Tag Archives: gaja

Jung&The Tree of Life

W listopadzie publikuję gościnnie artykuł Eweliny Barszcz na temat wpływu Carla Gustava Junga na film Drzewo Życia Terrence’a Mallicka (informacje o autorce znajdują się pod textem). Wśród wielu źródeł, jakie cytuje są również dr Estes oraz mój blog, co odnotowuję z nieukrywaną przyjemnością.

Jednocześnie chciałabym serdecznie zaprosić do współpracy osoby zainteresowane tematami poruszanymi na blogu, jeżeli ktoś miałby ochotę napisać o tym jak na jego życie wpłynęła Biegnąca z Wilkami, dr Estes czy archetypy i symbolika baśni to proszę o kontakt, chętnie udostępnię łamy.

Pozdrawiam

Anna ‘Lawenda’ Solun

———————————————————————

Jung&The Tree of Life

Reżyser Terrence Malick naprowadza widza, bardzo subtelnie, acz sugestywnie, na trop inspiracji do filmu pt. The Tree of Life. Scenariusz wypełniają chwile z życia przeciętnej rodziny, od momentu poczęcia syna pierworodnego. Ojciec zawsze chciał zostać muzykiem. Ostatecznie nie podążył za swoim marzeniem. Zasiada do organów marki Kohler & Campbell. Jakie to ma znaczenie? Na pierwszy rzut, czytelny jest tylko drugi człon nazwy firmy. Nie chodzi zatem o inżyniera instrumentów, Kohler’a, ani też jego wspólnika Johna Charlesa Campbell, lecz o Josepha Campbell. W książce pt. Bohater o tysiącu twarzy, przedstawił koncepcję wyprawy archetypowego bohatera, który pojawia się w mitologiach całego świata. Amerykański mitograf, znany szczególnie w latach 80. ze swoich programów telewizyjnych, stwierdził, że mity które przetrwały tysiące lat, łączy ta sama, fundamentalna struktura, tj. monomit. Jej nazwa odnosi się do Złotej Gałęzi J. Frazera, który starał się wyjaśnić i zdefiniować, co łączy prawie wszystkie prymitywne religie ze sobą, bądź religiami współczesnymi, o zasięgu globalnym, np. chrześcijaństwem. Na pełny cykl monomitu składają się trzy fazy: odejście, dzielne podjęcie wyzwania; inicjacja, przygoda, droga prób i błędów; oraz powrót, powrót do domu ze zdobytą wiedzą i darem mocy czynienia dobra.

Indywiduacja, podróż w głąb siebie

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, za siedmioma rzekami… Tak zaczynałaby się trywialna bajka. Ale bajek nikt opowiadał nie będzie. Poważny, dorosły człowiek, zorientowany na cel i sukces nie ma czasu na podobne rzeczy. Z biegiem lat, gdy traci wyobraźnię dziecka, gdy przestaje wykraczać poza wymiary logiki, uwikłany w związki przyczynowo-skutkowe, ego zaczyna sugerować mu, że dochodzi, a co gorsza doszedł, do doskonałości (por. film N. Burger pt. Jestem Bogiem). Gdy człowiek oddaje się swoim fantazjom, by odetchnąć od kierowniczego stanowiska, postępuje całkiem logicznie, czyli biologicznie. Ster bezgranicznie oddaje instynktom, czyhającym w cieniu. Działa stosunkowo racjonalnie. W przeciwnym razie mógłby oszaleć od myślenia i z przepracowania. Pozorna to jednak równowaga. By zachować ją, nie można tak po prostu zlekceważyć sfery duchowej. Taka kolej rzeczy implikuje niniejszy baśniowy wstęp – Tu i teraz, w naszej nieświadomości, w bliskości z górami, lasami i rzekami, toczą się historie, których bohaterowie muszą przejść drogę życia, drogę indywiduacji, naznaczoną trzema etapami: odejścia, inicjacji i powrotu. Świadomi są swego przemijania. Ani trawa, ani drzewo, ani człowiek go nie uniknie. Dlatego podejmują podróż w głąb siebie, do jądra ziemi. Pragną znaleźć coś, co jest nieśmiertelne; jakąś siłę, z której wszystko się wywodzi, w której wszystko obecnie trwa i do której wszystko wróci. – W pierwszym etapie indywiduacji człowiek musi przystosować się do wymagań środowiska, które go otacza; określić, czy jego mocną stroną jest myślenie, czucie, percepcja, czy intuicja. W drugim zaś, zaczyna poznawać swoją duszę i innych ludzi, tym samym przygotowuje się do śmierci. Uświadamia sobie własną naturę, rozpoznaje działanie instynktowne, powodowane emocjami, nieuwarunkowane kulturowo. Szukając analogii w wyobrażeniach uniwersalnych, mitycznych, historycznych i kulturowych, rozpoznaje i interpretuje obrazy pierwotne, dziedziczone, wrodzone w psychikę każdego człowieka, które w marzeniach sennych układają się indywidualnie. Przy pierwszym poznaniu człowiek konstatuje – Nie poznaję siebie! To nie byłem ja! – Dzięki tej podróży, może ustalić swoją wewnętrzną i zewnętrzną więź z porządkiem ziemskim i kosmicznym.

Dobro gwarantem pogody ducha

Jak już wiadomo, ci niezwykli bohaterowie to zwykli ludzie. To każdy, kto tęskni za czymś szczególnym, co przyniesie mu spokój, pewność i bezpieczeństwo. W związku z tym rozpoczyna poszukiwania. Tęskni za czymś, bo najgłębsze pokłady psychiki, których na początku wyprawy zupełnie nie jest świadom, przebijają się ze swoją silną energią libido do świadomości. Podpowiadają mu, że coś takiego istnieje, że istnieje w każdym z nas i łączy nas z przodkami, nawet najstarszych cywilizacji. Niespokojne jest serce człowieka – mawiał św. Augustyn – dopóki nie spocznie w Bogu. – Być może sedno tkwi w preparacji serca w miłości, pod warunkiem, że świadomej. Miłość to inicjatorka, która jest w stanie tchnąć życie w kogoś, lub w coś. Motywuje do działania. Inicjuje początek, nie ma zaś końca. Nawet gdy ciało człowieka pójdzie do piachu. Ma na celu rozwój osobowości, stanowi cel wędrówki do doskonałości. Doskonałości nie da się jednak osiągnąć w stu procentach. By tego dokonać, musielibyśmy w pełni poznać treści naszej nieświadomości, a te objawiają się wyłącznie fragmentarycznie, najczęściej w marzeniach sennych. By do niej dążyć, – nie wystarczy wspiąć się na najwyższy z możliwych szczebli rozwoju świadomości. – Twierdził Jung. Świadomość, obejmująca rozwój intelektualny, wiedzę i adekwatne doświadczenie, potrzebna jest po to właśnie, by skonfrontować się z samym sobą, z nieświadomą warstwą ludzkiej duszy, z pierwotnymi instynktami, naturalnymi impulsami, które ukształtowały się na przestrzeni dziejów i nie różnią nas od zwierząt. Bez niej to przedsięwzięcie może być trudne i niebezpieczne. Już w pierwszych scenach filmu głos z offu uprzedza – (…) Siostry zakonne uczyły nas, że istnieją dwie ścieżki przejścia przez życie: ścieżka Natury i ścieżka Łaski. Musisz wybrać, tę którą podążysz. Ścieżka Łaski nie wiedzie do samozadowolenia. Godzi się z upokorzeniem, zapomnieniem, niechęcią. Akceptuje zniewagi i krzywdę. Natura dąży wyłącznie do samozadowolenia. I chce, by zadowalali ją inni. Lubi nad nimi panować tak, aby wszystko było po jej myśli. Znajduje powody do strapienia, kiedy cały świat wokół lśni i zewsząd uśmiecha się miłość. – Przewodnikiem na ścieżce Natury jest rozkapryszone ego. Wola pragnie tylko jednego, przyjemności. Nie liczy się z konsekwencjami. – Świat schodzi na psy. – Stwierdza w pracy najstarszy syn, Jack. – Ludzie są coraz bardziej zachłanni. Chcą cię dostać w swoje ręce. – Z jego myślą koresponduje głos z offu – Tylko kochając, można być szczęśliwym. Jeśli nie będziesz kochał, twoje życie przeminie, nie zauważysz kiedy. Czyń dobro! Zachwycaj się! Nie trać nadziei! – By nie popadać ze skrajności w skrajność, Jezus dał nam przykład. Oprócz boskości miał w sobie człowieka. Uczył człowieczeństwa; dobroci i tolerancji. Miarą naszej dobroci nie jest bowiem to, czego nie robimy, czego sobie odmawiamy, przed czym się bronimy i kogo wyłączamy spośród nas. Miarą dobroci jest to, co osiągamy, tworzymy i do kogo wyciągamy dłoń. Tylko na tej drodze możemy poczuć radość i pogodę ducha (patrz: film L. Hallström pt. Czekolada).

Zrównoważony rozwój

Bohatera, który podjął podróż w głąb własnej duszy, na ekranie Drzewa Życia, grał Sean Penn. – Szczerze mówiąc, wciąż zastanawiam się, co ja tam robię, i jakie miałem zadanie. – Wyznaje w wywiadzie dla francuskiego Le Figaro – (…) Bardziej przejrzysta i konwencjonalna narracja pomogłyby filmowi, moim zdaniem, bez umniejszania jego pięknu. – Do niego właśnie należą sceny końcowe. W filmie jawi się jako najstarszy syn, Jack, w dojrzałym już wieku, w świecie korporacji, drapaczy chmur, zmysłów technicznych, karierowiczów, którzy do uczuć i związków małżeńskich podchodzą jak do eksperymentu. Wyrusza w podróż świata wewnętrznego, podróż wysadzaną archetypami i symbolami, utkaną wspomnieniami i twarzami z dzieciństwa. Okresem jego dojrzewania są lata 50., lata psychoanalizy, osiągającej swoje apogeum na kontynencie amerykańskim. Idealną pożywką owej psychoterapii stały się marzenia senne, czyli obrazy o nietransparentnej narracji. O takiej narracji, jaka towarzyszy całemu filmowi. Nie chodzi tu jednak o podejście Freuda, który sprowadza je wszystkie do stłumionych popędów i walki pokoleń. Podejściem właściwym naszej opowieści jest podejście jungowskie. Ot kość niezgody, która poróżniła obu lekarzy psychiatrii, mentora i ucznia. Zdaniem Junga, żeby wyprzeć pewne treści, muszą one najpierw zaistnieć w świadomości. Na początku jest zatem nieświadomość, skała macierzysta świadomości. Rodzimy się, żyjąc w nieświadomości. Kierują nami wyłącznie instynkty, podobnie jak u zwierząt. Świadomości nabieramy dopiero później, rozwijając przeciwstawne funkcje psychiki – uczucie i myślenie, intuicję i percepcję – jedne mniej, inne bardziej. Idealnie byłoby pracować nad nimi wszystkimi w tym samym stopniu. Wieloletnie kserofity, żyjące na pustyni, silnie redukują wielkość liści, bądź całkowicie z nich rezygnują. Ten zabieg zmniejsza tempo utraty życiodajnej wody. Podobnie należy pielęgnować duszę (gr. psyche). na co dzień absorbuje nas sztuczna inteligencja i fizyka kwantowa, bywa, że nasza inteligencja emocjonalna leży w powijakach. W pewnym momencie, zainteresowania analityczne mogą pochłonąć całą energię. Zapominamy o reszcie świata. Trzeba mieć zatem oczy szeroko otwarte i w odpowiedniej chwili skrócić kolejne szkodliwe zapędy. Podobnie jest w życiu prywatnym. Mądra kobieta – definiuje aktor P. Królikowski – to taka, która wie. Jak nie wie to ma intuicję i o nic nie pyta. – Czasem lepiej nie drążyć, nie analizować, nie szukać wyjaśnień, a pozwolić dojść do głosu sercu, lub intuicji.

Kobieta Wilk a archetyp Wielkiej Matki

Dlaczego dorosły facet, w czarnym garniturze, w tak nieadekwatnym, wizytowym stroju, przemierza pustynię? Chwilami podobnie jak oko kamery za nim, tak on kroczy za tajemniczą kobietą i chłopcem, którym był w dzieciństwie. Wcześniej musi jednak przejść przez kamienną, antyczną futrynę, osadzoną w wolnej przestrzeni, w powietrzu. Dlaczego na diabelsko rudym i ognisto pomarańczowym pustkowiu szuka odpowiedzi na nurtujące go pytania: – Kiedy po raz pierwszy, [nieśmiertelna siło – przyp. E.B], dotknęłaś mego serca? W jakim przebraniu ukazałaś mi się? – Tę tajemnicę skrywa w sobie archetyp Wielkiej Matki. W filmie na mnogość jego znaczeń wskazuje symboliczna kolorystyka sukienek Pani O’Brien. Zgodnie z interpretacją astrologiczną łączy ona w sobie intuicję, spirytualizm, idealizm, iluzje, zagubienie i utratę świadomości. W naszej zbiorowej nieświadomości – zdaniem Junga – tkwi pewna bogini, rodzicielka, obraz natury, wymiar macierzyństwa; matka ochraniająca i żywicielka. W oczach starożytnych Greków, skórę Matki Ziemi, Gai, stanowiły gleba i roślinność, jej piersi tworzyły góry, a łono jaskinie. Obrazy te przeplatają się w Drzewie Życia z sekwencjami, w których pojawia się Sean Penn. Spotykają się z krytyką, zwłaszcza tych widzów, którzy nie dostrzegają związku między głównym wątkiem familijnym a zdjęciami kamery z filmu przyrodniczego. Nadmieniona kobieta jest jednocześnie matką niszczącą, diablicą. Psychoanalityk szkoły jungowskiej, Amerykanka C. P. Estés, w książce Biegnąca z wilkami. Archetyp Dzikiej Kobiety w mitach i legendach, opowiada historię zasłyszaną na obrzeżach Teksasu, o La Lobie, która przywraca umarłych do życia. – (…) W niedostępnym, odludnym miejscu, które każdy w duszy zna, ale które niewielu widziało, żyje stara kobieta. Podobnie jak we wschodnioeuropejskich baśniach wyczekuje, aż jakiś zagubiony w drodze wędrowiec czy poszukiwacz szczęścia zbłądzi pod jej dach. (…) Jedynym zajęciem La Loby jest zbieranie kości. Zbiera i przechowuje szczególnie kości tych istot, którym grozi wymarcie na ziemi. (…) Czołgając się i pełzając na kolanach, przeczesuje montanas (góry) i arroyos (wyschłe koryta rzek) w poszukiwaniu wilczych kości, a kiedy zgromadzi już cały szkielet, (…) siada przy ogniu i duma, jaką zaintonować pieśń. (…) Śpiewa z całych sił, z głębi płuc, aż pustynia drży w posadach, a podczas pieśni wilk otwiera oczy, podskakuje i zaczyna biec kanionem. A w którymś momencie biegu, czy to od wielkiego pędu, czy to od bryzgów wody w rzece, czy to od promienia słońca lub księżyca, który pada wprost na bok zwierza, wilk nagle przemienia się w roześmianą kobietę, która biegnie wolna ku widnokręgowi. – Legenda koresponduje również z projektem Izraelczyka Idan’a Raichel’a pt. Im Telech/ Gdy odejdziesz. Tekściarz uchyla się od periodyzacji. Pisze o tym, co czuje każda kobieta, również współczesna, po stracie swojej miłości. Jednocześnie wideoclip, z jakże uniwersalnymi przeżyciami, przenosi nas w pierwotny świat. Bohaterką jest element rysunku naskalnego. Na naszych oczach ożywa, wyrywa się z kręgu wspólnoty i udaje w podróż, by nabrać sił do walki z tęsknotą za brakującym ogniwem, za mężczyzną. Mądrość i intuicja animy prowadzą dziewczynę ku słońcu, na złote pola, na pustynię. Ona wie, ona czuje, że energii nabierze w bliskości z naturą, szczególnie z ptakami, w których drzemią dusze zmarłych. Gdy przestanie myśleć o potrzebach swojego ciała (larwy, robaka) i skoncentruje się na duszy, jej psyche zintegruje się ze swoją drugą połową i uniesie wysoko ponad ziemią, jak motyl. Jest dzielna i nie traci nadziei. – Na południowym zachodzie Ameryki – pisze Eses – archetyp starej kobiety bywa też uosabiany jako La Que Sabe, Ta, Która Wie. – O kobietach wie wszystko, stworzyła kobietę ze zmarszczki swojej stopy, stopy która wszystko czuje, z części ciała, która styka się z ziemią. Dlatego kobiety posiadają jej mądrość i moc generowania cyklu życiowego. Nieustannie łączą się z nią i odnawiają swój potencjał twórczy, gdy dotykają jej bosymi stopami. – Ta, która na nowo tworzy życie z tego, co już umarło, – kontynuuje Estés – jest zawsze archetypem o dwóch obliczach. Matka Stworzenia jest zarazem Matką Śmierci i odwrotnie (por. utwór LUXTORPEDY pt. Wilki Dwa). Ta dwoista natura, podwójna funkcja, stawia przed nami trudne zadanie zrozumienia, co wokół nas, ponad nami i w nas powinno żyć, a co powinno umrzeć. Naszym zadaniem jest zrozumieć rytm życia i śmierci, i pozwolić umrzeć temu, co musi umrzeć, a żyć temu, co powinno żyć. – Kości to to, co zagubiło się gdzieś w procesie naszej socjalizacji, pod wpływem środowiska w jakim żyjemy, doczesnej cywilizacji z jakiej wyrastamy. W którymś momencie, gdy nasze idee tracą blask i skrzydła, gdy ów płomień przygasa, bo taka jest naturalna kolej rzeczy, dusza zamienia się w pustynię. Pustynia jest punktem wyjścia, jest czymś pierwotnym. Możemy przemierzyć ją dwiema drogami. Sfrustrowani, widząc ze życie umyka nam przez palce, zaczynamy na niej budować, na piasku, prowadząc do autodestrukcji, lub wręcz przeciwnie, w odcieniach pomarańczy, jak pustelnicy, szukamy mądrości. Przebywając ze sobą sam na sam, zbieramy myśli, żeby ułożyć je w sensowną całość. Poddajemy je starannej selekcji. Przycinamy i odrzucamy niepotrzebne pędy, te które wyciągają z nas soki i trwonią naszą energię, te które nas wręcz ograniczają.

Pierwsza z możliwych dróg – sztuczna chemia

Do celu zbliżymy się, obierając wariant pustelnika. Przed nami jest jednak jeszcze druga ścieżka – przeobrażenie homo sapiens sapiens w homo ludens. Pielęgnowanie pustyni zamiast duszy sprawi, że zaczniemy po niej błądzić. Lęki, frustracje, zbyt wysoko postawione poprzeczki skłaniają do poszukiwań transcendentnych wrażeń, do ucieczki w psychodeliczne miasto używek, seksualności, kultu piękna, splendoru, konsumpcji i anonimowości, do wyładowania agresji na innych i rasizmu. Zjeżdżanie pustyni zdezelowanym jeepem, prowadzi do krótkotrwałego oczyszczenia. Najpierw ryje się własne podłoże, po czym doły zalewa się kieliszkiem sfermentowanych winogron, z myślą – Odpłynę! Choć na chwilę! – To intensywna forma życia, lecz krótka – cykl wegetacji jednorocznej rośliny pustynnej, który kończy się wraz z krótkotrwałym okresem opadów deszczu. H. Freudenberger i G. North wyróżnili dwanaście faz wypalenia zawodowego. Od próby udowodnienia czegoś sobie i innym, przez zwątpienie we własny system wartości, pasje i przyjaciół, przez alienację i obojętność, przez bezgraniczne oddawanie się uciechom cielesnym, po rozwiązanie sytuacji samobójstwem. To od nas zależy, na którym etapie powstrzymamy niszczycielski ogień, czy w ogóle go ugasimy, czy wreszcie obudzimy się na pogorzelisku. Burnout. Trend wśród stawianych diagnoz przez psychoterapeutów. Wszystko byłoby na miejscu, gdyby chodziło o trędowatych, o chorobę, która odpycha, z którą trzeba ukrywać się w leprozorium. Choć miejsce to służy izolacji, chory ma szansę odczuć w nim namiastkę wspólnotowego życia, z ludźmi podobnymi sobie. Dzisiejsza moda przyzwala na przyjmowanie papierów o niezdolności do pracy bez skrępowania. Osoby w stanie depresyjnym, zgodnie z zaleceniami lekarza, w celu spoczynku, oddają się na dłużej w ramiona Morfeusza. Paradoksalnie, nieprzeciętnie długi sen nie prowadzi do poprawy stanu zdrowia. W rezultacie pacjenci spędzają w łóżku coraz więcej czasu. Jednocześnie izolują się. Puszczają w niepamięć fakt, że są istotami społecznymi i potrzebują drugiego, choćby po to, żeby poprawić własne samopoczucie. – Człowiek – rzekł Jung – sam dla siebie jest mroczną zagadką. Jeśli chce poznać siebie, potrzebuje innych. – Z czasem syndrom Burnout staje się wytłumaczeniem nie tylko dla chwilowej niedyspozycji oraz wyczerpania, lecz również dla gnuśności i nieporadności, napędzanych przez samego siebie. Pacjent dezaktywizuje i zaniedbuje się. Przestaje pracować nad sobą, nad automotywacją i samozaparciem.

