Tag Archives: biegnąca z wilkami

To Czego Się Boję Daje Siłę

Jedna z czytelniczek bloga podzieliła się swoimi przemyśleniami na temat książki, bardzo dziękuję i zamieszczam text poniżej.

Jeżeli ktoś chciałby napisać o swoich wrażeniach to serdecznie zapraszam.

Anna ‘Lawenda’ Solun

——————–

„To czego się boję daje siłę”
Moja podróż z „Biegnącą z wilkami” rozpoczęła się od przeczytania książki jednym tchem. Podczas drugiego czytania coraz częściej się zatrzymywałam. Były dni gdy cały czas towarzyszył mi jeden lub dwa cytaty. Były tygodnie gdy „biegnąca” karmiła mnie i podnosiła z kolan. Spośród tysiąca głosów i obrazów zaczęła wyjawiać się Ona. Zaprasza mnie do tańca chociaż nie znam kroków. Nie szkodzi, ona zna. Mówi zaufaj mi. Wprowadzam jej obecność do swego domu. I nagle uświadamiam sobie, że mój dom jest duplikatem mojej matki…. I nie ma w nim miejsca na jej obecność. Wciąż słyszę , że poczeka. Planuję i przeprowadzam remont mojego domu. Wyburzam ściany, maluję je na kolor nadziei. Lecz to nie wystarcza. Największe ściany to schematy w mej głowie. To wymaga dłuższego remontu. Dzika Kobieta podąża za mną, dodaje otuchy, wsparcia. Trudno się żyje bez takiego pomostu. Pieśń nad Pieśniami ponownie zaprasza mnie do intymności, Spotkania. Proszę o bliskość robieniem hałasu. Obrażam się, uciekam, prowokuję. Najbardziej zraniona część mnie nie umie i nie chce komunikować. Chroni siebie przez złość. Chce kontaktu, a jednocześnie obawia się go. Małe dzieci oddaliły mnie od wewnętrznych konfliktów. Teraz wróciły ze zdwojoną siłą. Niechciane uczucia są jak bezpańskie psy. Daleko im do pluszaków. Po co stwarzam życie, które jest moim udziałem? To kolejne pytanie, które budzi niepokój. Co właściwie moja duchowość mówi do mnie? Jak reaguje na moje zachowanie, na moją decyzję lub jej brak? Budzę się….” Jesteś tym, czym oddychasz”. Czym oddycham?” Archetypem zranionego wojownika”. Czym chcę oddychać? Życiem, tańcem, lasem, ogniem, muzyką, bliskością, nowym imieniem, słowami. Strach ma chronić przed krzywdą. Ponownie podpisuję się pod życiem, wpływem. Wierzę, że Dzika Kobieta dalej mnie poprowadzi w tej podróży. Uczę się interpretować swoje życie w sposób symboliczny dzięki Niej. Wracam do Źródeł. Co jest źródłem? Przekonania, ukryte wartości wpojone przez innych ludzi, oceny. Jeśli woda zatruta jest szkodliwymi pierwiastkami, wtedy studnia nie daje zdrowej wody. Jest źródłem problemów, chorób. Jeśli jest coś głębiej? Rio Abajo Rio. Jeśli jest źródło, które zasila studnię? To do niego dotrę z jej pomocą. Odetnę dopływ szkodliwych substancji. Zadbam o czystość wody. Potrzebna mi oczyszczalnia i dobre filtry. Potrzebny mi dostęp do silnego strumienia czystej wody, któremu bez przeszkód można zaufać, bez lęku….. Dziękuję La Loba , że mnie odnalazłaś, za Twój śpiew nad moimi kośćmi…

Wskrzeszona.

Advertisements

Opowiadać Opowiadania o Opowiadaniach…

… bo takie chyba postawiłam sobie zadanie, kiedy w kwietniu 2012 bardzo nieśmiało zasiadłam do pisania tego bloga, nie wiedząc jeszcze dokładnie jak będę go prowadzić. Liczyło się tylko to, aby przybliżyć polskim czytelnikom Biegnącą z Wilkami czyli Archetyp Dzikiej Kobiety w Mitach i Legendach dr Clarissy Pinkoli Estes.

I oto stało się: przedstawiłam wszystkie rozdziały książki. Może to dziwnie zabrzmi, ale zupełnie się tego nie spodziewałam, kiedy zakładałam bloga – omówienie całości wydawało mi się tak odległą przyszłością, że nie brałam jej w ogóle pod uwagę.

Samo przeczytanie Biegnącej z Wilkami pomogło mi odnaleźć siebie i poukładać psychikę, a pisanie o tej książce i dzielenie się przemyśleniami sprawiło, że zainteresowałam się wnioskami Carla Gustava Junga i powróciłam do tworzenia swojej własnej opowieści, chociaż wydawało mi się, że to już nigdy się nie stanie. Wiele zrozumiałam i stałam się mniej podatna na to co próbuje w mój tok myślenia wtłoczyć kultura, sądzę, że w wielu aspektach powróciłam do tego, co dr E nazywa stanem dzikości. Co ciekawe, choć książka mówi o kobietach i jest dla kobiet przeznaczona, to patrząc przez pryzmat własnych obserwacji oraz założeń Junga, doszłam do wniosku, że rozciągnęłabym pojęcie Dzikiej Kobiety na Dziką Istotę, tak by obejmowało również mężczyzn z silną animą, niesłusznie w naszej kulturze lekceważonych.

Czy to znaczy, że teraz zakończę bloga? Oczywiście nie. Mam zamiar nadal publikować co najmniej raz w miesiącu dokładnie tak jak do tej pory, a skoncentruję się dwóch tematach:

1) tym co dr Estes pisze poza Biegnącą z Wilkami czyli fragmentami innych jej książek, textami czy analizami oraz statusami z FB

oraz

2) kontynuowaniem prezentacji ważnych motywów jungowskich, które są ogółowi raczej nieznane, a które pomagają zrozumieć zachowanie swoje i innych. Od razu podaję linki do kilku stron, jakie mogę polecić

PL

blog Pastuha (który mam zamiar przywoływać w przyszłym roku)
Polskie Towarzystwo Analizy Jungowskiej

EN

Carl Jung Depth Psychology : grupa i blog
Jung Hearted  i jego blog Jung Currents

Jednocześnie serdecznie dziękuję wszystkim za czytanie, komentowanie i wspieranie mnie w mojej pracy. Kiedy na swoim osobistymi blogu Lawendowe Pola zamieściłam dwie baśnie rosyjskie Piórko Finista Jasnego Cud Sokoła oraz Królewna w Żabę Przemieniona, natychmiast pojawiły się komentarze: ‘Super, ale gdzie twoja analiza?’. Tak jak zawsze podkreślam nie mam wykształcenia psychologicznego i nie czuję się wystarczająco kompetentna, żeby samej tworzyć analizy; tej jesieni miałam wielką ochotę zapisać się na zajęcia prowadzone przez Polskie Towarzystwo Psychoanalizy Jungowskiej, ale niestety, moje plany udaremnił szef nadgodzinami. Obiecuję, że gdybym jednak poczuła się na siłach to napiszę parę słów własnej analizy.

Na razie pozostaję przy pracy nad własną opowieścią, zainteresowanych fantastyką oraz duchowością serdecznie zapraszam.

Dziękuję wszystkim jeszcze raz i życzę udanej końcówki roku.

Anna ‘Lawenda’ Solun

PS. Na rynku anglojęzycznym właśnie ukazało się tłumaczenie oryginalnych baśni braci Grimm, które są w miarę najwierniejszym odtworzeniem podań ludowych i które zostały potem przez braci złagodzone w wymowie – na początku to własna matka wyganiała z domu Jasia i Małgosię czy życzyła śmierci Śnieżce. Więcej o tym tu oraz po angielsku tutaj.  Zastanawiałam się oczywiście jak to wpływa na ich interpretację, może przy okazji podzielę się wnioskami.

Odcinek 16: La Mariposa, Baubo, Kojot Dick i Kapo. O ciele i zmysłowości

biegnaca z wilkami la mariposa baubo kojot dick i kapo

Zaraz na wstępie zaznaczam, że w tym wejściu chcę połączyć tematy z rozdziału 7, ‘Radość Ciała: Fizyczna Spontaniczność’, oraz rozdziału 11, ‘Powrót do Świętej Zmysłowości’, ponieważ sądzę, że łączą się ze sobą tematycznie. Do tej pory w Biegnącej z Wilkami mowa była przede wszystkim o duszy i życiu wewnętrznym, jednak nie da się nie zauważyć, że w życiu codziennym zwracamy uwagę głównie na ciało i wygląd zewnętrzny.

Dr E wyraża się o ciele jako o wiernym małżonku duszy, który pozwala jej poruszać się i działać w przestrzeni materialnej, myślę, że chyba tak właśnie powinniśmy je traktować, z uwagą i przyjaźnią, ale jako narzędzie. Możemy brać przykład ze zwierząt, które po prostu biegają, fruwają czy wspinają się, zachowując naturalnie i nie zastanawiając nad tym jak wyglądają. Nasze ciała różnią się od siebie i są w rozmaity sposób postrzegane w zależności od kultury, w której się wychowujemy, ale też subiektywnych ocen poszczególnych osób. Dla psychiki kierującej się instynktem ciało stanowi ośrodek czuciowy odbierający wszelkie wrażenia związane z istnieniem; jest siecią informacyjną z licznymi systemami komunikacji — układem sercowo-naczyniowym, oddechowym, kostnym, autonomicznym układem nerwowym, a także systemem emocjonalnym i intuicyjnym. Dla wyobraźni ciało jest potężnym wehikułem, duchem żyjącym razem z nami, modlitwą życia; rządzi się własnymi prawami (…) Ciało przemawia wieloma językami. Przemawia kolorem i temperaturą, rumieńcem rozpoznania, blaskiem miłości, popiołami bólu, żarem podniecenia, chłodem obojętności. Przemawia nieustannym, niedostrzegalnym tańcem, czasem kołysaniem, czasem pląsaniem, czasem drżeniem. Każde radosne drgnienie serca, każdy upadek ducha, depresja, budząca się nadzieja znaczą się na ciele. Całe ciało, kości, stawy, nawet mały palec przechowują pamięć. W każdej komórce w postaci obrazów i wrażeń zamknięty jest zapis naszych doświadczeń. Ciało jest jak gąbka nasiąknięta wodą — jeśli je nacisnąć, wyżąć, nawet lekko musnąć, to pamięć wypływa z niego stłumieniem.

W naszych kulturach zakorzenione są silnie stereotypy co do wyglądu i nie wygląda aby coś w tej kwestii szybko uległo zmianie. Twój chłopak jest rudy? Zaraz dostaniesz radę: uważaj bo wszystkie rude są fałszywe. Masz za dużo kilogramów? Zaraz dostaniesz serię brzydkich epitetów od świni do kaszalota. Masz za mało kilogramów? Będziesz nazywana/-y anorektyczką/anorektykiem czy wieszakiem. Założysz coś, co komuś się nie podoba? Ktoś zaraz powie, że wyglądasz jak siódme dziecko stróża. Wygląd to coś, co najłatwiej skrytykować i jeżeli ktoś myśli, że otoczenie pozwoli mu po prostu cieszyć się swoim ciałem, to, niestety, szybko spotka się z rozczarowaniem.

