga tylko tyle, że w sferze cienia powstaje olbrzymie ciśnienie życiodajnej energii. Wciąż powtarza, że czuje się świetnie. Widzimy ją w odległym kącie pokoju lub w lustrze i wiemy, że wcale tak nie jest.(…) Jak Hedda Gabler w sztuce Henryka Ibsena, kobieta o nieokiełznanej duszy może, zacisnąwszy zęby, udawać, że żyje zwykłym życiem, ale musi drogo za to zapłacić. Hedda ukradkiem prowadzi gorące, niebezpieczne życie, igrając z byłym kochankiem i Śmiercią. Na zewnątrz udaje, że jest zadowolona, chodząc w czepku i słuchając zrzędzenia stetryczałego męża. Kobieta pozornie może być układna, nawet cynicz­na, ale wewnętrznie krwawi. Albo, śladem Janis Joplin, kobiety próbują podporządkować się panującym zasadom tak długo, jak długo mogą to znieść, a ich twórcza natura, wyniszczona i schorowana przez zepchnięcie w cień, wybucha w gwałtownym buncie przeciw dobrym manierom w sposób nieprzemy­ślany, lekceważący talent i samo życie. (…)Ukradkowe przemycanie życia, ponieważ to prawdziwe nie znajduje przestrzeni do rozwoju, odbija się boleśnie na witalności kobiety. Ko­biety zniewolone i wygłodzone wykradają, co się da: przemycają zaka­zane książki i muzykę, przyjaźnie, seks, religie. Przemycają potajemne myśli, poglądy, sny o rewolucji. Kradną czas, który mają poświęcić rodzinom, mężom, kochankom. Podwójne życie to życie w schizofrenii. Żeby zejść z tej podwójnej drogi, kobieta musi porzucić udawanie. Ukradkowe, przemycane, symulowane życie wewnętrzne nie może się udać.

 STĘPIONY INSTYNKT

 O ile gdy wsiadała do złoconego powozu, dziewczynka miała prawo nie wiedzieć w co się pakuje z racji małego doświadczenia, to przemycenie czerwonych trzewiczków spowodowane jest stępieniem instynktu poprzez mieszkanie w domu staruszki. W ten sposób kobiety oszukują same siebie. Wyrzuciły swój skarb, cokolwiek to było, a potem, jak się da, przemycają namiastki. Piszą? Owszem, ale w sekrecie, nie mają więc znikąd wsparcia, zachęty. (..) Brak powiernika, przewodnika, czegoś podnoszącego na duchu może zabijać. Tak się dzieje z kobietami, które mają poczucie niższości, kompleksy, nieszczęśliwie wyszły za mąż, z różnych przyczyn przerwały edukację itd. Trudno jest przemycać strzępki życia w taki sposób, ale kobiety robią to co dzień. Kiedy okoliczności zmuszają kobietę do wykradania życia, żyje ona na najmniejszych obrotach. Robi wszystko tak, by „oni” tego nie słyszeli, kimkolwiek „oni” są w jej życiu. Na dłuższą metę taki stan ducha prowadzi do wyniszczenia, wpadania w depresję, w choroby psychosomatyczne, do utraty radości, entuzjazmu, indywidualności, a w krańcowych przypadkach również samego życia. Nawet jeżeli kobiecie udaje się przez jakiś czas wpakowywać dziesięć funtów do pięciofuntowego worka, to po pewnym czasie on w końcu nie wytrzyma i pęknie. Każda w dzieciństwie próbowała powstrzymywać oddech. Każda przekonała się, że nie można nie oddychać ani oddychać zbyt płytko, że jakaś siła każe w końcu zrobić głęboki wdech. Otwierałyśmy szeroko usta, by znowu oddychać pełną piersią.