Druga z możliwych dróg – chemia naturalna

Matka Natura na wyczerpanie, depresję i bezsenność znalazła inne rozwiązania. Dr S. Cabot, w książce Świeże soki z warzyw i owoców mogą uratować Twoje życie, podaje recepty na magiczne trunki z wyselekcjonowanych składników. Miksuje selera (źródło Mg; działającego kojąco na system nerwowy), buraki (Mg, Ca, Cr) marchew (Ca, K, Mg i wit. B), sałatę (lactuarium – naturalny środek uspokajający), sos tabasco (w tym: pieprz kajeński, chili – uwalniające endorfiny z mózgu). To zbiór przepisów na codzienną dawkę naturalnego valium i relanium. Czarodziejskie mikstury uzupełniają też braki związków chemicznych w organizmie, które wyzwalają szczęście. By zwiększyć ich produkcję, wystarczy trochę wysiłku, aktywności fizycznej, pośmiać lub zakochać się. Przyroda wyposażyła człowieka w komórki, które regulują napływ opiatów, środków uzależniających jak morfina, heroina lub kodeina, do tkanki nerwowej. Mózg wytwarza własne narkotyki. Reakcje chemiczne po zażyciu morfiny wywołują stany graniczące z seksualnym spełnieniem; spokój, euforię, ekstazę. Czterdzieści lat temu C. Pert dowiodła, że akt miłosny zwiększa poziom endorfin o dwieście procent. Równie dobrze miłość może zabić, jak każde niepohamowane uzależnienie. M. Liebowitz badał chorych z miłości i osoby, które z tego powodu popełniły samobójstwo. Wszystkie odznaczały się zaniżonym stężeniem fenyloetyloaminy (PEA) w mózgu, substancji należącej do grupy amfetamin. W pierwszych latach związku wstajemy i kładziemy się spać na rauszu. Odurzenie przejawia się euforią, bezsennością, uczuciem nieuzasadnionej radości, pewnością siebie, zaburzeniami łaknienia, bądź depresją na przemian z ożywieniem i brakiem koncentracji. To dopiero początek łańcucha reakcji. PEA mobilizuje zwiększoną aktywność noradrenaliny, a ta z kolei dopaminy. Wszystkie razem sprawiają, że obecność ukochanej osoby działa na nas jak odbieranie nagród i wyróżnień. Samotne kobiety nie czują powołania do macierzyństwa, nie odczuwają harmonii i przywiązania, bo ich mózg i jajniki nie wyzwalają oksytocyny. Ten hormon zarówno pomaga skurczami wypchnąć na świat jak i wykarmić dziecko, odpowiada za laktację. Podczas, gdy u kobiety w trakcie seksu ta sama substancja nasila uczucie rozkoszy, mężczyźnie jej nadmiar uniemożliwia wzwód, przemawia do rozsądku – Uspokój się Kowalski! Nie szukaj przygód! Masz już dzieci i kobietę, którą kochasz! – Ewentualnie – Wypadałoby, żebyś ją kochał! – Miłość jest jak skok na bungee, wspinaczka wysokogórska, spływ kajakowy rwącym potokiem, podróż w nieznane, Formuła 1, rugby, walka gladiatorów, hazard, wyścig szczurów, zdrada, innymi słowy, wyzwanie. Noradrenalina. Pochodna adrenaliny podwyższa ciśnienie i poziom glukozy we krwi, przyspiesza bicie serca, zmniejsza apetyt, u kochanków wywołuje uczucie podniecenia i zwiększa wrażliwość na dotyk. Rumieńcami okrutnie zdradza nasze wstydliwe emocje na czyjś widok. Z miłości szalejemy od około osiemnastu miesięcy do czterech lat. Później wkrada się nuda, której nie każdy potrafi lub chce zaradzić. Przy odrobinie chęci i siły woli, można jednak ulec zastrzykowi uśmierzającej morfiny w postaci endorfin, dotychczas tłumionych przez PEA. Poza nudą przyniosą to, do czego każdy prędzej czy później dąży, do czego w końcu dorasta – spokoju, poczucia przywiązania, przyjaźni i harmonii. Obok formowania charakteru przez kształcenie praktycznych umiejętności i intelektualnych zdolności, bardzo ważne jest przebudzenie duchowe. Szczególnie dbał o to centaur Chiron, ucieleśnienie archetypu Zranionego Uzdrowiciela. Jego cierpienie polegało na nieśmiertelności. Umiał leczyć rany innych. Gdy ktoś zadał z kolei jemu ranę, nie potrafił jej zaradzić. Chciał umrzeć, lecz nie mógł. Nie wolno oddzielać uzdrowiciela od chorego. Chory musi wierzyć w swoje wewnętrzne zdrowie i zdolności do samoleczenia. Nie może pokładać nadziei wyłącznie w terapeucie. Podobnie, ktoś genialny, musi uznać swoje braki, by uleczyć własną psychikę.

Drzewo Życia a archetyp Jaźni

Tytułowe drzewo życia to nic innego jak przedstawienie mandali w innej kulturze. Centrum połączonych ze sobą dwóch figur – koła i kwadratu; nieba z ziemią i człowiekiem – stanowi jednocześnie początek i koniec. W ujęciu astrologicznym to świadomość, tożsamość, kreatywność i autoekspresja. Dla Junga tworzy odpowiednik archetypu Jaźni, obrazu doskonałości, pełni, całości i jedności człowieka. Jego zdaniem jaźń jest – (…) wielkością nadrzędnego świadomego ja. Obejmuje nie tylko świadomą, ale i nieświadomą część psyche i dlatego jest jakby osobowością, którą my także jesteśmy. – Celem życia jest powrót do źródła, do tego, co niedostępne i tkwi w nas poza tym, co przeżywamy świadomie; powrót do tego, co w nas pierwotne i dzikie, nieoswojone, niewychowane zgodnie z obecnie panującymi konwencjami. Zintegrowanie duszy wymaga zjednoczenia psychologicznych przeciwieństw, pierwiastka męskiego i żeńskiego (por. film D. Finchera pt. Fight Club). Niekiedy doświadczamy w sobie wręcz tchnienia Boga, w którym scalają się przeciwstawne elementy. Należy pamiętać, że Jung był Szwajcarem wyznania kalwińskiego i nigdy od tej wiary nie odstąpił mimo, że nie pozostawał wobec niej bezkrytyczny.

Afryka – przenikające się światy żywych i umarłych – harmonia

Tak jak Jung patrzył na własną kolebkę religijną krytycznym okiem, tak doktor medycyny, psychiatra C. Żechowski podchodził do teorii Junga z dystansem, dopóty dopóki nie udał się w podróż do Afryki. Zachowując pełen krytycyzm, przyznał przed samym sobą, że przeżył sen na jawie. Nieporównywalne bogactwo kształtów i barw, bujność natury, niezwykle radosne chmary dzieci, formy życia społecznego, jakich na Zachodzie już nie ma, w sąsiedztwie z suszą, głodem i malarią stwarzają iluzję. Racjonalista zapragnął w niej uczestniczyć i rozumieć ją. – Czułem jak na wyschniętą ziemię padają krople deszczu i pojawia się życie. (…) Suche ugory zamieniają się w zielone łąki. Czułem, że uczestniczę w czymś pierwotnym, bardzo prostym, a jednocześnie bogatym i witalnym, w jakimś doświadczeniu wspólnoty wykraczającym poza to, co znałem dotychczas. Było to doświadczenie obecności innych i jakiejś absolutnej, podstawowej równości wobec natury, życia i śmieci. – W takim świecie rezygnacja z emocjonalnej niezależności niesie poczucie bliskości i bezpieczeństwa. Ludzie są zdolni do tworzenia grup i wspólnoty, są odporni na atomizację. To przejaw swoistej inteligencji – emocjonalnej. W swej formie komunikacji przekraczają granice i sztywno ustalone konwencje. Razem stają się silni, zdolni do obrony przed lękiem, który budzi inny, groźny, nieznany, obcy. W pogańskich wierzeniach duchy żyją między ludźmi. W artykule Pogański Rytuał, M. Snowida, czytamy – (…) W szamanizmie uznaje się, że oddziałujące na nas moce istnieją na zewnątrz nas, a nie w naszych ciałach czy umysłach. (…) Siły natury są czymś żywym (rzeki, drzewa, skały, góry, wodospady, ogniska, planety, niebo, doliny, jaskinie itd.). – Duchy mogą być dobre, neutralne, bądź złe, w zależności od tego jak traktujemy środowisko naturalne. Ptaki, owady, inne zwierzęta i rośliny również są właścicielami gruntów, co cywilizacje krajów rozwiniętych zwykle lekceważą. – Kiedy wycięte zostanie ostatnie drzewo, – cytuje autor – ostatnia rzeka zostanie zatruta i zginie ostatnia ryba, odkryjemy, że nie można jeść pieniędzy. W zależności od naszego stosunku do Ziemi – pisze dalej – i istot ją zamieszkujących, miejscowe duchy albo będą nam utrudniały pracę albo wspierały nasz wysiłek. Mogą nam przeszkadzać wywołując choroby, problemy w pracy lub w związku, wpływając na nasze umysły i utrudniając duchową praktykę oraz oddziałując na naszą energię tak abyśmy czuli się zmęczeni, przygnębieni, zdenerwowani lub zmieszani. Z drugiej strony mogą zwiększać nasze siły witalne, chronić nas oraz usuwać zakłócające niesubstancjonalne energie w naszym środowisku, pomagać koncentrować umysł na duchowej praktyce, leczyć oraz tworzyć z nami harmonijny związek. – W seansach spirytystycznych i rytuałach religijnych, np. w Nepalu, można zaobserwować walkę duszy ludzkiej o ciało z demonem. W pierwszym przypadku praktyki te łudząco przypominają egzorcyzmy, w drugim zaś ludzie dobrowolnie narażają się na niebezpieczeństwo. Wejście na inny poziom świadomości ma służyć wzmocnieniu własnej duszy, której doświadczamy w sobie na co dzień. Problem pojawia się, gdy po przerażających zmaganiach zły duch nie opuści człowieka. W. Cejrowski w Podróżach z żartem opowiadał, że w Peru zdarzyło mu się usiąść na babci, a zaraz potem na dziadku indiańskiej rodziny, u której gościł. To nie tylko dlatego, że zostali oni pochowani dokładnie tam, gdzie było ich stałe miejsce przy stole. W tym świecie człowiek nie umiera od razu. Pogrzeb nie jest uroczystością żałobną. Jak pisze pastor i religioznawca J. S. Mbiti, proces umierania trwa dotąd, aż nie zostanie pochowany ten, kto znał osobiście żywego zmarłego. Ciągle przebywa w pobliżu tych, którzy go znali. Bywa, że ukazuje się najstarszym członkom wspólnoty. Tak objawia się jego osobista nieśmiertelność. Natomiast, gdy w świecie doczesnym nikt już go nie rozpoznaje i zaczyna wzbudzać lęk, przechodzi do sfery nieśmiertelności zbiorowej; do wspólnoty duchów, pośredników między Bogiem a człowiekiem. W nocy duchy są najaktywniejsze. Ogniska domowe, palone przed chatami stanowią punkt odniesienia, źródło i cel życia, rozświetlają ciemność i najgłębsze, najczarniejsze zakamarki duszy, uprzytamniając pierwotne instynkty. Mają utrzymać ciągłość w łączności z martwymi przodkami. Wokół nich toczy się życie wspólnoty. U Chirona w grocie, o ognisko domowe dbały kobiety, uosobienia mądrości i pożytku jego nauk. Zapewniały ciepłą atmosferę, która zapobiegała jednostronnemu kształceniu uczniów. Filmowy Jack również rozpalał w swoim domu płomień, niebieski znicz.

Powrót do dzieciństwa vs. socjalizacja

C. Żechowski dostrzegł duże podobieństwo między własnymi wrażeniami z podróży do Afryki, a przeżyciami Junga i religioznawcy J. S. Mbiti, znacznie różniącymi się w czasie. Dzięki nim lepiej zrozumiał siebie, własną kulturę oraz głęboki związek i przenikanie się pozornie bardzo odległych cywilizacji. – Duch przenika wszystko, czas i przestrzeń. – Pisze o zbiorowych procesach zachodzących w nieświadomości i archaicznych pokładach psychiki Z. W. Dudek, organizator corocznego Forum Inspiracji Jungowskich. – Człowiek nie jest tylko prochem rozwiewanym po historii jak piasek na pustyni, lecz odnajduje się nieustannie w sieci ludzkich doświadczeń. – Podróże w nieznane i spotkania z nieznanymi ludźmi to przypomnienie tych, których już kiedyś poznaliśmy w opowieściach z dzieciństwa. Z dzieciństwa wyrasta nasza przyszłość, natomiast celem życia jest powrót do źródła, do snów z dzieciństwa. Kamera często wchodzi do pokoju Jack’a, R. L i Steve’a, również, gdy chłopcy kładą się spać. Dudek, podpierając się autopsją, uważa, że dzieciństwo i doświadczenia z pierwszego okresu życia są niezwykle ważne. Kryją w sobie wzory i punkty oparcia dla przyszłych działań i twórczych myśli. Historie opowiadane przez dorosłych, rodziców i dalszych krewnych stają się nieprzeniknionymi, ponad historią uwarunkowanymi mitami i wytworami kultury. Są jak prawdy kultury, ukazujące prawdziwe życie psyche. Samych gawędziarzy natomiast należy traktować jako bohaterów, którzy dokonali wielkich czynów. To oni sprawiają, że dziecko staje się w przyszłości silniejsze i mądrzejsze. To ich słowo, padające na skałę macierzystą nieświadomości, stwarza grunt dla świadomości. Reżyser trylogii romantycznej Przed wschodem słońca, Przed zachodem słońca i Przed północą, R. Linklater, zastanawia się nad sobą: – Czy czas i doświadczenie zmieniły mnie mimo, że nadal jestem sobą, ze swoimi wszystkimi ograniczeniami. – W wywiadzie dla Wysokich Obcasów mówi o bohaterach filmu – (…) Zmieniły się okoliczności w jakich funkcjonują, ale czy oni też? Gdzie teraz są? Ze wszystkich związków w jakich będziemy funkcjonować, czy to z rodziną, znajomymi, ukochanymi, najtrwalszą jest relacja z naszymi poprzednimi wcieleniami. Dlatego warto się zastanowić – jaka jest moja relacja z ośmioletnim mną? Z dwudziestoletnim mną? Czterdziestoletnim mną? Nigdy nie wolno przestać zadawać tego pytania. Co się zmieniło w świecie i we mnie, co mnie zmienia, czy jestem szczęśliwy… To podstawa wszystkiego. – W którymś momencie należy wyjść z własnego ciała, stanąć obok niego i krytycznie na siebie spojrzeć, zastanowić się, czy stanowimy to, kim chcieliśmy być, czy socjalizacja ma na nas wyłącznie pozytywny wpływ. J. Urbański, początkowo naukowiec, później założyciel pierwszej poważnej hodowli owadów w Polsce, w reportażu Trójki pt. Fabryka Owadów wyznaje – (…) Ludzie często nie wiedzą, dlaczego nie lubią owadów i czują wobec nich odrazę. Nie znam pięcio-, czy sześciolatka, który nie lgnąłby do nich, nie był nimi zafascynowany i nie wziął ich do ręki. – I na filmie widzimy zabawę synów, którzy straszą Panią O’Brien gadem, złapanym w gołe dłonie. Jak tłumaczy Urbański, to niechęć nabyta kulturowo. Europa jest w tym przypadku ewenementem. Na innych kontynentach insekty stanowią integralną część posiłku, o dużej zawartości białka. Wiele z nich ma praktyczne zastosowanie. Niektóre, choćby, potrafią rozkładać produkty organiczne znacznie szybciej niż chemia stosowana na wysypiskach śmieci. – O czarny pijar dla owadów – kontynuuje Urbański – postarało się głównie chrześcijaństwo, które utożsamiło je z nieczystymi mocami. – Gdybyśmy oderwali się, co najmniej na tym polu, od dotychczasowego myślenia, ukształtowanego przez cywilizację, zrobilibyśmy ukłon w stronę pierwotnych, niekoniecznie gorszych, rozwiązań.

Refleksją nad samym sobą jest zbieranie rozsypanych kości na pustyni. Każdy cykl ma na niej swój początek. Pustynia nie jest jałowa, jakby mogło się zdawać. Głęboko w sobie skrywa tajemnicze życie. Do niego musimy się dostać i dostarczyć mu regularnych opadów deszczu. Jack dotarł do brzegu, gdzie wody było pod dostatkiem. Tam spotkał dusze zmarłych, w tym najbliższych. Rośliny pustynne wykazują specyficzne przystosowania do środowiska, w którym żyją. Wytrzymują długie okresy uśpienia. Wieloletnie gatunki mają na ogół rozbudowane systemy korzeniowe, sięgające głęboko w glebę lub w szczeliny skalne. Odżywczym dla nich deszczem, śpiewem La Loby wskrzeszającym kości, może stać się wszystko, co pobudza zmysły i rozpala wyobraźnię; joga, taniec, pisanie, malowanie, tworzenie sztuki. Filmowi bracia z Drzewa Życia stanowili zupełne przeciwieństwa. R. L. – młodszy brat Jack’a, przejawiał uzdolnienia muzyczne i plastyczne. Jack szybko go stracił. W tym samym momencie stracił też kontakt ze sztuką. R(eal) L(ife) umarł jako mały chłopiec. Wtedy również w Jack’u umarło prawdziwe życie, to które tak bardzo różni się od wirtualnego świata i samotności w sieci. Zdaniem Coco Chanel, może zdarzyć się, że ktoś urodzi się bez skrzydeł, ale nigdy nie może pozwolić na to, by mu nie wyrosły. La Loba pokazuje różnicę miedzy roślinami zwiędniętymi a zasuszonymi ze starości. J. Korczak, prekursor działań na rzecz praw dziecka-człowieka, pedagog i pisarz, nie bacząc na wiek, potrafił odnaleźć w sobie animę, dziką kobietę, która wskakiwała na stół i zarządzała Dzień Psot, gdy opiekunka wyjechała na jeden dzień z Domu Sierot. Przynajmniej raz do roku ustanawiał Dzień Brudasa i nakładał kary, na tego, kto spróbował się umyć. Dziecko powinno samo zrozumieć i emocjonalnie przeżyć daną sytuację, doświadczyć jej, wyciągnąć wnioski, ponosić konsekwencje i zapobiegać negatywnym skutkom. Korczak traktował dzieci poważnie, prowadził z nimi dyskusje. Znajdował posłuch wśród dorosłych, bo jak rzadko kto potrafił wejść w skórę dziecka, oderwać się od konwencji i powszechnie panujących poglądów. Miał ogromną lekarską wiedzę, ale i moc zmieniania świata, płynącą z głębi duszy. Rodzinę uważał za najlepsze środowisko dla dorastania dziecka, choć sam zrezygnował z własnego, biologicznego. Dzięki temu mógł przelać swoją miłość, pasję i zaangażowanie na działalność społeczną. W domu dziecka stworzył znacznie większą rodzinę niż ta tradycyjna. Starość – mawiała Chanel – nie chroni przed miłością, ale miłość chroni przed starością.

