Tag Archives: cień

Teoria Junga cz.11: Cień | Pastuh

Kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z określeniem Cień, najpierw nastąpiła negacja. Wcześniej, jak pewnie i wielu z was, żyłem w przekonaniu, iż każdy człowiek jest z natury dobry, a to co złe należy tępić. Można powiedzieć, że byłem przedstawicielem szkoły Jean-Jacques Rousseau. Ciężko mi było przyjąć do wiadomości, możliwość posiadania ciemnej sfery swojego jestestwa. Fakt ten nie dawał mi jednak spokoju, a więc postanowiłem przyjrzeć się sprawie, aby zdobyć jakieś dowody, które obalą lub umocnią ową tezę.

Zacznijmy najpierw o wyjaśnienia czym ów Cień jest. Najkrócej można nazwać go naszym alter ego. Tworzy się on w wieku dziecięcym, gdy uczymy się rozróżniać rzeczy dobre od złych. Rodzicie niejednokrotnie karcą nas za różnego rodzaju wybryki, co sprzyja powstawaniu naszej ciemnej strony. Cień rośnie również podczas dalszego życia. Dzieje się to wtedy, gdy nakładamy na siebie coraz to nowsze ograniczenia, które często są stawiane przez zewnętrzne instytucję. Jak już wcześniej wspomniałem, Cień można przyrównać do worka, w którym umieszcza się wszystko, co wytworzyło w nas poczucie wstydu i winy.

Całość znajduje się tutaj

Teoria Junga cz.10: Indywiduacja | Pastuh

Carl Gustav Jung zauważył, że życie człowieka możemy podzielić na dwie połowy. W pierwszej z nich powinniśmy przygotować się do życia w świecie zewnętrznym, czyli założenia rodziny, wychowania dzieci i zdobycia odpowiedniego stanowiska etc. W tej części życia zdecydowanie łatwiej mają się ekstrawertycy. Jeżeli chodzi o drugą połowę, to jest to zajrzenie w głąb siebie w celu zrozumienia sensu swojego istnienie oraz, co może tragiczne zabrzmi, przygotowania się do śmierci. Na tym gruncie zdecydowanie pewniej czują się introwertycy. Średnie granica pomiędzy połowami to 35 lat, chociaż niewątpliwie może ona się przesunąć w jedną lub drugą stronę, ponieważ jest to zależne od człowieka.

Całość znajduje się tutaj

 

Nie Potrafimy Się Ze Sobą Obchodzić

Tym razem robię przerwę w przybliżaniu psychologii wg Carla Gustawa Junga, ponieważ od dawna leży mi na sercu pewna sprawa i chyba najwyższy czas dać jej wyraz na blogu.

Otóż praktycznie nie ma takiego dnia, by nie trafił tutaj ktoś szukając fraz ‘jak wyjść z PTSD’, ‘jak sobie radzić z traumą po wypadku/włamaniu/gwałcie’, etc.

Jest to smutne z trzech powodów.

Po pierwsze: dlatego, że ktoś musiał przeżyć traumatyczne doświadczenie.

Po drugie: dlatego, że skoro szuka w Internecie to znaczy, że nie ma zaprogramowanej kulturowo wiedzy jak sobie radzić ze zranieniem psychicznym tak jak ze zranieniem fizycznym (gdzie w naszych głowach mamy gotowy wzorzec postępowania czyli ‘obmyć i zabandażować/przykleić plaster’)

Po trzecie: dlatego, że skoro szuka w Internecie to najprawdopodobniej nie znajduje zrozumienia i akceptacji w otoczeniu. Nie musi przy tym wcale być samotnym, może mieć męża/żonę, dzieci, rodziców, rodzeństwo, wnuki i przyjaciół, a przy tym nadal czuć się wyalienowanym. Pamiętajmy słowa Junga: Samotność nie wynika z tego, że nie ma przy Tobie ludzi, ale z tego, że nie jesteś w stanie zakomunikować rzeczy, które są dla Ciebie istotne.

Tak jak zawsze powtarzam nie jestem psychologiem z wykształcenia ani żadnym guru, nie chcę nikogo oceniać ani mówić jak żyć, ale mam swoje spostrzeżenia co do tego, dlaczego tak właśnie się dzieje i pozwolę sobie się nimi podzielić.

Otóż nie potrafimy się ze sobą obchodzić.

Ani z własnym wnętrzem, ani – tym bardziej – z innymi osobami.

Wszystko wydaje się być dobrze dopóki funkcjonujemy tylko w codzienności i działamy z poziomu ego oraz masek, jakie nakładamy na zewnątrz, wtedy możemy spokojnie udawać zadowolonych z życia nawet jeżeli w środku czujemy się sfrustrowani, niedocenieni i przygnębieni. Nieraz już pisałam w tym miejscu o ego, jeżeli ktoś jest zainteresowany szerszym podejściem do tematu to proponuję kliknąć tag ‘ego’ w kolumnie po lewej stronie. Tutaj chciałabym się ograniczyć tylko do tego, że ta części naszej psychiki, jaką jest ego zawsze będzie dążyć, żeby zaprezentować się z jak najlepszej strony, a najchętniej nawet jeszcze lepiej od innych, będzie widzieć tylko natychmiastowe korzyści i dążyć do tego, żeby cenzurować wewnątrz i na zewnątrz uczucia, które takiemu stanowi rzeczy zagrażają. Ego nie lubi naturalności, autentyczności, wrażliwości, empatii i tolerancji, bo zagrażają one jego podstawowym celom czyli poczuciu samozadowolenia i sprawianiu odpowiedniego wrażenia. Zazwyczaj mamy te delikatne, wrażliwe cechy w naszej naturze od początku istnienia, ale na skutek doświadczeń w rodzinie, społeczeństwie i kulturze, chowamy je głęboko do wewnątrz i pozwalamy, by rządziło nami ego.

Czyli, przekładając to na nasz konkretny przykład osoby dotkniętej PTSD, jeżeli ktoś mówi drugiej osobie, że czuje się źle, jest bezsilny i smutny, to daje sygnał jej psychice, że takie uczucia istnieją i w ten sposób przypomina, że ona sama  też może ich doświadczyć. A jeżeli osoba taka funkcjonuje głównie na poziomie ego, to najprawdopodobniej sięgnie do środków obrony psychicznej, z których najczęstszymi są zaprzeczanie odczuciom pierwszej osoby albo wywoływanie u niej poczucia winy. Oczywiście, obydwie te techniki są domeną ego.

Na czym polega największy problem, jaki dostrzegam dookoła? Otóż ludzie zbyt często działają z poziomu ego, a sprzyja temu również współczesna kultura, która generalnie poprzez media, “mądre” głowy w telewizji czy nawet memy w serwisach społecznościowych komunikuje: bądź szczęśliwy, chwytaj dzień, ciesz się każdym momentem życia, uśmiechaj się, bądź wdzięczny za każdą sekundę życia, nawet jeżeli obudzisz się rano w złym humorze to ciesz się tym, że żyjesz etc.

Otóż to jest tischnerowska gówno prawda!

Jesteśmy robieni w balona i masowo manipulowani przez ego. Tak, jeżeli faktycznie czujesz się szczęśliwym, to dawaj temu upust, to bardzo dobre i naturalne. Jeżeli jednak czujesz się przygnębionym, złym i smutnym, to nie udawaj, że wszystko jest dobrze tylko pozwól sobie przeżywać te emocje. Nie cenzuruj swoich uczuć.

Masz prawo tak się czuć.

Życie nie polega jedynie na szczęściu, radości, sukcesie i wdzięczności, życie to często strach, ból, frustracje i cierpienie, niezależnie od tego jak bardzo współczesna kultura próbuje je wykorzenić z naszej świadomości. To, że pozwolisz sobie nie przyklejać wymuszonego uśmiechu, gdy czujesz się źle, nie oznacza, że jesteś nieudacznikiem, oznacza tylko tyle, że jesteś w kontakcie ze swoimi emocjami i nie cenzurujesz ich. Nie chodzi o to, żeby być zawsze szczęśliwym i zadowolonym, chodzi o to, by być całością jako człowiek.

Bo, wracając do tego od czego wyszłam w tych rozważaniach, jeżeli uznajesz te uczucia we własnym wnętrzu, to uznasz je także u innej osoby. Twoje ego nie będzie już na tyle dominujące, by strofować i pouczać. Druga osoba łatwiej odnajdzie się w twoim towarzystwie, może nawet dojdzie do tego momentu, gdy poczuje się na tyle bezpiecznie, że ośmieli się zwierzyć właśnie tobie z trudnych, skomplikowanych i bolesnych przeżyć.

Nie bój się wtedy, nie pozwalaj tylko ego rządzić twoimi krokami, a na pewno cię to nie przerośnie.

Nie musisz rozumieć.

Nie musisz dokładnie wiedzieć na czym polega problem.

Nie musisz mieć fachowej wiedzy.

Nie musisz dawać rad.

Wystarczy, że zrobisz herbaty i usiądziesz z pokaleczoną psychicznie osobą.

Wystarczy, że posłuchasz.

Albo pomilczysz.

Wystarczy, że nie będziesz wątpić.

Wystarczy, że przytulisz.

Wystarczy, że wyjdziesz poza granice ego i otworzysz się na wrażliwość.

To już będzie bardzo dużo.

Ty też poczujesz się przy tym lepiej, bo jakaś delikatna i wrażliwa, ale zazwyczaj stłamszona część ciebie, której może na co dzień nie dajesz dojść do głosu, zostanie usłyszana i uznana.

Możliwe, że zauważysz podobne reakcje do tych, które widziałeś/-aś już u kogoś w otoczeniu, a dotychczas nie rozumiałeś/-aś. Dzięki temu, kto zdobył się na odwagę by ci się zwierzyć, będziesz w stanie zrozumieć ich powody.

Możliwe nawet, że zauważysz je u kogoś, kogo nie znosisz i uważasz za wroga. I wiesz co? Całkiem możliwe, że znielubisz tą osobę trochę mniej… Oj, ego bardzo tego nie lubi, przecież musi mieć rzeczy podane prosto na tacy: ja to samo dobro – przeciwnik to samo zło, zero – jeden, czarne – białe. Wpływ  ego na twoje działanie osłabnie jeżeli spojrzysz z innej perspektywy i więcej zrozumiesz, dlatego broni się przed tym gwałtownie i nakazuje ci oceniać czy uważać, że to ty na pewno masz rację.

Tak jak już napisałam, nie chcę nikogo pouczać ani radzić jak żyć, ale naprawdę, naprawdę mam już dosyć życia wśród ludzi, którzy chowają się za maskami, cenzurują swoje uczucia i projektują swoje nieprzerobione Cienie na innych ludzi. Jestem cierpliwa, ale ile można to wytrzymywać? Podstawową zasadą psychiczną w relacjach międzyludzkich powinny być zrozumienie, nie ocenianie i nie krytykowanie, o ile zachowanie drugiej osoby nie rani innych. Krytykujesz mnie, strofujesz i pouczasz, chociaż nie rozumiesz mnie, nie znasz i nie chcesz poznać moich motywacji? To ja nie chcę z tobą przebywać, niezależnie od tego czy należysz do grona mojej rodziny, współpracowników czy znajomych. I koniec. Krótka piłka. Nie będziesz wyładowywał na mnie swoich własnych problemów. Zdecydowanie powinniśmy stosować takie same zasady dla higieny psychicznej jak fizycznej. Podałbyś/podałabyś rękę komuś kto wyciąga do ciebie ubłoconą dłoń?

Dla tych, którzy tego potrzebują linkuję jeszcze raz rady dr Estes co do PTSD, jakie przetłumaczyłam.

A dla lepszego zrozumienia tematu obchodzenia się z sobą i z innymi podaję kilka linków:

http://pastuh.blog.pl/2015/09/26/sens-cierpienia-szansa-dla-neurotykow/

http://psychologiazdrowia.pl/czego-nie-mowic-osobie-chorujacej-na-depresje/

https://kerimfilo.wordpress.com/2015/09/27/o-pozytkach-z-depresji/

http://zwierciadlo.pl/2015/psychologia/empatia-pomaga-zjednac-sobie-ludzi-%E2%80%93-5-porad

http://zwierciadlo.pl/psychologia/rozwoj/jak-nauczyc-sie-sluchac

http://kobieta.wp.pl/kat,49400,title,5-mitow-na-temat-pozytywnego-myslenia,wid,17779347,wiadomosc.html?ticaid=115ac2

A na koniec:

Jestem jak najdalej od polityki, ale postanowiłam zalinkować dwa artykuły na wypadek, gdyby ktokolwiek z czytających wątpił, że to jak traktuje inne osoby nie ma większego i szerszego wpływu na innych:

http://natemat.pl/156037,to-uksztaltowalo-jaroslawa-kaczynskiego-jakim-znamy-go-dzisiaj-5-cytatow-z-nowej-biografii-prezesa-pis?fb

http://natemat.pl/155981,ojciec-nie-akceptowal-jaroslawa-kaczynskiego-dlaczego-bo-prezes-ma-charakter-po-nim-czesto-sie-spierali

I to tyle, jedyne co mogę dodać na koniec jest zdumiewające w swojej prostocie, ale szalenie trudne do wykonania w życiu codziennym. Jednak mimo wszystko chciałabym o to zaapelować:

Odważ się być autentycznym.

Bycie ze sobą szczerym to ciężki kawałek chleba.

Potrzeba wiele siły, żeby być silnym, ale jeszcze więcej, żeby być wrażliwym.

Pozdrawiam wszystkich czytających

Anna ‘Lawenda’ Solun

Carl Jung i jego archetyp Cienia

WSTĘP DO ARCHETYPU CIENIA

W psychologii jungowskiej archetypy są fundamentalną strukturą, na której oparta jest teoria Junga.

Mimo że istnieje wiele archetypów, to duża część myśli jungowskiej zawarta jest w czterech pierwotnych znanych jako Jaźń, Anima, Animus oraz Cień.

Ponieważ Cień często jest zbudowany z materiału psychicznego, jaki dana osoba postrzega jako nieprzyjemny, bolesny, a wręcz odpychający, jest nieraz w uproszczeniu nazywany czyjąś “Ciemną Stroną”.

W takiej analizie jest sporo prawdy, jednak nie należy sprowadzać Cienia do Dartha Vadera psychiki. Niektóre rejony Cienia wcale nie są takie czarne jak je malują, tylko błyszczą złotem.

UCIECZKA OD CIENIA

Bez wątpienia Cień jest jednym z mniej przyjemnych miejsc w nieświadomej psychice.

Cień to miejsce, do którego spycha się te aspekty psychiki, jakie usiłuje się stłumić, zignorować, zaprzeczyć ich istnieniu lub wyeliminować.

Jako składnica wszystkiego tego, co świadomy umysł odrzuca, Cień przeraża wielu ludzi

Zdanie sobie sprawy z tego, że wszystkie cechy charakteru oraz wzorce zachowań, jakie u innych uważamy za godne pożałowania, żyją w naszej świadomości zamaskowane jako Cień, jest zbyt przerażającą perspektywą by się z nią skonfrontować.

Wiele osób Cień tak przeraża, że próbują na wszelkie sposoby uniknąć konfrontacji z nim. Tłumią Cień, wypierają go, odmawiają nawet przyjęcia do świadomości tego, że istnieje.

Wszystkie te wyżej wspomniane zachowania są tylko próbami ucieczki lub wyprzedzenia Cienia.

Uciekanie od archetypowego Cienia jest równie produktywne co od cienia fizycznego.

Co więcej, jeżeli chce się odseparować od własnego Cienia poprzez unikanie go, tak naprawdę tylko się go wzmacnia. Zaprzeczanie potwierdza jego istnienie i budzi wszystkie te nieprzyjemne aspekty uśpione w nieświadomości, których wpływ zaczyna wzrastać, rozciągając się aż do świadomego umysłu.

NIEBEZPIECZNIE OWOCNA KONFRONTACJA Z CIENIEM

DOSTRZEGANIE PROJEKCJI CIENIA

Poszczególne osoby rzadko kiedy dostrzegają w sobie Cień, jest to niemal niemożliwe skoro wszelkie te cechy i zachowania, jakie uważają za wstrętne zostały okryte czarnym parasolem nieświadomości.

Poza snami, gdzie  przybiera symboliczną postać, Cień jest dla większości widoczny, kiedy projektują go na innych – dostrzeganie tych cech, które uważa się za paskudne wewnątrz własnej psychiki nie jest miłym widokiem.

Projekcja jest powszechnym i łatwym sposobem ucieczki od Cienia. Zamiast obiektywnie uznać swoje wewnętrzne życie, osoba projektuje je na zewnątrz i na inne jednostki.

Sposobem, który pozwala poznać, że stosuje się projekcję, jest stopień własnej emocjonalnej irytacji zachowaniem innej osoby oraz stopień zaprzeczania, że takie zachowanie istnieje w potencjale własnej psychiki.

Przykładem projekcji byłby skąpiec, który po tym jak za obiad płaci jego siostra “która ma mnóstwo pieniędzy” narzeka, że jej prośba o to, by zostawił napiwek, dowodzi jej sknerstwa. Skąpiec nigdy nie dostrzeże, że ma problemy z chciwością, raczej woli o sobie myśleć jako o osobie hojnej i za taką się przedstawia.

 ZŁOTO CIENIA

Mimo że Cień zawiera w sobie mało pożądane elementy, nie wszystko to co w nim tkwi jest przykre.

Jak powiedział Carl Gustav Jung, w Cieniu tkwi złoto.

Złoto odnosi się do tych elementów Cienia, które w rzeczywistości  okazują się bezcenne, elementów, które zostały relegowane do sfery Cienia w wyniku bolesnych skojarzeń, osądów społecznych, dezaprobaty kulturowej, etc.

Na przykład wyjątkowo intuicyjne dziecko dorasta w rodzinie, która postrzega intuicję jako przejaw zła czy działanie demona. Dziecko takie może powstrzymywać odruchy intuicji, będą one wciąż istniały, ale ukryte w sferze Cienia.

Podobnie utalentowany muzyk, który doznał przemocy ze strony nauczyciela muzyki, może odsuwać wszystko, co ma z nią związek do rejonu Cienia.