 W kościele dziewczynka wzbudza powszechne oburzenie swoimi bucikami, mieszkańcy natychmiast donoszą o jej „występku” starszej pani, w domyśle sugerując, aby ją ukarała. Staruszka zakazuje dziewczynce używać czerwonych trzewiczków, ale naturalna przekora każe jej w tajemnicy założyć je w następną niedzielę. To jeszcze nie obsesja, to raczej zbiorowość podsyca i wzmacnia jej wewnętrzny głód, żądając kapitulacji przed swymi ciasnymi wartościami. Tu ukazuje się kolejna prawda psychologiczna: im większą presję wywierasz, im bardziej przyciskasz pokrywkę z tym większą mocą wybuchnie para. Można próbować wieść ukryte życie, ale wcześniej czy później superego, negatywny kompleks lub samo społeczeństwo pojawi się na twojej drodze. (…) Niektórzy uważają, że czasy, kiedy tak zwana kobieta niepokorna bywała wyklęta, należą do przeszłości. Jeśli była niepokorna, to znaczy postępowała zgodnie z naturą swej duszy, to mówiło się, że jest „zła” lub że „zbłądziła”. Te czasy nie minęły. Zmienił się tylko typ zachowań, które uznaje się u kobiet za niedozwolone. Kiedy wybuchła wojna w Zatoce Perskiej, kobiety w Arabii Saudyjskiej czując w powietrzu zmiany wsiadły za kierownice samochodów, co było zakazane. Oskarżono je o łamanie prawa, a sądy nakazały ich męskim opiekunom, by dopilnowali aby więcej tego nie robiły. Czy to wyeliminowało ich pragnienia o samodzielnym prowadzeniu samochodu? Nie. Spowodowało tylko, że zeszły do podziemia. Na YouTube można zobaczyć filmy, gdzie kobiety z zasłoniętymi twarzami prowadzą nocą samochody, a na Facebooku założyły stronę Women2Drive . Spontaniczne dziecko płci żeńskiej urodzone w surowej społeczności zazwyczaj prędzej czy później dozna podłości ostracyzmu. Traktuje się ją, jakby nie istniała, jak powietrze. Wspólnota wycofuje swą troskę, miłość, odmawia spełniania innych psychicznych potrzeb. Za takim ostracyzmem leży chęć zmuszenia jej, by się podporządkowała zasa­dom, chęć zabicia w niej ducha, wygnania jej z „przyzwoitej wioski” na zmarnowanie i śmierć na pustkowiu.(…) W związku z tym należy zapytać, jak to się dzieje, że niektóre kobiety czują, że muszą kulić się ze strachu, cofać się, płaszczyć i błagać o życie, które przecież od początku do nich należy. Co każe społeczeństwom stawiać takie wymagania?

 Perfidia kryje się w tym, że przez wieki poprzez brak możliwości wyrażania otwarcie agresji i gniewu, kobiety opanowały sztukę wyrażania ich pośrednio poprzez obmawianie, plotkowanie i donoszenie. Jeżeli inna kobieta ma odwagę mówić wprost, co myśli i postępować zgodnie z własnymi przekonaniami, to staje się łatwym celem dla tych, które nie mają tej śmiałości. Kobiety potrafią być wobec siebie największymi wrogami. Dziewczynka z baśni przyzwala otaczającej ją kulturze wpędzić się w jeszcze większą martwotę; zamiast jednak tchórzliwie uginać się przed rygorystyczną zbiorowością, można zdobyć się na akt odwagi. Nie musi to być czyn poruszający niebo i ziemię. Odwaga to pójście za sercem. Są miliony kobiet, które codziennie dokonują takich aktów odwagi. Jednak nie pojedynczy akt przekształca skostniałą zbio­rowość, a ich systematyczne powtarzanie. Jak kiedyś powiedziała mi młoda buddyjska mniszka: „Kropla drąży kamień”. (…)Kiedy grupa okazuje wrogość naturalnemu życiu kobiety, nie wolno Jej godzić się na pogardę i wyzwiska. Jak brzydkie kaczątko musi trwać i szukać miejsca, do którego należy — przeczekać, przetrwać i twór­czym życiem pokonać tych, którzy ją wyszydzają.

 Problem w tym, że dziewczynka nie robi tego, co Brzydkie Kaczątko, nie ucieka i nie szuka swojego miejsca. Wpatruje się jak zahipnotyzowana w błyszczące, czerwone trzewiczki i nie rozumie zagrożenia, nie podejmuje żadnej konstruktywnej decyzji aby wybrnąć z opresji. Bycie grzeczną, ustępliwą, oddawanie pola napastnikowi, próby pogodzenia się z niezdrową sytuacją sprawia, że stępia się naturalny instynkt prawidłowego reagowania, postrzegania, odpowiadania na zmiany, przeciwstawiania się niesprawiedliwości itd. Próbując być dobrą, posłuszną, ustępliwą w obliczu zewnętrznego lub wewnętrznego zagrożenia w celu ukrycia kryzysu psychicznego lub rzeczywistej sytuacji — kobieta wyrywa swoją duszę z korzeniami. Odcina się od wiedzy, od zdolności działania. Jak dziewczynka w baśni, która nie sprzeciwia się głośno, usiłuje ukryć głód, stwarza pozory, że nie trawi jej wewnętrzny ogień, tak współczesne kobiety cierpią na tę samą chorobę: sytuację nienormalną uznają za chleb powszedni. To zaburzenie szerzy się we wszystkich społeczeństwach. Oswojenie ze stanem nienormalnym ma przede wszystkim jeden skutek: sprawia, że duch, zamiast się zabrać za uzdrawianie sytuacji, popada w letarg, apatię, rozleniwienie i wreszcie, jak stara pani w baśni, w zupełną ślepotę.(…) Staramy się podporządkować, dostosować, uznając nienormalny stan za normę. W rezultacie tracimy zdolność do ucieczki. Tracimy siłę, by prze­mawiać za tymi elementami duszy i życia, które cenimy najbardziej. (…)Kiedy instynkt już nie działa, chlebem powszednim dla istot ludzkich stają się wszelkie zniewagi i napaści, wszelkie akty niesprawiedliwości i zniszczenia skierowane przeciw nim, ich potomstwu, ukochanym, ziemi, a nawet przeciwko ich bogom.