„Sztuka” wyrazu frustracji a archetypowa twórczość

Zatrważające jak zmieniło się pojęcie humanisty, jak jego świat oparty na koherentnym światopoglądzie, podzielił się na dwa odrębne, naukowca i artysty, na empiryczno-obiektywny i irracjonalno-subiektywny. Na porządku dziennym słyszy się: – Proszę ode mnie nie wymagać poprawnej analizy wykresu, ani obliczania strat z zaciągniętej przeze mnie Chwilówki! Jestem humanistą. – Coraz częściej to synonim ludzi nieprzystosowanych do rynku pracy, studentów kierunków humanistycznych. Statystyki ogólne potwierdzają, że i oni czytają tylko to, co muszą. Gdzie się podziali zatem filolodzy i myśliciele z prawdziwego zdarzenia? Wśród magistrów, których tytuł zaczyna przypominać, uzyskane z opóźnieniem, świadectwo dojrzałości, dostępne już dla każdego? Kiedyś – pisze Dudek – artysta był również myślicielem, i odwrotnie, myśliciele byli artystami (Leonardo da Vinci). Nie tylko poddawał się zmysłom czy impulsom twórczej intuicji i ulegał potrzebie ekspresji, ale także kontemplował swe dzieło, odkrywał w nim formę, pośrednio lub bezpośrednio porządkował swój świat wewnętrzny, filozofował o życiu. – Według Junga tak wygląda właśnie twórczość wizjonerska, czyli archetypowa. Chanel w odróżnieniu od mody sztuką nazwała to, co dziś nie spotyka się z aplauzem, to, co dziś jest brzydkie. Dopiero po czasie dostrzegamy w tym piękno. Być może dlatego, że po odcięciu wpływów i nurtów epoki, w której powstaje prawdziwa sztuka, odnajdujemy coś ponadczasowego, pierwiastek archetypowy, przemawiający z nieświadomości do świadomości ludów wszystkich cywilizacji. Dzisiejsze natomiast, subiektywne, krzyki, ukazujące wewnętrzny chaos, bez potrzeby intelektualnych rozważań, stanowią tzw. twórczość symptomatyczną. Nie współtworzą jednego światopoglądu z wizją naukową. Dalekie są od osiągnięcia stanu równowagi, to wyzwalanie kolejnej uzależniającej dawki adrenaliny, uśmierzającej frustracje i przykre zaszłości z okresu dorastania artysty. Marina Abramović, ikona jakże modnego body artu i performansu, po latach swej działalności przyznaje – (…) Z każdym Rytmem [kolejnym występem – przyp. E. B.] coraz bardziej zbliżałam się do samobójstwa. Niszczyłam się na wszystkie sposoby. – Odrzucała wszystko, co łatwe i piękne, zadawała sobie ból i cierpienie, czemu dała wyraz w nagraniu wideo, zatytułowanym Sztuka musi być piękna, artysta musi być piękny. Marina z furią czesała na nim swoje długie czarne włosy, powtarzając: – Art must be beautiful, artist must be beautiful. – Z każdym powtórzeniem robiła to coraz gwałtowniej, aż do krwi. Jej występy przypominają raczej eksperymenty socjopsychologiczne, niż sztukę. Sprawdzają, na ile publiczność jest pasywna na zadawanie innym bólu i cierpienia. Pod szyldem performansu Thomas Lips zjadła litrowy słój miodu i wypiła tyle samo wina. Kieliszek zgniotła w dłoni. Na własnym brzuchu żyletką wycięła pięcioramienną gwiazdę, po czym zaczęła biczować się po plecach. Oblana krwią położyła się na krzyżu, ułożonym z brył lodu. Żeby brzuch mocniej krwawił, nad krzyżem powiesiła wcześniej grzejnik. Pół godziny leżała przymarznięta do instalacji, aż nadeszli zbawiciele z widowni, którzy zdjęli ją z krzyża i uratowali przed samą sobą, w tym jej przyszły mąż. Później przyznała, że dopóki nie poznała swojej pierwszej miłości, w swoich pracach uzewnętrzniała frustrację, poczucie tego, że jest samotna i nieszczęśliwa. Okazywanie miłości kojarzyła z bólem i cierpieniem. Nie zaskakuje taka postawa, gdy do układanki doczepimy brakujący element. Dzieciństwo. Matka nigdy nie okazywała córce miłości, ani najdrobniejszej czułości, wręcz przeciwnie, wychowywała ją na zasadach skrajnie autorytarnych. Dziewczyna odnalazła się w sztuce performansu, bo uważała, że podobnie jak muzyka jest ona abstrakcyjna i swoją energią wpływa na człowieka bezpośrednio, bez barier. – Performance tym różni się od teatru, – mówi Abramović – że w teatrze jest tępy nóż i keczup, a w performansie – ostry nóż i prawdziwa krew. Dajesz z siebie wszystko, nie chowasz się za rolą ani za rekwizytem. Widownia czuje każdy fałsz i jeśli ci nie uwierzy, performance będzie tylko serią dziwnych działań, które wyglądają na szaleństwo. – Po latach okrutnych doświadczeń, zorientowana na buddyjskie kontemplacje, prawie siedemdziesięcioletnia artystka, uznając, że w końcu zapracowała na miano wariatki, wkłada obcasy, piękne sukienki, pozuje do zdjęć, prężąc sztuczny biust i co jakiś czas występuje w autobiograficznych sztukach teatralnych, bądź filmach dokumentalnych. Dzięki temu, jak twierdzi, nabiera do siebie dystansu i zaczyna porządkować swój wewnętrzny świat. Na to wygląda, że jednym z naszych podstawowym celów jest nabranie wyczucia w rozważnym ustalaniu własnych zasad, które będą strzegły równowagi życia zgodnego z naszym ja (por. schizofreniczna walka animusa z animą, w filmie D. Finchera pt. Fight Club).

Miłość, miłość bliższa, miłość najbliższa

Książkę Psychologia chłopca według Junga. Na początku była nieświadomość Dudek pisał językiem lekkim, jakby z myślą o dziecku, spragnionym ciekawej opowieści. Nie wychodzi poza świat rodziców, dziadków i wujków. Opatrzył ją opisem, który równie dobrze mógłby znaleźć się na okładce filmu Malicka. – Jest to opowieść o tym, jak rodzi się mały człowiek, jak rozwija się w dzieciństwie jego dusza i jak mieszka mu się w ogromnym i pełnym wspaniałości domu, który dorośli nazywają ŚWIATEM. Malick z kolei z myślą o widzu, spragnionym piękna wyrazu środków artystycznych, posłużył się zdjęciami E. Lubezki’ego. Narracja w filmie nie jest przejrzysta. Widz musi zmierzyć się z dwugodzinnym marzeniem sennym. Czy to wada? Czy zaleta? Trudno ocenić. Gdyby Jung wykładał swoją psychologię archetypów jeszcze dziś, z pewnością posłużyłby się filmem w formie pięknego pokazu slajdów, wymagającego komentarza. Dudek zaczyna historię słowami: – Dawno, dawno temu, dwoje młodych, ale dorosłych już ludzi, bardzo się pokochało. Ona była kobietą, a on mężczyzną. Poczuli się jak w raju, wszystko było dla nich piękne i wspaniałe. Widzieli raj dookoła, ale najwięcej w sobie, aż przelewał się on w ich sercach. Kochali siebie w myślach na odległość i pokochali siebie na blisko. Byli tak blisko siebie, że spotkały się ich ciała w jednej rajskiej miłości. Z tej najbliższej miłości rozpoczął życie nowy człowiek, niewidzialne jeszcze DZIECKO. Kobieta stała się jego mamusią, a mężczyzna tatusiem. – Miłość zapoczątkowała nowe życie. Podziwiam pary, – mówi Linklater – które po latach spędzonych ze sobą wciąż mają blask w oczach, gdy patrzą na siebie. Kiedy widzę takich ludzi, myślę sobie, że wiedzą coś, czego ja nie wiem. Że rozszyfrowali tajemniczy kod. – Asaf Avidan szuka odpowiedzi na tę samą zagadkę. Folkowo-rockowy muzyk z Izraela, w utworze Is This it?, żarliwie stawia pytania. Układa je w listę pragnień. Pełen obaw pyta adresata, czy pomoże mu śpiewać i na starość ocalić w nim chłopca. Taką moc, twórczą, posiada właśnie miłość. This is it! To o nią modlił się artysta. Miłość musi być adresowana do kogoś. Adresatem nie może być cel. Cel powinien stanowić jedynie uwieńczenie działania. Owocem związku dwojga ludzi może być dziecko, dom, wspólny wypoczynek na wakacjach. Najistotniejsze jest jednak to, jak i z czego on się rodzi i czy później jest pielęgnowany. Podobnie praca nie może stać się wyłącznie źródłem zasobów pieniężnych. Należy traktować ją jak źródło energii, którą daje obcowanie z innymi ludźmi, pomaganie im i podejmowanie wspólnych inicjatyw, wspólne kreowanie. Siłą napędową powinna być miłość do drugiego człowieka. Jeśli czujemy, że jesteśmy mu potrzebni, zaczynamy odczuwać sens tego, że w ogóle żyjemy. Kobieta jak aktorka M. Kożuchowska, radosna, zmysłowa, wrażliwa, uwodzicielska, pełna wdzięku i powabu, a zarazem mądra, zaradna i charyzmatyczna, jednym słowem pełna łaski (łac. gratia), nie potrzebuje kogoś, kto będzie porządkował jej świat i będzie dla niej oparciem. Potrzebuje tylko kogoś, kto ją pokocha, ze wszystkimi jej niedoskonałościami. By to się jednak stało, kobieta musi uwierzyć w swoją grację (gr. gratia) i piękno. Dominikanin o. A. Szustak, podczas konferencji pt. O warkoczach, stawia kobietę na piedestale. Nazywa ją ożywicielką, najwartościowszym elementem na świecie. Ma bowiem w sobie ogromny ładunek miłości i czułości. Nie będzie spełniona, ani szczęśliwa, jeśli nie znajdzie ujścia dla swojej energii. Nie musi to być mężczyzna. To może być praca, w której niesienie pomoc innym. Mądrość i dojrzałość uzdrowicielki tkwi nie w poświęceniu i oddaniu, lecz w empatii i zrozumieniu drugiego człowieka. Mężczyzna z kolei jest jak dziecko, potrzebuje tej kobiecej wrażliwości. Duma nie pozwala mu jednak na okazywanie tego, bo to okazanie słabości. Stąd też często mężczyźni nie są wylewni w uczuciach. Pielęgnują więc skrycie swój skarb, nośnik mocy, która uszczęśliwia i umacnia. Najpiękniejsze jest właśnie to, co rozwija się w sekrecie, wyłącznie między dwojgiem ludzi, z dala od innych. Przemyślnie człowiek został stworzony. – Właśnie w miłości – pisze badacz procesu twórczego, C. Dziekanowski, – ustaje chęć bycia kimś więcej i bycia kimś innym. – Chemia miłości sprawia, że nią obdarowani, czujemy się szczególnie wyróżnieni i dziwnie wolni. Zniewolenie przyjdzie, gdy nie kochamy szczerze i myślimy przede wszystkim o sobie. Zatruwamy życie swoje i czyjeś, przesadnie uzależniając siebie od kogoś lub czegoś. Trzeba uwierzyć w siebie, nie szukać oparcia i zbawienia w kim innym. Nie jest to łatwe, bo kiedyś i tak każdy z nas umrze. Skoro tak, to żadne działanie nie miałoby sensu. Walczenie ze słabościami również. Warto jednak wierzyć, że miłość przetrwa, że w niej kryje się nasza siła i cel wędrówki po ziemi. Trzeba umieć w niej trwać i nie oczekiwać od niej dowodów, one przyjdą same, niespodziewanie.

Oczekiwania wobec siebie – TAK, wobec innych – NIE

Dzieci. Dlaczego dzieci sprawiają nam niewymowną radość, nie robiąc zupełnie nic?! Dlaczego tak mocno kochamy je za nic? Lubimy patrzeć, gdy uśmiechają się i gdy sprawiamy im radość. Rozpieszczamy je z przyjemnością. Jednocześnie jesteśmy świadomi, że one poza swoim szczerym śmiechem i uśmiechem nie mogą nam nic ofiarować. To czyni z nas magików. To tylko dlatego, że wobec dzieci nie stawiamy żadnych oczekiwań. Jesteśmy wobec nich bezinteresowni. Siła i czar dawania odbijają się w czyichś oczach, w oczach dziecka, tylko wtedy, gdy nasza intencja pochodziła z najgłębszych pokładów szczerości, z głębi serca. Wówczas możemy dostrzec w innych swoją moc, tworzenia i niszczenia, potęgę manipulacji. To my decydujemy, czy chcemy uszczęśliwiać, czy degradować. Spróbujmy podarować coś komuś, wobec kogo, wydaje nam się, że działamy bezinteresownie. To rzadkie i niecodzienne w świecie dorosłych. Zawsze rościmy sobie prawo do najdrobniejszego dziękuje. Wobec trzylatka niekoniecznie, co uzasadnimy – Przecież on nie wie jeszcze, że tak trzeba, że tak należy! Jak można więc, tego od niego oczekiwać? To zakrawa o absurd! – Tym samym nieświadomie dajemy mu szansę zaskoczenia nas. Jego dziękuję będzie miodem polanym na nasze serce. Miła niespodzianka. Niespodzianka, bo nieoczekiwana.

BIBLIOGRAFIA:

C. G. Jung: Archetypy i nieświadomość zbiorowa, Warszawa 2011.

C. G. Jung: Typy Psychologiczne, Warszawa 1997.

S. Cabot: Świeże soki z warzyw i owoców mogą uratować Twoje życie, Warszawa 2007.

Z. W. Dudek: Psychologia chłopca według Junga: Na początku była nieświadomość, Warszawa 2010.

Z. W. Dudek: Psychologia integralna Junga, Warszawa 1995.

Z. W. Dudek: Sny, bogowie i człowiek współczesny, w: K. Maurin, Z. W. Dudek (red.): Spotkania z Jungiem,

seria Inspiracje Jungowskie, Warszawa 2007.

Z. W. Dudek: W poszukiwaniu psychologii integralnej, w: K. Maurin, Z. W. Dudek (red.): Spotkania z

Jungiem, seria Inspiracje Jungowskie, Warszawa 2007.

C. Dziekanowski, Próby miłości, w: K. Maurin, Z. W. Dudek (red.): Spotkania z Jungiem, seria Inspiracje

Jungowskie, Warszawa 2007.

C. P. Estés: Biegnąca z wilkami: Archetyp Dzikiej Kobiety w mitach i legendach, Poznań 2012.

J. Jacobi: Psychologia C. G. Junga, Warszawa 1996.

K. Pajor: Psychologia archetypów Junga, Warszawa 2004.

P. Piotrowski: Jung i astrologia, Białystok 2002.

A. Tatarska: Nie tylko przelotne zauroczenie, w: Wysokie Obcasy Extra, nr 3/18, lipiec 2013.

C. Żechowski: Z Jungiem w Afryce, w: K. Maurin, Z. W. Dudek (red.): Spotkania z Jungiem, seria Inspiracje

Jungowskie, Warszawa 2007.

Porozmawiajmy o mężczyznach, wywiad z Małgorzata Kożuchowską, w: Twój Styl, nr 2, luty 2013.

PROGRAMY AUDIOWIZUALNE

E. Karpacz-Oboładze, Fabryka Owadów, Program 3, reportaż z dnia 30.07.2013.

K. Stoparczyk, K. Pruchnicka, Zagadkowa niedziela, Program 3, audycja z dnia 20.07.2013.

National Geographic: Taboo, program TTV, odc. z dnia 23.07.2013.

D. Wellman, M. Prokop: Podróże z żartem, Peru, program TVP1, odc. z dnia .07.2013.

STRONY WWW

Joseph Campbell: pl.wikipedia.org/wiki/Joseph_Campbell

Syndrom wypalenia zawodowego, Burnout: de.wikipedia.org/wiki/Burnout-Syndrom

Gazeta.pl Kultura: Nie wiem co ja tam robię. Sean Penn rozgoryczony swoją rolą w Drzewie Życia?:

kultura.gazeta.pl/kultura/1,114438,10160503,_Nie_wiem_co_ja_tam_robie___Sean_Penn_rozgoryczony.html

M. Snowid: Pogański Rytuał, w: białczyński: bialczynski.wordpress.com/2011/05/23/mezamir-snowidpoganski-

rytual/ A. Solun: La Loba. O kościach, wilkach i Rzece pod Rzeką, w: Biegnąca z Wilkami:

biegnaczwilkami.wordpress.com/2013/03/08/odcinek-10-la-loba-o-kosciach-wilkach-i-rzece-pod-rzeka/

K. Sulej: Marina Abramović – sztuka cierpienia, wysokieobcasy.pl: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokieobcasy/

1,53662,12173062,Marina_Abramovic___sztuka_cierpienia.html

A. Szustak: O warkoczach, konferencja: 188.165.20.161/langustanapalmie/S04E05.mp3

J. L. Wiśniewski: Miłość jest serią reakcji chemicznych: uamostrow.republika.pl/fenyloetyloamina.htm

VIDEOCLIPY

A. Avidan: Is This It?: http://www.youtube.com/watch?v=zPIZUKtbf4E#at=13

LUXTORPEDA: Wilki Dwa: http://www.youtube.com/watch?v=pHyu1yH1kgs

I. Raichel: Im Telech: http://www.youtube.com/watch?v=q-fx7-sYk38

FILMY

T. Malick: Drzewo Życia (2011)

N. Burger: Jestem Bogiem (2011)

D. Fincher: Podziemny Krąg (1999)

L Hallström: Czekolada (2000)

O Ewelinie Barszcz:
Autorka tekstu, jest studentką filologii germańskiej na UMK w Toruniu. Jej zainteresowania tworzą szeroki wachlarz – od natury przez kulturę aż po ekonomię. Swoich prac nigdzie nie publikuje, również do tego nie dąży, choć bardzo chętnie dzieli się swoimi spostrzeżeniami. Inspiracją do przedstawienia obserwacji odnośnie postaw ludzkich stała się niska nota filmu T. Malicka, pt. „The Tree of Life”. Zasługuje on na uwagę nie tylko ze względu na piękne zdjęcia E. Lubezkiego. Zdaniem autorki reżyser przemyca treści z „Bięgnącej z wilkami”, zwłaszcza te o La Lobie, lecz obrazuje je w mało czytelny sposób. Film tworzy jedynie nitkę przewodnią. Rolę „głównej organizatorki” materiału i tematu przejmuje intuicja – funkcja irracjonalna, jedna z czterech funkcji psychiki w teorii C. G. Junga. Użyta, bardzo arbitralnie szereguje zależności pomiędzy zjawiskami, sama i poza porządkiem racjonalnego wyjaśniania, łączy je w całości i w struktury podrzędne. Kiedy pada pytanie – ale dlaczego TAK? – jedyną odpowiedzią intuicji jest – BO TAK! I albo ktoś dzieli z nami doświadczenie, to znaczy “wie”, że TAK, albo nie podziela naszej wiedzy i zaczyna się dramat: coś co widzimy zupełnie oczywiście jako uporządkowaną, dynamiczną całość, ktoś inny chce zrozumieć “krok po kroku” i będzie się domagać “wytłumaczenia”. Gdyby chcieć poddać esej zabiegowi “porządkowania”, analizie i zracjonalizowania całości, pewnie można by z niego wykroić kilka artykułów na różne tematy.

Advertisements

Odcinek 12: Kobieta o Złotych Włosach. O samotności i Klanie Blizn

biegnaca z wilkami kobieta o zlotych wlosach

Kobieta o Złotych Włosach

Była sobie niezwykła i urodziwa dziewczyna o długich, jasnych włosach, pięknych jak złote nici. Nie miała matki ani ojca, żyła ubogo. Mieszkała samotnie w lesie; na krosnach zrobionych z gałęzi tkała piękne tkaniny. Pewien niegodziwiec, syn wypalacza węgla, chciał ją zmusić do małżeństwa. Ona, usiłując go odprawić, dała mu pukiel swoich złotych włosów. Ów prostak nie poznał się na ich duchowej wartości i chciał je sprzedać na targu, jednak ludzie tylko patrzyli na niego, jakby postradał zmysły.

Rozsierdzony wrócił nocą do chaty młodej kobiety i zamordował ją własnymi rękami, a ciało zakopał nad rzeką. Długo jeszcze ludzie nie zauważali jej zniknięcia. Nikt się nie troszczył o jej zdrowie i pomyślność. Jednak złote włosy w mogile wciąż rosły i rosły. Piękne sploty wiły się, przebijały przez czarną ziemię, kłębiły i kręciły, aż cały grób porósł gęsto złocistą trzciną.

Pasterze robili z niej piszczałki, a kiedy zaczynali na nich grać, maluśkie fujarki śpiewały:

Tu leży dziewczyna o złotych włosach, zamordowana spoczywa w mogile, zabił ją syn wypalacza węgla dlatego, że chciała żyć.

W ten sposób ludzie dowiedzieli się o zabójcy i postawili go przed sądem, żeby wszyscy mieszkańcy lasów mogli znów żyć bezpiecznie

—————————————————————————————–

Tym razem rzecz będzie o tym co robić, kiedy przeszło się już przez wiele doświadczeń i zostało przez nie nieodwracalnie naznaczonym. To będzie opowieść o Klanie Blizn.

Są w życiu wielu z nas pewne traumatyczne wydarzenia, z których nie da się wyjść niezmienionym, czy będzie to trudne, pełne przeszkód dzieciństwo, czy nieudany, toxyczny związek, czy tragiczny wypadek, czy inna rzecz, która w jakiś sposób wytrąciła nas z równowagi. Nawet jeżeli odreagujemy samo wydarzenie, nie będziemy już nigdy tacy jak wcześniej. Co gorsze, często dzieje się tak, że z jakichś przyczyn nie jesteśmy w stanie wyrzucić z siebie nagromadzonego bólu, żalu oraz złości, które rosną i wręcz rozsadzają nas od środka.

Bardzo często jesteśmy mentalnie i emocjonalnie wyganiani na pustynię, a nasze życie musi toczyć się w ukryciu, pod ziemią, jak o tym była mowa w poście o La Lobie. Maya Angelou rzekła kiedyś, że nic nie ciąży tak jak niewypowiedziana historia, czy jest to sekret, który ukrywamy z własnej woli, czy dlatego, że jesteśmy do tego zmuszani w imię jakichś racji (najczęściej kulturowo – religijnych). Boimy się, że ujawnienie go spowoduje odrzucenie, zerwanie istotnych relacji czy inne sankcje, jednak nie ujawniając na zewnątrz tego co ma takie znaczenie dla naszego wnętrza, sprawiamy, że de facto i tak jesteśmy już wygnańcami na pustyni. Bardzo często wchodzą też w grę różnice kulturowe wobec tego, co według norm społecznych wolno poszczególnym płciom; to co uchodzi mężczyźnie w przypadku kobiety jest tabu. Stosowanie się do tych nieformalnych nakazów i zakazów oraz milczenie w przypadku naruszania ich odcina nas od naturalnych zachowań, spontaniczności, swobody, radości i okazywania uczuć. Staramy się unikać wszystkiego co przypomina nam o sekrecie i powoduje ból, trzymamy się z daleka od pewnych tematów, rozmów, filmów, książek etc., stosujemy po prostu rodzaj psychicznej autocenzury. Co gorsze, często umysł nie chce trzymać w sobie tajemnicy i spycha ją do podświadomości. Nasza psychika jest tak skonstruowana, że przy podejmowaniu działania świadomość szuka właśnie w podświadomości wzorców zachowań i jeżeli coś zostało zaklasyfikowane jako tabu, to nawet przy pełnej gotowości racjonalnego umysłu do wprowadzenia zamiaru w czyn, podświadomość będzie ten plan utrącała. Wstydliwe sekrety kobiet to historie stare jak świat. Każda z nas, która ku własnej zgubie dusi w sobie sekret, zostaje przytłoczona brze­mieniem hańby. Ten uniwersalny stan podlega archetypowemu wzorco­wi: bohaterka albo została zmuszona do zrobienia czegoś, albo, utraciw­szy zdrowy instynkt, wpadła w pułapkę. Na ogół jest tak bezsilna, że nie umie polepszyć swej nieszczęsnej sytuacji. Przysięga lub poczucie wsty­du zmusza ją do zachowania tajemnicy. Milczy z obawy przed utratą miłości, szacunku, środków do życia. Dodatkowo sekretu strzeże często klątwa, groźba surowej kary rzucona na tego, kto go zdradzi. Kobiety wychowuje się w przekonaniu, że pewne wydarzenia, decy­zje i sytuacje życiowe najczęściej związane z seksem, miłością, pieniędzmi, przemocą i kłopotami, a więc okoliczności, którymi przepełniona jest ludzka kondycja, mają naturę najbardziej intymną i hańbiącą i nie można się spodziewać za nie rozgrzeszenia. A jest to nieprawda.

