Tag Archives: ego

Nie Potrafimy Się Ze Sobą Obchodzić

Tym razem robię przerwę w przybliżaniu psychologii wg Carla Gustawa Junga, ponieważ od dawna leży mi na sercu pewna sprawa i chyba najwyższy czas dać jej wyraz na blogu.

Otóż praktycznie nie ma takiego dnia, by nie trafił tutaj ktoś szukając fraz ‘jak wyjść z PTSD’, ‘jak sobie radzić z traumą po wypadku/włamaniu/gwałcie’, etc.

Jest to smutne z trzech powodów.

Po pierwsze: dlatego, że ktoś musiał przeżyć traumatyczne doświadczenie.

Po drugie: dlatego, że skoro szuka w Internecie to znaczy, że nie ma zaprogramowanej kulturowo wiedzy jak sobie radzić ze zranieniem psychicznym tak jak ze zranieniem fizycznym (gdzie w naszych głowach mamy gotowy wzorzec postępowania czyli ‘obmyć i zabandażować/przykleić plaster’)

Po trzecie: dlatego, że skoro szuka w Internecie to najprawdopodobniej nie znajduje zrozumienia i akceptacji w otoczeniu. Nie musi przy tym wcale być samotnym, może mieć męża/żonę, dzieci, rodziców, rodzeństwo, wnuki i przyjaciół, a przy tym nadal czuć się wyalienowanym. Pamiętajmy słowa Junga: Samotność nie wynika z tego, że nie ma przy Tobie ludzi, ale z tego, że nie jesteś w stanie zakomunikować rzeczy, które są dla Ciebie istotne.

Tak jak zawsze powtarzam nie jestem psychologiem z wykształcenia ani żadnym guru, nie chcę nikogo oceniać ani mówić jak żyć, ale mam swoje spostrzeżenia co do tego, dlaczego tak właśnie się dzieje i pozwolę sobie się nimi podzielić.

Otóż nie potrafimy się ze sobą obchodzić.

Ani z własnym wnętrzem, ani – tym bardziej – z innymi osobami.

Wszystko wydaje się być dobrze dopóki funkcjonujemy tylko w codzienności i działamy z poziomu ego oraz masek, jakie nakładamy na zewnątrz, wtedy możemy spokojnie udawać zadowolonych z życia nawet jeżeli w środku czujemy się sfrustrowani, niedocenieni i przygnębieni. Nieraz już pisałam w tym miejscu o ego, jeżeli ktoś jest zainteresowany szerszym podejściem do tematu to proponuję kliknąć tag ‘ego’ w kolumnie po lewej stronie. Tutaj chciałabym się ograniczyć tylko do tego, że ta części naszej psychiki, jaką jest ego zawsze będzie dążyć, żeby zaprezentować się z jak najlepszej strony, a najchętniej nawet jeszcze lepiej od innych, będzie widzieć tylko natychmiastowe korzyści i dążyć do tego, żeby cenzurować wewnątrz i na zewnątrz uczucia, które takiemu stanowi rzeczy zagrażają. Ego nie lubi naturalności, autentyczności, wrażliwości, empatii i tolerancji, bo zagrażają one jego podstawowym celom czyli poczuciu samozadowolenia i sprawianiu odpowiedniego wrażenia. Zazwyczaj mamy te delikatne, wrażliwe cechy w naszej naturze od początku istnienia, ale na skutek doświadczeń w rodzinie, społeczeństwie i kulturze, chowamy je głęboko do wewnątrz i pozwalamy, by rządziło nami ego.

Czyli, przekładając to na nasz konkretny przykład osoby dotkniętej PTSD, jeżeli ktoś mówi drugiej osobie, że czuje się źle, jest bezsilny i smutny, to daje sygnał jej psychice, że takie uczucia istnieją i w ten sposób przypomina, że ona sama  też może ich doświadczyć. A jeżeli osoba taka funkcjonuje głównie na poziomie ego, to najprawdopodobniej sięgnie do środków obrony psychicznej, z których najczęstszymi są zaprzeczanie odczuciom pierwszej osoby albo wywoływanie u niej poczucia winy. Oczywiście, obydwie te techniki są domeną ego.

Na czym polega największy problem, jaki dostrzegam dookoła? Otóż ludzie zbyt często działają z poziomu ego, a sprzyja temu również współczesna kultura, która generalnie poprzez media, “mądre” głowy w telewizji czy nawet memy w serwisach społecznościowych komunikuje: bądź szczęśliwy, chwytaj dzień, ciesz się każdym momentem życia, uśmiechaj się, bądź wdzięczny za każdą sekundę życia, nawet jeżeli obudzisz się rano w złym humorze to ciesz się tym, że żyjesz etc.

Otóż to jest tischnerowska gówno prawda!

Jesteśmy robieni w balona i masowo manipulowani przez ego. Tak, jeżeli faktycznie czujesz się szczęśliwym, to dawaj temu upust, to bardzo dobre i naturalne. Jeżeli jednak czujesz się przygnębionym, złym i smutnym, to nie udawaj, że wszystko jest dobrze tylko pozwól sobie przeżywać te emocje. Nie cenzuruj swoich uczuć.

Masz prawo tak się czuć.

Życie nie polega jedynie na szczęściu, radości, sukcesie i wdzięczności, życie to często strach, ból, frustracje i cierpienie, niezależnie od tego jak bardzo współczesna kultura próbuje je wykorzenić z naszej świadomości. To, że pozwolisz sobie nie przyklejać wymuszonego uśmiechu, gdy czujesz się źle, nie oznacza, że jesteś nieudacznikiem, oznacza tylko tyle, że jesteś w kontakcie ze swoimi emocjami i nie cenzurujesz ich. Nie chodzi o to, żeby być zawsze szczęśliwym i zadowolonym, chodzi o to, by być całością jako człowiek.

Bo, wracając do tego od czego wyszłam w tych rozważaniach, jeżeli uznajesz te uczucia we własnym wnętrzu, to uznasz je także u innej osoby. Twoje ego nie będzie już na tyle dominujące, by strofować i pouczać. Druga osoba łatwiej odnajdzie się w twoim towarzystwie, może nawet dojdzie do tego momentu, gdy poczuje się na tyle bezpiecznie, że ośmieli się zwierzyć właśnie tobie z trudnych, skomplikowanych i bolesnych przeżyć.

Nie bój się wtedy, nie pozwalaj tylko ego rządzić twoimi krokami, a na pewno cię to nie przerośnie.

Nie musisz rozumieć.

Nie musisz dokładnie wiedzieć na czym polega problem.

Nie musisz mieć fachowej wiedzy.

Nie musisz dawać rad.

Wystarczy, że zrobisz herbaty i usiądziesz z pokaleczoną psychicznie osobą.

Wystarczy, że posłuchasz.

Albo pomilczysz.

Wystarczy, że nie będziesz wątpić.

Wystarczy, że przytulisz.

Wystarczy, że wyjdziesz poza granice ego i otworzysz się na wrażliwość.

To już będzie bardzo dużo.

Ty też poczujesz się przy tym lepiej, bo jakaś delikatna i wrażliwa, ale zazwyczaj stłamszona część ciebie, której może na co dzień nie dajesz dojść do głosu, zostanie usłyszana i uznana.

Możliwe, że zauważysz podobne reakcje do tych, które widziałeś/-aś już u kogoś w otoczeniu, a dotychczas nie rozumiałeś/-aś. Dzięki temu, kto zdobył się na odwagę by ci się zwierzyć, będziesz w stanie zrozumieć ich powody.

Możliwe nawet, że zauważysz je u kogoś, kogo nie znosisz i uważasz za wroga. I wiesz co? Całkiem możliwe, że znielubisz tą osobę trochę mniej… Oj, ego bardzo tego nie lubi, przecież musi mieć rzeczy podane prosto na tacy: ja to samo dobro – przeciwnik to samo zło, zero – jeden, czarne – białe. Wpływ  ego na twoje działanie osłabnie jeżeli spojrzysz z innej perspektywy i więcej zrozumiesz, dlatego broni się przed tym gwałtownie i nakazuje ci oceniać czy uważać, że to ty na pewno masz rację.

Tak jak już napisałam, nie chcę nikogo pouczać ani radzić jak żyć, ale naprawdę, naprawdę mam już dosyć życia wśród ludzi, którzy chowają się za maskami, cenzurują swoje uczucia i projektują swoje nieprzerobione Cienie na innych ludzi. Jestem cierpliwa, ale ile można to wytrzymywać? Podstawową zasadą psychiczną w relacjach międzyludzkich powinny być zrozumienie, nie ocenianie i nie krytykowanie, o ile zachowanie drugiej osoby nie rani innych. Krytykujesz mnie, strofujesz i pouczasz, chociaż nie rozumiesz mnie, nie znasz i nie chcesz poznać moich motywacji? To ja nie chcę z tobą przebywać, niezależnie od tego czy należysz do grona mojej rodziny, współpracowników czy znajomych. I koniec. Krótka piłka. Nie będziesz wyładowywał na mnie swoich własnych problemów. Zdecydowanie powinniśmy stosować takie same zasady dla higieny psychicznej jak fizycznej. Podałbyś/podałabyś rękę komuś kto wyciąga do ciebie ubłoconą dłoń?

Dla tych, którzy tego potrzebują linkuję jeszcze raz rady dr Estes co do PTSD, jakie przetłumaczyłam.

A dla lepszego zrozumienia tematu obchodzenia się z sobą i z innymi podaję kilka linków:

http://pastuh.blog.pl/2015/09/26/sens-cierpienia-szansa-dla-neurotykow/

http://psychologiazdrowia.pl/czego-nie-mowic-osobie-chorujacej-na-depresje/

https://kerimfilo.wordpress.com/2015/09/27/o-pozytkach-z-depresji/

http://zwierciadlo.pl/2015/psychologia/empatia-pomaga-zjednac-sobie-ludzi-%E2%80%93-5-porad

http://zwierciadlo.pl/psychologia/rozwoj/jak-nauczyc-sie-sluchac

http://kobieta.wp.pl/kat,49400,title,5-mitow-na-temat-pozytywnego-myslenia,wid,17779347,wiadomosc.html?ticaid=115ac2

A na koniec:

Jestem jak najdalej od polityki, ale postanowiłam zalinkować dwa artykuły na wypadek, gdyby ktokolwiek z czytających wątpił, że to jak traktuje inne osoby nie ma większego i szerszego wpływu na innych:

http://natemat.pl/156037,to-uksztaltowalo-jaroslawa-kaczynskiego-jakim-znamy-go-dzisiaj-5-cytatow-z-nowej-biografii-prezesa-pis?fb

http://natemat.pl/155981,ojciec-nie-akceptowal-jaroslawa-kaczynskiego-dlaczego-bo-prezes-ma-charakter-po-nim-czesto-sie-spierali

I to tyle, jedyne co mogę dodać na koniec jest zdumiewające w swojej prostocie, ale szalenie trudne do wykonania w życiu codziennym. Jednak mimo wszystko chciałabym o to zaapelować:

Odważ się być autentycznym.

Bycie ze sobą szczerym to ciężki kawałek chleba.

Potrzeba wiele siły, żeby być silnym, ale jeszcze więcej, żeby być wrażliwym.

Pozdrawiam wszystkich czytających

Anna ‘Lawenda’ Solun

Odcinek 15: Skóra Foki. O powrocie duszy do domu

biegnaca z wilkami skora foki

“I’ll tell you something banal. We’re emotional illiterates. And not only you and I — practically everybody, that’s the depressing thing. We’re taught everything about the body and about agriculture in Madagascar and about the square root of pi, or whatever the hell it’s called, but not a word about the soul. We’re abysmally ignorant, about both ourselves and others. There’s a lot of loose talk nowadays to the effect that children should be brought up to know all about brotherhood and understanding and coexistence and equality and everything else that’s all the rage just now. But it doesn’t dawn on anyone that we must first learn something about ourselves and our own feelings. Our own fear and loneliness and anger. We’re left without a chance, ignorant and remorseful among the ruins of our ambitions. To make a child aware of it’s soul is something almost indecent…How can you understand other people if you don’t know anything about yourself? Now you’re yawning, so that’s the end of the lecture.”
Ingmar Bergman

Skóra Foki — Skóra Duszy

Dawno temu, w porze, która teraz przeminęła, lecz wkrótce powróci, każdy dzień wypełniało tylko białe niebo i biały śnieg, a małe czarne punkciki widoczne w oddali okazywały się ludźmi, psami albo niedźwiedziami.
W tych stronach nie żyje się za darmo. Wicher wieje tak silny, że ludzie rozmyślnie zakładają parki i mamleki (wysokie buty z foczej skóry) odwrócone na drugą stronę. Wymawiane słowa zamarzają w powietrzu, a żeby zrozumieć całe zdanie, trzeba je mówiącemu wyłamywać siłą spomiędzy warg i topić przy ogniu. Tutaj ludzie żyją pośród białych bujnych włosów starej Annuluk, naszej babki, prastarej czarownicy, która jest Ziemią. I w tej to właśnie krainie żył sobie człowiek… tak samotny, że z biegiem lat łzy wyżłobiły na jego policzkach głębokie bruzdy.
Próbował się uśmiechać, być szczęśliwy. Polował. Zastawiał sidła, tropił zwierzynę, twardo sypiał. Ale brakowało mu ludzkiego towarzystwa. Czasami, osiadłszy w kajaku na mieliźnie, patrzył na zbliżające się foki i przypominał sobie, co mówią stare legendy — foki były kiedyś ludźmi, a teraz jedynym śladem po tym są ich oczy, w których widać te same spojrzenia, mądre, gorące, kochające. Czasami czuł tak wielki przypływ bólu i samotności, że łzy toczyły mu się po głębokich bruzdach na twarzy.
Pewnej nocy wyruszył na polowanie tuż po świcie, ale niczego nie znalazł. Kiedy księżyc podnosił się na niebie, a kry lodowe zalśniły w jego świetle, człowiek podpłynął do wielkiej skały na morzu, a jego bystrym oczom wydało się, że coś się na niej porusza z nieskończonym wdziękiem.
Płynął powoli, głęboko zanurzając wiosła, by znaleźć się bliżej. Na szczycie skały wypatrzył grupkę tańczących dziewcząt, nagich jak w chwili narodzin. A że tak długo był samotny i po ludziach zostały mu tylko wspomnienia, zatrzymał się i patrzał. Kobiety wyglądały jak utkane z księżycowego mleczka, ich skóra migotała srebrnymi kropelkami jak łososie na wiosnę, a ich stopy i dłonie były smukłe, długie i piękne.
Tak niezwykłej urody były te dziewczęta, że usiadł oniemiały w łodzi, a woda uderzała o burtę, coraz bardziej przysuwając go do skały.
Słyszał śmiech tych pięknych istot… tak przynajmniej sądził, choć może to woda się śmiała, rozbijając się o urwisko. Był zmieszany i olśniony. W dziwny sposób poczucie osamotnienia, które ciążyło mu na piersiach jak mokra skórzana odzież, opuściło go i bez namysłu, jakby tak właśnie miało być, wyskoczył na skałę i zabrał jedną z foczych skór, które tam leżały. Ukrył się za występem skalnym i schował skórę za qutnguq (parką).
Wkrótce jedna z kobiet zawołała głosem tak pięknym, jakiego dotąd nie słyszał… zupełnie jak wieloryby śpiewające o świcie… nie, raczej jak małe wilczki baraszkujące wiosną… nie, ten głos był jeszcze piękniejszy, ale to nieważne, bo… co one robią?
A one zakładały na siebie focze skóry i jedna za drugą zsuwały się do morza, piszcząc i wołając radośnie. Oprócz jednej. Najwyższa z dziewcząt szukała wszędzie swojej skóry, lecz nigdzie jej nie było. I wtedy mężczyzna poczuł się ośmielony. Wyszedł zza skały i odezwał się:
Kobieto… zostań moją żoną. Jestem taki samotny…
Nie, nie mogę być niczyją żoną — powiedziała. — Nie jestem z twego rodu, jestem z rodu tych, co żyją temeqvanek — pod wodą.
Zostań moją żoną — nalegał mężczyzna. — Po siedmiu latach oddam ci foczą skórę i zrobisz, jak zechcesz, odejdziesz albo zostaniesz.
Dziewczyna-foka przyglądała się długo jego twarzy oczami, które wbrew jej pochodzeniu wydawały się ludzkie. Niechętnie odrzekła:
— Dobrze, pójdę z tobą. Po siedmiu latach zdecyduję, co robić.

Po jakimś czasie urodziło im się dziecko, które nazwali Uruk. Był to chłopczyk gibki i pulchny. W zimie matka opowiadała mu baśnie o podwodnych stworzeniach, podczas gdy ojciec strugał mu nożem niedźwiadki i wilki. Kiedy matka kładła Uruka spać, pokazywała mu przez otwór w suficie obłoki o różnych kształtach. Jednak nie widziała w nich kruków, niedźwiedzi ani wilków, lecz morsy, wieloryby, foki i łososie, bo te stworzenia dobrze znała.
Z biegiem czasu jej ciało zaczęło wysychać. Najpierw zwiotczało, potem zaczęło się kruszyć. Łuszczyła się skóra na powiekach. Wypadały włosy na głowie. Stała się naluaą — blada, prawie biała. Kiedyś tak krągła, schudła straszliwie. Usiłowała ukryć, że kuleje. Z każdym dniem jej wzrok się pogarszał. Musiała wyciągać ręce, by znaleźć drogę, bo prawie nic nie widziała.
I tak było, aż pewnej nocy Uruka obudził krzyk i chłopiec usiadł na futrzanym posłaniu. Ktoś ryczał niczym niedźwiedź — to jego ojciec wymyślał matce. Usłyszał też płacz, jakby srebrny pręt uderzał o kamień. To płakała jego matka.
– Siedem długich lat temu ukryłeś moją foczą skórę, idzie już na ósmą zimę. Chcę, żebyś mi zwrócił to, z czego jestem zrobiona — płakała kobieta-foka.
– Jeśli ci ją oddam, to zostawisz mnie, kobieto — grzmiał mąż.
– Nie wiem, co zrobię. Wiem tylko, że muszę mieć to, do czego należę.
– Zostanę bez żony, a chłopiec bez matki. Jesteś złą kobietą.
To mówiąc, mąż zerwał zasłonę z drzwi i zniknął w ciemności nocy.
Chłopiec bardzo kochał matkę. Bał się ją stracić i płakał tak długo, aż zasnął z wyczerpania. Obudził go wiatr. Dziwny to był wiatr; zdawało się, że woła jego imię:
— Uuuuruk, Uuuuruk.
Wstał z posłania i ubrał się tak pospiesznie, że założył parkę na odwrotną stronę, a mukluki (buty z foczej skóry) wciągnął tylko do połowy. Wciąż słysząc swe imię, wyszedł w rozgwieżdżoną noc.
— Uuuuruk.
Pobiegł na skalne urwisko i patrząc stamtąd na morze, daleko pośród wzburzonych fal na morzu zobaczył olbrzymią, kudłatą srebrzystą fokę… z wielką głową, z wąsami do piersi i żółtymi oczami.
— Uuuuruk.
Chłopiec spuścił się w dół po skale i poczuł pod stopami jakiś kamień… nie, to tobołek, który wytoczył się ze skalnej rozpadliny. Włosy chłopca opadły na twarz tysiącem zlodowaciałych kosmyków.
— Uuuuruk.
Chłopiec rozerwał tobołek i wytrząsnął jego zawartość — to była focza skóra jego matki. Poczuł jej zapach. A kiedy tulił skórę do twarzy i wdychał jej woń, dusza skóry zaczęła w nim trzepotać niczym letni powiew wiatru.
Zapłakał z bólu i radości i znów uniósł skórę do twarzy, i znów dusza matki przeszła przez jego duszę. Płakał, bo przepełniła go bezbrzeżna miłość do matki.
A stara srebrzysta foka w oddali zanurzyła się z wolna pod wodę.
Chłopiec wspiął się na urwisko i pobiegł do domu; focza skóra powiewała za nim, kiedy wpadł jak burza do domu. Matka podniosła go na rękach razem ze skórą i przymknęła oczy, wdzięczna losowi, że oboje są bezpieczni.

Zaczęła się ubierać w skórę.
— Matko, nie! — zakrzyknął chłopczyk.
Przygarnęła go, otoczyła ramieniem i kulejąc, biegła w stronę wzburzonego morza.
— Mamo, nie zostawiaj mnie!
Widać było, że pragnie zostać przy dziecku, chce tego, ale coś ją wzywało, coś starszego, potężniejszego od niej, od niego, od czasu.
— Mamo, nie! — odwróciła się do niego z wyrazem bezbrzeżnej, tragicznej miłości w oczach. Ujęła w dłonie jego głowę i tchnęła słodki oddech w jego płuca, raz, drugi, trzeci. I trzymając go pod pachą jak cenny tobołek, zanurkowała w morze, w dół, głęboko, a pod wodą oddychali lekko i swobodnie.
Płynęli przez głębiny, aż dotarli do podwodnej groty fok, gdzie przeróżne stworzenia śpiewały i jadły, tańczyły i rozmawiały, a olbrzymia stara foka, która nocą wołała Uruka, objęła go i nazwała wnukiem.
— Jak ci się wiedzie tam na górze, córko?

Kobieta-foka spojrzała w bok i rzekła:
– Skrzywdziłam człowieka, mężczyznę, który dał mi wszystko, co miał. Ale wrócić do niego nie mogę, bo zostałabym jego więźniem.
– A chłopiec? — spytał stary. — Mój wnuk? — Jego głos drżał z dumy, gdy to mówił.
– On musi wrócić, ojcze. Nie może tu zostać z nami. Jeszcze nie przyszedł jego czas. — I zapłakała, a po chwili płakali wszyscy razem.
Minęło tak kilka nocy i dni, dokładnie siedem, a w tym czasie blask powrócił we włosy i oczy kobiety-foki. Nabrała rumieńców, jej wzrok się poprawił, ciało odżyło, pływała z wielką gracją. Wreszcie przyszedł czas, by chłopiec wrócił na ląd. Tej nocy dziadek i piękna matka chłopca popłynęli, trzymając go między sobą. Wypłynęli na powierzchnię. Łagodnie umieścili Uruka na skalistym brzegu w promieniach księżyca.
Matka zapewniała go:
— Zawsze będę z tobą. Dotknij tylko, czego ja kiedyś dotykałam, moich patyków do krzesania ognia, mego ulu (noża), kościanych wydr i fok, które dla ciebie wyrzeźbiłam, wtedy tchnę oddech w twoje płuca, byś mógł wyśpiewać swe pieśni.
Stara srebrzysta foka i jej córka ucałowali dziecko wiele razy. Wreszcie oderwali się od niego, odpłynęli w morze i rzuciwszy na chłopca ostatnie spojrzenie, znikli w kipieli fal. A Uruk został, bo jego czas jeszcze nie nadszedł.
Z biegiem czasu chłopiec wyrósł na znaczącego bębniarza, pieśniarza i gawędziarza, a ludzie powiadali, że to wszystko dlatego, że w dzieciństwie potężne focze duchy wywiodły go w morską głębinę. Potem często widywano go, jak w szarej porannej mgle, uwiązawszy kajak, klęczał na morskiej skale i rozmawiał z foczą samicą, która często pojawiała się na brzegu. Choć wielu na nią polowało, nikomu nie udało się jej złowić. Nazywają ją Tanqigcaq (jasna) i mówią, że chociaż jest foką, w jej oczach widać ludzkie spojrzenie, mądre, gorące i kochające.
———————————————————

Ta opowieść to wyższa szkoła jazdy, dlatego zostawiłam ją niemal na koniec.

Ta opowieść wymaga spojrzenia głębiej w swoją duszę.

Dusza. Niezbyt chętnie używane słowo, prawda? Zbyt mocno kojarzy się z religią, ponadto w mocno zracjonalizowanej kulturze zachodniej wszystko co nie jest jasne, logiczne, ściśle odmierzone i odważone może wydawać się podejrzane.

Dlatego właśnie spojrzenie wgłąb siebie i zadbanie o swoją duszę wydają się takie trudne. Jednak zakładam, że po czternastu odcinkach jesteśmy na to wszyscy gotowi, a czytając to o czym pisze dr E, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że już gdzieś tę opowieść czytałam i to nie raz, tylko w innej wersji. Ale o tym na samym końcu.

Motyw opuszczenia domu w krainie sił nadprzyrodzonych i zejścia na ziemię pojawia się we wszelkich mitologiach od niepamiętnych czasów, motyw ukrycia prawdziwej natury pod postacią zwierzęcia znamy z wielu legend z całego świata. Baśnie o zwierzętach tajemniczo spokrewnionych z ludźmi opowiada się na całym świecie, bo przekazują one archetypową, uniwersalną wiedzę o duszy. Czasem baśnie i opowieści ludowe tkwią korzeniami w duchu konkretnego miejsca, szczególnie bliskiego duszy. Baśń, którą przytoczę, powstała w zimnych krajach Północy, a opowiada się ją wszędzie tam, gdzie jest lodowate, zamarzające morze lub ocean. Jej różne wersje spotykamy u Celtów (np. Szkotów), plemion Indian Ameryki Północnej, na Syberii i w Islandii. Opowieść zwykle nazywa się Dziewczyna-foka, Selkie-o, Pamrauk, Mała Foka albo Eyalirtaą, Ciało Foki (…) U różnych ludów świata, nie wyłączając mieszkańców regionów okołopolarnych i zachodniej Afryki, spotykamy wierzenie, że człowiek dopóty nie może zacząć prawdziwego życia, dopóki jego dusza nie zrodzi ducha, dopóki go nie wychowa, nie wykarmi, nie napełni siłą. Według tych wierzeń dusza powraca potem do swego dawnego, dalekiego domu, a duch zaczyna samodzielne życie w świecie.

FOKA JAKO SYMBOL DUSZY

Aby zrozumieć dlaczego foka ma taką a nie inną symbolikę trzeba najpierw przyjrzeć się życiu tego zwierzęcia. Jest stworzeniem wodnym, to oznacza, że na co dzień obcuje z wodą symbolizującą uczucia i nieświadomość. Na brzeg wychodzi tylko po to by urodzić i wychować młode. Cały proces zajmuje około dwóch miesięcy, po tym czasie pielęgnowane troskliwie małe foki są gotowe by żyć samodzielnie. Ludzie żyjący w pobliżu tych zwierząt twierdzą, że foki są z natury łagodne, ufne i przystępne, łatwo się przywiązują, ale potrafią też szybko wyczuć niebezpieczeństwo i oddalić się z niebezpiecznego miejsca albo obronić przed atakiem przeciwnika.

Continue reading

Odcinek 14: Włos Niedźwiedzia. O gniewie i wybaczaniu

biegnaca z wilkami wlos niedzwiedzia

Każdy może się rozgniewać – to bardzo łatwe.
Ale rzadką umiejętnością jest złoszczenie się
na właściwą osobę, we właściwym stopniu i
właściwym momencie, we właściwym celu
i we właściwy sposób – to bardzo trudne.
Arystoteles

Wybieraj swoje bitwy.
Sun Tzu

WŁOS NIEDŹWIEDZIA

Była sobie kiedyś młoda kobieta, która mieszkała w pachnącym sosnowym lesie. Jej mąż wiele lat spędził na wojnie. Kiedy wreszcie skończył służbę, powrócił bardzo przygnębiony. Za nic nie chciał wejść do domu, bo przyzwyczaił się do spania na gołych kamieniach. Całymi dniami i nocami przesiadywał samotnie w lesie.

Młoda żona ucieszyła się na wieść o jego powrocie. Zrobiła wielkie zakupy, przyrządziła mnóstwo przysmaków: zsiadłe sojowe mleko, trzy gatunki ryby, trzy rodzaje glonów morskich, ryż z papryką i pyszne zimne krewetki.

Z nieśmiałym uśmiechem nosiła jedzenie do lasu, przyklękała u boku zmęczonego wojowaniem małżonka i podsuwała mu przysmaki. Ale on zrywał się na równe nogi i przewracał talerze z jedzeniem. Mleko się lało, ryby fruwały w powietrzu, glony i ryż lądowały w piasku, a dorodne pomarańczowe krewetki toczyły się po drodze.

– Zostaw mnie w spokoju! — ryczał małżonek i odwracał się plecami. Wpadał w taką wściekłość, że żona zaczęła się go bać. Tak było za każdym razem, aż wreszcie zrozpaczona młoda kobieta udała się do starej znachorki, która mieszkała w grocie na krańcu wioski.

– Mój mąż wrócił z wojny strasznie zmieniony — skarżyła się. — Ciągle się złości i nic nie je. Nie chce wejść do domu i nie żyje ze mną tak jak dawniej. Czy dasz mi takie zioła, żeby znów był dobry i kochający jak kiedyś?

Znachorka zapewniła ją:

— Mogę to dla ciebie zrobić, ale brakuje mi pewnego składnika. Niestety, skończyły mi się niedźwiedzie włosy. Musisz więc wspiąć się na tę wysoką górę, znaleźć czarnego niedźwiedzia i przynieść mi włos z białego półksiężyca na jego szyi. Wtedy będę mogła dać ci to, czego żądasz, a twoje życie będzie takie jak dawniej.

Wiele kobiet przestraszyłoby się takiego zadania. Wiele uznałoby je za niemożliwe. Ale nie ona, bo ona kochała prawdziwie.

— Nie wiem, jak się odwdzięczę — rzekła. — Tak dobrze usłyszeć, że jest na to jakaś rada.

Wyruszyła więc skwapliwie w drogę i już następnego ranka stanęła u stóp góry. Śpiewała przy tym Arigato zaishó, co jest pozdrowieniem dla góry i podziękowaniem za to, że pozwala się wspinać na swoje ciało.

Minęła podnóże góry pełne głazów jak wielkie bochny chleba. Wspięła się na wysoką równinę porośniętą lasem. Drzewa miały długie, nisko zwieszone gałęzie i liście w kształcie gwiazd.

Arigato zaishó — zaśpiewała młoda kobieta. W ten sposób dziękowała drzewom, że podnosiły swe włosy i pozwalały jej przejść pod nimi. Tak przebrnęła przez las i znowu zaczęła się wspinać pod górę.

A było coraz trudniej. Na stoku rosły cierniste kwiaty, które zaczepiały się o jej kimono, ostre skały drapały jej drobne dłonie. O zmroku nadleciały dziwaczne czarne ptaki. Przestraszyła się, bo wiedziała, że to muen-botoke — duchy zmarłych, którzy nie mieli krewnych. Zaczęła śpiewać modlitwy:

— Będę waszą krewniaczką, pochowam was, złożę na spoczynek.

Wspinała się coraz wyżej, bo kochała prawdziwie. Wspinała się długo, aż dotarła do ośnieżonego szczytu. Wkrótce przemoczyła stopy i przemarzła do kości, ale szła coraz wyżej, bo prowadziła ją miłość. Zerwała się burza, mokry śnieg sypał w oczy i uszy. Oślepiona szła dalej. A kiedy śnieg ustał, wyśpiewała Arigato zaishó, by podziękować wiatrom, że przestały nią targać.

Schroniła się w płytkiej grocie, by tam odpocząć. Choć miała spory zapas jedzenia, nie tknęła go, ale nakryła się liśćmi i zasnęła. Ranek był spokojny i bezwietrzny, a spod śniegu tu i tam wystawały nawet małe zielone roślinki. „Teraz trzeba znaleźć niedźwiedzia”, pomyślała.

Szukała cały dzień, a gdy zaczęło się zmierzchać, trafiła na gruby kawał zwierzęcych odchodów i nie musiała już szukać dłużej, bo olbrzymi czarny niedźwiedź wygramolił się zza śnieżnej zaspy, zostawiając za sobą głębokie ślady łap i pazurów. Niedźwiedź zaryczał wściekle i wlazł do swojej nory. Kobieta sięgnęła do tobołka i włożyła do miski jedzenie, które ze sobą przyniosła. Postawiła miskę przed legowiskiem i ukryła się. Niedźwiedź zwęszył pokarm i wyjrzał z gawry, rycząc tak grzmiąco, że kamienie się toczyły. W pewnej odległości obszedł jedzenie dookoła, węszył długo, wreszcie połknął wszytko jednym haustem. Cofnął się, powęszył i znów zniknął w norze.

Następnego wieczoru kobieta postąpiła tak samo, położyła jedzenie przed jamą, ale tym razem nie ukryła się, tylko cofnęła w pół drogi.

Niedźwiedź zwietrzył jedzenie, wysunął się z gawry, ryknął, aż gwiazdy na niebie zadrżały, zrobił okrążenie, powęszył czujnie w powietrzu, wreszcie zjadł i wpełzł na powrót do swej kryjówki. Tak było przez wiele wieczorów, aż pewnego dnia kobieta nabrała dość odwagi, żeby się zbliżyć do jaskini.

Jak zwykle postawiła misę u wejścia i stała tuż przy nim. Kiedy niedźwiedź poczuł jedzenie i wynurzył się z jamy, obok swej codziennej porcji zobaczył małe ludzkie stopy. Porozglądał się nieufnie na boki i zaryczał tak głośno, że kości w kobiecie jęknęły.

Cała drżała, ale nie cofnęła się. Niedźwiedź uniósł się na tylnych łapach, kłapnął szczęką i tak zaryczał, że widać było czerwonobrązowe podniebienie. Kobieta nie uciekła. Niedźwiedź ryczał dalej, wyciągnął łapy, jakby chciał ją pochwycić; pazury, jak długie noże, zawisły nad jej głową. Trzęsła się biedna jak listek na wietrze, ale nie uciekała.

— Niedźwiedziu, mam do ciebie prośbę — odezwała się. — Przeszłam tę długą drogę, bo potrzebuję lekarstwa dla mojego męża.

Niedźwiedź postawił przednie łapy na śniegu i zaczął się wpatrywać w jej przerażoną twarz. Przez chwilę zdawało się kobiecie, że widzi całe łańcuchy górskie, doliny, rzeki i wioski odbite w jego bardzo starych oczach. Ogarnął ją niespodziewany spokój i przestała się trząść.

— Niedźwiedziu, karmiłam cię przez tyle dni. Czy mogłabym dostać jeden z twoich białych włosów na szyi?

Niedźwiedź znieruchomiał; ta słaba istota byłaby dlań łatwym łupem. Ale nagle poczuł dla niej litość.

— To prawda — powiedział — byłaś dla mnie dobra. Możesz sobie wziąć mój włos. Ale zrób to szybko, a potem zostaw mnie i wracaj, skąd przyszłaś.

Uniósł pysk, odsłaniając biały półksiężyc na gardzieli, a kobieta widziała, jak mocno dudni jego serce. Przyłożyła jedną rękę do szyi, drugą złapała pojedynczy lśniący biały włos. Wyrwała go jednym ruchem. Niedźwiedź odskoczył do tyłu i ryknął jak raniony. A ból przeszedł w niecierpliwe sapanie.

— Dzięki, niedźwiedziu, wielkie dzięki. — Długo kłaniała się przed nim. Ale niedźwiedź warknął i posunął się o krok. Ryknął, a w jego ryku brzmiały słowa, których nie rozróżniała, choć wydawały się znajome od dawna. Odwróciła się i ile sił w nogach pobiegła w dół. Biegła pod drzewami o liściach w kształcie gwiazd. A przez całą drogę wołała Arigato zaishó, by podziękować drzewom, że unosiły gałęzie i pozwalały jej przejść. Potykała się o głazy wielkie jak bochny chleba i śpiewała Arigato zaislio w podzięce górze za to, że pozwoliła jej wejść na swój szczyt.

Poszarpana, z włosami w nieładzie, z twarzą umorusaną biegła w dół po kamiennych schodach prowadzących do wioski, potem piaszczystą drogą przez miasteczko, aż do samotnej groty, gdzie stara znachorka siedziała, pilnując ognia.

– Patrz! Patrz! Mam go! Znalazłam, zdobyłam włos niedźwiedzia! — krzyczała.

– To bardzo dobrze — uśmiechnęła się znachorka.

Przyjrzała się bacznie młodej kobiecie, ujęła bielutki włos i obejrzała go pod światło. Ważyła go w dłoni, mierzyła palcem i wreszcie wykrzyknęła:

— Tak! To prawdziwy włos z białego półksiężyca niedźwiedzia.
Odwróciła się raptownie i wrzuciła go w ogień, gdzie zwinął się, skwiercząc, i zniknął w płomieniach.