A przecież przyglądając się naturze da się zauważyć, że jej największym bogactwem jest różnorodność gatunków, wielkości, grubości, zachowań, przystosowań do środowiska… Tak samo jest wśród ludzi, nie ma sensu ślepo podążać za kulturą skoro jesteśmy częścią natury. Jedyne co możemy zrobić to zaakceptować ciało, jakie dostaliśmy od niej z całym dobrodziejstwem inwentarza czyli genów i wierzyć w to, że dla kogoś innego również wyda się ono atrakcyjne. Nie ma sensu wpatrywać się w tych, którzy są uważani za pięknych i próbować ich naśladować, trzeba zmierzyć się ze swoimi własnymi zapatrywaniami na ciało. Z szacunku do niego i tego jak dzielnie nam ono służy na co dzień mimo, że często je zaniedbujemy, nie należy słuchać ludzi, którzy je krytykują dla samej tylko krytyki. Psychologia zna mechanizm projekcji czyli tego że własne negatywne cechy czy zachowania nieświadomie przerzucamy na Bogu ducha winne osoby aby nie musieć samemu się z nimi uporać. Jeżeli ktoś mówi, że jesteś za wysoki/niski/gruby/chudy/blady etc to jest wysoce prawdopodobne, że ma własne problemy z samooceną. Osoby o zdrowym poziomie samoakceptacji nie wypominają innym, że wyglądają tak a nie inaczej. Nie ma sensu ani się garbić aby ukrywać wzrost, chodzić na wysokich obcasach by wydawać się wyższą ani wypychać biustonosza udając, że ma się duży biust, czy wykonywać innych magicznych sztuczek by dopasować się do oczekiwań otoczenia. Nie jesteś tylko swoim wyglądem zewnętrznym. Jeżeli opierasz swoją ocenę tylko na tym jak wyglądasz, to ręczę ci, że zawsze będzie ona za niska.

Mówiąc o pięknym ciele powinniśmy mieć na myśli ciało zdrowe, odpowiednio odżywione, nawilżone i zadbane niezależnie od tego jaką ma wysokość, strukturę kości, kolor skóry czy fakturę włosów. Powinniśmy też mieć świadomość, że nasza rzeczywistość wcale nie jest zorientowana na to by nasze ciała były zdrowe i zadbane, więc jeżeli sami tego nie dopilnujemy to raczej się takimi nie staną. Warunki pracy często wymagają od nas pozostawania w jednej, niekoniecznie wygodnej pozycji przez wiele godzin. Przemysł spożywczy podsuwa nam gotowe jedzenie, ale są to raczej produkty żywnościopodobne niż prawdziwa, zdrowa żywność. Natłok informacji oraz bodźców atakuje nas zewsząd, męcząc mózg. Nasze ciała były przystosowane przez tysiąclecia do stabilnego rytmu odzwierciedlającego zmianę pór roku czy dnia, dlatego nie ma się co dziwić, że nie nadążają za zmianami cywilizacyjnymi. Nie są przyzwyczajone do żywności dostępnej wszędzie i wielkiej obfitości skoro przez całe wieki trzeba się było mocno napracować aby ją zdobyć, a i tak często bywały okresy, gdy jej brakowało. Ciało ma zakodowane głęboko w sobie, że dopóki jest żywność to trzeba jeść, bo jutro może już jej nie być. To, owszem, miało rację bytu w czasach paleolitu, średniowiecza czy nawet jeszcze w dwudziestym wieku, ale teraz, niekontrolowane przez świadomość, prowadzi do otyłości czy zaburzeń odżywiania, tym bardziej że często właśnie żywnością próbujemy zagłuszyć nasze emocje (ile osób podjada batoniki albo słone paluszki w chwilach przygnębienia). Bardzo często nasze ciała mimo że mają nawet zbyt wiele kilogramów są po prostu niedożywione, bo w produktach żywnościopodobnych zbyt mało jest witamin i składników odżywczych. Bardzo często na skutek urazów psychicznych tracimy kontakt ze swoim ciałem (mówią o tym zwłaszcza ofiary przemocy) i przechodzimy trudną drogę do odzyskania go. Bardzo często nasze ciało jest dotknięte przez wieloletnią chorobę i utrudnia harmonijne funkcjonowanie na co dzień.

Niestety, ciało jest w naszej kulturze traktowane po macoszemu, z jednej strony prezentuje się je jako obiekt seksualny, który trzeba stale poprawiać, a z drugiej jako źródło wstydu i grzechu oraz mechanizm, który exploatuje się dopóki się da. Zwróćcie uwagę, że bardzo często do lekarza idziemy dopiero w ostateczności, kiedy objawy nie dają nam już normalnie funkcjonować. Zwróćcie uwagę jak niechętnie do lekarza chodzą mężczyźni, mając wpojone od najmłodszych lat, że mężczyzna nie skarży się i powinien być nie do zdarcia. Zwróćcie uwagę, że kobiety najpierw zatroszczą się o zdrowie dzieci i partnera, a dopiero na końcu o swoje. To są wszystko zachowania zaprogramowane od dzieciństwa przez często niewerbalne przekazy z zewnątrz. Nasza kultura nie nauczy nas zdrowej relacji ze swoim ciałem, sami musimy do niej dojść.
Niszczenie instynktownej więzi kobiety z jej naturalną fizyczną postacią odziera ją z elementarnej pewności siebie. Wątpi ona, czy jest pełnowartościowym człowiekiem, a swoją samoocenę opiera na wyglądzie, a nie charakterze. Pod presją panujących norm traci energię na pilnowanie się, żeby za dużo nie jeść, z wypiekami na twarzy śledzi wskazania wagi, liczy centymetry. Jest nieustannie zaprzątnięta swym wyglądem, myśl o nim przenika wszystko, co robi, planuje, przewiduje. W świecie instynktów jest nie do pomyślenia, by kobieta była do tego stopnia pochłonięta swoją powierzchownością. Dr E pisze tylko o kobietach i dziewczętach, ale to jak najbardziej dotyczy także mężczyzn i chłopców. Oburzacie się, że magazyny dla kobiet piszą głównie o modzie i wyglądzie? To spojrzyjcie na magazyny dla mężczyzn, które dają sposoby jak wypracować sobie mięśnie brzucha (i oczywiście sugerują, że dzięki temu wyrwie się laski i będzie miało fantastyczny sex). Obrazowo mówi o tym ten mem:

6556d7fe06d219bc07271ed126bb979d

(Oto Barbie, od wielu lat przedmiot kontrowersji, oskarżana przez feministki o reprezentowanie nierealistycznego, niezdrowego i niesprawiedliwego standardu piękna prowadzącego do “kryzysu” samooceny u dziewcząt. A oto He – Man.)

Wspominałam już o tym w analizie La Llorony: im więcej koncentrujesz się na wyglądzie zewnętrznym, tym mniejszą wagę będziesz przywiązywać do życia wewnętrznego. Co innego jest dbać o ciało jedząc zdrowe produkty, uprawiając umiarkowaną aktywność fizyczną i regularnie pilnując higieny, a co innego głodzić lub opychać się, katować na siłowni i przeprowadzać operacje plastyczne. Agitowanie kobiet do podejmowania różnych zabiegów upiększających uderzająco przypomina sposób, w jaki traktujemy naszą planetę — kroimy ją, palimy, odzieramy z naturalnych warstw, obnażamy do kości. Okaleczenia na psychice i ciele kobiet mają swoje odpowiedniki w kulturze i w samej przyrodzie. Psychologia holistyczna uznaje, że wszystko we wszechświecie jest wzajemnie zależne, że nie ma odrębnych, niezależnych światów. W tym świetle nie dziwi, że w naszej kulturze, w której naturalną fizyczną urodę ciała kobiety poddaje się okrutnym zabiegom, analogicznym manipulacjom poddaje się krajobraz i przyrodę, a także całe społeczeństwa, by dostosować je do obowiązujących mód. I choć kobiety z pewnością nie mogą z dnia na dzień powstrzymać sekcji dokonywanej na planecie i społeczeństwie, mogą nie pozwolić, by to samo robiono z ich ciałem.
Mity i baśnie obfitują w rozmaite artefakty takie jak czapka – niewidka czy latający dywan dające właścicielom nadprzyrodzone właściwości. Symbolizują one ciało, które jest czynnikiem sprawczym, pozwalającym duszy wcielać plany w życie. Prócz latających dywanów spotykamy i inne symbole ciała. Jest pewna opowieść, która przedstawia trzy z nich. Usłyszałam ją od Fahtah Kelly. Nazywa się po prostu Baśń o latającym dywanie. Sułtan wysyła trzech braci na poszukiwanie najpiękniejszego przedmiotu na świecie. Ten z braci, który przyniesie największy skarb, dostanie całe królestwo. Pierwszy powraca z rurką z kości słoniowej, przez którą można zobaczyć każde miejsce na ziemi. Drugi brat przynosi jabłko, którego zapach może uleczyć każdą dolegliwość. Trzeci przynosi latający kobierzec przenoszący w każde miejsce, o którym się pomyśli.
— Co jest najcenniejsze? — pyta sułtan. — Zdolność jasnowidzenia? Uzdrawiania? Czy duchowych podróży?
Bracia po kolei zachwalają swoje dary. Ale sułtan na koniec macha ręką i oświadcza:
— Żadna z tych rzeczy nie jest cenniejsza od innych, bo bez jednej inne byłyby bezużyteczne.
I królestwo zostaje podzielone na trzy równe części między wszystkich braci.
Baśń ta operuje potężnymi obrazami, które dają pojęcie, na czym polega prawdziwe życie ciała. Ta i inne podobne baśnie opisują wielkie moce intuicji, wnikliwości, uzdrawiania dotykiem i ekstazy ukryte w ciele (…) Przypuśćmy, że jak w baśniach o metamorfozach ciało jest pełnoprawnym bóstwem, nauczycielem, mentorem, przewodnikiem. Czy wobec tego mądrze jest spędzać całe życie, chłostając nauczyciela, który tak wiele może nam dać, tak wiele nauczyć? Czy chcemy przez całe życie pozwalać innym na ubliżanie naszym ciałom, osądzanie ich, doszukiwanie się w nich braków? Czy jesteśmy dość silne, by zanegować obiegowe poglądy i wsłuchać się głęboko w nasze ciało jak w potężną i świętą istotę?

Aby jeszcze bardziej przybliżyć temat dr E opowiada historię La Mariposy (Kobiety – Motyla).