ZŁOTO CIENIA I LĘK PRZED TRANSFORMACJĄ

Wyobraźmy sobie, że ktoś ruszył przed siebie i wykonał ciężką pracę, konfrontując się z czarnym królestwem Cienia: odkrył wszelkie te nieświadome, głęboko pogrzebane elementy, uporał się z bolesnymi emocjami, wspomnieniami, wydarzeniami i osobistymi traumami. Wszystko to co pozostaje jest złotem ukrytym w Cieniu.

Może wydawać się zaskakującym fakt, że wielu ludzi porzuca owo złoto. Dlaczego? Ale czy po konfrontacji z ciemnymi zakamarkami psychiki mogliby nadal żyć ukryci pod parasolem Cienia?

Wykopanie złotych elementów z Cienia takich jak odzyskanie własnej mocy może prowadzić do życiowej transformacji. Transformacja życia może wydawać się przerażającą perspektywą, ponieważ wymaga porzucenia życia, jakie się znało na rzecz nieznanych wód.

Prawda jest taka, że jeżeli ktoś nauczył się żyć w określony sposób, to wydaje się mu on jedynym sposobem na przeżycie. Zmiana, nawet pozytywna, oznacza niepewność, a niepewność może wydawać się zagrożeniem dla przetrwania.

JAK CIEŃ PRZEJAWIA SIĘ W SNACH

W snach Cień często pojawia się jako zombie lub inne postacie związane z żywymi trupami.

Innymi przykładami są sny o pościgu czy niewidocznej postaci lub tajemniczej, nienazwanej rzeczy prześladującej śniącego.

Postacie, do których śniący czuje wstręt, a które są tej samej płci co on, również mogą być symbolami Cienia wyrażającymi te aspekty osobowości, którym świadomie próbuje zaprzeczyć.

W ostatecznym rozrachunku jedynym sposobem na to by zintegrować psychikę jest uznanie i zaakceptowanie wszystkich jej części, co wymaga porzucania projekcji i zorientowania się do wewnątrz, a dzięki temu pomaga rozjaśnić Cień światłem Jaźni.

——————————————–

Artykuł jest tłumaczeniem i pochodzi ze świetnej strony http://esmesanbona.hubpages.com/hub/The-Shadow-Archetype-and-Shadow-Gold, na której jest też mowa o interpretacji symboli sennych.

Odcinek 5: Czerwone Trzewiczki. O udomowieniu, własnoręcznie szytym życiu i pułapkach

biegnaca z wilkami czerwone trzewiczki

CZERWONE TRZEWICZKI*

 Była sobie raz biedna sierotka, która nie miała butów. Gdzie się tylko dało, zbierała gałganki i w końcu uszyła sobie parę czerwonych trzewiczków. Były toporne i niezgrabne, ale kochała je nade wszystko, bo dzięki nim czuła się jak bogata dama, chociaż całymi dniami aż do zmroku musiała chodzić po ciernistym lesie, żeby znaleźć coś do zjedzenia.

Pewnego dnia, kiedy znużona szła drogą w podartym ubraniu i swoich czerwonych trzewiczkach, zatrzymał się przy niej pozłacany powóz. W środku siedziała stara kobieta. Powiedziała dziewczynce, że zabierze ją ze sobą do domu i będzie traktować jak własną córkę. Pojechały więc do domu starej pani. Tam dziewczynce umyto i uczesano włosy, dostała też śnieżnobiałą bieliznę, piękną wełnianą sukienkę, białe pończochy i błyszczące czarne buciki. A kiedy dopytywała się o swoje stare ubranie i czerwone trzewiczki, stara pani rzekła, że ubranie było tak brudne, a buty tak dziwaczne, że wrzuciła je do ognia i spaliła na popiół.

Dziewczynka posmutniała, bo wszystkie otaczające ją bogactwa nie mogły się równać ze skromnymi bucikami, które uszyła własnoręcznie — one były jej największym szczęściem. Teraz kazano jej cały czas być grzeczną, chodzić dostojnie, nie podskakiwać i nie odzywać się bez pytania. W jej serduszku zapłonął ukryty ogień i wciąż ponad wszystko tęskniła za swoimi czerwonymi butkami.

Kiedy dziecko dorosło do konfirmacji, która miała się odbyć w Dzień Młodzianków, stara pani zabrała ją do kulawego szewca, żeby jej sprawić specjalną parę butów na tę okazję. U szewca w oszklonej szafie dziewczynka zobaczyła czerwone trzewiki uszyte z najdelikatniejszej skórki, tak piękne, że wręcz blask od nich bił. I chociaż to gorszące zakładać czerwone buty do kościoła, dziewczynka, idąc za głosem zgłodniałego serca, wybrała właśnie czerwone. Stara pani miała już oczy tak słabe, że nie widziała, jakiego koloru są buty, i zapłaciła za nie. Szewc mrugnął do dziewczynki porozumiewawczo i zapakował trzewiki.

Nazajutrz ludzie w kościele z oburzeniem patrzyli na buty dziewczynki. Czerwone trzewiczki świeciły jak nawoskowane jabłka, jak serduszka w kartach, jak czerwone śliwki. Wszyscy w napięciu wpatry­wali się w jej stopy, nawet święte obrazy na ścianach, nawet posągi spoglądały karcąco na czerwone buciki. Ale dziewczynka tym bardziej je lubiła. Kiedy biskup zaintonował pieśń, chór zawtórował i zagrzmiały organy, dziewczynka myślała tylko o tym, jak piękne są jej buciki.

Pod wieczór stara pani dowiedziała się od ludzi, że jej wychowanka poszła do kościoła w czerwonych trzewikach.

—        Nigdy, nigdy ich już nie zakładaj! — ostrzegła.

Ale w następną niedzielę dziewczynka nie mogła się powstrzymać i znowu włożyła czerwone buty zamiast czarnych i poszła ze swą opiekunką do kościoła.

W drzwiach kościoła stał stary żołnierz z ręką na temblaku. Miał krótką kurtkę i rudą brodę. Pochylił się i zapytał dziewczynkę, czy pozwoli sobie obetrzeć kurz z bucików. Mała wysunęła stopkę, a żołnierz przetarł jej podeszwy, nucąc skoczną piosenkę, aż stopy ją zaswędziały.

—        Trzymajcie się dobrze w tańcu! — uśmiechnął się i mrugnął do niej.

W kościele znów wszyscy patrzyli pytająco na czerwone buciki dziewczynki. Ale ona była nimi zachwycona — były tak jasne jak maliny Jak owoce granatu — nie mogła myśleć o niczym innym. Ledwie słuchała nabożeństwa. Tak była zajęta obracaniem ich na wszystkie strony i podziwianiem, że zapomniała nawet śpiewać.

Kiedy ze starą panią wychodziły z kościoła, kaleki żołnierz zawołał:

—        Jakie piękne balowe pantofelki!

Na te słowa dziewczynka zakręciła się w kółko. Ale kiedy jej stopy raz zaczęły się poruszać, nie chciały się już zatrzymać i zaczęła tańczyć po klombach z kwiatami, minęła kościół i dalej tańczyła, jakby zupełnie nie mogła nad sobą zapanować. Tańczyła gawota, potem czardasza, potem walca, po drodze, po polach.

Stangret starej pani zeskoczył z ławki i pobiegł za dziewczynką, złapał ją i zaniósł do powozu, ale nóżki dziewczynki w czerwonych bucikach ciągle tańczyły w powietrzu, tak jakby nadal dotykały ziemi. Stara pani i stangret ciągnęli i szarpali za trzewiczki, próbując je zdjąć. Co to był za widok — przekrzywione kapelusze, wierzgające w powietrzu nogi. Wreszcie jakoś je poskromiono.

W domu stara pani schowała czerwone buciki na najwyższą półkę i zakazała dziewczynce ich dotykać. Ale ona w żaden sposób nie mogła się powstrzymać od tęsknego spoglądania w górę. Dla niej była to ciągle najpiękniejsza rzecz pod słońcem.

Niedługo potem opatrzność zrządziła, że stara kobieta ciężko zachorowała; leżała przykuta do łóżka, a kiedy tylko doktorzy wyszli od niej, dziewczynka zakradła się do pokoju, gdzie schowano czerwone trzewiczki. Patrzyła na nie, stojące wysoko na półce. Wpatrywała się z takim natężeniem, że omal nie pochłonęła ich wzrokiem, i w końcu poczuła tak straszną pokusę, że wspięła się na półkę, zdjęła je i obuła, czując, że nie robi nic złego. Ale kiedy tylko buciki objęły jej pięty i palce, opanowała ją chęć tańczenia.

W tańcu wybiegła z domu, po schodach, najpierw gawotem, potem czardaszem, potem zamaszystym walcem, na przemian. Była w takiej ekstazie, że nie zdawała sobie sprawy, iż dzieje się coś niedobrego. Ale kiedy chciała tańczyć w lewo, buciki tańczyły w prawo. Kiedy chciała tańczyć w kółko, buciki prowadziły ją prosto, zupełnie jakby to one miały nad nią władzę. Zaniosły ją na drogę, przez błotniste pola, w ciemny ponury las.

A tam pod drzewem stał ten sam stary rudobrody żołnierz z ręką na temblaku i w krótkiej kurtce.

—        Oho — powiedział — jakie piękne balowe pantofelki.
Przerażona dziewczynka chciała zerwać buciki z nóg, ale im mocniej szarpała, tym mocniej się trzymały. Podskakując na jednej nodze, potem na drugiej, próbowała je zdjąć, ale jedna stopa na ziemi nie przestawała tańczyć, a stopa, którą trzymała w dłoni, też tańczyła.

I tak dziewczynka tańczyła, tańczyła i tańczyła bez końca. Przez najwyższe wzgórza i doliny, w deszczu, śniegu i słońcu. Tańczyła w ciemną noc, o wschodzie słońca i w południe. Ale nie był to radosny taniec. To był szalony, koszmarny pląs; nie było już dla niej wytchnienia.

Tańcząc, zawędrowała na przykościelny cmentarz. Tam wyszedł jej na spotkanie upiór i nie pozwolił wejść. Duch przemówił do niej w te słowa:

—        Masz tańczyć! Będziesz tańczyć, aż sama staniesz się jak zjawa, blada i zimna, aż skóra uschnie na tobie jak na szkielecie, aż nie zostanie z ciebie nic, tylko tańczące wnętrzności; będziesz tańczyła od drzwi do drzwi po wszystkich wioskach, w każde drzwi zapukasz trzy razy, a ludzie, kiedy cię zobaczą, będą się ciebie lękać. Tańczcie, czerwone trzewiki, tańcz i ty z nimi.

Dziewczynka błagała o litość, ale czerwone buciki uniosły ją za bramę cmentarza i dalej, przez krzaki dzikich róż, przez strumienie, przez żywopłoty, dalej i dalej, aż ciągle tańcząc, dotarła do swego starego domu pełnego żałobników. Stara pani, która ją wzięła pod swój dach, umarła. Mimo to dziewczynka dalej tańczyła i tańczyła, bo nie mogła już inaczej. Wyczer­pana i przerażona dotarła do domku pod lasem, gdzie mieszkał miejski kat. A topór wiszący na ścianie zaczął drżeć, gdy poczuł, że się zbliża.

— Kacie, kacie, wyjdź — prosiła dziewczynka, tańcząc przed jego drzwiami. — Rozetnij me buty, uwolnij mnie od przeklętego losu! — I kat toporem przeciął paski butów. Ale trzewiki dalej trzymały się stóp. Krzyknęła więc, że jej życie jest nic nie warte i żeby odrąbał jej stopy. Tak też uczynił. A czerwone trzewiki z nóżkami w środku dalej tańczyły przez pola, aż zniknęły za wzgórzem. Dziewczynka została biedną kaleką, która musiała zarabiać na życie, służąc innym, ale już nigdy, nigdy więcej nie chciała mieć czerwonych bucików.

————————————-

 Tak jak już była o tym mowa we wcześniejszych postach, pierwotna natura ludzi i zwierząt jest bardzo podobna, jednak człowiek tak bardzo rozbudował kulturę, że dominuje ona nad naturą. Jeżeli zwierzę rodzi się w gospodarstwie, to jest od razu udomawiane, podporządkowuje się regułom i pozwala by narzucono mu odgórnie funkcję jaką ma spełniać. Nie jest samowystarczalne, to gospodarz zapewnia mu przetrwanie. Jeżeli dzikie zwierzę zabłąka się do gospodarstwa i zostanie udomowione, to nadal może jeszcze powrócić do naturalnego środowiska, bo nadal zna tajniki przetrwania w nim.

 Dusza ludzka nie jest udomowiona z natury. Jest dzikim zwierzęciem. Udomawia się ją, aby spełniała obowiązki jakie narzuca jej społeczeństwo, ale zawsze może wyrwać się z niewoli i powrócić do lasu, gdzie jej miejsce. Co nie znaczy, że jest to proste, łatwe i przyjemne. Przyjmuję, że kobieta udomowiona to osoba, która kiedyś żyła w naturalnym stanie psychiki — to jest w zgodzie z naturą i instynktami — potem na skutek jakiegoś splotu okoliczności popadła w niewolę, a zbyt długie udomowienie zabiło w niej prawidłowe instynkty. Kiedy odzyskuje wolność i może wrócić do swego pierwotnego środowiska, łatwo pada ofiarą wnyków i zatrutej przynęty. Ponieważ jej cykle życiowe i wewnętrzny system ostrzegawczy uległy zaburzeniom, więc życie na wolności, w naturalnym środowisku, staje się dla niej źródłem zagrożenia. Straciwszy czujność i ostrożność, łatwo staje się łupem. Utrata instynktu przebiega według charakterystycznego wzoru. Koniecznie trzeba mu się przyjrzeć bliżej, wręcz wyuczyć na pamięć, że­by ustrzec siebie i swoje córki przed utratą najcenniejszych skarbów. W psychicznych leśnych ostępach czyhają pułapki, potrzaski z zardze­wiałej stali ukryte tuż pod zielenią poszycia. Zastawia je wielki świat. Jesteśmy podatne na różne pokusy: nęcą z pozoru atrakcyjne związki, ludzie, przedsięwzięcia, którym nie potrafimy się oprzeć; lecz za smaczną przynętą często kryje się ostrze, które — kiedy tylko spróbujemy ugryźć kęs — zabija w nas ducha. Udomowione kobiety w każdym wieku — choć szczególnie dotyczy to młodych — czują nieodpartą pokusę, by jakoś sobie wynagrodzić okres długotrwałego głodu i wygnania. Na zgubę naraża je nadmierny, bezmyślny pociąg do pustych ludzi i uciech, które nic nie dają, nie oferują niczego wartościowego, ożywczego, trwałego. Niezależnie od miejsca i epoki na takie kobiety zawsze czekają ciasne klatki, do których zostają zwabione lub wepchnięte siłą.

 Czerwone Trzewiczki opowiadają o sytuacji, kiedy na skutek różnych okoliczności traci się to co sprawiało satysfakcję i radość, i nic nie może tego zastąpić, a substytuty dają chwilową przyjemność, ale ostatecznie okazują się być zgubne. W baśni początkiem niepowodzeń jest utrata własnoręcznie uszytych butów. Dziewczynką nikt się nie opiekuje, ale dzięki temu jest samodzielna i potrafi sobie poradzić z przeciwnościami losu. Nie mam butów? To sobie je zrobię z tego co mam pod ręką! Może nie będą piękne, ale ochronią stopy przed zimnem i kamieniami. A silne i ruchliwe stopy to podstawa, to dzięki nimi pewnie stoimy na ziemi i jesteśmy w stanie się poruszać. Mogę iść gdzie chcę i kiedy chcę. Często spotykany w baśniach biedny, ale obdarzony sprytem bohater to psychologiczny motyw symbolizujący człowieka bogatego duchem, który powoli, stopniowo zdobywa świadomość, dojrzałość i siłę (…) Archetypowy symbolizm buta sięga czasów starożytnych, kiedy to buty były oznaką władzy: panowie je mieli, niewolnicy zaś nie.(…) Moja wersja baśni powstała w zimnych, północnych krajach, w których posiadanie butów jest warunkiem przetrwania. Suche, ciepłe stopy pozwalają przeżyć ostre chłody i wilgoć. Pamiętam, jak ciotka mówiła mi, że kradzież jedynej pary butów w zimie była zbrodnią równą zabójstwu (…)W symbolice archetypów stopy reprezentują mobilność, swobodę i wolność. W tym znaczeniu posiadanie butów do obucia stóp oznacza ugruntowanie we własnych przekonaniach i hart ducha, by kierować się nimi w życiu. Własnoręcznie zrobione buty nie grzeszą urodą, ale gdyby dziewczynka dalej podążała tym tropem, na pewno z czasem nabrałaby wprawy i zaczęła tworzyć rzeczy rzeczywiście piękne. To nic, że buciki są toporne i niezgrabne; we wszyst­kich kulturach, we wszystkich epokach spotykamy bogów-stworzycieli, których dzieło za pierwszym razem było niedoskonałe. Zrobienie sobie butów napawa dziewczynkę radością, a radość jest źródłem motywacji i napędza do dalszego działania. Bez radości na dłuższą metę nie da się żyć. Nic dziwnego, że trzewiczki są czerwone. Czerwień to kolor pasji i oddania oraz poświęcenia. Aby coś osiągnąć trzeba coś poświęcić: czas, energię, czasami chęć bycia lubianym i akceptowanym. Ale czerwień to także kolor upływu krwi, przy miesiączce, porodzie czy poronieniu krew kapie na stopy i wkrótce z dziewczynki będą tak jak krew wypływać talent, samodzielność, pasja i radość życia. Kobieta czuje radość, kiedy przelewa słowa na papier, kiedy po raz pierwszy udaje się jej uderzyć we właściwą nutę, al punto. To niewiarygodne uczucie. Kobieta czuje taką radość, kiedy odkrywa, że jest w ciąży i pragnie mieć dziecko. Czuje ją, kiedy patrzy na szczęście swoich najbliższych. Czuje ją, kiedy osiąga coś, do czego dążyła ze wszystkich sił, coś, na czym jej zależało, coś, co wymagało ryzyka, wysiłku, zaangażowania i skończyło się sukcesem — w pięknym stylu albo i nie — najważniejsze, że tego dokonała, że coś stworzyła, że stoczyła bitwę, doczekała się wielkiej chwili, spełniła się w życiu. To naturalny, instynktowny stan kobiety. Z takiej radości emanuje Dzika Kobieta. Taki stan ducha woła ją po imieniu. Ale w baśni los zrządził, że pewnego dnia drogę do własnoręcznie szytych, prostych czerwonych bucików, drogę do prostych radości ży­cia zagradza pozłacany powóz, wtaczający się bez pardonu w życie dziewczynki.