– Nie!! — zakrzyknęła młoda żona. — Coś ty zrobiła?!

– Uspokój się. Wiem, co robię. Wszystko w porządku — zapewniła znachorka. — Pamiętasz każdy krok na swojej drodze pod wielką górę? Pamiętasz wszystko, co robiłaś, żeby zdobyć zaufanie niedźwiedzia? Pamiętasz wszystko, co tam widziałaś, co słyszałaś, co czułaś?

— Tak — odrzekła kobieta — pamiętam dokładnie.
Znachorka uśmiechnęła się łagodnie i rzekła:

— Proszę teraz, córko, idź do domu z tym wszystkim, czego się nauczyłaś, i postępuj tak samo ze swoim mężem.

————————————————————————————–

Przedstawiłam już kilkanaście opowieści zamieszczonych w Biegnącej z Wilkami i być może czytając, zadaliście sobie pytanie: Ale co było potem? Co działo się, kiedy bohater/bohaterka powrócił/-a już z wyprawy? Co czuli się poranieni i doświadczeni po tym jak ich udręka się skończyła? Co czuła młoda żona Sinobrodego, po tym zginął? Gdy minęło już zagrożenie, czy nie była wściekła, że została zdradzona przez człowieka, którego wybrała sobie na towarzysza życia? Jak radziła sobie Bezręka Dziewczyna z tym, że została zdradzona przez rodziców, teoretycznie najbliższe jej osoby? Płakała, o tym jest mowa w baśni, ale czy nie czuła gniewu? Furii wręcz? Przecież jesteśmy ludźmi, nie aniołami, gniew jest naszą naturalną emocją na niesprawiedliwość, odrzucenie i wykorzystanie. Tłumienie go nie prowadzi do niczego dobrego, ale też niezdrowe jest odczuwanie go przez cały czas. Jak go przeżywać tak aby nie zatruwał nas od środka i nie stanowił zagrożenia dla innych? Jak radzić sobie z gniewem po przeżyciu traumy, która przestawiła życie do góry nogami? I jak nauczyć się wybaczać?

Na dłuższą metę ciągły gniew jest niszczący, bo odcina nas od pozytywnych uczuć i „nakręca” na powtarzanie negatywnych emocji, a co najgorsze sprawia, że tracimy nadzieję i wiarę w zmiany na lepsze. Brak nadziei, gniew i ból są ze sobą połączone, jeżeli straciłaś/straciłeś nadzieję, to z powodu rany, a co za tym idzie bólu i gniewu. Cykl gniewu nie różni się od innych cykli życia: wznosi się, opada, zamiera i uwalnia się w postaci nowej energii. Skupienie uwagi na gniewie zaczyna proces przeobrażenia. Jeśli pozwolimy, by gniew stał się naszym mistrzem, i w ten sposób go odmienimy, to pozbawimy go oręża.

O tym jak tego dokonać opowiada przytoczona powyżej japońska baśń Tsukina Waguma, niedźwiedź z białym półksiężycem.

Uzdrawiający Przedmiot

A zatem ponownie wyruszamy na wyprawę, tym razem naszym celem magiczny przedmiot posiadający nadnaturalne zdolności. Ten motyw znany jest w legendach całego świata, czy będzie to włos, czy ząb, czy broń, czy naczynie (Graal), czy biżuteria (najbardziej znanym przykładem jest zapewne wędrówka Froda i jego towarzyszy po Śródziemiu, chociaż jego zadaniem jest zniszczyć pierścień dający władzę). Kiedy dotrzemy do celu okaże się jednak ku naszemu zdumieniu i rozczarowaniu, że nie wystarczy zdobyć ów talizman, trzeba będzie zmienić swoje zapatrywania, zachowania, a co za tym idzie swoje życie. Włos niedźwiedzia należy do kategorii baśni, które nazywam opowieścią z podwójnym dnem. Ukazują one swe ukryte uzdrowicielskie warstwy i głębsze znaczenie, a nie tylko powierzchowną treść. Zewnętrzna treść mówi o tym, że cierpliwość jest lekarstwem na gniew, lecz głębszy przekaz baśni dotyczy szczegółów tego, co kobieta powinna zrobić, żeby odzyskać ład psychiczny i uzdrowić gniewną jaźń. Opowieść z podwójnym dnem nie mówi wprost, ale operuje symbolem i aluzją. Ukryta struktura tej baśni zawiera całkowity, skończony wzorzec radzenia sobie z gniewem i leczenia się zeń: szukanie mądrej, spokojnej siły uzdrawiającej (udanie się do znachorki); przyjęcie wyzwania, które polega na zagłębieniu się w nieznane psychiczne terytorium (wspinaczka na górę); rozpoznanie własnych iluzji (pokonywanie głazów, przejście przez gąszcz drzew); uspokojenie ciągłych obsesyjnych myśli i uczuć (spotkanie zmuen-botoke — niespokojnymi duchami, których nikt nie pogrzebał); zabieganie o pomoc wielkiej współczującej Jaźni (cierpliwe karmienie niedźwiedzia, zdobywanie jego wdzięczności); zrozumienie burzliwej strony współczującej psychiki (zrozumienie, że niedźwiedź — współczująca jaźń — nie jest łagodny ani oswojony). Opowieść podkreśla doniosłość wykorzystywania psychicznej wiedzy w prawdziwym życiu (zejście z góry z powrotem do wioski), zrozumienia, że uzdrowienie polega na długim procesie poszukiwania i praktyki, a nie na pojedynczej idei (zniszczenie włosa). Sedno opowieści tkwi w zdaniu: „Postępuj tak samo ze swoim gniewem, a wszystko będzie dobrze” (ostatnia rada czarownicy). I znowu okazuje się, że baśń jest w rzeczywistości opowieścią o nas samych: mąż wracający z wojny to udręczony i wycieńczony aspekt naszej osobowości, a żona to kochający, opiekuńczy element pomagający odzyskać równowagę.

Wspinaczka pod górę

Zazwyczaj nasze radzenie sobie z gniewem rozpoczynamy od tego co jest przyjęte kulturowo (szczególnie dla kobiet) jako metoda pozbycia się złości czyli od wypierania jej. Udajemy, że jesteśmy miłe, nie, nie nic się nie stało, wcale się nie gniewamy, tymczasem ogień w nas rośnie i wybucha potem przy byle okazji, powodem może być byle drobiazg, ale zniszczenia są nieodwracalne jak po wybuchu wulkanu. Dlatego najlepszym co możemy zrobić dla siebie i dla otoczenia jest zastanowić się skąd się ów gniew bierze i co go powoduje.

Na początku jest ciężko. Gniew chce się rządzić własnymi prawami, nie zamierza pozwolić się zrozumieć ani poddawać się kontroli tak jak mąż w bajce. Po prostu „jest na nie”. Nie bo nie i tyle. Aby okiełznać jakoś jego furię, żona prosi o radę znachorkę czyli tę najbardziej dojrzałą, najmądrzejszą część naszego „ja”, która zachowuje spokój i nie daje się wytrącić z równowagi przez kaprysy ego.

Najbardziej narażone na trudności w kontrolowaniu gniewu są osoby, którym na wczesnym etapie rozwoju otoczenie odmawiało życzliwości, akceptacji i szacunku, które były lekceważone, zaniedbywane czy upokarzane albo które tresowano „metodą kija i marchewki”. U tych osób wrażliwość na emocje innych jest większa niż przeciętna (np. dla dzieci z rodzin, gdzie panowała przemoc, hiperczujność czyli ciągłe pozostawanie w stanie gotowości na atak i uważne obserwowanie otoczenia w oczekiwaniu na nagłą zmianę nastroju wywołującą awanturę, była jedną z metod radzenia sobie z opresją), ponadto obawiając się kolejnych rozczarowań emocjonalnych starają się ich za wszelką cenę uniknąć, pozbawiając się w ten sposób również szansy na pozytywne rozwiązania. Na pewno wielu z nas pamięta te uczucia z dzieciństwa, kiedy na skutek szorstkiego traktowania czuliśmy się niewarci troski, szacunku i czułości, na pewno wielu myślało w bezsilnej złości, że „kiedy dorosną, nie pozwolą tak się traktować”. Jeśli kobietę wychowywano w przekonaniu, że powinna oczekiwać od życia mniej niż reszta członków rodziny, jeśli narzucano jej surowe reguły dotyczące wolności osobistej, dobrych manier, języka, to jej normalny gniew potęguje się pod wpływem sytuacji, tonu głosu, gestów, słów czy innych bodźców, które przypominają przykre doświadczenia z przeszłości. Czasem można trafnie rozpoznać rany odniesione w dzieciństwie, badając to, co u dorosłych powoduje irracjonalną utratę panowania nad sobą.

Gniew nie jest zły sam w sobie, to czy będzie destruktywny, czy konstruktywny zależy czy naszego nastawienia. Jeżeli pozwolimy by w nas rósł i się rozwijał, to zacznie hulać jak pożar po lesie, jeżeli jednak pozwolimy znachorce w nas znaleźć sposób aby go okiełznać, to zamieni się w siłę mobilizującą i twórczą. Jeżeli czujesz, że ogarnia cię gniew, to nie czuj się z tym źle. Wkurz się! Ale nie zapomnij wyprowadzić swój gniew na zewnątrz. Gniew pozostający wewnątrz będzie niszczył cię od środka, i psychicznie, i często fizycznie (pewne choroby takie jak fibromialgia wiązane są ze zbyt długim oddziaływaniem stresu na organizm, podobnie istnieją przypuszczenia co do zależności między długotrwałymi negatywnymi przeżyciami a rozwojem nowotworów, chorób układu krążenia i cukrzycy). Złość można i należy wyładowywać w bezpieczny sposób, nie krzywdząc osób trzecich, do najlepszych sposobów należą aktywność fizyczna (sport, spacer) oraz krzyk, w programie Doroty Zawadzkiej Superniania widziałam też sposoby tak proste że aż wierzyć mi się nie chciało, że nie były wcześniej powszechnie stosowane (darcie gazety, okładanie pięściami poduszki). Ale nawet po tym jak się zneutralizuje bezpośredni atak gniewu, i tak warto zadać sobie pytania: Co mnie tak zdenerwowało? I dlaczego akurat to? Znachorka potwierdza, że gniew można przeobrazić, ale potrzeba czegoś, co pochodzi z innego świata, ze świata instynktów, świata zamieszkanego przez duchy i zwierzęta mówiące ludzkim głosem — potrzeba czegoś, co pochodzi z ludzkiej wyobraźni.

Aby osiągnąć owo głębsze zrozumienie trzeba wspiąć się na górę. Góra to w opowieściach często symbol etapu życia, który musimy przerobić zanim przejdziemy do kolejnego, jej podnóże to symbol chęci kierowania się wyższą świadomością, wyższe partie to trudny etap prób, kiedy sprawdzamy jak działa to, czego nauczyliśmy się dotychczas, a wierzchołek to konfrontacja z najwyższą mądrością. Po drodze, im wyżej docieramy, tym bardziej przechodzimy transformację, tym łatwiej przekraczamy dotychczasowe granice w myśleniu i wzorcach zachowań oraz tym więcej potrafimy przejrzeć iluzje, jakie dotychczas nas ograniczały na dole. Góra uczy wytrwałości i cierpliwości, a także nowego spojrzenia. Im wyżej jesteśmy, tym więcej dostrzegamy. Potrafimy wyjść poza własne cierpienie, krzywdę i poczucie żalu, zauważamy że pomimo coraz trudniejszych warunków, na górze dalej kwitnie życie. Bohaterka śpiewa pieśń Arigato zaishó, dziękując górze i drzewom za to, że pozwalają jej przejść. Poczucie wdzięczności to jeden ze znaków, że nasza świadomość wkracza na wyższy poziom, a przejawiać radość z tego co się ma pomimo problemów i przeszkód to znak prawdziwej dojrzałości. W opowieści góra pozwala kobiecie przejść po sobie, a drzewa unoszą gałęzie, by ustąpić jej miejsca. To symbol rozwiewających się złudzeń, dzięki czemu kobieta może dalej dążyć do celu. Buddyzm powiada, że istnieje siedem zasłon iluzji. Unosząc je, zgłębiamy i poznajemy kolejny aspekt prawdziwej natury życia i własnej tożsamości. Uniesienie tych zasłon daje siłę do znoszenia trudów życia, pozwala wejrzeć we wzorce wydarzeń, przejrzeć pozory stwarzane przez ludzi i rzeczy, a na koniec zrozumieć, że pierwszego wrażenia nie można traktować śmiertelnie poważnie, że trzeba patrzeć w głąb, poza nie.

Wspinając się do góry, bohaterka spotyka muen – botoke, duchy zmarłych w postaci czarnych ptaków, to duchy, które nie zostały należycie pogrzebane i opłakane po śmierci. Podobnie w naszej psychice zamieszkują duchy przeszłości, plany, które się nie zrealizowały, pomysły, które nie zostały wcielone w życie etc., co wzmaga nasze poczucie rozczarowania i wystawia na działanie gniewu. O tym jak je pochować jest dalej mowa w Kroku 3.

Oswajanie niedźwiedzia

Dlaczego akurat niedźwiedź i co reprezentuje?

Niedźwiedź był od zawsze symbolem żeńskim i powiązanym z księżycem (poniżej przedstawienie bogini księżyca i fauny Artemis z talii Sandry Stanton).

Artemis

Jest także symbolem odrodzenia, ponieważ zapada w sen zimowy, w którym aktywność jego ciała wyraźnie spada i budzi się z wiosną. Żyje ściśle według cykli i rytmów przyrody, dlatego z wszystkich tych powodów przedstawia on w baśni najgłębszą, instynktowną warstwę psychiki. Nie tylko w kręgu helleńsko – rzymskim miało to zwierzę szczególne miejsce, było również czczone wśród ludów prekolumbijskiej (bogini Hecoteptl u Azteków), w plemieniu Ajnów na północy Japonii uważano, że niedźwiedź może rozmawiać bezpośrednio z bogiem i przekazywać jego polecenia, również potężna azjatycka bogini współczucia Kuan Yin wysyła niedźwiedzia himalajskiego jako swojego wysłannika, nosi on na szyi półksiężyc, jej emblemat.

Bohaterka karmi niedźwiedzia tak jak my karmimy naszą psychikę wykonując czynności, które sprawiają nam radość, czy będzie to pisanie, czy malowanie, czy śpiewanie, czy czytanie, czy bieganie, czy uprawianie sportu, czy podróżowanie, wszystko to co wywołuje w nas pozytywne uczucia i doładowuje pozytywną energią. W ludzkiej psychice niedźwiedź może symbolizować zdolność do porządkowania własnego życia, zwłaszcza uczuciowego. Siłą niedźwiedzia jest harmonia z naturalnymi cyklami, pełna czujność i wyciszenie podczas snu zimowego, w którym odradza się energia do następnego cyklu. Przykład niedźwiedzia uczy, że można regulować ciśnienie życia emocjonalnego jak za pomocą manometru, zwłaszcza że człowiek może być gwałtowny i wspaniałomyślny jednocześnie. Będąc skrytym samotnikiem, można być jednocześnie kimś wartościowym. Można zaciekle bronić swego terytorium, wyznaczać wyraźne granice, potrząsać niebem i ziemią, jeśli trzeba, nie przestając być zarazem uczynną, miłosierną, wspaniałomyślną osobą. Włos z niedźwiedziej gardzieli jest talizmanem, który pozwala zachować w pamięci zdobytą wiedzę. Jak widzimy, jest bezcenny.

Dzięki cierpliwości bohaterki niedźwiedź pozwala sobie wyrwać włos, a ona sama schodzi z góry i z triumfem biegnie do znachorki. Ta jednak, gdy młoda kobieta nacieszy się swoim osiągnięciem, wrzuca włos do ognia i tłumaczy zdenerwowanej bohaterce: Przebyłaś trudną drogę, wiele się dzięki temu nauczyłaś, a teraz wracaj do siebie i wykorzystuj tę wiedzę w praktyce. Młoda kobieta jest rozgniewana, bo przyszła po jakiś środek, który w magiczny sposób rozwiąże jej problem, znachorka zapewniała ją przecież, że jej życie będzie takie jak dawniej. Tak się nie da. Nie można wejść na górę i zejść z niej niezmienionym. Nic już nie będzie takie jak dawniej. Tak jak to ujął Haruki Murakami: A kiedy burza się skończy, sam nie będziesz wiedział, jak ci się udało przeżyć. Nie będziesz nawet wiedział czy już minęła. Ale jedno powinno być jasne — kiedy z niej wyjdziesz, nie będziesz już tym samym człowiekiem, który w nią wszedł. Właśnie na tym polega sens tej burzy (Haruki Murakami, Kafka Nad Morzem). Jeżeli przeżyłeś/przeżyłaś ciężki wypadek, rujnujący związek czy dzieciństwo pełne przemocy, to nie będziesz patrzył na świat tak jak osoby, które tego nie doświadczyły. Jeżeli czyjś gniew zniszczył twoją ufność i pozbawił nadziei, to nie da się ich odzyskać za pomocą jednego cudownego sposobu, ale to nie znaczy, że nie da się ich odzyskać w ogóle. Według buddyzmu zen moment, kiedy włos ląduje w ogniu, a znachorka wymawia te proste słowa, jest momentem najwyższego oświecenia. Zauważmy, że oświecenie nie następuje na szczycie góry. Przychodzi dopiero wtedy, gdy po spaleniu niedźwiedziego włosa rozwiewa się wyobrażenie o magicznym lekarstwie. Wszystkie w życiu napotykamy takie sytuacje, ponieważ wszystkie się łudzimy nadzieją, że po ciężkiej pracy i uświęconych poszukiwaniach czeka nagroda, coś namacalnego, uchwytnego, choć niekoniecznie materialnego, co w mgnieniu oka wprowadzi ład w nasze życie i rozwiąże wszystkie problemy. Tak nie jest. Jest tak, jak oddaje to baśń. Możemy zdobyć całą wiedzę wszechświata, ale sprowadza się ona do jednej jedynej rzeczy: praktyki i samodyscypliny. Oznacza to, że wróciwszy do domu, musimy krok po kroku wprowadzać w życie zdobytą mądrość.

Zazwyczaj jest tak, że najszybciej mija świeży gniew wywołany niedawnymi wydarzeniami, a najbardziej dokucza nam i „gryzie” ta nawarstwiona przez lata, nieposprzątana i nieusunięta złość, szczególnie jeżeli była wywołana przez bliską nam osobę. A już szczególnie jeżeli za pomocą manipulacji psychologicznych i kulturowych („nadstaw drugi policzek”, „nieś swój krzyż”) zmusza się nas do milczenia i bezsilnego znoszenia tego jak nadużywa się naszego zaufania i dobrej woli. W takiej sytuacji zazwyczaj, zależnie od charakteru, wykonujemy dwie niebezpieczne rzeczy:

1. internalizujemy gniew, stres i ból, pozostają one dosłownie w naszych organach, gruczołach, mięśniach, naczyniach krwionośnych, a co najgorsze w naszym umyśle, prześladują nas i nie pozwalają się uspokoić

2. wyrzucamy gniew pośrednio poprzez złośliwość, komentowanie, dogryzanie, plotkowanie, szantaże emocjonalne, perfidne karanie i poniżanie innych pod pozorami życzliwości albo zachowania reguł (tzw. pasywna agresja)

W obydwóch przypadkach TRUJEMY, czy to siebie, jak w pierwszym, czy to otoczenie, jak w drugim. To bardzo okrutne traktować w ten sposób siebie i innych. Często próbujemy nie dopuszczać do tego obiecując, że „będziemy milsze” albo „nie będziemy się tym przejmować”, ale potem albo wpadamy ze skrajności w skrajności i stajemy się służalcze, albo powracamy do starych wzorców.

Prawda jest taka, że jeżeli nam nie okazano empatii, to, o ile się nie obudzimy, my także nie będziemy okazywać jej innym. To spowolnienie reakcji jest rezultatem okaleczenia instynktu już w dzieciństwie, kiedy dziewczynki są usilnie zachęcane do ustępliwości, niewdawania się w kłótnie, grzeczności za wszelką cenę, niewtrącania się do innych i znoszenia upokorzeń dopóty, dopóki problem sam nie zniknie. Kobiety, które odebrały takie wychowanie, zazwyczaj nie okazują odczuwanej złości, ale przedwcześnie ją uciszają; często muszą upłynąć całe tygodnie, miesiące czy lata, zanim kobieta zrozumie, co powinna była, mogła była powiedzieć lub zrobić. Najczęściej przyczyną takiego stanu rzeczy nie jest nieśmiałość czy skrytość, ale raczej za dużo spekulacji, staranie, by „dobrze wypaść” i niezdolność do kierowania się uczuciami. Spontaniczna dusza wie, kiedy i jak zadziałać, ale kobieta nie chce jej słuchać. Właściwa reakcja jest sumą intuicji, współczucia i siły charakteru. Okaleczony instynkt trzeba leczyć, wyznaczając silnie strzeżone granice, ucząc się reakcji stanowczych i jeśli to możliwe, wyrozumiałych, lecz zawsze konsekwentnych.

Takie postępowanie wygasza również gniew zbiorowy: oburzenie na niesprawiedliwość, które wywołuje z kolei chęć zmian, wprowadzenia ulepszeń, wzięcia odpowiedzialności etc. Ten gniew jest dobry, bo napędza do działania, to naturalny element psychiki.

Bez umiejętności kontrolowania gniewu i wyładowywania go w bezpieczny sposób będziemy wobec niego bezbronne. Wilki na ogół unikają konfrontacji, ale kiedy muszą umocnić swoje terytorium, kiedy coś lub ktoś stale je nęka, tropi, osacza, potrafią się zdobyć na skuteczną, gwałtowną reakcję. Zdarza się to rzadko, ale zdolność do wyrażenia gniewu jest stale w ich repertuarze, tak jak powinna się znaleźć w naszym (…) Dla kobiety oznacza to, że są chwile, gdy trzeba obnażyć kły, pokazać, że potrafi się bronić swego terytorium i powiedzieć: „Ani kroku dalej, ja też mam coś do powiedzenia, to się musi zmienić”.

Dobre relacje z kimkolwiek opierają się na obustronnym szacunku, dobrej woli i zasadzie wzajemności. Jeżeli ktoś bierze je od ciebie, ale nie daje ich w zamian to jest to wykorzystywanie emocjonalne. Jeżeli ktoś narusza twoje granice, oskarża, gra na uczuciach, szantażuje emocjonalnie, manipuluje, składa obietnice bez pokrycia, to do jasnej cholery, tak, masz prawo się wkurzyć! I masz potem również święte prawo nie dać się przekonać, że „jesteś przewrażliwiona/-y”, że „ci się wydawało” etc., bo to kolejna technika manipulacji, jaką stosuje agresor/-ka, żeby osłabić twoją pewność siebie.

Pamiętaj, że każda zaczepka, obelga czy argument to zaproszenie do kłótni, ale wcale nie musisz wchodzić na ten ring. Podobnie jeżeli już nawet pokłócisz się z kimś i nie widzisz możliwości przekonania go, możesz zupełnie spokojnie wycofać się i przestać kłócić, zachowując własne zdanie oczywiście. Jeżeli myślisz „ale wyjdzie na jego”, „pomyśli, że to on ma rację”, „wyjdę na głupią”, to pamiętaj, że to są podpowiedzi ego. Ego kocha wartościować i porównywać się do innych, nie twierdzę, że jest kompletnie niepotrzebne, ale warto pamiętać, że to tylko część twojej osobowości. Nie jesteś tylko swoim ego. Osoby, które nie potrzebują potwierdzania swojej wartości od zewnątrz, bo stały się silne od wewnątrz, nie dają się wciągać w pyskówki, nie traktują każdego sprzeciwu jako ataku na swoją osobę. Potrafią określić granice do których warto jeszcze walczyć, a po ich przekroczeniu są w stanie odpuścić. To jak przeciąganie liny, kiedy puszczasz swoją, osoba po przeciwnej stronie przewraca się. Gniew jest jak ogień, aby płonąć potrzebuje czyichś emocji, uwagi i energii, jeżeli je odetniesz, nie ma się na czym pożywić. Wybieraj swoje bitwy, zastanawiaj się czy warto angażować w dany temat swoje emocje, uwagę i energię.

Ale, tak jak napisałam, najbardziej boli stary, zadawniony gniew i ten zadany przez bliskich (często te pojęcia są tożsame). Mąż bohaterki symbolizuje tę część nas, która przeszła olbrzymie, wyczerpujące bitwy emocjonalne i która nie chce się już angażować, nie chce walczyć, stawiać oporu ani nawet myśleć o gniewie i gwałtowności. Ta część nas już się poddała. Może być też wręcz przeciwnie: ktoś wszczyna kłótnie, uparcie broni swojego i nie chce widzieć innych racji, bo gniew daje mu poczucie władzy i słuszności, umacnia jego ego i utrzymuje złudzenia.

Ludzie, którzy przeszli wiele w życiu mogą widzieć, rozumieć oraz czuć więcej niż przeciętniacy, pod warunkiem, że nie zasklepią się w sobie i odmówią patrzenia wyłącznie przez pryzmat własnej krzywdy. Jednak każde takie trudne wydarzenie kosztuje emocjonalnie, mądrości nie otrzymuje się za darmo. Trzeba opłakać nasze wewnętrzne straty, nie ma sensu dłużej ich wypierać ani zaprzeczać ich istnieniu. Tak jak to robi bohaterka baśni, trzeba zatrzymać się przy nich, poświęcić uwagę, zatroszczyć się i wypuścić wolno.

Kobiety, zanim skończą dwadzieścia lat, umierają tysiąc razy. Poszły taką czy inną drogą i zostały podcięte w pół kroku. Miały wiele nadziei i marzeń, które nie doczekały realizacji. Ktokolwiek twierdzi inaczej, jeszcze się nie przebudził. (…)W życiu każdej kobiety, najczęściej w średnim wieku, przychodzi czas, kiedy musi ona dokonać wyboru — być może najważniejszego psychicznego wyboru co do dalszego życia — czy być zgorzkniałą czy nie. Zbliżając się do czterdziestki lub nieco później, kobiety bywają rozczarowane życiem. Dochodzą do punktu, kiedy przepełnia się czara goryczy, kiedy mają wszystkiego dość, czują się zawiedzione i niespełnione. Marzenia młodości prawdopodobnie legły w gruzach. Mają za sobą złamane serca, rozbite małżeństwa, nie dotrzymane obietnice. Każdy organizm w ciągu długiego życia gromadzi zbędne, toksyczne substancje. Nie można tego uniknąć. Ale jeśli kobieta, zamiast się zasklepiać w goryczy, powróci do naturalnych instynktów, to odżyje i narodzi się na nowo. Wilczęta rodzą się każdej wiosny. Te małe, skomlące, sennookie, ciemne stworzonka, utytłane w kurzu i liściach, od chwili narodzin są żwawe, skore do zabawy, serdeczne, przejawiają potrzebę bliskości i miłości. Chcą się bawić, chcą rosnąć. Kobieta, która powraca do swej instynktownej, twórczej natury, też powróci do pełni życia. Poczuje chęć do zabawy. Zapragnie rosnąć i rozwijać się, na zewnątrz i w głąb. Wcześniej jednak musi dokonać oczyszczenia.

Jak można to osiągnąć? Jak po katastrofie można powrócić do życia będąc mądrzejszym i silniejszym?

Poprzez wybaczenie.

Dlaczego? Nie dlatego, że osoba, która nas skrzywdziła jest tego godna. Robimy to dla siebie, bo jak to ktoś kiedyś powiedział: Trzymanie w sobie gniewu to tak jakby pić truciznę i oczekiwać, że umrze ktoś inny.

Wybaczenie to nie zapomnienie o winie ani przyznanie racji osobie, która nas skrzywdziła. To stan, w którym ani ona, ani jej wina nie zajmują już miejsca w naszym umyśle i sercu. To umiejętność zdystansowania się, a nie samooszukiwania.

10603983_884096984936141_472063906732083292_o

Wokół wybaczenia narosło już tyle mitów, że trzeba chyba stworzyć instrukcję ze sposobem postępowania, aby uniknąć wszystkich tych nieporozumień i przekłamań. Dr E wyszczególnia cztery, ale na podstawie własnych doświadczeń widziałabym pięć. Przyjrzyjmy się czterem etapom przebaczenia. Opracowałam je na cele pracy terapeutycznej i stosowałam przez długie lata. Każdy poziom ma wiele warstw. Można się nimi zajmować w dowolnym porządku i dowolnie długo, wymieniam je jednak w kolejności takiej, jaką uważam za najwłaściwszą dla moich pacjentek.

Cztery fazy przebaczenia

  1. zaniechać — ustąpić z pola bitwy,
  2. rozgrzeszyć — powstrzymać się od kary,
  3. zapomnieć — wymazać z pamięci, nie roztrząsać dłużej,
  4. wybaczyć — darować wszelkie winy.

Ja zaczęłabym od tego co jest moim zdaniem absolutnie konieczne do całego procesu: odcięcia się. Jeżeli źródłem naszego gniewu jest złośliwy znajomy czy wymagający szef, to małe piwo: od znajomego można się odciąć przestając się z nim widywać, odpisywać na smsy czy wyrzucając z grona znajomych, szef może sobie gderać, ale po prostu wykonujemy swoje obowiązki, a po pracy i tak idziemy do domu, w ostateczności szukamy nowej pracy i lepszego szefa. To nie złośliwy znajomy ani upierdliwy szef są tak naprawdę źródłem gniewu. Największy gniew i ból wywołują ci, których obdarzyliśmy miłością i zaufaniem, a oni go nadużyli. W praktyce są to osoby najbliższe: rodzice, dzieci, partnerzy…Tu odcięcie się przychodzi trudniej ze względów i praktycznych, i kulturowych, ale nadal jest możliwe do wykonania, wymaga jednak większej siły i konsekwencji. Dlatego mój Krok 1 to odseparowanie się fizyczne.

KROK 1: Odseparuj się fizycznie

To jeszcze nie wybaczenie samo w sobie, ale pierwszy krok do niego i bez niego nigdzie nie ruszysz. Jeżeli żyjesz w tej samej przestrzeni, co osoba, która cię krzywdzi (nieważne czy to będzie partner/-ka, matka, ojciec czy ktoś inny), to będziesz tę krzywdę przeżywać cały czas od nowa, niezależnie od tego czy odbywa się na poziomie fizycznym, emocjonalnym, werbalnym czy duchowym. Musisz odciąć od siebie osobę, która na tobie pasożytuje. Bez wyraźnego zakreślenia granic nadal będziesz tkwić w zamkniętym kole tłamszonego gniewu. Jeżeli ktoś nie szanuje granic, które mu nakreślasz, to nie masz innego wyjścia niż odsunąć się fizycznie, inaczej twoje granice nadal będą naruszane, a przez to będzie malało twoje poczucie wartości i godności.

Uciekaj. Ratuj się. Zabierz najpotrzebniejsze rzeczy i szukaj tymczasowego miejsca u rodziców, rodzeństwa, przyjaciół, ostatecznie w schronisku dla ofiar przemocy. Już. Teraz. Nie zwlekaj. Ja mówię zupełnie poważnie. Sama straciłam lata na przekonywaniu do siebie rodziny, która absolutnie nie zamierzała okazać mi życzliwości, szacunku ani akceptacji i wiecznie podnosiła poprzeczkę, nigdy nie byłam wystarczająco dobra, chociaż, mówiąc obiektywnie, niejeden rodzic przyjąłby takie dziecko jak ja z otwartymi rękami. To wyjątkowo wyniszczające dla psychiki, kiedy jest się związanym z prześladowcą więzami krwi, z początku dziecko nie czuje się jeszcze, że coś jest nie tak z dorosłym, a nie z nim i obwinia się o wszelkie przewinienia, które słusznie czy nie wytykają mu rodzice. Kiedy rośnie, zaczyna zauważać, że coś nie pasuje w tej układance, ale jego poczucie własnej wartości jest już skrzywione i zatrute przez niesprawiedliwe traktowanie, więc myśli, że nie umie, nie potrafi, nie uda mu się…

Nieprawda. Uda ci się. Potrafisz. Dasz radę. Ucieczka od tego, co jest chore, ale co znasz w to, co może być o niebo lepsze, ale czego nie znasz to trudna decyzja, jeżeli nie masz mocnego poczucia własnej wartości, to będziesz zwlekać, opóźniać i czekać na lepsze warunki. Tak pracuje nasza podświadomość, ona gromadzi jedynie doświadczenia, nie przetwarza ich, bo od tego mamy świadomość, ale ogromna ilość trudnych przeżyć wykrzywia współpracę podświadomości ze świadomością. Możemy świadomie chcieć uciec, ale podświadomie blokować to i jeszcze wynajdować całkiem logiczne argumenty, dlaczego nie możesz uciec natychmiast, tu i teraz. Wiem o tym. Sama to przerabiałam.

Ale uwierz mi, nie ma nic gorszego niż pozostawać dalej w toxycznym, negatywnym środowisku. Jeżeli chcesz zmienić swoje życie na lepsze to musisz otoczyć się pozytywnymi ludźmi, którzy będą cię wspierać i rozumieć. Pozostawanie w toxycznym środowisku nie tylko naraża cię na dalsze rany, ale też sprawia, że dokonujesz autocenzury swojego zachowania (‘jeżeli nie będę robić tego czy tamtego, to on/-a się nie wścieknie i nie zacznie wrzeszczeć’, ‘jeżeli nie założę tej bluzki tylko tamtą, to oszczędzę sobie jego/jej kąśliwych komentarzy’ etc.). Nie ma nic gorszego niż długotrwała autocenzura. Wysysa duszę kawałek po kawałku aż zostaje tylko suchy wiór.

Dlatego uciekaj. Nie wahaj się. Jeżeli podejmiesz decyzję, to świat zacznie pomagać ci w przejściu w nowe warunki, pojawią się nowe możliwości, życzliwi ludzie, okaże się, że osoby które bałeś/-aś się prosić o pomoc chętnie ci jej udzielą. Wiem, bo sama to przeżyłam. Najtrudniej jest podjąć decyzję, wprowadzić ją w życie i przetrwać pierwsze chwile po zmianie, potem dzień po dniu życie staje się coraz łatwiejsze, aż w końcu pewnego dnia zaczynasz się dziwić jak mogłeś/-aś tak długo znosić podobne traktowanie.

Nie bój się. Uciekaj.

KROK 2: Przyzwyczaj się do nowych warunków

Teraz, kiedy jesteś w bezpiecznym miejscu, skoncentruj się na sobie. To nic złego, nawet jeżeli całe lata wmawiano ci, że twoje potrzeby nie są tak ważne jak innych. Poznawaj nowe otoczenie, przyzwyczajaj się do nowego rytmu dnia, wyrabiaj nowe nawyki, zapamiętuj nowe twarze i odkrywaj nowe możliwości. Spokojnie, powoli, krok po kroku, dzień za dniem. Być może czujesz się rzucony/-a na głębokie wody, a nie umiesz pływać. Bez paniki. Nie rzucaj się gwałtownie na fale, tylko połóż na wodzie, rozluźnij i dryfuj. Ostatecznie morze wyrzuci cię na brzeg. W tym czasie nie zakładaj wielkich planów ani nie zaczynaj wielkich projektów, po prostu żyj i odtruwaj się z negatywów, powoli i spokojnie. Nie myśl o prześladowcy, unikaj kontaktu z nim/nią, a jeżeli to niemożliwe, ogranicz go do minimum. Nie reaguj na jego/jej zaczepki. Nie musisz. Już nic nie musisz. Twoje wyleczenie nie zależy od prześladowcy, twoje wyleczenie zależy wyłącznie od ciebie. Moja uwaga techniczna: dbaj o siebie. To bardzo istotne. Jedz zdrową, nieprzetworzoną żywność, pij dużo wody (najlepiej wyciskaj do niej trochę soku z cytryny), wysypiaj się (jeżeli na skutek traumatycznych wydarzeń nasz problemy z zasypianiem, zgłoś się od razu do lekarza, bezsenność można wyleczyć szybciej, jeżeli nie staje się nawykiem) i funduj sobie regularną porcję ruchu, chociażby poprzez spacer. To naprawdę istotne, wierz mi. Ciało nasiąka negatywami równie łatwo jak psychika, zwłaszcza jeżeli masz tendencje do internalizowania stresu, trzeba je z nich odtruwać i ładować pozytywną energią. Na początku trudnej drogi do wybaczenia dobrze jest na chwilę ustąpić z pola bitwy. Trzeba przestać myśleć o danej osobie czy wydarzeniu. Nie będzie to zostawianie nie dokończonych spraw, ale coś w rodzaju urlopu od nich. Dzięki temu unikniemy skrajnego wyczerpania, umocnimy się w innych sferach życia, zaczniemy dostrzegać inne radości. Takie ćwiczenie sprzyja późniejszemu całkowitemu odpuszczeniu win, które ma przyjść z wybaczeniem. Trzeba się starać zostawić daleko przykre wydarzenia, wspomnienia, konflikty. Nie chodzi o to, by przymykać oko na czyjeś przewinienia, ale by nabrać wprawy i siły w dystansowaniu się od nich. Zaniechanie może oznaczać zajęcie się ulubioną czynnością — tkanie, pisanie, wyjazd nad morze, naukę i miłość, wszystko, co przywraca siły i pozwala na jakiś czas porzucić myśl o gniewie. To słuszne, dobre i uzdrawiające. Problemy związane z dawnym urazem są dla kobiety o wiele mniejszą udręką, jeśli przekona swą zranioną psychikę, że teraz tylko nakłada kojący balsam, a całością sprawy zajmie się niebawem.