————————————————————————————————————

LA MARIPOSA
Goście przybywają z wszelkiego rodzaju oczekiwaniami, od sacrum do profanum. Przybywają, by zobaczyć coś, co nie każdemu jest dane zobaczyć, rzecz najdzikszą z dzikich, żywego ducha, La Mariposa (Kobietę-Motyla).
Taniec motyla jest ostatnim wydarzeniem dnia. Wszyscy w wielkim napięciu wyczekują tego jednoosobowego spektaklu. Tańczyć ma kobieta, i to nie byle jaka… Kiedy słońce skłania się ku zachodowi, nadchodzi stary mężczyzna spowity w olśniewający, uroczysty turkusowy strój. Przez megafon, skwiercząc jak kurczak na widok jastrzębia, szepcze do mikrofonu z lat trzydziestych: „Nasz następny taniec to taniec motyla”. Odchodzi, kuśtykając i przydeptując sobie dżinsy.
W odróżnieniu od baletu, gdzie po zapowiedzi kurtyna się rozsuwa i na scenę wybiega rój tancerek, tu, w Puye, jak i w innych plemiennych tańcach, między zapowiedzią a pojawieniem się tancerza czy tancerki może minąć od dwudziestu minut do nieskończoności. Gdzie się podziewa tancerz? Może właśnie sprząta w przyczepie. Temperatura około 40°C nie jest tam niczym nadzwyczajnym, może więc trzeba zamalować strużki potu na misternym malowidle na ciele. Jeśli pas taneczny, należący jeszcze do dziadka tancerza, pęknie po drodze na scenę, tancerz się nie pojawi, ponieważ duch pasa musi odpocząć. Może się też ociągać, ponieważ w radiu Taos, w audycji „Tony Lujan’s Indians Hour” nadają akurat jakąś dobrą piosenkę.
Czasami tancerz nie słyszy głośnika i trzeba po niego posłać. Potem jeszcze musi pogadać z wszystkimi krewnymi, których spotka po drodze na scenę, a już najpewniej zatrzyma się, żeby wszyscy siostrzeńcy i siostrzenice dobrze mu się przyjrzeli. Małe dzieci są zachwycone widokiem górującego nad wszystkim potężnego ducha Katsina*, który dziwnie przypomina wujka Tomasa, albo tancerki kukurydzianej uderzająco podobnej do ciotki Yazie. Ponadto zawsze jest możliwość, że tancerz znajduje się jeszcze na autostradzie do Tesuąue, z nogami zwisającymi z budy ciężarówki, w kłębach czarnego dymu z rury wydechowej.
W niecierpliwym oczekiwaniu na taniec motyla wszyscy rozprawiają o dziewicach-motylach i pięknych dziewczętach z plemienia Zuni, które tańczyły w czarnoczerwonych strojach z jednym ramieniem odsłoniętym, z jasnoróżowymi kręgami wymalowanymi na policzkach. Ludzie chwalą tancerzy-jeleni, młodzieńców tańczących z gałęziami sosen przywiązanymi do rąk i nóg.
Czas płynie.
I płynie.
I płynie.
Ludzie podzwaniają monetami w kieszeniach. Cmokają językami. Turyści nie mogą się doczekać cudnej Tancerki-Motyla.
Niespodziewanie, kiedy już wszyscy są znudzeni do niemożliwości, bębniarz zaczyna wybijać święty rytm motyla, a śpiewacy na całe gardło zawodzą do bogów.
Dla turystów motyl to delikatna istota. Spodziewają się zobaczyć kruchą piękność. Nic dziwnego więc, że są wstrząśnięci, kiedy w podskokach pojawia się Maria Lujan15. Jest wielka, naprawdę olbrzymia, jak Wenus z Willendorfu, jak matka-Dzień, jak potężna kobieta Diego Rivery, która zbudowała Mexico City jednym strzepnięciem nadgarstka.
A Maria Lujan, o zgrozo, jest stara, tak stara, jakby powstała z martwych, starajak najstarsza rzeka, starajak najstarsze sosny na skraju lasu. Jedno ramię ma odsłonięte. Czerwono-czarna manta (szata z derki) podskakuje razem z nią w górę i w dół. Jej ciężkie ciało i bardzo chude nogi sprawiają wrażenie, jakby była skaczącym pająkiem utaplanym w tamale (kukurydza z mięsem).
Skacze na jednej nodze, potem na drugiej. Macha na wszystkie strony wachlarzem z piór. Jest motylem, który przybywa, by pokrzepić słabnących. Jest wcieleniem tego, co uważa się powszechnie za słabe: starości, motyla, kobiety.
Włosy Dziewicy-Motyla sięgają ziemi. Są gęste jak włosy z dziesięciu kaczanów kukurydzy, kamiennoszare. Ma też motyle skrzydła — takie same jak u małych dzieci w rolach aniołków na szkolnych przedstawieniach. Jej biodra sąjak dwa wielkie kołyszące się kosze, a pośladki tworzą półeczkę, na której mogłaby usiąść dwójka dzieci.
Skacze, skacze, skacze, nie cicho jak królik, ale z głośnym przytupem, aż się niesie echo.
Jestem tutaj…
Jestem tutaj, tutaj, tutaj…
Obudźcie się, ty, i ty, i ty!
Kołysze wachlarzem z piór w górę i w dół, rozsiewając ducha motyla na całą ziemię i ludzi na niej żyjących. Bransolety z muszli grzechoczą jak węże, podwiązki z dzwoneczkami brzęczą jak deszcz. Jej cień o wielkim brzuchu i cienkich nogach tańczy z nią od jednej strony kręgu
do drugiej. Stopy wzbijają obłoczki kurzu.
Plemiona indiańskie są pełne czci, przejęte. Ale niektórzy turyści patrzą po sobie i mruczą: „To ma być to? To ma być Dziewica-Motyl?” Są zaskoczeni, nawet rozczarowani. Już chyba nie pamiętają, że świat ducha to miejsce, gdzie wilki są kobietami, niedźwiedzie — mężczyznami, a stare kobiety o bujnych kształtach — motylami.

Tak, właśnie tak powinno być, że Dzika Kobieta albo Kobieta-Motyl jest stara i o bujnych kształtach, bo w jednej piersi dźwiga burze i pioruny, a w drugiej — cały świat podziemny. Plecy to widnokrąg Ziemi z wszystkimi plonami, pożywieniem i zwierzętami. Kark niesie wschód i zachód słońca. Lewe udo dźwiga wszystkie grube sosny, prawe — wszystkie wilczyce świata. Brzuch mieści wszystkie dzieci, które się kiedykolwiek narodzą.
Dziewica-Motyl uosabia żeńską siłę płodności. Przenosząc pyłek z miejsca na miejsce, zapładnia wszelkie życie, tak jak dusza zapładnia umysł nocnymi marzeniami, tak jak archetypy zapładniają świat ziemski. Jest centrum świata. Łączy przeciwieństwa, biorąc z jednego i kładąc po drugiej stronie. Przeobrażenie jest nie bardziej skomplikowane. Tego właśnie uczy Kobieta-Motyl. Tak robią to motyle. Tak robi to dusza.
Kobieta-Motyl przeczy błędnemu przekonaniu, że przeobrażenie jest dobre dla męczenników, świętych albo nadludzko silnych. Jaźń nie musi przenosić gór, by ulec transformacji. Wystarczy tylko trochę. Mała rzecz może zmienić wiele. Siła zapładniająca zastępuje przenoszenie gór.
Kobieta-Motyl zapyla dusze tej ziemi, mówiąc: „To łatwiejsze, niż myślicie”. Potrząsa wachlarzem z piór, podskakuje, bo musi rozsypać duchowy pyłek po wszystkich obecnych, rdzennych Amerykanach, małych dzieciach, turystach, po wszystkich. Całe jej ciało jest błogosławieństwem, ciało stare, słabe, wielkie, ciało o krótkich nogach i krótkim karku, ze skazami na skórze. Oto kobieta zjednoczona z dziką naturą, tłumaczka świata instynktów, siła zapładniająca, naprawiająca, pamiętająca odwieczne idee. Oto La voz mitológica. Oto wcielona Dzika Kobieta.
Tancerka-Motyl musi być stara, ponieważ symbolizuje odwieczną, starą duszę. Ma szerokie uda i szerokie pośladki, ponieważ tak wiele dźwiga. Siwe włosy są znakiem, że nie musi już przestrzegać tabu nie-dotykania innych. Wolno jej dotykać wszystkich: chłopców, dziewcząt niemowląt, mężczyzn, kobiet, dziewczynek, starych, chorych i umarłych. Kobieta-Motyl może dotykać każdego — to jej przywilej. Na tym polega jej moc. Jej ciało to ciało motyla, La Mariposa.

————————————————————————————————————

Siła życia jaka cechuje Dziką Istotę objawia się również jako naturalna siła zmysłowości i sexualności, która była zazwyczaj poddawana ścisłej kontroli przez kulturę, religię i mentalność, a teraz w czasach po rewolucji sexualnej bardzo często jest sprowadzana do poziomu porno. W epoce starożytnej istniały boginie, w których kultach zbliżenie było częścią obrzędu, a hieros gamos, święte zaślubiny, praktykowano na Bliskim Wschodzie oraz w Helladzie. W Babilonie każdy nowy król musiał spędzić noc w świątyni bogini Inanny (Isztar), aby potwierdzić swoją władzę, kładziono wtedy w jednym łożu posągi boga i bogini (podobnie było w Helladzie z figurami przedstawiającymi Zeusa i Herę). Jak widać w dawnych czasach sexualność w naturalny sposób łączona była z elementem sacrum, sytuacja uległa zmianie dopiero z nadejściem religii monoteistycznych. Co więcej, w tradycjach pogańskich zmysłowość oraz sexualność łączone były ze śmiechem, o czym opowiada historia Baubo, którą wspominano w czasie misteriów eleuzyjskich.
————————————————————————————————————
Matka-Ziemia, Demeter, miała niezwykłej urody córkę imieniem Persefona. Pewnego dnia Persefona, bawiąc się na łące, ujrzała prześliczny kwiat i wyciągnęła dłoń, by dotknąć jego płatków. Nagle ziemia zadrżała i rozpękła się, a wielka zygzakowata szczelina przecięła łąkę. Z podziemnej otchłani wynurzył się Hades, bóg świata umarłych. Wysoki i potężny stał w czarnym rydwanie ciągnionym przez czwórkę czarnych koni.
Hades porwał Persefonę i uwiózł w swoim rydwanie, poganiając konie coraz niżej, w głąb ziemi. Krzyk Persefony cichł coraz bardziej, kiedy szczelina zasklepiała się za nimi, nie zostawiając śladu, tak jakby nic się nie stało.
Ale głos dziewczyny poniósł się echem po górskich skałach, brzmiał w dźwięku morskich fal. Demeter słyszała, jak płaczą kamienie, jak płacze woda. A potem na całej ziemi nastała niesamowita cisza; unosił się tylko zapach zdeptanych kwiatów.
Demeter szalała z rozpaczy, rwała włosy ze swej nieśmiertelnej głowy. Zarzuciwszy ciemne szaty, leciała nad ziemią jak wielki ptak, wszędzie wypatrując córki, wołając ją po imieniu.
Tej nocy stara czarownica siedząca u wejścia do groty rzekła do swych sióstr, że trzykrotnie słyszała krzyk tego dnia: najpierw młody, przerażony głos, potem żałosne wołanie, wreszcie nieutulony płacz matki.
Demeter długo szukała na próżno. Tak zaczęła się jej pełna żalu, trwająca długie miesiące tułaczka. Szalała z gniewu i rozpaczy, płakała, krzyczała, dopytywała się, przeszukiwała wszystkie zakamarki ziemi, błagała bogów o litość, o śmierć, a choć czyniła wszystko, nie mogła znaleźć umiłowanej córki.
I wreszcie ta potężna bogini, opiekunka wiecznie odradzającego się życia, przeklęła żyzne pola, wołaj ąc w żalu i rozpaczy: — Niech wszystko umiera! — Klątwa Demeter sprawiła, że dzieci przestały się rodzić, zboża przestały rosnąć i wydawać plon na chleb, ginęły kwiaty i drzewa. Wszystko usychało — i ziemia, i piersi kobiet.
Pogrążona w bólu Demeter nie zażywała już nawet kąpieli. Snuła się zabiedzona, w łachmanach, ze splątanymi włosami. Choć smutek przeszywał jej serce, nie poddawała się. Wciąż chodziła, szukała, pytała, błagała. Wreszcie, po wielu daremnych wysiłkach, dotarła do wioski, w której nikt nie wiedział, kim jest, i spoczęła przy studni. A kiedy opierała swe zbolałe ciało na chłodnym kamieniu cembrowiny, pojawiła się przy niej kobieta, a raczej istota podobna do kobiety. Zaczęła tańczyć przed Demeter, kołysała biodrami i piersiami, wymownie naśladując akt miłosny. Demeter, ujrzawszy ją, nie mogła się powstrzymać od uśmiechu.
W istocie tańcząca żeńska postać była zaczarowana; nie miała głowy, jej oczami były sutki, a pochwa ustami. To właśnie te usta zaczęły opowiadać Demeter zabawne, rubaszne historyjki. Demeter najpierw się uśmiechnęła, potem zaczęła chichotać, aż wybuchnęła śmiechem z głębi brzucha. Śmiały się razem, mała brzuchata boginka Baubo i potężna Matka-Ziemia, Demeter.
Śmiech wydobył Demeter z rozpaczy i dał jej siłę do dalszych poszukiwań. W końcu z pomocą Baubo, starej Hekate i boga słońca, Heliosa, odnalazła swą córkę. Persefona została zwrócona matce. Cały świat, ziemia i łona kobiet znów zaczęły rodzić.