 PUŁAPKA POZORNIE ŁATWEGO WYBORU

 Ni stąd ni zowąd pojawia się tajemnicza starsza dama, która obiecuje, że zaopiekuje się dziewczynką. Ot tak, po prostu. Nie będzie musiała się już o nic martwić, starsza pani o wszystko zadba. Kuszące, prawda? I samotna, zmęczona ciągłą pracą dziewczynka daje się skusić. Pierwszą pułapką jest pozłacany powóz. Wejście do powozu starej pani przypomina wejście do ozdobnej klatki; niby oferuje życie wygodniejsze i wolne od trosk, ale w ostatecznym efekcie powoduje zniewolenie. Nie dostrzegamy, kiedy brama się zatrzaskuje, bo złoto z początku oślepia. Wyobraźmy sobie, że idziemy drogą swego życia we własnoręcznie uszytych bucikach i ni stąd, ni zowąd nachodzi nas myśl: „Może jest coś lepszego, coś łatwiejszego, coś, co zabiera mniej czasu, energii, wysiłku”. W życiu kobiety takie nastroje nie są rzadkością. W połowie jakiegoś zadania, wysiłku, mamy przeróżne odczucia — i dobre, i złe. Po prostu układamy sobie życie, idąc naprzód, robiąc wszystko, co w naszej mocy. Wkrótce popadamy w zwątpienie, coś w nas powiada: „To za trudne”. Gdzieś tam, na horyzoncie, jawi się coś pozornie pięknego. Ta rzecz wydaje się łatwiejsza, lepsza, bardziej kusząca. Nagle podjeżdża pozła­cany powóz, drzwi się otwierają, opadają małe schodki i wstępujemy do środka. Zwabiono nas w pułapkę. Dałyśmy się skusić. Taka pokusa pojawia się regularnie, czasem codziennie. I często trudno jej się oprzeć. W konsekwencji bierzemy ślub z nieodpowiednim człowiekiem, żeby zapewnić sobie komfort materialny. Porzucamy nowe, ambitne zadania i wracamy do tych łatwiejszych, wałkowanych od dziesięciu lat. Dobry wiersz zostawiamy w brudnopisie, zamiast nadać mu doskonalszą formę. Bo przecież wydaje się, że lepiej jest jeździć pozłacanym powozem niż iść pieszo w swoich koślawych bucikach. Złotym powozem w realnym życiu może być pogoń za rzeczami materialnymi albo rezygnowanie z ambicji i bardziej skomplikowanych zadań na rzecz tych łatwiejszych i płytszych.

PUŁAPKA TROSKLIWOŚCI

 Kolejną pułapką jest starsza pani. Sidła zostają zastawione, kiedy dziewczynka porzuca swoje życie, by z nią zamieszkać. Tam musi być grzeczna i cicha — nie wolno jej głośno mówić o swoich tęsknotach, a tym bardziej dążyć do ich zaspokojenia. W ten sposób twórcza dusza zaczyna głodować (…)W idealnej postaci stara kobieta symbolizuje godność, duchowego przewodnika, mądrość, samowiedzę, ducha tradycji, dobrze określone granice, doświadczenie przyprawione dla równowagi sporą dozą zrzędliwości, rubasznego humoru, bezpośredniości i przekory. Jak wynika z baśni, stara kobieta nie uszlachetnia młodości, którą wzięła pod opiekę, ale starczą postawą niszczy każdy świeży powiew. Zamiast stać się mentorką wychowanki, stara kobieta usiłuje ją zwapnić. Nie jest uosobieniem starego mędrca, ale uparcie wdraża jedynie słuszną wartość, broniąc wszelkich eksperymentów i nowości.

Na czym koncentruje się większość babć? Nie na tym, żeby twoje uczucia były poukładane, a widzenie świata samodzielne. Na tym, żebyś był najedzony/-a.

Obrazek pochodzi ze strony komixxy.pl

(można kliknąć aby powiększyć)

Tak było nie tylko za mojego dzieciństwa, ale na długo zanim się urodziłam, jeśli wierzyć Konstantemu Ildefonsowi Gałczyńskiemu.

(…)Wnuczek:
(za stołem, w pozycji stojącej, do Publiczności): Po co oni podnieśli tę kurtynę? Żeby mnie było widać? Moje cierpienie to nie jest pies na pokaz. A zresztą – niech tak zostanie. Toć mnie i tak nie widzicie. Ponieważ jestem okryty i pogrążony. Okryty wstydem i pogrążony w rozpaczy. Wszystko przez babcię, która mi nie daje spokoju. (przedrzeźnia Babcię) Zbyszku! Zbyszek to niestety ja. Zbyszku, może ci gorąco, rozepnij się. (rozpina marynarkę) Zbyszku, tobie na pewno zimno, zapnij się. (zapina marynarkę na niewłaściwy guzik) Zbyszku, a może tobie jest wyjątkowo zimno, dopnij się. (zapina jeszcze jeden niewłaściwy guzik i spostrzega pomyłkę) No właśnie, a jak mi się od tego rozpinania, zapinania i dopinania pomyli wszystkie dwadzieścia osiem guzików, to babcia mówi: – Zbyszku, jak ty wyglądasz! – W ten sposób całe życie tylko się rozpinam, dopinam i przepinam. (przepina guziki) I od rana do nocy ciągle ta sama audycja:

Zbyszku, przestań w zębie grzebać,
Zbyszku, nie kręć kulek z chleba,
Zbyszku, nie bierz tyle soli,
Zbyszku, zupę jedz powoli,
Zbyszku, nie rusz tego kwiatka,
Zbyszku, wolno, bo się zatkasz,
Zbyszku, ocet cię zabije,
Zbyszku, nie drap się tak w szyję,
Zbyszku, wyjmij dłoń z kieszeni,
Zbyszku, nie kładź się na ziemi,

Zbyszku, zaraz pęknie szklanka,
Zbyszku, nie graj na organkach,
Zbyszku, nie wchodź na ten taras,
Zbyszku, głowę umyj zaraz,
Zbyszku, nie śmiej się tak głośno,
Zbyszku, zapnij się, bo mroźno,
Zbyszku, nie gwiżdż i nie kichaj,
Zbyszku, spodni nie wypychaj,
Zbyszku, co to? popiół w talerz?
Zbyszku, brzytwą się nie skalecz (…)

fragmenty Babci i Wnuczka K.I. Gałczyńskiego

 Wiemy jakie są babcie, a w szczególności polskie babcie: opiekuńcze, troskliwe, zawsze pilnujące by otoczenie było najedzone, a przede wszystkim pilnujące przestrzegania obyczajów. Jeżeli jedziesz do babci to prawdopodobnie dostaniesz wielki obiad z pyszną szarlotką na deser, ale będziesz musiał się odpowiednio zachowywać, być grzecznym, uśmiechniętym i potakującym, uprzejmym jak angielska królowa dla wścibskich sąsiadek zerkających zza płota, a jeżeli nie daj Boże, założyłeś „niewłaściwe” ubranie to babcia nie będzie miała żadnych oporów, żeby je skrytykować i powiedzieć ci jak według niej wyglądasz. No i jeżeli akurat nie jesteś głodny, babcia absolutnie nie przyjmie tego do wiadomości.

Obrazek pochodzi ze strony komixxy.pl (można kliknąć aby powiększyć)

Ten minikomix podaje w zabawny sposób smutną prawdę: nie ma na świecie nikogo, kto jest równie dobry w szantażu emocjonalnym niż kobiety w rodzinie, zwłaszcza babcie i matki. „Przecież robię to dla twojego dobra!”, „Przecież się o ciebie troszczę!”, „Wiem co jest dla ciebie dobre!”. Więc jeżeli tego nie chcesz to jesteś niewdzięczny, nieczuły etc. Nasze babcie i mamy żyły w czasach wielkiej opresji dla duszy, marzeń oraz ambicji kobiet i to je ukształtowało. Mimo że teraz mają możliwości rozwinięcia skrzydeł, to są zbyt udomowione aby nawet zauważyć, że klatka została otwarta. Co więcej, starają się udomowić to co naturalne i dzikie w młodym pokoleniu będąc święcie przekonanymi, że przecież to „dla ich dobra”. Babcie i mamy żyjąc niemal od zawsze w stanie udomowienia przeceniają wartość wspólnoty. Nie wierzą, że można żyć w lesie samodzielnie i przetrwać. Uważają, że trzeba dostosować się do innych. Pozostajemy pod wpływem wielu zbiorowości; zarówno grup, z którymi się utożsamiamy, jak i tych, do których wcale nie należymy. Czy otaczająca nas zbiorowość to środowisko akademickie, religijne, finan­sowe, zawodowe, rodzinne czy jeszcze inne, wszystkie stosują system kar i nagród zarówno wobec swoich członków, jak i wobec osób spo­za grupy. Usiłują kontrolować wszystko bez wyjątku — od myśli po wybór partnera czy pracy. Często poniżają i odstraszają od przedsię­wzięć, które nie są zgodne z ich preferencjami. W baśni stara kobieta jest symbolem rygorystycznego strażnika kolektywnej tradycji, wymuszającego nie kwestionowane status quo: „Bądź grzeczna, nie sprawiaj kłopotów, nie myśl za dużo, nie nabijaj sobie głowy wysokimi ideałami, bądź skromna, nie wychylaj się, naśla­duj innych, bądź miła, zgadzaj się na wszystko, nawet jeśli ci się coś nie podoba, jeśli coś do ciebie nie pasuje, jeśli jest za małe lub za duże i nawet jeśli boli”. Kiedy przyjmujemy taki martwy system wartości, w zatrważającym stopniu zatracamy kontakt z duszą. Niezależnie od afiliacji z daną grupą i jej wpływu na nas, dla dobra duszy musimy zrobić wszystko, by nie identyfikować się bez reszty ze zbiorowością, ale zaznaczać swoją odrębność i kierując się własnym wyborem, przerzucać tylko pomosty do różnych grup. To my zdecydujemy, które mosty będą mocne i często używane, a które zostaną słabymi kładkami, po których nikt nie chodzi. I zapewne będziemy faworyzować te zbiorowości, które najbardziej sprzyjają naszej duszy i twórczym ambicjom w życiu. (…)Życie nie będzie twórcze, jeśli usiądzie się grzecznie w kąciku. Uległość i posłuszeństwo w mowie, myśli czy działaniu pozbawia soków twórczych. Każda grupa, społeczeństwo, instytucja czy organizacja, która zachęca kobiety do pogardzania oryginalnością, do podejrzliwości wobec rzeczy nowych i niezwykłych, do unikania żaru, żywości, innowacji, do bezosobowości, zmierza do stworzenia społeczeństwa martwych kobiet**.

 SPALENIE SKARBU

 Trzecim błędem jaki popełnia dziewczynka jest niedopilnowanie czy też przyzwolenie na spalenie jej własnoręcznie zrobionych trzewików. Starsza pani w jej dziele widzi tylko śmieci i pali je, a dziewczynka robi się jeszcze bardziej smutna i cicha. Podobnie dzieje się z kobietami, pod wpływem krytyki czy chwilowego zwątpienia porzucają swoje pasje i zainteresowania i dają się wtłoczyć w zbyt ciasne ramy. Wówczas życie kobiety traci kolory, bo jest już tylko hambre del alma (hiszp. „głód duszy” – przyp. A.L.)— wygłodzona, nienasycona dusza. Pragnie ona tylko jednego — powrotu głębszego sensu życia. Pragnie tylko własnoręcznie szytych czerwonych bucików. Spontaniczna radość, jaką symbolizują, mogła spłonąć w ogniu rezygnacji, w ogniu niedoceniania i lekceważenia własnej pracy. Mogła też spłonąć w ogniu ciszy, jaką same sobie narzucamy. Zbyt wiele kobiet składa straszliwe przysięgi na wiele lat przedtem, zanim zdążą się czegoś nauczyć. W młodości zabrakło im przyjaznej atmosfery i wsparcia, więc zniechęcone i zrezygnowane odkładają pióra, połykają słowa cisnące się na usta, przestają śpiewać, zwijają płótna i przysięgają nigdy ich więcej nie dotknąć. Kobieta w takim stanie wchodzi nieodwracalnie do pieca razem ze swym ręcznie szytym ży­ciem. Życie obraca się w popioły. Żywa kobieta obumiera w ogniu nienawiści do samej siebie, bo kompleksy gryzą dotkliwie i przynajmniej przez jakiś czas skutecznie odstraszają od życia lub satysfakcjonującej pracy. Mijają lata, a kobieta nie idzie naprzód, nie uczy się, nie dowiaduje niczego, niczego nie osiąga, nie podejmuje wyzwań, nie staje się kimś.

 Oczywiście, najlepszym i najzdrowszym rozwiązaniem byłoby po prostu opuszczenie domu, w którym zamiast się rozwijać, dziewczynka więdnie. Jeśli nie uciekamy, mając po temu wszelkie powody, to popada­my w depresję. To kolejna pułapka. Stałe dopasowywanie się do cudzych reguł stępia instynkty pchające nas do spontaniczności, radości, wchodzenia w związki, stawiania sobie celów, pokonywania przeszkód i ciekawości tego co nowe. Kiedy mówię o nadmiernym udomowieniu jako niewoli, nie mam na myśli socjalizacji — procesu, w którym dzieci uczą się mniej więcej właściwych zachowań społecznych. Rozwój społeczny jest sprawą niezwykle doniosłą. Bez niego nie można sobie radzić w świecie. Jednak nadmierne oswojenie jest jak żądanie, by życiodajna krew przestała krążyć. W prawidłowym, zdrowym stanie dzika jaźń nie jest potulna ani otępiała. Jest czujna i reaguje na każdy ruch, na działanie każdej siły. Nie jest skazana na powtarzanie tego samego wzorca w każdej sytuacji. Ma twórczy wybór. Kobieta z uszkodzonym instynktem wyboru nie ma. Jest unieruchomiona.

 Wsiadając do złotego powozu i przenosząc się do domu staruszki przejmujemy jej zachowania i sposób bycia. To ona jest gospodynią, a nie my. Zostajemy udomowione i musimy się dopasować. Zatracamy naturalne instynkty, ale nasza dzika natura wierzga, krzyczy i domaga się zauważenia. Potrzebuje czegoś co pobudzi ją do życia, wyrwie z marazmu i sprawi, że przejdą ciarki, tyle że przestaje rozróżniać między tym co wartościowe i zdrowe, a tym, co puste i niszczące. Tak jak wygłodzony człowiek zje wszystko co mu się trafi, czy będzie to pyszna, pachnąca ziołami i dobrze przyprawiona paella, czy ociekający tłuszczem hamburger i frytki przesiąknięte wonią oleju drugiej świeżości. Wkrótce, kiedy znów znajdzie się na wolności — już bez wrodzonego zmysłu, niezdolna do dostrzeżenia niebezpie­czeństw, porwą ją w tan diaboliczne czerwone trzewiczki.

 SZALEŃSTWO ZWIERZĘCIA WYPUSZCZONEGO Z KLATKI

 Wilki w normalnych warunkach nie są krwiożercze. Zabijają tyle ile trzeba, aby przeżyć. Jednak jeżeli głodują podczas zimy, to gdy tylko topnieją śniegi, zaczynają polować bez opamiętania, w sposób zupełnie nieracjonalny, nie dają rady zjeść wszystkiego, nie robią zapasów, porzucają złowioną zwierzynę. Z podobnym zjawiskiem spotyka­my się, kiedy kobieta doświadczyła psychicznej niewoli i głodu. Nagła wolność odurza — można iść, dokąd się chce, robić, co się chce, żyć, jak się chce, zaczyna się szamotanina i utrata wszelkich hamulców — co się uważa za usprawiedliwione. Dziewczynka w baśni także czuje się usprawiedliwiona, kiedy za wszelką cenę chce zdobyć czerwone trzewiczki. Głód powoduje utratę rozsądku. Po doświadczeniu utraty wolności, mamy już w podświadomości kod „bierz ile możesz od razu, bo nie wiadomo jak długo będziesz w stanie się tym cieszyć”. Jeśli kobiecie każe się być dystyngowaną damą siedzącą z równo złączonymi kolanami, jeśli wychowano ją tak, że mdleje, słysząc dosadniejsze słowo, jeśli nigdy nie piła nic poza pasteryzowa­nym mlekiem… to trzeba uważać, kiedy się urwie ze sznurka. Nagle przestają jej wystarczać likiery owocowe, zaczyna upijać się na umór jak stary marynarz, a od jej przekleństw więdną uszy. Głód minął, ale pozostała obawa, że kiedyś znowu dostanie się do niewoli. Chce więc zakosztować wszystkiego, póki może. (…)Jeśli kobieta przez dłuższy czas musiała funkcjonować wbrew naturalnym cyklom, zaprze­czać swym twórczym potrzebom, to dostaje obsesji na punkcie alkoholu, narkotyków, złości, życia duchowego, przemocy wobec innych, roz­wiązłości, ciąż, studiów, twórczości, władzy, wykształcenia, porządku, sprawności fizycznej, objadania się chipsami, by wymienić najbardziej typowe nałogi. W ten sposób kobiety kompensują sobie utratę regularnych cykli wyrażania siebie, wyrażania swej duszy, samorealizacji. Wiele utalentowanych kobiet wpadło w pułapkę najpierw próby przystosowania się, a potem złych wyborów, nałogów, depresji i niemożności zatrzymania się: Janis Joplin, Marylin Monroe, Judy Garland, Edith Piaf, Sylvia Plath, Amy Winehouse by wymienić tylko te najsłynniejsze. To nie talent doprowadził je do śmierci. Sprawiły to pułapki, których mogły ominąć gdyby ich instynkt nie został okaleczony.