 W latach sześćdziesiątych naukowcy badając mechanizmy instynktu ucieczki przeprowadzili dosyć okrutny experyment i zaobserwowali dające do myślenia zjawisko. Psa umieszczono w klatce, której jedna połowa podłogi była podłączona do prądu. Za każdym razem gdy stawiał na niej łapę, doznawał nieprzyjemnych wstrząsów, dlatego szybko nauczył się trzymać drugiej, bezpiecznej połowy. Kiedy zamieniono połowy, pies przystosował się do odwróconych warunków. Następnie kiedy prąd podłączono na całej powierzchni, ale puszczano w nieregularnych odstępach, tak że niezależnie co zwierzę robiło i gdzie się znajdowało, zostawało porażone prądem.  Z początku pies był zdezorientowany, potem wpadł w panikę, a na końcu poddał się i położył na ziemi, przyjmując obojętnie wstrząsy. A co najstraszniejsze, kiedy drzwi klatki otwarto, pies leżał tam nadal. Nie wybiegł i nie opuścił klatki mimo że mógł. To samo zjawisko występuje u ludzi. Zbyt długie przebywanie w środowisku opresyjnym, gdzie stosuje się przemoc sprawia, że człowiek na nią obojętnieje i nawet kiedy zagrożenie ustaje, nie ma się już sił ani koncentracji, aby wyrwać się z tego kręgu. Naturalny instynkt ucieczki został już uszkodzony. Właśnie takie uznanie przemocy za normę, określane przez badaczy terminem „wyuczona bezradność”, skłania je (kobietyprzyp. A.L.) nie tylko do pozostawania przy mężach alkoholikach, nadmiernie wyzyskujących pracodawcach, w grupach, które je wykorzystują i poniżają, ale także sprawia, że czują się niezdolne do podjęcia jakichkolwiek kroków, by walczyć o swoje przekonania, swoją sztukę, zamiłowania, styl życia, politykę. (…) Świat dzikiej przyrody uczy, by podejmować wyzwania, w miarę jak się pojawiają. Osaczony wilk nie woła bezradnie: „O nie! Tylko nie to!”, ale odskakuje, rwie pazurami, biegnie, chowa się w norze, ryje w ziemi, udaje nieżywego, rzuca się do gardła — robi to, co w danej sytuacji trzeba zrobić. My też nie możemy pozwolić, by otępił nas chaos, upadek, ciężkie czasy. Musimy wreszcie zrozumieć, że wszystko, co więzi kobiecą radość, może nadejść z różnych stron i podstępnie zmieniać postać.