 To truizm, ale wszyscy popełniamy błędy, a większość z nich da się naprawić albo w jakiś sposób odkupić. Dręczenie siebie poczuciem winy oraz wstydem nie pomaga, skazuje nas tylko na cierpienie w samotności i niesienie ciężaru winy, często całymi latami. Dr E podaje za Jungiem, że trzymanie w sobie wstydliwego sekretu odcina nas od nieświadomości, bo dookoła niego powstaje „martwa strefa” – obszar niewrażliwy na bodźce, który nie reaguje na wydarzenia w życiu emocjonalnym u siebie i innych. Jednak psychiką rządzi zasada kompensacji, dlatego nie mogąc mówić o czymś wprost będziemy ulegać niezrozumiałym atakom furii, nagle wpadać w melancholię, odczuwać nerwobóle, przybierać lub tracić na wadze, wpadać w obsesje, natrętne nawyki czy nałogi. Sekret przedrze się na powierzchnię, jeśli nie w bezpośrednich słowach, to za pomocą objawów somatycznych, i najczęściej w taki sposób, że nie można się tym zająć i pomóc bezpośrednio. Co więc robi kobieta, kiedy sekret przecieka? Goni go, wydatkując dużo energii. Upycha go, zawija i zakopuje znowu w martwej strefie, budując silniejsze fortyfika­cje. Woła swoje homunkulusy — wewnętrznych strażników, obrońców ego — każe budować więcej bram, więcej ścian. Opiera się o swój ostatni psychiczny grobowiec, pocąc się krwawo, dysząc jak lokomoty­wa. Kobieta, która dusi w sobie sekret, jest kobietą wyczerpaną.

NIE RZUCAJ PEREŁ PRZED WIEPRZE

Motyw odizolowania się w pustelni przypomina trochę motyw życia ukrytego na pustyni, o którym była mowa w La Lobie (zresztą w czasach wczesnośredniowiecznych pustelnicy często szukali schronienia właśnie w tym miejscu). Przypomina, że mimo braku wsparcia siły życiowe symbolizowane przez włosy (Trzy Złote Włosy) nie zostają unicestwione i że nie ma dla nich granic.

Odizolowanie się od innych może wynikać z niedopasowania jak u Brzydkiego Kaczątka czy z chłodu emocjonalnego otoczenia jak u Dziewczynki z Zapałkami (jak ktoś mądrze zauważył, najbardziej boli samotność wśród innych). Psychicznie Kobieta o Złotych Włosach symbolizuje ten aspekt naszej psychiki, który dąży do niezależności i nie potrzebuje wiele do szczęścia. Mitologicznie reprezentuje kore – młodą, niezamężną dziewczynę, która na krosnach zrobionych z gałęzi tka piękne tkaniny, a zatem ma znowu wiele wspólnego z Mojrami/Parkami/Nornami czyli boginiami losu tkającymi nici życia oraz z Gają (stały kontakt z naturą, jej krosna są zrobione z gałęzi drzew wyrosłych z Bogini Matki, podobny motyw odnajdujemy w baśni o Wasylisie, która zamiata obejście Baby Jagi miotłą – drapaką z gałązek krzewów). Ma zatem cechy Dzikiej Kobiety, która z siedzib ludzkich powraca do lasu. Nikt jej nie powstrzymuje, nikt nie zachęca aby została, nikt tak naprawdę nie zauważa jej odejścia, podobnie jak w przypadku poprzednich żon Sinobrodego, o które nie upomniały się rodziny. Niestety, aż nazbyt wiele kobiet natychmiast pojmuje, co znaczy ten brak zainteresowania. Z taką samą postawą otoczenia spotyka się często kobieta, która ma coś do ukrycia. Choć ludzie być może dostrzegają, że jej serce zostało zranione, celowo albo mimowolnie okazują jej obojętność i ślepotę.

Na swoje nieszczęście, mimo odizolowania się od ludzi, dziewczyna napotyka na kolejne baśniowe wcielenie Sinobrodego. Kobieta o Złotych Włosach ma dobre rozpoznanie. Jest świadoma siebie, wie jakie są jej potrzeby, zdaje sobie sprawę z tego co jest dla niej dobre, a co nie, dlatego nie ulega namowom syna węglarza i nie chce wyjść za niego za mąż. Daje mu zaledwie pukiel włosów, cząstkę swoich sił życiowych, jednak ma on naturę nie rozumiejącego niuansów Sinobrodego i nie pojmuje wartości daru. Usiłuje go sprzedać, a kiedy mu się to nie udaje, czując się upokorzony (od razu rzuca się w oczy niskie poczucie wartości), zabija ją. Wielu  z nas zapewne spotkało się z sytuacją gdy ukochana osoba jest w potrzebie, więc pomagamy jej, wysłuchujemy, pocieszamy, szukamy wyjścia, robimy co możemy, dajemy z siebie to co najlepsze, ale gdy sytuacja się odwraca wcale nie dostajemy tego samego. Nagle okazuje się, że przesadzamy, o co nam w ogóle chodzi, to co mówimy jest niezrozumiałe i bez sensu, a tak w ogóle to mamy wziąć się w garść i przestać płakać. Cóż rozsądnego można odpowiedzieć na takie dictum? Aż ciśnie się na usta przysłowie: „nie rzucaj pereł przed wieprze”.

W baśni dziewczyna zostaje zabita przez niechcianego zalotnika, w praktyce naszą naturalność, otwartość i entuzjazm zabijają kolejne bolesne rozczarowania, zdrady, rozstania i upokorzenia. Nie zabijają jednak naszej siły życiowej, która odżywa i rozrasta się tak jak włosy bohaterki. O podobnym procesie odbudowywania i regenerowania się była już mowa  we wspomnianych wcześniej La Lobie, Trzech Złotych Włosach i Kobiecie – Szkielecie, jednak w tej baśni dochodzi element rozprawy z przyczyną krzywdy i ostrzeżenia innych. Pasterze w pewien sposób nadają umarłej nowe życie (wdmuchiwanie powierza w piszczałki przywołuje obraz Stworzyciela, który powietrzem – gr. pneuma – rozpoczyna życie nowej istoty) i pozwalają przemówić własnym głosem. Aby uporać się z bolączkami musimy przemówić, a zmusza nas do tego śmierć – zmiana. Są tajemnice, które umacniają — na przykład te, które są częścią strategii wiodącej do osiągnięcia chwalebnego celu, albo radosne sekrety, które chowamy na dnie serca, by je lepiej smakować. Ale sekrety wstydliwe różnią się od nich jak dzień od nocy. Te drugie trzeba wydobyć na jaw i pokazać wyrozumiałym ludziom. Kiedy kobieta kryje jakąś hańbę, musi znosić ogromne wyrzuty sumienia i cierpienia, które sama sobie zadaje. Poczucie winy i udręki, które miałyby nastąpić po zdradzeniu sekretu, i tak na nią spadają, mimo że milczy; cierpienie atakuje ją od wewnątrz.

 Tajemnica jest zagrzebana w psychice jak ciało Kobiety o Złotych Włosach w ziemi. Ziemia jak nic innego ma zdolności do usuwania tego co niepotrzebne i przemiany w nowe życie, ale dopóki zbrodnia nie zostanie ujawniona, nie podlega się procesom regeneracji. Często ofiary zagrzebują to czego się wstydzą tak głęboko, że wyrzucają wydarzenia czy słowa z pamięci oraz świadomości i wypływają one dopiero w snach. Symbolicznie oddaje to sen, w którym widzi się zagrożenie, ale nie jest w stanie przed nim ostrzec, bo nie można wydobyć z siebie głosu. Przemówić można na wiele sposobów: czy to wprost, rozmawiając z terapeutą czy zaufaną osobą, czy poprzez napisanie niewysłanego listu, czy sztukę, czy muzykę*, czy w inny sposób. Ważna jest reakcja odbiorcy, bo zdawkowe potraktowanie tematu czy lekceważenie wywoła w sercu kolejną ranę, która długo będzie się zabliźniać.

Nie jest łatwo się otworzyć, szczególnie jeżeli przez wiele tygodni, miesięcy, a nawet lat, milczało się i nie znajdowało przyjaznej duszy, która wysłuchałaby uważnie, nie oceniała i mądrze doradziła. Niektórym pomagają grupy wsparcia, gdzie łatwiej jest się odnaleźć wśród osób o podobnych doświadczeniach. Terapeutyczna moc takich sesji polega na ostatecznym wypraniu wszystkich długo składowanych „brudów”. Niepisany zakaz publicznego prania rodzinnych brudów mija się z celem, ponieważ owe brudy wcale nie zostają wyprane w kręgu rodziny. Leżą w najciemniejszym kącie piwnicy przesiąknięte tajemnicami. Uparte milczenie działa jak jadowita trucizna i w gruncie rzeczy świadczy o tym, że kobieta nie znajduje w bliskich dość oparcia, żeby poradzić sobie z bolesnymi problemami.

Aby krwawiąca rana zagoiła się i zabliźniła trzeba też przyjąć do wiadomości, że otoczenie, od którego uciekamy najprawdopodobniej nigdy nie nas nie zrozumie, nie doceni i nie przeprosi. Tak, to niesprawiedliwe, ale uświadomienie sobie tego pomaga nam porzucić wzorce ofiary i na dobre odciąć się od negatywnych wpływów. Weź to na logikę: gdyby ludziom z Twojego otoczenia naprawdę zależało na tym, by dowiedzieć się co czujesz, to już dawno by to zrobili. Jeżeli będziesz teraz koniecznie dążyć do konfrontacji i próbować zmusić, żeby przyznali, że ich obojętność i brak empatii były niewłaściwe, najprawdopodobniej będą próbowali zlekceważyć Twoje słowa albo wmawiać Ci, że nie masz racji, bo było zupełnie inaczej. To są ich mechanizmy obronne. Gdyby zrozumieli i przyznaliby Ci rację, musieliby skonfrontować się ze swoim Cieniem, musieliby przyjrzeć się mrocznej stronie swojej osobowości. Nie każdy jest na to gotowy. Większość nie jest. Macocha i siostry Wasylisy wolały posłać ją samotnie nocą w ciemny las niż samym spojrzeć w twarz Baby Jagi. Przyznanie się do błędu zawiera w sobie obietnicę wewnętrznej zmiany, ale ta często wymaga czasu i wysiłku, dlatego niewielu się jej podejmie. Tak, to niesprawiedliwe, że nawet teraz gdy wykrzyczałeś/wykrzyczałaś co Ci leżało na sercu nie ma szczęśliwego zakończenia, w którym zły bohater przeprasza dobrego i naprawia wyrządzone krzywdy. To bardzo niesprawiedliwe, że Ty, po tym jak tyle wycierpiałeś/wycierpiałaś nadal musisz zachowywać się jak starsze rodzeństwo i być tym mądrzejszym, cierpliwszym, bardziej wyrozumiałym etc. Ale zdobędziesz dzięki temu świadomość, jakiej inni nie potrafią sobie nawet wyobrazić.

KLAN BLIZN

Przez lata klasyczne psychologie błędnie utrzymywały, że z żalem można się uporać jednorazowo, najlepiej w ciągu jednego roku, po czym wszystko ma wrócić do normy. Każdy, kto nie chce lub nie potrafi ukończyć tego procesu w „przepisowym” czasie, cierpi na jakieś zaburzenia. Obecnie wiadomo, że prawdą jest to, co istoty ludzkie instynk­townie wyczuwały od wieków: pewne rodzaje krzywd, nieszczęść i wstydu nie dają się wymazać przez rytualny żal; strata dziecka z po­wodu jego śmierci lub rozdzielenia z nim jest jedną z największych, jeśli nie największą próbą wytrzymałości psychicznej.

Dr E pisze, że w pracy terapeutycznej proponuje pacjentkom stworzenie długiego do ziemi płaszcza, na który naszywa się, maluje lub przypina symbole tego, co się przeszło, wszelkie rany, zdrady, obelgi, wszystko to co się z różnych względów poświęciło. Tworzy się go tak długo jak trzeba, czasami kilka dni, a czasami kilka miesięcy. Najpierw zaczęłam robić płaszcz ofiarny dla siebie. Wkrótce stał się tak ciężki, że dźwigać go musiał cały orszak Muz. Początkowo zamierzałam złożyć wszystkie swoje psychiczne śmieci w tym jednym przed­miocie, a potem pozbyć się ich przez spalenie go. Zamiast tego powie­siłam go w korytarzu i za każdym razem, kiedy koło niego przechodzi­łam, czułam się dobrze, nie miałam żadnych negatywnych odczuć. Byłam pełna podziwu dla ovarios kobiety, która była zdolna unieść na sobie ten płaszcz, nie zachwiać się pod nim, lecz śpiewać, tworzyć i radośnie przyjmować wszystko.

 Stąd określenie Klan Blizn. Rany po traumach, ciężko okupionych błędach albo wypadkach losowych przestają w końcu krwawić i zabliźniają się. Choć pozostanie mnóstwo blizn, pamiętajmy, że tkanka blizny jest silniejsza i odporniejsza na wszelkie urazy niż zwykła skóra (…)

Czasem dobrze jest policzyć swój wiek nie w latach, ale w liczbie blizn zdobytych w bitwach.

— Ile masz lat? — pytają mnie czasem. — Siedemnaście blizn — odpowiadam. — Zwykle ludzie nie krzywią się i sami chętnie obliczają swój wiek w taki sposób.

 Indianie Lakota malują na skórach zwierząt, zapisując zimowe wydarzenia. Indianie Nahua, Majowie i Egipcjanie mieli kodeksy, w któ­rych notowali wielkie wydarzenia — wojny i zwycięstwa. Na ich podobieństwo kobiety mają swoje płaszcze ofiarne, płaszcze bitewne. Zastanawiam się, co nasze prawnuczki i praprawnuczki pomyślą o takim zapisie naszego życia. Mam nadzieję, że trzeba im będzie to wyjaśniać.

 NEO W ŚWIECIE MATRIXA

I znowu na koniec dorzucę swoje trzy grosze, już bez powoływania się na dr E. Mam trzydziestoletnie doświadczenie w przeżywaniu naprawdę głębokiej samotności, więc sporo zdążyłam się na ten temat nauczyć.

Akurat teraz żyjemy w kulturze, w której samotność nie jest ceniona. Gdybym w czasach wczesnego średniowiecza udała się na pustynię i żyła tam samotnie, cieszyłabym się szacunkiem i uznaniem, jako ktoś, kto ma bliski kontakt z Bogiem. Ale żyję w kulturze zachodnioeuropejskiej, w której kontakty międzyludzkie są na piedestale, a zawiązuje się je głównie przy używkach i niezobowiązujących rozmowach. Nie palisz, nie pijesz, nie oglądasz telewizji? To będziesz dosyć nieatrakcyjna towarzysko.

Skąd w ogóle bierze się potrzeba izolacji? Raczej nie pojawia się nagle i niespodziewanie, dojrzewamy do niej wraz z każdą niespełnioną prośbą, wyśmianą opinią czy niezrozumianą potrzebą, jaką podzielimy się z otoczeniem. Myślę, że sporo z nas „ma to od zawsze”. Traktowanie z góry, według sztywnych wzorców zachowań zamiast słuchania i zastanowienia się nad tym, co dana osoba ma do powiedzenia sprawia, że na zewnątrz gaśniemy i chowamy większość życia do wewnątrz. Niektórzy z nas będą jeszcze utrzymywać pozory, uczestniczyć w świętach rodzinnych albo wychodzić ze znajomymi, ale to, co myślą będą zachowywać dla siebie. Niektórzy będą mieli już tak dosyć sztucznego życia, że odizolują się i psychicznie, i fizycznie. Znajdą swój Prawdziwy Świat. Często w pieszych wycieczkach górskich, kontakcie z naturą lub książkach, czasami w sporcie czy innej pasji, często w grach komputerowych. A wkraczając do Prawdziwego Świata możemy (choć wcale nie musimy) przejść jako rzekli William Blake oraz Aldous Huxley drzwi percepcji i zobaczyć więcej niż inni. Będąc sam na sam ze sobą, słuchając własnego wewnętrznego głosu, a nie pogawędek innych, możemy wiele rzeczy zobaczyć z szerszej perspektywy i zrozumieć. Neo nawet jako Mr Anderson stronił od ludzi. Gdyby był duszą towarzystwa pewnie dalej tkwiłby w Matrixie, ale on przeczuwał już, że coś tu nie gra, coś jest nie tak. Tkwił samotnie przed komputerem, próbując znaleźć odpowiedź co nie pasuje w tej układance, a kiedy pojawił się ślad, natychmiast podążył za białym królikiem i nie wahał się zażyć czerwonej pigułki. Bo wiedział, że cokolwiek się stanie, nie potrafi dłużej żyć udawanym życiem. Bo nie bał się samotności, która jest pierwszą ceną jaką płacimy za dokonywanie wyborów. Neo po prostu osiągnął w życiu taki moment, gdy przestał słuchać stałego paplania innych i zaczął słuchać siebie. A wtedy zgodnie z zasadą ‘kiedy uczeń jest gotowy, pojawia się Mistrz’ znalazł go, oświecił i wytrenował Morfeusz.

Ale nawet jeżeli nie pojawia się ktoś pomocny, sami możemy się Przebudzić, jednak chcąc nie chcąc nadal żyjemy w Matrixie. Słyszymy co ludzie mówią i dziwimy się. Spoglądamy na świat ich oczyma i natychmiast z przerażeniem je zamykamy. Próbujemy podążać ścieżkami myślenia, jakie podaje się nam jako właściwe, pewne oraz bezpieczne i natychmiast się gubimy. Nawet żyjąc w Matrixie, nie stosujemy się już do jego zasad, nie potrafimy ograniczyć się tylko do pozorów, nie dajemy rady wcisnąć się w zestaw przepisów na życie jaki prezentuje. Nie widzimy już firewalla iluzji, jaką wywołuje. Widzimy, że to Matrix. Widzimy, że to tylko zielone cyferki tak jak Neo pod koniec filmu. Stajemy się wirusem.

Dlatego główny program będzie nas ścigał, będzie ustami Agentów Smithów tłumaczyć nam, że to nie tak, że źle widzimy, że nie mamy racji, że jesteśmy tylko trybem w Matrixie, że w naszym postrzeganiu świata jesteśmy zupełnie sami. Aha! I tu tkwi sedno. Bo tak naprawdę wcale sami nie jesteśmy. Jest nas wielu, tyle że żyjemy w rozproszeniu, a to sprawia pozory, że nikt nie wie, nikt nie rozumie, nikt nie wysłucha… Jednak nagle, ni stąd ni zowąd, gdzieś, kiedyś, w zupełnie niezobowiązującej rozmowie pojawia się coś, co sprawia, że unosimy brwi ze zdumienia i pytamy: Ty też?! Potem ku naszemu zdziwieniu okazuje się, że jest ktoś podobny, i jeszcze jeden, i jeszcze kolejny, aż w końcu możemy skompletować całą załogę Nabuchodonozora.

Jeżeli mamy dostęp do głębokiej wiedzy**, to musimy pamiętać, że my sami raczej nie będziemy za to wychwalani, a nasze słowa pozostaną niezrozumiałe. Trzeba przyjąć do wiadomości, że większość ludzi wcale nie chce odłączyć się od Matrixa. Jest im w nim dobrze. Trochę sobie ponarzekają, trochę pomarudzą, ale ogólnie są zadowoleni i podążają ścieżkami wyznaczonymi przez innych. To ich prawo. Nie nam ich oceniać. Pamiętajmy, że każdy z nas od dzieciństwa tkwi w Matrycy i my kiedyś też byliśmy w punkcie, w którym oni się teraz znajdują. Nie ma sensu odłączać ich jeżeli nie są do tego gotowi. Nie ma sensu ironizować, używać sarkazmu ani pokazywać wszem i wobec jacy to my nie jesteśmy genialni. Mądrość wymaga pokory. Od nas, nie od nich. Jeżeli jednak zobaczysz, że jest ktoś kto nerwowo szuka odpowiedzi na pytania, kto miota się i nie potrafi sam dojść do tego, co Ty już widzisz, jeżeli ktoś taki zwróci się do Ciebie o pomoc, to nie wahaj się. Masz prawo i obowiązek być Morfeuszem.

Nie wiem czy to dobrze, czy źle odłączyć się od Matrixa. Na pewno płaci się za to ogromną cenę na zewnątrz, a zyskuje tylko i aż świadomość. Może być to bolesne i przytłaczające. Ale nie patrzę na to w kategorii „dobre czy złe”, po prostu przyjmuję do wiadomości, że będę widzieć zielone cyferki jeżeli spojrzę w telewizję, zaglądnę na plotkarski serwis czy będę słuchać hierarchy kościelnego. W tym momencie po prostu nie jestem już w stanie na nowo podłączyć się do Systemu i muszę funkcjonować poza nim. Mam dziką naturę więc zaadaptowałam się do życia poza głównym nurtem, mam wrażenie że całkiem sprawnie funkcjonuję na obrzeżach.