 W baśni dziewczynka przystępuje do uroczystości kościelnej i z tej okazji ma otrzymać nowe buty. Starsza pani niedowidzi i niechcący pozwala dziewczynce przemycić błyszczące czerwone trzewiczki. Oto potwierdzenie, że skostniały, pedantyczny system wartości sam w sobie pozbawiony jest zdolności wyraźnego widzenia, wrażliwości na to, co się dzieje wokół. Kiedy coś czego bardzo pragniemy długo spychamy do nieświadomości, to daje to tak sam efekt jakbyśmy w naczyniu do gotowania pod ciśnieniem nie zostawili żadnego odpowietrznika: prędzej czy później wybuchnie i rozsadzi garnek. Cień zachowuje się analogicznie. Dlatego skąpcy mogą nagle zadziwić wszystkich, ofiarowując miliony dolarów na sierociniec. Dlatego osoba zazwyczaj łagodna może wpaść w dziki szał, ciskając wokół siebie gromy. Wybuch to już ostateczność, jeżeli powietrze spuszczać powoli i spokojnie, to można energię odprowadzać w bezpieczny sposób. Eksplozja rujnuje i naczynie, i to co w środku niego, i to co dookoła. Potem następuje coś, co, jak powiadają w moich stronach, przypomina próbę wpakowania dziesięciu funtów mułu w pięciofuntowy wo­rek. Niełatwo ujarzmić to, co po wielkiej detonacji wymknęło się z cie­nia. (…) Kobiety, które nie mogą robić jawnie tego, co sprawia im radość, zaczynają przemycać to w sposób niejawny i prowadzić podwójne, schizofreniczne życie. Jeśli kobieta udaje, że chce wtłoczyć swe życie w małą, zgrabną paczuszkę, to osiąga tylko tyle, że w sferze cienia powstaje olbrzymie ciśnienie życiodajnej energii. Wciąż powtarza, że czuje się świetnie. Widzimy ją w odległym kącie pokoju lub w lustrze i wiemy, że wcale tak nie jest.(…) Jak Hedda Gabler w sztuce Henryka Ibsena, kobieta o nieokiełznanej duszy może, zacisnąwszy zęby, udawać, że żyje zwykłym życiem, ale musi drogo za to zapłacić. Hedda ukradkiem prowadzi gorące, niebezpieczne życie, igrając z byłym kochankiem i Śmiercią. Na zewnątrz udaje, że jest zadowolona, chodząc w czepku i słuchając zrzędzenia stetryczałego męża. Kobieta pozornie może być układna, nawet cynicz­na, ale wewnętrznie krwawi. Albo, śladem Janis Joplin, kobiety próbują podporządkować się panującym zasadom tak długo, jak długo mogą to znieść, a ich twórcza natura, wyniszczona i schorowana przez zepchnięcie w cień, wybucha w gwałtownym buncie przeciw dobrym manierom w sposób nieprzemy­ślany, lekceważący talent i samo życie. (…)Ukradkowe przemycanie życia, ponieważ to prawdziwe nie znajduje przestrzeni do rozwoju, odbija się boleśnie na witalności kobiety. Ko­biety zniewolone i wygłodzone wykradają, co się da: przemycają zaka­zane książki i muzykę, przyjaźnie, seks, religie. Przemycają potajemne myśli, poglądy, sny o rewolucji. Kradną czas, który mają poświęcić rodzinom, mężom, kochankom. Podwójne życie to życie w schizofrenii. Żeby zejść z tej podwójnej drogi, kobieta musi porzucić udawanie. Ukradkowe, przemycane, symulowane życie wewnętrzne nie może się udać.

 STĘPIONY INSTYNKT

 O ile gdy wsiadała do złoconego powozu, dziewczynka miała prawo nie wiedzieć w co się pakuje z racji małego doświadczenia, to przemycenie czerwonych trzewiczków spowodowane jest stępieniem instynktu poprzez mieszkanie w domu staruszki. W ten sposób kobiety oszukują same siebie. Wyrzuciły swój skarb, cokolwiek to było, a potem, jak się da, przemycają namiastki. Piszą? Owszem, ale w sekrecie, nie mają więc znikąd wsparcia, zachęty. (..) Brak powiernika, przewodnika, czegoś podnoszącego na duchu może zabijać. Tak się dzieje z kobietami, które mają poczucie niższości, kompleksy, nieszczęśliwie wyszły za mąż, z różnych przyczyn przerwały edukację itd. Trudno jest przemycać strzępki życia w taki sposób, ale kobiety robią to co dzień. Kiedy okoliczności zmuszają kobietę do wykradania życia, żyje ona na najmniejszych obrotach. Robi wszystko tak, by „oni” tego nie słyszeli, kimkolwiek „oni” są w jej życiu. Na dłuższą metę taki stan ducha prowadzi do wyniszczenia, wpadania w depresję, w choroby psychosomatyczne, do utraty radości, entuzjazmu, indywidualności, a w krańcowych przypadkach również samego życia. Nawet jeżeli kobiecie udaje się przez jakiś czas wpakowywać dziesięć funtów do pięciofuntowego worka, to po pewnym czasie on w końcu nie wytrzyma i pęknie. Każda w dzieciństwie próbowała powstrzymywać oddech. Każda przekonała się, że nie można nie oddychać ani oddychać zbyt płytko, że jakaś siła każe w końcu zrobić głęboki wdech. Otwierałyśmy szeroko usta, by znowu oddychać pełną piersią.

 W kościele dziewczynka wzbudza powszechne oburzenie swoimi bucikami, mieszkańcy natychmiast donoszą o jej „występku” starszej pani, w domyśle sugerując, aby ją ukarała. Staruszka zakazuje dziewczynce używać czerwonych trzewiczków, ale naturalna przekora każe jej w tajemnicy założyć je w następną niedzielę. To jeszcze nie obsesja, to raczej zbiorowość podsyca i wzmacnia jej wewnętrzny głód, żądając kapitulacji przed swymi ciasnymi wartościami. Tu ukazuje się kolejna prawda psychologiczna: im większą presję wywierasz, im bardziej przyciskasz pokrywkę z tym większą mocą wybuchnie para. Można próbować wieść ukryte życie, ale wcześniej czy później superego, negatywny kompleks lub samo społeczeństwo pojawi się na twojej drodze. (…) Niektórzy uważają, że czasy, kiedy tak zwana kobieta niepokorna bywała wyklęta, należą do przeszłości. Jeśli była niepokorna, to znaczy postępowała zgodnie z naturą swej duszy, to mówiło się, że jest „zła” lub że „zbłądziła”. Te czasy nie minęły. Zmienił się tylko typ zachowań, które uznaje się u kobiet za niedozwolone. Kiedy wybuchła wojna w Zatoce Perskiej, kobiety w Arabii Saudyjskiej czując w powietrzu zmiany wsiadły za kierownice samochodów, co było zakazane. Oskarżono je o łamanie prawa, a sądy nakazały ich męskim opiekunom, by dopilnowali aby więcej tego nie robiły. Czy to wyeliminowało ich pragnienia o samodzielnym prowadzeniu samochodu? Nie. Spowodowało tylko, że zeszły do podziemia. Na YouTube można zobaczyć filmy, gdzie kobiety z zasłoniętymi twarzami prowadzą nocą samochody, a na Facebooku założyły stronę Women2Drive . Spontaniczne dziecko płci żeńskiej urodzone w surowej społeczności zazwyczaj prędzej czy później dozna podłości ostracyzmu. Traktuje się ją, jakby nie istniała, jak powietrze. Wspólnota wycofuje swą troskę, miłość, odmawia spełniania innych psychicznych potrzeb. Za takim ostracyzmem leży chęć zmuszenia jej, by się podporządkowała zasa­dom, chęć zabicia w niej ducha, wygnania jej z „przyzwoitej wioski” na zmarnowanie i śmierć na pustkowiu.(…) W związku z tym należy zapytać, jak to się dzieje, że niektóre kobiety czują, że muszą kulić się ze strachu, cofać się, płaszczyć i błagać o życie, które przecież od początku do nich należy. Co każe społeczeństwom stawiać takie wymagania?

 Perfidia kryje się w tym, że przez wieki poprzez brak możliwości wyrażania otwarcie agresji i gniewu, kobiety opanowały sztukę wyrażania ich pośrednio poprzez obmawianie, plotkowanie i donoszenie. Jeżeli inna kobieta ma odwagę mówić wprost, co myśli i postępować zgodnie z własnymi przekonaniami, to staje się łatwym celem dla tych, które nie mają tej śmiałości. Kobiety potrafią być wobec siebie największymi wrogami. Dziewczynka z baśni przyzwala otaczającej ją kulturze wpędzić się w jeszcze większą martwotę; zamiast jednak tchórzliwie uginać się przed rygorystyczną zbiorowością, można zdobyć się na akt odwagi. Nie musi to być czyn poruszający niebo i ziemię. Odwaga to pójście za sercem. Są miliony kobiet, które codziennie dokonują takich aktów odwagi. Jednak nie pojedynczy akt przekształca skostniałą zbio­rowość, a ich systematyczne powtarzanie. Jak kiedyś powiedziała mi młoda buddyjska mniszka: „Kropla drąży kamień”. (…)Kiedy grupa okazuje wrogość naturalnemu życiu kobiety, nie wolno Jej godzić się na pogardę i wyzwiska. Jak brzydkie kaczątko musi trwać i szukać miejsca, do którego należy — przeczekać, przetrwać i twór­czym życiem pokonać tych, którzy ją wyszydzają.

 Problem w tym, że dziewczynka nie robi tego, co Brzydkie Kaczątko, nie ucieka i nie szuka swojego miejsca. Wpatruje się jak zahipnotyzowana w błyszczące, czerwone trzewiczki i nie rozumie zagrożenia, nie podejmuje żadnej konstruktywnej decyzji aby wybrnąć z opresji. Bycie grzeczną, ustępliwą, oddawanie pola napastnikowi, próby pogodzenia się z niezdrową sytuacją sprawia, że stępia się naturalny instynkt prawidłowego reagowania, postrzegania, odpowiadania na zmiany, przeciwstawiania się niesprawiedliwości itd. Próbując być dobrą, posłuszną, ustępliwą w obliczu zewnętrznego lub wewnętrznego zagrożenia w celu ukrycia kryzysu psychicznego lub rzeczywistej sytuacji — kobieta wyrywa swoją duszę z korzeniami. Odcina się od wiedzy, od zdolności działania. Jak dziewczynka w baśni, która nie sprzeciwia się głośno, usiłuje ukryć głód, stwarza pozory, że nie trawi jej wewnętrzny ogień, tak współczesne kobiety cierpią na tę samą chorobę: sytuację nienormalną uznają za chleb powszedni. To zaburzenie szerzy się we wszystkich społeczeństwach. Oswojenie ze stanem nienormalnym ma przede wszystkim jeden skutek: sprawia, że duch, zamiast się zabrać za uzdrawianie sytuacji, popada w letarg, apatię, rozleniwienie i wreszcie, jak stara pani w baśni, w zupełną ślepotę.(…) Staramy się podporządkować, dostosować, uznając nienormalny stan za normę. W rezultacie tracimy zdolność do ucieczki. Tracimy siłę, by prze­mawiać za tymi elementami duszy i życia, które cenimy najbardziej. (…)Kiedy instynkt już nie działa, chlebem powszednim dla istot ludzkich stają się wszelkie zniewagi i napaści, wszelkie akty niesprawiedliwości i zniszczenia skierowane przeciw nim, ich potomstwu, ukochanym, ziemi, a nawet przeciwko ich bogom.

 W latach sześćdziesiątych naukowcy badając mechanizmy instynktu ucieczki przeprowadzili dosyć okrutny experyment i zaobserwowali dające do myślenia zjawisko. Psa umieszczono w klatce, której jedna połowa podłogi była podłączona do prądu. Za każdym razem gdy stawiał na niej łapę, doznawał nieprzyjemnych wstrząsów, dlatego szybko nauczył się trzymać drugiej, bezpiecznej połowy. Kiedy zamieniono połowy, pies przystosował się do odwróconych warunków. Następnie kiedy prąd podłączono na całej powierzchni, ale puszczano w nieregularnych odstępach, tak że niezależnie co zwierzę robiło i gdzie się znajdowało, zostawało porażone prądem.  Z początku pies był zdezorientowany, potem wpadł w panikę, a na końcu poddał się i położył na ziemi, przyjmując obojętnie wstrząsy. A co najstraszniejsze, kiedy drzwi klatki otwarto, pies leżał tam nadal. Nie wybiegł i nie opuścił klatki mimo że mógł. To samo zjawisko występuje u ludzi. Zbyt długie przebywanie w środowisku opresyjnym, gdzie stosuje się przemoc sprawia, że człowiek na nią obojętnieje i nawet kiedy zagrożenie ustaje, nie ma się już sił ani koncentracji, aby wyrwać się z tego kręgu. Naturalny instynkt ucieczki został już uszkodzony. Właśnie takie uznanie przemocy za normę, określane przez badaczy terminem „wyuczona bezradność”, skłania je (kobietyprzyp. A.L.) nie tylko do pozostawania przy mężach alkoholikach, nadmiernie wyzyskujących pracodawcach, w grupach, które je wykorzystują i poniżają, ale także sprawia, że czują się niezdolne do podjęcia jakichkolwiek kroków, by walczyć o swoje przekonania, swoją sztukę, zamiłowania, styl życia, politykę. (…) Świat dzikiej przyrody uczy, by podejmować wyzwania, w miarę jak się pojawiają. Osaczony wilk nie woła bezradnie: „O nie! Tylko nie to!”, ale odskakuje, rwie pazurami, biegnie, chowa się w norze, ryje w ziemi, udaje nieżywego, rzuca się do gardła — robi to, co w danej sytuacji trzeba zrobić. My też nie możemy pozwolić, by otępił nas chaos, upadek, ciężkie czasy. Musimy wreszcie zrozumieć, że wszystko, co więzi kobiecą radość, może nadejść z różnych stron i podstępnie zmieniać postać.

 SZALONY TANIEC

 Przy wyjściu z kościoła na dziewczynkę czeka stary żołnierz, który najwyraźniej ma diabelskie cechy (a w psychice uosabia naturalnego drapieżcę). Rzuca czar na pantofelki, tak że porywają one właścicielkę w niekończący się tan. Uzależnienie wynika nawet nie tyle z tego, że pozwoliła spalić własnoręcznie zrobione pantofelki. W końcu każdy ma prawo do błędów, zwłaszcza jeżeli jest młody i niedoświadczony. Błędem jest to, że nie spróbowała zacząć raz jeszcze, a zamiast tego usiłowała za wszelką cenę zdobyć substytut tego, co zostało jej odebrane, wierząc że to da jej szczęście. Stępiony instynkt nie zadziałał i nie pozwolił na rozróżnienie między grafitem a diamentem. Dziecko spróbowało wszystkiego: podporządkowania się staruszce, buntu, przemycania, „bycia grzeczną”, pozbycia się hamulców i tańca, a potem ponownego narzucenia sobie rygorów. Jednak niespełniona tęsknota za duszą i sensem życia jeszcze raz zmusza je do porwania czerwonych bucików, założenia ich i puszczenia się w ostatni taniec, taniec, który zaprowadzi do spustoszenia. (…)Dziewczynka wiruje przez życie w tańcu, który tak samo jak nałogi nie przynosi spełnienia, nadziei ani szczęścia, lecz ból, strach i skrajne wyczerpanie. Nie ma dla niej spoczynku. W życiu ów taniec to przede wszystkim nałogi, ale także nieudane związki, toxyczne relacje, brak silnej woli, uleganie innym, powtarzanie cały czas tych samych błędów, „nakręcanie się” negatywnymi myślami, wszystko to co nie pozwala nam odczuwać radości i harmonii wewnątrz nas jakiekolwiek by były zewnętrzne okoliczności. W zdrowej konstrukcji psychicznej w sytuacji zagrożenia interweniuje ta jej część, którą w baśniach symbolizuje staruszka, to wiedza i doświadczenie czuwające nad młodziutką, nieświadomą jeszcze zagrożeń dziewczynką. W tym kompensacyjnym uzależnieniu od fałszywej wolności główną rolę gra stara, wysuszona kobieta w psychice. Już od samego początku wzrok jej nie dopisuje. Potem zaczyna chorować. Jest unieruchomiona, zostawia próżnię w naszym wnętrzu. Psychice nadużywającej wolności nie ma kto przemówić do rozsądku. Wreszcie stara kobieta umiera, odchodzi, nie zostawiając po sobie bezpiecznego gruntu. A dziewczynka tańczy. Początkowo przewraca oczami z ekstazy, ale potem, kiedy buty nie dają jej odpocząć, już tylko z przerażenia i zgrozy. W zdrowej, naturalnej psychice tkwią najsilniejsze instynkty przetrwania. Ale jeśli kobieta nie może regularnie korzystać z wewnętrz­nej i zewnętrznej wolności, to czas spędzony w niewoli, uległość i bier­ność stępiają wrodzony dar orientacji, postrzegania sytuacji, pewności siebie i wszystkie cechy, których potrzebuje, by stanąć na własnych nogach. Czasami trudno się zorientować, kiedy tracimy instynkt, ponieważ najczęściej jest to podstępny, niedostrzegalny proces, zachodzący nie z dnia na dzień, ale w ciągu dłuższego okresu. Ponadto utrata bądź zamieranie instynktu często są aprobowane przez otaczającą nas kulturę, a NIERZADKO PRZEZ INNE KOBIETY, KTÓRE JUŻ WYZBYŁY SIĘ INSTYNKTU, BY ZNALEŹĆ AKCEPTACJĘ W SPOŁECZEŃSTWIE NIE ZNAJDUJĄCYM MIEJSCA DLA KOBIET ŻYJĄCYCH W HARMONII Z NATURĄ (podkreślenie. A.L) Uzależnienie to obłąkana Baba-Jaga, która porywa zagubione dzieci i porzuca je pod drzwiami kata.