———————————————————————————————————–

Postać Baubo (Iambe) prawdopodobnie wywodzi się od neolitycznych bóstw symbolizowanych przez Wenus z Willendorf, Boginię – Matkę o obfitych piersiach, udach i pośladkach symbolizujących płodność. Nie raz byłam świadkiem, jak dobre maniery w pewnych sytuacjach tłamszą kobietę i nie pozwalają jej oddychać. A przecież śmiech polega właśnie na oddychaniu, jest ciągiem szybkich wdechów i wydechów. Kinezjologia i inne terapie ciała, na przykład Hakomi, dowodzą, że zaczerpnięcie oddechu pozwala wyraźniej odczuwać własne emocje, natomiast kiedy nie chcemy czuć, powstrzymujemy oddech. Śmiejąc się, oddychamy pełną piersią i w trakcie tej czynności możemy poczuć niedozwolone uczucia. A jakie to mogą być uczucia? Okazuje się, że są to nie tyle uczucia, ile raczej ulga i lekarstwo na uczucia negatywne — uwolnienie długo powstrzymywanych łez, przypływ zepchniętych w cień wspomnień, zerwanie kajdanów krępujących zmysłową osobowość.

Podobne pozytywnie obsceniczne zabarwienie ma opowieść o Kojocie Dicku, którą dr E usłyszała z ust Willowdean, żony Old Reda zarządcy kempingu w Nogales, kiedy pytała o tamtejsze opowieści.

——————————————————————————————————-
Był sobie raz Kojot Dick, najgłupszy i zarazem najsprytniejszy typ, jakiego można sobie wyobrazić. Ciągle się za czymś uganiał, ciągle próbował kogoś okpić, żeby dostać, czego chciał. Poza tym nic nie robił, tylko spał.
Pewnego razu, kiedy Kojot Dick drzemał sobie w najlepsze, jego fiut znudzony tym wszystkim postanowił go zostawić i poszukać przygód na własną rękę. Odczepił się więc od Kojota Dicka i ruszył w drogę. Tak naprawdę to skakał, bo jak wiadomo, miał tylko jedną nogę.
Skakał sobie radośnie i bardzo mu się to podobało, aż zeskoczył z drogi w las, a tam — rety! — wskoczył prosto w kępę pokrzyw. Zaczął krzyczeć: Auu! Auuu! Ratunku!
Przeraźliwe krzyki zbudziły Kojota Dicka, a gdy się obudził i sięgnął ręką, żeby ulżyć pęcherzowi, nie znalazł fiuta na miejscu! Kojot Dick popędził drogą, trzymając ręce między nogami i w końcu znalazł uciekiniera w wielkich tarapatach. Delikatnie wydobył swego poszukiwacza przygód z pokrzyw, pogłaskał, uspokoił i włożył na miejsce.
Old Red śmiał się jak wariat, aż dostał napadu kaszlu, a oczy niemal wyszły mu z orbit.
Taka była historia z Kojotem Dickiem.
Ale Willowdean go ofuknęła:
Zapomniałeś o zakończeniu.
O jakim zakończeniu? To już wszystko — mruknął Old Red.
Stary pijaku, zapomniałeś powiedzieć prawdziwe zakończenie.
— Skoro tak dobrze pamiętasz, to sama opowiadaj. — Zadzwonił
dzwonek u drzwi i Old Red podniósł się z krzesła.
Willowdean spojrzała na mnie roziskrzonymi oczami.
— Na końcu jest morał — powiedziała.
W tym momencie chyba wstąpiła w nią Baubo, bo zaczęła chichotać, parskać i śmiać się do łez, tak że dwa ostatnie zdania krztusiła przez całe dwie minuty, a każde słowo powtarzała kilka razy między haustami powietrza.
— Morał jest taki, że odkąd fiut poparzył się pokrzywami, to tak
zaczął Dicka swędzieć, że do tej pory nie przestał. I dlatego każdy chłop
dobiera się do baby i chce się poocierać, jakby go swędziało. Odkąd ten
fiut raz uciekł, wszystkie fiuty na świecie swędzą tak samo.

——————————————————————————————————

Dostaliście ataku śmiechu? Wiem. Jeżeli jednak sądzicie, że odłączenie organu sexualnego jest w opowieściach wyłącznie sztuczką mężczyzn to śpieszę poinformować, że znam również podobny motyw wyjmowania narządów płciowych związany z hawajską boginią Kapo.

——————————————————————————————————-
Kapo jest hawajską boginią magii, siostrą Pele, bogini wulkanów i matką Laki, bogini tańca hula. Kapo potrafiła przybierać różne kształty, ale jest znana głównie z innego swojego talentu—mogła odłączyć waginę od reszty ciała i posłać ją tam gdzie chciała. Pewnego razu użyła swojej kohe lele (‘latającej waginy’) aby uchronić swoją siostrę Pele przed gwałtem. Gdy Pele przechadzała się niedaleko swojego domu w Kilauea na wyspie Hawai’i, śledził ją Kamapua’a, bóg mający postać pół – człowieka, pół – świni. Kiedy miał się na nią rzucić, Kapo wyczuła zagrożenie i rzuciła waginą, tak że przeleciała tuż nad twarzą Kamapua’y. Ten natychmiast zapomniał o Pele i zaczął ścigać pochwę Kapo’s aż do wyspy Oahu, gdzie wylądowała tworząc krater Koholepelepe (najczęściej nazywany Kraterem Koko) przy Zatoce Hanauma. Kohe lele powróciła następnie do Kapo, zostawiając Kamapua’ę samego na skałach. Imię Kapo oznacza Ciemność, jest również znana jako Kapo-’ula-kina’u (Kapo O Czerwonych Plamach), Kapo-kohe-lele (Kapo O Latającej Waginie) oraz Kapo-ma’i-lele (Kapo O Latających Genitialiach).

Na podstawie http://www.goddessaday.com/polynesian/kapo
—————————————————————————————————-

W podobnym tonie dr E snuje opowieść o tym jak pewnego dnia generał Eisenhower miał wizytować wojska stacjonujące w Rwandzie. Gubernator chciał aby kobiety z rdzennych plemion stały przy drodze i wiwatowały na jego cześć, problem tkwił w tym, że ich ubrania ograniczały się do kilku sznurów korali i krótkich przepasek. Gubernator zwrócił się zatem z prośbą do wodza plemienia, aby na tę jedną okazję włożyły spódnice i koszule, które im dostarczy, ten zgodził się bez problemu i obiecał że będą stosownie ubrane. W dzień parady okazało się, że chociaż kobiety założyły spódnice to za nic na świecie nie chciały zgodzić się na noszenie koszul i pojawiły się z odsłoniętymi piersiami, nie nosiły też żadnej bielizny. Gubernator ponownie wezwał na rozmowę wodza plemienia, ten po konsultacji z kobietami solennie obiecał, że na pewno będą zasłaniać biusty. I rzeczywiście, kiedy samochód z generałem przejeżdżał obok, kobiety zarzucały sobie na twarz spódnice, zasłaniając w ten sposób piersi.

Jak widać tłumienie naturalności i spontaniczności może prowadzić do takich właśnie komicznych efektów. Zarówno poczucie humoru jak zmysłowość mają wspólne korzenie właśnie w naturalności i fizyczności, dlatego są ze sobą powiązane. Świętość i zmysłowość-seksualność sąsiadują ze sobą w psychice, bo jedna i druga objawia się jako cud, nie dzięki procesom intelektualnym, ale przez bezpośrednie doznania fizyczne; na krótką chwilę albo na zawsze pocałunek, wizja czy szczery śmiech zmieniają nas, wstrząsają naszymi podstawami, zabierają na szczyt, prostują ścieżki, dają taneczny krok, nagły gwizd, prawdziwą eksplozję życia.
Przechodzimy długą drogę od czasów dziecięcych, kiedy określamy siebie poprzez opinie innych do chwili, gdy sami możemy spojrzeć na swoją osobę i zdecydować co w naszym wyglądzie jest świetne, co mniej korzystne, a co zupełnie nam nie pasuje. Mówię jako ktoś kto sam przeszedł transformację od nieśmiałej okularnicy chodzącej w ciężkich dzianinowych ubraniach (bo trzeba jakoś zatuszować tą chudość jak twierdziła matka) do osoby, która chociaż nie przykłada nadmiernej wagi do wyglądu to odnalazła swój własny, wygodny styl. Zamiast narzekać na wygląd, wzięłam się do roboty: zamieniłam okulary na soczewki kontaktowe, przyciemniłam odcień włosów, znalazłam sobie wcale niedrogie, ale wygodne i w miarę efektowne ubrania, dorzuciłam trochę biżuterii… Wszystko zgodnie z zasadą: zmieniaj to co możesz zmienić i zaakceptuj to czego nie jesteś w stanie zmienić. Nie mogę zmienić swojego wzrostu czy struktury kości, więc po co się frustrować? Mój wygląd przypomina ten, który jest przez wiele pań określany pogardliwie jako anorektyczka. Nie należę do tych kobiet, którymi tak zachwyca się dr E, nie mam szerokich bioder czy ud ani dużych piersi. Baaaardzo daleko mi do Wenus z Willendorf. Jestem niewysoka, chuda, koścista i płaska. Moje ciało nie jest przystosowane do rodzenia dzieci. Moje ciało jest tym czym powinno być: przykryciem dla ducha i niczym więcej. Mojej energii wystarcza na to żebym przeprowadziła zajęcia, napisała kolejne wejście na bloga czy poszła na spacer, jednak nie obciążam ciała pracą fizyczną ani wyczynowym sportem. To nie moje ciało rodzi dzieci, ale umysł w postaci kolejnych odcinków mojej opowieści czy postów na blogu, a jest przy tym bardzo płodny. Jestem zdrowa, mam dobre wyniki, wiek metaboliczny o wiele młodszy niż metrykalny i czuję się dobrze, akceptuję siebie z całą moją chudością, kościstością oraz płaskością tak jak akceptują siebie Dzikie Istoty.