TheMatrix

Więc jeżeli ktoś, tkwiąc nawet nieświadomie w matrixowych wzorach myślenia, będzie przekonywał mnie, że jestem Mr Andersonem, uśmiechnę się i odpowiem: My name is Neo.

mynameisneo

* Zawsze wolałam te krzyczące wokalistki jak Sinead O’Connor czy PJ Harvey niż diwy w stylu Celine Dion czy Mariah Carey.

** Nie nazywam ją wiedzą tajemną, bo uważam, że jest dostępna dla każdego, ale trzeba koncentracji i wysiłku aby do niej sięgnąć. Dostęp do głębokiej wiedzy zyskuje się na różne sposoby, tym co ją cechuje są uważność, obserwowanie bez zajmowania stanowiska, wsłuchiwanie się, analizowanie, rozróżnianie, kwestionowanie i przede wszystkim dokopywanie do głębszych poziomów. Może się to dziać na różne sposoby: poprzez czytanie, przyglądanie się, zadawanie pytań, własne przemyślenia, studiowanie, porównywanie różnych źródeł, etc. U niektórych Przebudzenie następuje na skutek traum czy wypadków, kiedy dotychczasowe życie wywraca się do góry nogami i trzeba je budować na nowo, niektórzy z kolei „tak mają” od dziecka… Nie ma jednego wzorca. Pewne jest tylko to, że głęboka wiedza pozwala spojrzeć na wszystko z o wiele wyższego poziomu i o wiele szerszej perspektywy. Nie jest powiedziane, że samotność zawsze prowadzi do przyswojenia głębokiej wiedzy, ale zawsze otwiera do niej drzwi.

Odcinek 10: La Loba. O kościach, wilkach i Rzece Pod Rzeką

biegnaca z wilkami la loba

La Loba

W niedostępnym, odludnym miejscu, które każdy w duszy zna, ale które niewielu widziało, żyje stara kobieta. Podobnie jak we wschodnioeuropejskich baśniach wyczekuje, aż jakiś zagubiony w drodze wę­drowiec czy poszukiwacz szczęścia zbłądzi pod jej dach.

Jest rozważna i przezorna, często z rozczochranymi włosami opada­jącymi na twarz i zawsze gruba; zazwyczaj unika ludzkiego towarzystwa. Umie krakać i gdakać i wydaje więcej dźwięków zwierzęcych niż ludzkich.

Można się domyślać, że żyje pośród zwietrzałych granitowych sto­ków na terytoriach Indian Tarahumara. Albo że ma swą kryjówkę za Phoenix, niedaleko jakiejś studni. Może spotkacie ją jadącą do Monte Alban w zdezelowanym samochodzie z wybitą tylną szybą. Może ktoś ją wypatrzy, jak stoi przy autostradzie niedaleko El Paso, albo jak ze strzelbą na ramieniu jedzie zatrzymaną ciężarówką do Morelii w Me­ksyku, albo jak podąża na targ do Oaxaca z nieforemną wiązką chrustu na plecach. Sama nazywa siebie wieloma imionami: LaHuesera, Poszukująca Kości, La Trapera, Zbieraczka, La Loba, Kobieta-Wilk.

Jedynym zajęciem La Loby jest zbieranie kości. Zbiera i przechowuje szczególnie kości tych istot, którym grozi wymarcie na ziemi. Jej jaskinia jest pełna kości wszelkich zwierząt zamieszkujących pustynię: jeleni, grzechotników, kruków, wron. Ale jej specjalnością są wilki.

Czołgając się i pełzając na kolanach, przeczesuje montanas (góry) i arroyos (wyschłe koryta rzek) w poszukiwaniu wilczych kości, a kiedy zgromadzi już cały szkielet, kiedy ostatnia kosteczka znajdzie się na swoim miejscu i staje przed nią piękna, biała rzeźba zwierzęcia, siada przy ogniu i duma, jaką zaintonować pieśń.

Kiedy już wie, staje nad swoją chaturą, unosi nad nią ramiona i zaczyna śpiew. Wtedy żebra i kości kończyn wilka zaczynają porastać ciałem, a potem sierścią. La Loba śpiewa dalej, w miarę jej śpiewu zwierzęcia przybywa, a silny i kudłaty ogon zadziera się do góry.

La Loba śpiewa dalej i wilk zaczyna oddychać.

Śpiewa z całych sił, z głębi płuc, aż pustynia drży w posadach, a pod­czas pieśni wilk otwiera oczy, podskakuje i zaczyna biec kanionem.

A w którymś momencie biegu, czy to od wielkiego pędu, czy to od bryzgów wody w rzece, czy to od promienia słońca lub księżyca, który pada wprost na bok zwierza, wilk nagle przemienia się w roześmianą kobietę, która biegnie wolna ku widnokręgowi.

Pamiętaj więc, jeśli wędrujesz przez pustynię i zbliża się zachód słońca, a tobie się zdaje, że zgubiłaś drogę, i z pewnością czujesz zmęczenie, to znaczy, że masz szczęście, bo może się spodobasz La Lobie i pokaże ci coś — coś, co ukrywa się w twojej duszy.

(…)

Starożytni medycy twierdzili, że nerw słuchowy w mózgu dzieli się na trzy lub więcej odgałęzień. Stąd wyciągali wniosek, że ucho miałoby słyszeć na trzech różnych poziomach. Jedno z odgałęzień miało słyszeć ziemskie, zwykle rozmowy. Drugie odgałęzienie miało być wrażliwe na naukę i sztuki piękne. Natomiast trzecie istniało po to, żeby sama dusza mogła słuchać przestróg i wskazówek i w ten sposób zdobywać wiedzę podczas przebywania na ziemi.

Teraz słuchajcie więc słuchem duszy, bo taka jest misja opowieści.

———————————————————————————————————–

Wszystko zaczyna się od kości…

Wilk zawsze miał zawziętych przeciwników, ale i wiernych obrońców. To nie tylko zwierzę ważne dla ekosystemu, w którym żyje, to również bohater licznych legend i mitów, który tak jak wiele innych zwierząt stał się symbolem i totemem. Z różnych przyczyn wilki były i są tępione, chociaż coraz częściej wprowadza się odpowiednie regulacje prawne mające temu zapobiegać, a populacje wilków na danym obszarze są obejmowane monitoringiem. Tak jak już cytowałam w Odcinku 1, dr E dostrzega podobieństwa między kobietą a wilkiem, które łączą się w opowieści o La Lobie (Wilczycy, Kobiecie – Wilku), pochodzącej z pustynnych terenów pogranicza Stanów Zjednoczonych i Mexyku. Mówi się, że jest na pustyni takie miejsce, gdzie duchy kobiet i wilków spotykają się na przecięciu czasów. Poczułam, że wpadłam na ciekawy trop, kiedy na rubieżach Teksasu zasłyszałam historię zwaną Loba Girl, o kobiecie, która była wilkiem, który był kobietą. Potem natrafiłam na starą aztecką legendę o osieroconych bliźniętach wykarmionych przez wilczycę, aż dorosły na tyle, by radzić sobie samo­dzielnie. Ten ostatni motyw jest również doskonale znany w mitologii europejskiej poprzez opowieść o wilczycy karmiącej Remusa i Romulusa. I wreszcie od starych hiszpańskich farmerów i Indian Pueblo z po­łudniowego zachodu słyszałam krótkie przekazy o zbieraczach kości (bone people), starych ludziach, którzy przywracali umarłych do życia; według podania potrafili wskrzeszać zarówno ludzi, jak i zwierzęta.

RZEKA POD RZEKA

Każdy z nas rodzi się w określonym miejscu i czasie, w określonej rodzinie, tradycji oraz kulturze i jest przez nie formowany. Czasami formowanie odbywa się płynnie, lekko i ostrożnie, a procesowi towarzyszą ogień i powietrze tak jak to się dzieje ze szkłem w hucie. Czasami formowanie przypomina kółko garncarskie, gdzie naturalnej, bezpostaciowej glinie w sposób delikatny i łagodny, ale jednak nadaje się dokładnie taki kształt, jaki się zamierza. Często formowanie jest tożsame z długim i mozolnym ociosywaniem głazu, który w końcu zamienia się w rzeźbę. Formowani przez rodzinę, tradycję i kulturę uczymy się co nam wolno, a czego nie wolno, nawiązujemy głębsze lub płytsze kontakty towarzyskie, wypełniamy narzucone nam obowiązki, wchodzimy w role społeczne i w pewnym momencie sami zaczynamy formować młodych tak jak my byliśmy formowani. Zapewne ogromna większość ludzi przeżywa w ten sposób swoje życie. Ale niektórzy z nas nagle zatrzymują się w pół kroku, zupełnie nagle i niespodziewanie, podczas spotkania z szefem, odwożenia dziecka do przedszkola czy jedzenia kolacji, i pytają: Czy tak ma być zawsze? Czy to już wszystko? Czy nie ma nic głębszego? Jeżeli masz szczęście i nie odrzucisz tej malutkiej iskierki, która rozbłysnęła w twoim umyśle i nie zignorujesz zewu duszy, to przestaniesz być formowany/-a, a dokonasz samosformatowania. Zaczniesz zastanawiać się, drążyć, zadawać pytania, przyglądać się sobie, innym, otoczeniu…Być może czasami przeklniesz moment, w którym się zatrzymałeś/-aś, ale nie będziesz w stanie się już cofnąć. Nie jesteśmy tylko szybą, ceramiką czy rzeźbą. Jesteśmy także ziarnkiem piasku, gliną i głazem. A kiedy to dostrzeżemy i nabierzemy pewności, że mamy i zawsze będziemy mieli potrzebny materiał, będziemy kształtować sami siebie. Będziemy jednocześnie i materiałem, i twórcą. Wszystkie zaczynamy jako kupka kości, jako szkielet rozsypany po pustyni i przysypany piaskiem. Nasze zadanie to wydobyć kości, oczyścić je z piasku. Praca to mozolna i drobiazgowa; najlepiej zabrać się do niej, kiedy cienie są długie w sam raz, bo trzeba uważnie wypatrywać. La Loba pokazuje, czego mamy szukać — niezniszczalnej życiowej siły, kości.

Kim zatem jest La Loba, Wilczyca? Jest archetypem i pojawia się w mitologii ludów całego świata, a najlepiej chyba uosabia ją La Que Sabe – Ta Która Wie Wszystko – bo stworzyła kobietę ze zmarszczki na podeszwie swej boskiej stopy i zna wszelkie sekrety żeńskiej duszy. Ponieważ powstały ze skóry w miejscu, w którym ciało styka się z Ziemią, kobiety mają jej mądrość i moc cyklów życiowych, a dotykając podłoża bosymi nogami stale łączą się z nią i odnawiają swój potencjał. La Que Sabe przypomina aztecką Coatlicue, helleńskie Gaję, Hekate, Graje oraz Mojry, rzymskie Parki, germańskie Norny, stare boginie mądrości, losu, wyroczni i magii, posiadające wiedzę tak starą jak świat*. Ta stara kobieta stoi na pograniczu światów racjonalizmu i mitu. Jest osią, wokół której obracają się te dwa światy. Owa kraina między nimi jest tajemniczym miejscem, które wszyscy rozpoznajemy, kiedy go doświadczamy, choć jego niuanse wymykają się nam i zmieniają kształty, gdy próbujemy je uchwycić i nazwać, chyba że posługujemy się językiem poezji, muzyki, tańca, opowieści. Istnieje domysł, że system immunologiczny organizmu jest zakorze­niony w tej niezbadanej psychicznej krainie, a także w mistycznych oraz archetypowych wizjach, obrazach i popędach, włączając w to tęsknotę za Bogiem, za tajemniczością, wszystkie wyższe instynkty, a także te przyziemne. Niektórzy twierdzą, że tkwią tu także dzieje ludzkości, korzenie światła, jądro ciemności. Nie na darmo jednym z możliwych wyjaśnień etymologii angielskiego słowo witch – ‘czarownica’ jest weid – ‘wiedzieć, znać”.

W jaki sposób udajemy się do tej krainy? Najkrócej mówiąc, poprzez wszelkie czynności wymagające odłożenia na bok codzienności, racjonalizmu i praktycyzmu czyli przede wszystkim tworzenie (pisanie, malowanie, śpiewanie, komponowanie), tańczenie, granie (szczególnie na bębnach) i medytowanie, przez wszystko to co wymaga koncentracji, obserwacji, samotności, wsłuchiwania się i, jak to nazywam, „nastawienia swojego odbiornika na fale wysokie”. To jest stan, który wymaga odsunięcia ego**, a jednocześnie również silnego stąpania na ziemi. Do wejścia w ową krainę trzeba się przygotować, bo łatwo może wprowadzić nas ona w stan euforii i extazy, które nie pozwolą nam wrócić do szarej codzienności. Drzewo, które nie ma mocnych korzeni, nie będzie miało potężnej korony. O tym, co się dzieje jeżeli nie mamy mocnych korzeni, opowiada miniatura o Czterech Rabinach. Wiemy, że kontakt ze światem, w którym spoczy­wają Esencje, powoduje, że poznajemy coś, co wykracza poza zwykły ludzki zmysł słuchu, i przepełnia nas poczucie przekraczania własnych granic, poczucie wielkości i majestatu. A jednak wobec doświadczenia głębokiej nieświadomości nie wolno nam wpadać w skrajności, ani zachłyśnięcie się, ani pokrywanie lęku racjonalizowaniem i cynizmem, ani lekceważenie nie pomogą nam powrócić do owej krainy. Dr E nazywa ją Río Abajo Río – Rzeką Pod Rzeką, a ponieważ etnicznie jest pochodzenia mexykańskiego, to na pewno musiała słyszeć o miejscu zwanym El Río Secreto – Tajemną Rzeką na Półwyspie Jukatańskim.

elriosecreto1

elriosecreto2

elriosecreto4

elriosecreto5

elriosecreto6

elriosecreto3

elriosecreto7

elriosecreto8

elriosecreto9

elriosecreto10

Piękna, prawda? Ale nie można do niej wejść, ot tak, bez sprzętu i przygotowania.

ZBIERANIE POROZRZUCANYCH CZĘŚCI

 Motyw wskrzeszenia jako nieodłączna część cyklu narodzin – śmierci – odrodzenia pojawia się od zawsze i w niemal każdej kulturze. Czy będzie to Izyda wskrzeszająca Ozyrysa, czy Innana/Isztar oraz Kora Persefona schodzące do Świata Umarłych i powracające z nich, czy umierający i odradzający się Attis, Adonis lub Tammuz, czy też Mitra albo Jeszua pokonujący chaos oraz śmierć od wieków towarzyszą nam jako archetypy tak jak odwieczna jest siła życia. Aby się odradzać trzeba nauczyć się odszukiwać i zbierać rozczłonkowane fragmenty naszej osobowości, a potem układać je ponownie w całość tak jak to robią La Loba, ale także Izyda ze swoją siostrą Neftydą, gdy zamieniają się w ptaki drapieżne i szukają kawałków ciała brata po całym Egipcie. Trzeba tak jak one wznieść się wysoko i bystrym okiem spojrzeć z innej perspektywy. Trzeba przyjrzeć się sobie i zastanowić dlaczego roztrwaniam energię na ‘jedno myślę, drugie mówię, a trzecie robię’. Trzeba ocenić co w naszym życiu jest martwe i już nam nie służy, co istotnego dla nas zgubiłyśmy po drodze, co jest nowe, świeże i wymaga szczególnej opieki, a co można odsunąć na plan dalszy. Trzeba dokonać rozpoznania i stawić czoła temu co zobaczymy tak jak Wasylisa rozdziela mak od popiołu i spogląda Babie Jadze prosto w oczy. Bez obawy, kobiety potrafią to zrobić. Nie na darmo ich symbolem jest znak Wenus, Gwiazdy Porannej&Gwiazdy Wieczornej, tej co daje życie i je odbiera. Ta, która na nowo tworzy życie z tego, co już umarło, jest zawsze archetypem o dwóch obliczach. Matka Stworzenia jest zarazem Matką Śmierci i odwrotnie. Ta dwoista natura, podwójna funkcja, stawia przed nami trudne zadanie zrozumienia, co wokół nas, ponad nami i w nas powinno żyć, a co powinno umrzeć. Naszym zadaniem jest zrozumieć rytm życia i śmierci i pozwolić umrzeć temu, co musi umrzeć, a żyć temu, co powinno żyć.

KOŚCI ZOSTAŁY ZEBRANE

Wszystko zaczyna się od kości… Dlaczego są tak ważne chyba nie muszę tłumaczyć, wystarczy spojrzeć na siebie i odpowiedzieć sobie na pytanie: co by było gdyby ich nie było? Kości są naszą ostoją, zapewniają ciału kształt i oparcie, pozwalają się ruszać, ochraniają narządy wewnętrzne, tworzą chroniące organizm białe krwinki i przechowują składniki mineralne.

W naukach ezoterycznych układ szkieletowy jest przypisany planecie Saturn czyli Kronosowi, mitycznemu tytanowi, pierwszemu dawcy praw, strażnikowi porządku i władcy czasu. Każdy astrolog wie, że obieg Saturna wokół Ziemi wynosi ok. 28-29 lat i że planeta ta powstrzymuje wszystko to co chcemy osiągnąć tu, teraz, byle jak najszybciej i jak najmniejszym nakładem kosztów, za to sprzyja wszelkim długofalowym projektom, a także temu co wymaga nauki, przemyślenia, pokory i dobrej organizacji. Jest także patronem ziemi i rolnictwa, bo mimo surowości i nieprzejednanej postawy, jest sprawiedliwy. Jeżeli pozwolisz działać cyklom zmian tak jak porom roku, zawsze będziesz mogła/mógł zasiać, wyhodować, zebrać i zatrzymać ziarno na następny siew. Dla kobiet świat El río abajo río, domostwo Zbierającej Kości, jest skarbnicą bezpośredniej wiedzy o korzeniach, kiełkach, nasionach ży­cia. W Meksyku mówi się, że kobiety niosą la luz de la vida (światło życia). Źródło tego światła jest umiejscowione nie w sercu kobiety, nie w jej oczach, ale en los ovarios, w jajnikach, gdzie ziarno życia tkwiło, jeszcze zanim się urodziła. (Skoro mowa o płodności i naturze nasienia, u mężczyzn odpowiednikiem jest moszna, los cojones, jądra).(…) Symbolika nasienia i kości jest podobna. Jeśli jesteśmy w posiadaniu korzenia, źródła, podstawy, elementu pierwotnego, jeśli jesteśmy w posiadaniu siewnego ziarna, to możemy naprawić wszelkie szkody i spustoszenia, obsiać na nowo zniszczone pola, twarde nasiona zmiękczyć w wodzie, by pękły i wypuściły kiełki.

Ale symbolicznie i archetypowo kości znaczą jeszcze więcej, to one łączą nas z przeszłością, z naszymi przodkami i ich doświadczeniami. To one, z przyczyn wręcz czysto fizycznych, stanowią o niezniszczalnej sile: są twarde, bardzo powoli się rozkładają, trudno je spalić, zniszczyć, zetrzeć na proch… Dopóki mamy kości, zawsze mamy szansę się odrodzić. Nasza psychika może być skazywana na wygnanie (Brzydkie Kaczątko), okaleczana, wychładzana i głodzona (Dziewczynka z Zapałkami), siły życiowe mogą z nas wypływać tak jak krew (Sinobrody, Czerwone Trzewiczki), nasz animus może tracić siły i muskulaturę (La Llorona), ale kości są naszą esencją. I na jej bazie można odbudować to co się straciło.

Kości w baśni są kośćmi wilka, dzikiego zwierzęcia, a więc i stworzenie, które dzięki procesowi się odrodzi nie będzie podlegać nadmiernym rygorom cywilizacji. By użyć obrazowego języka uczuć — czy jesteś wilkiem czarnym lub szarym z Północy czy rudym z Południa, czy arktycznym białym — jesteś kwintesencją naturalnych instynktów. Choć niektórzy woleliby, byś była układna i nie okazywała radości, skacząc po sprzętach, byś nie rzucała się na ludzi, witając ich spontanicznie, rób tak mimo to. Co oczywiście wcale nie znaczy, że żyjąc w zgodzie ze swoją dziką naturą będziesz zła, występna, egoistyczna i niedojrzała. Wychowywanie dziecka i pokazywanie mu mechanizmów społecznych to taki sam proces uczenia go życia w otaczającym go środowisku jak w wypadku wilka i innych zwierząt, rzecz w tym by nie przesadzić z dbałością i nadmiarem wody oraz nawozu nie zniszczyć dopiero co kiełkującej rośliny. Dr E używa często wyrażenia ‘overculture’ oznaczającego mniej więcej ‘nadmiar formowania’, coś co sprawia, że czujemy się przede wszystkim, szybą, garnkiem i rzeźbą, a nie piaskiem, gliną i głazem. Poprzez zbyt wiele zakazów, nakazów i oczekiwań otoczenia zapominamy kim jesteśmy sami dla siebie, widzimy siebie oczami innych i wpadamy w poczucie winy, niską samoocenę oraz frustrację. Dlatego trzeba zanurzyć się w siebie i odwiedzić Rzekę Pod Rzeką. Raz, dwa, trzy…tyle razy ile trzeba. Ludzie oddają się medytacji, by znaleźć psychiczną równowagę. Dlatego również zajmują się psychoterapią i psychoanalizą. Dlatego analizują sny i zajmują się sztuką. Dlatego niektórzy wróżą z kart tarota, odczytują przepowiednie / Ching, tańczą, walą w bębny, grają w teatrze, szukają znaczeń w wierszach i ślą do nieba modły. Dlatego robią wszystko to, co robią. To właśnie jest zbieraniem kości. Potem trzeba usiąść przy ogniu i rozmyślać, jaką pieśń zaśpiewać nad kośćmi, jaki hymn stworzenia, jaki hymn wskrzeszenia. A wypowiadane prawdy złożą się na pieśń.