KROK 3: Obserwuj swoje wnętrze

Kiedy już poczujesz się bezpiecznie i stabilnie, zwróć szczególną uwagę na to co dzieje się w twoim wnętrzu. Jakie uczucia w nim dominują? Co jest ich przyczyną? Co je nasila? Co je redukuje? Teraz, kiedy jesteś bezpieczny/-a i na nowo zakotwiczyłeś/-aś się w życiu, możesz rozpocząć odbudowywanie siebie z gruzów. Pisz dziennik, w którym zanotujesz swoje odczucia i wrażenia. Jeżeli możesz zacząć współpracę z terapeutą albo dołączyć do grupy wsparcia, to rozważ to, doświadczeni ludzie pomogą ci dostrzec głęboko zakorzenione lęki, zahamowania, wzorce zachowań, komplexy etc. Nie jesteś sam/-a, wiele osób przed tobą borykało się z tym problemem i udało im się je przezwyciężyć. Poradzili sobie. Dlaczego tobie miałoby się nie udać? Koncentrujesz się na tym co jest tu i teraz, a także na tym co będzie, nie jesteś już niewolnikiem przeszłości. Dawne wydarzenia ukształtowały cię, ale cię nie definiują. Zapomnieć, znaczy usunąć z pamięci, zaprzestać roztrząsania sprawy — innymi słowy, dać spokój i nie rozgrzebywać wspomnień. Nie chodzi o absolutne zapomnienie. Świadome zapominanie oznacza odłożenie bolesnego wydarzenia do przeszłości, nie wysuwanie go na pierwszy plan, lecz usunięcie ze sceny, na plan drugi. Świadome puszczanie win w niepamięć jest w praktyce powstrzymaniem się od zaogniania konfliktu, odrzuceniem bolesnych wspomnień. Jest to wysiłek aktywny. Nie wywlekamy starych spraw, nie wałkujemy ich w nieskończoność, nie zadręczamy się powracającymi myślami, obrazami, emocjami. To wysiłek woli, by nie poddać się obsesjom, nabrać dystansu i nie patrzeć wstecz. Dzięki temu możemy zacząć żyć w nowym krajobrazie, tworzyć sobie inne życie, zdobywać nowe doświadczenia, które nas pochłoną, zamiast wciąż się dręczyć przeszłością. Takie zapominanie oczywiście nie oznacza kompletnej amnezji, pozwala natomiast złożyć na wieczny spoczynek uczucia wzbudzane przez pamięć.

To także czas aby pochować stary gniew i ból. Dr E opowiada o tym, że z pacjentką rysują mapę jej życia i zaznaczają, gdzie wydarzyły się większe i mniejsze straty emocjonalne: las muertes chiąuitas (małe śmierci) i las muertes grandotas (wielkie śmierci), gdy jakaś jej część umarła. Rysują przy nich krzyż tak jak stawia się krzyże przy drogach w miejscu, gdzie ktoś zginął tragiczną śmiercią. Należy zrobić swoje descansos [miejsca wiecznego spoczynku – przyp. A.L.] — pomyśleć nad linią swego losu i zadać sobie pytania: „Gdzie stoją moje krzyże? Które miejsca w życiu powinnam upamiętnić, otoczyć czcią?” Wszystkie one są istotne dla teraźniejszego życia. Trzeba o nich pamiętać, a zarazem zapomnieć o nich. Na to trzeba czasu. I cierpliwości.

KROK 4: Przyjrzyj się prześladowcy

Zazwyczaj ten krok przychodzi razem z Krokiem 3 albo wkrótce po nim. Przyjrzyj się swojemu prześladowcy, zastanów nad powodami, dla których zachowywał/-a się tak a nie inaczej. Nie rozgrzeszaj go/jej. Nie usprawiedliwiaj. Nie zdejmuj z niego/jej odpowiedzialności za to co zrobił/-a. Przyjrzyj się jego/jej życiu, zauważ okoliczności i prawidłowości, które zaprowadziły go/ją, do takich a nie innych wyborów. Tu nie chodzi o negowanie win twojego prześladowcy, chodzi o spojrzenie w szerszym świetle. Jeżeli jako dziecko twój mąż widział ojca bijącego w alkoholowym amoku matkę to najprawdopodobniej zaowocowało to jego znęcaniem się nad tobą. Jeżeli twojej matce jako dziecku wyznaczano sztywne ramy „bądź taka a taka” i karano surowo za ich przekroczenie, to gdy dorośnie, będzie w ten sam sposób terroryzować ciebie. Nie, to absolutnie ich nie usprawiedliwia. W każdym momencie życia mogli się zatrzymać i zmienić ścieżkę. Jednak dostrzeżenie szerszego obrazu, uruchamia w tobie współczucie, a współczucie jest emocją oczyszczającą i neutralizującą gniew. [Kolejna] faza to rozgrzeszenie, szczególnie w sensie powstrzymania się od wymierzenia kary; nie planujemy jej i nie staramy się mścić ani na małą, ani na dużą skalę. Takie zapanowanie nad emocjami jest ćwiczeniem niezwykle owocnym, ponieważ sprowadza problem w jedno miejsce, zamiast rozprzestrzeniać go na wszystkie sfery życia. W ten sposób przygotowujemy się do chwili przejścia do następnych kroków. Oczywiście nie oznacza to, że mamy stać się ślepe, głuche i zatracić samozachowawczą czujność. Musimy natomiast okazać wyrozumiałość i sprawdzić, jak ona zadziała (…) Zrób w tym kierunku tyle, ile akurat potrafisz (…) Możesz się powstrzymać od karzących półsłówek, uszczypliwych uwag, pretensji, wrogości. Rezygnacja z niepotrzebnych sankcji podkreśla prawość twego charakteru i czynów. Rozgrzeszenie wiąże się z okazaniem wspaniałomyślności; w ten sposób pozwalasz, by twoja szlachetna strona mogła uczestniczyć w rozwiązaniu problemów, które dawniej wzbudzały w tobie cały wachlarz emocji, od nieznacznego poirytowania do wybuchów furii.

KROK 5: Przebaczaj tyle ile możesz

Dopiero w tym momencie jesteś gotowy/-a na przebaczenie. Nie dawaj sobie wmówić, że ‘musisz wybaczyć, bo…’. Wybaczasz TYLKO WTEDY gdy jesteś na to wewnętrznie gotowy/-a. Zewnętrzne wydarzenia nie mogą przyspieszać twojego rytmu wewnętrznego. Nie spiesz się. Im większa była krzywda i im dłużej trwała, tym więcej czasu zajmie wybaczenie. Nie wierz również w to, że wybaczenie jest aktem jednorazowym i że koniecznie musisz wybaczyć całkowicie. Wybaczaj po trochu, krok za krokiem, tyle ile w danej chwili możesz. Rozważcie to: wiele osób nie umie przebaczać, ponieważ wpojono im mylne przekonanie, że jest to pojedynczy akt, którego można dokonać podczas jednej rozmowy. Nic bardziej fałszywego. Przebaczenie ma wiele warstw, wiele faz. W naszej kulturze panuje opinia, że przebaczenie powinno być stuprocentowe. Wszystko albo nic. Uczy się nas także, że przebaczyć to patrzeć przez palce na przewinienia i zachowywać się tak, jak gdyby nic się nie stało. To także nieprawda. Kobieta, która umie wybaczyć wielką krzywdę w dziewięćdziesięciu pięciu procentach, kwalifikuje się niemal do beatyfikacji, jeśli nie do świętości. Jeśli przebacza w siedemdziesięciu pięciu procentach, a w dwudziestu pięciu nie jest pewna i nawet nie wie, czy tego pragnie, to i tak jest to nieprzeciętnie dużo. W zupełności wystarczy, że przebaczy w sześćdziesięciu procentach przy czterdziestu: „Nie wiem, nie jestem pewna, wciąż nad tym pracuję”. Jeśli jesteśmy w stanie przebaczyć w pięćdziesięciu procentach, to praca psychiczna wciąż jest w toku. A jeśli to mniej niż dziesięć procent? Dopiero zaczęłaś, a może jeszcze nie podjęłaś naprawdę poważnych prób.Ja powiem tak: jeżeli nie będziesz czuć gniewu ani chęci zemsty w stosunku osoby, która cię skrzywdziła, to jest już naprawdę w porządku. Dobra robota. Idziesz w prawidłowym kierunku, bądź cierpliwy/-a.

Co jeszcze istotne: nie dawaj się omotać osobom, które powołując się na wiarę, będą naciskać, że trzeba wybaczyć prześladowcy, bo to zachowanie godne chrześcijanina. Odeślij ich wtedy do Biblii, do Ewangelii Łukasza (Łk 17:3), która mówi wyraźnie: Jeśli brat twój zawini, upomnij go; i jeśli żałuje, przebacz mu I jeśliby siedem razy na dzień zawinił przeciw tobie i siedem razy zwróciłby się do ciebie, mówiąc: “Żałuję tego”, przebacz mu!». Nie może być tak, że jesteś zmuszany/-a do wybaczenia i wystawiania się na dalszą przemoc, a twojemu prześladowcy wolno robić co się mu/jej żywnie podoba. Dla osób znających angielski polecam świetną stronę: http://www.luke173ministries.org/. Nie przeceniałabym też wartości przeprosin, wiem że dzieci z rodzin dotkniętych przemocą chcą często usłyszeć przeprosiny z ust rodziców, ale jeżeli mogę coś sugerować, to powiedziałabym raczej, żeby jednak nie uzależniać wyzdrowienia od przeprosin ze strony oprawcy tylko zadbać o siebie, z dwóch przyczyn: po pierwsze, praktycznej – nie mamy wpływu na postrzeganie i zachowanie innych osób, ale mamy na swoje. Po drugie, nie zawsze te przeprosiny mają faktyczną wartość, jeżeli prześladowca nie zrozumiał rozmiaru krzywdy jaką wyrządził, to staną się wręcz farsą, a ofiara poczuje się jeszcze bardziej dotknięta i upokorzona. Ponadto w przypadku osób z psychopatycznymi zaburzeniami charakteru takimi jak narcyzi, te przeprosiny będą odegrane o ile będzie to dla niego/niej opłacalne lub wymuszone przez otoczenie.

Niektórym wybaczenie przychodzi łatwiej, inni potrzebują więcej czasu i włożonego wysiłku. Nie ma sensu porównywać się, bo znowu aktywujemy myślenie według wzorów ego. Ani ktoś komu wybaczenie przychodzi łatwo nie jest święty, ani ten, komu jest ciężej to osiągnąć nie jest zły. Jednak żeby się rzeczywiście uleczyć, trzeba wpierw powiedzieć sobie prawdę, i to nie tylko o żalu i bólu, ale i o doznanych krzywdach, wściekłości i wstręcie, a także o pragnieniu ukarania samej siebie i zemsty, o wszystkich uczuciach, które w nas wzbierają. Stara znachorka w naszej psychice rozumie ludzką naturę ze wszystkimi ułomnościami i wybacza, znając nagą prawdę. Daje nie tylko jeszcze jedną szansę, daje ich całe mnóstwo.

Trzeba pamiętać, że ostateczne wybaczenie nie jest kapitulacją. To świadoma decyzja, że odtąd przestajemy żywić żal i pretensje, że darujemy wszelkie winy i rezygnujemy z zaprzysiężonej zemsty. To ty zdecydujesz, kiedy wybaczyć i jaki rytuał zastosować, by podkreślić to wydarzenie. To ty ogłosisz, że nie chcesz już żadnej spłaty długów.

A na koniec najważniejsze: wybaczenie należy zacząć od siebie. Trzeba wybaczyć sobie błędy, braki i zaniechania. To być może jedna z najtrudniejszych i najbardziej mozolnych psychicznych robót, ale niezbędna dla dalszego rozwoju. Wybaczenie jest aktem twórczym. Jest wiele starych, wypróbowanych sposobów do wyboru. Można wybaczyć na razie, do jakiegoś czasu, do następnego razu, można wybaczyć, nie dając więcej szans — jeśli incydent się powtórzy, to zupełnie inna sprawa. Można dać jedną czy więcej szans, ale tylko pod jakimś warunkiem. Można wybaczyć częściowo, całkowicie, tylko w połowie. Można odkryć przebaczenie absolutne. Decydujesz ty.

Odcinek 13: Bezręka Dziewczyna. O wytrwałości, umiejętności rozróżniania i wierności sobie

biegnaca z wilkami bezreka dziewczyna

Bezręka Dziewczyna

Pewnego razu, parę dni temu, człowiek, który mieszka przy końcu drogi, miał wielki młyn i mełł ziarna na mąkę dla wszystkich wieśniaków. Ale w końcu przyszła na niego bieda i nic mu nie zostało oprócz wielkiego młyńskiego kamienia w starej szopie i rozłożystej, kwitnącej jabłoni, która za nią rosła.

Pewnego dnia, kiedy z siekierą o srebrzystym ostrzu szedł do lasu, by narąbać drewna, zza drzewa wyłonił się nieznajomy, który rzekł:

– Nie musisz się już trudzić rąbaniem drewna. Obsypię cię wszelkim bogactwem, jeśli dasz mi to, co stoi za twoim młynem.

Przecież za młynem jest tylko kwitnąca jabłoń — pomyślał młynarz i zgodził się dobić targu.

– Za trzy lata przyjdę zabrać, co do mnie należy — zarechotał niemiłym śmiechem nieznajomy i kulejącym krokiem odszedł, znikając w gąszczu drzew.

Wracając do domu, młynarz spotkał na drodze swą żonę. Biegła od strony domu w powiewającym fartuchu, z rozrzuconymi włosami.

—        Mężu, mężu, coś się dzieje w naszym domu, nowy zegar na ścianie, nasze liche drewniane krzesła zmieniły się w fotele wyściełane aksamitem, półki w spiżarni uginają się od przysmaków, a skrzynie i pudła pełne są wszelakiego dobra. Jak to się mogło stać?

A kiedy to mówiła, na jej palcach pojawiły się złote pierścienie, a we włosach drogocenny diadem.

Ach —rzekł młynarz, patrząc z niedowierzaniem, jak jego stary kubrak zmienia się w oczach w atłasy, a drewniane chodaki o zdartych obcasach w piękne nowe buty.

To ten dziwny nieznajomy — wysapał. — Spotkałem dziś w le­sie niezwykłego człowieka w czarnym surducie. Obiecał mi wielkie bogactwa, jeśli dam mu to, co mam za młynem. Żono moja, przecież możemy zasadzić sobie nową jabłoń.

-— O, nieszczęsny — zapłakała kobieta i spojrzała tak, jakby jej zadano śmiertelny cios. — Człowiek w czarnym surducie to sam Diabeł, a za młynem, oprócz jabłoni, jest teraz nasza córka i miotłą z witek zamiata podwórze.

Pobiegli więc rodzice do domu, lejąc gorzkie łzy na nowe piękne stroje. Ich córka przez następne trzy lata nie wyszła za mąż; a charakter miała słodki jak pierwsze letnie jabłka. W dniu, kiedy Diabeł po nią przyszedł, wykąpała się, założyła czystą białą suknię, a wyrysowawszy kredą krąg, stanęła pośrodku niego. Kiedy Diabeł wyciągnął ręce, by ją pochwycić, niewidzialna siła odepchnęła go przez całe podwórze. Diabeł krzyknął

— Nie wolno jej się kąpać, aż po nią nie wrócę!

Rodzice i córka poczuli wielką trwogę. Dziewczyna nie myła się przez kilka tygodni, aż włosy jej zmatowiały, za paznokciami widniały czarne półksiężyce, skóra poszarzała, a ubranie było ciemne i sztywne od brudu.

Z każdym dniem coraz bardziej przypominała dziką bestię, aż w końcu Diabeł znów się pojawił. Dziewczyna płakała i płakała. Łzy kapały na palce i ramiona, płynęły strumieniem tak, że jej brudne ręce znów stały się czyste i białe. Diabeł się rozgniewał.

— Odrąbać jej ręce, bo inaczej nie mogę się do niej zbliżyć.

Ojciec był wstrząśnięty i przerażony.

—Żądasz, żebym odrąbał ręce własnemu dziecku?

Diabeł zagrzmiał:

— Jeśli tego nie zrobisz, wszystko zginie, wszyst­ko umrze, ty i twoja żona, i pola jak okiem sięgnąć.

Ojciec ze strachu usłuchał i błagając córkę o przebaczenie, zaczął ostrzyć siekierę o srebrnym ostrzu. Córka poddała się jego woli, mówiąc:

— Jestem twoim dzieckiem, rób to, co musisz zrobić.

Odrąbał jej ręce i nie wiadomo, kto bardziej rozpaczał i głośniej wył w udręce, córka czy ojciec. Tak się skończyło życie dziewczyny, jakie dotychczas znała.

Kiedy Diabeł znów po nią przyszedł, dziewczyna dalej płakała; płakała tak mocno, że kikuty pozostałe po jej dłoniach znów były czyste i diabeł jeszcze raz przeleciał przez podwórze, odepchnięty nieznaną siłą. Przeklinając tak siarczyście, że w lesie zapalały się drzewa, zniknął na zawsze, bo stracił już do niej wszelkie prawa.

Po tym wydarzeniu ojciec i matka postarzeli się jakby o sto lat. Ale jako prości ludzie chcieli żyć dalej, najlepiej jak mogli. Stary ojciec chciał zatrzymać córkę w nowym pięknym zamku, pośród wszelkich bogactw, ale ona rzekła, że teraz bardziej jej przystoi zostać żebraczką i żyć z łaski dobrych ludzi. Owinęła kikuty czystymi bandażami i o świcie zostawiła za sobą swoje dotychczasowe życie.

Długo szła przed siebie. W południowym słońcu ociekała potem. Wiatr rozwiewał jej włosy, aż wyglądały jak gniazdo bocianie, splątane i skołtunione. W środku nocy doszła do królewskiego sadu. Promienie księżyca padały na owoce wiszące na drzewach.

Nie mogła jednak tam wejść, bo sad otoczony był fosą. Upadła na kolana, tak była osłabiona głodem. Wtedy pojawił się przed nią duch w bieli, zamknął śluzę i opróżnił fosę z wody.

Dziewczyna weszła między grusze i w niewiadomy sposób wyczuła, że wszystkie gruszki na drzewach są policzone i dobrze pilnowane. Ale jedna z gałęzi pochyliła się nisko, cicho skrzypiąc, tak że dziewczyna mogła dosięgnąć owocu. Przyłożyła wargi do jego złocistej skórki i stojąc w księżycowej poświacie, posilała się z rękami w bandażach, z rozczochranymi włosami — wyglądała jak zjawa.

Widział to wszystko ogrodnik, ale poznał się na czarach ducha, który był z dziewczyną, i nie śmiał im przeszkadzać. Kiedy dziewczyna skończyła jeść, wyszła z ogrodu przez fosę i schroniwszy się w lesie, zasnęła.

Nazajutrz król przybył, by policzyć gruszki. Poznał, że jednej brakowało, i choć szukał wszędzie, nie wypatrzył jej. Ogrodnik opowiedział mu wszystko, co zdarzyło się nocą.

Król postanowił, że tej nocy sam będzie pilnował sadu. Po zmroku przyszedł tam z ogrodnikiem i magiem, który umiał rozmawiać z ducha­mi. Cała trójka usiadła pod drzewem i patrzyła. O północy ujrzeli dziewczynę, która jak zjawa przemknęła przez las, w brudnych łachmanach, z rozczochranymi włosami, z podrapaną twarzą, bez rąk. Towa­rzyszył jej duch w bieli.

Tak jak poprzedniej nocy, weszła do sadu. I znowu drzewo nachyliło gałąź, żeby mogła dosięgnąć owocu ustami.

Mag podszedł bliżej, ale nie za blisko, i zapytał:

— Powiedz, czy jesteś z tego świata czy nie z tego świata?

A dziewczyna odrzekła:

— Kiedyś należałam do świata, ale nie jestem z tego świata.

Król zapytał maga:

— Czy to istota ludzka, czy zjawa?

Czarownik odparł, że dziewczyna jest jednym i drugim. Serce króla zabiło mocniej, podbiegł do niej i rzekł:

— Nie opuszczę cię. Od tej pory będę się tobą opiekował.

W swoim zamku kazał dla niej zrobić parę srebrnych dłoni, które przymocowano jej do rąk. I tak się stało, że król wkrótce poślubił bezręką dziewczynę.

Po jakimś czasie król musiał się udać na wojnę do odległych krain i prosił swą matkę, by dobrze dbała o młodą królową, bo kochał ją całym sercem.

— Jeśli urodzi dziecko, to przyślij niezwłocznie posłańca z wieścią.

Młoda królowa urodziła śliczne maleństwo, a królowa matka wysłała tę dobrą nowinę królowi. Ale po drodze do króla posłaniec poczuł znużenie, a kiedy znalazł się nad rzeką, zaczęła go ogarniać coraz większa senność i wreszcie położył się na brzegu i usnął. Wtedy zza drzew wyszedł Diabeł, odebrał mu list i podłożył inny, który obwiesz­czał, że młoda królowa powiła pół dziecko, pół psa.

Zgroza ogarnęła króla na tę wieść, ale odpisał matce, by w tych ciężkich chwilach dbała o młodą królową i otaczała ją miłością. Kiedy chłopak niosący wiadomość dotarł nad rzekę, znów poczuł nieprzezwy­ciężoną senność i wkrótce zasnął nad wodą. Znów Diabeł wyrósł jak spod ziemi i znów zamienił listy. Tym razem napisał: „Zabić i dziecko, i królową”.

Stara matka przeraziła się rozkazu syna i jeszcze raz wysłała posłań­ca, by król rozkaz potwierdził. Posłaniec biegał tam i z powrotem, ale za każdym razem zapadał w sen nad rzeką, a diabeł podkładał mu coraz to straszniejsze listy. Ostatni z nich nakazywał: „Zatrzymaj język i oczy królowej na dowód, że nie żyje”.

Stara matka nie mogła jednak zabić młodej niewinnej królowej. Kazała więc poświęcić łanię, wyjęła jej oczy i język, po czym je ukryła. Później pomogła młodej matce przywiązać dziecko przy piersi i zarzu­cając na jej twarz zasłonę, kazała uciekać, by ratować życie. Obie kobiety płakały rzęsiście i ucałowały się na pożegnanie.

Młoda królowa tułała się po świecie, aż doszła do największego, najdzikszego lasu, jaki w życiu widziała. Brnęła przez tę puszczę, daremnie próbując znaleźć jakąś ścieżkę. Tuż przed zachodem słońca pojawił się przy niej duch w bieli, ten sam co niegdyś, i poprowadził ją do ubogiej gospody prowadzonej przez dobrych ludzi z lasu. Tam dziewczyna w białej sukni zabrała ją do wnętrza, nazywając po imieniu. Dziecko ułożono do snu.

– Skąd wiesz, że jestem królową? — spytała bezręka dziewczyna.

My, mieszkańcy lasu, wiemy takie rzeczy, moja pani. A teraz proszę odpocząć.

Królowa została tam przez siedem lat i żyła szczęśliwie, wychowując swe dziecko. Jej ręce zaczęły odrastać; najpierw pojawiły się małe, różowe jak perełki niemowlęce rączki, potem ręce małej dziewczynki, wreszcie ręce dojrzałej kobiety.

Tymczasem król wrócił z wojny, a stara matka powitała go z płaczem.

—        Czemuś mi kazał zabić te dwie niewinne istoty? — I pokazała mu oczy i język.

Słysząc tę straszną nowinę, król zadrżał i zapłakał niepocieszony. Matka, ujrzawszy jego żal, powiedziała mu prawdę, że oczy i język należą do łani, a królowa z dzieckiem wyruszyła do puszczy.

Król przysiągł, że nic do ust nie weźmie i pójdzie nawet na kraj świata, byle ich odnaleźć. Szukał przez siedem lat. Jego ręce poczernia­ły, broda pachniała mchem, oczy nabiegły krwią. W tym czasie nic nie jadł i nie pił, ale przy życiu trzymała go moc silniejsza od niego.

Wreszcie przybył do gospody leśnych ludzi. Kobieta w bieli zapro­siła go do środka i tam spoczął wreszcie, wyczerpany. Wtedy gospodyni zasłoniła mu twarz zasłoną i zasnął. Kiedy oddychał we śnie, zasłona falowała i w końcu zsunęła mu się z twarzy. Przebudził się, by zobaczyć nad sobą przyglądającą mu się piękną kobietę i urocze dziecko.

— Jestem twą żoną, a to twoje dziecko.

Król chciał uwierzyć, ale widział, że kobieta ma zdrowe ręce.

— W trudach i radościach życia ręce mi odrosły — powiedziała. A kobieta w bieli przyniosła srebrne dłonie ze skrzyni, gdzie je złożono. Król podniósł się, objął królową i dziecko i w lesie zapanowała wielka radość.

Wszyscy obecni urządzili świetną ucztę. Potem król, królowa i dziecko wrócili do starej królowej matki, wyprawili drugie wesele i mieli więcej dzieci, które opowiedziały tę historie swoim dzieciom, które przekazały ją jeszcze dalej, tak jak ja ci ją opowiadam.

————————————————-

Dr E opowiada tę historię niemal na końcu książki, sugerując, że zawiera się w niej cały cykl życia kobiety, ale dla mnie osobiście Bezręka Dziewczyna stanowi zwieńczenie tryptyku, jaki tworzy wraz z historiami Sedny i Kobiety – Szkieletu (dlatego zachęcam do zapoznania się z nimi, przekaz robi się wtedy wyjątkowo jasny). Dr E w analizie używa wielu odniesień do symboliki i dawnych wierzeń, ale ja patrzę akurat na tę opowieść trochę inaczej, na bardzo praktycznym poziomie kontaktów międzyludzkich. Ponadto jest dla mnie przykładem tego, że dawne mity i legendy tak naprawdę opowiadają o zupełnie współczesnych problemach, używają do tego jedynie ładniejszych wyrażeń czy metafor. Baśń ta wprowadza nas w świat leżący dużo głębiej niż korzenie drzew. Z tej perspektywy widzimy, że Bezręka Dziewczyna zawiera materiał obejmujący pełny proces życia kobiety. Porusza temat prawie wszystkich najważniejszych podróży kobiecej psychiki. W odróżnieniu od innych omawianych w tej książce baśni, które zajmują się określonym zadaniem, wyzwaniem czy zdobywaniem konkretnej wiedzy w cią­gu kilku dni lub tygodni, Bezręka Dziewczyna obejmuje okres wielu lat —   wędrówkę całego życia. Kluczami w tej baśni są wytrwałość, umiejętność rozróżniania  i wierność sobie, a nagrodą trwały sojusz elementu męskiego i kobiecego w psychice.

FAZA PIERWSZA: PAKT Z DIABŁEM

Myślę, że motywu paktu z diabłem nie trzeba specjalnie przybliżać, w końcu od dziecka karmieni byliśmy opowieściami o Mistrzu Twardowskim, który za wszelką cenę usiłował się wymigać od zawartej nieopatrznie umowy. Na gruncie realnym, tak jak o tym pisałam w analizie baśni o Czerwonych Trzewiczkach, chodzi najczęściej o pójście na skróty, chęć łatwego zdobycia tego, za co normalnie trzeba zapłacić o wiele drożej. W baśni o Bezrękiej Dziewczynie ten błąd popełnia Ojciec, archetypowy władca integralności psychiki, który w pozytywnej wersji broni głębszych i delikatniejszych jej warstw przed wewnętrznymi oraz zewnętrznymi drapieżnikami (tak jak ma to miejsce w historii o Manawee). Niestety, Ojciec naszej bohaterki nie dorósł do tej roli. Nie ma rozeznania, jakie powinien już mieć na tym etapie, daje się z łatwością nabrać drapieżcy pojawiającemu się tu tak jak w wielu baśniach w postaci Diabła. Ta bardziej świadoma część naszej psychiki wie, że aby osiągnąć coś ważnego i znaczącego, trzeba się zawsze natrudzić (motyw rąbania drewna), ale ta mniej świadoma, leniwa i idąca na łatwiznę część nas proponuje szybsze i łatwiejsze rozwiązania (motyw diabła). Ojciec w pozytywnej, potrafiącej dokonać rozróżnienia roli, wysłałby Diabła do diabła grin i dalej rąbał drewno, ale tak się nie dzieje. Ten, który powinien nas chronić, daje się skusić. Jeśli porzucimy rąbanie drewna, to psychiczne dłonie zostaną za to odrąbane… bo bez pracy psychicznej psychiczne ręce zanikają. Ale chęć wykorzystania nadarzającej się okazji i porzucenia ciężkiej pracy jest ludzka i tak powszechna, że trudno spotkać żywą osobę, która nie poszłaby na taką ugodę. Jest to wybór tak nagminny, że długo by trzeba wymieniać przykłady kobiet (i mężczyzn), które z ochotą zapłacą utratą rąk za życie wolne od wysiłku, od rąbania drew.

Jeżeli w sklepie zobaczysz coś bardzo ekskluzywnego w bardzo niskiej cenie to a) z radością to kupujesz lub b) od razu nabierasz podejrzeń, że coś tu nie jest w porządku. Ojciec bohaterki wybiera opcję „a”. Co mnie, szczerze powiedziawszy, wcale nie dziwi, bo zbyt wiele takich historii dzieje się nie w baśniach, a w jak najbardziej realnej rzeczywistości. Szczerze powiedziawszy, ogół tych bardziej zaawansowanych wiekowo ludzi z jakimi osobiście mam do czynienia, nie jest ani specjalnie bystry ani rozgarnięty. Zbyt często dorośli są nimi tylko metrykalnie, podczas gdy wewnątrz skrywają niekochane, nieodpowiednio pokierowane dziecko, co często prowadzi do sytuacji, gdzie okaleczone dziecko okalecza potem własne dziecko. I zazwyczaj nawet nie zdaje sobie z tego sprawy, unika przyznania się do winy i odpowiedzialności jak tylko może. W końcu co to za problem mieć dziecko? Przecież dzieci się po prostu ma, no nie? Jak by to było nie mieć dzieci? Przecież nie ma rodziców idealnych (co, owszem, jest faktem, ale zazwyczaj wykorzystuje się to jako wymówkę aby się nie starać). Aby wykonywać zawód trzeba mieć dyplom. Aby prowadzić samochód trzeba mieć prawo jazdy. A żeby mieć dziecko trzeba jedynie osiągnąć dojrzałość płciową. Każdy emocjonalny ślepiec może sprowadzić na świat nowe życie i zazwyczaj właśnie tak robi, wydając je potem na pożarcie drapieżcom. Baśń zaczyna się więc od nieumyślnej, ale bolesnej zdrady, której doświadcza młoda kobieta, wcielenie niewinności. Można powiedzieć, że ojciec, reprezentujący funkcję psychiczną, która ma prowadzić ją po zewnętrznym świecie, w gruncie rzeczy sam niewiele wie o wspólnym funkcjonowaniu świata wewnętrznego i zewnętrznego. Kiedy ojcowska funkcja w psychice ponosi klęskę i nie potrafi zrozumieć spraw duszy, łatwo ulegamy zdradliwym podszeptom. Ojciec nie rozumie podstawowej prawdy rządzącej światem duszy i światem materialnym — to jest tego, że nic nie jest takie, jakie się wydaje na pierwszy rzut oka. Dr E koncentruje się na psychice, ale w świecie realnym nadal zbyt wiele jest rodziców, którzy zawierają pakt z diabłem. Nadal zbyt wiele dzieci wywodzi się z rodzin, gdzie panował problem z nałogiem, przemoc fizyczna, emocjonalna, werbalna i sexualna, zaniedbanie. Dziecko nie jest winne, że zostało boleśnie skrzywdzone, ale to ono będzie ponosić tego konsekwencje.

Nie na darmo dziewczyna znajduje się przy jabłoni, to drzewo młodości, mądrości oraz nieśmiertelności, związane i z Edenem, i Avalonem, i z Hesperydami, i z Idunn, a zerwanie jabłka ze świętego drzewa przynosiło zawsze poważne konsekwencje, ponieważ owoc symbolizuje wiedzę. Trzeba dorosnąć do tego aby być w stanie tę mądrość skonsumować, podobnie jak jabłek nie ma sensu zrywać zbyt wcześnie, bo są jeszcze kwaśne. Drzewo symbolizuje bujność i bogactwo dzikości i wolnej natury kobiecej psychiki; jednak psychika nie zdaje sobie sprawy z ich wartości. Kwitnąca jabłoń oznacza żywy intelekt i duże siły twórcze pracujące wspólnie i stanowiące o bogatym życiu wewnętrznym. Jeżeli ktoś chce kobietę tego pozbawić tak jak ojciec bohaterki mówiący jej matce: Możemy zasadzić nowe drzewo, to oznacza że nie ma pojęcia o wewnętrznym świecie i nie powinien być do niego wpuszczany. A znowu tłumacząc to na język realiów: dziecko jest nieświadome i chłonne, to co usłyszy i podpatrzy od rodziców traktuje jako normę. Jeżeli rodzic mówi mu, że jest do niczego, to jego podświadomość zakoduje właśnie taki wzór myślenia o sobie. Możecie mu potem jako dorosłemu mówić godzinami, że jest mądre, zdolne i inteligentne, ale podświadomość będzie nadal twierdziła, że jest do niczego, bo ona sama w przeciwieństwie do świadomości nie analizuje, ona tylko rejestruje. A jeżeli widzi rodzica pijanego, wrzeszczącego, wyzywającego, żądającego posłuszeństwa, nie okazującego miłości, nie chwalącego, nie szanującego, żądającego określonych zachowań aby dziecko udowodniło że go kocha etc., to Diabeł ma otwartą drogę i pole do działania.