 Na tym etapie jest już zbyt późno by zatrzymać się i zdjąć buciki, trzeba je odrąbać razem ze stopami. Jak ciężki to proces wiedzą alkoholicy wychodzący z nałogu, nie ma innego wyjścia niż radykalne odcięcie się od alkoholu. Kiedy postanowi się zerwać z nałogiem, nie wolno wypić już ani kropli więcej. Nie można myśleć: „Wypiję tylko kieliszek szampana z okazji ślubu syna” albo „To tylko kieliszek wina do obiadu”. Skoro wcześniej nie zadziałał mechanizm samokontroli, to nie ma żadnej gwarancji, że teraz nagle zadziała. Jednocześnie zrywanie z nałogiem jest bardzo ciężkie, a brak „paliwa” jakim był alkohol czyni ten proces jeszcze cięższym. Podobnie jest z powracaniem do lasu i kierowaniem się z powrotem wskazówkami instynktu. Odcinając się od nałogu samozagłady, czujemy okrutny ból. Nikt nie wie dlaczego. Można by sądzić, że uwięzio­na kobieta poczuje ulgę, przeszedłszy ten próg. Można by sądzić, że w mgnieniu oka poczuje się ocalona. Można by sądzić, że zacznie się cieszyć. Ale nie, ogarnia ją strach, słyszy zgrzytanie zębów i odkrywa, że to ona sama wydaje ten dźwięk. Czuje, że krwawi, choć nie widać krwi. Ale to ten ból, to cierpienie, ten brak stóp i brak domu, do którego można wrócić, są konieczne, żeby zacząć od nowa, od początku, żeby wrócić do życia uszytego własnymi rękami i kunsztownie dopracowywać je co dnia. Wbrew pozorom to że dziewczynka traci stopy nie oznacza, że jest na zawsze okaleczona. Inna opowieść, którą w Biegnącej z Wilkami analizuje dr E Bezręka Dziewczyna opowiada o tym, jak młodziutkiej dziewczynie odrąbane zostają ręce, ale dobrzy ludzie tworzą dla niej protezy ze srebra, a to sprawia, że odrastają jej własne dłonie. Nie mamy wpływu na to, kto powołuje nas na świat. Nie mamy wpływu na to, jak nas wychowano, nie możemy zmusić kultury, żeby w jednej chwili zaczęła nam sprzyjać. Ale jest i dobra wiadomość: nawet okaleczone, udomowione, nawet jeszcze w niewoli możemy odzyskać życie. Trzeba jednak wzmóc czujność, przygotować się na to, że pułapki, w które się już raz wpadło będą nadal czekały na drodze. Żeby utrzymać wewnętrzną radość, czasem będziemy musiały o nią walczyć, będziemy musiały się wzmocnić, wytężyć wszystkie siły i spryt. Żeby przeżyć oblężenie, trzeba długo obchodzić się bez wygód. A wolno nam wyrzec się niemal wszystkiego z wyjątkiem naszej radości — ręcznie uszytych czerwonych bucików.

 Tak jak alkoholicy muszą odciąć się od kumpli, którzy nadal piją tak kobieta, która powraca do lasu nie może oglądać się bez przerwy na gospodarstwo, z którego uciekła i słuchać tego, co mówią jej udomowione zwierzęta. Jeśli pragniemy dokonać czegoś, na czym nam naprawdę zależy, to jedną z najważniejszych rzeczy jest otoczyć się ludźmi, którzy popierają nasz wysiłek. Tak zwani przyjaciele, poranieni tak samo jak my, ale w gruncie rzeczy nie pragnący uzdrowienia, są pułapką i trucizną. (…) Odzyskanie straconego instynktu i uzdrowienie okaleczonego jest zawsze możliwe: instynkt powraca, kiedy kobieta uważnie słucha, patrzy, wczuwa się w otaczający ją świat i postępuje tak, jak robią to inni; skutecznie, wydajnie, z uczuciem. Możność obserwowania innych istot o zdrowym instynkcie jest konieczna do jego odzyskania. Po jakimś czasie słuchanie, patrzenie, działanie łączą się w jeden rytm, który ćwiczymy dopóty, dopóki na nowo nie wejdzie nam w krew.

 Znam kilka pisarek, które mają pewne motto wypisane nad biurkiem. Znam jedną, która nosi je na karteczce w bucie. Pochodzi ono z wiersza Charlesa Simica i jest najważniejszą instrukcją dla nas wszystkich: „Kto nie potrafi wyć, ten nie odnajdzie swego stada”. Jeśli chcesz na powrót wezwać Dziką Kobietę, nie pozwól się złapać. Wyostrz swój instynkt — odskakuj daleko, wyj przeciągle, bierz to, co daje świat, i dowiedz się o nim wszystkiego; niech twoje oczy wyrażają uczucia, niech patrzą, niech widzą wszystko, co można zoba­czyć. Tańcz w czerwonych bucikach, ale tylko w tych, które własno­ręcznie uszyłaś. W ten sposób będziesz żyć pełnią życia.

Teledysk Kate Bush do piosenki zainspirowanej tą baśnią.

 * Baśń ta jest najbardziej znana z wersji Hansa Christiana Andersena, ale ta przytaczana tutaj różni się od niej, dr E cytuje ją jako wersję niemiecko – węgierską, jaką opowiadała jej ciotka Tereza. Po mistrzowsku zawsze zaczynała opowieść od słów: „Przypatrzcie się swoim bucikom i dziękujcie Bogu, że są takie zwyczajne, bo trzeba być w życiu bardzo ostrożnym,  jeśli ma się buty za bardzo czerwone…”

  **Waris Dirie powiedziała w wywiadzie, że podróżowała po świecie, ale w żadnym kraju nie widziała tylu smutnych kobiet co w Polsce.

Odcinek 3. Mądra Wasylisa. O Babie Jadze, intuicji i wyprawie inicjacyjnej

biegnaca z wilkami wasylisa

Mądra Wasylisa*

 Dawno, dawno temu była sobie, a może i nie, młoda matka leżąca na łożu śmierci z twarzą tak bladą jak białe płatki woskowych róż w zakrystii pobliskiego kościółka. Jej mąż i mała córeczka siedzieli na skraju starego drewnianego łóżka, modląc się, by Bóg przeprowadził ją bezpiecznie na tamten świat.

 Konająca matka przywołała Wasylisę i dziewczynka w czerwonych bucikach i białym fartuszku przyklękła u jej boku.

—        Oto laleczka dla ciebie, kochanie — szepnęła matka i spod włochatego pledu wydobyła malutką lalkę, która tak jak Wasylisa była ubrana w czerwone buciki, biały fartuszek, czarną spódniczkę i kamizelkę wyszywaną kolorowymi nićmi.

—        Wysłuchaj moich ostatnich słów, najdroższa dziecino — rzekła matka. — Jeśli kiedykolwiek zgubisz drogę albo będziesz potrzebowała pomocy, zapytaj tę laleczkę, co masz robić. Ona ci pomoże. Miej ją zawsze przy sobie. Nikomu o niej nie mów. Nakarm ją, kiedy będzie głodna. To moja obietnica, moje błogosławieństwo dla ciebie, najdroższa córeczko. — Z tymi słowy oddech zatonął w ciele matki i połączył się z duszą, uleciawszy spomiędzy warg. Po chwili umarła.

 Dziewczynka i jej ojciec pogrążyli się w długiej żałobie. Ale, jak pole okrutnie zryte po bitwie znów się zieleni, tak ojciec wreszcie otrząsnął się z bólu i ożenił powtórnie z wdową, która miała dwie córki. Choć nowa macocha i jej dzieci mówiły uprzejmym tonem i zawsze się uśmiechały jak prawdziwe damy, za ich uśmiechami kryło się coś zdradliwego, czego ojciec Wasylisy nie dostrzegał.

 Rzecz to pewna, że kiedy te trzy zostawały z Wasylisą same, gnębiły ją, zmuszały do posług, kazały rąbać drwa, aż wkrótce jej gładka skóra stwardniała i pociemniała. Nienawidziły jej, bo była słodka, jakby nie z tego świata. Była również niezwykle piękna. Piersi miała pełne, ich zaś więdły od podłości. Była uczynna i nigdy nie narzekała, podczas gdy macocha i przybrane siostry gryzły się między sobą jak szczury na stosie śmieci nocą.

 Przyszedł dzień, kiedy macocha i przybrane siostry nie mogły już dłużej znieść Wasylisy. Zaczęły spiskować.

 —        Powiedzmy jej, że ogień na palenisku wygasł, i wyślijmy ją do ciemnego lasu, do Baby-Jagi, czarownicy, niech ją prosi o płomień do paleniska. Kiedy znajdzie Babę – Jagę, stara wiedźma niechybnie zabije ją i zje. — Klasnęły w ręce wszystkie trzy i zapiszczały jak dzikie zwierzęta z ciemnego lasu.

Tego samego wieczoru, kiedy Wasylisa wróciła z chrustem na opał, w całym domu panował chłód i mrok. Zmartwiona zapytała macochę:

—        Co się stało? Na czym będziemy gotować? Jak oświetlimy ciemny dom?

Macocha ofuknęła ją tylko.

—        Ty głupie dziecko. Widzisz, że ogień wygasł. Ja nie mogę iść do lasu, bo jestem za stara. Moje córki nie pójdą, bo się boją. Tylko ty możesz iść do lasu na poszukiwanie Baby – Jagi i prosić o rozżarzone węgle na rozpałkę.

 Niewinna Wasylisa odrzekła:

—        Dobrze, niech tak będzie, pójdę.

 I zaraz wyruszyła. Las robił się coraz gęstszy i ciemniejszy, suche patyki złowrogo trzaskały pod nogami. Sięgnęła do głębokiej kieszeni fartuszka, gdzie trzymała laleczkę, którą dostała od matki. Pogłaskała lalkę w kieszeni i powiedziała:

—        Wystarczy jej dotknąć, żeby lepiej się poczuć.

 Na każdym rozstaju dróg Wasylisa sięgała do kieszeni i radziła się laleczki:

—        Czy powinnam pójść w prawo czy w lewo?

 Lalka kiwała głową „tak” i „nie”, „tędy” i „tamtędy”. Wasylisa w drodze dzieliła się z nią chlebem i robiła wszystko, co poleciła jej laleczka.

 Nagle minął ją galopem jeździec w bieli na białym koniu i nastał świt. Dalej spotkała jeźdźca w czerwieni jadącego wolno na czerwonym koniu i wtedy wzeszło słońce. Wasylisa szła, szła, a gdy się zbliżyła do chaty Baby – Jagi, nadjechał kłusem jeździec ubrany na czarno na czarnym koniu i wjechał wprost do chaty Baby – Jagi. Zaraz potem zapadła noc. Ogrodzenie z czaszek i nagich kości okalające chatę zaczęło lśnić wewnętrznym żarem, tak że od całej leśnej polany biła niesamowita poświata.

 Baba – Jaga była straszliwą istotą. Jeździła nie powozem, nie dorożką, ale w kotle w kształcie moździerza, który latał o własnych siłach. W tym dziwacznym pojeździe czarownica wymachiwała wiosłem w kształcie tłuczka, a drogę za sobą zamiatała miotłą zrobioną z włosów zmarłych.

 Kocioł szybował po niebie, a tłuste włosy Baby-Jagi powiewały za nim. Długi podbródek zakrzywiony w górę i wielki haczykowaty nos stykały się pośrodku. Miała małą siwą kozią bródkę i na skórze mnóstwo brodawek od jadu ropuch. Paznokcie w brązowych plamach były grube, ostro zakończone i tak zakrzywione, że nie mogła zacisnąć dłoni w pięść.

 Jeszcze bardziej niesamowity był dom Baby – Jagi. Stał na ogromnych, pokrytych łuskami, żółtych kurzych nogach i wędrował tu i tam, a czasem wirował w kółko jak ekstatyczny tancerz. Rygle na drzwiach i okiennicach zrobione były z ludzkich palców rąk i nóg, a zamek u drzwi frontowych był pyskiem, z którego wystawało mnóstwo ostrych kłów.

 Wasylisa zapytała laleczkę:

—        Czy to jest dom, którego szukamy?

 A lalka swoim cichym sposobem odpowiedziała:

—        Tak, to jest miejsce, którego szukasz.

 Zanim Wasylisa zrobiła następny krok, Baba-Jaga w kotle obniżyła lot tuż obok niej i wrzasnęła:

 —       Czego chcesz? — Dziewczynka zadrżała.

 —        Babciu, przychodzę po ogień. W moim domu jest zimno… moja rodzina zginie… Potrzebuję ognia.

 Baba-Jaga warknęła:

—        Taaaak. Znam cię, znam twoją rodzinę. Jesteś do niczego, dziecko, pozwoliłaś, by ogień zagasł. To nieroztropne z twojej strony. A właściwie dlaczego ja miałabym ci dawać ogień?

 Wasylisa poradziła się laleczki i szybko odpowiedziała:

—        Bo cię o to proszę.

 Baba-Jaga zamruczała:

—        Masz szczęście. To jest właściwa odpowiedź.

 A Wasylisa pękała z dumy, że udało jej się dobrze odpowiedzieć. Baba – Jaga pogroziła:

—        Ani myślę dawać ci ognia, dopóki na niego nie zapracujesz. Jeśli wypełnisz moje polecenia, to dostaniesz ogień. Jeśli nie… — Wasylisa ujrzała, jak oczy Baby Jagi zamieniają się nagle w czerwone węgle. — Jeśli nie, moje dziecko, to zginiesz.

 Baba-Jaga wpadła do chatki, rozłożyła się na łóżku i rozkazała Wasylisie przynieść jedzenie gotujące się na piecu. Jedzenia było dość, by wykarmić dziesięciu chłopa, ale Baba-Jaga pożarła wszystko, zostawiając dla Wasylisy tylko maluśką skórkę chleba i łyczek zupy.

—        Upierz moje ubrania, pozamiataj podwórze i wysprzątaj dom, potem przygotuj posiłek, oddziel spleśniałe ziarna od dobrych i dopilnuj, żeby wszystko było w porządku. Wrócę i sprawdzę, jak się sprawiłaś. Jeśli nie wykonasz zadania, to zrobię z ciebie ucztę. — Mówiąc to, Baba – Jaga odleciała w swoim kotle, łapiąc nosem kierunek wiatru, z włosami łopoczącymi jak żagiel. I znowu zapadła noc.

 Gdy tylko Baba-Jaga zniknęła, Wasylisa zwróciła się do laleczki.

—        Co mam robić? Czy zdążę z tym wszystkim na czas?

Lalka zapewniła ją, że tak, kazała jej coś zjeść i położyć się spać. Wasylisa dała jej też trochę jedzenia i zasnęła. Rankiem laleczka wykonała wszystkie prace, zostało tylko ugotowanie jedzenia. Kiedy pod wieczór Baba-Jaga wróciła, zastała wszystko gotowe. Z jednej strony zadowolona, z drugiej rozdrażniona brakiem niedociągnięć, Baba-Jaga odezwała się szyderczo:

—        Masz naprawdę wielkie szczęście.

 Potem wezwała wierne sługi, by zmieliły przebrane ziarna. W powietrzu pojawiły się trzy pary rąk i zaczęły mielić zboże. Plewy fruwały po chałupce jak złote płatki śniegu. Wreszcie robota była skończona i Baba – Jaga usiadła do posiłku. Jadła długie godziny, nakazawszy Wasylisie rankiem znowu posprzątać dom, zamieść podwórze i wyprać ubrania. Następnie wskazała wielki kopiec piachu na podwórzu.

– W tej kupie ziemi i piasku jest pełno ziarenek maku, miliony. Chcę, żebyś rano powybierała mak na jedną kupkę, a piasek na drugą.

 Wasylisa omal nie zemdlała.

—        Doloż moja, jak mam to zrobić? — Sięgnęła do kieszeni, a lalka szepnęła:

—        Nie martw się, ja się tym zajmę.

Kiedy w nocy Baba-Jaga zaczęła chrapać, Wasylisa zabrała się do wybierania maku z piasku. Po jakimś czasie odezwała się laleczka:

—        Połóż się teraz spać. Wszystko będzie dobrze.

 I znowu laleczka zrobiła wszystko za nią, a kiedy stara kobieta wróciła do domu, wszystko było gotowe. Baba-Jaga przemówiła sarkastycznie przez nos:

—        Dobrze! Masz szczęście, że ci się to udało.

Wezwała wierne sługi, by wycisnęły olej z ziarenek maku i znów pojawiły się trzy pary rąk i zabrały się do pracy.

Kiedy Jaga ocierała usta z tłuszczu z potrawki, Wasylisa stanęła obok.

—        Na co się tak gapisz? — warknęła Baba-Jaga.

—        Czy mogę cię o coś zapytać, babciu? — odezwała się Wasylisa.

—        Pytaj — rozkazała Baba-Jaga — ale pamiętaj: Jeśli za dużo wiesz, to za szybko się zestarzejesz.

 Wasylisa zapytała o białego mężczyznę na białym koniu.

—        Aha—rzekła Baba-Jaga z czułością. — Ten pierwszy to mój Dzień.

—        A czerwony jeździec na czerwonym koniu?

—        To moje Wschodzące Słońce.

—        A czarny jeździec na czarnym koniu?

—        Ten trzeci to moja Noc.

—        Rozumiem — powiedziała Wasylisa.

—        Nie krępuj się, dziecko. Chcesz jeszcze o coś zapytać? — namawiała Baba-Jaga.

Wasylisa już miała zapytać o pary rąk, które pojawiały się i znikały, ale laleczka zaczęła podskakiwać w kieszeni, więc zamiast tego powiedziała:

— Nie, babciu. Jak mówisz, jeśli się za dużo wie, to można się za  szybko zestarzeć.

 —       Ach — rzekła Jaga, przekrzywiając głowę jak ptak. — Jesteś mądra jak na swój wiek, dziewczynko. Jak to się stało, że jesteś taka bystra?

—        Dzięki błogosławieństwu mojej matki — uśmiechnęła się Wasylisa.

—        Błogosławieństwu?! — skrzeknęła Baba-Jaga. — Błogosławieństwo?! W tym domu nie potrzebujemy żadnych błogosławieństw. Lepiej ruszaj już w drogę, moja córko.

I wypchnęła Wasylisę w ciemną noc.

 —        Czekaj, dziecko. Masz! — Baba-Jaga zdjęła z płotu jedną z czaszek z ognistymi oczodołami i zatknęła ją na kij. — Masz! Zabierz tę czaszkę do domu. To twój ogień. Ani słowa więcej. Ruszaj w drogę.

 Wasylisa zaczęła dziękować, ale laleczka w kieszeni znowu podskoczyła i Wasylisa zrozumiała, że musi zabrać ogień i iść. Biegła do domu przez ciemny las, na wszystkich zakrętach i rozstajach kierując się radą laleczki. Szła przez las, niosąc czaszkę, która migotała ogniem przez oczodoły i dziury w miejscu nosa, uszu i ust. Nagle przelękła się, że czaszka jest taka ciężka i takie dziwne rzuca światło i już, już chciała ją wyrzucić. Ale czaszka przemówiła do niej, kazała się uspokoić i iść dalej, do domu macochy i przybranych sióstr. I Wasylisa usłuchała.