TWORZENIE ŚPIEWEM

La Loba śpiewa nad kośćmi, które zebrała. A śpiewać to znaczy mówić głosem duszy. Śpiewać to znaczy z mocą wyrazić prawdę o własnej potędze i własnym pragnieniu, tchnąć duszę we wszystko, co toczy choroba, w to, co potrzebuje odnowy. Pisałam już o moim ulubionym micie dotyczącym stworzenia świata pochodzącym z Silmarilionu J.R.R. Tolkiena, gdzie Eru oraz Ainurowie tworzą Ardę za pomocą muzyki. Śpiewanie to wyprowadzanie tego co w nas najlepsze, najszczersze i pełne zapału na zewnątrz. Robiąc to co lubimy, co przepełnia nas radością i ma dla nas samych wartość, odbudowujemy siebie, powoli przybywa nam utraconych tkanek. Najtrudniej jest zacząć, usiąść nad kośćmi i wydobyć z siebie głos, potem robi się coraz lżej, gdy na nowo pojawiają się mięśnie, otacza nas chroniąca przed zagrożeniami bariera skóry, a krew zaczyna krążyć. Powiedzenie, że każdy tworzy swoje życie ma głęboki sens. Stara kobieta śpiewa nad kośćmi, a kiedy śpiewa, kości pokrywają się ciałem. My także „stajemy się”, kiedy przelewamy duszę na kości, które zebrałyśmy.

SZACUNEK DLA PUSTYNI

My, kobiety, jak suche kości, jakże często zaczynamy od pustyni. Czujemy się zniewolone, wyobcowane, oddzielone nawet od pustynnych kaktusów. Pustynia od czasów starożytnych była miejscem poświęconym, królestwem boga Seta i obszarem, na które udawali się przyszli prorocy, by szukać wiedzy i koncentracji. Tereny pustynne cechują się tym, że każdy życiodajny składnik jest w nich wykorzystywany do maximum, życie toczy się według ustalonego rytmu (rośliny i zwierzęta aktywne są przede wszystkim rankiem i późnym popołudniem), a większość czasu spędza pod powierzchnią. Pustynia nie jest żyzna, ale nie jest też jałowa. Ponieważ nie ma warunków do bujnej wegetacji, formy życia są w niej intensywniejsze i bardziej tajemnicze, a wiele roślin, których niemal nie widać na powierzchni ma szeroki i głęboko sięgający system korzeni. Podobnie wygląda życie wielu kobiet, czy to poprzez lęk, czy samotność, czy przez traumatyczne przeżycia, czy przez to, że nie mogąc rozwijać się na górze, kierują swoje siły na rozwijanie części podziemnych. Niektóre kobiety nie chcą przebywać na psychicznej pustyni. Nienawidzą jej jałowości, słabości, ubóstwa. Uparcie usiłują uruchomić zdezelowane jeepy, by wyboistą drogą pędzić do wyimaginowanego, olśniewającego wielkiego miasta psychiki. Spotyka je rozczarowanie, bo nie znajdują tam dzikiego, bujnego życia. Kwitnie ono w świecie duchowym, w świecie pomiędzy światami, w Rio Abajo Rio, w rzece pod rzeką.

 

Stara Kobieta, Dzika Kobieta, to La voz mitológica. To mityczny głos, który zna przeszłość, starożytne dzieje i przechowuje je dla nas w opowieściach. Czasami pojawia się w snach jako bezcielesny, ale przepiękny głos.

Jako czarownica pokazuje nam, że jest różnica między tym, co uwiędłe, a tym, co zasuszone ze starości. Niemowlęta rodzą się „zasu­szone” dzięki instynktowi. Czują instynktownie, co jest dla nich do­bre i co mają robić. To wrodzony dar. Jeśli kobieta go nie utraci, je­śli w młodości zachowa zdolność „bycia starą”, a w starości — młodą, to zawsze będzie wiedziała, co nastąpi. Jeśli utraci ten dar, to może go jeszcze odzyskać celową pracą nad psychiką.

Bo wszystko zaczyna się od kości…

Robbie Robertson&Ulali ‘Mahk Jchi (Heartbeat Drum Song)’***

* Dr E określa ją następująco: Wyobraźcie sobie kwintesencję starej kobiety, mającą dwa miliony lat. To pierwotna Dzika Kobieta, żyjąca zarazem pod ziemią i na powierzchni świata. Żyje w nas i dzięki nam; otacza nas sobą. Pustynie, lasy i ziemia pod naszymi domami mają dwa miliony lat, a może nawet więcej. Podobnie Hellenowie wyobrażali sobie Gaję, ziemia była dosłownie ciałem kobiety: podłoże i roślinność stanowiły skórę, góry – piersi, a jaskinie – łono.

** Ja osobiście wyobrażam sobie ego jako małe, nadąsane i przemądrzałe dziecko. Kiedy czuję, że zanadto chce mi się ono wpieprzać w podejmowanie decyzji, całuję je w czoło i mówię, Dobrze, dziękuję za twoją opinię, ale teraz idź na długi spacer, bo muszę się nad czymś zastanowić. Wbrew temu co myślą niektórzy, sądzę, że nie ma sensu demonizować naszego „ja”. W końcu jest częścią nas samych, po co opędzać się od niego, usiłować zmienić, krzyczeć i przeganiać? Ono jest tylko niedojrzałe i nastawione na „tu i teraz” tak jak dziecko, które nie jest przecież złe, patrzy po prostu z innej perspektywy. Aby je formować, wystarczy rozsądnie wyznaczać mu granice i nie pozwolić decydować w sprawach, do których decyzja do niego nie należy.

 *** Mahk jchi tahm buooi yahmpi gidi
Mahk jchi taum buooi kan spewa ebi
Mahk jchi tham buooi yahmpi gidi
Mahk jchi taum buooi kan spewa ebi

Mahmpi wah hoka yee monk
Tahond tani kiyee tiyee
Gee we-me eetiyee
Nanka yaht yamoonieah wajitse

A hundred years have passed
Yet I hear the distant beat of my father’s drums.
I hear his drums throughout the land.
His beat I feel within my heart.
The drum shall beat
so my heart shall beat.
And I shall live a hundred thousand years.

 (http://lyrics.wikia.com/Robbie_Robertson:Mahk_Jchi_%28Heartbeat_Drum_Song%29)

 

Odcinek 4: Sinobrody. O poskromieniu wewnętrznego drapieżnika

biegnaca z wilkami sinobrody

SINOBRODY

W klasztorze w dalekich górach zakonnice w białych habitach przechowują pukiel włosów z brody. Jak się znalazł w klasztorze, nikt nie wie. Mówią, że to zakonnice pochowały szczątki jej właściciela, bo nikt inny nie ważył się ich dotknąć. Nie wiadomo, po co zakonnice przecho­wują tę dziwną relikwię, ale tak jest. Znajoma mojej znajomej widziała Ją na własne oczy. Powiada, że broda jest w kolorze indygo. Ciemno­niebieska jak ciemny lód na jeziorze, granatowa jak nocne cienie. Broda ta należała niegdyś do człowieka znanego jako Sinobrody, który, jak mówią, był upadłym czarownikiem, olbrzymim mężczyzną łasym na kobiety.

Powiadają, że zalecał się jednocześnie do trzech sióstr. Ale jego broda trwożyła je dziwnym niebieskim połyskiem, więc kryły się przed nim, kiedy nadchodził. Próbując je przekonać o swojej łagodności, zaprosił je raz na wycieczkę do lasu. Przybył, prowadząc konie przystro­jone dzwoneczkami i czerwonymi wstążkami. Posadził siostry i ich matkę na koniach i odjechali cwałem do lasu. Tam spędzili cudowny dzień, jeżdżąc konno w otoczeniu sfory psów. Potem zatrzymali się u stóp ogromnego drzewa, a Sinobrody zabawiał panie opowieściami i częstował rozmaitymi przysmakami.

Siostry zaczęły myśleć:

— Może ten Sinobrody nie jest wcale taki zły?

Wróciły do domu, rozprawiając, jaki to był niezwykły dzień i jak się świetnie bawiły. Jednak obawy i podejrzenia dwóch starszych sióstr niebawem powróciły. Przysięgły sobie, że więcej nie spojrzą na Sinobrodego. Tylko najmłodsza myślała, że skoro ktoś może być tak czaru­jący, to chyba nie jest z gruntu zły. Im dłużej to sobie wmawiała, tym mniej straszliwy jej się wydawał, a jego broda nie tak niebieska.

I kiedy Sinobrody poprosił ją o rękę, przyjęła go. Przemyślała jego oświadczyny i zdawało się jej, że poślubi bardzo wytwornego mężczyznę. Wreszcie się pobrali, a potem odjechali do jego zamku w głębokim lesie.

Pewnego dnia przyszedł do niej ze słowami:

—  Muszę na jakiś czas wyjechać. Jeśli chcesz, zaproś tu swoją
rodzinę. Możecie jeździć konno po lesie, kazać kucharzom przygotować
wystawną ucztę, róbcie, co tylko chcecie, wszystko, czego dusza zapragnie. Oto pęk kluczy. Możesz otwierać wszystkie drzwi, i do spiżarni, i tam, gdzie chowam pieniądze — wszystkie drzwi w zamku; nie uży­waj jednak tego malutkiego kluczyka, tego z rzeźbieniem na kółku.

Żona odrzekła:

—  Zrobię, jak każesz. Bardzo mi się to podoba. Jedź więc, drogi mężu, nie troskaj się o mnie i wracaj prędko.

Odjechał, a ona została.

Siostry przybyły w odwiedziny i były, jak wszystkie niewieście duszyczki, bardzo ciekawe, co nakazał gospodarz na czas swojej nieobecności. Młoda żona z radością im o tym opowiedziała.

—  Powiedział, że możemy robić, co dusza zapragnie, i wchodzić do wszystkich komnat prócz jednej. Nie wiem tylko, która to jest. Mam klucz, ale nie wiem, do których drzwi pasuje.

Siostry postanowiły zabawić się w sprawdzanie, który klucz pasuje do których drzwi. Zamek był trzypiętrowy i w każdym jego skrzydle znajdowało się sto drzwi, a ponieważ na pęku wisiało mnóstwo kluczy, chodziły od drzwi do drzwi; bawiły się świetnie, odmykając po kolei wszystkie komnaty. Za jednymi drzwiami były zapasy jedzenia, za innymi pieniądze. Wszelaki dobytek znajdował się w komnatach i wszyst­ko zdawało się coraz wspanialsze. Wreszcie, obejrzawszy wszystkie cuda, doszły do piwnicy, do ślepej ściany na końcu korytarza.

Głowiły się nad ostatnim kluczem, tym właśnie z rzeźbionym kółkiem.

—        Może ten klucz do niczego nie pasuje.

Ledwo to powiedziały, usłyszały dziwny dźwięk — „errrrr”. Zajrzały za róg i — rety! — spostrzegły zamykające się małe drzwiczki. Kiedy próbowały je znów otworzyć, okazało się, że są dobrze zamknięte na klucz. Jedna z nich wykrzyknęła:

—  Siostro, siostro, daj swój klucz. To na pewno te drzwi, do których pasuje tajemniczy mały kluczyk.

Jedna z sióstr bez zastanowienia włożyła klucz do zamka i przekręciła go. Zamek szczęknął, drzwi otwarły się szeroko, ale wewnątrz było tak ciemno, że nic nie widziały.

—  Siostro, siostro, przynieś świecę. — Gdy zapaliły świecę i oświetliły komnatę, wszystkie trzy naraz krzyknęły przeraźliwie, bo na podłodze ujrzały krwawe błoto. Wszędzie walały się poczerniałe kości trupów, a czaszki piętrzyły się w stosach po kątach jak piramidy jabłek.

Zatrzasnęły drzwi, wyrwały kluczyk z zamka i wsparły się jedna o drugą, dysząc ciężko.

Młoda żona spojrzała na kluczyk i spostrzegła na nim krew. Przera­żona, chciała wytrzeć go o suknię, ale krew nie dała się zetrzeć. Każda z sióstr brała mały kluczyk do rąk i starała się go oczyścić, ale krew na nim pozostała.

Żona ukryła kluczyk w kieszeni i pobiegła do kuchni. Kiedy tam dotarła, jej biała suknia była już cała czerwona, od kieszeni do rąbka na dole, bo z klucza powoli wyciekały krople ciemnoczerwonej krwi. Rozkazała kucharce:

—  Szybko, dawaj końskie włosie!

Przetarła klucz, ale nie przestał krwawić. Kropla po kropli czerwona krew spływała z małego kluczyka.

Wyniosła klucz na dwór, zasypała popiołem z pieca i jeszcze tarła i tarła. Włożyła do żaru, żeby go przypiec. Położyła na nim pajęczynę, żeby zatamować krew, ale nic nie pomagało, nic nie mogło jej powstrzymać.

—  Och, co ja teraz zrobię? — płakała. — Wiem już, schowam ten klucz. Włożę go do szafy. Zamknę drzwi. To jakiś zły sen. Wszystko będzie dobrze. — I zrobiła, jak powiedziała.

Mąż powrócił do domu następnego ranka i wkroczył do zamku, nawołując żonę.

—   Co się działo pod moją nieobecność?

—   Wszystko dobrze, panie.

—   A jak moje spiżarnie?

—   Doskonale, panie.

—   A moje skarbce?

—   W skarbcach nic nie brakuje, panie.

—   To znaczy, że wszystko dobrze, żono?

—   Tak, wszystko dobrze.

—   W takim razie — rzekł cicho — oddaj mi klucze.
Od razu dostrzegł, że brakuje małego klucza.

—   Gdzie najmniejszy kluczyk?

— Ja… Zgubiłam go. Tak, zgubiłam. Jechałam na koniu i pęk kluczy upadł na ziemię, wtedy musiałam go zgubić.

—   Co z nim zrobiłaś, kobieto?
—- Ja… ja… Nie pamiętam.

—   Nie kłam! Mów, coś zrobiła z kluczem?

Położył jej dłoń na twarzy, jakby chciał ją pogłaskać po policzku, ale zamiast tego pochwycił za włosy.

—  Zdrajczyni! — warknął i rzucił ją na ziemię. — Byłaś w tej komnacie, czy tak?

Gwałtownym ruchem otworzył jej szafę; mały klucz na górnej półeczce wciąż broczył krwią, która zabarwiła na czerwono wszystkie piękne jedwabne suknie.

—   Teraz twoja kolej, moja damo! — wykrzyknął Sinobrody i pociągnął ją korytarzem do piwnicy, aż znaleźli się przed straszliwymi drzwiami. Sinobrody tylko spojrzał na nie płomiennym wzrokiem i zaraz się przed nim otworzyły. Leżały tam szkielety wszystkich jego poprzed­nich żon.

—   Giń!! — zakrzyknął strasznie, ale ona złapała się framugi drzwi i nie chciała puścić. Błagała o życie.

—   Proszę, proszę, pozwól mi się przygotować na śmierć. Daj mi choć kwadrans, zanim mnie zabijesz, bo muszę najpierw pogodzić się z Bogiem.

—   Dobrze — warknął — masz tylko kwadrans, a potem gotuj się na śmierć.

Żona pomknęła schodami do swej komnaty i wysłała siostry na wały obronne. Uklękła jak do modlitwy, ale zamiast mówić pacierze, wołała do sióstr:

—  Siostry, siostry? Czy bracia nadjeżdżają?

—  Nic nie widać, siostro, nie ma nikogo na równinie!
Co chwila wołała w ich stronę:

– Siostry, siostry! Czy bracia nadjeżdżają?

—   Zdaje nam się, że w oddali widać wirujący tuman kurzu!

W tym czasie Sinobrody grzmiał na żonę, by zeszła do piwnicy, żeby mógł ściąć jej głowę. Zawołała znowu:

— Siostry, siostry! Czy bracia nadjeżdżają?

Sinobrody wezwał ją jeszcze raz i zaczął z łoskotem wspinać się po kamiennych schodach.

— Tak! Widzimy ich! Nasi bracia nadjechali i właśnie wchodzą do zamku! — odkrzyknęły siostry.

Sinobrody posuwał się korytarzem w stronę komnaty żony.

— Idę po ciebie — zawył.

Od jego tupania drżała kamienna podłoga, a tynk zaczął się sypać ze ścian.

Kiedy wdarł się do jej komnaty z wyciągniętymi rękami, by ją pochwycić, bracia na koniach galopowali już korytarzem i także wpadli do komnaty. Rzucili Sinobrodego o gzyms, nacierali na niego z mieczami, siekli i bili, cięli i smagali, aż obalili go na ziemię. Wreszcie uśmiercili go, zostawiając myszołowom krwawe szczątki i kości.

——————————————————————————

Ludzka psychika ma wiele twarzy, a obliczem wyjątkowo perfidnym jest naturalny drapieżca, siła która kontestuje, wyśmiewa i stara się uniemożliwić wprowadzenie w życie naszych marzeń i planów. Dla naturalnego drapieżcy w nas samych wszystko co dobre, pozytywne, harmonijne, zgodne z naturą i przynoszące wewnętrzny spokój jest celem ataków i furii. Niezależnie od środowiska i sposobu wychowania ten drapieżny element jest zawsze obecny w naszej psychice, ale to właśnie środowisko oraz sposób wychowania mogą sprawić, że urośnie on do rozmiarów bestii, którą trzeba poskromić, bo inaczej zupełnie zablokuje nasz rozwój i oderwie od intuicyjnej natury. Opowieść o Sinobrodym mówi o takim prześladowcy, mrocznym mężczyźnie, który zamieszkuje w psychice każdej kobiety, o wewnętrznym drapieżniku. Jest on bardzo konkretną, niezaprzeczalną mocą, o któ­rej nie wolno zapominać i którą trzeba opanować. Aby opanować naturalnego drapieżnika psychiki, kobieta musi dysponować wszystki­mi swymi instynktownymi zdolnościami. Wymieńmy tylko niektóre: wnikliwość, intuicja, wytrzymałość, cierpliwość w kochaniu, wyczulo­ne zmysły, dalekowzroczność, wyostrzony słuch, śpiewanie nad zmar­łymi, intuicyjne uzdrawianie i opieka nad własnym ogniem twórczym.

Kim jest Sinobrody? Baśń określa go jako upadłego czarownika, a zatem kogoś, kto posiadł moc, ale nie umiał się z nią obchodzić zgodnie z zasadami etycznymi i został za to ukarany. W mitach i legendach całego świata pełno jest postaci, które mimo wewnętrznego potencjału nie potrafią się pohamować i to przynosi im zgubę: helleńscy Midas i Ikar, bardzo podobny do tego ostatniego bohater opowieści plemienia Zuni mówiącej o tym, że mógł on zostać członkiem królestwa orłów, gdyby nie zechciał wzlecieć jeszcze wyżej i w rezultacie zginął upadając na ziemię, chrześcijański Lucyfer, uczeń czarnoksiężnika z baśni Goethe’go, etc. Tym co charakteryzuje wszystkie te postacie jest pragnienie przewagi nad innymi i brak wewnętrznych hamulców. Pragną być lepsi i ważniejsi, nie potrafią dojrzewać ani być cierpliwymi, nie chcą też poddać się prawom natury odmierzającej cykle, chcą teraz, zaraz, natychmiast. A nade wszystko chorobliwie pragną władzy. Z mitów i opowieści dowiadujemy się, że jeśli jednostka próbuje przełamać, nagiąć lub zmienić sposób działania Niewyrażalnego, to w konsekwencji musi zostać ukarana albo przez utratę znaczenia i mocy w świecie tajemnic i magii — tak jak uczniowie czarnoksiężników, którym nie wolno więcej praktykować — albo przez wygnanie z krainy bogów, albo przez równie dotkliwe pozbawienie łaski i potęgi: odebranie zdolności, okaleczenie czy śmierć.

Sinobrody jest poprzez to samotny i być może to właśnie samotność doskwiera mu najbardziej, bo owo pragnienie błyszczenia i czarowania innych realizuje się tylko wtedy kiedy jest publiczność, która go podziwia (przypomina tym Maga, pierwszy Wielki Arkan Tarota). A właśnie ów egoizm ogranicza go w kontaktach z innymi; nasz wewnętrzny drapieżca nie wzmaga pozytywnych cech w innych ludziach, on jest o nie zazdrosny i zazdrość wzmaga jego wściekłość. Nietrudno sobie wyobrazić, że w takim złośliwym tworze uwięziony jest ktoś, kto niegdyś poważył się przewyższyć światłość i został za to potępiony, utracił łaskę. Zrozumiałe, dlaczego potem ów upadły wygnaniec okrutnie prześladuje światło innych. Możemy sobie wyobrazić, iż ma nadzieję, że jeśli zagarnie dla siebie dość dużo dusz, to zbierze tyle światła, że wreszcie rozproszy swój wewnętrzny mrok i przezwycięży samotność.