Młodość przedstawia to co nowe, świeże, piękne, nieskażone i spontaniczne, jest zatem łakomym kąskiem dla wszelkiego rodzaju drapieżców, którzy nie mając w sobie ciepła, życzliwości i miłości, żywią się nimi napadając innych. Niekorzystna transakcja z diabłem nie jest charakterystyczna wyłącznie dla psychiki młodych kobiet; może się zdarzyć w każdym wieku u tych, które nie przeszły inicjacji albo utknęły w połowie drogi. Warto przyjrzeć się temu, jakie jest tło wydarzeń: młynarz wpada w biedę, nie ma zboża aby przerobić go na mąkę, z której piecze się chleb. Jeżeli brakuje nam czegoś co daje nam pasję, radość i satysfakcję, jeżeli nie używamy swojej intuicji i umysłu, jeżeli nie wcielamy pomysłów w życie, to popadamy w marazm, otępienie i nudę, a przez to wystawiamy się prosto w ręce drapieżcy. Nie da się przeżyć życia służąc wszystkim dookoła tylko nie sobie. Przypomina mi się rozkład kart bogiń, który robiłam dla znajomej, na pozycji tego jak działa świadomość pokazała mi się Kuan Yin, bogini współczucia, miłosierdzia i opieki podczas gdy na pozycji podświadomości pojawiła się Baba Jaga. Dziewczyna pokazywała dookoła uśmiechniętą twarz, wyrozumiałe spojrzenie i słodki uśmiech, ale wewnątrz miotała się i aż zgrzytała zębami ze złości i frustracji, bo nie otrzymywała tego samego od otoczenia. Tak już jakoś jest, że im bardziej chcemy pomagać i spełniać marzenia innych, tym bardziej otoczenie zakłada, że my same nie potrzebujemy pomocy i spełniania własnych marzeń. Prześladowca w naszej psychice będzie oferował nam akceptację otoczenia jako złoto w zamian za porzucenie instynktu, który każe stawiać granice. Nasz pakt z diabłem może jak najbardziej polegać na tym, że nikomu nie odmawiamy aby być przez wszystkich kochaną. To ważne i konieczne dawać z siebie to co najlepsze innym, ale nie masz obowiązku być matką Teresą z Kalkuty. Kiedy kobieta traci instynkt podpowiadający, kiedy należy powiedzieć „tak”, a kiedy „nie”, gdy wyrzeka się intuicji, głosu przeczucia, wnikliwości, spostrzegawczości i innych cech danych przez naturę, wówczas znajduje się w typowej sytuacji, kiedy po obiecanym złocie zostaje tylko żal. Niektóre kobiety poświęcają swą sztukę dla grotesko­wych małżeństw dla pieniędzy; inne porzucają największe życiowe marzenia, żeby zostać „przykładną” żoną, córką, dziewczyną, albo rezygnują z prawdziwego powołania, żeby wieść życie, które — jak mają nadzieję — będzie bardziej akceptowane przez otoczenie, da większe spełnienie i, co najważniejsze, będzie bezpieczniejsze (…)Mnóstwo kobiet, na przykład, wychodzi za mąż z niskich pobudek i w ten sposób kończy swoje twórcze życie. Mają jakieś preferencje seksualne, ale zmuszają się do innych. Pragną żyć, być w ruchu, dokonywać wielkich rzeczy, ale siedzą w domu i liczą spinacze. Chcą, by ich życie było autentyczne, ale zachowują tylko jego małe strzępki. Są odrębnymi osobami, ale oddają ręce, nogi, oczy pierwszemu lepszemu kochankowi. Promieniują energią twórczą, ale zapraszają do jej źródeł przyjaciół, którzy wysysają ją jak wampiry. Chcą dalej żyć tak, jak żyły, ale coś w nich mówi: „Nie, w klatce jest bezpieczniej”. To właśnie diabelskie podszepty: „Jeśli oddasz mi to, czego chcę, to dostaniesz coś za to”. To układ zawarty w niewiedzy. Ale właśnie wtedy może nastąpić bolesne przebudzenie.

Córka młynarza jest jak Wasylisa, próbuje zaskarbić sobie miłość wypełniając obowiązki domowe, ale tak jak ona nie może zostawać dłużej w domu, skoro przerasta otoczenie. Trzeba wyruszyć na wyprawę inicjacyjną. Matka bohaterki zauważyła już jaki straszny błąd popełnił Ojciec oddając potencjał dziewczyny za bezcen i podnosi alarm. Ten szczodry nieznajomy nie jest przyjacielem, trzeba mu się przeciwstawić, bo inaczej wyciągnie z nas całe soki życiowe i porzuci szukając kolejnej ofiary.

FAZA II – ROZCZŁONKOWANIE

Kiedy diabeł przychodzi po swą ofiarę ta nie jest już dawnym słodkim, niewinnym dziewczęciem. Bierze kąpiel, zakłada białą szatę i białą kredą rysuje dookoła siebie krąg ochronny. Nie trzeba być wielkim ezoterykiem, żeby zauważyć że to rytuały ochronne przed negatywnym, zachłannym bytem. Mechanizmy obronne działają i drapieżnik nie jest w stanie ot tak, po prostu wziąć tego co, jak mu się wydaje, po prostu do niego należy. Dziewczyna reaguje spokojnie na kolejne wściekłe ataki, podczas gdy jej rodzice płaczą i bezradnie załamują ręce. Postaci matki i ojca można oczywiście rozpatrywać na poziomie psychologicznym jako wewnętrzne konstrukty rodzicielskie, ale i na polu jak najbardziej realnym całkiem często zdarza się sytuacja, gdzie dziecko jest dojrzalsze i wewnętrznie mądrzejsze od rodziców. Bo przecież nie ma rodziców idealnych

Z kolei łzy dziewczyny wypływają z jej głębi, mają charakter oczyszczający tak jak żywioł wody i trzymają od niej z daleka drapieżcę. Diabeł próbuje się zbliżyć do córki młynarza, ale nie może, bo ta wykąpała się i płakała. Przyznaje, że ta „święcona woda” osłabia jego moc, i żąda, żeby dziewczyna przestała się kąpać. To jednak jej nie upokarza, ale odnosi przeciwny skutek. Zaczyna przypominać dzikie zwierzę obdarzone mocami pierwotnej, dzikiej przyrody, które także ją chronią. Na tym etapie może się zdarzyć, że kobieta mniej dba o swój wygląd zewnętrzny. Może chodzić ubrana w byle co, niestarannie ucze­sana. Kiedy kontempluje swoje obecne psychiczne położenie, jej dawniejsze zainteresowania odsuwają się na dalszy plan. — Dobrze — mówi diabeł — jeśli zedrę z ciebie tę cywilizowaną powłokę, to może wówczas na zawsze skradnę z ciebie życie. — Prześladowca pragnie ją poniżyć, upodlić, osłabić swoimi zakazami. Sądzi, że jeśli dziewczyna będzie brudna i niechlujna, to łatwiej pozbawi ją duszy. Ale staje się odwrotnie, bo kobieta brudna od sadzy i błota jest istotą szczególnie ukochaną i chronioną przez Dziką Kobietę. Demon zdaje się nie rozumieć, że jego nakazy tylko zbliżają kobietę do jej potężnej dzikiej natury.

A do tej nie ma dostępu. Wściekły nakazuje Ojcu odciąć jej ręce kończąc dotychczasowe życie w dawnej formie. Znamy ten motyw z mitu o Sednie, ale tu dodatkowo po raz pierwszy pojawia się symbol srebra: Od starych chorwackich „bajarek” usłyszałam, że w dawnych obrzędach stosowano małe rytualne siekierki do odcina­nia pępowiny noworodków — obrzęd ten miał wyzwalać dziecko od władzy zaświatów, aby mogło żyć w tym świecie. Odcięcie rąk w baśni skazuje na bezradność, bo ręce są symbolem działania. Większość rzeczy, jakie robisz w ciągu dnia wykonujesz właśnie dzięki pracy rąk. Wystarczy, że skaleczysz się czy w inny sposób unieruchomisz kciuk i już mnóstwo rzeczy staje się trudne albo wręcz niemożliwe do wykonania. Co więcej, ręce i dotyk to nasze źródło informacji, dotykamy powierzchni i wiemy czy jest gładka, czy chropowata, chłodna czy gorąca. To także szereg gestów, za pomocą których komunikujemy się z innymi: potrząśnięcie ręki na przywitanie, machanie na pożegnanie, poklepanie po ramieniu, publiczne wzięcie za rękę ukochanej osoby, przybicie „piątki” etc. Jednak odcinając dłonie ojciec jednocześnie uwalnia dziewczynę, bo od tej chwili nie należy już do jego rodziny, plemienia, tradycji i wszystkiego co rości sobie do niej prawa. To tak jak Kali trzymająca w dłoni odciętą głowę, symbol ego, które zostaje zwyciężone i wznosząca do góry miecz, jakim to zrobiła. To co w nas nieustannie gada, jęczy, narzeka, chce wszystkiego zaraz, natychmiast, co namawia do ulegania, porównywania się z innymi i nie szukania głębiej, powinno zostać odcięte. Aby jabłoń kwitła trzeba usunąć zeschłe gałęzie.

FAZA III – TUŁACZKA

Dziewczyna po takich przeżyciach nie może pozostawać dłużej w starym miejscu, bo niczego więcej już się nie dowie ani nie rozwinie w sobie zdolności, które pomogłyby jej odzyskać dłonie. Nie mogą jej zatrzymać rodzice tkwiący w starych schematach, wprawdzie oferują jej opiekę, ale nie jest ona warta tego by zrezygnować dla niej z prób odzyskania własnych rąk. Matka i ojciec — zbiorowe egoistyczne aspekty psychiki — nie mają już swojej dawnej władzy nad nami. Zostali ukarani krwią przelaną na skutek ich beztroskiej ignorancji. I choć teraz chcą zapewnić córce wygodę i dostatek, nie mogą już pokierować jej życiem, bo przeznaczenie każe jej rozpocząć życie tułacze. W pewnym sensie matka i ojciec umierają. Nowymi rodzicami zostają droga i wiatr.

To etap, gdzie na płaszczyźnie fizycznej kobieta wycofuje się z życia, czy to wewnętrznie czy wręcz zewnętrznie. Nie ma ochoty wychodzić z przyjaciółkami na zakupy albo ploty przy kawie. Mechanicznie wykonuje czynności w pracy. Rozstaje się z wieloletnim chłopakiem. Wyłącza telefon, TV i radio. Kiedy otoczenie niepokoi się o nią, po prostu wzrusza ramionami. Nie chce się jej tłumaczyć. Jak wytłumaczyć komuś, że widzi się o wiele więcej niż on? Jak powiedzieć komuś, że wyrosło się dwie głowy ponad niego? Jakby zostało to przyjęte przez osobę o przeciętnej kondycji umysłowo – emocjonalnej? Więc milczy się i przygląda z dystansem na szefa wylewającego swoją złość na Bogu ducha winnych pracowników, koleżanki chwalące się dziećmi czy rodzinę gadającą przy grillu o tym, co z głębszego punktu widzenia jest zupełnie zbędne. Oni są w jej krajobrazie, ale nie na jej drodze. Mija ich, ale nie zatrzymuje na nich uwagi większej niż potrzebna do codziennych czynności. Jest osłabiona brakiem rąk, ale wewnątrz zdeterminowana i nieugięta. Nie da się odrąbać jej duszy. Wyruszamy więc w głąb, do innego świata, pod inne niebo, by poczuć nieznany grunt pod stopami. Ale w tej podróży jesteśmy bezradne, bo pozbawiono nas rąk, nie mamy czym chwytać, podeprzeć się, trzymać, wyczuwać drogi przed sobą (…)Bohaterka nie ma wstępu do szczęśliwych rodzin z mijanych wiosek, wędruje w chłodzie, z dala od ciepłych izb. Takie jest teraz jej życie. Jest to żywa metafora kobiety w podróży. Staje się jakby nieczuła, niewrażliwa na życie toczące się wokół niej. Zgiełk świata do niej nie dociera, kupcy i kramarze, cały olśniewający cyrk zewnętrznego świata chwieje się i wali w proch, kiedy schodzi coraz głębiej do świata podziemi. Następuje to, o czym wspominałam już w Czasie Powrotu Słońca: wizyta w krainie ciemności, do której zstąpienie jest czymś naturalnym i potrzebnym.

Taka wędrówka bez odpoczynku i wsparcia wyczerpuje. Dziewczyna znowu jest zaniedbana, brudna i głodna gdy dociera do tajemniczego sadu. Pomaga jej osuszający fosę duch w bieli, istota ze świata niematerialnego, która prowadzi ją tam gdzie może się posilić odpowiednim dla niej pokarmem. Postać przewodnika czy łącznika między światami pojawia się w historiach starożytnych (Hermes, Charon) i średniowiecznych (Beatrycze czy Wergiliusz u Dantego), to on bezpiecznie wprowadza w sfery niedostępne i niebezpieczne dla zwykłych zjadaczy chleba. Sad, do którego prowadzi ją tajemniczy przewodnik, nie jest zwykłym sadem. To sad królewski, a owoce w nim rosnące mają magiczną moc. Do tego miejsca nie można trafić ot tak, po prostu, jest pilnie strzeżone. Dziewczynie udaje się wejść do niego, bo jest przez to miejsce rozpoznana jako swoja istota, która ma prawo tam przebywać. Grusza sama nachyla się do niej i pozwala jeść owoce, symbol żywotności, rozkwitu i płodności (w miąższu jest ukryta pestka, zarodek następnego drzewa, tak jak w kobiecie już w chwili narodzenia znajdują się jajeczka, z których może potem powstać nowe życie). Baśń wskrzesza pamięć o bardzo starej obietnicy, że podczas wędrówki przez podziemną krainę nie zabraknie pożywienia, mimo że panuje mrok, mimo że czujemy się tam zagubione. Pośród niewiedzy, ciemności, nieomal ślepoty, jest przy nas Coś, jakaś nieokreślona obecność dotrzymująca nam kroku. Czy idziemy w prawo czy w lewo, towarzyszy nam, wspiera, toruje drogę.

FAZA IV – MIŁOŚĆ W PODZIEMNYM ŚWIECIE

W sadzie dziewczyna spotyka Ogrodnika, Maga i Króla, wszyscy trzej symbolizują dojrzałe aspekty męskości.

Ogrodnik jest tym, który sprawuje kontrolę nad cyklami twórczymi  psychiki, rozumie je i podąża za nimi, pomagając rozkwitać. To on zasiewa ziarno, nawozi, przycina zeschłe pędy, zbiera plony i przygotowuje do odpoczynku.

Król jest tym, który sprawuje kontrolę nad siłą i wytrwałością, ma umiejętność wcielania w życie tego, co podpowiada mądrość. Nie waha się, działa przemyślanie i stanowczo, chociaż nie przeszedł jeszcze takiej próby jak Bezręka Dziewczyna. To solidny i wytrwały partner, który pójdzie za nią dosłownie na koniec świata.

Mag jest tym, który sprawuje kontrolę nad zdolnością głębokiego wglądu, intuicji i jasnowidzenia. To on wyprowadza tę instynktowną sferę na zewnątrz, pomaga się komunikować i porozumiewać.

Wszyscy trzej są przyjaźnie nastawieni do dziewczyny, nie przerażają ich ani kikuty jej rąk, ani zaniedbana postać, na której odcisnęły się zmęczenie i trudy tułaczki. To mądra, dojrzała strona męskości, która widzi więcej, nie zniechęca się i potrafi stale regenerować. Król zobowiązuje się wziąć dziewczynę pod opiekę, żeni się z nią i wprowadza do domu swojej matki. Stara Królowa stanowi archetyp staruchy, źródła wyższej mądrości, jaki w czasach starożytnych reprezentowały boginie takie jak ochraniająca podróżników i władająca magią Hekate czy pomagająca w narodzinach Ixchel. Wśród bohaterów można symbolicznie wyodrębnić męską triadę (Ogrodnik – Mag – Król) odpowiadającą żeńskiej, składającej się z dziewczyny, matki i staruchy*. Ich wspólne zamieszkiwanie w jednej krainie mówi o zjednoczonej, dobrze działającej psychice. Tak więc w podziemnym ogrodzie czeka zgromadzenie potężnych męskich i żeńskich elementów psychiki. Tworzą one coniunctio. Jest to termin alchemiczny oznaczający wyższy, przeobrażający związek substancji o przeciwnych właściwościach. Kiedy te przeciwieństwa się zespalają, następuje aktywacja pewnych wewnątrzpsychicznych procesów. Spotkanie to działa jak krzemień uderzony o skalę, żeby skrzesać ogień. Coniunctio i nacisk przeciwstawnych elementów zamieszkujących tę samą przestrzeń psychiczną powodują powstanie duchowej energii, intuicji i wiedzy.

Coniunctio, figura geomantyczna służąca do najstarszych wróżb

To że gruszki, symbol nowego życia są strzeżone i policzone, oznacza, że po pierwsze: nie każdy ma wstęp do tej krainy, a po drugie, król sprawdza, czy nie pojawił się w niej ktoś nowy, kto przechodzi transformację. Jako syn starej Królowej władającej mądrością jest połączony z dziką naturą, sprawuje opiekę nad dziewczyną, która przebyła długą drogę, aby zawitać do krainy, gdzie się jej oczekuje i gdzie jest już dla niej przygotowane miejsce. Ciekawe, że jego sadu strzeże kolista fosa, tak jak krąg, który dziewczyna wyrysowała dookoła siebie dla ochrony przed Diabłem. Przekroczenie jej jest jak przekroczenie Rubikonu, zostawieniem dawnego życia czy świadomości i wejściem w nowe; dr E porównuje ją do podziemnych rzek w Hadesie czyli Styxu i Lete. Pytana przez Maga, dziewczyna odpowiada, że istnieje w krainie umarłych choć nadal żyje i mimo że znajduje się w świecie to już do niego nie należy. Kiedy kobiety (albo mężczyźni) znajdują się w stanie „podwójnego obywatelstwa”, czasami sądzą błędnie, że złotym środkiem będzie odsunąć się od świata, zostawić ziemskie sprawy, męczące obowiązki, wszystkie uciążliwości, które nie tylko wciąż wzywają, ale i bezbrzeżnie irytują. Nie jest to najlepsza z dróg, ponieważ zewnętrzny świat w takich chwilach jest jedyną liną ratunkową przywiązaną do nogi osoby, która błąka się zagubiona w swej podziemnej pracy. Jest to czas nadzwyczaj ważny — czas, kiedy ziemski świat ma odegrać swą właściwą rolę w równoważeniu ciśnienia „z innego świata” (…) Kobiety w tym stanie często czują niezwykłe podniecenie, podobne do olśnienia na widok wymarzonego mężczyzny. To niesamowity czas, pełen paradoksów, bo jesteśmy nad ziemią, a zarazem pod ziemią. Tułamy się samotnie, a jednak jesteśmy kochane. Jesteśmy ubogie, ale mamy co jeść. Jung określa ten stan jako „napięcie przeciwieństw”, w którym przeciwne bieguny psychiki konstelują jednocześnie, tworząc nową płaszczyznę.

Król żeni się z bezręką włóczęgą, podobne małżeństwa między skrajnie różnymi postaciami zdarzają się w baśniach często: królewicz i Kopciuszek, Piękna i Bestia, rybak i dziewczyna – foka, Iwan Carewicz i zaklęta w żabę Wasylisa Mądra. Podobnie jak w życiu małżeństwa te są trudne i wymagają pokonywania przeszkód, a trwają albo na wieki, albo dopóki obie strony nie nauczą się czegoś istotnego.

Dziewczyna otrzymuje srebrne protezy, dzięki którym odzyskuje w pewnym stopniu sprawność i może swobodniej działać. Ten motyw również jest znany od starożytnych czasów, najpopularniejszą postacią, która została okaleczona i używała protez jest Hefajstos (łac. Wulkan), bóg kowali i rzemieślników. Zrzucony przez Zeusa z Olimpu kuleje, ale nie poddaje się smutkowi i bezradności. Wykuwa sobie najpierw kule ze złota, a potem dwa posągi w kształcie dziewcząt służebnych będących w stanie samodzielnie się poruszać i podpierających go przy chodzeniu. Hefajstos i dziewczyna ze srebrnymi dłońmi są archetypowym rodzeństwem — oboje mają rodziców, którzy nie rozumieją ich wartości. Takie przykłady znajdziemy nie tylko w starożytności, ilu bogów germańskich jest okaleczonych, a mimo tego całkiem sprawnie funkcjonuje! Chociażby najważniejszy, ojciec bogów, Odyn, który sam wyłupia sobie oko po to by poznać runy, magiczne znaki, czy też Tyr, pozwalający wilkowi Fenrisowi odgryźć dłoń by ratować innych. Tracą część ciała, ale oddają ją bez lęku, bo dzięki temu zyskują coś innego. Na punkcie psychologicznym nie od dziś wiadomo, że tragiczne wydarzenia czy traumatyczne przeżycia pozwalają (choć nie gwarantują) osobie spojrzeć głębiej i rozumieć więcej w kontaktach międzyludzkich. Dzięki temu, że sama przeszła labirynt, pomaga przejść przez niego innym. Nie jest przypadkiem, że ludziom jednookim, kalekim, chromym czy w jakiś inny sposób ułomnym przypisywano od wieków nadprzyrodzoną wiedzę i zdolności. Ich kalectwo lub odmienność wcześnie pozwala im rozbudzić te obszary psychiki, które normalnie są zarezerwowane dla ludzi sędziwych.

Mogę potwierdzić wszystko to co mówi dr E do tego momentu. Moje dłonie nie zostały odcięte nagle, raczej były precyzyjnie odcinane skalpelem przez wiele lat, nerw po nerwie, mięsień po mięśniu, żyła po żyle, tętnica po tętnicy, aż w końcu nie zostały nawet kości. Wykrwawiałam się psychicznie, cierpiałam w milczeniu i płakałam wewnątrz. Byłam zaszczuta i bezradna do tego stopnia, że panicznie bałam się wychodzić z pokoju. Cała ta psychiczna katorga trwała latami, stanowczo zbyt długo, ale w pewnym momencie zaczęłam uczyć się jak sobie radzić, dostrzegać mechanizmy, odnajdywać materiały, ostrożnie je badać, potem przerabiać aż w końcu założyłam swoje własne srebrne protezy. W wielu dziedzinach życia nagle przestałam być bezradna. Chorobliwa nieśmiałość, jąkanie się i paniczna obawa przed wystąpieniami publicznymi ustąpiły niemal całkowicie do tego stopnia, że bez problemów pracuję teraz z ludźmi (prowadzę  ćwiczenia ze studentami). Obawa przed wyśmianiem, uparte dążenie do udowodnienia własnej racji i kłótliwość przeszły dzięki dobrej lekturze (znowu polecam tu m.in. blog Świat Ducha), samoobserwacji oraz obniżeniu roli ego w działaniu. Naturalnie bystry intelekt, łatwość nauki i dobra pamięć pogłębiły się jeszcze kiedy zaczęłam poważnie interesować się psychologią, duchowością i filozofią. Niechęć do ciała i samoocena dorównująca ujemnością Rowowi Mariańskiemu przestały być problemem, kiedy zmieniłam image i nagle okazało się, że moimi atutami są uroda, urok oraz wyjątkowo młody wygląd. Udało się. Stworzyłam siebie od nowa. Jednak dzięki temu wszystkiemu wiem również, że o ile w pewnych dziedzinach życia potrafiłam się odnaleźć, to niektóre pozostają (i chyba raczej pozostaną) dla mnie zamknięte.

Srebrne ręce pomagają manewrować w codziennym życiu, ale to nadal protezy. Można dzięki nim radzić sobie w pracy, w codziennych kontaktach z ludźmi i w tych bardziej powierzchownych relacjach. Natomiast w kontaktach wymagających zaufania i miłości nie wystarczają. Tutaj potrzeba prawdziwych, żywych kończyn, jakie odrastają dzięki zaufaniu oraz sprzyjającemu środowisku. Przyznaję, że dobrze mi z moimi srebrnymi rękami. Na co dzień wystarczają w zupełności, a po takiej ilości rozczarowań emocjonalnych, jakie przeżywałam praktycznie od dzieciństwa czuję się wypalona uczuciowo. Na poziomie praktycznym nie ma problemu: mogę pracować, mam zainteresowania, chętnie pomagam jeżeli tylko mogę, ale myśl o głębszych niż przyjaźń relacjach wywołuje w moim wnętrzu od razu stanowczy sprzeciw, bo w podświadomości mam głęboko zakodowane, że przynoszą one ból i rozczarowanie. Tak jak ktoś kiedyś określił miłość jako włożenie w dłoń ukochanej osoby sztyletu z nadzieją, że nas nim nie ugodzi w serce. Skoro tyle razy zostałam ugodzona to po co ryzykować po raz kolejny? Bo aby dłonie mogły odrosnąć trzeba odłożyć srebrne protezy do skrzyni i wystawić się ponownie na ryzyko bezradności, a do tego nie potrafię dopuścić. Nie twierdzę, że to dobrze i nie zachęcam nikogo aby brać ze mnie przykład. Twierdzę tylko, że to jest właśnie faza w której się znajduję i czuję się bezpiecznie w moim podziemnym sadzie. Może kiedyś wyruszę w dalszą drogę, nie wiem, niczego nie da się przewidzieć. Jednak nawet gdybym miała tu pozostać, to jestem przekonana, że srebrnymi protezami także można zdziałać wiele dobrego. Teraz, kiedy bezręka dziewczyna zbliża się do końca swej czwartej pracy, mogłybyśmy powiedzieć, że jej zadania w podziemnym świecie zostały wypełnione, ponieważ uczyniono ją królową życia i śmierci. Jest księżycową istotą, która wie, co dzieje się w nocy, nawet samo słońce musi przejść przez jej mroki, by o świcie wyłonić się spod ziemi. Ale to jeszcze nie lysis (ostateczne rozwiązanie). Jesteśmy dopiero w połowie transformacji, w miejscu dostąpienia miłości, lecz przed nami wciąż powolny skok w kolejną otchłań. Idźmy więc dalej.

plate1

FAZA PIATA – UDRĘKA DUSZY

Zaślubiny się dokonują i przez chwilę Król, Młoda Królowa oraz Królowa – Matka żyją ze sobą razem tak jak powinny ze sobą współistnieć zintegrowane elementy psychiki. Jednak wkrótce Król wyrusza na wyprawę i pozostawia ciężarną żonę pod opieką matki. Co ciekawe, motyw odejścia bohatera niedługo po rozpoczęciu związku pojawia się w wielu opowieściach (jak chociażby w Sinobrodym), ponadto od czasu do czasu animus ma prawo zmęczyć się i stracić czujność tak jak była o tym mowa w Trzech Złotych Włosach. Młoda Królowa spodziewa się dziecka, a zatem żegna stare życie i rozpoczyna nowe. Dla wielu osób ten symboliczny motyw przejawia się w jak najbardziej realnym życiu, gdy nagle zaczynają interesować się czymś zupełnie nowym, odkrywają dotychczas zaniedbywane aspekty życia, podejmują ważne decyzje, ale również gdy porzucają długotrwałe związki, zapisują się na dawno odkładane studia czy ruszają w podróż, o jakiej zawsze marzyli. Często te pragnienia były tak głęboko spychane do podświadomości, że wytryskują z impetem gejzera i trudno je pohamować. Tego, za czym głęboko tęsknimy, nie zaspokoi żaden partner, praca, pieniądze, nowy kosztowny przedmiot. Tęsknimy wszak za innym światem, za światem, dzięki któremu żyjemy jako kobiety. A dziecko-Jaźń, którego oczekujemy, rodzi się właśnie za sprawą oczekiwania. Podczas gdy żyjemy i pracujemy nad sobą w podziemnym świecie, dziecko rozwija się w naszym łonie i wkrótce przyjdzie na świat. W tym czasie sny kobiet przeważnie zapowiadają narodziny; kobiety w dosłownym sensie śnią o nowym dziecku, nowym domu, nowym życiu.

Kiedy następuje szczęśliwe rozwiązanie, Królowa – Matka wysyła posłańca do Króla, jednak znowu szyki miesza Diabeł, podmieniając wiadomości. Podobnie jest w życiu, nawet jeżeli nasza psychika staje się dobrze uformowana i zintegrowana, przy braku męskiego elementu sprawczego i obronnego, może zapaść w sen i nie dostrzec zagrożenia. Biegnący posłaniec, który ma umożliwić komunikację między dwoma głównymi komponentami nowej psychiki, nie potrafi jeszcze przeciwstawić się destrukcyjnej kuszącej sile w psychice (…) Ten błąd popełniają wszystkie kobiety, nie raz w życiu, ale wielo­krotnie. Zapominamy o istnieniu diabła. Triumfalna nowina: „Królowa urodziła śliczne dziecię” zostaje podle wypaczona: „Królowa urodziła półpsa”. Istnieje podobna wersja baśni, gdzie zmieniona wiadomość brzmi jeszcze bardziej dosadnie: „Królowa urodziła półpsa, ponieważ miała stosunek z dziką bestią w lesie**”. Skąd się wziął ten pies? Oczywiście z Podziemia. Już wspominałam o powiązania tego zwierzęcia z Hekate, boginią podróżnych, rozstai, czarów i ukrytego świata. Jej kult podobnie jak Kory Persefony sięga bardzo odległych czasów, kiedy bóstwa były często przedstawiane jako pół – ludzie, pół – zwierzęta (w mitologii helleńskiej przede wszystkim satyrowie, trytony, centaury etc, nie wspominając nawet o całym panteonie starożytnego Egiptu). Diabeł wie, że jego była ofiara jest teraz związana ze światem podziemnym i przez niego chroniona. Nie potrafi znieść, że nie oddała mu się jako dziewczyna, a teraz jako Młoda Królowa znalazła schronienie, do którego on nie ma dostępu i otoczona jest osobami, które nie słuchają jego rozkazów. Diabeł nie znosi sprzeciwu i nie przestanie nękać skoro pragnie zemsty, więc wykoślawia faktyczny stan rzeczy wysyłając fałszywą wiadomość. Na pewno wszyscy się z tym spotkaliśmy. Możemy mieć jak najlepsze intencje, możemy być pełni dobrych chęci, ale zawsze znajdzie się dookoła nas Diabeł w umysłach, świadomości czy słowach innych osób. Możesz przyjść do pracy w ubraniu, które uważasz po prostu za w miarę eleganckie, ale jakaś współpracownica i tak syknie do ucha innej, że się wystroiłaś. Tak już jest. Od wpływów Diabła nie uciekniemy, będzie się czaił w naszym otoczeniu. O ile mamy szczęście to niektórzy będą nas kochać za to kim jesteśmy, ale znacznie częściej będą nas kochać za to co możemy dla nic zrobić, niektórzy będą nas lubić bez żadnych głębszych uczuć, a niektórzy nigdy nas nie polubią ani nie zaakceptują. Tak już jest. Choćby się było najsłodszym, najbardziej dojrzałym i soczystym jabłkiem to zawsze znajdzie się ktoś komu jabłka nie smakują albo ma na nie alergie. Kobieta, przechodząc proces nauki w podziemnym świecie, staje przed psychicznym faktem, że kiedy rodzi się coś pięknego, jednocześnie rodzi się zło, zazdrość, brak zrozumienia, pogarda, nawet jeśli tylko chwilowo. Nieustępliwi przeciwni­cy obrzucają nowe dziecko kalumniami, potępiają, znieważają. Naro­dziny nowości powodują, że kompleksy negatywnego ojca i negatyw­nej matki oraz inne nieprzychylne istoty wyłaniają się z psychicznych otchłani i w najlepszym razie ostro krytykują nastały porządek, a w naj­gorszym — próbują pozbawić kobietę i jej nowe potomstwo idei, życia i marzeń. I znowu można odnieść się tu do mitologii. O ojcach Sedny i Kobiety – Szkieletu z legend inuickich była już mowa, ale motyw okrutnego ojca pojawia się także w opowieściach helleńskich, czy jest to Uranos zamykający synów w Tartarze, czy Kronos – Saturn pożerający dzieci czy Zeus zrzucający je z Olimpu – to wszystko personifikacje elementu, który nie ma świadomości, ale niestety, ma władzę. Na tej samej zasadzie działa wg Junga komplex – to zespół uczuć i myśli zakodowanych w podświadomości i pomniejszających naszą wartość, które dyktują nam jak się zachowywać. Ego nie ma bladego pojęcia o ich istnieniu, jest przekonane, że wyłącznie ono nami kieruje, potrafi nawet racjonalnie wytłumaczyć dlaczego działa tak a nie inaczej, gdy tymczasem w rzeczywistości wodze powozu trzyma z tylniego siedzenia mały, wredny komplex. Jedynym lekiem na niego jest świadomość. Nie ma innego wyjścia jak samoobserwacja i uważność. Przywołując słynny cytat Carla Gustava: Dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono kierowało Twoim życiem, a Ty będziesz nazywał to przeznaczeniem.

Diabeł jest jeszcze bardziej perfidny niż Sinobrody, jako że nie ogarnia go żądza natychmiastowego zabijania. Jego działanie jest przebieglejsze, bo wykrzywiające rzeczywistość tak jak rozbite lustro w Królowej Śniegu. Wydaje się nam że mamy wolną wolę, a tak naprawdę wewnątrz cali jesteśmy skrępowani. Istnieje wiele aspektów kultury i zbiorowych myślokształtów odcinających nas od naszej własnej natury, to przede wszystkim, te które narzucają nadmierne i ścisłe standardy takie jak „to sprawia, że jesteś kobietą”, „to sprawia że jesteś mężczyzną”, „to sprawia, że jesteś Polakiem, etc. Diabeł w kul­turze i wewnątrzpsychiczny prześladowca, tnąc, ćwiartując, zamazując, podcinając korzenie, zasklepiając otwory, sprawia, że całe pokolenia kobiet przejęte strachem błąkają się, nie mając pojęcia, co się z nimi dzieje, nie zdając sobie sprawy z utraty własnej dzikości, która mogłaby przed nimi odsłonić całą prawdę. Demon żąda od Królowej – Matki by zachowała język oraz oczy dziewczyny; najpierw odebrał jej dłonie by nie działała, teraz pragnie jeszcze więcej, chce by nie patrzyła i nie wyrażała się, bo w ten sposób stanie się mu uległa i będzie postępowała według jego zasad.

Diabeł postępuje wyjątkowo przebiegle: skoro nie ma wstępu do podziemnej krainy i nie może sam zabić Młodej Królowej to chce to zrobić rękami osób z jej otoczenia. Jednak bardzo się przeliczy. Król choć zaskoczony reaguje mądrze, ma czułość dla żony i zrozumienie dla sytuacji, jest ostrożny i nie daje się ponieść namiętnościom. Królowa – Matka, personifikacja głębokiej, starej mądrości, zna go dobrze, więc nie daje się nabrać na diabelskie sztuczki, przeczuwa, że coś jest nie tak. Nie „kupuje” tego co Diabeł próbuje jej wmówić, nie daje sobą manipulować. Obydwoje okazują się sprzymierzeńcami Młodej Królowej, pozostają wobec niej lojalni mimo diabelskich intryg. Królowa – Matka zdaje sobie sprawę, że dziewczyna powinna przejść kolejny etap inicjacji i udać się w kolejne miejsce, więc wysyła ją w kolejną podróż, narzucając na twarz zasłonę aby nie została wytropiona i rozpoznana przez Diabła. To jest dla niej czas dojrzewania, nic tak by jej nie przeszkadzało jak głos demona czy byłyby to wściekłe krzyki, czy trujący szept***. Jednak psychika nigdy nie pozostaje w miejscu, więc i Młoda Królowa musi udać się w kolejną wyprawę.

FAZA SZÓSTA – W DZIEDZINIE DZIKIEJ KOBIETY

Trafia do najgłębszej i najdzikszej puszczy, gdzie nie ma wydeptanych żadnych ścieżek i błądzi aż znowu natknie się na białego ducha, który doprowadza ją do gospody. Tam wychowuje się jej dziecko, a jej samej odrastają dłonie. Tak jak sad również i las przedstawia miejsce, do którego dziewczyna, jako personifikacja jabłoni, należy w sposób naturalny. Gospodyni na powitanie oznajmia jej, że dobrze ją zna, podobnymi słowy Baba Jaga przemawia do Wasylisy. Dr E tłumaczy, że dziewczyna nieprzypadkowo spędza tu siedem lat, jest to cykl życiowy kobiety. Metafory, które proponuję, nie są wyczerpujące. Ale na ich podstawie, z tego, co wiemy i przeczuwamy na temat pradawnej wiedzy, może­my zbudować nowe spojrzenie na świat, z jednej strony boskie i ducho­we, z drugiej pożyteczne tu i teraz. Opieram te metafory na empirycznym doświadczeniu i obserwacji, psychologii rozwojowej oraz zjawiskach obecnych w mitach stworzenia, w których znajdujemy najstarsze ślady psychologii człowieka. Fazy te nie są nierozerwalnie związane z wiekiem mierzonym w latach, bo przecież niektóre kobiety w wieku lat osiemdziesięciu wciąż pod względem rozwoju duchowego są młodymi dziewczętami, są czterdziestolatki, które weszły w psychiczny świat istot mgielnych, a dziew­czyny dwudziestoletnie nierzadko mają już tyle blizn po bitwach ile sędziwe staruszki. Przedziały wiekowe nie stanowią układu hierarchicznego, ale po prostu korespondują ze stopniem świadomości kobiety i rozwojem jej życia wewnętrznego. Koniec każdej fazy reprezentuje zmianę postaw, zadań i wartości.