 Kiedy była już niedaleko domu, macocha i siostry wyjrzały przez i okno i zobaczyły dziwne błyski tańczące pośród drzew. Światło się zbliżało. Nie mogły pojąć, co też to może być. Od dawna myślały, że już się pozbyły Wasyłisy. Skoro tak długo nie wraca, to znaczy, że już  nie żyje, a jej kości porozwlekały dzikie zwierzęta.

 Wasylisa była coraz bliżej. A kiedy macocha i jej córki poznały, że to ona, wybiegły jej naprzeciw, wołając, że odkąd poszła, nie miały w domu  ognia. Choć starały się ze wszystkich sił go rozpalić, zawsze wygasał.

 Wasylisa triumfalnie wkroczyła do domu, dumna, że przeżyła taki niebezpieczną podróż i sprowadziła ogień. Czaszka na kiju rozżarzonymi oczami śledziła każdy ruch macochy i sióstr i paliła je swym żarem, a rano ze złej trójki zostały tylko wypalone żużle.

——————————

Intuicja to skarb dla każdej istoty, ale zwłaszcza dla kobiet. Jest szczególną umiejętnością, do której nie ma żadnej ogólnie przyjętej instrukcji obsługi. Przeciwnie, intuicja z natury jest głosem wewnętrznym, wręcz intymnym dialogiem z samym sobą i nikt poza tobą samą nie może cię nauczyć rozumienia instynktownego języka. Baśnie, w których bohater czy bohaterka ruszają w drogę obrazują właśnie proces dojrzewania, moment gdy przestaje się już jedynie słuchać wiedzy podawanej przez innych, a zaczyna wykorzystywać tą, którą zgromadziło się samemu. Mądra Wasylisa to baśń słowiańska, opowiadana w Rosji, Polsce, Jugosławii, Rumunii oraz krajach nadbałtyckich, która zawiera w sobie archetypy mówiące o procesie inicjacji kobiety. Inicjacja to przekazywanie siły intuicji z jednego pokolenia na kolejne, nawet jeżeli nie istnieją już obrzędy, które w tym pomagały, a sam dar intuicji jest lekceważony przez racjonalne myślenie. W przyrodzie i w psychice nic nie ginie. Inicjacja polega na wypełnieniu dziewięciu konkretnych zadań. Podstawowym celem jest nawiązanie dobrego, serdecznego, pełnego zaufania kontaktu z tą istotą, którą nazywamy „mądrą kobietą”, kwintesencją archetypu Dzikiej Kobiety.

Zadanie Pierwsze: pozwolić umrzeć zbyt dobrej matce.

 Tak jak w baśni o Kopciuszku na samym początku umiera ukochana matka Wasylisy, symbolizująca zbyt dobrą, zawsze troskliwą i nadopiekuńczą psychiczną matkę czy to biologiczną, czy w nas samych. Dzieje się to w momencie, gdy zdajemy sobie sprawę, że zbyt dobra matka, która dotychczas była dla nas niezbędna, zaczyna przeszkadzać w podejmowaniu samodzielnych decyzji i hamować nas w rozwoju. Matka nadopiekuńcza w sposób naturalny zaczyna tracić znaczenie kiedy kobieta dojrzewa i od tego momentu powinna funkcjonować jedynie jako źródło czułości i ciepła, a nie jako siła napędowa naszych działań w świecie, który przecież wcale nam nie matkuje. Może nam jednak przekazać w darze coś bardzo cennego czyli intuicję, która w baśni przedstawiona jest jako laleczka. Więc chociaż zbyt dobra matka nie może wywierać wpływu na dziewczynkę poza pewną granicą w jej życiu, dobrzeją wyposaża na przyszłą drogę. Przekazuje błogosławiony dar w postaci laleczki i jak się przekonujemy, jest to w istocie wielkie błogosławieństwo.

Może być jednak tak (i bardzo często tak właśnie się dzieje), że dziewczyna opuszczając dom rodzinny nie ma jeszcze odpowiednio wykształconej intuicji i szuka jej trochę po omacku wpadając przy tym nieraz w pułapki. Nieprawidłowe działanie owego przenikliwego wewnętrznego wzroku może być spowodowane różnymi czynnikami: zbyt dużą ilością ciężkich przeżyć w dzieciństwie albo nieobecnością opiekuńczej, wystarczająco dobrej matki, ale także tym, że zbyt dobra matka wcale nie chce umrzeć i pragnie nadal roztaczać opiekę nawet jeżeli zagraża to dalszemu rozwojowi psychiki. Zbyt długie hodowanie w sobie opiekuńczej matki oznacza powstrzymywanie się od wyzwań i stawiania celów, co jest istotą świadomego życia i co pomaga rozwijać się instynktowi. Moja osobista refleksja jest taka, że wiele kultur i religii zachęca dziewczęta, aby poprzestały na etapie zbyt dobrej matki. Rozejrzyjcie się dookoła i zapytajcie samych siebie: Ile matek jest w stanie samodzielnie i bez presji zrezygnować z ochrony dziecka, czy będzie chodziło o wspinanie się pięciolatka na drzewo, czy o wyjazd piętnastolatka pod namiot, czy skakanie dwudziestopięciolatka ze spadochronem? Ile będzie zachęcać do podjęcia ryzyka? Wychowując dziecko warto przyglądać się nie tylko ludziom, ale i zwierzętom. Wilczyce chętnie bawią się z małymi, ale gdy nadchodzi czas, a młode nie chce opuścić gniazda mimo że jest już nauczone polowania, zdobywania pożywienia i przetrwania w środowisku, matki zaczynają warczeć, pokazywać kły i wypychać potomstwo w świat. Nie robią dlatego, że nagle stają się ich wrogami. Robią to dlatego, że są ich sprzymierzeńcami w świecie, którym rządzą cykle, a nie poddawanie się zmianom w sposób naturalny przynosi zazwyczaj poważne konsekwencje. Inicjacja Wasylisy rozpoczyna się od zrozumienia, że trzeba się pogodzić ze śmiercią tego, co musi umrzeć. Oznacza to, że w psychice muszą umrzeć te wartości i postawy, które już jej nie podtrzymują. Należy się przyjrzeć szczególnie tym odwiecznym dogmatom, które czynią życie zbyt łatwym i bezpiecznym, które chronią przed każdą trudnością, które sprawiają, że kobieta, zamiast dumnie kroczyć, bezład­nie ucieka przed życiem. Czas, kiedy „pozytywna matka” z dzieciństwa zanika — a razem z nią jej postawy — jest zawsze czasem wielkiej nauki. Chociaż w życiu każdego z nas są takie okresy, kiedy mamy pełne prawo pozostawać blisko opiekuńczej psychicznej matki (na przykład, kiedy rzeczywiście jesteśmy dziećmi, podczas rekonwalescencji po chorobie, po psychicznym czy duchowym wstrząsie albo kiedy nasze życie jest zagrożone i tylko spokój może zapewnić nam bezpieczeństwo), i chociaż zacho­wujemy w pamięci wielką pomoc, jakiej nam udzielała, nadchodzi także czas, kiedy… trzeba zmienić matkę.(…) Podobnie bywa, kiedy pragniemy dalej się rozwijać — wówczas wymieniamy wszechobecną wewnętrzną matkę, która tak dobrze służyła nam, kiedy byłyśmy małe, na inną, która zamieszkuje jeszcze głębiej, w dzikich obszarach psychiki; matkę, która jest zarazem naszą towarzyszką i mistrzynią. Jest to matka kochająca, ale sroga i wymagająca.

  Oczywiście odchodzenie od zbyt dobrej matki nie jest procesem łatwym i bezbolesnym dlatego rzadko kto jest w stanie odłączyć się od niej jedynie ze względu na to, że nadszedł już na to czas. Przyjemnie jest przebywać w cieple i wygodzie, gdzie mamy zapewnioną bezwarunkową miłość i gdzie niczego się od nas nie wymaga. Na pewno wielu z nas słyszy głosy namawiające, żeby zostać pod bezpiecznymi skrzydłami matki, bo przecież „tam jest niebezpiecznie!”, „jak sobie tam samemu poradzisz?”, „może ci się nie udać!”. Nawet w języku widać ślady takiego myślenia, ile osób powtarza, że „nie ma jak u mamy” albo chwali sobie „kuchnię jak u mamy”. To wewnętrzna zbyt dobra matka w nas obawia się o swoje wpływy i nie da się jej zmienić, bo taka już jest jej natura. Można od niej tylko odejść. Inaczej będziemy tłumić głęboko potrzebę osiągnięcia czegoś samodzielnie, a potrzeby zbyt długo tłumione wybuchają gwałtownie w najmniej spodziewanych momentach. Tak jak napisał Guillaume Apollinaire**: „Stawiamy ich nad urwiskiem i ka­żemy latać. Wzbraniają się. Mówimy: Leć! Wzbraniają się. Wtedy spychamy ich z krawędzi. I latają”. Czasem kobieta boi się nawet na krótko zostać bez oparcia, zabez­pieczenia i pewności. Znajduje tyle wymówek ile włosów na głowie. A musi po prostu skoczyć głową w dół, nie wiedząc, co będzie dalej. To jedyna rzecz, która pozwoli jej odzyskać intuicyjną naturę. Czasem kobieta jest do tego stopnia uwikłana w „bycie zbyt dobrą matką” dla innych dorosłych, że przysysają się do jej tetas (sutków) i wcale nie mają zamiaru ich wypuścić. Wtedy trzeba ich „odtrącić tylną łapą” i robić swoje. A ponieważ psychika w czasie snu kompensuje między innymi to, do czego ego nie chce lub nie potrafi się przyznać, sny kobiet w czasie takich zmagań psychicznych będą pełne — w ramach kompensacji — pościgów, ślepych uliczek, samochodów, które nie chcą zapalić, nie donoszonych ciąż i innych symboli obrazujących życie, które utknęło w miejscu. W głębi trzewi kobieta wie, że być samą słodyczą zbyt długo jest dla niej zabójcze.

 Zadanie Drugie: oświetlanie srogiego cienia

 I znowu podobnie jak w bajce o Kopciuszku bohaterkę zaczynają prześladować macocha i przyrodnie siostry, które symbolizują tzw. cień czyli te cechy osobowości, które nie są akceptowane przez społeczność, jednak mimo wszystko istnieją w naszej psychice. Są to siły zazdrości, zaborczości, wykorzystywania, okrucieństwa itd., które działają destrukcyjnie nie tylko na otoczenie, ale przede wszystkim na duszę samej kobiety. Macocha i siostry mogą realizować w psychice nakazy kultury czy religii, do której kobieta należy, ale jak łatwo zauważyć nie jest to naturalna rodzina duszy, a ta przybrana. Nigdy nie będą traktować jej po partnersku, zwracać uwagę na jej potrzeby i słuchać jej głosu. Dusza nie jest dla nich podmiotem, a przedmiotem. Nie lubią jej, nie rozumieją i traktują jak obcą. Dlaczego? W baśniach rolę obcego, wyrzutka, często odgrywa ten, kto jest najbliższy naturalnej mądrości. Stąd wszelkie komentarze i samobiczujące myśli wypowiadane przez otoczenie lub wewnątrz nas typu: ‘Nie potrafisz”, „Nie wiesz”, „Brakuje ci zdolności, rozumu, śmiałości itd.”, „Nie nadajesz się”, „Lepiej poddaj się od razu” są jak rak czy guz, który trzeba usunąć. Potrzeba intuicji, aby przejrzeć je na wylot. Ponieważ Wasylisa nie w pełni zdaje sobie jeszcze sprawę z własnych atutów, pozwala, by to zło wypaczyło linię jej życia. Aby mogła je odzyskać, musi wydarzyć się coś innego, coś życiodajnego. Z nami jest podobnie. W opowieści widzimy, że intuicyjne rozumienie tego, co się wokół niej dzieje, jest u Wasylisy dość słabe, a psychicz­ny ojciec także nie dostrzega wrogości otoczenia; on także jest zbyt dobry i sam nie ma rozwiniętej intuicji. Interesujące, że córki, które mają tak prostodusznych ojców, często potrzebują o wiele więcej czasu na przebudzenie.

 Ta część opowiada o etapie, kiedy kobieta jest nękana przez żądania ego by spełniać żądania innych i w ten sposób zapewniać mu warunki do realizowania się. Tyle że słuchanie ego zostawia gdzieś z tyłu potrzeby duszy, a ta nie może się z tym zgodzić. Wasylisa zaczyna rozumieć, że bycie miłą, grzeczną i usłużną nie wystarcza by zdobyć miłość i szacunek innych. Nawet bycie de facto niewolnicą w domu nie sprawi, że zostanie doceniona i wynagrodzona.  Uległość wobec innych powoduje niemiły wstrząs, który musi zauważyć każda kobieta. Mianowicie uświadamiamy sobie, że kiedy jesteśmy po prostu sobą, inni często wyrzekają się nas, ale kiedy ulega­my innym, to my wyrzekamy się samych siebie. To bolesne rozdarcie, lecz musi do niego dojść, a wybór powinien być jasny.

  Macocha i siostry knują, aby na dobre pozbyć się Wasylisy. Dają złudną obietnicę, że jeżeli pójdzie do lasu, nie da się pożreć Babie Jadze (choć oczywiście nie sądzą by było to możliwe) i wróci z ogniem to być może ją zaakceptują. Tutaj następuje krytyczny moment, kiedy kobieta może zatrzymać się w procesie dojrzewania do kierowania się intuicją. W każdej psychice tkwi naturalny drapieżca powtarzający, „Poddaj się!”, a kultura, religia czy wychowanie mogą ten przekaz drastycznie uwypuklać. Wtedy kobiety mogą np. niepotrzebnie stawiać sobie zupełnie nierealistycznie wysokie cele, aby udowodnić otoczeniu, że są coś warte. Jednak wkrótce się okazuje, że usilne próby wykazania się i udowodnienia własnej wartości chórowi zazdrosnych wiedźm są bezcelowe z perspektywy głębokiej pracy nad sobą i, jak się przekonamy, w rzeczywistości przeszkadzają inicjacji. Wasylisa bez słowa skargiwykonuje codzienne żmudne zadania. Ulegać bez narzekania wydaje się bohaterstwem, ale w rzeczywistości powoduje coraz większe napięcie i konflikt między dwoma przeciwstawnymi naturami — jedną zbyt dobrą, drugą zbyt wymagającą.  

 Rodzina tak męczy Wasylisę przez skazanie ją na wykonywanie uciążliwych, monotonnych prac domowych zabijających kreatywność, że ogień w domu wygasa. W przypadku kobiety ogień to tworzenie i wyrażanie swojego wnętrza, jeżeli zaczyna go brakować wewnątrz to prędzej czy później przemarznięta i samotna dusza stanie na krawędzi i zrobi wszystko aby go odzyskać, bo dusza pragnie ciepła (tak jak już o tym była mowa w baśni o Brzydkim Kaczątku). Wtedy nawet Nieznane symbolizowane przez las będzie się wydawać lepszą opcją niż pozostawanie w wiecznym zimnie. Można powiedzieć, że Wasylisa musi spotkać Wielką Dziką Wiedźmę, ponieważ potrzebuje, żeby ktoś ją porządnie nastraszył. Musimy opuścić złorzeczący chór i zagłębić się w las. Nie można jednocześnie odejść i zostać. Wasylisa, podobnie jak my, potrzebuje przewodniego światła, które pozwoli jej rozróżnić, co jest dla niej dobre, a co nie. Nie może się rozwijać, stojąc w miejscu i będąc czyimś popychadłem. Kobiety, które usiłują ukryć najgłębsze uczucia, same się zabijają. Ogień wygasa. To bolesna forma letargu.

 Zadanie Trzecie: żeglowanie w ciemności

 Wasylisa musi wkroczyć w nieznany las i poruszać się w ciemnościach, ale nie jest sama. Ma przy sobie lalkę, którą zostawiła jej matka. Lalka jest uniwersalnym symbolem, małym modelem człowieka, który rozpowszechniony w wielu kulturach i który w legendach miał niezwykłe moce. Korzenie żeńszenia i mandragory przypominały z kształtu człowieczka, a oprócz właściwości zdrowotnych wierzono również w ich moce magiczne. U plemienia Cuna na wyspach niedaleko Panamy jako symbolu władzy używano całych drewnianych figur mających przypominać ludziom, jaką mają moc. Laleczki używane są nadal w kultach santeryjskich, w kościołach katolickich przyozdabia się figury Maryi i świętych, a w muzeach znajdzie się cały szereg wszelkich figurek i posążków z czasów starożytnych, w szczególności paleolitycznych i neolitycznych. Lalka od zawsze jest związana z duszą, sacrum i światem ducha. Pozornie to tylko lalka. Wewnętrznie reprezen­tuje ona mały fragment duszy, w którym spoczywa cała wiedza większej duszy — Jaźni.(…) Lalki kojarzą się też z symbolicznymi postaciami krasnoludków, elfów, chochlików, wróżek i karzełków. W baśniach reprezentują one głęboki puls duchowej mądrości. Są to stworzenia, które uwijają się skrzętnie przy gospodarskich zajęciach; nie znają zmęczenia. Psychika pracuje, nawet kiedy śpimy, szczególnie kiedy śpimy, nawet jeśli nie jesteśmy w pełni świadome tego, co we śnie odgrywamy.

 Nie ma większego daru matki dla córki niż solidna wiara we własną intuicję. Intuicja jest przekazywana z rodzica na dziecko w sposób bardzo prosty: „Jesteś rozsądna. Jak myślisz, co się ukrywa za tym wszystkim?” Matka określa ją jako nieomylny głos duszy, nie jako jakiś irracjonalny, zwodniczy przebłysk. Intuicja wskazuje drogę do naszego dobra. To instynkt samozachowawczy, który wyczuwa ukryte motywy i intencje i wybiera to, co przyniesie najmniejsze szkody psychice.(…) Przywiązanie do intuicji pozwala nieodmiennie w każdej sytuacji na niej polegać. Dzięki temu postawa kobiety zmienia się z „co będzie, to będzie” na „zobaczmy wszystko, co da się zobaczyć”. Matka powiedziała też Wasylisie jak umiejętnie postępować z intuicją: trzeba ją karmić. A karmienie oznacza słuchanie jej. Nie rozwinie się intuicji ignorując ją. Ile razy powtarzaliśmy sobie, „Trzeba było posłuchać pierwszej myśli’, ‘Dlaczego nie zrobiłam tak jak podpowiadała mi intuicja?’ itd. Z intuicją jest dokładnie tak samo jak z mięśniami: jeżeli ich nie używamy to zanikają. Jeżeli nawet więź kobiety z jej intuicją zostanie z jakichś powodów zerwana, to nie oznacza, że zginęła sama intuicja. To nie intuicja się psuje, ale raczej rwie się ciągłość matrylinearnego przeka­zywania daru intuicji z pokolenia na pokolenie — ta długa rzeka kobiet trafia na tamę. Kontakt kobiety z jej intuicyjną mądrością może być początkowo słaby, ale jeśli będzie się w niej ćwiczyć, powróci i objawi się w całej okazałości”.