* O jednej z kachina (kaczynów) pisałam tutaj.

Odcinek 15: Skóra Foki. O powrocie duszy do domu

biegnaca z wilkami skora foki

“I’ll tell you something banal. We’re emotional illiterates. And not only you and I — practically everybody, that’s the depressing thing. We’re taught everything about the body and about agriculture in Madagascar and about the square root of pi, or whatever the hell it’s called, but not a word about the soul. We’re abysmally ignorant, about both ourselves and others. There’s a lot of loose talk nowadays to the effect that children should be brought up to know all about brotherhood and understanding and coexistence and equality and everything else that’s all the rage just now. But it doesn’t dawn on anyone that we must first learn something about ourselves and our own feelings. Our own fear and loneliness and anger. We’re left without a chance, ignorant and remorseful among the ruins of our ambitions. To make a child aware of it’s soul is something almost indecent…How can you understand other people if you don’t know anything about yourself? Now you’re yawning, so that’s the end of the lecture.”
Ingmar Bergman

Skóra Foki — Skóra Duszy

Dawno temu, w porze, która teraz przeminęła, lecz wkrótce powróci, każdy dzień wypełniało tylko białe niebo i biały śnieg, a małe czarne punkciki widoczne w oddali okazywały się ludźmi, psami albo niedźwiedziami.
W tych stronach nie żyje się za darmo. Wicher wieje tak silny, że ludzie rozmyślnie zakładają parki i mamleki (wysokie buty z foczej skóry) odwrócone na drugą stronę. Wymawiane słowa zamarzają w powietrzu, a żeby zrozumieć całe zdanie, trzeba je mówiącemu wyłamywać siłą spomiędzy warg i topić przy ogniu. Tutaj ludzie żyją pośród białych bujnych włosów starej Annuluk, naszej babki, prastarej czarownicy, która jest Ziemią. I w tej to właśnie krainie żył sobie człowiek… tak samotny, że z biegiem lat łzy wyżłobiły na jego policzkach głębokie bruzdy.
Próbował się uśmiechać, być szczęśliwy. Polował. Zastawiał sidła, tropił zwierzynę, twardo sypiał. Ale brakowało mu ludzkiego towarzystwa. Czasami, osiadłszy w kajaku na mieliźnie, patrzył na zbliżające się foki i przypominał sobie, co mówią stare legendy — foki były kiedyś ludźmi, a teraz jedynym śladem po tym są ich oczy, w których widać te same spojrzenia, mądre, gorące, kochające. Czasami czuł tak wielki przypływ bólu i samotności, że łzy toczyły mu się po głębokich bruzdach na twarzy.
Pewnej nocy wyruszył na polowanie tuż po świcie, ale niczego nie znalazł. Kiedy księżyc podnosił się na niebie, a kry lodowe zalśniły w jego świetle, człowiek podpłynął do wielkiej skały na morzu, a jego bystrym oczom wydało się, że coś się na niej porusza z nieskończonym wdziękiem.
Płynął powoli, głęboko zanurzając wiosła, by znaleźć się bliżej. Na szczycie skały wypatrzył grupkę tańczących dziewcząt, nagich jak w chwili narodzin. A że tak długo był samotny i po ludziach zostały mu tylko wspomnienia, zatrzymał się i patrzał. Kobiety wyglądały jak utkane z księżycowego mleczka, ich skóra migotała srebrnymi kropelkami jak łososie na wiosnę, a ich stopy i dłonie były smukłe, długie i piękne.
Tak niezwykłej urody były te dziewczęta, że usiadł oniemiały w łodzi, a woda uderzała o burtę, coraz bardziej przysuwając go do skały.
Słyszał śmiech tych pięknych istot… tak przynajmniej sądził, choć może to woda się śmiała, rozbijając się o urwisko. Był zmieszany i olśniony. W dziwny sposób poczucie osamotnienia, które ciążyło mu na piersiach jak mokra skórzana odzież, opuściło go i bez namysłu, jakby tak właśnie miało być, wyskoczył na skałę i zabrał jedną z foczych skór, które tam leżały. Ukrył się za występem skalnym i schował skórę za qutnguq (parką).
Wkrótce jedna z kobiet zawołała głosem tak pięknym, jakiego dotąd nie słyszał… zupełnie jak wieloryby śpiewające o świcie… nie, raczej jak małe wilczki baraszkujące wiosną… nie, ten głos był jeszcze piękniejszy, ale to nieważne, bo… co one robią?
A one zakładały na siebie focze skóry i jedna za drugą zsuwały się do morza, piszcząc i wołając radośnie. Oprócz jednej. Najwyższa z dziewcząt szukała wszędzie swojej skóry, lecz nigdzie jej nie było. I wtedy mężczyzna poczuł się ośmielony. Wyszedł zza skały i odezwał się:
Kobieto… zostań moją żoną. Jestem taki samotny…
Nie, nie mogę być niczyją żoną — powiedziała. — Nie jestem z twego rodu, jestem z rodu tych, co żyją temeqvanek — pod wodą.
Zostań moją żoną — nalegał mężczyzna. — Po siedmiu latach oddam ci foczą skórę i zrobisz, jak zechcesz, odejdziesz albo zostaniesz.
Dziewczyna-foka przyglądała się długo jego twarzy oczami, które wbrew jej pochodzeniu wydawały się ludzkie. Niechętnie odrzekła:
— Dobrze, pójdę z tobą. Po siedmiu latach zdecyduję, co robić.

Po jakimś czasie urodziło im się dziecko, które nazwali Uruk. Był to chłopczyk gibki i pulchny. W zimie matka opowiadała mu baśnie o podwodnych stworzeniach, podczas gdy ojciec strugał mu nożem niedźwiadki i wilki. Kiedy matka kładła Uruka spać, pokazywała mu przez otwór w suficie obłoki o różnych kształtach. Jednak nie widziała w nich kruków, niedźwiedzi ani wilków, lecz morsy, wieloryby, foki i łososie, bo te stworzenia dobrze znała.
Z biegiem czasu jej ciało zaczęło wysychać. Najpierw zwiotczało, potem zaczęło się kruszyć. Łuszczyła się skóra na powiekach. Wypadały włosy na głowie. Stała się naluaą — blada, prawie biała. Kiedyś tak krągła, schudła straszliwie. Usiłowała ukryć, że kuleje. Z każdym dniem jej wzrok się pogarszał. Musiała wyciągać ręce, by znaleźć drogę, bo prawie nic nie widziała.
I tak było, aż pewnej nocy Uruka obudził krzyk i chłopiec usiadł na futrzanym posłaniu. Ktoś ryczał niczym niedźwiedź — to jego ojciec wymyślał matce. Usłyszał też płacz, jakby srebrny pręt uderzał o kamień. To płakała jego matka.
– Siedem długich lat temu ukryłeś moją foczą skórę, idzie już na ósmą zimę. Chcę, żebyś mi zwrócił to, z czego jestem zrobiona — płakała kobieta-foka.
– Jeśli ci ją oddam, to zostawisz mnie, kobieto — grzmiał mąż.
– Nie wiem, co zrobię. Wiem tylko, że muszę mieć to, do czego należę.
– Zostanę bez żony, a chłopiec bez matki. Jesteś złą kobietą.
To mówiąc, mąż zerwał zasłonę z drzwi i zniknął w ciemności nocy.
Chłopiec bardzo kochał matkę. Bał się ją stracić i płakał tak długo, aż zasnął z wyczerpania. Obudził go wiatr. Dziwny to był wiatr; zdawało się, że woła jego imię:
— Uuuuruk, Uuuuruk.
Wstał z posłania i ubrał się tak pospiesznie, że założył parkę na odwrotną stronę, a mukluki (buty z foczej skóry) wciągnął tylko do połowy. Wciąż słysząc swe imię, wyszedł w rozgwieżdżoną noc.
— Uuuuruk.
Pobiegł na skalne urwisko i patrząc stamtąd na morze, daleko pośród wzburzonych fal na morzu zobaczył olbrzymią, kudłatą srebrzystą fokę… z wielką głową, z wąsami do piersi i żółtymi oczami.
— Uuuuruk.
Chłopiec spuścił się w dół po skale i poczuł pod stopami jakiś kamień… nie, to tobołek, który wytoczył się ze skalnej rozpadliny. Włosy chłopca opadły na twarz tysiącem zlodowaciałych kosmyków.
— Uuuuruk.
Chłopiec rozerwał tobołek i wytrząsnął jego zawartość — to była focza skóra jego matki. Poczuł jej zapach. A kiedy tulił skórę do twarzy i wdychał jej woń, dusza skóry zaczęła w nim trzepotać niczym letni powiew wiatru.
Zapłakał z bólu i radości i znów uniósł skórę do twarzy, i znów dusza matki przeszła przez jego duszę. Płakał, bo przepełniła go bezbrzeżna miłość do matki.
A stara srebrzysta foka w oddali zanurzyła się z wolna pod wodę.
Chłopiec wspiął się na urwisko i pobiegł do domu; focza skóra powiewała za nim, kiedy wpadł jak burza do domu. Matka podniosła go na rękach razem ze skórą i przymknęła oczy, wdzięczna losowi, że oboje są bezpieczni.