0-7          wiek ciała i marzeń; socjalizacja bez utraty wyobraźni

7-14        wiek rozdzielenia i splatania się rozumu i wyobraźni

14-21        wiek nowego ciała; wiek dziewczęcy; pączkująca, jeszcze skrywana zmysłowość

21-28        wiek nowego świata; nowe życie; poznawanie różnych świa­tów

28-35        wiek macierzyństwa; nauka matkowania sobie i innym

35-42        wiek poszukiwań; matkowanie własnej tożsamości; poszuki­wanie tożsamości

42-49        początek starczej mądrości; odnalezienie swej dalekiej sie­dziby; dodawanie otuchy innym

49-56        wiek podziemnego świata; poznawanie znaczenia słów i ob­rzędów

56-63        wiek wyboru; wybór swojego świata i pracy, jaka została jeszcze do zrobienia

63-70        wiek strażniczki; przewodniczki; przetworzenie całej zdoby­tej wiedzy

70-77        wiek odmłodzenia; pogłębianie wiedzy staruchy

77-84        wiek istoty mgielnej; znajdowanie wielkich rzeczy w małych

84-91        wiek snucia szkarłatnej nici; zrozumienie splotów życia

91-98        wiek eteryczności; mniej słów, więcej istnienia

98-105      wiek pneumy — oddechu, ducha, tchnienia życia, powiewu

105+         wiek nieskończoności

 

Wspomniałam już kiedyś o wieku duszy, mam wrażenie, że podobnie jest tutaj: na początku uczymy się rzeczy podstawowych: jeść, chodzić, wyrażać się etc., potem stopniowo kształcimy się, działamy, pracujemy, przynosimy na świat nowe życie, uczymy je rzeczy podstawowych…Przez pierwszą część życia, podczas tych „ciężkich” cykli, koncentrujemy się na materii oraz ciele, potem te mocne, grube warstwy opadają i coraz bardziej przebijają przez nie dusza i subtelniejsze wymiary osobowości.

Bezręka Dziewczyna uczy się w trakcie pobytu w lesie, a namacalnym tego dowodem jest fakt, że powoli, faza po fazie, odrastają jej dłonie: najpierw to dłonie niemowlęcia, gdy potrafi jedynie imitować innych, potem dziecka, które się uczy, a w końcu dłonie kobiety wcielającej w życie to co już potrafi. Dla mnie osobiście ta faza to ów odległy etap w relacjach z ludźmi (szczególnie w związkach), do którego dochodzą (lub nie) wszystkie osoby, jakie doświadczyły fizycznej, psychicznej czy sexualnej przemocy ze strony otoczenia. Kiedy otworzyło się i zostało zranionym, trudno jest otworzyć się po raz kolejny, a im więcej złych czy wręcz traumatycznych doświadczeń tym bardziej staje się to trudniejsze…czasem wręcz karkołomne i heroiczne. Tak jak to ostatnio obrazowo tłumaczyłam: problem w tym, że po kolejnym zawodzie zaufanie przychodzi coraz trudniej tak jak z dzbankiem – jeżeli rozbije się raz to można poskładać kawałki, posklejać je jakoś i używać dalej, ale potem upadnie drugi raz, trzeci, czwarty…w końcu nie ma co zbierać. A jeżeli zbierało się baty praktycznie od dzieciństwa to, o ile nie miało się szczęścia natrafić na mądrego i dobrego partnera, zawsze nadchodzi ta ostatnia faza. Osoby po ciężkich przejściach czasem nie radzą sobie same z sobą, więc znalezienie partnera/partnerki tak mądrego/mądrej, że byłby/byłaby w stanie pozbierać odłamki, skleić je i używać z taką ostrożnością, aby dzban już nigdy nie pękł graniczy z cudem. Nie twierdzę, że to niemożliwe, ale do takiego procesu potrzeba nie tylko woli ofiary, ale i sprzyjających warunków zewnętrznych. Cytując Allies in Healing Laury Davis: W odpowiednich warunkach 100% osób, które przeżyły traumę jest w stanie całkowicie wyzdrowieć. Są jak nasiona: przy sprzyjających czynnikach takich jak światło, powietrze, ciepło, nawożenie i nawadnianie, wyrastają z nich rośliny. Tak samo jest z ofiarami przemocy, jeżeli tylko ich pragnienie wyleczenia ran trafi na sprzyjający grunt w postaci informacji, biegłych w udzielaniu pomocy osób i bezpiecznego otoczenia, zaczynają rosnąć w taki sposób, o jakim nigdy nawet nie marzyli. Jednak przy braku chociaż jednego z tych warunków, wyrastanie staje się trudne, o ile wręcz niemożliwe.

Do tego trzeba dodać fakt, że osobom, które przeżyły traumę jest naprawdę o wiele trudniej radzić sobie niż przeciętnemu człowiekowi (dobrze o tym wiedzą ci, którzy przeszli przez zaawansowany etap depresji, kiedy nawet ruszenie ręką, wstanie z łóżka czy wyjście z domu są poważnymi wyzwaniami). Napiszę o tym jeszcze, kiedy powrócę do tematu PTSD, teraz ograniczę się tylko do stwierdzenia, że po wyczerpujących emocjonalnie przeżyciach, kiedy ciało zużywało mnóstwo energii na radzenie sobie z sytuacją, bardzo trudno jest odzyskać taki jej poziom, który pozwala na bezproblemowe działanie w codziennym życiu. Biorąc to wszystko pod uwagę, uważam że trzeba nie lada odwagi i mocnych cojones/ovarios, aby odłożyć swoje srebrne ręce do skrzyni i ponownie zaufać. Odrastanie rąk rozumiem jako stan, w którym przeżyta trauma nie przesłania nam już sposobu patrzenia na miłość, związki, rodzinę czy wszystkie te obszary, gdzie zostaliśmy okaleczeni. To stan zaufania do życia i wszystkiego co ze sobą niesie, wiara że nawet jeżeli zdarzy się coś co nas zrani, to uda nam się z tym uporać. Jest to stan nie ignorancji, kiedy nie zdajemy sobie sprawy z zagrożenia, a niewinności, gdy wiemy, że w rzece życia mogą czyhać na nas niebezpieczeństwa, mimo tego nie zostajemy na brzegu i nie boimy się w niej zanurzyć. Ogromną odwagą jest włożyć ponownie nóż do ręki osoby, którą kochamy, ale zapewne jeżeli nas jednak nim nie ugodzi, to radość i spełnienie są ogromne. Niestety, tak jak już powiedziałam, do tego etapu nie doszłam, więc nie mogę wam służyć swoim własnym doświadczeniem. Musimy zrewidować zakorzenione mocno przekonanie, że skoro raz zostałyśmy pozbawione mocy (rąk), to będzie tak już zawsze. Po wszystkich stratach i cierpieniach przekonujemy się, że jeśli wyciągniemy ra­miona, to zostaniemy za to nagrodzone i uda się nam pochwycić najdroższe nam dziecko.

plate2

FAZA SIÓDMA – DZIKA OBLUBIENICA I OBLUBIENIEC

Król powraca z wyprawy. Odkrywa knowania diabła, wpada w rozpacz i przysięga odszukać Królową. Szuka długo i wytrwale, koncentrując się tylko na tym celu, przechodzi przemianę, staje się zaniedbany i upodabnia fizycznie do dziewczyny, gdy ta tułała się po świecie. Tak już jest w psychice, że kiedy przeobraża się jeden jej element, inne nie mogą pozostać takie jak dawniej. Tej osłabionej, poszukującej, odrzuconej przez wszystkich dziewczyny którą poślubił, już nie ma, więc i on musi przejść transformację. Król, by się rozwijać, musi przejść przez cierpienia. Pod pewnymi względami jest częścią podziemnego świata, ale jako wyobrażenie animusu symbolizuje przystosowanie kobiety do życia w zbiorowości — to on przenosi do zewnętrznego świata lub społeczeństwa wszystkie idee, które zgłębiła w podróży. Jednak, by mógł przenieść do zewnętrz­nego świata wszystko to, czym jest i co wie dziewczyna, musi doświad­czyć tego, co ona (…)Jest to jego inicjacja w dziką jaźń, siedem lat zwierzęcego życia na łonie przyrody odziera go ze wszystkich cywilizowanych warstw osobowości. Animus dokonuje autentycznego wysiłku, który przygotowuje go do zamanifestowania duszy-Jaźni kobiety w codziennym życiu.. Dopiero gdy oboje, animus i anima, przejdą swoją inicjację, będą mądrze służyć psychice.

Przykładem najprostszym, jaki przychodzi mi do głowy, są postacie Różyczki i Lulejki z Pierścienia i Róży: oboje są królewskimi dziećmi, którym matka chrzestna Czarna Wróżka (odpowiednik Królowej – Matki) jako prezent urodzinowy nie może ofiarować nic ponad odrobinę cierpienia, wywołując tym oburzenie dworu. Jednak w miarę upływu czasu okazuje się to wielkim darem: ich rodzice tracą trony, oni sami zostają zepchnięci z piedestału do roli służącej i ubogiego krewnego, w tym czasie obserwują i uczą się, aż w końcu każde wyrusza w podróż, która ostatecznie przyniesie im małżeństwo i połączone trony dwóch krajów. Kontrastem jest ich kuzynka księżniczka Angelica, uwielbiana i wychwalana od dziecka, która nie przechodzi próby tak jak oni i wyrasta na próżną egoistkę. Podobnie w Bezrękiej Dziewczynie koniec – początek stanowi ponowny ślub Króla i Młodej Królowej.

 

Traktaty alchemiczne opisują trzy stadia konieczne do transformacji: nigredo — czarne, mroczne stadium rozpadu, rubedo — stadium czerwieni lub ofiary oraz albedo — stadium bieli lub odrodzenia. Pakt z diabłem to nigredo — zaciemnie­nie; odrąbanie rąk stanowi fazę rubedo — krwawej ofiary, natomiast opuszczenie domu w bieli to albedo — narodziny nowego życia. Pod­czas tułaczki bohaterka powraca do nigredo. Ale teraz jej dawne ja należy już do przeszłości, a naga, najgłębsza jaźń staje się potężnym wędrowcem (…)Dziewczyna w baśni kilkakrotnie zstępuje w podziemny świat. Po opanowaniu jednego etapu zstąpienia i transformacji zagłębia się w na­stępny. Te alchemiczne szczeble stanowią pełne cykle, a w każdym z nich następują po sobie nigredo (zagubienie), rubedo (ofiara) i albedo (nadejście światła). Całe to zstąpienie do podziemnego świata, zagubienie, odnalezienie siebie i umocnienie sił obrazuje toczący się przez całe życie proces wtajemniczenia kobiety w odrodzenie dzikości.

 

Wrażliwa dziewczyna o stwardniałych dłoniach
Kręci korbą młyńską
Blada panienka o kruchym wyglądzie
Niesie ból w świat

 Młyn miele smutek
Wyrabia ciasto udręki
Młyn miele smutek
Wytwarza katastrofy

Skoncentrowany tłuszcz niesprawiedliwości
Czy olej z bólu
Mąka z nasion bólu
Zebranych ze żmijowych pól

Czerwona Krew będzie mlekiem
Przyprawami – łzy dziewczyny
Czarne drożdże sprawią, że ciasto wyrośnie
Mroczny duch – że będzie pulchne

Młyn miele smutek
Wyrabia ciasto udręki
Młyn miele smutek
Wytwarza katastrofy

Kiedy ból będzie gotowy
Gdy narodzą się cierpienie i nagłe żale
Młyn będzie nadal mielił
Kolejny raz wywołując zniszczenie

Młyn miele smutek
Wyrabia ciasto udręki
Młyn miele smutek
Wytwarza katastrofy

Korpiklaani Kipumylly (‘Młyn Bólu’)

(tłumaczenie z angielskiego, które jest tłumaczeniem z fińskiego z tej strony)

Anna Srebrnoręka

* Jest to odniesienie do wiary w Wielką Boginię przejawiającą się w trzech aspektach: Dziewczyny, Matki i Staruchy.  Symbolicznie w historii ukazane są wszystkie te fazy: bohaterka jest Dziewczyną w momencie zawarcia paktu z Diabłem, potem Matką gdy rodzi dziecko, a towarzyszy jest stara Królowa jako Starucha.

** Przypomina to mit o Pazyfae, żonie króla Minosa z Krety, którą dotknęła klątwa Posejdona rozgniewanego na jej męża, że nie złożył mu w ofierze pięknego byka. Ogarnęła ją nienaturalna żądza do tego zwierzęcia, zbliżyła się do niego wchodząc do drewnianej krowy przygotowanej przez Dedala i po dziewięciu miesiącach urodziła pół – człowieka, pół – byka Minotaura, który został potem zamknięty w Labiryncie.

*** Dr E sugeruje tu, że zasłona pomaga w osiągnięciu dorosłości: Pod przykryciem, w cieple, pewne procesy zachodzą szybciej i intensywniej. Wiedzą to kobiety na całym świecie. Moja babcia, przykrywając ciasto chlebowe do wyrośnięcia, mawiała, że okrywa je welonem. Sciereczka na drożdżowym cieście i zasłona spowijająca psychikę służą temu samemu celowi. Kobieta, która zstąpiła w głąb siebie, rośnie i dojrzewa. Wszystko w niej potężnie fermentuje. Za zasłoną zwiększa się mistyczne poznanie, wgląd w głąb rzeczy. Zza zasłony wszystkie ludzkie istoty wydają się jak utkane z mgły, a wszystkie wydarzenia, przedmioty stają się nierzeczywiste, jak o brzasku, jak we śnie (…)Na Środkowym Wschodzie znany jest taniec z zasło­nami, a i współczesne muzułmanki zasłaniają twarze. Chusta wiązana pod brodą tradycyjnie noszona we wschodniej Europie oraz trajes w Ameryce Środkowej i Południowej są również formą zasłony. Hinduski noszą zasłony na co dzień, podobnie jak kobiety afrykańskie. Kiedy zastanawiam się nad światem, zaczynam żałować współczesnych kobiet, które nie mają czym zasłonić twarzy. Bo wolna kobieta, używająca zasłony według własnej woli, posiada moc Tajemniczej Ko­biecości. Patrzenie na taką kobietę w zasłonie jest wielkim przeżyciem.

Powiem szczerze, że mam poważne wątpliwości wobec tego założenia. Po pierwsze: w baśni element chusty nie jest związany wyłącznie z pierwiastkiem kobiecym, również król ma na twarzy zasłonę, gdy zasypia w leśnym domu tuż przed zobaczeniem żony i dziecka. Po drugie: z całym szacunkiem, ale jakoś nie widzę, żeby babcie w kufajkach i chustach wiązanych pod brodą dojrzewały do czegokolwiek i żeby miały mistyczne poznanie, wgląd w głąb rzeczy. Również muzułmanki w bardzo zróżnicowany sposób wypowiadają się na temat chust, niektóre noszą je chętnie, ale inne zrzucają je, kiedy tylko mogą. Myślę natomiast, że słowa dr E mają sens tylko wtedy kiedy kobieta narzuca chustę z własnej nieprzymuszonej woli, wolna od nakazów i zakazów kultury. I mówię to jako ktoś kto uwielbia nosić bandanę albo kaptur, aczkolwiek pierwotną przyczyną jest zawsze chęć osłonięcia głowy od słońca i uszu od wiatru wink3. Dlatego odchodzę trochę od pierwotnej interpretacji dr E i traktuję chustę w baśni jako element ochronny na niepewny czas wędrówki i snu.

Zapisz

Odcinek 11: Manawee. O jedności z drugim człowiekiem i współistnieniu przeciwieństw

biegnaca z wilkami manawee

Manawee

Był sobie młodzieniec, który zalecał się do dwóch sióstr bliźniaczek. Jednak ich ojciec powiedział:

— Nie dostaniesz ich za żony, dopóki nie odgadniesz ich imion.

Manawee myślał i myślał, zgadywał i zgadywał, ale nie odgadł imion sióstr. Ich ojciec potrząsał tylko głową i za każdym razem odsyłał Manawee z niczym.

Pewnego dnia, idąc z wizytą do sióstr, Manawee zabrał ze sobą swego małego psa, który od razu zauważył, że jedna z sióstr jest pięk­niejsza niż druga, druga zaś słodsza niż pierwsza. I choć żadna z nich nie posiadała wszelkich cnót, obie piesek polubił, bo dawały mu smakołyki i uśmiechały mu się prosto w oczy.

Tego dnia Manawee znowu nie odgadł imion dziewcząt i ciężkim krokiem wracał do domu. Ale jego piesek pobiegł z powrotem do chaty młodych kobiet. Przytknął ucho do jednej ze ścian i usłyszał, jak siostry chichocząc, rozmawiają o Manawee, jaki jest przystojny i męski. Piesek usłyszał, jak zwracają się do siebie po imieniu, i ile sił w nogach pobiegł do swego pana, by mu to powiedzieć.

Jednak niedaleko ścieżki, którą wracał, lew porzucił wielką kość z mięsem; pies zwęszył ją natychmiast. Nie zastanawiając się, dał nura w zarośla i rzucił się na kość. Uszczęśliwiony zaczął ją lizać i tarmosić, aż wylizał ją do czysta. Dopiero wtedy przypomniał sobie o swym zadaniu, ale niestety, całkiem zapomniał imiona młodych kobiet.

Ruszył więc z powrotem do chaty sióstr. Nastała już noc, dziewczyny nacierały ręce i nogi wonnym olejkiem. Wyglądało na to, że przygoto­wują się na jakąś uroczystość. Znowu mały piesek usłyszał, jak mówią do siebie po imieniu. Aż podskoczył z radości i pędem pobiegł do chaty Manawee, kiedy z zarośli dobiegł go zapach świeżej gałki musz­katołowej.

A trzeba wiedzieć, że dla naszego pieska nie było większego przy­smaku niż gałka muszkatołowa. Bez namysłu więc zboczył ze ścieżki i popędził w busz, gdzie na drewnianym balu leżał pieczony pasztet. Wkrótce nic z niego nie zostało, a piesek pachniał gałką muszkatołową. Z pełnym brzuchem ruszył do domu, próbując sobie przypomnieć imio­na bliźniaczek, ale na próżno, bo znowu je zapomniał.

Po raz trzeci więc zawrócił do ich chaty. Tym razem zobaczył, że przygotowują się do wesela.

— O nie! — pomyślał piesek — za chwilę będzie za późno!

I kiedy siostry znowu wymieniły swoje imiona, zapamiętał je dobrze i pospieszył do swego pana, postanawiając, że nic mu już nie przeszkodzi w zaniesieniu tej cennej wiadomości Manawee.

Na drodze leżało świeżo ubite zwierzę, ale pies przeskoczył je, nawet się nie zatrzymując. Przez chwilę zdało mu się, że w powietrzu unosi się zapach gałki muszkatołowej, ale nie zważając na to, biegł dalej do domu, do swego pana. Nie spodziewał się tylko, że z ciemności lasu wyskoczy na niego nieznajomy człowiek, złapie go za szyję i potrząśnie z całej siły.

Tak się właśnie stało, a obcy człowiek cały czas krzyczał:

— Powiedz mi ich imiona! Mów, jak się nazywają te dwie młódki,
żebym mógł je zdobyć!

Zdawało się pieskowi, że padnie bez życia, tak silny był uścisk pięści wokół jego szyi, ale walczył dzielnie. Warczał, drapał, kopał i wreszcie ugryzł napastnika w rękę zębami ostrymi jak osy. Nieznajomy zawył jak bawół, ale piesek nie puszczał. Człowiek wbiegł do buszu z małym pieskiem zwisającym mu u ręki.

— Puść, puść mnie, piesku, to ja też dam ci spokój — prosił
nieznajomy.

A pies zawarczał przez zęby:

— Nie waż się tu wracać, bo nie doczekasz poranka.
Nieznajomy uciekł do buszu, jęcząc i trzymając się za obolałą dłoń.

A mały piesek pospieszył do swego pana, Manawee.

I mimo że broczył krwią i szczęki go bolały, imiona dziewcząt pozo­stały w jego pamięci. Rozpromieniony pokuśtykał do Manawee. Ten de­likatnie obmył mu rany, a piesek opowiedział mu całą historię i wyjawił imiona sióstr. Manawee pobiegł ile sił do wioski, w której mieszkały; na ramionach niósł pieska, którego uszy powiewały jak dwa końskie ogony.

Kiedy wypowiedział przed ojcem imiona obu córek, bliźniaczki przyjęły go całkowicie ubrane do drogi; w istocie cały czas na niego czekały. Tak to Manawee zdobył dwie najpiękniejsze dziewice w nad­rzecznej krainie. I wszyscy czworo, siostry, Manawee i mały piesek żyli długo i szczęśliwie.

Krik-krak, krik-krak,

To było właśnie tak.

————————————————————————–

Skoro była już mowa o Dzikiej Kobiecie, to najwyższy czas przyjrzeć się także Dzikiemu Mężczyźnie. Element żeński i męski współistnieją ze sobą od zawsze nie tylko w przyrodzie, ale i w kulturze oraz religii. W hinduizmie Trimurti, męski aspekt boskości (Brahma, Wisznu, Śiwa) współistnieje z aspektem żeńskim Tridewi (Saraswati, Lakszmi, Parwati). Również mitologia mezopotamska i śródziemnomorska pełna jest par bóstw związanych ze sobą cyklami śmierci i odrodzenia, by wymienić tylko Inannę i Dumuziego (W micie babilońskim Inanna o cedrowych udach wzywa swego ukochanego, boga-rolnika: „Przyjdź do mnie ze swoją dzikością”), Isztar i Tammuza, Kybele i Attisa czy Afrodytę i Adonisa. Dlatego kobieta czerpiąca siłę z intuicji, natury i jej cykli potrzebuje mężczyzny, który rozumie i szanuje jej sposób bycia tak samo jak mężczyzna potrzebuje kobiety mądrej, uważnej i potrafiącej wyjść mu naprzeciw. O poszukiwaniu drogi do siebie opowiada baśń afroamerykańska opowiedziana dr E przez V.B. Washington, na potrzeby literackie nazwana Manawee.

PODWÓJNA NATURA

Odczytując baśń na dosłownym poziomie można założyć, że opowiada ona o poligamii, ale chyba nikt nie trafia w to miejsce by szukać znaczeń dosłownych zeby. Przyjrzyjmy się baśni o Manawee w kategoriach związ­ku między kobietą i jej partnerem, pamiętając cały czas, że „to, co na zewnątrz, jest odbiciem wnętrza”. Warstwa symboliczna mówi o tym, że zrozumienie i głębokie uczucie nie przychodzą ot tak, po prostu, ale znowu, tak jak w innych baśniach, aby je posiąść trzeba udać się na wyprawę, okazać cierpliwość, rozwiązać zagadkę i zaprząc do pracy instynkt (pojawiający się tutaj w postaci psa). Kluczem do sukcesu jest zrozumienie i zaakceptowanie podwójnej natury, dopiero wtedy mogą odbyć się zaślubiny. Próby pojęcia podwójnej natury kobiety często sprawiają, że mężczyźni, a nawet i same kobiety, przymykają oczy i błagalnie zawodzą, prosząc niebo o pomoc. Paradoks bliźniaczej natury kobiety polega na tym, że jedna strona jest chłodna, druga — gorąca. Jedna jest zdolna do trwałych i bogatych związków, druga może być wręcz lodowata. Często jedna jest radosna i elastyczna, druga — „sama nie wie, czego chce”. Jedna — słoneczna, uśmiechnięta, druga — smutna i zadumana. Te dwie kobiety w jednej to oddzielne, ale zjednoczone elementy, które w psy­chice mogą tworzyć tysiące kombinacji. Aby przedstawić to obrazowo powołam się na z pewnością doskonale znany symbol yin i yang, przedstawiający wszelkie przeciwieństwa świata, które są ze sobą połączone i współistnieją mimo diametralnych różnic między nimi.

Yin to wszystko co ciemne, zimne, ciężkie, wilgotne, delikatne, kobiece, nieruchome, bierne, czarne, niebieskie i zielone wraz z odcieniami, związane ze sferą snu, księżyca, zimą, doliną, ziemią, liczbami parzystymi, tym co znajduje się niżej, na prawo, wewnątrz i z tyłu, a także z pustką, krzywizną i ogrodem. Yang natomiast przejawia się w tym co jasne, ciepłe, lekkie, suche, twarde, męskie, białe, czerwone wraz z odcieniami, ruchome, aktywne, związane ze sferą rzeczywistości, słońca, lata, góry, nieba, liczbami parzystymi, tym co znajduje się wyżej, na lewo, na zewnątrz i z przodu, a także z domem, bryłą i kształtem geometrycznym. Jak mówi Jacek Kryg, znawca metafizyki chińskiej, elementy te współistnieją ze sobą, bo określamy jeden odnosząc się do drugiego, którego obraz od razu pojawia się w naszym umyśle (aby stwierdzić, że ławka, na której chcemy usiąść jest sucha automatycznie stwierdzamy, że nie jest mokra). Podobnie jest z naszą wewnętrzną, introwertyczną oraz ekstrawertyczną i nastawioną na zewnątrz naturą, mimo wielkich różnic muszą one ze sobą współistnieć.

Motyw bliźniąt i ich walki między sobą pojawia się w wielu kulturach, w Europie najbardziej znany jest z mitu o Remusie i Romulusie, ale pojawia się także wśród pierwotnych plemion Ameryki (opowieść o dwóch chłopcach, potomkach Aataentsic, również bardzo podobny mit o Gluskapie i Malsumie, stąd kobiety starały się unikać jedzenia podwójnych owoców, które uważano za nasilające prawdopodobieństwo urodzenia bliźniąt) czy Afryki (Nommo). Opowieści te symbolicznie przedstawiają sytuację, gdy dwa pierwiastki nie potrafią zachować równowagi i tworzyć całości, a pozbawione kontroli rozpoczynają proces autodestrukcji. Przekładając to na język psychiki, ważnym jest aby nasza podwójna natura potrafiła dogadywać się między sobą i współistnieć jako jeden organizm; jeżeli jedna ze stron będzie ukrywana lub faworyzowana, to brak równowagi zachwieje podstawami i siłami życiowymi, nie będziemy się w pełni realizować.

Jednak symbol bliźniąt niesie także ze sobą podwójny potencjał, a zatem podwójną siłę. I znowu pierwszym co nasuwa się osobie wychowanej w kulturze europejskiej to Dioskurowie czyli boskie bliźnięta Kastor i Polideukes (Polluks), ale dr E wspomina także o społecznościach, które uważają bliźnięta za dwa osobne byty połączone jedną duszą, dlatego nawet po śmierci bliźnięta karmi się, daje podarunki, rozmawia z nimi i składa ofiary. W kulturach afrykańskich oraz karaibskich, gdzie silne są wierzenia voodoo bliźnięta posiadają juju – energię duszy, dlatego należy podawać im takie samo jedzenie, dbać aby nie były względem siebie zazdrosne i szczególnie dbać o ich rozwój, zwłaszcza nie dopuścić by umarło jedno, bo wtedy również umiera i drugie, a całą wspólnotę dotyka zły los, gdy zabraknie juju. Obrazuje to doskonale jak bardzo powinniśmy dbać o to by nasze obydwie natury, i ta nastawiona na zewnątrz, i ta skierowana na życie wewnętrzne, pozostawały ze sobą w harmonii. Siłą bliźniaczej natury jest współdziałanie dwóch pierwiastków jako integralna całość. Symboliczną postacią reprezentującą integralność natury utrzymującą w równowadze obydwa elementy jest ojciec. To on wystawia na próbę wartość zalotnika, jego prawość. Sens tego fragmentu jest taki, że zdrowa psychika poddaje sprawdzianowi nowe elementy, które chcą się do niej przyłączyć. Zdrowa psychika, która ma opiekuńczego ojca, nie przyjmuje każdej zużytej, banalnej myśli, postawy czy osoby, tylko te, które są mądre i wyczulone lub robią wszystko, by się takimi stać. Ojciec sióstr mówi: „Czekaj. Dopóki mnie nie przekonasz, że naprawdę pragniesz poznać kwintesencję rzeczy — prawdziwe imiona — dopóty nie dostaniesz moich córek”.

Bliźniaczą naturę widać wyraźnie w postaciach sióstr, ale również sam Manawee reprezentuje dwa aspekty: cywilizowany i ludzki jako młodzieniec oraz instynktowny i dziki reprezentowany poprzez postać psa, który od wieków wiązany był ze światem podziemia i tajemnic (podając za przykłady chociażby postacie Anubisa, boga z głową szakala, pilnującego wrót Hadesu Cerbera czy bogini Hekate, której towarzyszyło właśnie to zwierzę)*. Ludzki charakter, choć dobry i kochający, nie wystarcza, by odnieść sukces w zalotach. To pies, symbol naturalnego instynktu, potrafi się podkraść do kobiet i bystrym słuchem rozpoznać ich imiona. To pies uczy się pokonywać światowe pokusy i zachować najważniejszą wie­dzę. To pies Manawee ma wyostrzony słuch i wytrwałość, to jemu instynkt każe ryć pod ścianą i znaleźć to, czego szuka, nie ustawać w pogoni, wydobywać najcenniejsze idee. I znowu motyw współdziałania cywilizowanego oraz dzikiego człowieka obecny jest w rozmaitych kulturach (chociażby w Eposie o Gilgameszu, gdzie racjonalnie postrzegającemu świat bohaterowi towarzyszy Enkidu, pochodzący z lasu, który posługuje się sferą instynktów, a w wersji jak najbardziej współczesnej widzę to w parze Han Solo&Chewbacca z Gwiezdnych Wojen). Manawee nie zaprzecza swojej podwójnej naturze ani nie lekceważy żadnego z jej pierwiastków, pozwala działać obydwóm. Jest przez to pozytywnym przykładem męskiej siły respektującej dwoistość w odróżnieniu od Sinobrodego, który dąży do opanowania, podporządkowania, narzucenia perfekcji i jedynej prawdy (a w praktyce często przybiera postać mężczyzny szukający ideału w jednej, idealnej kobiecie).

ODGADNIĘCIE IMIENIA

Akt nadania imienia jakiejś mocy, żywemu stworzeniu, osobie lub rzeczy ma kilka konotacji. W społeczeństwach, w których do wyboru imion przywiązuje się wielką wagę ze względu na ich magiczną moc lub dobrą wróżbę, poznanie prawdziwego imienia człowieka jest równoznaczne ze zrozumieniem jego życiowej drogi i charakteru. Prawdziwe imię często jest utrzymywane w tajemnicy, żeby chronić tego, który je nosi, tak by mógł przejąć moc zawartą w imieniu. Imię trzeba ukrywać, by nikt nie mógł go zbeszcześcić ani oderwać się od niego, aby władze duchowe mogły się w pełni rozwinąć. W wersji literackiej pięknym tego przykładem są opowieści o Ziemiomorzu Ursuli K. LeGuin, do których przeczytania bardzo gorąco zachęcam (autorka zresztą z wykształcenia i zawodu zajmuje się antropologią zeby). Pierwszym kluczem do poznania prawdziwego imienia czyli prawdziwej natury jest intencja, Manawee udaje się odgadnąć imiona bliźniaczek, ponieważ nie posłużą mu one do zagarnięcia ich mocy, ale do wzmocnienia w ten sposób swojej własnej, do wydobycia z siebie tego co najlepsze. Odgadnięcie imienia to symbol wprowadzenia harmonii między duszą a ego, stan wewnętrznej zgody, a także akceptacji drugiego człowieka.

WYTRWAŁOŚĆ PIERWOTNEJ NATURY

Drugim kluczem do poznania prawdziwego imienia jest wytrwałość, domena dzikiej natury. W baśni pies lubi siostry, ponieważ one również lubią go i karmią, dlatego nie waha się i wraca do ich domu, by poznać ich imiona mimo, że skoncentrowany na rzeczywistości Manawee poddaje się. Pies przypomina wilka, z tą różnicą, że jest bardziej oswojony, choć, jak widzimy w dalszym ciągu opowieści, niezupełnie. Piesek jako psychopompos reprezentuje sferę instynktu w psychice. Widzi i słyszy inaczej niż człowiek. Dokopuje się do poziomów, których istnienia ego nawet nie podejrzewa. Słyszy słowa i wskazówki niesłyszalne dla ego. Idzie za tymi wskazówkami(…) Świat psa jest wypełniony nieustającym katastroficznym zgiełkiem, dźwiękami, których nasze ludzkie ucho w ogóle nie rejestruje. Ucho psa to potrafi. Pies słyszy poza zakresem ludzkiego słuchu. Ten mediumiczny aspekt instynktownej psychiki intuicyjnie wychwytuje najgłębszy wy­siłek psychiczny, najgłębszą muzykę, najgłębsze tajniki żeńskiej psychiki. Właśnie taka istota zdoła pojąć dziką naturę kobiety.

Pies po usłyszeniu imion zawraca i chce przekazać je Manawee, ale po drodze napotyka na rozmaite smakołyki, które odwracają jego uwagę. Podobnie jest w życiu, jeżeli ulegamy pokusom i dajemy się rozpraszać to nie osiągniemy celu. Ten epizod obrazuje bardzo częste zdarzenie psychiczne: żądze i zachcianki hamują proces rozwoju. Często po niespełna miesiącu pracy z pacjentką słyszę: „Nie mogę się skupić na pracy nad sobą, miałam namiętny romans, ochłonęłam dopiero po tygodniu” albo: „W tym tygodniu akurat jest odpowiedni czas, żeby poprzesadzać rośliny doniczkowe, mam ich mnóstwo”, albo: „Zabrałam się za siedem nowych rzeczy, bardzo twórczych, czułam się rewelacyjnie, a potem się okazało, że żadna z nich nie ma tak naprawdę przyszłości i porzuciłam wszystkie”. W wersji extremalnej jest to nałóg, ale nawet jeżeli nie jesteśmy uzależnieni, to wyjątkowo łatwo ulegamy wymówkom i samousprawiedliwianiu się. Jak już o tym pisałam, wymówki są świetną pożywką dla ego, ale nigdzie nas nie prowadzą, raczej blokują proces rozwoju. Pies jako przedstawiciel instynktownej natury nie poddaje się, biegnie z powrotem do domu bliźniaczek, po raz kolejny daje się zwieść i po raz kolejny wraca. W tym zawiera się rada dla osób pragnących żyć w szczęśliwym, trwałym, satysfakcjonującym obie strony związku: zawsze powracaj**.

STAWIENIE CZOŁA WEWNĘTRZNEMU DRAPIEŻCY

Kiedy pies powraca do Manawee tym razem koncentrując się i nie dając zwieść smacznym pułapkom, musi stawić czoła jeszcze jednemu przeciwieństwu, dobrze nam już znanemu czyli psychicznemu drapieżcy, który chce go zmusić do wyjawienia imion sióstr. Psychicznemu drapieżcy nie zależy na poznaniu bliźniaczek, zaakceptowaniu ani zaprzyjaźnieniu się z nimi, on chce je zdobyć tak jak żonę – trofeum. Napastnikiem może być jakiś nasz kompleks czy słaby punkt, ale bardzo często jest to realna osoba, próbująca nas wykorzystać, zniewolić czy zmusić do przyjęcia jej punktu widzenia. W baśni mały pies walczy o życie. Czasami jedynym sposobem na utrzymanie głębokiej wiedzy jest właśnie pojawienie się „obcego”. Wówczas jesteśmy zmuszone do walki o to, co dla nas drogie — musimy walczyć, by poważnie traktować to, do czego dążymy; walczyć, by przezwyciężać powierzchowne duchowe zachcianki, które Robert Bly nazywa „pragnieniem odlotowych doznań”, walczyć by się trzymać najgłębszej wiedzy, by skończyć to, co zaczęte.

Pies walczy i nie pozwala sobie z powrotem popaść w nieświadomość. Przekazuje imiona Manawee, a ten powtarza je ojcu bliźniaczek, który widząc, że jest on gotowy dobrze zaopiekować się nimi pozwala na zaślubiny. Dobry partner to człowiek, który stale powraca i stale próbuje zrozumieć, który nie pozwala, by zatrzymały go błyskotki na drodze.