Drapieżniki są częścią natury, także tej ukrytej w psychice. Nie da się ich nawrócić na wegetarianizm, trzeba nauczyć się je rozpoznawać, aby nie rozszarpały nas na strzępy. Wszystkie stworzenia muszą się nauczyć, że istnieją drapieżnicy. Bez takiej wiedzy kobieta nie zdoła bezpiecznie poruszać się po własnym lesie, tak by nie zostać pożartą. Zrozumieć drapieżnika to znaczy stać się dojrzałym zwierzęciem, które nie jest bezbronne z powodu swej nieświadomości, ufności, braku doświadczenia, głupoty. Jak przebiegły tropiciel Sinobrody wyczuwa, że zaintrygował najmłodszą córkę, czyli że pragnie ona zostać jego ofiarą. Oświadcza się jej, a ona w chwili młodzieńczego uniesienia, które jest często kombi­nacją szaleństwa, chwilowej przyjemności, szczęścia i magnetyzmu płci, mówi mu „tak”. Która kobieta nie zna tego scenariusza?

KOŃMI DO NIEBA

Kiedy Sinobrody zaczyna swoje podchody, z początku wszystkie siostry są sceptyczne aż w końcu jego zakusom ulega najmłodsza z nich. Symbolizuje zarówno młodziutkie i naiwne dziewczęta jak i kobiety w sile wieku, które nie nauczyły się rozpoznawać wewnętrznego napastnika i po raz kolejny przerabiają tę samą lekcję. Najmłodsza siostra to potencjał twórczy kobiety, wszystko to co daje satysfakcję i sprawia, że chce się nam niemal fruwać, jednak nieświadoma istnienia drapieżnika daje się mu pochwycić i w ten sposób zatrzymać u samego początku kreatywność. To cena jaką płaci za fałszywe poczucie bezpieczeństwa, ale i część inicjacji, ponieważ kiedy wyzwoli się z wpływu drapieżcy, będzie mądrzejsza i bogatsza. I choć często się zdaje, że życie byłoby znacznie łatwiejsze i mniej bolesne, gdyby wszyscy ludzie rodzili się przebudzeni, tak się nie dzieje. Rodzimy się jako anlagen (zarodki), jako potencjał tkwiący w jądrze komórki: w biologii anlage określa się jako „to, co się dopiero stanie, rozwinie”.

Sinobrody zaleca się do wszystkich trzech sióstr naraz i od razu intuicja podszeptuje im, że coś jest nie tak, żeby nie wierzyć, być ostrożnym i spoglądać głębiej niż tylko na powierzchnię. Jednak sprytny Sinobrody zabiera siostry oraz ich matkę na przejażdżkę i najmłodsza daje się przekonać. Lekceważy przeczucie, widzi tylko pozory, które stwarza drapieżca. Taki błędny osąd jest najczęstszy u kobiet bardzo młodych, u których nie rozwinął się jeszcze system ostrzegawczy. Młoda dziewczyna jest jak osierocone wilcze szczenię, które baraszkuje na polanie, nie bacząc na to, że wielki ryś wynurza się z mrocznej gęstwiny. Starsza kobieta, tak odcięta od natury, że ledwie słyszy wewnętrzne ostrzeżenie, także brnie w pułapkę z naiwnym uśmiechem.

Oczywiście to rodzi pytanie czy takiej sytuacji da się w ogóle uniknąć. Podobnie jak w przyrodzie dziewczyna uczy się życia obserwując rodziców, to ich zachowanie ostrzega ją przed zagrożeniami. Jednak nawet jeżeli rodzice mądrze wychowują dziecko, to około dwunastego roku życia nadchodzi moment, kiedy zaczyna nabierać własnych przekonań i podejmować samodzielne kroki, czy to pod wpływem rówieśników, czy osób, które darzy uwielbieniem. Nastolatki są też często z natury przekonane o tym, że świat jest dobry i istnienia drapieżców po prostu nie wyczuwają, z tego przekonania budzi je dopiero pierwszy wstrząs. Kiedy wilczyca zostawia swe młode, by wyruszyć na łowy, wilczęta próbują iść za nią, wychodząc z nory na ścieżkę. Matka warczy, odpędza je i straszy tak bezlitośnie, że poślizgując się, biegną z powrotem do jamy. Wilczyca wie, że szczenięta nie potrafią jeszcze ocenić innych stworzeń. Nie wiedzą, kto jest drapieżnikiem, a kto nie. Z czasem nauczy je tego, brutalnie i raz na zawsze. Podobnie jak młode wilczęta kobiety też potrzebują wprowadzenia w tajniki życia, inicjacji, która nauczy je, że świat wewnętrzny i zewnętrzny nie są beztroskim rajem. Wiele dziewcząt i kobiet nie otrzy­mało nawet tak podstawowych nauk o drapieżnikach, jakie matka-wilczyca daje swoim szczeniętom: „Jeśli coś jest groźne i większe od ciebie, uciekaj; jeśli słabsze, rób, co chcesz; jeśli chore, zostaw w spokoju; jeśli ma kolce, jad, kły albo ostre pazury, wycofaj się, idź w inną stronę; jeśli przyjemnie pachnie, ale jest zatknięte na metalowych szczękach, przejdź spokojnie obok”.

 Przyczyną, dla której najmłodsza siostra daje się zwieść Sinobrodemu jest słuchanie podszeptów ego. To zrozumiałe, że chce mieszkać w pełnym bogactw pałacu, jeździć eleganckim powozem i być podziwiana. Niejedna dziewczyna godzi się na rolę trofeum, żeby „pokazać się” w exluzywnych ubraniach, designerskim mieszkaniu czy drogim samochodzie. W sensie dosłownym zaślubiny z mężczyzną – drapieżcą realizują wewnętrzne pragnienie, żeby uszczęśliwił nas świat zewnętrzny, a nie my same. To coś, co jak nam się wydaje możemy dostać lekko, łatwo i przyjemnie, bez własnego wysiłku, cierpliwości i wytrwałości (co jest jeszcze wyraźniej pokazane w baśni o Czerwonych Trzewiczkach). Tyle że łatwe przyjemności są często przynętą, którą wabi ofiarę drapieżnik. Jeżeli nie jesteśmy czujne, to wpadniemy w pułapkę. Tym bardziej, że małe dziewczynki nie są uczone tego jak wyostrzać wewnętrzny wzrok, tylko jak najlepiej zaprezentować się na zewnątrz. Dlatego pośrednimi wspólnikami drapieżcy stają się własne, biologiczne matki młodych dziewcząt, które w opowieści symbolizuje matka sióstr. Nie tylko nie ostrzega ich przed zagrożeniem, ale uwiarygodnia przeciwnika udając się na przejażdżkę na jego zaproszenie. Ta decyzja, zgoda na poślubienie potwora, zapada, kiedy dziewczyna jest bardzo młoda, zwykle jeszcze przed ukończeniem piątego roku życia. Dziewczynki uczy się niedostrzegania w ludziach groteskowości, uczy się je natomiast upiększania ich, niezależnie od tego, czy rzeczy­wiście mają jakiś urok. To za sprawą takiego treningu najmłodsza siostra stwierdza: „Hm, ta broda nie jest wcale taka niebieska”. To wczesne wdrażanie do „bycia miłą” powoduje potem, że dorosła kobieta lekceważy głos intuicji. Inaczej mówiąc, dziewczynki są celowo uczone uległości wobec drapieżnika. Wyobraźcie sobie wilczycę, która uczy swoje młode, by „były miłe” w obliczu groźnej fretki albo chytrego diamentowego grzechotnika.     

Starsze siostry nie dają się nabrać na pozory stwarzane przez Sinobrodego. Albo same już przeszły ten proces, albo przejmują rolę prawdziwej, dzikiej matki, widzącej realne zagrożenia. Weźmy przykład naiwnej kobiety, która po raz kolejny wybiera sobie nieodpowiedniego partnera. Gdzieś na dnie umysłu wie, że wpadła w błędne koło, bezowocny, daremny schemat, że powinna powiedzieć „dość” i poszukać innych wartości. Często nawet wie, jak powinna postąpić. Ale w powtarzaniu autodestrukcyjnego cyklu jest coś nieodpartego, coś w rodzaju hipnotycznego zauroczenia Sinobrodym. W wię­kszości wypadków kobiety łudzą się, że jeśli trochę dłużej będą się trzymać starego wzoru, to z pewnością niebiański błogostan, którego poszukują, pojawi się z następnym szybszym uderzeniem serca. Innym skrajnym przypadkiem są kobiety uzależnione od jakiegoś nałogu: one z pewnością z zakątka umysłu słyszą starsze siostry, które powtarzają: „Nie! Tak nie można! Szkodzisz swemu ciału i duchowi. Zrywamy z tym”. Ale pragnienie odnalezienia raju wciąga kobiety w małżeństwo z Sinobrodym, dealerem psychicznych odlotów. Jakiekolwiek dylematy kobieta przeżywa, głosy starszych sióstr w jej psychice wciąż nakłaniają ją do zdobywania świadomości i doko­nywania mądrych wyborów. Symbolizują głos w głębi umysłu, szepczą­cy niemiłe prawdy, których kobieta wolałaby uniknąć, gdyż kładą kres fantazji o odnalezionym raju. (…) Wiele kobiet w sensie dosłownym powtarza w życiu opowieść o Sinobrodym. Wychodzą za mąż, kiedy jeszcze są dość nieświadome, by nic nie wiedzieć o drapieżnikach, i wybierają człowieka, który ma niszczący wpływ na ich życie. Są zdecydowane uleczyć tę osobę miło­ścią. W pewnym sensie „bawią się w dom”. A większość czasu spędzają na powtarzaniu: „Jego broda wcale nie jest taka niebieska”. Kobieta uwięziona w takiej pułapce dostrzega w końcu, że nadzieje na godziwe życie jej i dzieci rozwiewają się coraz bardziej. Pozostaje mieć nadzieję, że nareszcie otworzy drzwi do komnaty, gdzie leży całe jej zmarnowane życie. Choć jest możliwe, że to życiowy partner upodlił je i popsuł, jednak wewnętrzny drapieżca w jej własnej psychice ma w tym duży udział. Dopóki kobiecie wmawia się, że jest bezsilna, dopóki uczy się ją niedostrzegania tego, o czym wie, że jest prawdą, dopóty kobiece impulsy i dary psychiczne giną jeden po drugim. Jeśli młodziutka dziewczyna wychodzi za mąż za drapieżcę, to zostaje uwięziona lub silnie ograniczona właśnie wtedy, kiedy powinna rozkwitać. Zamiast żyć swobodnie, zaczyna żyć na niby. Zwodniczy drapieżca obiecuje jej, że zostanie królową, podczas gdy w rzeczywistości knuje morderstwo. Istnieje wyjście z tej sytuacji, ale trzeba mieć do niego klucz.

OTWIERANIE DRZWI (GŁĘBOKIEJ) PERCEPCJI

Ze ślubu słodkiej naiwności i łotra bez serca nie może wyjść nic dobrego. W baśni mąż wyjeżdża dając żonie złudne wrażenie wolności: ‘Możesz robić wszystko oprócz jednej rzeczy’. Szybko okaże się, że to czego zabrania jej mąż jest dla niej najważniejsze.

Sinobrody mówi, ‘róbcie wszystko co chcecie’, namawia, żeby pozbyła się zahamowań, chce aby wydawało się jej, że wszystko może i w ten sposób dawała się łatwiej kontrolować. Tyle że bez wiedzy ukrytej w komnacie najmłodsza siostra wcale nie jest wolna. Naiwna kobieta potulnie zgadza się pozostać w nieświadomości. Kobiety łatwowierne albo te z zablokowanym instynktem wciąż, jak kwiaty, obracają się zawsze w tę stronę, z której pada słońce. Naiwna lub odcięta od instynktów kobieta zbyt łatwo daje się zwieść iluzją łatwego życia, rozrywek, rozmaitych przyjemności, czy będzie to obietnica wysokiej pozycji w oczach rodziny i rówieśników, większego bezpieczeń­stwa, wiecznej miłości, podniecających przygód czy gorącego seksu.

Żona otrzymuje komplet kluczy, ale z jednego nie może korzystać. Wraz z przybyciem sióstr, budzi się w niej naturalny instynkt ciekawości, który sprawia, że zaczyna drążyć i szukać ukrytych zamiarów męża. To siostry zaczynają dopasowywać klucze do drzwi. Kobieca ciekawość jest tu ważnym czynnikiem. Wcześni badacze psychiki tacy jak Freud czy Jung traktowali otwarcie zakazanej komnaty jako psychologiczną karę za kobiecą ciekawość sexualną. Wynikało to z pośledniego traktowania kobiecej psychiki w ogóle jak i z panujących stereotypów. Ciekawość kobiety nosiła w sobie z definicji aspekt negatywny, ciekawi świata mężczyźni byli nazywani dociekliwymi, podczas gdy ciekawe świata kobiety – wścibskimi. Tymczasem to właśnie przenikliwość i chęć sięgnięcia głębiej jest podstawą intuicji. To siostry – intuicyjne aspekty psychiki – wyrywają żonę z kręgu nieświadomości (…) Nieświadoma młodzieńcza natura zaczyna rozumieć, że skoro istnieje coś ukrytego, sekretnego, coś, co przesłania cień, coś zakazanego, to trzeba w to wejrzeć.

Lochy są w swojej formie jaskiniami powiązanymi semantycznie z Gają, wielką Boginią – Matką, ale trzeba pamiętać czym były dawniej drzwi, zbudowane z solidnego materiału takiego jak drzewo lub kamień; w niektórych kulturach wierzono nawet, że duch drzewa lub kamienia pozostaje w nim aby strzec wejścia. Drzwi w naszej opowieści są barierą psychiczną, czymś w rodzaju strażnika strzegącego tajemnicy. Ten strażnik jeszcze raz przypomina nam o reputacji drapieżcy jako maga — psychicznej złej mocy, która wszystko przekręca i gmatwa jakby za sprawą czarów, powstrzymując nas od zrozumienia tego, co już wiemy. Kobiety umacniają jeszcze tę barierę, kiedy zniechęcają się (lub siebie nawzajem) do myślenia lub głębszego analizowania, bo „lepiej za dużo nie wiedzieć”. Żeby zrobić wyłom w tej barierze, trzeba zastosować właściwe przeciwczary. A znajdujemy je właśnie w symbolu klucza. W baśni o Ali Babie pojawia się motyw otwierania drzwi za pomocą zaklęcia, w misteriach eleuzyńskich klucz prawdopodobnie kładziono na języku, aby przypominać, że w mowie, w odpowiednim formułowaniu pytań kryje się wskazówka jak otrzymać odpowiedź i jak dotrzeć do sedna rzeczy. A słowa, potrzebne kobiecie w większości sytuacji analogicznych do opisanej w Sinobrodym, brzmią: Co się za tym kryje? Co jest inne, niż się wydaje? Co wiem w głębi swego łona, czego wolałabym nie wiedzieć? Co we mnie zostało zabite, co powoli kona?

NAJMŁODZSZA SIOSTRA I KOMNATA TAJEMNIC

Siostry widzą na własne oczy co kryje się w zakazanej komnacie, a klucz najmłodszej zaczyna krwawić. Kości i krwawe szczątki poprzednich żon to symboliczne przedstawienie planów, marzeń i myśli, które kobieta porzuciła lub też życia które sprawiało jej radość, a którego z jakichś powodów zaniechała. Sinobrody zabija i rozczłonkowuje kobietę, aż zostaną z niej nagie kości. Nie pozostawia jej urody, miłości, jaźni, a tym samym żadnej możliwości działania we własnej sprawie (…) Szkielety w komnacie symbolizują w najbardziej pozytywny sposób niezniszczalną siłę kobiecości. Kości to archetypowy symbol tego, co w żaden sposób nie może ulec zniszczeniu. W swojej kwintesencji historie o kościach mówią o tym w psychice, co jest nie do pokonania. Jedyną niezniszczalną rzeczą, jaką posiadamy, jest dusza. Kiedy mówimy o esencji kobiecości, mamy na myśli kobiecą duszę. Kiedy mówimy o ciałach porozrzucanych w lochu, chcemy powiedzieć, że coś złego się stało z naszą duchową siłą; lecz mimo że pozbawiona została zewnętrznej żywotności, mimo że siły życiowe z niej uszły, nie została zniszczona doszczętnie. Może się odrodzić.

Klucz zaczyna krwawić, a jak nietrudno się domyślić krew to symbol życia i energii. Upływ krwi pozbawia życia. Najmłodsza siostra musi stawić czoła temu, że to co miało ją uszczęśliwić, w rzeczywistości pozbawiło ją tego co najważniejsze, jej własnej tożsamości. Niezależnie czego dotyczyły zamierzenia, czy harmonijnego związku, czy udanej pracy, czy sukcesów, czy twórczości, drapieżnik celowo od dawna je udaremniał. W baśniach często pojawia się motyw oblubieńca-bestii (lub zbójcy), który rozumiany jest jako symbol wroga ukrywającego się w prze­braniu istoty dobrodusznej i przyjaznej. Ta zamaskowana postać poja­wia się zawsze, kiedy kobieta żywi naiwne przekonania na temat kogoś lub czegoś. Kiedy kobieta usiłuje uniknąć konfrontacji z własnym wewnętrznym spustoszeniem, marzenia senne prawdopodobnie zaczną krzyczeć do niej ostrzegawczo: przebudź się! szukaj pomocy! uciekaj! idź zabijać! (…) To niedostrzeganie, niezrozumienie, że wewnętrzne pragnienia nie współgrają z zewnętrznym postępowaniem, jest właśnie tropem, który zostawia za sobą oblubieniec-bestia. Obecność tego czynnika w psychice tłumaczy, dlaczego kobiety, które twierdzą, że pragną bliskiego związku, robią wszystko, by im się nie powiodło z ukochanym. W ten sam sposób kobiety, które wyznaczają sobie jakieś cele, chcą w danym czasie dotrzeć tu czy tam, nie robią nawet pierwszego kroku, by je realizować, albo też rezygnują z nich przy pierwszej napotkanej trudno­ści. W ten sposób, przez odkładanie spraw na później, które rodzi pogardę dla samej siebie, przez jątrzące uczucie wstydu spychane coraz głębiej, przez wszystkie nowe początki, tak bardzo potrzebne, uwień­czenie nigdy nie dochodzi do skutku. Tam, gdzie się czai i działa drapieżca, wszystko zbacza z torów, zostaje zburzone i zniszczone w zarodku. (…)W takim stanie kobieta traci twórczą energię, niezależnie od tego, czy w grę wchodzi rozwiązywanie przyziemnych problemów związanych z nauką, rodziną, przyjaźnią, czy też troska o palące problemy współczesnego świata lub sprawy duchowe — osobisty rozwój, sztukę życia. Banalne odkładanie spraw na później ciągnie się tygodniami i miesiącami. Wydaje się, że uchodzi z niej powietrze, jest bez życia, choć może i pełna pomysłów, ale stan głębokiej stagnacji z każdym dniem coraz bardziej uniemożliwia wprowadzenie ich w czyn.

Najmłodsza siostra na początku nie chce przyjąć tej prawdy do świadomości, próbuje wielu sposobów aby zetrzeć krew z klucza, ale nie udaje się jej to. Wszystkie negatywne i bolesne wydarzenia naszego życia są w sposób naturalny cenzurowane od wewnątrz. Jest najzupełniej oczywiste, że cenzurujące ego pragnie zapomnieć, że kiedykolwiek widziało makabryczną komnatę z ciałami zamordowanych. Dlatego właśnie żona Sinobrodego próbuje wytrzeć klucz końskim włosiem. Próbuje wszyst­kich znanych sobie sposobów, wszystkich medykamentów na okale­czenia i głębokie rany, jakie zna kobieca medycyna ludowa: paję­czyny, popiołu, ognia — wszystkie kojarzą się z nicią życia i śmierci snutą przez Parki. Jednak nic nie skutkuje; kobieta nie może też zakończyć tego procesu, udając, że nic się nie dzieje. Nie może zatamo­wać krwawienia z klucza. Paradoksalnie, kiedy jej dawne życie dogorywa i nawet najlepsze lekarstwa są bezskuteczne, upływ krwi budzi ją z uśpienia; uświadamia sobie, że krwawi, i w ten sposób zaczyna żyć na nowo.

Krew barwi sukienki w szafie, nie pozwala jej zapomnieć o tym co ujrzała i zdradza jej prześladowcy to, że ona już WIE. Suknie i odzież zazwyczaj symbolizują maski, jakie nakładamy, to jakimi chcemy aby świat nas widział i to w jaki sposób ukrywamy czego nie chcemy pokazać. Przy odpo­wiednim psychicznym kamuflażu i przebraniach zarówno mężczyźni, jak i kobiety mogą prezentować prawie idealną postać, prawie idealną fasadę. Tymczasem klucz płaczący krwawymi łzami plami wszelkie maski i nie pozwala już dłużej ukrywać się. Możemy mówić, co chcemy, udawać zadowolenie i pogodę ducha, ale jeśli raz ujrzałyśmy wstrząsającą prawdę w komnacie rzezi, to nie możemy udawać, że ona nie istnieje. Nadszedł czas stawić czoła drapieżcy.

ZWODZENIE DRAPIEŻNIKA

Gdy Sinobrody odkrywa „zdradę”, szaleje z wściekłości i szykuje żonie taki sam los jak poprzednim. W opowieści o Sinobrodym psychika próbuje uniknąć zabójczego ciosu. Nie jest już naiwna, nauczyła się przebiegłości; prosi o czas na przygotowanie — innymi słowy, czas, by się wzmocnić przed ostatecznym starciem. W zewnętrznej rzeczywistości także spotykamy kobiety planujące ucieczkę, czy to od dawnego, wyniszczającego trybu życia, czy to od kochanka, czy od pracy. Chce zyskać na czasie, gra na zwłokę, obmyśla strategię i wewnętrznie zbiera siły, zanim dokona zewnętrznej przemiany. Czasami właśnie rodzaj olbrzymiego zagrożenia ze strony drapieżcy powoduje, że kobieta ulega metamorfozie z uległej i słodkiej w bystrooką i czujną. (…) Kiedy kobieta pojmuje, że stała się zdobyczą, zarówno w świecie wewnętrznym, jak i zewnętrznym, ledwie może to znieść.