Zaczęła się ubierać w skórę.
— Matko, nie! — zakrzyknął chłopczyk.
Przygarnęła go, otoczyła ramieniem i kulejąc, biegła w stronę wzburzonego morza.
— Mamo, nie zostawiaj mnie!
Widać było, że pragnie zostać przy dziecku, chce tego, ale coś ją wzywało, coś starszego, potężniejszego od niej, od niego, od czasu.
— Mamo, nie! — odwróciła się do niego z wyrazem bezbrzeżnej, tragicznej miłości w oczach. Ujęła w dłonie jego głowę i tchnęła słodki oddech w jego płuca, raz, drugi, trzeci. I trzymając go pod pachą jak cenny tobołek, zanurkowała w morze, w dół, głęboko, a pod wodą oddychali lekko i swobodnie.
Płynęli przez głębiny, aż dotarli do podwodnej groty fok, gdzie przeróżne stworzenia śpiewały i jadły, tańczyły i rozmawiały, a olbrzymia stara foka, która nocą wołała Uruka, objęła go i nazwała wnukiem.
— Jak ci się wiedzie tam na górze, córko?

Kobieta-foka spojrzała w bok i rzekła:
– Skrzywdziłam człowieka, mężczyznę, który dał mi wszystko, co miał. Ale wrócić do niego nie mogę, bo zostałabym jego więźniem.
– A chłopiec? — spytał stary. — Mój wnuk? — Jego głos drżał z dumy, gdy to mówił.
– On musi wrócić, ojcze. Nie może tu zostać z nami. Jeszcze nie przyszedł jego czas. — I zapłakała, a po chwili płakali wszyscy razem.
Minęło tak kilka nocy i dni, dokładnie siedem, a w tym czasie blask powrócił we włosy i oczy kobiety-foki. Nabrała rumieńców, jej wzrok się poprawił, ciało odżyło, pływała z wielką gracją. Wreszcie przyszedł czas, by chłopiec wrócił na ląd. Tej nocy dziadek i piękna matka chłopca popłynęli, trzymając go między sobą. Wypłynęli na powierzchnię. Łagodnie umieścili Uruka na skalistym brzegu w promieniach księżyca.
Matka zapewniała go:
— Zawsze będę z tobą. Dotknij tylko, czego ja kiedyś dotykałam, moich patyków do krzesania ognia, mego ulu (noża), kościanych wydr i fok, które dla ciebie wyrzeźbiłam, wtedy tchnę oddech w twoje płuca, byś mógł wyśpiewać swe pieśni.
Stara srebrzysta foka i jej córka ucałowali dziecko wiele razy. Wreszcie oderwali się od niego, odpłynęli w morze i rzuciwszy na chłopca ostatnie spojrzenie, znikli w kipieli fal. A Uruk został, bo jego czas jeszcze nie nadszedł.
Z biegiem czasu chłopiec wyrósł na znaczącego bębniarza, pieśniarza i gawędziarza, a ludzie powiadali, że to wszystko dlatego, że w dzieciństwie potężne focze duchy wywiodły go w morską głębinę. Potem często widywano go, jak w szarej porannej mgle, uwiązawszy kajak, klęczał na morskiej skale i rozmawiał z foczą samicą, która często pojawiała się na brzegu. Choć wielu na nią polowało, nikomu nie udało się jej złowić. Nazywają ją Tanqigcaq (jasna) i mówią, że chociaż jest foką, w jej oczach widać ludzkie spojrzenie, mądre, gorące i kochające.
———————————————————

Ta opowieść to wyższa szkoła jazdy, dlatego zostawiłam ją niemal na koniec.

Ta opowieść wymaga spojrzenia głębiej w swoją duszę.

Dusza. Niezbyt chętnie używane słowo, prawda? Zbyt mocno kojarzy się z religią, ponadto w mocno zracjonalizowanej kulturze zachodniej wszystko co nie jest jasne, logiczne, ściśle odmierzone i odważone może wydawać się podejrzane.

Dlatego właśnie spojrzenie wgłąb siebie i zadbanie o swoją duszę wydają się takie trudne. Jednak zakładam, że po czternastu odcinkach jesteśmy na to wszyscy gotowi, a czytając to o czym pisze dr E, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że już gdzieś tę opowieść czytałam i to nie raz, tylko w innej wersji. Ale o tym na samym końcu.

Motyw opuszczenia domu w krainie sił nadprzyrodzonych i zejścia na ziemię pojawia się we wszelkich mitologiach od niepamiętnych czasów, motyw ukrycia prawdziwej natury pod postacią zwierzęcia znamy z wielu legend z całego świata. Baśnie o zwierzętach tajemniczo spokrewnionych z ludźmi opowiada się na całym świecie, bo przekazują one archetypową, uniwersalną wiedzę o duszy. Czasem baśnie i opowieści ludowe tkwią korzeniami w duchu konkretnego miejsca, szczególnie bliskiego duszy. Baśń, którą przytoczę, powstała w zimnych krajach Północy, a opowiada się ją wszędzie tam, gdzie jest lodowate, zamarzające morze lub ocean. Jej różne wersje spotykamy u Celtów (np. Szkotów), plemion Indian Ameryki Północnej, na Syberii i w Islandii. Opowieść zwykle nazywa się Dziewczyna-foka, Selkie-o, Pamrauk, Mała Foka albo Eyalirtaą, Ciało Foki (…) U różnych ludów świata, nie wyłączając mieszkańców regionów okołopolarnych i zachodniej Afryki, spotykamy wierzenie, że człowiek dopóty nie może zacząć prawdziwego życia, dopóki jego dusza nie zrodzi ducha, dopóki go nie wychowa, nie wykarmi, nie napełni siłą. Według tych wierzeń dusza powraca potem do swego dawnego, dalekiego domu, a duch zaczyna samodzielne życie w świecie.

FOKA JAKO SYMBOL DUSZY

Aby zrozumieć dlaczego foka ma taką a nie inną symbolikę trzeba najpierw przyjrzeć się życiu tego zwierzęcia. Jest stworzeniem wodnym, to oznacza, że na co dzień obcuje z wodą symbolizującą uczucia i nieświadomość. Na brzeg wychodzi tylko po to by urodzić i wychować młode. Cały proces zajmuje około dwóch miesięcy, po tym czasie pielęgnowane troskliwie małe foki są gotowe by żyć samodzielnie. Ludzie żyjący w pobliżu tych zwierząt twierdzą, że foki są z natury łagodne, ufne i przystępne, łatwo się przywiązują, ale potrafią też szybko wyczuć niebezpieczeństwo i oddalić się z niebezpiecznego miejsca albo obronić przed atakiem przeciwnika.

Continue reading

Odcinek 14: Włos Niedźwiedzia. O gniewie i wybaczaniu

biegnaca z wilkami wlos niedzwiedzia

Każdy może się rozgniewać – to bardzo łatwe.
Ale rzadką umiejętnością jest złoszczenie się
na właściwą osobę, we właściwym stopniu i
właściwym momencie, we właściwym celu
i we właściwy sposób – to bardzo trudne.
Arystoteles

Wybieraj swoje bitwy.
Sun Tzu

WŁOS NIEDŹWIEDZIA

Była sobie kiedyś młoda kobieta, która mieszkała w pachnącym sosnowym lesie. Jej mąż wiele lat spędził na wojnie. Kiedy wreszcie skończył służbę, powrócił bardzo przygnębiony. Za nic nie chciał wejść do domu, bo przyzwyczaił się do spania na gołych kamieniach. Całymi dniami i nocami przesiadywał samotnie w lesie.

Młoda żona ucieszyła się na wieść o jego powrocie. Zrobiła wielkie zakupy, przyrządziła mnóstwo przysmaków: zsiadłe sojowe mleko, trzy gatunki ryby, trzy rodzaje glonów morskich, ryż z papryką i pyszne zimne krewetki.

Z nieśmiałym uśmiechem nosiła jedzenie do lasu, przyklękała u boku zmęczonego wojowaniem małżonka i podsuwała mu przysmaki. Ale on zrywał się na równe nogi i przewracał talerze z jedzeniem. Mleko się lało, ryby fruwały w powietrzu, glony i ryż lądowały w piasku, a dorodne pomarańczowe krewetki toczyły się po drodze.

– Zostaw mnie w spokoju! — ryczał małżonek i odwracał się plecami. Wpadał w taką wściekłość, że żona zaczęła się go bać. Tak było za każdym razem, aż wreszcie zrozpaczona młoda kobieta udała się do starej znachorki, która mieszkała w grocie na krańcu wioski.

– Mój mąż wrócił z wojny strasznie zmieniony — skarżyła się. — Ciągle się złości i nic nie je. Nie chce wejść do domu i nie żyje ze mną tak jak dawniej. Czy dasz mi takie zioła, żeby znów był dobry i kochający jak kiedyś?

Znachorka zapewniła ją:

— Mogę to dla ciebie zrobić, ale brakuje mi pewnego składnika. Niestety, skończyły mi się niedźwiedzie włosy. Musisz więc wspiąć się na tę wysoką górę, znaleźć czarnego niedźwiedzia i przynieść mi włos z białego półksiężyca na jego szyi. Wtedy będę mogła dać ci to, czego żądasz, a twoje życie będzie takie jak dawniej.

Wiele kobiet przestraszyłoby się takiego zadania. Wiele uznałoby je za niemożliwe. Ale nie ona, bo ona kochała prawdziwie.

— Nie wiem, jak się odwdzięczę — rzekła. — Tak dobrze usłyszeć, że jest na to jakaś rada.

Wyruszyła więc skwapliwie w drogę i już następnego ranka stanęła u stóp góry. Śpiewała przy tym Arigato zaishó, co jest pozdrowieniem dla góry i podziękowaniem za to, że pozwala się wspinać na swoje ciało.

Minęła podnóże góry pełne głazów jak wielkie bochny chleba. Wspięła się na wysoką równinę porośniętą lasem. Drzewa miały długie, nisko zwieszone gałęzie i liście w kształcie gwiazd.

Arigato zaishó — zaśpiewała młoda kobieta. W ten sposób dziękowała drzewom, że podnosiły swe włosy i pozwalały jej przejść pod nimi. Tak przebrnęła przez las i znowu zaczęła się wspinać pod górę.

A było coraz trudniej. Na stoku rosły cierniste kwiaty, które zaczepiały się o jej kimono, ostre skały drapały jej drobne dłonie. O zmroku nadleciały dziwaczne czarne ptaki. Przestraszyła się, bo wiedziała, że to muen-botoke — duchy zmarłych, którzy nie mieli krewnych. Zaczęła śpiewać modlitwy:

— Będę waszą krewniaczką, pochowam was, złożę na spoczynek.

Wspinała się coraz wyżej, bo kochała prawdziwie. Wspinała się długo, aż dotarła do ośnieżonego szczytu. Wkrótce przemoczyła stopy i przemarzła do kości, ale szła coraz wyżej, bo prowadziła ją miłość. Zerwała się burza, mokry śnieg sypał w oczy i uszy. Oślepiona szła dalej. A kiedy śnieg ustał, wyśpiewała Arigato zaishó, by podziękować wiatrom, że przestały nią targać.

Schroniła się w płytkiej grocie, by tam odpocząć. Choć miała spory zapas jedzenia, nie tknęła go, ale nakryła się liśćmi i zasnęła. Ranek był spokojny i bezwietrzny, a spod śniegu tu i tam wystawały nawet małe zielone roślinki. „Teraz trzeba znaleźć niedźwiedzia”, pomyślała.