Jeśli kobiety pragną, by mężczyźni naprawdę je poznali, to muszą użyczyć im nieco swej głębokiej mądrości. Niektóre kobiety twierdzą, że już opadły z sił, stając na głowie, żeby swych mężczyzn czegoś nauczyć. Z całym szacunkiem muszę tu zasugerować, że widocznie wybrały mężczyznę, który nie dba o tę naukę. Większość mężczyzn chce wiedzieć i chce się uczyć. Właściwy czas na odsłonięcie prawdy przychodzi, kiedy mężczyźni przejawiają to pragnienie, a my nie robimy tego dla zasady, lecz dlatego, że drugi człowiek o to poprosił.(…) Jednak jeśli kobieta wybierze sobie na partnera ko­goś, kto nie może lub nie chce pokochać jej drugiego oblicza, to z pewno­ścią w pewnym sensie „rozpadnie się na części”, zostanie ułomna. Tak więc mężczyźni na równi z kobietami powinni nazywać po imieniu swe podwójne natury.

WSPÓŁPRACA MIĘDZY ELEMENTEM KOBIECYM I MĘSKIM

Jak rozumieć „nazywanie po imieniu swojej podwójnej natury”? Spróbuję przedstawić jak to rozumiem, uczciwie zaznaczając, że to moja własna interpretacja, bez pomocy dr E. Nie upieram się, że muszę mieć słuszność, ale bazuję na swoich obserwacjach życia codziennego i wnioskach, jakie wyciągam.

Przez wieki w naszej kulturze panował schemat sztywnego podziału ról społecznych, który sprowadzał się do tego, że mężczyźni mieli zapewniać podstawy materialne utrzymania rodzin, a kobiety koncentrować się na pracach domowych i wychowywaniu dzieci. Ten model już w świecie zachodnim praktycznie nie istnieje, a w krajach rozwijających się, gdzie jeszcze obowiązuje, jest coraz częściej kwestionowany i odrzucany. Dla mnie osobiście jego największą wadą jest właśnie brak elastyczności i zakładanie, że należy coś robić tylko dlatego, że urodziło się kobietą lub mężczyzną. Z tym modelem walczy się na różne sposoby, najczęściej w mediach wspomina się o nim w kontekście informacji o inicjatywach feministycznych, ale obawiam się, że ten przekaz nie przebija się przez szum medialny. Nie chcę nikogo oskarżać, ale uważam, że jednak mainstreamowe feministki być może nieświadomie robią tu krecią robotę.

Spójrzmy choćby na najważniejszą organizację feministyczną czyli Kongres Kobiet. Jakie są jedne z najważniejszych postulatów? M.in. wprowadzenie obowiązkowego parytetu do parlamentu i rad nadzorczych (bo kobiety są bardziej kompetentne, skłonne do kompromisu, łagodzą obyczaje etc) jako że panie chcąc awansować natykają się na szklany sufit, który uniemożliwia im osiąganie stanowisk na pewnym poziomie, a jeżeli we władzach będzie więcej kobiet to będą one nawzajem się promowały, a także bardziej dbały o sprawiedliwy podział dóbr, o żłobki i przedszkola dla matek etc. Przyznaję, że początkowo byłam za tym postulatem, ale po obserwacjach i przemyśleniu tematu doszłam do wniosku, że opiera się na fałszywych założeniach. Nie jest tak, że urodzenie się kobietą od razu czyni z ciebie istotę społecznikowską, opiekuńczą, sprawiedliwą i pełną innych cnót. Wystarczy spojrzeć na polski parlament, posłanki Sobecka, Szczypińska czy Pawłowicz są kobietami i co z tego? Ich poglądy wcale nie są z tego powodu automatycznie zbieżne z poglądami pań z Kongresu Kobiet, a zaangażowania w tworzenie nowych żłobków czy przedszkoli także nie widzę. Oczywiście są na pewno również bardzo kompetentne, zapracowane posłanki, tyle że o nich nie mówi się w wiadomościach. A już wiarę w to, że kobiety będą dbały o sprawiedliwszy podział dób skutecznie podważyła marszałkini Nowicka przyjmując sporą premię za wypełnianie obowiązków. Bardzo ciekawa była zresztą reakcja środowisk kongresowych, które nagle zaczęły oburzać się na oburzonych tym faktem, choć gdy na podobnych niekonsekwencjach finansowych przyłapuje się polityków innych opcji to zaraz uruchamiają krytykę (bardzo cenię profesor Środę jako etyczkę, ale zdecydowanie nie podoba mi gdy zamienia się w polityczkę).

Myślę, że paradoxalnie najlepszym co feministki mogłyby zrobić jest pójście w zupełnie  przeciwną stronę. Może zamiast walczyć ze szklanym sufitem lepiej byłoby zabrać się z niszczenie szklanej podłogi? Bo przez schematy i wzorce myślowe, w których utknęliśmy nie tylko kobieta aspirująca do najwyższych władz ma poważne problemy z przebiciem się, ale także ojciec, który chce aktywnie zająć się dziećmi i domem. W tym przekonaniu utwierdził mnie wywiad z Jesperem Juulem w Tygodniku Powszechnym , o którym pisałam prawie rok temu, zacytuję najistotniejszy dla mojego wywodu fragment:

Z mężczyznami jest trudniej. Zostali bardziej zniszczeni niż kobiety. Spójrzmy na warunki, w jakich funkcjonowali przez setki lat, pracując w kopalniach, fabrykach, walcząc na wojnach czy siedząc za ohydnymi biurkami. Traktowano ich potwornie, kompletnie nie brano pod uwagę ich osobowości, granic, potrzeb, rodzin…

Przyczyną tego, że kobiety są generalnie mądrzejsze od mężczyzn, była konieczność spędzania czasu z dziećmi. Bycie z dziećmi pozwala na rozwój emocjonalny. Ojcowie nigdy nie mieli takiej możliwości. Udziałem wielu kobiet jest pewna pomyłka: wyobrażają sobie, że mężczyzna jest jak sklep. Wchodzą do sklepu i mówią, czego pragną. A kiedy nie mogą tego dostać i nie widzą nigdzie na półkach, wyobrażają sobie, że to coś jest na zapleczu. Myślą, że nie dostają od swoich facetów troski czy miłości, bo oni nie chcą jej dać. A ci faceci po prostu tego nie mają na stanie, nie mają pojęcia, czym to jest ani skąd to wziąć. Zaplecze jest puste…Ciekawie wygląda to w Szwecji, gdzie kobiety zrównały się z mężczyznami pod względem wykształcenia i pozycji zawodowej (a nawet są lepiej wykształcone). Mieliśmy nadzieję, że gdy to się stanie, sposób zarządzania się zmieni, przestanie być oparty na tych idiotycznych męskich piramidach. Tak się nie stało: kobiety, które zdobyły władzę, zaczęły zachowywać się jak mężczyźni. Dzieje się za to coś innego. Mężczyźni-szefowie, np. prezes Volvo, chodzą coraz częściej na urlopy ojcowskie. A kiedy wracają do pracy, zmieniają prawo i wprowadzają w życie kobiece wartości. Mówią: „Więcej się nauczyłem o ludziach i o sobie w ciągu czterech miesięcy z dzieckiem niż kiedykolwiek podczas studiów i szkoleń”. Dawniej mężczyźni byli wrogami kobiet, ale dziś żaden nie może powiedzieć o swojej żonie: „To przez nią nie mogę się rozwijać”. Naszymi jedynymi wrogami jesteśmy my. Kiedy ojcowie już się zaangażują, kiedy rozwiną inteligencję emocjonalną, kiedy powiedzą sobie: „O kurczę, tego właśnie chcę…”, są nie do zatrzymania.

No właśnie. Możemy oburzać się, że kobiet jest mało w biznesie i żądać parytetów, ale prawdopodobny wynik ich wprowadzenia to większa ilość kobiet przyjmujących męski tryb zarządzania (nazywam je typami Ateny) jak niedawno zmarła, bardzo kontrowersyjna premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher niż faktyczna zmiana mentalności. Rzeczywistość jest taka, że mężczyźni na skutek tych sztywnych wzorców myślowych są również poszkodowani. Bycie macho krzywdzi zarówno kobiety z otoczenia jak i samego mężczyznę. Wychowujemy chłopców w przeświadczeniu, że świat emocji jest dla nich nieodpowiedni, że prawdziwi mężczyźni nie płaczą itd. Czy to eliminuje ich uczucia? Oczywiście, że nie! Sprawia tylko, że nie wyrzucają ich na zewnątrz, zamiast tego internalizują te negatywne albo próbują oszukać je nałogiem. Mówiąc wprost, popularny w Polsce scenariusz jest taki, że mężczyźni harują aby zarobić na rodzinę, nie dbają o zdrowie i tłumią emocje, umierają na zawał w wieku 60-65, a wdowy po nich żyją jeszcze kolejnych 15 – 20 narzekając w kolejce do lekarza, jakie to życie jest niesprawiedliwe. Jestem zbyt surowa? Być może, nie upieram się, że ten scenariusz jest prawdziwy dla każdego. Ale coś w tym jest, że chociaż tak przytłoczone stereotypowym postrzeganiem, kobiety mają jednak społeczne przyzwolenie na okazywanie strachu, żalu czy emocji w ogóle. Tyle, że to zawsze dzieje się czyimś kosztem. Aby bluszcz mógł piąć się do góry musi mieć oparcie w innej roślinie, aby jakiś element mógł być słabszy, drugi musi być silniejszy. Mimo że kobiety w coraz większej ilości odrzucają patriarchalne poglądy na swój temat to świadomie czy podświadomie trzymają się tych związanych z mężczyznami. Gdyby zapytać polskie kobiety czego szukają w mężczyźnie, większość zapewne gremialnie odpowiedziałaby: POCZUCIA BEZPIECZEŃSTWA! No to panowie są jak skała dopóki sił im na to starcza, a potem umierają na zawał. Niestety, ale sami z własnej woli konserwujemy sztywne wzorce myślowe. O ile „wyzwolona” kobieta, która jest niezależna, samodzielna i skoncentrowana na realizowaniu siebie jakoś „ujdzie” w towarzystwie to niepewny siebie, emocjonalny czy wystraszony mężczyzna jest traktowany z lekceważeniem, jeżeli nie z pogardą. Dlatego uważam, że dążenie do zrównania praw na poziomie legislacyjnym jest jak najbardziej istotne, ale i tak największą walkę musimy stoczyć sami z sobą. Nie sądzę aby świat potrzebował większej czy mniejszej ilości konkretnej płci u władzy, sądzę, że potrzebuje dojrzałych emocjonalnie ludzi.

Co rozumiem przez ludzi dojrzałych emocjonalnie? Gdybym miała podać kilka najważniejszych cech byłyby to zapewne:

1 zgoda z samym sobą, poczucie własnej wartości i szacunek dla samego siebie (stan, w którym potrafimy świadomie i bez wpadania w skrajności rozróżnić w czym jesteśmy świetni, a nad czym można popracować)

2 umiejętność obserwowania bez oceniania

3 odpowiedzialność, przyjmowanie za swoją zasady Co zasiałeś to zbierzesz i Co wysyłasz wraca do ciebie

4 umiejętność słuchania innych, a także wewnętrznego głosu intuicji

5 kierowanie się współodczuwaniem oraz empatią w relacjach ze światem istot żywych

6 umiejętność rozwiązywania problemów i znajdowania satysfakcjonujących kompromisów oraz realizowania własnych zamierzeń w relacjach z innymi ludźmi (ale NIE chodzi tu o wykorzystywanie czy manipulowanie!)

7 umiejętność nie ulegania emocjom i podświadomym strachom, nie narzucania ich innym, nie stosowania żadnej formy agresji (ani czynnej – fizycznej, ani biernej – psychicznej), a także zdolność kontrolowania gniewu i hamowania wybuchów emocji (nie tłumienia, a umiejętnego i bezpiecznego rozładowywania napięcia emocjonalnego, np. poprzez sport czy inną aktywność fizyczną)

8 umiejętność odczytywania i nazywania emocji innych oraz swoich własnych

9 umiejętność motywowania się i osiągania celu (co często oznacza odsunięcie w czasie przyjemności)

Punkty 5 – 9 powtarzam za Danielem Golemanem, który przedstawił je w książce Inteligencja Emocjonalna, gdzie w przekonujący sposób udowadnia, że na dłuższą metę bardziej niż wysokie IQ liczą się zdolności w relacjach międzyludzkich i, co ważne, w przeciwieństwie to ilorazu inteligencji można je w sobie wyćwiczyć. To właśnie dla mnie praktyczny sposób uznawania swojej podwójnej natury, a nie kierowanie się wyłącznie ego.

Celowo piszę tu o elemencie kobiecym i elemencie męskim, a nie stricte o kobietach i mężczyznach, bo wiem doskonale, że dusza niekoniecznie musi czuć się dobrze i swobodnie w płci i ciele, do jakiego trafiła. Zbyt wiele już widziałam kobiet o męskim usposobieniu, mężczyzn o kobiecym usposobieniu, gejów o kobiecej naturze, gejów o męskiej naturze etc. żeby używać ograniczających się do płci fizycznej stwierdzeń. Oczywiście, najbardziej radykalnym przypadkiem niedopasowania do płci fizycznej są transsexualiści, którzy płacą za to wielką cenę i fizycznie, i psychicznie, ale również w mniej drastycznych sytuacjach sztywne wzorce myślowe i stereotypy potrafią zatruwać duszę na wielką skalę. Przez wiele stuleci żyliśmy w mentalnych kajdanach, a nasze dusze doznawały wielkiej opresji. Reżim władzy świeckiej jasno określał co wolno, a czego nie wolno ciału i umysłowi. Reżim religii wymierzył duszę w centymetrach i tępił wszelkie odstępstwa od normy. W Europie i Stanach Zjednoczonych te reżimy już nie istnieją albo powoli dogorywają. Przegrywają z radością życia i naturalną ludzką potrzebą własnego wyboru i rozwoju. Na naszych oczach rodzi się nowy świat, którego porządek być może po raz pierwszy w historii są w stanie aktywnie tworzyć sami ludzie (wręcz dosłownie jak mieszkańcy Islandii piszący swoją konstytucję przy pomocy Internetu, oczywiście zdaję sobie sprawę, że to możliwe, bo społeczeństwo jest stosunkowo małe, wewnętrznie uczciwe i nastawione na współpracę, ale jednak o czymś to świadczy). Ten nowy świat jest jak dziecko, powinien mieć mądrą, dojrzałą matkę i mądrego, dojrzałego ojca, aby byli w stanie pokierować go na dobrą drogę. Mądrzy, dojrzali emocjonalnie rodzice współpracują ze sobą, przyglądają się uważnie swojemu życiu i są elastyczni jeżeli chodzi o podział ról. Być może teraz kiedy dziecko się urodziło bardziej  potrzebuje matki, więc to ona zostaje w domu, ale za jakiś czas kiedy podrośnie, to ojciec będzie się nim bardziej zajmował, a matka np. pójdzie na studia. Mam wielką nadzieję, że wychowamy wspólnie naprawdę dobry i szczęśliwy świat.

I na koniec dodam jeszcze, że jak być może niektórzy wiedzą, bardzo interesuję się duchowością i ezoteryką, dlatego po obserwacjach i przemyśleniach widzę wyraźnie, że to do jakiego ciała trafia dusza może ją wspierać albo ograniczać w przeżywaniu i gromadzeniu doświadczeń. Wierzę w reinkarnację i w ewolucję duszy. Wierzę, że dusza rozpoczyna rozwój jako dusza niemowlęca, a jej podstawowym celem jest nauczenie się przeżycia na podstawowym poziomie, potem staje się duszą dziecięcą uczącą się reguł funkcjonowania we wspólnocie, następnie duszą młodą skoncentrowaną na indywidualizacji i sukcesie, aż na etapie duszy dojrzałej dostrzega ważność relacji międzyludzkich by w końcu stać się duszą starą. Na tym ostatnim poziomie jest już naprawdę głęboka, po wielu wcieleniach przestaje utożsamiać się z konkretną płcią i potrafi spojrzeć na problem z szerokiej perspektywy. Dlatego chciałabym widzieć wśród rządzących więcej osób o starych duszach, które pielęgnują w sobie zarówno rozumowy jak i intuicyjny pierwiastek i które przeszły już w życiu niejedną wyprawę inicjacyjną. Chcę widzieć wśród władz i gremiów decydujących o prawie jak najwięcej mądrych osób niezależnie od ich fizycznej płci. Chciałabym abyśmy wszyscy nauczyli się rozpoznawać i uznawać zarówno świadome jak i podświadome elementy naszej osobowości i dzięki temu potrafili tworzyć satysfakcjonujące relacje międzyludzkie.

* Dr E sugeruje wręcz, że postać psa jest psychopomposem czyli przewodnikiem dusz, w mitologii podróżującym między światem widzialnym a niewidzialnym. Carl Gustaw Jung jako psychopomposa rozumiał element pośredniczący w psychice między tym co świadome i nieświadome (którego symbolem jest często zwierzę).

** Chodzi mi tu oczywiście o zdrowy związek, gdzie po konflikcie nie trzyma się długo urazy. Nie mówię o relacjach toxycznych, osaczaniu drugiej osoby itd., które nie mają nic wspólnego z miłością, bo zbudowane są na ego i potrzebie dominacji.

Ciekawy wywiad na temat dojrzałości psychicznej można przeczytać tu.

Odcinek 10: La Loba. O kościach, wilkach i Rzece Pod Rzeką

biegnaca z wilkami la loba

La Loba

W niedostępnym, odludnym miejscu, które każdy w duszy zna, ale które niewielu widziało, żyje stara kobieta. Podobnie jak we wschodnioeuropejskich baśniach wyczekuje, aż jakiś zagubiony w drodze wę­drowiec czy poszukiwacz szczęścia zbłądzi pod jej dach.

Jest rozważna i przezorna, często z rozczochranymi włosami opada­jącymi na twarz i zawsze gruba; zazwyczaj unika ludzkiego towarzystwa. Umie krakać i gdakać i wydaje więcej dźwięków zwierzęcych niż ludzkich.

Można się domyślać, że żyje pośród zwietrzałych granitowych sto­ków na terytoriach Indian Tarahumara. Albo że ma swą kryjówkę za Phoenix, niedaleko jakiejś studni. Może spotkacie ją jadącą do Monte Alban w zdezelowanym samochodzie z wybitą tylną szybą. Może ktoś ją wypatrzy, jak stoi przy autostradzie niedaleko El Paso, albo jak ze strzelbą na ramieniu jedzie zatrzymaną ciężarówką do Morelii w Me­ksyku, albo jak podąża na targ do Oaxaca z nieforemną wiązką chrustu na plecach. Sama nazywa siebie wieloma imionami: LaHuesera, Poszukująca Kości, La Trapera, Zbieraczka, La Loba, Kobieta-Wilk.

Jedynym zajęciem La Loby jest zbieranie kości. Zbiera i przechowuje szczególnie kości tych istot, którym grozi wymarcie na ziemi. Jej jaskinia jest pełna kości wszelkich zwierząt zamieszkujących pustynię: jeleni, grzechotników, kruków, wron. Ale jej specjalnością są wilki.

Czołgając się i pełzając na kolanach, przeczesuje montanas (góry) i arroyos (wyschłe koryta rzek) w poszukiwaniu wilczych kości, a kiedy zgromadzi już cały szkielet, kiedy ostatnia kosteczka znajdzie się na swoim miejscu i staje przed nią piękna, biała rzeźba zwierzęcia, siada przy ogniu i duma, jaką zaintonować pieśń.

Kiedy już wie, staje nad swoją chaturą, unosi nad nią ramiona i zaczyna śpiew. Wtedy żebra i kości kończyn wilka zaczynają porastać ciałem, a potem sierścią. La Loba śpiewa dalej, w miarę jej śpiewu zwierzęcia przybywa, a silny i kudłaty ogon zadziera się do góry.

La Loba śpiewa dalej i wilk zaczyna oddychać.

Śpiewa z całych sił, z głębi płuc, aż pustynia drży w posadach, a pod­czas pieśni wilk otwiera oczy, podskakuje i zaczyna biec kanionem.

A w którymś momencie biegu, czy to od wielkiego pędu, czy to od bryzgów wody w rzece, czy to od promienia słońca lub księżyca, który pada wprost na bok zwierza, wilk nagle przemienia się w roześmianą kobietę, która biegnie wolna ku widnokręgowi.

Pamiętaj więc, jeśli wędrujesz przez pustynię i zbliża się zachód słońca, a tobie się zdaje, że zgubiłaś drogę, i z pewnością czujesz zmęczenie, to znaczy, że masz szczęście, bo może się spodobasz La Lobie i pokaże ci coś — coś, co ukrywa się w twojej duszy.

(…)

Starożytni medycy twierdzili, że nerw słuchowy w mózgu dzieli się na trzy lub więcej odgałęzień. Stąd wyciągali wniosek, że ucho miałoby słyszeć na trzech różnych poziomach. Jedno z odgałęzień miało słyszeć ziemskie, zwykle rozmowy. Drugie odgałęzienie miało być wrażliwe na naukę i sztuki piękne. Natomiast trzecie istniało po to, żeby sama dusza mogła słuchać przestróg i wskazówek i w ten sposób zdobywać wiedzę podczas przebywania na ziemi.

Teraz słuchajcie więc słuchem duszy, bo taka jest misja opowieści.

———————————————————————————————————–

Wszystko zaczyna się od kości…

Wilk zawsze miał zawziętych przeciwników, ale i wiernych obrońców. To nie tylko zwierzę ważne dla ekosystemu, w którym żyje, to również bohater licznych legend i mitów, który tak jak wiele innych zwierząt stał się symbolem i totemem. Z różnych przyczyn wilki były i są tępione, chociaż coraz częściej wprowadza się odpowiednie regulacje prawne mające temu zapobiegać, a populacje wilków na danym obszarze są obejmowane monitoringiem. Tak jak już cytowałam w Odcinku 1, dr E dostrzega podobieństwa między kobietą a wilkiem, które łączą się w opowieści o La Lobie (Wilczycy, Kobiecie – Wilku), pochodzącej z pustynnych terenów pogranicza Stanów Zjednoczonych i Mexyku. Mówi się, że jest na pustyni takie miejsce, gdzie duchy kobiet i wilków spotykają się na przecięciu czasów. Poczułam, że wpadłam na ciekawy trop, kiedy na rubieżach Teksasu zasłyszałam historię zwaną Loba Girl, o kobiecie, która była wilkiem, który był kobietą. Potem natrafiłam na starą aztecką legendę o osieroconych bliźniętach wykarmionych przez wilczycę, aż dorosły na tyle, by radzić sobie samo­dzielnie. Ten ostatni motyw jest również doskonale znany w mitologii europejskiej poprzez opowieść o wilczycy karmiącej Remusa i Romulusa. I wreszcie od starych hiszpańskich farmerów i Indian Pueblo z po­łudniowego zachodu słyszałam krótkie przekazy o zbieraczach kości (bone people), starych ludziach, którzy przywracali umarłych do życia; według podania potrafili wskrzeszać zarówno ludzi, jak i zwierzęta.

RZEKA POD RZEKA

Każdy z nas rodzi się w określonym miejscu i czasie, w określonej rodzinie, tradycji oraz kulturze i jest przez nie formowany. Czasami formowanie odbywa się płynnie, lekko i ostrożnie, a procesowi towarzyszą ogień i powietrze tak jak to się dzieje ze szkłem w hucie. Czasami formowanie przypomina kółko garncarskie, gdzie naturalnej, bezpostaciowej glinie w sposób delikatny i łagodny, ale jednak nadaje się dokładnie taki kształt, jaki się zamierza. Często formowanie jest tożsame z długim i mozolnym ociosywaniem głazu, który w końcu zamienia się w rzeźbę. Formowani przez rodzinę, tradycję i kulturę uczymy się co nam wolno, a czego nie wolno, nawiązujemy głębsze lub płytsze kontakty towarzyskie, wypełniamy narzucone nam obowiązki, wchodzimy w role społeczne i w pewnym momencie sami zaczynamy formować młodych tak jak my byliśmy formowani. Zapewne ogromna większość ludzi przeżywa w ten sposób swoje życie. Ale niektórzy z nas nagle zatrzymują się w pół kroku, zupełnie nagle i niespodziewanie, podczas spotkania z szefem, odwożenia dziecka do przedszkola czy jedzenia kolacji, i pytają: Czy tak ma być zawsze? Czy to już wszystko? Czy nie ma nic głębszego? Jeżeli masz szczęście i nie odrzucisz tej malutkiej iskierki, która rozbłysnęła w twoim umyśle i nie zignorujesz zewu duszy, to przestaniesz być formowany/-a, a dokonasz samosformatowania. Zaczniesz zastanawiać się, drążyć, zadawać pytania, przyglądać się sobie, innym, otoczeniu…Być może czasami przeklniesz moment, w którym się zatrzymałeś/-aś, ale nie będziesz w stanie się już cofnąć. Nie jesteśmy tylko szybą, ceramiką czy rzeźbą. Jesteśmy także ziarnkiem piasku, gliną i głazem. A kiedy to dostrzeżemy i nabierzemy pewności, że mamy i zawsze będziemy mieli potrzebny materiał, będziemy kształtować sami siebie. Będziemy jednocześnie i materiałem, i twórcą. Wszystkie zaczynamy jako kupka kości, jako szkielet rozsypany po pustyni i przysypany piaskiem. Nasze zadanie to wydobyć kości, oczyścić je z piasku. Praca to mozolna i drobiazgowa; najlepiej zabrać się do niej, kiedy cienie są długie w sam raz, bo trzeba uważnie wypatrywać. La Loba pokazuje, czego mamy szukać — niezniszczalnej życiowej siły, kości.

Kim zatem jest La Loba, Wilczyca? Jest archetypem i pojawia się w mitologii ludów całego świata, a najlepiej chyba uosabia ją La Que Sabe – Ta Która Wie Wszystko – bo stworzyła kobietę ze zmarszczki na podeszwie swej boskiej stopy i zna wszelkie sekrety żeńskiej duszy. Ponieważ powstały ze skóry w miejscu, w którym ciało styka się z Ziemią, kobiety mają jej mądrość i moc cyklów życiowych, a dotykając podłoża bosymi nogami stale łączą się z nią i odnawiają swój potencjał. La Que Sabe przypomina aztecką Coatlicue, helleńskie Gaję, Hekate, Graje oraz Mojry, rzymskie Parki, germańskie Norny, stare boginie mądrości, losu, wyroczni i magii, posiadające wiedzę tak starą jak świat*. Ta stara kobieta stoi na pograniczu światów racjonalizmu i mitu. Jest osią, wokół której obracają się te dwa światy. Owa kraina między nimi jest tajemniczym miejscem, które wszyscy rozpoznajemy, kiedy go doświadczamy, choć jego niuanse wymykają się nam i zmieniają kształty, gdy próbujemy je uchwycić i nazwać, chyba że posługujemy się językiem poezji, muzyki, tańca, opowieści. Istnieje domysł, że system immunologiczny organizmu jest zakorze­niony w tej niezbadanej psychicznej krainie, a także w mistycznych oraz archetypowych wizjach, obrazach i popędach, włączając w to tęsknotę za Bogiem, za tajemniczością, wszystkie wyższe instynkty, a także te przyziemne. Niektórzy twierdzą, że tkwią tu także dzieje ludzkości, korzenie światła, jądro ciemności. Nie na darmo jednym z możliwych wyjaśnień etymologii angielskiego słowo witch – ‘czarownica’ jest weid – ‘wiedzieć, znać”.

W jaki sposób udajemy się do tej krainy? Najkrócej mówiąc, poprzez wszelkie czynności wymagające odłożenia na bok codzienności, racjonalizmu i praktycyzmu czyli przede wszystkim tworzenie (pisanie, malowanie, śpiewanie, komponowanie), tańczenie, granie (szczególnie na bębnach) i medytowanie, przez wszystko to co wymaga koncentracji, obserwacji, samotności, wsłuchiwania się i, jak to nazywam, „nastawienia swojego odbiornika na fale wysokie”. To jest stan, który wymaga odsunięcia ego**, a jednocześnie również silnego stąpania na ziemi. Do wejścia w ową krainę trzeba się przygotować, bo łatwo może wprowadzić nas ona w stan euforii i extazy, które nie pozwolą nam wrócić do szarej codzienności. Drzewo, które nie ma mocnych korzeni, nie będzie miało potężnej korony. O tym, co się dzieje jeżeli nie mamy mocnych korzeni, opowiada miniatura o Czterech Rabinach. Wiemy, że kontakt ze światem, w którym spoczy­wają Esencje, powoduje, że poznajemy coś, co wykracza poza zwykły ludzki zmysł słuchu, i przepełnia nas poczucie przekraczania własnych granic, poczucie wielkości i majestatu. A jednak wobec doświadczenia głębokiej nieświadomości nie wolno nam wpadać w skrajności, ani zachłyśnięcie się, ani pokrywanie lęku racjonalizowaniem i cynizmem, ani lekceważenie nie pomogą nam powrócić do owej krainy. Dr E nazywa ją Río Abajo Río – Rzeką Pod Rzeką, a ponieważ etnicznie jest pochodzenia mexykańskiego, to na pewno musiała słyszeć o miejscu zwanym El Río Secreto – Tajemną Rzeką na Półwyspie Jukatańskim.

elriosecreto1

elriosecreto2

elriosecreto4

elriosecreto5

elriosecreto6

elriosecreto3

elriosecreto7

elriosecreto8

elriosecreto9

elriosecreto10

Piękna, prawda? Ale nie można do niej wejść, ot tak, bez sprzętu i przygotowania.

ZBIERANIE POROZRZUCANYCH CZĘŚCI

 Motyw wskrzeszenia jako nieodłączna część cyklu narodzin – śmierci – odrodzenia pojawia się od zawsze i w niemal każdej kulturze. Czy będzie to Izyda wskrzeszająca Ozyrysa, czy Innana/Isztar oraz Kora Persefona schodzące do Świata Umarłych i powracające z nich, czy umierający i odradzający się Attis, Adonis lub Tammuz, czy też Mitra albo Jeszua pokonujący chaos oraz śmierć od wieków towarzyszą nam jako archetypy tak jak odwieczna jest siła życia. Aby się odradzać trzeba nauczyć się odszukiwać i zbierać rozczłonkowane fragmenty naszej osobowości, a potem układać je ponownie w całość tak jak to robią La Loba, ale także Izyda ze swoją siostrą Neftydą, gdy zamieniają się w ptaki drapieżne i szukają kawałków ciała brata po całym Egipcie. Trzeba tak jak one wznieść się wysoko i bystrym okiem spojrzeć z innej perspektywy. Trzeba przyjrzeć się sobie i zastanowić dlaczego roztrwaniam energię na ‘jedno myślę, drugie mówię, a trzecie robię’. Trzeba ocenić co w naszym życiu jest martwe i już nam nie służy, co istotnego dla nas zgubiłyśmy po drodze, co jest nowe, świeże i wymaga szczególnej opieki, a co można odsunąć na plan dalszy. Trzeba dokonać rozpoznania i stawić czoła temu co zobaczymy tak jak Wasylisa rozdziela mak od popiołu i spogląda Babie Jadze prosto w oczy. Bez obawy, kobiety potrafią to zrobić. Nie na darmo ich symbolem jest znak Wenus, Gwiazdy Porannej&Gwiazdy Wieczornej, tej co daje życie i je odbiera. Ta, która na nowo tworzy życie z tego, co już umarło, jest zawsze archetypem o dwóch obliczach. Matka Stworzenia jest zarazem Matką Śmierci i odwrotnie. Ta dwoista natura, podwójna funkcja, stawia przed nami trudne zadanie zrozumienia, co wokół nas, ponad nami i w nas powinno żyć, a co powinno umrzeć. Naszym zadaniem jest zrozumieć rytm życia i śmierci i pozwolić umrzeć temu, co musi umrzeć, a żyć temu, co powinno żyć.

KOŚCI ZOSTAŁY ZEBRANE

Wszystko zaczyna się od kości… Dlaczego są tak ważne chyba nie muszę tłumaczyć, wystarczy spojrzeć na siebie i odpowiedzieć sobie na pytanie: co by było gdyby ich nie było? Kości są naszą ostoją, zapewniają ciału kształt i oparcie, pozwalają się ruszać, ochraniają narządy wewnętrzne, tworzą chroniące organizm białe krwinki i przechowują składniki mineralne.

W naukach ezoterycznych układ szkieletowy jest przypisany planecie Saturn czyli Kronosowi, mitycznemu tytanowi, pierwszemu dawcy praw, strażnikowi porządku i władcy czasu. Każdy astrolog wie, że obieg Saturna wokół Ziemi wynosi ok. 28-29 lat i że planeta ta powstrzymuje wszystko to co chcemy osiągnąć tu, teraz, byle jak najszybciej i jak najmniejszym nakładem kosztów, za to sprzyja wszelkim długofalowym projektom, a także temu co wymaga nauki, przemyślenia, pokory i dobrej organizacji. Jest także patronem ziemi i rolnictwa, bo mimo surowości i nieprzejednanej postawy, jest sprawiedliwy. Jeżeli pozwolisz działać cyklom zmian tak jak porom roku, zawsze będziesz mogła/mógł zasiać, wyhodować, zebrać i zatrzymać ziarno na następny siew. Dla kobiet świat El río abajo río, domostwo Zbierającej Kości, jest skarbnicą bezpośredniej wiedzy o korzeniach, kiełkach, nasionach ży­cia. W Meksyku mówi się, że kobiety niosą la luz de la vida (światło życia). Źródło tego światła jest umiejscowione nie w sercu kobiety, nie w jej oczach, ale en los ovarios, w jajnikach, gdzie ziarno życia tkwiło, jeszcze zanim się urodziła. (Skoro mowa o płodności i naturze nasienia, u mężczyzn odpowiednikiem jest moszna, los cojones, jądra).(…) Symbolika nasienia i kości jest podobna. Jeśli jesteśmy w posiadaniu korzenia, źródła, podstawy, elementu pierwotnego, jeśli jesteśmy w posiadaniu siewnego ziarna, to możemy naprawić wszelkie szkody i spustoszenia, obsiać na nowo zniszczone pola, twarde nasiona zmiękczyć w wodzie, by pękły i wypuściły kiełki.

Ale symbolicznie i archetypowo kości znaczą jeszcze więcej, to one łączą nas z przeszłością, z naszymi przodkami i ich doświadczeniami. To one, z przyczyn wręcz czysto fizycznych, stanowią o niezniszczalnej sile: są twarde, bardzo powoli się rozkładają, trudno je spalić, zniszczyć, zetrzeć na proch… Dopóki mamy kości, zawsze mamy szansę się odrodzić. Nasza psychika może być skazywana na wygnanie (Brzydkie Kaczątko), okaleczana, wychładzana i głodzona (Dziewczynka z Zapałkami), siły życiowe mogą z nas wypływać tak jak krew (Sinobrody, Czerwone Trzewiczki), nasz animus może tracić siły i muskulaturę (La Llorona), ale kości są naszą esencją. I na jej bazie można odbudować to co się straciło.