 SZALONY TANIEC

 Przy wyjściu z kościoła na dziewczynkę czeka stary żołnierz, który najwyraźniej ma diabelskie cechy (a w psychice uosabia naturalnego drapieżcę). Rzuca czar na pantofelki, tak że porywają one właścicielkę w niekończący się tan. Uzależnienie wynika nawet nie tyle z tego, że pozwoliła spalić własnoręcznie zrobione pantofelki. W końcu każdy ma prawo do błędów, zwłaszcza jeżeli jest młody i niedoświadczony. Błędem jest to, że nie spróbowała zacząć raz jeszcze, a zamiast tego usiłowała za wszelką cenę zdobyć substytut tego, co zostało jej odebrane, wierząc że to da jej szczęście. Stępiony instynkt nie zadziałał i nie pozwolił na rozróżnienie między grafitem a diamentem. Dziecko spróbowało wszystkiego: podporządkowania się staruszce, buntu, przemycania, „bycia grzeczną”, pozbycia się hamulców i tańca, a potem ponownego narzucenia sobie rygorów. Jednak niespełniona tęsknota za duszą i sensem życia jeszcze raz zmusza je do porwania czerwonych bucików, założenia ich i puszczenia się w ostatni taniec, taniec, który zaprowadzi do spustoszenia. (…)Dziewczynka wiruje przez życie w tańcu, który tak samo jak nałogi nie przynosi spełnienia, nadziei ani szczęścia, lecz ból, strach i skrajne wyczerpanie. Nie ma dla niej spoczynku. W życiu ów taniec to przede wszystkim nałogi, ale także nieudane związki, toxyczne relacje, brak silnej woli, uleganie innym, powtarzanie cały czas tych samych błędów, „nakręcanie się” negatywnymi myślami, wszystko to co nie pozwala nam odczuwać radości i harmonii wewnątrz nas jakiekolwiek by były zewnętrzne okoliczności. W zdrowej konstrukcji psychicznej w sytuacji zagrożenia interweniuje ta jej część, którą w baśniach symbolizuje staruszka, to wiedza i doświadczenie czuwające nad młodziutką, nieświadomą jeszcze zagrożeń dziewczynką. W tym kompensacyjnym uzależnieniu od fałszywej wolności główną rolę gra stara, wysuszona kobieta w psychice. Już od samego początku wzrok jej nie dopisuje. Potem zaczyna chorować. Jest unieruchomiona, zostawia próżnię w naszym wnętrzu. Psychice nadużywającej wolności nie ma kto przemówić do rozsądku. Wreszcie stara kobieta umiera, odchodzi, nie zostawiając po sobie bezpiecznego gruntu. A dziewczynka tańczy. Początkowo przewraca oczami z ekstazy, ale potem, kiedy buty nie dają jej odpocząć, już tylko z przerażenia i zgrozy. W zdrowej, naturalnej psychice tkwią najsilniejsze instynkty przetrwania. Ale jeśli kobieta nie może regularnie korzystać z wewnętrz­nej i zewnętrznej wolności, to czas spędzony w niewoli, uległość i bier­ność stępiają wrodzony dar orientacji, postrzegania sytuacji, pewności siebie i wszystkie cechy, których potrzebuje, by stanąć na własnych nogach. Czasami trudno się zorientować, kiedy tracimy instynkt, ponieważ najczęściej jest to podstępny, niedostrzegalny proces, zachodzący nie z dnia na dzień, ale w ciągu dłuższego okresu. Ponadto utrata bądź zamieranie instynktu często są aprobowane przez otaczającą nas kulturę, a NIERZADKO PRZEZ INNE KOBIETY, KTÓRE JUŻ WYZBYŁY SIĘ INSTYNKTU, BY ZNALEŹĆ AKCEPTACJĘ W SPOŁECZEŃSTWIE NIE ZNAJDUJĄCYM MIEJSCA DLA KOBIET ŻYJĄCYCH W HARMONII Z NATURĄ (podkreślenie. A.L) Uzależnienie to obłąkana Baba-Jaga, która porywa zagubione dzieci i porzuca je pod drzwiami kata.