Zadanie Czwarte: twarzą w twarz z Czarownicą

Wasylisa musi znieść widok przeraźliwej Czarownicy, zaakceptować jej warunki poprzez zamieszkanie z nią i oswoić jej inność, niezwykłość oraz brak schematów i wszelkie dziwactwa, a także przejąć coś z jej natury poprzez jedzenie jej posiłków. Warto zwrócić uwagę na to ile ruchu zawartego jest w tym fragmencie: porusza się Wasylisa, trzej tajemniczy jeźdźcy, sama Baba Jaga, a nawet jej dom. To symbol bujności, żywotności i nieposkromieni wyobraźni. Dom na kurzych nóżkach chodzi to tu, to tam, a nawet wiruje w ekstatycznym tańcu. Jest to dom żywy, kipiący entuzjazmem, radością życia. Te atrybuty tworzą główne fundamenty archetypowej psychiki Dzikiej Kobiety; radosna i nieokieł­znana siła życiowa, dzięki której domy tańczą, martwe przedmioty, takie jak moździerze, latają jak ptaki, stara kobieta czyni czary i nic nie jest takie, jak się wydaje, ale przeważnie okazuje się o wiele lepsze, niż się z początku zdawało.

Baba Jaga z ilustracji Iwana Bilibina

Wasylisa wyszła z domu, gdzie główną jej czynnością było wykonywanie obowiązków i prac domowych, co uśpiło jej potrzebę tworzenia i wtrąciło w coś, co dr e nazywa hipernormalnością, stanem gdy popadamy w rutynę i mechanicznie wykonujemy kolejne czynności, życiem, gdzie tak naprawdę brakuje życia. To prowadzi do zaniedbania intuicji oraz potrzeb duszy i wygasza radość. Jeżeli samej nie ruszy się w las, w nieznane, w naturę, w to co pierwotne, to prędzej czy później dzikość sama upomni się o nas, ale może to być już wtedy niebezpieczne. Spotkanie z Babą Jagą jest swojego rodzaju testem dla intuicji, ze słów Czarownicy wynika, że jest ona nierozerwalnie połączona z całością psychiki („Tak, znam i ciebie, i twoją rodzinę’), a stawienie jej czoła jest tak naprawdę stawieniem czoła całej naturze z jej cyklami Narodzin – Śmierci – Odrodzenia oraz ze zdolnością zarówno rodzenia jak i unicestwiania. Jest ona groźna, ale i sprawiedliwa, tak długo jak Wasylisa respektuje zwyczaje panujące w jej siedzibie, Baba Jaga nie robi jej krzywdy. Czarownica uosabia nasz cień, wszystkie te cechy, które istnieją w nas, ale których nie chcemy pokazywać światu ze wstydu albo ze strachu, że to zagrozi naszemu funkcjonowaniu albo postrzeganiu przez otoczenie. Wiele kobiet leczy się z kompleksu „nieustannego bycia miłą”, który polega na tym, że niezależnie od tego, co czują i kto je atakuje, reagują przesadną łagodnością. I choć się uśmiechają uprzejmie cały dzień, nocą jak bestie zgrzytają zębami — to Baba-Jaga w ich psychice dochodzi do głosu. To przymilne naginanie się do innych zdarza, się często, kiedy kobiety rozpaczliwie się lękają, że zostaną poskromione albo że okażą się zbędne. (…)Podobnie jak słowo „dziki”, słowo „czarownica” nabrało pejoratywnego znaczenia, mimo że dawno temu określano nim zarówno stare, jak i młode kobiety-znachorki. Angielskie stówo witchwywodzi się od wit (mądrość). Było tak, zanim kultury monoteistyczne zaczęły wypierać starsze, panteistyczne kultury, według których bóstwo objawiało się w wielorakich religijnych wyobrażeniach wszechświata i wszystkich zjawisk w nim zachodzących. Niezależnie jednak od tego olbrzymka-ludożerczyni, czarownica, dzika natura oraz wszelkie inne criaturas (istoty – przyp. Anna Lawenda)i integralne aspekty psychiki kobiecej, które kultura odrzuca jako odrażające, to właśnie najcenniejsze elementy, których kobieta często potrzebuje najbardziej, które powinna odzyskać i wydobyć na powierzchnię. Spora część literatury poświęconej sile kobiecości stwierdza, że mężczyźni boją się siły kobiet. Zawsze mam ochotę krzyknąć: „Przecież tak wiele kobiet boi się własnej siły!” Pradawne żeńskie atrybuty i moce kobiecości są potężne i rzeczywiście straszliwe. Zrozumiałe, że i mę­żczyźni, i kobiety, kiedy pierwszy raz stają twarzą w twarz z Pradawną Dziką Mocą, biorą od razu nogi za pas. (…). Siła nie polega na wytężaniu muskułów. Silą jest spotkanie własnej duchowości i nie uciekanie od niej; umiejętność znalezienia niepowtarzalnej formy życia z dziką naturą. Siłą jest zdolność do uczenia się, zdolność do zniesienia tego, co się wie. Siła — to wytrwać i żyć.

 Zadanie Piąte: w służbie irracjonalnego

 Wasylisa prosi o ogień, a Baba Jaga zgadza się go jej dać, ale dopiero po wystawieniu młodej dziewczyny na próbę. Wasylisa ma nauczyć się oczyszczać wnętrze, rozróżniać naturę rzeczy, karmić intuicję i tworzyć myśli co jest symbolizowane poprzez sprzątanie domu, przebieranie ziaren, gotowanie i pranie ubrań Baby Jagi.

 Prace domowe mają tu szczególny wydźwięk: pranie w dawnych czasach robiono bezpośrednio nad rzeką czy strumieniem, żywioł wody od dawna powiązany jest z emocjami, intuicją i oczyszczaniem. Oczyszczanie to odnowa, pozbycie się starego by mogło nadejść nowe, bo w naszym życiu to, w co wierzymy i nasze zachowanie co jakiś czas także ulegają przybrudzeniu i znoszeniu, a wtedy naszym zadaniem jest odświeżyć materiał i kolor. Woda pomaga nam wydobyć to, co ukryte w naszej głębi, to co naprawdę myślimy. W mitologii tkanie materiału jest dziełem matek Życia – Śmierci – Życia. Na Wschodzie mamy trzy Parki: Kloto, Lachesis i Atropos. Na Zachodzie jest Na’ashjei’i Asdzaa (Kobieta-Pająk), która powierza dar tkania Dine (Nawahowie). Te matki Życia – Śmierci – Życia uczą kobiety wrażliwości na to, co musi umrzeć, a co będzie żyć, co należy wyczesać, a co wpleść w tkaninę. W naszej baśni Baba-Jaga każe Wasylisie zrobić pranie, by te sploty tkaniny, wzory znane bogini Życia – Śmierci – Życia, wydobyć i przywrócić świadomości, każe je wyprać i odnowić***.

 Kolejne zadanie, sprzątanie domu i obejścia, znowu podkreśla potrzebę kontaktu z naturą, bo dawniej  sprzątano miotłami – drapakami, zrobionymi z witek i gałęzi, a nawet korzeni roślin. Sprzątanie psychiki oznacza utrzymanie jasności umysłu, porządkowanie miejsca pracy i doprowadzanie do końca swoich pomysłów. Na sposób realny oznaczać to może wygospodarowanie czasu na chwilę kontemplacji, wypicie herbaty, wyłączenie się psychiczne, wszelkie czynności twórcze, rozmyślania i wszystko to, co sprzyja przyjrzeniu się swojemu wnętrzu i psychicznej ewolucji. W każdym przypadku wewnętrzne życie musi być regularnie porządkowane. Nie wystarczy, jeśli raz do roku poświęcimy na to kilka dni (…) Zamiatanie obejścia oznacza nie tylko początek doceniania wartości wewnętrznego życia, ale i utrzymywanie w nim porządku. Czasami kobiety popadają w zamęt, stając przed pracą psychiczną, i zaniedbują budowle swej duszy, aż pochłonie je puszcza. Stopniowo struktury psychiki zarastają, aż w końcu stają się jak archeologiczne ruiny w nieświadomości. Systematyczne, dokładne zamiatanie zapobiegnie temu. Jeśli zrobimy miejsce, to dzika natura będzie lepiej rosła.

Karmienie Baby Jagi jest jeszcze trudniejszym zadaniem, bo reprezentuje ona żywioł, dzikość i nieposkromione siły więc nie zadowoli się malutkimi porcjami. Przede wszystkim trzeba „rozpalić ogień” czyli znaleźć pasję, coś co kochamy, co nas napędza i sprawia, że chcemy się w pełni zaangażować. To na tym ogniu gotuje się pokarm czyli ambicje, plany i pomysły. Karmienie Baby Jagi to tworzenie, niezależnie czy będzie to malowanie, pisanie, komponowanie, pielęgnowanie ogródka czy pieczenie babeczek. Większość kobiet czułaby się znacznie lepiej, nabrawszy większej wprawy w doglądaniu ognia pod swymi przedsięwzięciami; uważniej obserwując, jak się gotuje potrawa, która ma wykarmić dziką jaźń. Zbyt często odwracamy się od kociołka, od pieca. Zapominamy, że trzeba obserwować, dokładać drewna, mieszać. Błędnie sądzimy, że ogień i gotowanie są jak żywotne domowe rośliny, które zanim zwiotczeją, przez osiem miesięcy rosną bez wody. Niestety tak nie jest. Ogień trzeba podsycać, trzeba go pilnować, bo w każdej chwili może wygasnąć. Babę-Jagę trzeba karmić. Jeśli za bardzo zgłodnieje, to nastąpi piekło (…) Bez ognia ambitne projekty, oryginalne myśli, tęsknoty i pragnienia pozostają surowe i nikt się nimi nie naje.

 Wszelkie te roboty wykonuje lalka czyli intuicja, a Baba Jaga przygotowuje Wasylisę na to, że dbanie o swoją twórczą naturę musi być regularnym nawykiem, mówiąc: „Chociaż raz ci się udało, to nie znaczy, że uda się po raz drugi. Przed tobą następny dzień pracy. Zobaczymy, jak sobie teraz poradzisz…”.

 Zadanie Szóste: oddzielanie jednego od drugiego.

Na tym etapie znowu pokazują się podobieństwa do baśni o Kopciuszka. Baba Jaga każe Wasylisie najpierw rozdzielić spleśniałe ziarna od zdrowych, a potem mak od piasku i ponownie całą tą robotę wykonuje lalka – intuicja. Jest to symboliczne przedstawienie umiejętności przenikliwego spojrzenia, rozróżniania, zauważania detali i pozwolenie by działała nieświadomość, nawet gdy nie angażuje się ego (ręce pojawiające się w powietrzu). To także przypomnienie cyklu życia (ziarna) i śmierci (mak). I mak, i spleśniałe ziarno mają szczególne powiązanie z nieświadomością, halucynacjami, snem i śmiercią: alkohol tworzony ze spleśniałych ziaren ma właściwości odurzające, szamani w wielu plemionach udawali się pod jego wpływem na spotkanie przodków, którzy udzielali im rad jak postępować aby wyjść z problemu. Mak był tradycyjnie kojarzony z Demeter i Korą Persefoną, boginiami cyklu Narodzin – Śmierci – Odrodzenia, istnieją też przypuszczenia, że specyfiki z jego użyciem były używane w misteriach eleuzyńskich. Tak­że w ziarnkach maku odnajdujemy starodawne medykamenty uzdrowi­cielek ludowych — mak zawiera substancje nasenne i uspokajające; natomiast ziemia i błoto od czasów starożytnych do dziś były stosowane do okładów, kompresów i kąpieli, a nawet w pewnych przypadkach podawane doustnie.

 To znowu nauka na całe życie, niezwykle ważna i niezwykle trudna. Rozróżnianie między prawdziwym uczuciem a jego namiastką, między potrzebami duszy a ego, między prawdziwymi przyjaciółmi a oszustami jest czynnością potrzebną na co dzień. Jeśli same się tego nie nauczymy, będziemy wiecznie padać ofiarą oszustów i psychicznych drapieżników, a nasza dusza będzie pokrywać się bliznami. Choć wydaje się to trudne, trzeba zostawić to zadanie do wykonania lalce – intuicji. Oddzielanie, o którym mowa w baśni, odnosi się do sytuacji, kiedy stoimy przed dylematem albo pytaniem i nie nasuwa się nam żadne rozwiązanie. Jeśli zostawimy problem na później, to okaże się, że w miejscu pustki czeka już gotowa odpowiedź. Inaczej rzecz ujmując, „sen przyniesie radę”; być może z krainy nocy przyjdzie kobieta, która ma dwa miliony lat. Być może podsunie pomyślne rozwiązanie albo pokaże, że odpowiedź jest pod łóżkiem, w kieszeni, w książce, za uchem. Z własnego doświadczenia wiemy, że odpowiedź na pytanie zadane przed snem często przychodzi po przebudzeniu. Jest w psychice coś z intuicyjnej laleczki, coś, co należy do zbiorowej nieświadomości, coś, co podczas gdy śpimy i śnimy, przebiera dla nas ziarna. Poleganie na tej właściwości psychiki jest także częścią dzikiej natury.

 Zadanie Siódme: pytanie o tajemnice.

 Kiedy prace są zakończone Baba Jaga pozwala Wasylisie zadać jej pytania, ale też lojalnie ostrzega, że poznanie powinno mieć swoje granice („Im więcej wiesz, tym szybciej się starzejesz”).

 Każda z nas w większym lub mniejszym stopniu odczuwa potrzebę odpowiedzi na pytania, kim jest, co ma w życiu do zrobienia i co przyniesie jej spełnienie. Baba Jaga pokazuje, iż ciałem i duchem kobieta należy do cyklu Narodzin – Śmierci – Odrodzenia. Ciało kobiety podlega cyklom miesięcznym, tak jak księżyc przechodzi przez fazy tak samo doświadcza ich każda kobieta, czy będzie to cykl reprodukcyjny, czy fazy życia. Identycznie jest z duszą. Zaczynamy coś jak Klotho – rozwijamy pomysł jak Lachezis – kończymy go sukcesem/niepowodzeniem jak Atropos. A wtedy albo podejmujemy go jeszcze raz, albo zabieramy się za coś nowego i znowu zaczynamy jak Klotho – rozwijamy jak Lachezis – kończymy jak Atropos. Ten cykl daje siłę i nadzieję, bo śmierci towarzyszy odrodzenie tak jak dzieje się to z cyklami ziemskimi i porami roku. Dawne, starożytne kulty powiązane były z ziemią oraz kobiecością i jeżeli chcemy używać swojej siły, to musimy się nauczyć obserwować i rozumieć nasze cykle. Opowieść o tiiz**** bardzo obrazowo przedstawia dzieło Matki Życia-Śmierci-Życia. Od strony psychicznej Matka-Noc, Baba-Jaga, Wodnica, La Que Sabe (z hiszp. ‘Ta Która Wie’ – przyp. Anna Lawenda) i Dzika Kobieta reprezentują Pierwotną Boginię-Matkę w jej różnych aspektach, różnych wizerunkach, w różnym wieku i na­stroju.   

vasylissa and a white rider a red rider

a black rider

Pytanie Wasylisy dotyczy jeźdźców, których spotyka po drodze. Oprócz symboliki samych koni (czy klaczy znowu łączonej z Demeter) istnieje w tym obrazie bogactwo znaczeniowe kolorów. Czerń, biel i czerwień są barwami od zawsze łączonymi z narodzinami, życiem i śmiercią. Czerń jest kolorem ziemi, materii, gleby, w której zaczynają kiełkować pierwsze rośliny – pomysły, zmiany, śmierci, zstąpienia do podziemia i świata między światami. Zapowiada, że dowiemy się czegoś, o czym jeszcze nie mamy pojęcia. Czerwień to kolor życia i wszelkich emocji, jakie przynosi, i tych złych, i dobrych, działania, ofiary, morderstwa, ale i namiętności oraz erotyki. Zapowiada, że wkrótce narodzi się nowe życie. Biel to barwa wszelkiej pierwotności, nowości (‘tabula rasa’), nieskazitelności, duchowości, barwa uniwersalna, ale bardzo ambiwalentna, bo oznaczać może zarówno narodziny jak i śmierć (w kulturze chrześcijańskiej przy chrzcie dziecko ma białe ubranie, ale w Japonii to kolor noszony w trakcie żałoby). Zapowiada, że będzie miało się wszelkie możliwości, aby życie mogło się toczyć. Kolory te reprezentują także odwieczne motywy zejścia do podziemi, śmierci i powtórnych narodzin — czarny oznacza zerwanie z dawnymi warto­ściami, czerwony porzucenie drogich sercu złudzeń, a biały nową świat­łość, nową wiedzę rodzącą się z poprzednich dwóch doświadczeń. W średniowieczu używano słów: nigredo (czarny), rubedo (czerwo­ny), albego (biały). Używane były w alchemii, która podąża ścieżkami Dzikiej Kobiety, powtarza dzieło matki Życia-Śmierci-Życia. Bez sym­boli świtu, wschodzącego słońca i tajemniczej ciemności nie byłaby tym, czym jest. Bez nadziei rodzącej się w sercach, bez stałego światła — nieważne, czy świecy czy słońca — które pozwala w życiu odróżnić zło od dobra, bez nocy, która przynosi ukojenie, i z której wszystko się rodzi, my także nie miałybyśmy pożytku z dzikości. (…)Bardzo ważna jest zatem zgoda na życie i zgoda na śmierć. Jest to podstawowy i naturalny rytm, który kobiety powinny zrozumieć — i żyć według niego. Dostrojenie się do tego rytmu rozprasza lęk, ponieważ dzięki temu zaczynamy trafnie przewidywać przyszłość.(…) To paradoksalna nauka płynąca z instynktów. Jest to coś w rodzaju wilczego buddyzmu. To, co jest jednym, jest zarazem jednym i drugim. To, co jest dwojgiem, tworzy trzy. Co żyje, musi umrzeć. Co umiera, będzie żyć.