Szukała cały dzień, a gdy zaczęło się zmierzchać, trafiła na gruby kawał zwierzęcych odchodów i nie musiała już szukać dłużej, bo olbrzymi czarny niedźwiedź wygramolił się zza śnieżnej zaspy, zostawiając za sobą głębokie ślady łap i pazurów. Niedźwiedź zaryczał wściekle i wlazł do swojej nory. Kobieta sięgnęła do tobołka i włożyła do miski jedzenie, które ze sobą przyniosła. Postawiła miskę przed legowiskiem i ukryła się. Niedźwiedź zwęszył pokarm i wyjrzał z gawry, rycząc tak grzmiąco, że kamienie się toczyły. W pewnej odległości obszedł jedzenie dookoła, węszył długo, wreszcie połknął wszytko jednym haustem. Cofnął się, powęszył i znów zniknął w norze.

Następnego wieczoru kobieta postąpiła tak samo, położyła jedzenie przed jamą, ale tym razem nie ukryła się, tylko cofnęła w pół drogi.

Niedźwiedź zwietrzył jedzenie, wysunął się z gawry, ryknął, aż gwiazdy na niebie zadrżały, zrobił okrążenie, powęszył czujnie w powietrzu, wreszcie zjadł i wpełzł na powrót do swej kryjówki. Tak było przez wiele wieczorów, aż pewnego dnia kobieta nabrała dość odwagi, żeby się zbliżyć do jaskini.

Jak zwykle postawiła misę u wejścia i stała tuż przy nim. Kiedy niedźwiedź poczuł jedzenie i wynurzył się z jamy, obok swej codziennej porcji zobaczył małe ludzkie stopy. Porozglądał się nieufnie na boki i zaryczał tak głośno, że kości w kobiecie jęknęły.

Cała drżała, ale nie cofnęła się. Niedźwiedź uniósł się na tylnych łapach, kłapnął szczęką i tak zaryczał, że widać było czerwonobrązowe podniebienie. Kobieta nie uciekła. Niedźwiedź ryczał dalej, wyciągnął łapy, jakby chciał ją pochwycić; pazury, jak długie noże, zawisły nad jej głową. Trzęsła się biedna jak listek na wietrze, ale nie uciekała.

— Niedźwiedziu, mam do ciebie prośbę — odezwała się. — Przeszłam tę długą drogę, bo potrzebuję lekarstwa dla mojego męża.

Niedźwiedź postawił przednie łapy na śniegu i zaczął się wpatrywać w jej przerażoną twarz. Przez chwilę zdawało się kobiecie, że widzi całe łańcuchy górskie, doliny, rzeki i wioski odbite w jego bardzo starych oczach. Ogarnął ją niespodziewany spokój i przestała się trząść.

— Niedźwiedziu, karmiłam cię przez tyle dni. Czy mogłabym dostać jeden z twoich białych włosów na szyi?

Niedźwiedź znieruchomiał; ta słaba istota byłaby dlań łatwym łupem. Ale nagle poczuł dla niej litość.

— To prawda — powiedział — byłaś dla mnie dobra. Możesz sobie wziąć mój włos. Ale zrób to szybko, a potem zostaw mnie i wracaj, skąd przyszłaś.

Uniósł pysk, odsłaniając biały półksiężyc na gardzieli, a kobieta widziała, jak mocno dudni jego serce. Przyłożyła jedną rękę do szyi, drugą złapała pojedynczy lśniący biały włos. Wyrwała go jednym ruchem. Niedźwiedź odskoczył do tyłu i ryknął jak raniony. A ból przeszedł w niecierpliwe sapanie.

— Dzięki, niedźwiedziu, wielkie dzięki. — Długo kłaniała się przed nim. Ale niedźwiedź warknął i posunął się o krok. Ryknął, a w jego ryku brzmiały słowa, których nie rozróżniała, choć wydawały się znajome od dawna. Odwróciła się i ile sił w nogach pobiegła w dół. Biegła pod drzewami o liściach w kształcie gwiazd. A przez całą drogę wołała Arigato zaishó, by podziękować drzewom, że unosiły gałęzie i pozwalały jej przejść. Potykała się o głazy wielkie jak bochny chleba i śpiewała Arigato zaislio w podzięce górze za to, że pozwoliła jej wejść na swój szczyt.

Poszarpana, z włosami w nieładzie, z twarzą umorusaną biegła w dół po kamiennych schodach prowadzących do wioski, potem piaszczystą drogą przez miasteczko, aż do samotnej groty, gdzie stara znachorka siedziała, pilnując ognia.

– Patrz! Patrz! Mam go! Znalazłam, zdobyłam włos niedźwiedzia! — krzyczała.

– To bardzo dobrze — uśmiechnęła się znachorka.

Przyjrzała się bacznie młodej kobiecie, ujęła bielutki włos i obejrzała go pod światło. Ważyła go w dłoni, mierzyła palcem i wreszcie wykrzyknęła:

— Tak! To prawdziwy włos z białego półksiężyca niedźwiedzia.
Odwróciła się raptownie i wrzuciła go w ogień, gdzie zwinął się, skwiercząc, i zniknął w płomieniach.

– Nie!! — zakrzyknęła młoda żona. — Coś ty zrobiła?!

– Uspokój się. Wiem, co robię. Wszystko w porządku — zapewniła znachorka. — Pamiętasz każdy krok na swojej drodze pod wielką górę? Pamiętasz wszystko, co robiłaś, żeby zdobyć zaufanie niedźwiedzia? Pamiętasz wszystko, co tam widziałaś, co słyszałaś, co czułaś?

— Tak — odrzekła kobieta — pamiętam dokładnie.
Znachorka uśmiechnęła się łagodnie i rzekła:

— Proszę teraz, córko, idź do domu z tym wszystkim, czego się nauczyłaś, i postępuj tak samo ze swoim mężem.

————————————————————————————–

Przedstawiłam już kilkanaście opowieści zamieszczonych w Biegnącej z Wilkami i być może czytając, zadaliście sobie pytanie: Ale co było potem? Co działo się, kiedy bohater/bohaterka powrócił/-a już z wyprawy? Co czuli się poranieni i doświadczeni po tym jak ich udręka się skończyła? Co czuła młoda żona Sinobrodego, po tym zginął? Gdy minęło już zagrożenie, czy nie była wściekła, że została zdradzona przez człowieka, którego wybrała sobie na towarzysza życia? Jak radziła sobie Bezręka Dziewczyna z tym, że została zdradzona przez rodziców, teoretycznie najbliższe jej osoby? Płakała, o tym jest mowa w baśni, ale czy nie czuła gniewu? Furii wręcz? Przecież jesteśmy ludźmi, nie aniołami, gniew jest naszą naturalną emocją na niesprawiedliwość, odrzucenie i wykorzystanie. Tłumienie go nie prowadzi do niczego dobrego, ale też niezdrowe jest odczuwanie go przez cały czas. Jak go przeżywać tak aby nie zatruwał nas od środka i nie stanowił zagrożenia dla innych? Jak radzić sobie z gniewem po przeżyciu traumy, która przestawiła życie do góry nogami? I jak nauczyć się wybaczać?

Na dłuższą metę ciągły gniew jest niszczący, bo odcina nas od pozytywnych uczuć i „nakręca” na powtarzanie negatywnych emocji, a co najgorsze sprawia, że tracimy nadzieję i wiarę w zmiany na lepsze. Brak nadziei, gniew i ból są ze sobą połączone, jeżeli straciłaś/straciłeś nadzieję, to z powodu rany, a co za tym idzie bólu i gniewu. Cykl gniewu nie różni się od innych cykli życia: wznosi się, opada, zamiera i uwalnia się w postaci nowej energii. Skupienie uwagi na gniewie zaczyna proces przeobrażenia. Jeśli pozwolimy, by gniew stał się naszym mistrzem, i w ten sposób go odmienimy, to pozbawimy go oręża.

O tym jak tego dokonać opowiada przytoczona powyżej japońska baśń Tsukina Waguma, niedźwiedź z białym półksiężycem.

Uzdrawiający Przedmiot

A zatem ponownie wyruszamy na wyprawę, tym razem naszym celem magiczny przedmiot posiadający nadnaturalne zdolności. Ten motyw znany jest w legendach całego świata, czy będzie to włos, czy ząb, czy broń, czy naczynie (Graal), czy biżuteria (najbardziej znanym przykładem jest zapewne wędrówka Froda i jego towarzyszy po Śródziemiu, chociaż jego zadaniem jest zniszczyć pierścień dający władzę). Kiedy dotrzemy do celu okaże się jednak ku naszemu zdumieniu i rozczarowaniu, że nie wystarczy zdobyć ów talizman, trzeba będzie zmienić swoje zapatrywania, zachowania, a co za tym idzie swoje życie. Włos niedźwiedzia należy do kategorii baśni, które nazywam opowieścią z podwójnym dnem. Ukazują one swe ukryte uzdrowicielskie warstwy i głębsze znaczenie, a nie tylko powierzchowną treść. Zewnętrzna treść mówi o tym, że cierpliwość jest lekarstwem na gniew, lecz głębszy przekaz baśni dotyczy szczegółów tego, co kobieta powinna zrobić, żeby odzyskać ład psychiczny i uzdrowić gniewną jaźń. Opowieść z podwójnym dnem nie mówi wprost, ale operuje symbolem i aluzją. Ukryta struktura tej baśni zawiera całkowity, skończony wzorzec radzenia sobie z gniewem i leczenia się zeń: szukanie mądrej, spokojnej siły uzdrawiającej (udanie się do znachorki); przyjęcie wyzwania, które polega na zagłębieniu się w nieznane psychiczne terytorium (wspinaczka na górę); rozpoznanie własnych iluzji (pokonywanie głazów, przejście przez gąszcz drzew); uspokojenie ciągłych obsesyjnych myśli i uczuć (spotkanie zmuen-botoke — niespokojnymi duchami, których nikt nie pogrzebał); zabieganie o pomoc wielkiej współczującej Jaźni (cierpliwe karmienie niedźwiedzia, zdobywanie jego wdzięczności); zrozumienie burzliwej strony współczującej psychiki (zrozumienie, że niedźwiedź — współczująca jaźń — nie jest łagodny ani oswojony). Opowieść podkreśla doniosłość wykorzystywania psychicznej wiedzy w prawdziwym życiu (zejście z góry z powrotem do wioski), zrozumienia, że uzdrowienie polega na długim procesie poszukiwania i praktyki, a nie na pojedynczej idei (zniszczenie włosa). Sedno opowieści tkwi w zdaniu: „Postępuj tak samo ze swoim gniewem, a wszystko będzie dobrze” (ostatnia rada czarownicy). I znowu okazuje się, że baśń jest w rzeczywistości opowieścią o nas samych: mąż wracający z wojny to udręczony i wycieńczony aspekt naszej osobowości, a żona to kochający, opiekuńczy element pomagający odzyskać równowagę.