 Na tym etapie jest już zbyt późno by zatrzymać się i zdjąć buciki, trzeba je odrąbać razem ze stopami. Jak ciężki to proces wiedzą alkoholicy wychodzący z nałogu, nie ma innego wyjścia niż radykalne odcięcie się od alkoholu. Kiedy postanowi się zerwać z nałogiem, nie wolno wypić już ani kropli więcej. Nie można myśleć: „Wypiję tylko kieliszek szampana z okazji ślubu syna” albo „To tylko kieliszek wina do obiadu”. Skoro wcześniej nie zadziałał mechanizm samokontroli, to nie ma żadnej gwarancji, że teraz nagle zadziała. Jednocześnie zrywanie z nałogiem jest bardzo ciężkie, a brak „paliwa” jakim był alkohol czyni ten proces jeszcze cięższym. Podobnie jest z powracaniem do lasu i kierowaniem się z powrotem wskazówkami instynktu. Odcinając się od nałogu samozagłady, czujemy okrutny ból. Nikt nie wie dlaczego. Można by sądzić, że uwięzio­na kobieta poczuje ulgę, przeszedłszy ten próg. Można by sądzić, że w mgnieniu oka poczuje się ocalona. Można by sądzić, że zacznie się cieszyć. Ale nie, ogarnia ją strach, słyszy zgrzytanie zębów i odkrywa, że to ona sama wydaje ten dźwięk. Czuje, że krwawi, choć nie widać krwi. Ale to ten ból, to cierpienie, ten brak stóp i brak domu, do którego można wrócić, są konieczne, żeby zacząć od nowa, od początku, żeby wrócić do życia uszytego własnymi rękami i kunsztownie dopracowywać je co dnia. Wbrew pozorom to że dziewczynka traci stopy nie oznacza, że jest na zawsze okaleczona. Inna opowieść, którą w Biegnącej z Wilkami analizuje dr E Bezręka Dziewczyna opowiada o tym, jak młodziutkiej dziewczynie odrąbane zostają ręce, ale dobrzy ludzie tworzą dla niej protezy ze srebra, a to sprawia, że odrastają jej własne dłonie. Nie mamy wpływu na to, kto powołuje nas na świat. Nie mamy wpływu na to, jak nas wychowano, nie możemy zmusić kultury, żeby w jednej chwili zaczęła nam sprzyjać. Ale jest i dobra wiadomość: nawet okaleczone, udomowione, nawet jeszcze w niewoli możemy odzyskać życie. Trzeba jednak wzmóc czujność, przygotować się na to, że pułapki, w które się już raz wpadło będą nadal czekały na drodze. Żeby utrzymać wewnętrzną radość, czasem będziemy musiały o nią walczyć, będziemy musiały się wzmocnić, wytężyć wszystkie siły i spryt. Żeby przeżyć oblężenie, trzeba długo obchodzić się bez wygód. A wolno nam wyrzec się niemal wszystkiego z wyjątkiem naszej radości — ręcznie uszytych czerwonych bucików.

 Tak jak alkoholicy muszą odciąć się od kumpli, którzy nadal piją tak kobieta, która powraca do lasu nie może oglądać się bez przerwy na gospodarstwo, z którego uciekła i słuchać tego, co mówią jej udomowione zwierzęta. Jeśli pragniemy dokonać czegoś, na czym nam naprawdę zależy, to jedną z najważniejszych rzeczy jest otoczyć się ludźmi, którzy popierają nasz wysiłek. Tak zwani przyjaciele, poranieni tak samo jak my, ale w gruncie rzeczy nie pragnący uzdrowienia, są pułapką i trucizną. (…) Odzyskanie straconego instynktu i uzdrowienie okaleczonego jest zawsze możliwe: instynkt powraca, kiedy kobieta uważnie słucha, patrzy, wczuwa się w otaczający ją świat i postępuje tak, jak robią to inni; skutecznie, wydajnie, z uczuciem. Możność obserwowania innych istot o zdrowym instynkcie jest konieczna do jego odzyskania. Po jakimś czasie słuchanie, patrzenie, działanie łączą się w jeden rytm, który ćwiczymy dopóty, dopóki na nowo nie wejdzie nam w krew.

 Znam kilka pisarek, które mają pewne motto wypisane nad biurkiem. Znam jedną, która nosi je na karteczce w bucie. Pochodzi ono z wiersza Charlesa Simica i jest najważniejszą instrukcją dla nas wszystkich: „Kto nie potrafi wyć, ten nie odnajdzie swego stada”. Jeśli chcesz na powrót wezwać Dziką Kobietę, nie pozwól się złapać. Wyostrz swój instynkt — odskakuj daleko, wyj przeciągle, bierz to, co daje świat, i dowiedz się o nim wszystkiego; niech twoje oczy wyrażają uczucia, niech patrzą, niech widzą wszystko, co można zoba­czyć. Tańcz w czerwonych bucikach, ale tylko w tych, które własno­ręcznie uszyłaś. W ten sposób będziesz żyć pełnią życia.

Teledysk Kate Bush do piosenki zainspirowanej tą baśnią.

 * Baśń ta jest najbardziej znana z wersji Hansa Christiana Andersena, ale ta przytaczana tutaj różni się od niej, dr E cytuje ją jako wersję niemiecko – węgierską, jaką opowiadała jej ciotka Tereza. Po mistrzowsku zawsze zaczynała opowieść od słów: „Przypatrzcie się swoim bucikom i dziękujcie Bogu, że są takie zwyczajne, bo trzeba być w życiu bardzo ostrożnym,  jeśli ma się buty za bardzo czerwone…”

  **Waris Dirie powiedziała w wywiadzie, że podróżowała po świecie, ale w żadnym kraju nie widziała tylu smutnych kobiet co w Polsce.