Kości w baśni są kośćmi wilka, dzikiego zwierzęcia, a więc i stworzenie, które dzięki procesowi się odrodzi nie będzie podlegać nadmiernym rygorom cywilizacji. By użyć obrazowego języka uczuć — czy jesteś wilkiem czarnym lub szarym z Północy czy rudym z Południa, czy arktycznym białym — jesteś kwintesencją naturalnych instynktów. Choć niektórzy woleliby, byś była układna i nie okazywała radości, skacząc po sprzętach, byś nie rzucała się na ludzi, witając ich spontanicznie, rób tak mimo to. Co oczywiście wcale nie znaczy, że żyjąc w zgodzie ze swoją dziką naturą będziesz zła, występna, egoistyczna i niedojrzała. Wychowywanie dziecka i pokazywanie mu mechanizmów społecznych to taki sam proces uczenia go życia w otaczającym go środowisku jak w wypadku wilka i innych zwierząt, rzecz w tym by nie przesadzić z dbałością i nadmiarem wody oraz nawozu nie zniszczyć dopiero co kiełkującej rośliny. Dr E używa często wyrażenia ‘overculture’ oznaczającego mniej więcej ‘nadmiar formowania’, coś co sprawia, że czujemy się przede wszystkim, szybą, garnkiem i rzeźbą, a nie piaskiem, gliną i głazem. Poprzez zbyt wiele zakazów, nakazów i oczekiwań otoczenia zapominamy kim jesteśmy sami dla siebie, widzimy siebie oczami innych i wpadamy w poczucie winy, niską samoocenę oraz frustrację. Dlatego trzeba zanurzyć się w siebie i odwiedzić Rzekę Pod Rzeką. Raz, dwa, trzy…tyle razy ile trzeba. Ludzie oddają się medytacji, by znaleźć psychiczną równowagę. Dlatego również zajmują się psychoterapią i psychoanalizą. Dlatego analizują sny i zajmują się sztuką. Dlatego niektórzy wróżą z kart tarota, odczytują przepowiednie / Ching, tańczą, walą w bębny, grają w teatrze, szukają znaczeń w wierszach i ślą do nieba modły. Dlatego robią wszystko to, co robią. To właśnie jest zbieraniem kości. Potem trzeba usiąść przy ogniu i rozmyślać, jaką pieśń zaśpiewać nad kośćmi, jaki hymn stworzenia, jaki hymn wskrzeszenia. A wypowiadane prawdy złożą się na pieśń.

TWORZENIE ŚPIEWEM

La Loba śpiewa nad kośćmi, które zebrała. A śpiewać to znaczy mówić głosem duszy. Śpiewać to znaczy z mocą wyrazić prawdę o własnej potędze i własnym pragnieniu, tchnąć duszę we wszystko, co toczy choroba, w to, co potrzebuje odnowy. Pisałam już o moim ulubionym micie dotyczącym stworzenia świata pochodzącym z Silmarilionu J.R.R. Tolkiena, gdzie Eru oraz Ainurowie tworzą Ardę za pomocą muzyki. Śpiewanie to wyprowadzanie tego co w nas najlepsze, najszczersze i pełne zapału na zewnątrz. Robiąc to co lubimy, co przepełnia nas radością i ma dla nas samych wartość, odbudowujemy siebie, powoli przybywa nam utraconych tkanek. Najtrudniej jest zacząć, usiąść nad kośćmi i wydobyć z siebie głos, potem robi się coraz lżej, gdy na nowo pojawiają się mięśnie, otacza nas chroniąca przed zagrożeniami bariera skóry, a krew zaczyna krążyć. Powiedzenie, że każdy tworzy swoje życie ma głęboki sens. Stara kobieta śpiewa nad kośćmi, a kiedy śpiewa, kości pokrywają się ciałem. My także „stajemy się”, kiedy przelewamy duszę na kości, które zebrałyśmy.

SZACUNEK DLA PUSTYNI

My, kobiety, jak suche kości, jakże często zaczynamy od pustyni. Czujemy się zniewolone, wyobcowane, oddzielone nawet od pustynnych kaktusów. Pustynia od czasów starożytnych była miejscem poświęconym, królestwem boga Seta i obszarem, na które udawali się przyszli prorocy, by szukać wiedzy i koncentracji. Tereny pustynne cechują się tym, że każdy życiodajny składnik jest w nich wykorzystywany do maximum, życie toczy się według ustalonego rytmu (rośliny i zwierzęta aktywne są przede wszystkim rankiem i późnym popołudniem), a większość czasu spędza pod powierzchnią. Pustynia nie jest żyzna, ale nie jest też jałowa. Ponieważ nie ma warunków do bujnej wegetacji, formy życia są w niej intensywniejsze i bardziej tajemnicze, a wiele roślin, których niemal nie widać na powierzchni ma szeroki i głęboko sięgający system korzeni. Podobnie wygląda życie wielu kobiet, czy to poprzez lęk, czy samotność, czy przez traumatyczne przeżycia, czy przez to, że nie mogąc rozwijać się na górze, kierują swoje siły na rozwijanie części podziemnych. Niektóre kobiety nie chcą przebywać na psychicznej pustyni. Nienawidzą jej jałowości, słabości, ubóstwa. Uparcie usiłują uruchomić zdezelowane jeepy, by wyboistą drogą pędzić do wyimaginowanego, olśniewającego wielkiego miasta psychiki. Spotyka je rozczarowanie, bo nie znajdują tam dzikiego, bujnego życia. Kwitnie ono w świecie duchowym, w świecie pomiędzy światami, w Rio Abajo Rio, w rzece pod rzeką.

 

Stara Kobieta, Dzika Kobieta, to La voz mitológica. To mityczny głos, który zna przeszłość, starożytne dzieje i przechowuje je dla nas w opowieściach. Czasami pojawia się w snach jako bezcielesny, ale przepiękny głos.

Jako czarownica pokazuje nam, że jest różnica między tym, co uwiędłe, a tym, co zasuszone ze starości. Niemowlęta rodzą się „zasu­szone” dzięki instynktowi. Czują instynktownie, co jest dla nich do­bre i co mają robić. To wrodzony dar. Jeśli kobieta go nie utraci, je­śli w młodości zachowa zdolność „bycia starą”, a w starości — młodą, to zawsze będzie wiedziała, co nastąpi. Jeśli utraci ten dar, to może go jeszcze odzyskać celową pracą nad psychiką.

Bo wszystko zaczyna się od kości…

Robbie Robertson&Ulali ‘Mahk Jchi (Heartbeat Drum Song)’***

* Dr E określa ją następująco: Wyobraźcie sobie kwintesencję starej kobiety, mającą dwa miliony lat. To pierwotna Dzika Kobieta, żyjąca zarazem pod ziemią i na powierzchni świata. Żyje w nas i dzięki nam; otacza nas sobą. Pustynie, lasy i ziemia pod naszymi domami mają dwa miliony lat, a może nawet więcej. Podobnie Hellenowie wyobrażali sobie Gaję, ziemia była dosłownie ciałem kobiety: podłoże i roślinność stanowiły skórę, góry – piersi, a jaskinie – łono.

** Ja osobiście wyobrażam sobie ego jako małe, nadąsane i przemądrzałe dziecko. Kiedy czuję, że zanadto chce mi się ono wpieprzać w podejmowanie decyzji, całuję je w czoło i mówię, Dobrze, dziękuję za twoją opinię, ale teraz idź na długi spacer, bo muszę się nad czymś zastanowić. Wbrew temu co myślą niektórzy, sądzę, że nie ma sensu demonizować naszego „ja”. W końcu jest częścią nas samych, po co opędzać się od niego, usiłować zmienić, krzyczeć i przeganiać? Ono jest tylko niedojrzałe i nastawione na „tu i teraz” tak jak dziecko, które nie jest przecież złe, patrzy po prostu z innej perspektywy. Aby je formować, wystarczy rozsądnie wyznaczać mu granice i nie pozwolić decydować w sprawach, do których decyzja do niego nie należy.

 *** Mahk jchi tahm buooi yahmpi gidi
Mahk jchi taum buooi kan spewa ebi
Mahk jchi tham buooi yahmpi gidi
Mahk jchi taum buooi kan spewa ebi

Mahmpi wah hoka yee monk
Tahond tani kiyee tiyee
Gee we-me eetiyee
Nanka yaht yamoonieah wajitse

A hundred years have passed
Yet I hear the distant beat of my father’s drums.
I hear his drums throughout the land.
His beat I feel within my heart.
The drum shall beat
so my heart shall beat.
And I shall live a hundred thousand years.

 (http://lyrics.wikia.com/Robbie_Robertson:Mahk_Jchi_%28Heartbeat_Drum_Song%29)

 

Odcinek 6: Kobieta – Szkielet. O wyłowieniu skarbu, ucieczce przed nim i rozplątywaniu sieci

biegnaca z wilkami kobieta szkielet

KOBIETA – SZKIELET

Była raz dziewczyna, która zrobiła coś, co nie spodobało się jej ojcu. Nikt już nie pamięta dokładnie, co to było. Ojciec zawlókł ją na urwisko i zepchnął do morza. Ryby pożarły jej ciało, wygryzły oczy. Jej szkielet leżał na dnie miotany prądami.

Któregoś dnia pewien rybak wybrał się na połów. Prawdę mówiąc, wcześniej wielu przybywało do tej zatoki. Jednak ów rybak, odpłynąw­szy daleko od domu, nie wiedział, że miejscowi trzymają się od niej z daleka, powiadając, iż jest nawiedzana przez duchy.

Hak rybaka zanurzył się w wodzie i zaczepił o żebro szkieletu dziewczyny. Rybak pomyślał: „To musi być wielka ryba! Mam szczęście!” Już się cieszył, ilu ludzi wykarmi swą wielką zdobyczą, myślał, na jak długo wystarczy mięsa i że wreszcie odpocznie od wypływania w morze. Gdy mocował się z wielkim ciężarem, morze zakipiało, a kajak się zatrząsł i podskoczył, bo ta, która była pod wodą, walczyła, by się wyzwolić z liny. Im bardziej się mocowała, tym ciaśniej krępowała ją lina. Choć się szamotała, hak zaczepiony o żebro nieubłaganie ciągnął ją w górę.

Rybak obrócił się, żeby wybrać sieć, nie zauważył więc łysej czaszki nad falami, nie widział małych korali iskrzących w oczodołach, nie widział skorupiaków na starych, jak z kości słoniowej, zębach. Kiedy się odwrócił od sieci, straszna postać wypłynęła na powierzchnię i za­wisła zaczepiona zębami o burtę kajaka.

Mężczyzna krzyknął i serce podeszło mu do gardła, z przerażenia wywrócił oczami, do uszu buchnęła krew. Wrzeszczał i wiosłem ze­pchnął ją z dzioba, po czym jak szalony zaczął wiosłować w kierunku brzegu. Nie wiedząc, że zaplątała się w jego linę, wpadł w jeszcze większe przerażenie, bo wydawało się, że stanęła na palcach i goni za nim do brzegu. Kręcił kajakiem na wszystkie strony, lecz ciągle była tuż za nim, jej oddech toczył się po wodzie obłokami pary, a ramiona machały, jakby chciały go złapać i pociągnąć w toń.

Mężczyzna wył przeraźliwie, dobijając do brzegu. Jednym susem wyskoczył z kajaka, biegł, kurczowo ściskając wędkę, a koralowobiały szkielet kobiety, wciąż zaplątany w linkę, klekotał tuż za nim. Gnał po skałach, a ona za nim. Gnał przez przemarzniętą tundrę, a ona za nim. Gnał po mięsie suszącym się na brzegu, rozdeptując je na kawałki, rozdzierając buty z foczej skóry.

Przez cały czas Kobieta-Szkielet była tuż za nim, chwytając w biegu zamarznięte ryby. Zaczęła je zjadać, bo nie pożywiała się od bardzo, bardzo dawna. Wreszcie myśliwy dotarł do swego igloo, zanurkował do tunelu i opierając się na rękach i kolanach, wczołgał do wnętrza. Dysząc i szlochając, położył się w ciemności, a jego serce waliło jak potężny bęben.

— Bezpieczny, jestem bezpieczny, dzięki, o bogowie, dzięki ci, Ravenie, dzięki, szczodra Sedno, bezpieczny… nareszcie.

Ale kiedy zapalił lampkę z oleju wieloryba ona… to coś… leżało w nieładzie na śniegowej podłodze z piętą na ramieniu, kolanem w klat­ce piersiowej, stopą na łokciu. Nie wiedział potem, co go do tego skło­niło, może blask światła, który zmiękczył jej rysy, a może fakt, że był samotnym człowiekiem. Dość powiedzieć, że poczuł jakąś tkliwość — powolutku wyciągnął umorusane dłonie i przemawiając miękko, nucąc jak matka do dziecka, zaczął wyplątywać ją z liny.

Najpierw uwolnił palce stóp, potem kostki. Mozolił się długo w noc, aż wszystkie kości ułożył w odpowiednim porządku, po czym ubrał ją w futro, żeby nie zmarzła.

Po omacku znalazł krzesiwo i dołożył do ognia własnych włosów, żeby lepiej widzieć. Spoglądał na nią od czasu do czasu, kiedy nacierał oliwą cenne drewno wędki i przewijał linkę. A ona, okutana futrem, nie przemówiła słowem — nie śmiała — bojąc się, żeby myśliwy nie wyrzucił jej na skały i nie połamał jej kości na kawałki.

Myśliwy poczuł senność, wślizgnął się pod skóry i zaczął śnić. Czasami ludzie płaczą we śnie. I choć nie wiemy, co im się wtedy śni,  to pewnie być sen pełen smutku lub tęsknoty. To właśnie zdarzyło myśliwemu.

Kobieta-Szkielet w blasku ognia ujrzała tę błyszczącą łzę i na jej widok poczuła ogromne pragnienie. Klekocząc, poczołgała się w stronę śpiącego mężczyzny i przytknęła usta do łzy. Ta jedna łza przemieniła się w rzekę, z której piła i piła i piła, dopóki nie ugasiła wieloletniego pragnienia.

Leżąc tak przy nim, sięgnęła w głąb piersi śpiącego i wyjęła mu serce, potężny bęben. Usiadła i zaczęła weń uderzać rytmicznie z obu stron, bum, bum, bum!

Bębniąc, zaczęła śpiewać: — Ciało, ciało, ciało, niech powróci do mnie ciało. Im dłużej śpiewała, tym więcej przybywało jej ciała. Wy­śpiewała włosy, bystre oczy i ładne, pulchne dłonie. Wyśpiewała kobie­cość między nogami, duże, ciepłe piersi i wszystko, czego potrzeba kobiecie.

A kiedy skończyła, śpiewem zdjęła ze śpiącego ubranie i położyła się przy nim, skóra przy skórze. Oddała mu serce, ten wielki bęben, włożyła je na miejsce i tak się potem obudzili, owinięci sobą, splątani po wspólnej nocy już w inny sposób, dobry i trwały.

Ludzie, którzy już nie pamiętają, dlaczego najpierw spotkał ją tak zły los, powiadają, że odeszła z rybakiem. Nigdy nie brakło im jedzenia, bo morskie stworzenia, które znała, żyjąc pod wodą, zawsze dostarczały im pożywienia. Mówią, że to prawda i że nic więcej nie wiedzą.

————————————————————-

Kobieta, którą cechuje dzika natura, nie ma łatwego zadania jeżeli chce znaleźć sobie towarzysza. Tymczasem w naturze, wilki często łączą się w pary, które zostają ze sobą na całe życie. Nawet jeśli zdarzają się między nimi waśnie i nieporozumienia, to wspólnie przeżywają surowe, mroźne zimy, bujne wiosny, dalekie wędrówki, nowe potomstwo, ataki od­wiecznych prześladowców, tańce plemienne i grupowe śpiewanie. Potrzeby ludzi są niemal identyczne. U zwierząt odbywa się to instynktownie, u ludzi zazwyczaj jest trudniejsze. Związki ludzkie z różnych przyczyn mogą być oderwane od cyklu Narodzin – Śmierci – Odrodzenia. W naszym kręgu kulturowym w praktyce wygląda to w ten sposób, że pobierają się młodzi ludzie, często nie mieszkając wcześniej ze sobą (albo co gorzej w związku z tzw. „wpadką”), a dodatkowo zdarza się, że składają sobie przysięgi „i nie opuszczę cię do końca życia” nie zdając sobie sprawy, że w dzisiejszych warunkach oznacza to bycie ze sobą przez czterdzieści – pięćdziesiąt lat. Jest jedno wydarzenie na początku, huczny ślub, na który idzie mnóstwo pieniędzy, a potem młodzi zostają sami ze sobą, pojawiają się problemy finansowe, opieka nad dziećmi, rutyna itd. Po kilku, kilkunastu latach dwoje ludzi, którzy kiedyś byli sobą zauroczeni, nagle odkrywa, że łączą ich potomstwo i finanse, ale już nie uczucia. Tymczasem związek jest tak jak roślina, trzeba o nią dbać i nie ustawać w pielęgnacji. To że kończy się jedna faza, nie oznacza że relacja umiera. Po zimie nadchodzi czas odrodzenia, kiedy roślina wypuszcza na nowo liście i ponownie zakwita. Rytm Narodzin – Śmierci – Odrodzenia ludzkość zna od czasów starożytnych, kiedy wraz z rozwojem rolnictwa i obserwacją pór roku trafił on do mitów. Jest to cykl budzenia się do życia, rozwoju, starzenia się i śmierci, po której zawsze następuje odrodzenie. Cykl ten dotyczy życia fizycznego i wszystkich aspektów życia psychicznego. Wszystko — słońce, supernowe, księżyc, wszystkie sprawy istot ludzkich oraz najmniejszych bytów, nie wyłączając komórek i atomów, podporządkowuje się prze­miennym rytmom rodzenia i zamierania.

Ale my nie zwracamy już uwagi na starożytne mity, tylko oglądamy disnejowskie wersje baśni albo hollywoodzkie opowieści o pseudo-wampirach, gdzie gubi się głębszy sens, postacie stają się płaskie i właśnie takie kreskówkowe, a wszystko jest komercyjnie podane pod określony target czyli nastolatki. W mądrych, pouczających opowieściach miłość rzadko jest przedstawiana jako romantyczne schadzki dwojga zakochanych. Może warto wyjść jednak poza nasz krąg kulturowy i poznać punkt widzenia na relację ludów, które żyją w surowych warunkach, gdzie przetrwanie zależy od zaufania i wzajemnej pomocy. Aby ją zrozumieć, trzeba wiedzieć, że tam, gdzie myśliwska społeczność walczy o przetrwanie pod presją nieprzyjaznych, surowych warunków naturalnych, miłość nie ma nic wspólnego z flirtem ani pogonią za przyjemnościami ego, ale jest namacalnym węzłem opartym na wytrwałości i cierpliwości, węzłem, który potrafi przetrwać czasy dostatku i niedostatku, najtrudniejsze i najprostsze dni i noce. Jednak aby taką więź stworzyć, trzeba stanąć przed Panią Śmierci czyli Zmianą, stawić jej czoła i rozpocząć cykl na nowo. W większości kultur cywilizacji zachodniej pierwotne pojęcie istoty Śmierci tak długo obrastało w rozmaite dogmaty i doktryny, że zostało całkowicie odseparowane od swej drugiej połowy, Życia. Jeden z najważniejszych, najbardziej podstawowych aspektów natury zaczął być pojmowany fałszywie i w okaleczonej postaci. Narasta przekonanie, że po śmierci może nastąpić tylko jeszcze więcej śmierci. To nieprawda, w śmierci bowiem istnieje zalążek nowego życia, nawet jeśli czyjeś istnienie zostało zredukowane do szkieletu. Życie i Śmierć współistnieją ze sobą, mamy jednak wewnętrzną czy nawet podświadomą obawę przed zaangażowaniem w związek wiedząc, że coś się w nim kończy.

Może to wynikać z obrazu śmierci jaki mamy zakodowany w umysłach, jako szkieletu z kosą i upiornym uśmiechem tańczącego danse macabre, który zbiera żniwo wśród tych co nie znają dnia ani godziny zostawiając za sobą stosy trupów. Tymczasem w kulturach pierwotnych, których elementy nadal istnieją w opowieściach i baśniach, śmierć jest zintegrowana z życiem tak jak jest to odzwierciedlone w naturze: po ciepłych dniach przychodzą zimne, a po nich znowu ciepłe, z ziarna wyrasta roślina, zakwita, wydaje ziarno, więdnie, ale z jej ziarna wyrasta nowa, itd. Widać to w wielu kulturach, bardzo często boginie wojny (czyli Śmierci) były także boginiami płodności (czyli Życia), planeta Wenus* była postrzegana jako Gwiazda Wieczorna (aspekt schodzenia-śmierci) i Gwiazda Poranna (aspekt wchodzenia-narodzin). W dużej mierze wiedza o istocie Życia-Śmierci-Życia jest skażona strachem przed śmiercią. Z tego powodu nie potrafimy się dostroić do jej cykli. A jednak jej siły nie kierują się przeciwko nam. To nie rabuś, który grabi nas z rzeczy nam drogich. To nie szalony pirat drogowy, który miażdży wszystko, co cenimy. Siły Życia-Śmierci-Życia są częścią naszej własnej natury, częścią wewnętrznego źródła wiedzy, które zna kroki tańca Życia i Śmierci. Składają się z tych aspektów nas samych, które znają czas życia i czas śmierci. To głęboko ukryta nauczycielka i przewodniczka, trzeba tylko dostosować się do jej tempa. (…) Niestety, nasza kultura często nakłania do zrzucania Kobiety-Szkieletu z urwiska, bo nie dość, że budzi ona grozę, to w dodatku zbyt dużo czasu trzeba, by nauczyć się jej zwyczajów i praw. Bezduszny świat zmusza do histerycznego miotania się w poszukiwaniu tej jedynej lampki, która zapali się natychmiast i na zawsze. Jednak żeby ten cud, na który czekamy, mógł nastąpić, potrzeba czasu; trzeba czasu, by tę lampkę odnaleźć, trzeba czasu, by tchnąć w nią życie. Współczesne poszukiwanie perpetuum mobile ściga się z poszukiwaniem wiecznej machiny miłości. Nie można się dziwić, że ludzie usiłujący kochać czują zamęt i udrękę, tak jak w baśni  Czerwone Trzewiczki , i nie mogąc powstrzymać obłąkańczych pląsów, wirując, omijają rzeczy, które w głębi serca najbardziej cenią.

Opowieść o Kobiecie – Szkielecie dosłownie obrazuje etapy, które trzeba przejść aby rozwinąć w sobie prawdziwą miłość do drugiego człowieka: przypadkowe znalezienie skarbu, chociaż najczęściej nie zdaje się sobie samemu z tego sprawy, potem następuje faza pogoni i ukrywania się, następnie rozplątanie z więzów i okazywanie współczucia, a następnie ufność, leczenie starych ran i zdolność do spokojnego snu w obecności drugiej osoby, a na końcu tworzenie nowego, wspólnego życia kierując się sercem.

POCZĄTKOWA FAZA MIŁOŚCI

Początek legendy jako żywo przypomina mit o Sednie, która według podań inuickich (eskimoskich) uciekła z domu do mężczyzny, który obiecał jej dostatnie życie. Jej rozgniewany ojciec w czasie burzy wyrzucił ją z kajaka i odrąbał ręce, aby nie mogła się wspiąć z powrotem. Sedna pogrążyła się w morskiej otchłani, z jej dłoni powstały ryby i inne stworzenia morskie, którymi żywią się Inuici, a reszta ciała opadła na dno morskie i osiadła w podwodnych jaskiniach. Szamani nurkują do niej, aby przebłagać Sednę i uprosić ją o uleczenie duszy i ciał oraz o urodzaj w czasie polowań morskich.

Baśnie na całym świecie rozpoczynają się od motywu znalezienia przez bohatera skarbu, bardzo często jest on wyławiany z wody (jak chociażby znana wszystkim opowieść o Złotej Rybce), która jest uniwersalnym symbolem uczuć i podświadomości. Motyw rybaka w archetypowej symbolice ma wiele wspólnego z obrazem myśliwego. Oba reprezentują, między wieloma innymi rzeczami, te elementy ludzkiej psychiki, które poszukują wiedzy i dokonują wysiłku, by pielęgnować jaźń przez jedność z instynktem. Rybak nie zdaje sobie sprawy z tego, co zaplątało się w jego sieci, nie rozumie co to za skarb, jego postrzeganie jest ograniczone do poziomu ego, codziennego i operacyjnego**, ma tylko nadzieję, że to wielka ryba, dzięki której nasyci głód. Ludzie, którzy nie wiedzą, co robią, wobec miłości przyjmują postawę właśnie taką, jaką rybak w opowieści przyjmuje wobec swej zdoby­czy: „Złowić coś wielkiego, coś, co wystarczy na długo, coś, co będzie mnie podniecać, ułatwiać mi życie, coś, czym mógłbym się chwalić przed innymi myśliwymi, kiedy wrócę do domu”.(…)To naturalny tok myślenia naiwnego, prostodusznego lub bardzo wygłodzonego myśliwego. Ludzie bardzo młodzi, którzy jeszcze nie przeszli inicjacji, ludzie wygłodzeni, zranieni cenią sobie wartości, które wynikają z odnajdywania lub zdobywania trofeów. Ci bardzo młodzi zupełnie nie wiedzą, czego w życiu szukają, głodni walczą o przetrwa­nie, a zranieni szukają zadośćuczynienia za dawne straty.

 Na dłuższą metę nie da się działać wyłącznie na poziomie codziennym i operacyjnym, dusza prędzej czy później upomni się o swoje. Nie da się żyć bazując tylko na pracy, romansach czy zdobywaniu kolejnych sum albo stanowisk, to jest pokarm dla ego, ale dusza się tym nie wyżywi. Można ją oszukiwać pracą, romansami i zdobywaniem tak jak oszukuje się organizm gotowym, zafoliowanym jedzeniem, ale w końcu ciało zbuntuje się i pogarszająca się kondycja sprawi, że będziesz musiał się ruszyć do kuchni i własnoręcznie przyrządzać zdrowe posiłki. W gruncie rzeczy są chwile, kiedy chcielibyśmy dostawać jeść, zupełnie nic nie robiąc. W rzeczywistości dobrze wiemy, że nic, co ma jakąkolwiek wartość, w ten sposób powstać nie może. A jednak życzymy sobie tego. Taką sytuacją z punktu widzenia psychiki jest oczekiwanie na miłość idealną i często jest tak, że właśnie te osoby, natrafiają na skarb, który wprawi ich w przerażenie i skonfrontuje z własną naiwnością czy wcześniejszym zranieniem.

Wszelkie relacje jakie tworzymy ze światem zewnętrznym wymagają od nas mądrości, której albo sami nie mamy, albo nie ma osoba, której ofiarowaliśmy nasz skarb. Większość z nas ma za sobą mało udane związki, które nadwątlają naszą wiarę w trwałe, prawdziwe uczucie. Używając określeń ekonomicznych miłość jest naszym emocjonalnym kapitałem, idziemy z nim do innej osoby jak z pieniędzmi do banku. Jeżeli jeden splajtuje, to zanosimy to co zostało do drugiego, jeżeli on też splajtuje to idziemy do trzeciego, ale jeżeli i ten upadnie to w którymś momencie zaczyna nam brakować i samego kapitału emocjonalnego, i ochoty na powierzanie go komukolwiek. Zresztą w ogóle chyba nie zdajemy sobie sprawy z tego jak wiele możemy dać swoją obecnością drugiemu człowiekowi (na planie uczuciowo – duchowym, wcale nie materialnym). Każda relacja to wejście w świat innej osoby, gdzie możemy zachować się albo jak budowniczy, albo jak podróżnik, albo jak złodziej, albo jak wandal. Bardzo często zachowujemy się jakbyśmy przyszli tam na imprezę, zabawić się, spróbować nowości, znaleźć rozrywkę, a potem się ulotnić i nie myśleć jak będzie to miejsce wyglądało bez nas. Okaleczamy w ten sposób kolejne Sedny, które oddają swój skarb, a potem tracą dłonie, a wraz z nimi zdolność działania i chęć kochania. Jakaś część psychiki każdej kobiety i każdego mężczyzny nie chce przyjąć do wiadomości, że we wszystkich związkach miłosnych Śmierć ma rolę do odegrania. Udajemy, że miłość jest możliwa bez śmierci naszych złudzeń, bez śmierci płytkich zachcianek; udajemy, że posuwamy się naprzód i nasze ulubione porywy nigdy nie przeminą. Ale kiedy kochamy, wszystko w psychice zostaje przewrócone do góry nogami. Ego nie umie się z tym pogodzić. Jednak tak właśnie ma być, a człowiek o głębokiej, dzikiej naturze bez wątpienia godzi się na to. Co ginie w związku dwojga ludzi? Giną iluzje, nadzieje, żądza posiadania wszystkiego naraz, ginie pragnienie posiadania samego tylko piękna. Ponieważ miłość zawsze wiąże się także ze zstąpieniem w istotę śmierci, rozumiemy, dlaczego trzeba tak wielkiego hartu i wrażliwości, by zaangażować się uczuciowo. Kiedy całym jestestwem poświęcamy się miłości, głęboko angażujemy się też we wskrzeszenie istoty Kobiety-Szkieletu i jej wszystkich nauk. Rybak w opowieści bardzo opornie zaczyna zdawać sobie sprawę z prawdziwej natury tego, co złowił. Tak jest na początku ze wszystkimi. Trudno zrozumieć, co się naprawdę robi, kiedy wyrusza się na połów do nieświadomości. Ludzie niedoświadczeni nie mają pojęcia, że pod wodą, na dnie, żyje Śmierć. Zorientowawszy się, z czym mają do czynienia, w pierwszym odruchu chcą wyrzucić ją z powrotem za burtę. Stają się jak mityczni ojcowie, którzy swe niepokorne córki spychają z kajaków w morskie fale.

To co ginie między dwojgiem ludzi odrodzi się w nowej formie, ale na tym etapie nie są oni jeszcze tego świadomi. Gdy opada pierwszy entuzjazm, kiedy mają stawić czoła wyzwaniom życia codziennego, kiedy zaczyna do nich docierać ogrom i moc tego co znaleźli, rzucają się do ucieczki. Jeśli kochankowie z uporem wypełniają życie wymuszoną wesołością, nieustającą rozrywką i przyjemnościami, jeśli wypalają się, „żyjąc intensywnie”, jeśli rzucają się w wir seksu albo delektują się życiem, unikając wszelkich konfliktów, to wówczas istota Życia-Śmierci-Życia spada z urwiska w dół i na powrót tonie w morzu. Jeśli do związku miłosnego nie dopuszcza się cykli życia i śmierci, to wszystko, co symbolizuje Kobieta-Szkielet, zostaje wyrzucone z psychicznego domostwa i opada na dno. Po czym miłość dwojga ludzi wkracza na drogę pozorów i wymuszenia: „Precz ze smutkiem, bawmy się”. Za wszelką cenę chcą utrzymać ten stan. Dusza związku zanurza się i znika w kipieli wodnej; będzie dryfować pod wodą, bez czucia, jałowa, bezużyteczna. Kobieta-Szkielet spada z urwiska zawsze wtedy, gdy kochankowie nie mogą jej znieść albo jej nie rozumieją. Zostaje zrzucona z urwiska, kiedy błędnie pojmują sens cykli przeobrażenia: nie mogą się rozeznać, kiedy coś powinno umrzeć, by na jego miejscu wyrosło coś nowego. Jeśli kochankowie nie potrafią dostroić się do procesów Życia-Śmierci-Życia, to ich wzajemne uczucie nie może być niczym więcej jak burzą hormonów. Zrzucenie tej tajemniczej istoty z urwiska zawsze sprawia, że i zakochana kobieta, i uczucia mężczyzny stają się szkieletami pozbawionymi prawdziwej miłości i pożywienia. Ponieważ kobieta częstokroć uważnie obserwuje i wyraźnie odczuwa cykle biologiczne i emocjonalne, cykl życia i śmierci znajduje się w centrum jej zainteresowań. A ponieważ niewiele nowego może się narodzić, dopóki nie nastąpi rozkład tego, co żyło wcześniej, kochankowie, którzy pragną wydobyć z siebie maksymalne iskrzenie, żyć na maksymalnych obrotach, będą pędzić dzień za dniem w coraz bardziej skostniały związek. Próba zmuszenia miłości do trwania wyłącznie w pozornie najbardziej pozy­tywnej formie powoduje odwrotny skutek; miłość pada bez życia, i to na zawsze.

skeleton-woman

Kobieta – Szkielet wypływa na powierzchnię mimo że wolelibyśmy, aby tkwiła na morskim dnie i nie przeszkadzała nam w radości i uciechach. Jednak jest tym co prędzej czy później i tak pojawia się w każdej relacji międzyludzkiej, wyzwaniem i czasem nabywania mądrości bez których związek nie nabierze głębi. Widzę u zakochanych, niezależnie od płci, powtarzające się zjawisko. Dwoje ludzi zaczyna taniec, by sprawdzić, czy potrafią się poko­chać. Niespodziewanie zaczepiają o Kobietę-Szkielet. Coś między nimi zaczyna się kurczyć i pogrąża się w chaosie. Często bolesna rozkosz seksualnego podniecenia stygnie, partnerzy zaczynają dostrzegać swoje słabości i nie wyleczone urazy albo stwierdzają, że to drugie „nie jest odpowiednim materiałem na trofeum”. I to jest właśnie moment, kiedy łysa, bardzo stara dziewczyna o pożółkłych zębach wypływa na powierzchnię. Brzmi to makabrycznie, ale jest to najdonioślejsza chwila — sposobność do wykazania się odwagą i poznania miłości. Kochać znaczy wytrwać i zostać. Kochać znaczy opuścić świat fantazji i wejść w świat, w którym możliwa jest trwała, realna miłość. Twarz w twarz, kość w kość, miłość pełna oddania. Kochać znaczy zostać, kiedy każda komórka woła „uciekaj!”(…)Podczas ponad dwudziestu lat praktyki terapeutycznej nieraz przyjmowałam mężczyzn i kobiety, którzy opadali na sofę jednocześnie uszczęśliwieni i spłoszeni: „Spotkałem (spotkałam) kogoś. Wcale tego nie chciałam, zajmowałam się swoimi sprawami, nie szukałam nikogo — i nagle! pojawia się Ktoś przez wielkie K. Co mam robić?” Brnąc dalej w związek, zaczynają tchórzyć. Kulą się w sobie, denerwują. Czy boją się o uczucie tej drugiej osoby? Ależ nie. Drżą ze strachu, bo zaczynają dostrzegać łysy czerep wśród fal ich namiętności. Rety! Co robić? Mówię, że to magiczny czas. To ich nie uspokaja. Mówię, że niedługo zobaczą coś cudownego. Nie chcą wierzyć. Mówię, żeby nie rezygnowali, i to jakoś im się udaje, choć z trudem. Zanim się zorientuję, oni wiosłują coraz szybciej w małej łódeczce swej miłości. Chybocząc, docierają do brzegu i błyskawicznie zaczynają uciekać, by ratować życie; ja, ich psychoanalityk, usiłuję dotrzymać im kroku i wtrącić swoje trzy grosze, a za nami, sami zgadnijcie, kto pędzi drogą z suchym klekotem. U większości ludzi pierwsza konfrontacja z Kobietą-Szkieletem wywołuje impuls, by uciekać z prędkością wiatru, daleko, dokąd nogi poniosą. Ale nawet ta ucieczka jest elementem naszej drogi do miłości. Uciekać jest rzeczą ludzką, byle nie za długo, nie na zawsze.

I tu ważna konstatacja: należy zwrócić uwagę, że w baśni do fizycznego kontaktu rybaka i dziewczyny dochodzi dopiero w ostatniej fazie, kiedy wypełnią się wszystkie cykle. I dlatego jest to opowieść o miłości, a nie o konsumpcji. Z naszej opowieści wynika, że oddanie ciała jest jedną z ostatnich faz miłości. Tak powinno być. Dobrze jest opanować po mistrzowsku pierwsze fazy spotkania z naturą Życia-Śmierci-Życia, a kontakt cielesny odłożyć na koniec. Zawsze przestrzegam kobiety, żeby nie wiązały się z ludźmi, którzy po przypadkowym złapaniu na haczyk od razu rzucają się na ich ciało. Trzeba nalegać na przejście wszystkich faz. Wówczas ta ostatnia sama zadba o siebie, czas jedności ciał nadejdzie w stosownej chwili. Zgadzam się tu z dr. E nie jako ktoś, kto wierzy w nakazy i zakazy wynikające z religii i kultury (bo w nie w większości nie wierzę ), ale jako ktoś kto obserwuje i czerpie z doświadczeń własnych i innych: kontakt fizyczny jest nam potrzebny, to taki sam instynkt jak głód czy pragnienie, ale tak jak jedzenie może być albo pożyteczne, albo szkodliwe dla zdrowia tak samo jest z seksem i erotyką. Nie na darmo w języku polskim przystojnego mężczyznę określa się jako ‘ciacho’. Ciacho jest słodkie i uwalnia w mózgu wydzielanie hormonów szczęścia, ale jest też pełne kalorii i tłuszczu. Ciastko to deser, który spożywa się po właściwym posiłku, bo wtedy jesteśmy już najedzeni i dostarczyliśmy naszemu ciału składniki odżywcze, które zapewnią funkcjonowanie, wzrost i rozwój. Nie da się żyć o samych ciastkach. Organizm prędzej czy później zareaguje cukrzycą, nadwagą i podwyższonym ciśnieniem. Jeżeli zaraz na początku znajomości konsumuje się ją, to co zostaje dalej? Kiedy połączenie dwojga ludzi zaczyna się od fazy cielesnej, na proces spojrzenia w twarz naturze Życia-Śmierci-Życia nie jest jeszcze za późno, ale wymaga to o wiele więcej determinacji. To cięższa praca, ponieważ trzeba odciągnąć od cielesnych zachcianek żądne przyjemności ego, żeby zbudować fundamenty.