 Właśnie o tej wiedzy mówi Baba Jaga, kiedy przestrzega, ‘Jeśli za dużo wiesz, to za szybko się zestarzejesz’. Wasylisa pyta o jeźdźców, ale nie ma odwagi dowiedzieć się skąd biorą się pary rąk. Do wiedzy dochodzi się stopniowo, niemożliwym jest dowiedzieć wszystkiego od razu. Tu Baba-Jaga czyni aluzję do innego rodzaju cykli, cykli życia kobiety. Jeśli kobieta im się poddaje, to coraz lepiej rozumie owe wewnętrzne rytmy kobiece, do których należą rytmy tworzenia, rytm narodzin psychicznych — a także prawdziwych — dzieci, rytmy samotności, zabawy, odpoczynku, seksualności i polowań. Nie trzeba tego przyspieszać, zrozumienie przyjdzie samo. Trzeba się pogodzić z fa­ktem, że niektóre rzeczy są poza naszym zasięgiem, nawet jeśli wpły­wają na nas i nas wzbogacają. W mojej rodzinie mówi się: „Pewne rzeczy są w rękach Boga”.

 Zadanie Ósme: stanąć na własnych nogach

 Baba Jaga wie, kiedy Wasylisa ma odejść. Gdy ta wspomina błogosławieństwo miłej zbyt dobrej matki, czarownica wypycha ją ze swojego domostwa. Nie chce mieć nic wspólnego ze zdecydowanie przesłodzoną kobiecą naturą, bo jest ona sprzeczna z jej własną, nieposkromioną. Można powiedzieć, że dobrze wie, iż nie powinna wykraczać poza swoją domenę. Jej dziedziną jest podziemny świat psychiki. Krainą zbyt dobrej matki jest powierzchnia świata. Choć słodycz i dobroć mogą pasować do dzikości, dzikość nie może długo wytrwać w słodyczy.

 Zadanie Dziewiąte: powtórne formowanie cienia

Służba u czarownicy nauczyła Wasylisę wykorzystywania swoich możliwości, a przez to ona sama otrzymała część jej mocy. Na pożegnanie otrzymuje od niej to po co przyszła czyli ogień ukryty w czaszce. Kości otaczające dom Baby Jagi mają znaczenie symboliczne, to nasz łącznik z przodkami, z ich wiedzą i doświadczeniem (szczególnie pod tym względem silna jest czaszka, w której za życia ukryte są organy zmysłów: wzroku, słuchu, powonienia). To czaszka prowadzi dziewczynę z powrotem do domu, a Wasylisa wraca pewniejsza i silniejsza, bo opuściła dom matki, przeszła przez ciemny las i przeżyła konfrontację z dziką naturą świata. Nie odczuwa już lęku przed światem, jedyny moment zawahania nachodzi ją, kiedy zdaje sobie sprawę jak wielką moc ma czaszka, chce ją odrzucić, ale ta namawia, by ją zatrzymała. Gdy kobieta zaczyna rozumieć, że dostrzega więcej niż inni, że przerasta otoczenie i że jej poczynaniami kieruje potężna siła intuicji, może się jej wystraszyć i próbować odrzucić ją od siebie. Absolutnie nie wolno jej tego zrobić. Nawet jeżeli wiedza jest trudna do udźwignięcia, nie wolno zawracać ze ścieżki, kiedy przebyło się już większość drogi. Jeśli ze sfery instynktów dobiega ostrzeżenie: „Uwaga! Strzeż się!”, to wówczas kobieta musi się mieć na baczności. Jeśli głęboka intuicja mówi: „Rób to, rób tamto, idź tędy, tu się zatrzymaj, idź naprzód”, to kobieta w swoich planach musi ten głos brać pod uwagę. Z intuicji nie można skorzystać jednorazowo, po czym puścić ją w niepamięć. Nie można się jej pozbyć. Trzeba się nią zawsze kierować na swej drodze, niezależnie od tego, czy kobieta się zmaga z wewnętrznym demonem czy wypełnia zadania w zewnętrznym świecie. Nie ma znaczenia, czy troski i aspiracje kobiety dotyczą spraw osobistych czy globalnych. Zanim cokolwiek zrobimy, każde działanie trzeba zacząć od hartowania ducha.(…) Mając tak straszliwą moc na swe rozkazy, ego uznaje, że być może będzie lepiej, łatwiej, bezpiecz­niej pozbyć się tej gorejącej światłości, bo jest tak wielka, że przez nią i Wasylisa staje się kimś wielkim.(…) Każda kobieta, która odzyskuje intuicję i moc Baby-Jagi, przechodzi punkt krytyczny, kiedy czuje pokusę, by je odrzucić, bo jakiż pożytek z widzenia i rozumienia wszystkiego? Światło czaszki nie zna litości. W jego blasku starość jest naprawdę starością, piękno — wspaniałością, lekkomyślność — głupotą, upojenie — pijaństwem, niewierność — zdradą, a rzeczy niewiarygodne — cudami. Światłość czaszki widzi wszystko takie, jakie jest (…)Prawda jest taka, że łatwiej odrzucić światło i położyć się spać. Czasem ciężko jest trzymać przed sobą ognistą czaszkę. (…) Są chwile, kiedy to, co przekazuje czaszka, jest bolesne i prawie nie do zniesienia. To dlatego, że ognista czaszka wskazuje, gdzie czai się zdrada, wskazuje tych, którzy z tchórzostwa karmią drugich kłamstwem. Ujawnia każdy fałsz i obłudę za miłym uśmiechem, demaskuje spojrze­nia, które są tylko maską niechęci. Na nas samych to światło świeci równie jasno: wydobywa z mroku i cnoty, i słabości. Taką wiedzę najtrudniej znieść. To wtedy pragniemy odrzucić całą przenikliwość, jaskrawość samopoznania. To w tym momencie czujemy —jeśli jej nie zlekceważymy — wielką moc z głębi jaźni mówiącą: „Nie odrzucaj mnie, zatrzymaj mnie. Zobaczysz”.

 Czaszka ma rację. Wasylisa wraca do domu, gdzie od chwili jej odejścia brakuje ognia. To obraz kobiecej psychiki, nad którą panowanie przejmują złe moce; kiedy brakuje siły twórczej, umiejętności dostosowania się do naturalnych cykli i słuchania instynktu, życie zaczynają kontrolować wszelkie zakazy, nakazy i lęk przed ich złamaniem. Jednak ogień, który przynosi Wasylisa nie zostawia dla nich miejsca. Czaszka wypala macochę i siostry czyli negatywne aspekty psychiki na popiół lub według innej wersji, na trzy małe wypalone żużle. Trzy wypalone węgielki to bardzo stary i interesujący motyw. Mały czarny dit (grudka, punkt) często jest uważany za zalążek nowego życia. W Starym Testamencie, kiedy Bóg stwarzał pierwszych ludzi, ulepił ich — zależnie od wersji przekładu — z ziemi, gliny, błota. Ile było tej ziemi? Nie ma o tym mowy. Ale w wielu innych mitach o stworzeniu, początku świata i jego pierwszych mieszkańcach człowiek często po­wstaje z dit, z jednego ziarenka, jednej malutkiej ciemnej grudki.(…) To „wypalenie” niszczycielskiej przybranej rodziny ma jeszcze je­den aspekt. Nie można utrzymać świadomości zdobytej dzięki spotkaniu z wiedźmą-boginią, dzięki niesieniu ognistego światła, jeśli w realnym lub wewnętrznym życiu przebywa się pośród nikczemników. Jeśli ota­czają cię osoby, które krzywią się na ciebie i patrzą z odrazą w sufit, kie­dy się pojawiasz, coś mówisz, coś robisz, to znaczy, że jesteś z ludźmi, którzy gaszą twoje pasje, a prawdopodobnie także i własne. To nie są ludzie, którzy dbają o to, co robisz, o treść twojego życia.

 To jeszcze bardziej uwrażliwia nas, że musimy być ostrożne w doborze przyjaciół i mężczyzn. Zwłaszcza ukochanym mężczyznom często przypisujemy moc wielkiego maga. Trudno się przed tym uchronić, ponieważ wkraczanie w pra­wdziwą intymność jest jak otwieranie magicznego, kryształowego ate­lier, a przynajmniej tak nam się wydaje. Kochanek może przywołać, ale i zniszczyć nawet najtrwalszą więź kobiety z własnymi cyklami i ide­ami. Trzeba unikać destrukcyjnych kochanków i szukać kogoś, kto ma silne psychiczne mięśnie i czułe ciało. Dzikiej Kobiecie w tobie sprzyja kochanek o bogatym życiu wewnętrznym, który potrafi „wejrzeć w serce kobiety”. Kiedy Dzika Kobieta ma jakiś pomysł, prawdziwy przyjaciel lub kochanek nigdy nie powie: „No, nie wiem… to naprawdę głupie (pompatyczne, niewykonalne, za drogie etc.)”, lecz raczej: „Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem. Powiedz mi, jak to widzisz. Powiedz mi, na czym to polega”. Jeśli ktoś traktuje cię jak żywą, rozwijającą się criaturę, istotę taką jak drzewa w lesie, fikus w kącie pokoju albo róże przed domem, jeśli widzi w tobie prawdziwe, żywe, oddychające istnienie, co prawda ludzkie, ale utkane z niezwykle delikatnej, wilgotnej, magicznej materii, jeśli sprzyja criaturze, która jest w tobie — to jesteś z człowiekiem, jakiego ci potrzeba. Będzie na całe życie przyjacielem twej duszy.

Aby ogień znowu nie wygasł kobieta musi podtrzymywać go wykonując czynność, której nauczyła się u Baby Jagi czyli rozróżnianie między rzeczami, które jej pomogą od tych, które albo nie przyniosą jej żadnych korzyści, albo wręcz zaszkodzą. Można przedstawić to obrazowo jako szwedzki stół zastawiony rozmaitymi potrawami: zazwyczaj bierzemy talerz i wybieramy to, co mamy przed oczyma. Zazwyczaj w ten sposób decydujemy się na wiele rzeczy w życiu, bo ze wszystkich stron dostarcza się nam coraz to nowe rzeczy i kusi, abyśmy je zdobyli, nawet jeżeli wcześniej wcale nie mieliśmy na nie ochoty. To błąd, bo ograniczamy się do tego co się nam podaje, a niekoniecznie musi być to właśnie to, co jest dla nas najlepsze. Czasami wystarczy dłuższe przyglądamy się czemuś, abyśmy nagle „odkryli”, że tak, to jest to, to jest właśnie to co zapewni nam szczęście, to jest na pewno to i kiedy okazuje się, że wcale nam to szczęścia nie zapewniło, rodzi się frustracja. Jeżeli jednak najpierw zapytamy siebie: ‘Czego potrzebuję? Co mi pomoże? Co jest dla mnie korzystne?’, to  zazwyczaj odpowiedź przychodzi szybko, a wtedy można rozejrzeć się czy to czego pragniemy jest na naszym szwedzkim stole. Czasami jest, a czasami nie. Mówiąc szczerze zazwyczaj nie ma . I wtedy trzeba ruszyć na poszukiwanie innego stołu, gdzie znajduje się właśnie to czego pragniemy. Zdolność rozróżniania, której się uczy Wasylisa, oddzielając ziarenka maku od piasku i spleśniałe ziarna zbóż od zdrowych, jest jedną z najtrudniejszych do nabycia umiejętności, ponieważ wymaga hartu ducha, woli i głębokiego uczucia. Nie wolno się zadowalać byle czym. Najwyraźniej widać to w wyborze partnerów i kochanków. Ukochanego mężczyzny nie można wybrać z gotowego bufetu. Trzeba go wybrać z tęsknoty duszy. Ktoś wybrany tylko dlatego, że właśnie był pod ręką, nigdy nie zaspokoi tęsknoty duszy. Tu jest potrzebna intuicja, bezpo­średni wysłaniec duszy.(…) Inny sposób na umocnienie więzi z intuicją to nie pozwolić, by ktokolwiek tłumił twoją energię i dynamizm — to znaczy poglądy, myśli, pomysły, wartości, moralność, ideały. W ciągu całego życia spotykamy ludzi, którzy karmią naszą duszę pozytywną energią. Często spotykamy też kobiety, co do których gdzieś wewnątrz mamy przeczucie, że są naszymi pierwotnymi matkami, kobiety, które zachęcają nas do ruszenia w las, nie pozwalają nam uwierzyć w fałszywe przekonania co do naszych możliwości czy intelektu, są dumne, kiedy osiągniemy cel i wracamy do domu z czaszką (co ciekawe te kobiety nie przypominają w ogóle zbyt dobrej matki, mają raczej mocno zarysowane cechy męskie i kobiece, są jak wróżki i czarodzieje z baśni). Tak jak była mowa w baśni o Dzikim Kaczątku powinnyśmy sobie życzyć, abyśmy miały wiele matek. Jak widać, niebezpiecznie jest pozostać zbyt słodkim, dobrotliwym głuptaskiem. Ale być może jeszcze nie jesteś o tym przekonana; być może myślisz: „Któż by chciał być taki jak ta Wasylisa?” A ja ci mówię: ty chcesz być taka. Chcesz być podobna do niej, osiągnąć to, co ona osiągnęła, pójść jej śladem, ponieważ jest to droga do zachowania i rozwijania duszy. Dzika Kobieta niczego się nie boi, tworzy i niszczy. Jest pierwotną, płodną istotą, która dokonuje wszelkich aktów twórczych, rodzi wszelkie sztuki. To ona tworzy otaczający nas las i z tej świeżej, oryginalnej perspektywy zaczynamy się zajmować życiem.

 Nie ma jednoznacznych podziałów na dobre i złe, słuszne i niesłuszne. Można jednak rozróżniać między pożytecznym a niepożytecznym, przydatnym a nieprzydatnym. Są rzeczy, które czasem są zarówno destrukcyjne, jak i sprzyjające. Niektóre czyny są spójne i dobrze przemyślane, inne nie. Ale jak wam dobrze wiadomo, ogród trzeba przekopać jesienią, żeby go przygotować do wiosny. Nie będzie kwitł przez cały czas. Trzeba pozwolić, żeby to wewnętrzne cykle dyktowały rytm przypływów i odpływów życia, a nie żadne obce siły, osoby z zewnątrz, czy też negatywne kompleksy z wnętrza psychiki. Nieodłączną częścią wewnętrznych rytmów są pewne stałe okresy chaosu i uporządkowania. Naszym zadaniem jest zsynchronizować się z nimi. Jak komory serca, które się wypełniają i opróżniają na przemian, uczymy się zgodności z rytmem Życia-Śmierci-Życia, zamiast stawać się jego męczennicą. Porównajmy to do skakanki. Rytm już jest, trzeba kołysać się w przód i w tył, dopóki się go nie uchwyci. Nic prostszego.

 Jedna z najbardziej godnych uwagi właściwości intuicji i naturalnego instynktu to ich zdolność do wywoływania niezawodnej spontaniczności. Spontaniczność to nie to samo co lekkomyślność czy nieroztrop­ność. To nie działanie pod wpływem impulsu i mówienie, co ślina na język przyniesie. Zdrowe granice są wciąż istotne. Szeherezada na przykład potrafiła ich nie przekraczać. Użyła sprytu, by zadowolić swego pana, podczas gdy jednocześnie zdobywała jego miłość i szacu­nek. Bycie naprawdę sobą nie oznacza beztroski i braku rozsądku, być sobą to pozwolić, by La voz mitológlca(mityczny głos) przemawiał swobodnie. Można to osiągnąć przez czasowe odcięcie cenzury ego i oddanie głosu temu, co pragnie mówić w nas. (…)Natura nie pyta o pozwolenie. Kwitnie i wydaje owoce, kiedy tylko chce. Jako dorosłe osoby nie potrzebujemy pozwolenia, ale raczej zachęty, wsparcia pierwotnych cykli, oryginalnej wizji. Głównym motywem w zakończeniu baśni jest przyzwolenie na śmierć. Wasylisa dobrze odebrała naukę. Czy załamuje się i zaczyna histerycznie szlochać, kiedy czaszka pali złe kobiety? Nie. Co musi umrzeć, niech umiera.

Intuicja otwiera przed nami wiele różnych możliwości. Kiedy jest się w kontakcie z instynktowną jaźnią, zawsze są co najmniej cztery rzeczy do wyboru — dwa przeciwieństwa, rozwiązanie pośrednie i „po dalszych przemyśleniach”. Jeśli ktoś nie porusza się pewnie po świecie intuicji, to może mieć wrażenie, że ma tylko jedno wyjście, w dodatku niepożądane. Być może kobieta czuje, że powinna z tego powodu cier­pieć. Poddać się. Zmusić się do tego. Nie, jest lepsze rozwiązanie. Kie­rować się wewnętrznym głosem, wewnętrznym wzrokiem, wewnętrzną istotą. Iść za nią. Ona wie, co robić.

 *Po raz pierwszy czytałam tę baśń pod tytułem Wasylisa Pięknolica.

** W rzeczywistości wiersz ‘Come to the edge’ napisał Christopher Logue, został on błędnie przypisany Apollinaire’mu.

***W wersji wydłużonej jako Wasylisa Pięknolica znajduje się jeszcze dodatkowe znaczenie. Wasylisa przeprowadza się do domu starej kobiety, gdzie w zamian za miejsce do mieszkania tka i haftuje materiał dla staruszki. Jest tak piękny, że kobieta decyduje się sprzedać go na dwór królewski, a władca zachwyciwszy się nim, życzy sobie poznać autorkę. Zobaczywszy Wasylisę, natychmiast prosi ją o rękę, na co ona przystaje. Motyw tkania jest w wielu mitologiach przypisany boginiom losu (Mojry, Parki, Norny, a także wspomniana przez dr e Kobieta – Pająk i jej córki), a zatem tkając materiał Wasylisa sama kształtuje swoje życie.

****Opowieść o tiiz znajduje się w Biegnącej z Wilkami, nie cytuję jej żeby jeszcze bardziej nie rozciągać i tak już pełnej faktów analizy, zainteresowanych odsyłam do książki.

 Wszystkie ilustracje są autorstwa Iwana Bilibina i pochodzą ze zbioru Piórko Finista Jasnego Cud Sokoła. Rosyjskie Baśnie Ludowe, Raduga, Moskwa 1983