Jednocześnie i drapieżca, i twórcza siła dochodzą coraz bardziej do punktu wrzenia. Napastnik krąży, koncentruje się na zdobyczy i szykuje do zadania ostatecznego ciosu. Siła intuicji i twórczości jest być może osłabiona poprzez tak długi czas ignorowania, ale mimo przebudzenia się jeszcze nie wygrała. Mówiąc obrazowo, nie może ani na chwilę odpocząć, a tym bardziej z powrotem zasnąć tak jak nie wolno tego zrobić osobie przebywającej na mrozie. W świecie zwierzęcym istnieje coś takiego jak tajemniczy taniec psychiczny drapieżnika z ofiarą. Mówi się, że jeśli ofiara wysyła szczególny, pełen uległości sygnał wzrokowy i wpada w szczególny rodzaj drżenia, które powoduje słabe falowanie skóry na mięśniach, to w ten sposób komunikuje drapieżcy swoją słabość i godzi się zostać łupem. Czasem trzeba drżeć i umykać, ale są chwile, kiedy nie wolno tego robić. W krytycznym momencie kobieta nie może zadrżeć, nie może okazać słabości. Kiedy żona Sinobrodego błaga o czas, by przygotować się na śmierć, nie jest to oznaka uległości wobec drapieżcy. To jej chytry sposób na przygotowanie mięśni do walki. Jak leśne zwierzęta szykuje się do frontalnego ataku.

POSKROMIENIE ZŁOŚNIKA

Podczas gdy Sinobrody krzyczy i wrzeszczy, jego żona szuka sposobu by zyskać cenny czas, próbuje zebrać energię, by obezwładnić prześladowcę, którym może być — osobno lub w połączeniu — niszczący wpływ religii, małżonka, rodziny, własnych kompleksów albo kultury, w której żyje. Sama sobie z nim nie poradzi, musi wezwać na pomoc braci. Bracia symbolizują silniejszą, waleczną i agresywną część psychiki, tę która nie zawaha się przed wbiciem ostrza w serce przeciwnika*. To męska energia, jungowski animus w baśniach pojawiający się zazwyczaj pod postacią bohatera więzami krwi połączonego z bohaterką. Tę część psychiki u kobiet często tłamsi się od samego początku, ucząc dziewczynki by były grzeczne i miłe, by „nie przejmowały się” atakami i nie odpowiadały na nie. Agresja jest jedną z pierwszych cech jaką stara się u małych dziewczynek wykorzenić. Siostry — te mądrzejsze — zajmują centralną pozycję w ostatnim stadium inicjacji; stają się jej oczami. Wołanie kobiety pokonuje długi wewnętrzny dystans do miejsca, gdzie mieszkają bracia, do tych aspe­któw psychiki, które są wyćwiczone do walki. Ale obronne aspekty psyche nie są zrazu tak bezpośrednio bliskie świadomości, jak powinny być. U wielu kobiet gotowość bojowa i waleczność są zbyt oddalone do świadomości, by działać skutecznie. Kobieta musi się wprawiać w przywoływaniu, wyczarowywaniu wojowniczej, niepokornej natury, atrybutów symbolizowanych przez wirujący słup powietrza, tuman kurzu na drodze. Oznaczają one wewnętrz­ną siłę determinacji, która, jeśli nie ulega rozproszeniu, daje kobiecie potężną energię. Zachowując gotowość bojową, kobieta nie straci świadomości, nie będzie pogrzebana z całą resztą.     

Natura animusa jest potrzebna każdej kobiecie. To takie cechy jak dążenie do celu i konsekwentne usuwanie przeszkód sprawią, że wszelkie pomysły i plany nie pozostaną w sferze umysłu, ale będą z powodzeniem realizowane. Im silniejszy, solidniejszy i szerszy jest animus (wyobraźmy go sobie jako most) tym sprawniej, z większą klasą i w bardziej konkretny sposób kobieta daje wyraz swoim ideałom i kreatywności w zewnętrznym świecie. Kobieta, której animus jest słabo rozwinięty, może mieć mnóstwo oryginalnych myśli i pomysłów, ale nie potrafi ich realizować w zewnętrznym świecie. Wprowadzane w czyn wspaniałe wizje pozo­stają w martwym punkcie. Bez silnego i zdrowego animusa kobieta jest bezbronna, jej marzenia nie realizują się, a frustracje powodują, że wpada ona coraz mocniej w szpony drapieżcy. A im dłużej to trwa i im bardziej się kumuluje tym bardziej opłakane mogą być skutki.

Pewna kobieta, z którą pracowałam, inteligentna i utalentowana, opowiadała mi o swojej babci ze Środkowego Zachodu. Według babci najlepszą rozrywką było pojechać pociągiem do Chicago, założyć wielki kapelusz i, spacerując po Michigan Avenue, oglądać wystawy i zadawać szyku w roli eleganckiej damy. Z konieczności czy zrządzeniem losu wyszła za mąż za farmera. Osiedli wśród bezmiaru pól pszenicznych, gdzie zaczęła usychać i więdnąć w schludnym małym wiejskim domku, dużym w sam raz dla niej, dzieci i męża, jak Pan Bóg przykazał. Nie miała już czasu na tamto „frywolne” życie, które kiedyś wiodła. Miała za dużo dzieci. Za dużo „babskich zajęć”.

Pewnego dnia, wiele lat później, wyszorowawszy uprzednio na kolanach podłogi w kuchni i w salonie, założyła swą najlepszą jedwabną bluzkę, zapięła długą spódnicę, a na głowę włożyła ogromny kapelusz. Przystawiła sobie strzelbę męża do ust i pociągnęła spust. Każda kobieta wie, dlaczego wcześniej wymyła podłogi.

Głód duszy może przyprawiać kobietę o nieznośne cierpienia. Ponieważ dusza kobiety ma potrzebę wyrażania siebie w swoisty, uczucio­wy sposób, musi się rozwijać i kwitnąć w poczuciu sensu tego, co robi, nie gnębiona przez nikogo. W tym znaczeniu krwawy klucz mógłby reprezentować także żeńską linię krwi, wszystkie dotychczasowe kobiety. Która z nas nie miała przynajmniej jednej bliskiej, ukochanej kobiety, która postradała instynkt dokonywania słusznych wyborów, skutkiem czego była zmuszona żyć wyrzucona poza nawias? Być może właśnie ty jesteś taką kobietą.

ZJADACZ GRZECHOW

Szczątki Sinobrodego zostają rozrzucone na pożarcie drapieżnym myszołowom. W starożytności wierzono w istnienie dusz zwanych „zjadającymi grzechy”. Były one uosabiane przez duchy, ptaki lub zwierzęta (rzadziej przez ludzi**), które podobnie jak kozły ofiarne brały na siebie grzechy, to jest psychiczne nieczystości wspólnoty. W ten sposób lud zostawał oczyszczony i wybawiony od zgnilizny trudnego lub źle przeżytego życia. (…)W mitologii staroskandynawskiej zjadający grzechy to padlinożercy, którzy pożerają martwe ciało, inkubują je w swoich brzuchach i zabierają do Hel. Nie jest to miejsce, ale osoba, bogini życia i śmierci. Uczy ona umarłych życia wspak. Stają się coraz młodsi i młodsi, aż są gotowi narodzić się na nowo i ponownie przychodzą na świat.

Drapieżnik w psychice ginie, moce animusa pozbawiły go energii, ale nie znika on całkowicie ani nie rozpływa się w powietrzu. Nie wolno o nim zapomnieć, trzeba obserwować i pilnować by moc Sinobrodego nie próbowała zebrać szczątków i ożywić ich. Wielu badaczy zajmujących się tą opowieścią uważa, że Sinobrody reprezentuje siłę tak perfidną, że nie może być ona zbawiona ani odkupiona. Według mnie do tego aspektu psychiki należy podejść inaczej — nie jak do masowego mordercy, który ma się przeobrazić w kryształowy charakter, ale raczej jak do kogoś, kogo trzeba umieścić w zakła­dzie psychiatrycznym; musi jednak być to miejsce godziwe, z widokiem na drzewa i niebo, z dobrym jedzeniem i kojącą muzyką, a nie oddział zamknięty, gdzie będzie upodlony i torturowany.

Aby trzymać drapieżcę w psychicznej klatce trzeba wybijać mu kły zanim zdążą wyrwać nam kawał duszy. Należy przy tym używać jego własnej broni: logiki, języka i perswazyjnego stylu. Nie pozwalajmy aby przez nasz umysł przepływały negatywne myśli na temat naszych możliwości czy talentu. Nasz umysł musi działać jak filtr: przepuszczać to co dobre i wartościowe, a zatrzymywać zagrożenia. Znajdźmy same mądrą równowagę między zasadną krytyką tego co robimy i jak się zachowujemy a podszeptami wewnętrznego wroga chcącego przekonać nas, że nic nie znaczymy. Słyszysz, że mówi do ciebie: ‘Nie przygotowałaś projektu na jutro, nie potrafisz zorganizować sobie czasu’? To odpowiedz mu, ‘Ale za to zrobiłam korektę wcześniejszego projektu, przygotowałam tabele i opracowałam to wszystko jako prezentację!’. Bo jeżeli zaczynasz myśleć, że być może przeciwnik ma rację, że nie skończyłaś tego cholernego projektu, że musisz przecież zrobić jeszcze dwa kolejne w tym tygodniu i że, kurczę, na pewno nie starczy ci czasu albo nie pójdziesz z dziećmi do kina, żeby go skończysz więc chyba faktycznie nie potrafisz zorganizować sobie czasu – karmisz go. Posyłasz mu energię swoich myśli i to wystarcza. A można tę bestię w klatce wykorzystać do swoich celów tak jak z roślin trujących da się uzyskać lekarstwo. Osłabiamy atak naturalnego drapieżcy, biorąc do serca i analizując to, co prawdziwe w jego słowach, i odrzucając resztę.(…) Kiedy przestajemy być zabawką w rękach drapieżcy, uchodzą z niego siły i nie potrafi już działać bez nas (…) Kiedy kobiety pokonują swego drapieżcę, przejmując władzę nad tym, co w nim pożyteczne, i odrzucając całą resztę, odkrywają, że nareszcie czują się pełne energii, witalności, głębi. Odebrały to, co im wykradziono: wigor i treść życia. Pozytywne wykorzystanie energii drapież­cy można rozumieć na kilka sposobów: jego furię można przekształcić w ogień duszy, żarliwość potrzebną do realizacji szczytnych celów. Jego spryt i przebiegłość pomoże spojrzeć na wiele rzeczy z dystansu. Jego śmiercionośną moc można wykorzystać do likwidacji tego, co w kobiecie powinno obumrzeć, albo dla czego ona powinna umrzeć w swoim ze­wnętrznym życiu, a mogą to być rozmaite rzeczy w różnych momentach życia. Zazwyczaj kobieta sama dobrze wie, co to jest.

Drapieżnik pojawia się też często nie tylko w opowieściach, ale i w koszmarach kobiet: jako napastnik, złodziej, gwałciciel itd. który zastaje ją samotną i bezbronną. Sen o mężczyźnie czającym się w mroku to także sygnał pobudki. Mówi: „Uważaj! Coś złego dzieje się w otaczającym cię świecie, w ży­ciu osobistym, w naszej cywilizacji” (…) Choć psychologia podkreśla rodzinne przyczyny ludzkich udręk i niepokojów, czynnik kulturowy ma równie dużą wagę, gdyż kultura to jakby rodzina rodziny. A jeśli rodzina rodziny cierpi na różne choroby, to wszystkie rodziny należące do niej muszą się zmagać z tymi samymi dolegliwościami. Moi przodkowie mawiali cultura cura, kultura leczy. Jeśli kultura jest uzdrowicielem, rodziny uczą się uzdrawiać; będą mniej cierpieć, mniej się zmagać z chorobą i łatwiej wracać do zdrowia, będą bardziej sobie oddane i pełne ciepłych uczuć. W kulturze, którą włada drapieżca, wszelkie nowe życie, które chce się narodzić, i stare życie, które powinno odejść, tkwią w miejscu, a psychiczne życie jej członków jest sparaliżowane lękiem i duchowym głodem. (…) Tak więc te negatywne kulturowe wartości — na które drapieżca skwapliwie przystaje — rosną w siłę w zbiorowej psychice wszystkich członków społeczności. Kiedy społeczeństwo nawołuje obywateli do nieufności i wystrzegania się głębokich życiowych instynktów, wów­czas drapieżny element w psychice każdej jednostki zostaje wzmocnio­ny i zaktywizowany. Jednak nawet w społeczeństwach opartych na opresji, jeśli w jakiejkolwiek kobiecie Dzika Kobieta wciąż żyje, rozkwita a nawet promie­nieje, to „kluczowe” pytania zostaną zadane, i to nie tylko te, które pozwolą wejrzeć w głąb siebie, ale także te dotyczące samej kultury. „Co się kryje za tymi zakazami, które widzę w zewnętrznym świecie?”, „Ile dóbr i wartości poszczególnych ludzi, kultury, ziemi i ludzkiej natury zostało uśmierconych, ile ginie powoli?”

Ten sen pojawia się także u kobiet żyjących z tworzenia, gdy zaczyna brakować im pomysłów. Często twórcze przedsięwzięcia zwalniają tempo lub utykają na mieliźnie, ponieważ w głębi naszej psychiki tkwi ktoś, kto ma o nas bardzo złe mniemanie, a my ulegamy mu, zamiast się zbuntować, roztrzaskać mu głowę i uciekać do wolności. W wielu przypadkach dla ratowania sytuacji trzeba tylko potraktować siebie, swoje pomysły, sztukę, o wiele poważniej niż dotychczas. Z powodu braku matrylinearnego (i patry-linearnego) wsparcia na przestrzeni wielu pokoleń docenianie twórcze­go życia — to jest docenianie całkowicie oryginalnych, pięknych, twór­czych idei i dzieł pochodzących ze spontanicznej, pierwotnej duszy — stało się dla kobiet wiecznym problemem. W gabinecie nie raz widywałam poetki niedbale ciskające swe maszynopisy na sofę, jakby poezja była dla nich raczej ucieczką niż skarbem. Malarki przynoszące swe obrazy na sesję, wchodząc, byle jak opierały je o drzwi. Widziałam błyski zawiści w oczach kobiet, kiedy próbowały ukryć złość, że inni potrafią tworzyć, a one z jakiegoś powodu nie mogą. Słyszałam wszystkie rodzaje wymówek, jakie kobieta może wymy­ślić. „Nie mam talentu. Nie jestem ważna. Nie jestem wykształcona. Nie mam pomysłów. Nie wiem jak. Nie wiem co”. I najbardziej bulwersujące ze wszystkich: „Nie mam czasu”. Nieodmiennie mam ochotę złapać je za nogi i potrząsnąć, aż pożałują swoich słów i przyrzekną, że przestaną pleść bzdury. Nie muszę nimi potrząsać, bo zrobi to za mnie mężczyzna w mroku, a jeśli nie on, to inna postać z ich snów. Sen o mężczyźnie z mroku jest koszmarem, a koszmary najczęściej bardzo dobrze wpływają na twórczość; pokazują artyście, co się z nim stanie, jeśli pozwoli zakopać swój talent. Ten sen najczęściej wystarcza, by tak przerazić artystkę, że wraca ona do tworzenia. W najgorszym razie może tworzyć dzieła, które rzucą światło na mroczną istotę ze snów.

Groźba mężczyzny w ciemności jest przestrogą dla każdej z nas — jeśli nie będzie się strzegło swoich skarbów, to zostaną skradzione. (…)Kiedy kobieta czyni wysiłki, by wytropić drapieżcę we własnej psychice i uzmysłowi sobie jego obecność, staczając z nim nieuniknioną walkę, drapieżca wycofa się do bardziej odizolowanego i odległego obszaru w psychice. Natomiast jeśli drapieżca zostanie zlekceważony, to będzie coraz bardziej nienawistny i zazdrosny, pragnąc uciszyć kobietę na zawsze. Z praktycznego punktu widzenia sny o Sinobrodym i mężczyźnie w mroku są bardzo ważne, bo pomagają oczyścić życie z elementów negatywnych. Czasami konieczne jest ograniczenie lub rozluźnienie pewnych związków, bo jeśli kobieta jest otoczona przez osoby otwarcie wrogo nastawione albo lekceważące jej przeżycia, to jej wewnętrz­ny drapieżca czerpie z nich pożywkę, staje się silniejszy i bardziej agresywny. Kobiety często ambiwalentnie podchodzą do własnej agresji wobec intruza, ponieważ sądzą, że są w sytuacji bez dobrego wyjścia: „I tak źle, i tak niedobrze”. Jeśli nie wyrwą się na wolność, to mężczyzna z mroku zostanie ich panem, a one niewolnicami. Jeśli zdołają uciec, to będzie je bezwzględnie prześladował jak swoją własność. Kobiety obawiają się, że będzie ich szukał tak długo, aż znowu rzuci je na kolana, a ta obawa wyraża się w treści ich snów. Z tego powodu kobiety zazwyczaj uśmiercają swoje oryginalne, twórcze, uczuciowe i dzikie natury w odpowiedzi na zagrożenie ze strony drapieżcy. Dlatego leżą jako trupy i szkielety w piwnicy Sinobrodego. Świadomość jest drogą wyjścia z klatki, ucieczki od tortur. Jest to ścieżka prowadząca daleko od mężczyzny z mroku. Kobiety mają prawo bić się na śmierć i życie, żeby ją znaleźć i nią podążyć. (…)Lekarstwo na naiwność i osłabione instynkty jest jedno: ćwiczyć się w słuchaniu intuicji, wewnętrznego głosu, zadawać pytania; być ciekawą i dociekliwą, ogarniać to, co się widzi i słyszy, a potem działać wedle tego, o czym wiadomo, że jest prawdziwe. Dusza otrzymała te intuicyjne siły w chwili urodzenia. Zostały przesłonięte, przykryte popiołami i eks­krementami wielu lat. Ale to jeszcze nie koniec świata, to wszystko można zmyć. Trochę skrobania i szorowania, trochę praktyki, a zdolność percepcji zostanie przywrócona do stanu nieskazitelnego.

Jeżeli wydobędziemy te moce z cienia psychiki, to nie staniemy się bezwolnymi ofiarami wewnętrznych ani zewnętrznych okoliczności. Nieważne, że kultura, osobowość, psychika lub inne czynniki żądają od kobiet poprawnego ubioru i zachowania, nieważne, jak bardzo inni chcą je trzymać w stadzie z dziesięcioma drzemiącymi dueitas (przyzwoitkami) w pobliżu, nieważne, że próbuje się stłamsić życie duchowe kobiety — nie można zmienić faktu, że kobieta jest tym, kim jest, a to jest dyktowane dziką nieświadomością i bardzo, bardzo dobrze, że tak jest. (…) Musimy pamiętać, że kiedy śnimy sny o mężczyźnie w ciemności, zawsze pojawia się siła przeciwna, sprzyjająca nam i równoważąca jego moc. Kiedy uruchamiamy pierwotną energię, aby zneutralizować moc drapieżcy, pojawia się Dzika Kobieta. Przybywa, pokonując wszelkie przeszkody, mury, które wzniósł drapieżca. Nie jest ikoną, świętym obrazkiem do powieszenia na ścianie. Jest żywą istotą, która pojawia się przy naszym boku w każdym miejscu, w każdych warunkach. Ona i drapieżca psychiki znają się od bardzo, bardzo dawna. Dzika Kobieta śledzi go w snach, legendach, baśniach i całych kobiecych życiorysach. Gdziekolwiek jest on, tam jest i ona, bo jest tą, która równoważy jego prześladowczą moc.

Dzika Kobieta uczy nas, że nie wolno pod żadnym pozorem być miłą”, kiedy chodzi o obronę życia duchowego. Nasza pierwotna natura wie, że w takich okolicznościach zachowanie „słodkiej idiotki” wywołuje tylko szyderczy uśmiech wewnętrznego drapieżcy. Kiedy coś za­graża życiu duchowemu, koniecznie i stanowczo trzeba powiedzieć „dość”. Jeśli kobieta tak postępuje, to drapieżca nie będzie długo inge­rował w jej życie — teraz od razu wyczuwa ona niebezpieczeństwo i potrafi nakazać drapieżcy, by wracał tam, gdzie jego miejsce. Nie jest już naiwna. Nie jest już obiektem ataków. I to jest lekarstwo, które sprawia, że klucz — ten malutki z rzeźbieniem na kółku — ostatecznie przestaje broczyć krwią.(…)

Sinobrody to jedna z kilku pouczających opowieści, które uważam za bardzo ważne dla kobiet niekoniecznie młodych wiekiem, ale niedojrzałych psychicznie. Jest to opowieść o naiwności, ale także o odważ­nym łamaniu zakazu „patrzenia”. Jest to opowieść o ostatecznym rozbi­ciu i przemianie naturalnego drapieżcy psychiki.

* Pięknie motyw niezłomnych braci przedstawiony jest w wierszu Bolesława Leśmiana Dziewczyna.

** Jednak okazuje się, że ludzie też zaliczali się do tej kategorii zwłaszcza w przypadku rytuałów pośmiertnych, a sama instytucja trwała aż do XX-go wieku: http://en.wikipedia.org/wiki/Sin_eater (przyp. Anna Lawenda)