To nie oznacza, że musimy czekać w nieskończoność albo trzymać się sztywno reguł religii i kultury („dopiero po ślubie”). Nasza natura sama wyczuje odpowiedni moment. Jednak trzeba pamiętać, że kontakt intymny z innym człowiekiem otwiera nas na niego energetycznie, mentalnie i uczuciowo, nawet jeżeli chce się potraktować go jako przygodę na jedną noc. Zwłaszcza od kobiet sex wymaga dosłownie oddania się. Idąc drogą jaką podąża kobieta o dzikiej naturze trzeba się zapytać samej siebie, ‘Jeżeli się otworzę to co dostanę w zamian?’, ‘Czy to mnie wzbogaci, doda mojemu życiu radości i energii?’, ‘A może wprost przeciwnie, może ta osoba zrabuje moją ufność, nie da nic w zamian i ulotni się?’  itd. Trzeba się zastanowić czy to czego pragniemy jest na naszym szwedzkim stole tak jak już była o tym mowa w analizie baśni o Wasylisie. Albo inaczej: trzymając się terminologii żywieniowej, wyobraźmy sobie, że idziemy ulicą pełną restauracji oraz kawiarni i czujemy głód. Chcemy zjeść posiłek, który będzie zarówno zdrowy jak i smaczny, ale nie wiemy gdzie znajduje się restauracja, w której serwuje się takie posiłki, podobno jest gdzieś na końcu ulicy, ale tak dokładnie nikt nie wie. Jesteśmy głodni, a z restauracji dochodzą smakowite zapachy, więc wchodzimy do jednej z nich i zjadamy fast food. Na chwilę czujemy się najedzeni i zadowoleni, bo fast food jest pełen tłuszczu, przekaźnika smaku, który sprawia, że czujemy błogość. Jednak w fast foodzie nie ma wartości odżywczych i prędzej czy później ogarniają nas wyrzuty sumienia, że konsumujemy śmieciowe jedzenie zamiast szukać restauracji ze zdrowym i smacznym menu. Wychodzimy więc z powrotem na ulicę i szukamy dalej, ale prędzej czy później znowu dopada nas głód i znowu wchodzimy do baru z fast foodem. Jeżeli jednak odczuwamy łączność z naszym instynktem i intuicją, to w pewnym momencie przestajemy tam zaglądać, bo jedzenie fast foodu jest jak napędzanie błędnego koła: przestaje się poszukiwać prawdziwego smaku, aromatu i sztuki w posiłku, ponieważ nasze zmysły są stępione bezwartościowym jedzeniem, a chemiczne i konserwujące substancje przemysłowe, jakimi jest ono napakowane, sprawiają, że ludzie nieświadomie uzależniają się od niego . Idziemy więc dalej ulicą, próbując wmówić sobie, że nie czujemy głodu, i wtedy nagle, niespodziewanie tuż przed naszymi oczyma wyrastają drzwi restauracji, której szukaliśmy. Czujemy apetyczny zapach, obsługa jest bardzo miła i sprawna, z głośników słychać naszą ulubioną muzykę, widzimy jak kucharz przyrządza dla nas posiłek ze świeżych, pachnących i apetycznych produktów.

Dokładnie tak samo jest z ludźmi, z którymi wchodzimy w relacje. Możemy „skonsumować” ich szybko i bez specjalnej uwagi tak jak fast food, ale to fałszywa dieta, która nie nakarmi naszej duszy ani potrzeby kochania. Tak jak w baśni o Czerwonych Trzewiczkach będziemy uganiać się za coraz to nowszymi atrakcjami i wpadać w coraz większą frustrację, że nie ma przy nas kogoś, kto nie potrzebuje, żebyśmy byli non-stop sexowni i atrakcyjni. Może być tak, że znajdziemy restaurację, gdzie serwuje się zdrowe i pyszne posiłki, ale jest już tak dużo gości, że my do niej nie wejdziemy – tak właśnie dzieje się, kiedy spotykamy kogoś z kim świetnie się dogadujemy, ale kto jest już w związku. Nie pozostaje nam nic tylko chodzić i szukać. Ale według biblijnego zapewnienia „Szukajcie aż znajdziecie” warto, bo seks tak jak jedzenie i picie jest źródłem energii i dla ciała, i dla ducha. Warto tu zwrócić uwagę, że to zachodnia kultura i przemysł rozrywkowy kładą nacisk na ten aspekt szybkiej konsumpcji, w innych kulturach (jeszcze) toczy się to innym trybem. Tym, co oddaje cykliczność i stały, nie przyspieszany sztucznie rozwój związku jest seks tantryczny ,  który jest wyraźnie dostosowany do natury kobiety poprzez koncentrowanie się na czułości, powiązaniu uczuć z ciałem i spokojnym, wręcz powolnym tempie. Takich doznań nie będzie się miało z mężczyzną, który pragnie erotycznego fast foodu, sex tantryczny wymaga stabilnego budowania relacji, ‘chodzenia i szukania restauracji’ czyli cierpliwości i niezrażania się poprzednimi niepowodzeniami, ale tak jak to już określiła dr E, jeżeli pragnie się prawdziwej miłości to trzeba wyjść poza ego.

Z tych samych przyczyn nie powinno się także legalizować związku w trakcie trwania tej wczesnej fazy

POGOŃ

Kobieta – Szkielet nie jest jak Złota Rybka, nie daje się spławić z powrotem do morza, nie spełnia życzeń i wcale nie jest wdzięczna. To ona żąda od rybaka uwagi i akceptacji przy całej swojej straszności i nieprzewidywalności, a na dodatek często wypływa akurat w momencie, kiedy wszystko świetnie się układa i już mamy wrażenie, że stworzyliśmy dobry, stabilny związek. Nagle zaczynają się wykręty, tłumaczenie, że to nie ma sensu, próby racjonalizowania, dlaczego związek nie ma prawa się udać. Kiedy uczymy się kochać prawdziwie, z począt­ku popełniamy mnóstwo błędów. Sądzimy, że kochanek czy kochan­ka chcą nas osaczyć, tymczasem prawda jest inna: to pragnienie zespo­lenia się z drugim człowiekiem w ten jedyny, szczególny sposób powo­duje, że szkielet łapie się na haczyk i nie może się od nas oderwać. Kiedy rodzi się miłość, siły Życia-Śmierci-Życia wypływają na powierzchnię. Zawsze. (…) Faza ucieczki i ukrywania się w miłości to czas, kiedy kochankowie próbują racjonalizować lęk przed cyklami miłości, cyklami Życia–Smierci-Życia. Mówią: „Będzie mi lepiej z kimś innym”, „Nie chcę porzucać tego czy tamtego”, „Nie chcę zmieniać niczego w moim życiu”, „Nie chcę patrzeć na rany, ani swoje, ani innych”, „Jeszcze nie jestem gotowa”, „Nie chcę się zmieniać, dopóki szczegółowo się nie dowiem, w kogo się zmienię”. Tak naprawdę nie uciekamy przed naszym kochankiem/kochanką tylko przed Zmianą i naszym lękiem przed nim. Psychologia rozpoznaje to jako lęk przed bliskością, lęk przed zaangażowaniem. Ale to tylko symptomy. Głęboko u ich podłoża leży niedo­wierzanie i nieufność. Ci, którzy wiecznie uciekają, boją się tak napra­wdę żyć według cykli dzikiej, integralnej natury. Śmierć goni mężczyznę po wodzie, przez granicę między nieświadomością a pewnym gruntem świadomego umysłu. Świadomość zdaje już sobie sprawę, co złowiła, i rozpaczliwie próbuje przed tym umknąć. W życiu stale tak robimy. Coś straszliwego podnosi głowę. Nie dostrze­gamy tego i ciągniemy linkę, sądząc, że to wielka zdobycz. Owszem, to prawdziwa gratka, ale zupełnie innego rodzaju, niż się spodziewamy. To skarb, którego — na nasze nieszczęście — nauczono nas się bać. Bierzemy więc nogi za pas albo wyrzucamy łup, albo też staramy się go upiększyć i udawać, że jest czymś innym. Ale to nic nie daje. Musi przyjść chwila, kiedy dopadnie nas pocałunek potwora. To samo zjawisko towarzyszy miłości. Pragniemy tylko piękna, ale kończy się na tym, że stajemy oko w oko z ohydą. Odpychamy upiornego kościotrupa, ale on ciągle wlecze się za nami. Zrywamy się do biegu. On biegnie za nami. To świetny nauczyciel i zawsze twierdziliśmy, że chcemy go mieć. „Nie, to nie ten” — piszczymy przeraźliwie, kiedy się pojawia. Niech przyjdzie ktoś inny. Nic z tego. Właśnie ten nauczyciel należy się każdemu. I jak mówi przysłowie: kiedy uczeń jest gotowy, pojawia się nauczyciel. Gotowa jest dusza, a nie ego, bo ego nigdy nie będzie gotowe. Ego nie koncentruje się na głębi. Ego cieszy się rozrywką i próbuje na siłę ją zatrzymać. Ego boi się, że kiedy zaakceptujemy naturę Życia-Śmierci-Życia, nigdy już nie będziemy szczęśliwe. A czy dotąd rzeczywiście byłyśmy tak doskonale szczęśliwe? Otóż nie. Jednak nierozwinięte ego jest prymitywne, prostoduszne jak nie usocjalizowane dziecko, nieszczególnie zresztą radosne; przypomina dorosłe dziecko, które cały czas poluje na największą kromkę, najwygodniejsze łóżko, najprzystojniejszego faceta. Trzy rzeczy różnią życie wypływające z duszy od życia zdominowanego przez ego. Są to: zdolność wyczuwania i uczenia się nowych rzeczy; wytrwałość w podróżach po wyboistych drogach; cierpliwe uczenie się głębokiej miłości. Ego ma tendencję i talent do unikania nauki. Cierpliwość nie jest jego mocną stroną. Wierność w związku również nie. To nie ego, ta chorągiewka na wietrze, jest źródłem miłości, ale raczej nieoswojona dusza***.

Rybak zaczyna uciekać, a zaplątana w sieć dziewczyna razem z nim. Po drodze chwyta suszone ryby, bo wracają do niej głód i chęć życia. Rybak chroni się w swojej chaciez przekonaniem, że jest bezpieczny, ale nic bardziej błędnego. Dla współczesnych kochanków gra na zwlokę czy zachowanie dystansu jest jak śniegowy domek rybaka, o którym sądzi on, że jest bezpieczny. Czasem ten lęk przed konfrontacją z istotą śmierci ulega wypaczeniu do „wykręcania się”, próby zachowania tylko przyjemnych stron związku, pominięcia Kobiety-Szkieletu. W ten sposób do niczego nie dojdziemy.(…) Wszystkie „nie jestem gotów”, „potrzebuję czasu” to zrozumiałe wymówki, ale nie na długo. To prawda, że nie ma czegoś takiego jak całkowita gotowość i właściwy moment. Przy każdym zstąpieniu w nieświadomość nadchodzi czas, kiedy człowiek, mając nadzieję na najlep­sze, skacze w otchłań. Gdyby tak nie było, nie powstałyby w języku słowa bohater, bohaterka, odwaga. Prędzej czy później trzeba stawić czoła Zmianie, bo odepchnięta Kobieta – Szkielet będzie się niepostrzeżenie wynurzać w najmniej oczekiwanych momentach dopóki nie pojmiemy, że to ona rządzi nami, a nie my nią. Naszym zadaniem zaś jest pobieranie nauk. Jeśli ktoś pragnie kochać, to nie znajdzie innej drogi. Naszym zadaniem jest objęcie jej. Bez zadania, które wystawia na próbę, nie dokona się transformacja. Jeśli nie wypełnimy zadania, to nie przyjdzie poczucie satysfakcji. Niewiele trzeba, by kochać przyjemności. By kochać prawdziwie, trzeba bohatera, który pokona własny strach. Bez wątpienia bardzo wielu ludzi dochodzi do etapu ucieczki i ukrywania się. Niektórzy niestety wciąż się do niego cofają. Wejście do bezpiecznej nory jest zryte do niemożliwości. Ale ci, którzy pragną kochać, naśladują rybaka.

 ROZPLĄTYWANIE SIECI

Tak jak w wielu baśniach tak i w tej pojawia się motyw próby dla bohatera, kiedy muszą dowieść swoich czystych intencji i siły, stając przed mocą większą od nich. W  tym przypadku jest to przezwyciężenie lęku i rosnące współczucie dla Kobiety – Szkieletu. Jeszcze niedawno uciekał przed nią, dysząc ciężko i szlochając. Teraz pragnie jej dotknąć. A ona niejako dotyka jego serca przez samą swoją obecność. Kiedy zrozumiemy osamotnienie natury Życia-Śmierci-Życia w psychice, osamotnienie tej, która nie ze swojej winy ciągle jest odrzucana… wtedy może my też wzruszymy się jej dolą. Podobnie jak w opowieściach, gdzie dobro ukrywa się pod szpetną formą tak tutaj bohater ma za zadanie nie dać się zwieść pozorom. Tak dzieje się w Pięknej i Bestii, tak dzieje się w baśniach, gdzie źle traktowana sierota pomaga czarodziejowi pod postacią podróżnego i zostaje za to wynagrodzona, gdy z każdym jej słowem z ust zaczynają padać drogie kamienie; widząc to macocha każe swojej rodzonej córce również czekać na podróżnego, a kiedy odmawia pomocy czarodziejowi, który tym razem przyjął postać żebraka, z jej ust padają żaby, jaszczurki i padalce. W czasach, kiedy stawia się przede wszystkim na wygląd i urodę, warto pamiętać właśnie o tych opowieściach, które uczą, że trzeba być zawsze otwartym, niezależnie czy ktoś jest piękny czy szpetny, modnie ubrany czy noszący stare i zniszczone rzeczy. Jeśli pokonamy same siebie, by dotknąć tego, co dla nas odrażające, to czeka nas nagroda. Jeśli brzydotę odtrącamy z pogardą, to będziemy wygnani za drzwi, nie osiągniemy pełni życia. (…)Rozplątywanie Kobiety-Szkieletu to symbol zrozumienia tego myślowego błędu i naprawienia jego skutków. Rozplątywanie Kobiety-Szkieletu ma oznaczać zrozumienie, że miłość to nie wyznania w blasku świec i wieczny rozkwit. Rozplatanie Kobiety-Szkieletu daje pewność, że w odradzających się ciemnościach znaleźć można otuchę, a nie strach. Złożenie szkieletu to balsam na zastarzałe rany. To zmiana sposobu patrzenia i życia wyrażająca zdrowie, a nie wyjałowienie duszy. (…)Nie wystarczy samo wyciągnięcie nieświado­mego na powierzchnię, nie wystarczy nawet przypadkowe sprowadze­nie go do domu. Miłość zatrzyma się w rozwoju, jeśli ogarnie nas strach przed szkieletem, jeśli wzbudza on w nas nieustanny wstręt. Rozwikłanie tajemnicy Kobiety-Szkieletu sprawia, że złe zaklęcie przestaje działać — lęk przed pożarciem, wieczną martwotą zaczyna ustępować. W mitologiach bóstwa (zazwyczaj kobiece) związane z nicią były kwintesencjami przeznaczenia, zawsze zawierały w sobie element cierpliwości i uczestnictwa w procesach sił potężniejszych niż człowiek. Czy jest to Ariadna nakazująca Tezeuszowi poruszać się po Labiryncie trzymając się nici, czy są to helleńskie Mojry, rzymskie Parki czy germańskie Norny tkające nici życia, czy to Kobieta – Pająk tworząca cały świat na bazie pajęczej nici w mitologii rdzennych Amerykanów, wszystkie mają dostęp do świata niewidzialnego, skąd pochodzi dusza. One nie poruszają się na poziomie ego, zajmowanie się nicią, tkanie i rozplątywanie wymaga cierpliwości, zagłębienia się w siebie i uważnego spojrzenia. Trzeba krok po kroku przejść proces, który z początku zdaje się potwornie zagmatwany, ale w końcu okazuje się pra­wdziwym, głębokim wzorem odnowy. W baśniach rozwiązanie paska czy opaski, rozsupłanie węzła, rozplatanie czegoś symbolizuje początek rozumienia rzeczy wcześniej niejasnych, ich użycia i zastosowania, tajemnej mądrości maga. (…)Rozplatać oznacza uzyskać dogłębną wiedzę o sobie i innych, umocnić zdolność do przejścia wszystkich etapów, projektów, okresów inkubacji, narodzin i transformacji tak spokojnie i tak dostojnie, jak tylko możemy. Obrazowo rzecz ujmując Aleksander Wielki podszedł do węzła gordyjskiego na poziomie ego: rozciął go zamiast rozplątywać i takie było jego panowanie: pełne chwały, bogactwa i podbojów, ale krótkotrwałe. Po jego śmierci imperium, które stworzył, rozpadło się między skonfliktowanych ze sobą generałów.

untie

Osoba, która zrozumiała czym na poziomie codziennym jest rozplątywanie sieci będzie cierpliwa, będzie potrafiła czekać i nie wystraszy się tego, że rzeczywistość nie pasuje do wizerunku jaki miała wcześniej. To jest ktoś z silnie zakorzenioną psychiką, ktoś komu spełnienie nie uderzy do głowy jak woda sodowa. Nie potrzebuje zdobywania, nie musi mieć od razu wszystkiego, potrafi obserwować bez oceniania i uczyć się. Dobrze jest się oddać codziennym ćwiczeniom medytacyjnym przy rozplątywaniu natury Życia-Śmierci-Życia. Rybak nuci krótką piosneczkę, by ułatwić sobie zadanie. (…) Dzięki temu nie damy się zwieść natarczywym podszeptom z zakąt­ków umysłu, mówiącym: „Jakie to głupie… trzeba brać z życia co najlepsze”. Uczymy się ignorować ten głos i słuchać tego, który brzmi za nim w oddali.

ZASYPIANIE Z UFNOŚCIĄ

Ten fragment opowieści mówi o powrocie do niewinności. Zasypianie obok kogoś to wyraz głębokiego zaufania, bo podczas snu wyłączona jest nasza świadomość i stajemy się bezbronni jak dzieci. Trzeba też pamiętać, że z biologicznego punktu widzenia sen jest nieodzowny dla funkcjonowania. Nie możemy funkcjonować bez odpoczynku, pozbawieni regularnego snu stajemy się rozdrażnieni, zapadamy na choroby, a nasz organizm jest coraz bardziej wycieńczony. Nic dziwnego, że celowe pozbawianie snu w celu wymuszenia jest z punktu widzenia prawa taką samą torturą jak bicie. Sen to pokazanie kim się jest naprawdę, nie udawanie tego kim chciałoby się być. Tak jak fizycznie umysł nie może być non stop pobudzony tak w relacji nie możemy być stale atrakcyjni, pociągający i mówiący zawsze dokładnie tego co druga strona chce usłyszeć. Prędzej czy później będziemy zbyt zmęczeni odgrywaniem takiej roli i zmorzy nas sen, który pokaże nasze prawdziwe oblicze. Sen to także czas odnowy, kiedy regenerują się komórki i tkanki organizmu, podobnie dzieje się w baśni. Na tym etapie związku kochanek powraca do stanu niewinności; stanu, w którym wciąż jeszcze przeraża go żywioł emocji, stanu pełnego życzeń, nadziei, marzeń, oczekiwań. Niewinność to nie to samo co naiwność. W niedostępnej krainie, z której pochodzę, jest powiedzenie: „Prostota to nic nie wiedzieć i zmierzać ku dobremu. Niewinność to wiedzieć wszystko i nadal zmierzać ku dobremu”. (…) W ten stan mądrej niewinności wchodzimy, odrzucając cynizm i asekuranctwo, powtórnie zadziwiając się światem, co jest charakterystyczne dla większości ludzi bardzo młodych i wielu starych. To ćwicze­nie patrzenia oczami ducha przepełnionego mądrością i miłością, a nie wzrokiem zbitego psa, zaszczutego stworzenia czy człowieka zranione­go. Niewinność powraca w czasie snu. Niestety, wielu ludzi, wstając każdego ranka, odrzuca ją razem z kołdrą. A byłoby lepiej zabrać przebudzoną ze sobą i ogrzać.

Taki proces wymaga od nas zdjęcia maski, zburzenia muru obronnego, jakim odgrodziliśmy się od świata, odrzucenia cynizmu i sarkazmu, którymi rozum broni się przed miłością, zdrapywania warstw smutku i bólu jakie bezkarnie narastały w nas latami, dlatego niewielu jest chętnych by się go z własnej woli podjąć. Ale warto to zrobić. Słowem „niewinny” (ang. innocent) często określamy osobę żyjącą w ciemnocie, która nie ma wiedzy, prostaka. Ale w pierwotnym znaczeniu człowiek niewinny to ten, który nie czyni szkód, nie zadaje ran. W języku hiszpańskim inocenteto osoba, która z jednej strony stara się nie krzywdzić innych, z drugiej jest zdolna do uzdrowienia samej siebie. (…)Być niewinnym znaczy umieć rozpoznać naturę rany i wyleczyć ją. Takie potężne moce kryją się za pojęciem niewinności. Niewinność to postawa nie krzywdząca innych, zdolność leczenia, naprawiania, przywracania zdrowia. Zastanówcie się nad tym. To dobrodziejstwo dla wszystkich cykli miłości.

Zadane wcześniej krzywdy są istotną blokadą w dalszej drodze uczuciowej, bo wzmagają nadmierną czujność. Co innego być czujnym, a co innego przesadnie ostrożnym kiedy nie jest to potrzebne. Pamięć o krzywdzie sprawia, że okazuje się obojętność albo przewrażliwienie nawet jeżeli w pierwszym odruchu chciałoby się okazać czułość i troskę. Osoby, które boją się zostać oszukane albo złapane w pułapkę, które wniebogłosy wrzeszczą, że chcą „być wolne”, pozwalają, by złoto przeciekało im przez palce. Szczególnie mężczyźni często mają z tym problem i nawet jeżeli spotykają kobietę, w której z wzajemnością się zakochują, to nie potrafią tego okazać. Czasami nie można dodać odwagi słowami. Czasami ludzie muszą skoczyć głową w dół. W życiu mężczyzny musi nastąpić moment, kiedy zaufa drodze miłości, kiedy bardziej się boi utknięcia na mieliźnie psychiki niż wypłynięcia na szerokie, piękne, lecz nieoznakowane terytorium. Kiedy życie jest zbyt kontrolowane, robi się go coraz mniej do kontrolowania. Czasami człowiek boi się usnąć w obecności drugiego, obawia się powrotu do psychicznej niewinności, lęka się wykorzystania. Tacy ludzie podejrzewają innych o najgorsze i nie ufają sami sobie. To nie brak zaufania do ukochanej osoby. To brak rozliczenia z naturą Życia-Śmierci-Życia. To Śmierci muszą zaufać. Jak we śnie, natura Życia-Śmierci-Życia w najdzikszej postaci jest tak prosta jak łagodny wydech (koniec) i wdech (początek). Trzeba tylko zaufać, że gdzie jeden się kończy, drugi się zaraz zaczyna. Nie ma sensu czekanie na to by będzie się wystarczająco silnym by zacząć ufać. Taki dzień nigdy nie nastąpi. Musimy zaryzykować, że przekonania wpojone przez kulturę na temat Życia-Śmierci-Życia są fałszywe i że rację ma instynkt. By miłość mogła się rozwijać, partnerzy muszą ufać, że cokolwiek się stanie, posłuży przeobrażeniu.

ŁZA WZRUSZENIA

Kiedy na policzku śpiącego rybaka pojawia się łza, Kobieta – Szkielet podchodzi i spija ją. Mężczyźnie, który ma wdrukowany w podświadomość od dzieciństwa model twardego wojownika niełatwo jest płakać, ale dzieje się to z łatwością podczas snu, gdy jest bezbronny jak dziecko. Łzy są słoną wodą tak jak morze, które wyrzuciło Kobietę – Szkielet na powierzchnię, woda jest uniwersalnym symbolem uczuć, a słony smak wskazuje osobę, która przeszła już porażki w życiu uczuciowym. Tak niechybnie, jak kościotrup wypłynął na powierzchnię wody, tak teraz łza, znak uczucia budzącego się w mężczyźnie, wypływa z głębi na powierzchnię. To wskazówka, jak kochać siebie i drugiego człowieka. Obdarty z szat dziennego świata mężczyzna przyciąga szkielet dziewczyny do siebie, by się przy nim położył, by pił z niego i wykarmił się jego najgłębszym uczuciem. Teraz jest zdolny zaspokoić pragnienie drugiego człowieka. (…) Łza śniącego przychodzi, kiedy przyszły kochanek pozwala sobie poczuć i opatrzyć swoją ranę; kiedy pozwala sobie spojrzeć na zniszczenie, które sprowadził na siebie przez utratę wiary w dobroć; kiedy czuje się odcięty od ożywczego cyklu Życia-Śmierci-Życia. Płacze dlatego, że doskwiera mu samotność i bezbrzeżna tęsknota za owym psychicz­nym domem, za pierwotną wiedzą (…) Wszyscy popełniamy błąd, sądząc, że drugi człowiek może być lekarstwem, wzruszeniem, spełnieniem. Dużo czasu upływa, zanim zrozumiemy, że tak nie jest, głównie dlatego, że uzewnętrzniamy własną ranę, zamiast się nią zająć, zadbać o nią w swym wnętrzu. Nasze rany mogą być spowodowane przez rozmaite przyczyny: ciężkie przeżycia z dzieciństwa, zawiedzione zaufanie przez najbliższą osobę, mozolne dążenie do czegoś co nie przyniosło satysfakcji, niespełnienie ważnych zamierzeń, złe decyzje życiowe albo brak decyzji, itd. Problemem dla mężczyzn jest to, że w naszej kulturze nie mają tak naprawdę bezpiecznych sposobów na odreagowanie ich, o ile kobiety mogą wypłakać się czy wygadać koleżankom, to mężczyźni zazwyczaj wpadają w wir rozrywek czy romansów albo w nałogi. Pomóc mogą sobie tylko oni sami, ich zadaniem jest opatrzyć własne obrażenia, nikt inny im w tym nie pomoże. Uśmierzanie bólu za pomocą innych ludzi jest nieskuteczne i prowadzi do jeszcze większego bólu. Kiedy mężczyzna roni łzę, to znaczy, że odnalazł swój ból i czuje go, dotykając rany. Zaczyna widzieć, że z jej powodu otoczył się skorupą ochronną. Widzi, co w życiu stracił i przegapił za jej sprawą. Widzi, jak okaleczył swą miłość do życia, do samego siebie i do innych. (…)Głębokie uczucie tkliwości, które popycha rybaka do rozplatania szkieletu, pozwala mu także odczuć inne zapomniane tęsknoty, wskrzesić współczucie dla samego siebie.(…) Nie boi się pragnąć, bo wierzy, że jego pragnienie się urzeczywistni. Wiara, że pragnienie jego duszy będzie spełnione, przynosi mu wielką ulgę.(…) Łza rybaka przyciąga do niego Kobietę-Szkielet; sprawia, że chce jej się pić, że pragnie zbliżyć się do niego.(…) Łzy nie tylko symbolizują uczucie czy wzruszenie, są także jak soczewki, które odmieniają wzrok, dają inny punkt widzenia.

PÓŹNIEJSZE FAZY MIŁOŚCI

Kiedy mężczyzna jest pogrążony we śnie, Kobieta – Szkielet wyjmuje z niego serce i bije w nie niczym w bęben, instrument używany przez szamanów, by swoim rytmem przywołać duchy przodków i przenosić w odległe miejsca. Jest pięknie zsynchronizowany znaczeniowo z sercem, organem pompującym krew, bez którego nie da się żyć. Oba mają nadludzką moc i biją w określonym rytmie. Serce odmierza puls, a wraz ze śpiewem kobiety odrasta jej ciało. Śpiew ma moc magiczną i siłę tworzenia, w wielu legendach śpiewem wzywa się duchy, leczy ciało i ożywia umarłych, a nawet kreuje świat****. Opowieść zawiera obietnicę — jeśli pozwolisz, by Kobieta-Szkielet stała się bardziej namacalna w twoim życiu, ona w zamian uczyni je bardziej wartościowym, lepszym, obfitszym. Kiedy wyzwolisz ją ze splątanej liny, kiedy rozwiążesz jej zagadkę, zrozumiesz, że jest zarazem nauczycielką i kochanką; zostanie twym sprzymierzeńcem i partnerem.(…) Oddając serce nowemu dziełu stworzenia, nowemu życiu, siłom Życia-Śmierci-Życia, zstępujemy w dziedzinę uczuć. Może to być trudne, zwłaszcza jeśli nosimy w sobie rany zadane przez smutki i rozczarowania. Jednak trzeba tego dokonać, przez bębnienie tchnąć pełnię życia w Kobietę-Szkielet, zbliżyć się do tej, która zawsze była nam bliska.(…) Przez lata obserwowałam to zjawisko u innych, doświadczałam go także na sobie. To niepowtarzalna chwila, kiedy tworzymy coś wartościowego dzięki temu, że ukochany pokłada w nas wiarę, dzięki jego szczerej życzliwości dla naszej pracy, projektów, ważnych spraw. To przedziwne zjawisko nie ogranicza się do kochanków: może się pojawiać dzięki każdemu, kto szczerze obdarza sercem.(…) Słowo pneuma(oddech) ma wspólne etymologiczne korzenie ze słowem psyche— oba odnoszą się do duszy. Jeśli więc w opowieści, legendzie czy micie pojawia się pieśń, to wiemy, że wzywa się bogów, by natchnęli ludzkie sprawy duchem mądrości i mocy. Wiemy, że te siły działają w świecie ducha, że za ich sprawą doskonali się kształt duszy.

 Fizjologia ciała kobiety zbliża ją do natury Życia-Śmierci-Życia. Jeśli kobieta poddaje się instynktowi, to wszelkie idee i impulsy popychające ją do miłości, tworzenia, wiary, pożądania, we właściwym czasie przychodzą, odchodzą, rodzą się na nowo. Można powiedzieć, że kobiety świadomie lub nieświadomie praktykują tę głęboką wiedzę z każdym księżycowym cyklem. (…)Czasem ten, kto ucieka przed naturą Życia-Śmierci-Życia, uparcie się domaga, żeby miłość przynosiła same dobrodziejstwa. Jednak miłość w najpełniejszej swej postaci jest ciągiem następujących po sobie śmier­ci i ponownych narodzin. Wychodzimy z jednej fazy, jednego aspektu miłości, by wkroczyć w kolejny. Namiętność przygasa i powraca. Ból przechodzi i znów się pojawia. Kochać, znaczy wziąć w objęcia i jednocześnie przetrwać wiele końców i wiele początków — wszystkie w jednym związku dwojga osób. Proces ten komplikuje fakt, że odcięta od natury współczesna cywilizacja nie znosi przeobrażeń. (…)Żeby kochać, jeśli już kochać chcemy, bailamos con La Muerte, tańczymy ze Śmiercią. Jest czas bujnych plonów i czas obumierania, są narodziny żywe i martwe, po których znów rodzi się życie. Kochać, znaczy uczyć się tanecznych kroków, bo miłość jest jak taniec. Energia, uczucia, bliskość, samotność, pożądanie i znużenie, wszyst­ko wznosi się i opada, cykle zaś splatają się ze sobą. Pragnienie bliskości, pragnienie samotności, wszystko przychodzi i odchodzi falami. Natura Życia-Śmierci-Życia uczy nie tylko tańca z nimi i w nich, uczy także, że lekarstwem na każdą dolegliwość jest zawsze jej przeciwieństwo; aktywność jest lekarstwem na nudę, czyjaś bliskość — lekarstwem na samo­tność, samotność znów — lekarstwem na poczucie osaczenia przez ludzi. Kto nie zna kroków tego tańca, ten lubi w okresach bezruchu zaspokajać potrzebę nowości i aktywności, szastając pieniędzmi, igrając z niebezpieczeństwem, podejmując bezmyślne decyzje, szukając nowego kochanka. Tak robią głupcy. Tak robią te, które nic nie wiedzą. (…) Początkowo wszystkim nam się zdaje, że możemy uciec przed aspektem śmierci w naturze Życia-Śmierci-Życia. To tylko złudzenia. Nie można uciec; Śmierć idzie tuż za nami, z klekotem nagich kości, stuk, stuk — wchodzi do naszych domów, do naszej świadomości. Jeśli nie w inny sposób, to poznajemy tę ciemną stronę życia, konstatując, że świat nie jest tak piękny i sprawiedliwy, jak się nam zdawało, że pogrzebałyśmy szansę, nie wykorzystałyśmy możliwości, że prawa Życia-Śmierci-Życia mają nas w swojej mocy, czy tego chcemy, czy nie. (…)Z opowieści wynika, że Śmierć stawia Miłości wymagania. Wymaga łzy — uczucia — i serca. Wymaga, żeby ją kochać. Natura Życia-Śmierci-Życia domaga się od kochanków, żeby spojrzeli w twarz jej prawom z prostotą, żeby nie mdleli na jej widok i nie robili uników, żeby ich wzajemne przywiązanie było czymś więcej niż „byciem razem”, żeby ich miłość opierała się na wspólnej wiedzy i sile; wymaga wyjścia jej na spotkanie, kochania jej i tańczenia z nią.

 * W starożytności Wenus była widoczna jest tylko przez około trzy godziny przed wschodem Słońca (i wówczas nazywana była Gwiazdą Poranną/Jutrzenką) i około trzy godziny po zachodzie Słońca (a wtedy była Gwiazdą Wieczorną).

** Pamiętam swoją pracę z kursu pedagogicznego, gdzie była mowa o celach głównych i celach operacyjnych. Cele główne osiąga się poprzez cele operacyjne, ale cele operacyjne same w sobie nie są istotne o ile nie towarzyszy im cel główny.

*** Co przypomina sposób, w który Daniel Goleman opisuje inteligencję emocjonalną: ‘Upierałbym się przy twierdzeniu, że wspomniane różnice są spowodowane poziomem zdolności określanych tutaj mianem inteligencji emocjonalnej – do których należą: samokontrola, zapał, wytrwałość i zdolność motywacji. A umiejętności tych, jak się przekonamy, można dzieci nauczyć, dając im tym samym większą szansę wykorzystania potencjału intelektualnego wygranego na loterii genetycznej.’

**** W Silmarillionie J.R.R. Tolkiena Eru Iluvatar tworzy świat za pomocą muzyki: Na początku był Eru, Jedyny, którego na obszarze Ardy nazy­wają Iluvatarem; On to powołał do życia Ainurów, Istoty Święte, zrodzone z Jego myśli. Ci byli z Nim wcześniej, niż po­wstało wszystko inne. Rozmawiał z nimi i poddawał im tematy muzyczne. Ainurowie zaś śpiewali dla Niego i On radował się tą muzyką (…) – Chcę, abyście z tego tematu, który wam objawiłem, roz­winęli harmonijną Wielką Muzykę, a ponieważ natchnąłem was Niezniszczalnym Płomieniem, możecie, jeśli chcecie, wzbogacić temat własnymi myślami i pomysłami. A ja będę słuchał i ra­dował się, że za waszą sprawą wielkie piękno wcieli się w pieśń (…)z przeplatających się i nieustannie zmiennych melodii wzbiły się harmonijne dźwięki i popłynęły poza zasięg słuchu w głę­bie i wysokości, wypełniły przestrzeń, którą zamieszkiwał Iluvatar, przelały się przez jej granicę; Muzyka i echa Muzyki rozległy się w Pustce, aż przestała być pustką.