Wspinaczka pod górę

Zazwyczaj nasze radzenie sobie z gniewem rozpoczynamy od tego co jest przyjęte kulturowo (szczególnie dla kobiet) jako metoda pozbycia się złości czyli od wypierania jej. Udajemy, że jesteśmy miłe, nie, nie nic się nie stało, wcale się nie gniewamy, tymczasem ogień w nas rośnie i wybucha potem przy byle okazji, powodem może być byle drobiazg, ale zniszczenia są nieodwracalne jak po wybuchu wulkanu. Dlatego najlepszym co możemy zrobić dla siebie i dla otoczenia jest zastanowić się skąd się ów gniew bierze i co go powoduje.

Na początku jest ciężko. Gniew chce się rządzić własnymi prawami, nie zamierza pozwolić się zrozumieć ani poddawać się kontroli tak jak mąż w bajce. Po prostu „jest na nie”. Nie bo nie i tyle. Aby okiełznać jakoś jego furię, żona prosi o radę znachorkę czyli tę najbardziej dojrzałą, najmądrzejszą część naszego „ja”, która zachowuje spokój i nie daje się wytrącić z równowagi przez kaprysy ego.

Najbardziej narażone na trudności w kontrolowaniu gniewu są osoby, którym na wczesnym etapie rozwoju otoczenie odmawiało życzliwości, akceptacji i szacunku, które były lekceważone, zaniedbywane czy upokarzane albo które tresowano „metodą kija i marchewki”. U tych osób wrażliwość na emocje innych jest większa niż przeciętna (np. dla dzieci z rodzin, gdzie panowała przemoc, hiperczujność czyli ciągłe pozostawanie w stanie gotowości na atak i uważne obserwowanie otoczenia w oczekiwaniu na nagłą zmianę nastroju wywołującą awanturę, była jedną z metod radzenia sobie z opresją), ponadto obawiając się kolejnych rozczarowań emocjonalnych starają się ich za wszelką cenę uniknąć, pozbawiając się w ten sposób również szansy na pozytywne rozwiązania. Na pewno wielu z nas pamięta te uczucia z dzieciństwa, kiedy na skutek szorstkiego traktowania czuliśmy się niewarci troski, szacunku i czułości, na pewno wielu myślało w bezsilnej złości, że „kiedy dorosną, nie pozwolą tak się traktować”. Jeśli kobietę wychowywano w przekonaniu, że powinna oczekiwać od życia mniej niż reszta członków rodziny, jeśli narzucano jej surowe reguły dotyczące wolności osobistej, dobrych manier, języka, to jej normalny gniew potęguje się pod wpływem sytuacji, tonu głosu, gestów, słów czy innych bodźców, które przypominają przykre doświadczenia z przeszłości. Czasem można trafnie rozpoznać rany odniesione w dzieciństwie, badając to, co u dorosłych powoduje irracjonalną utratę panowania nad sobą.

Gniew nie jest zły sam w sobie, to czy będzie destruktywny, czy konstruktywny zależy czy naszego nastawienia. Jeżeli pozwolimy by w nas rósł i się rozwijał, to zacznie hulać jak pożar po lesie, jeżeli jednak pozwolimy znachorce w nas znaleźć sposób aby go okiełznać, to zamieni się w siłę mobilizującą i twórczą. Jeżeli czujesz, że ogarnia cię gniew, to nie czuj się z tym źle. Wkurz się! Ale nie zapomnij wyprowadzić swój gniew na zewnątrz. Gniew pozostający wewnątrz będzie niszczył cię od środka, i psychicznie, i często fizycznie (pewne choroby takie jak fibromialgia wiązane są ze zbyt długim oddziaływaniem stresu na organizm, podobnie istnieją przypuszczenia co do zależności między długotrwałymi negatywnymi przeżyciami a rozwojem nowotworów, chorób układu krążenia i cukrzycy). Złość można i należy wyładowywać w bezpieczny sposób, nie krzywdząc osób trzecich, do najlepszych sposobów należą aktywność fizyczna (sport, spacer) oraz krzyk, w programie Doroty Zawadzkiej Superniania widziałam też sposoby tak proste że aż wierzyć mi się nie chciało, że nie były wcześniej powszechnie stosowane (darcie gazety, okładanie pięściami poduszki). Ale nawet po tym jak się zneutralizuje bezpośredni atak gniewu, i tak warto zadać sobie pytania: Co mnie tak zdenerwowało? I dlaczego akurat to? Znachorka potwierdza, że gniew można przeobrazić, ale potrzeba czegoś, co pochodzi z innego świata, ze świata instynktów, świata zamieszkanego przez duchy i zwierzęta mówiące ludzkim głosem — potrzeba czegoś, co pochodzi z ludzkiej wyobraźni.

Aby osiągnąć owo głębsze zrozumienie trzeba wspiąć się na górę. Góra to w opowieściach często symbol etapu życia, który musimy przerobić zanim przejdziemy do kolejnego, jej podnóże to symbol chęci kierowania się wyższą świadomością, wyższe partie to trudny etap prób, kiedy sprawdzamy jak działa to, czego nauczyliśmy się dotychczas, a wierzchołek to konfrontacja z najwyższą mądrością. Po drodze, im wyżej docieramy, tym bardziej przechodzimy transformację, tym łatwiej przekraczamy dotychczasowe granice w myśleniu i wzorcach zachowań oraz tym więcej potrafimy przejrzeć iluzje, jakie dotychczas nas ograniczały na dole. Góra uczy wytrwałości i cierpliwości, a także nowego spojrzenia. Im wyżej jesteśmy, tym więcej dostrzegamy. Potrafimy wyjść poza własne cierpienie, krzywdę i poczucie żalu, zauważamy że pomimo coraz trudniejszych warunków, na górze dalej kwitnie życie. Bohaterka śpiewa pieśń Arigato zaishó, dziękując górze i drzewom za to, że pozwalają jej przejść. Poczucie wdzięczności to jeden ze znaków, że nasza świadomość wkracza na wyższy poziom, a przejawiać radość z tego co się ma pomimo problemów i przeszkód to znak prawdziwej dojrzałości. W opowieści góra pozwala kobiecie przejść po sobie, a drzewa unoszą gałęzie, by ustąpić jej miejsca. To symbol rozwiewających się złudzeń, dzięki czemu kobieta może dalej dążyć do celu. Buddyzm powiada, że istnieje siedem zasłon iluzji. Unosząc je, zgłębiamy i poznajemy kolejny aspekt prawdziwej natury życia i własnej tożsamości. Uniesienie tych zasłon daje siłę do znoszenia trudów życia, pozwala wejrzeć we wzorce wydarzeń, przejrzeć pozory stwarzane przez ludzi i rzeczy, a na koniec zrozumieć, że pierwszego wrażenia nie można traktować śmiertelnie poważnie, że trzeba patrzeć w głąb, poza nie.

Wspinając się do góry, bohaterka spotyka muen – botoke, duchy zmarłych w postaci czarnych ptaków, to duchy, które nie zostały należycie pogrzebane i opłakane po śmierci. Podobnie w naszej psychice zamieszkują duchy przeszłości, plany, które się nie zrealizowały, pomysły, które nie zostały wcielone w życie etc., co wzmaga nasze poczucie rozczarowania i wystawia na działanie gniewu. O tym jak je pochować jest dalej mowa w Kroku 3.

Oswajanie niedźwiedzia

Dlaczego akurat niedźwiedź i co reprezentuje?

Niedźwiedź był od zawsze symbolem żeńskim i powiązanym z księżycem (poniżej przedstawienie bogini księżyca i fauny Artemis z talii Sandry Stanton).

Artemis

Jest także symbolem odrodzenia, ponieważ zapada w sen zimowy, w którym aktywność jego ciała wyraźnie spada i budzi się z wiosną. Żyje ściśle według cykli i rytmów przyrody, dlatego z wszystkich tych powodów przedstawia on w baśni najgłębszą, instynktowną warstwę psychiki. Nie tylko w kręgu helleńsko – rzymskim miało to zwierzę szczególne miejsce, było również czczone wśród ludów prekolumbijskiej (bogini Hecoteptl u Azteków), w plemieniu Ajnów na północy Japonii uważano, że niedźwiedź może rozmawiać bezpośrednio z bogiem i przekazywać jego polecenia, również potężna azjatycka bogini współczucia Kuan Yin wysyła niedźwiedzia himalajskiego jako swojego wysłannika, nosi on na szyi półksiężyc, jej emblemat.

Bohaterka karmi niedźwiedzia tak jak my karmimy naszą psychikę wykonując czynności, które sprawiają nam radość, czy będzie to pisanie, czy malowanie, czy śpiewanie, czy czytanie, czy bieganie, czy uprawianie sportu, czy podróżowanie, wszystko to co wywołuje w nas pozytywne uczucia i doładowuje pozytywną energią. W ludzkiej psychice niedźwiedź może symbolizować zdolność do porządkowania własnego życia, zwłaszcza uczuciowego. Siłą niedźwiedzia jest harmonia z naturalnymi cyklami, pełna czujność i wyciszenie podczas snu zimowego, w którym odradza się energia do następnego cyklu. Przykład niedźwiedzia uczy, że można regulować ciśnienie życia emocjonalnego jak za pomocą manometru, zwłaszcza że człowiek może być gwałtowny i wspaniałomyślny jednocześnie. Będąc skrytym samotnikiem, można być jednocześnie kimś wartościowym. Można zaciekle bronić swego terytorium, wyznaczać wyraźne granice, potrząsać niebem i ziemią, jeśli trzeba, nie przestając być zarazem uczynną, miłosierną, wspaniałomyślną osobą. Włos z niedźwiedziej gardzieli jest talizmanem, który pozwala zachować w pamięci zdobytą wiedzę. Jak widzimy, jest bezcenny.

Dzięki cierpliwości bohaterki niedźwiedź pozwala sobie wyrwać włos, a ona sama schodzi z góry i z triumfem biegnie do znachorki. Ta jednak, gdy młoda kobieta nacieszy się swoim osiągnięciem, wrzuca włos do ognia i tłumaczy zdenerwowanej bohaterce: Przebyłaś trudną drogę, wiele się dzięki temu nauczyłaś, a teraz wracaj do siebie i wykorzystuj tę wiedzę w praktyce. Młoda kobieta jest rozgniewana, bo przyszła po jakiś środek, który w magiczny sposób rozwiąże jej problem, znachorka zapewniała ją przecież, że jej życie będzie takie jak dawniej. Tak się nie da. Nie można wejść na górę i zejść z niej niezmienionym. Nic już nie będzie takie jak dawniej. Tak jak to ujął Haruki Murakami: A kiedy burza się skończy, sam nie będziesz wiedział, jak ci się udało przeżyć. Nie będziesz nawet wiedział czy już minęła. Ale jedno powinno być jasne — kiedy z niej wyjdziesz, nie będziesz już tym samym człowiekiem, który w nią wszedł. Właśnie na tym polega sens tej burzy (Haruki Murakami, Kafka Nad Morzem). Jeżeli przeżyłeś/przeżyłaś ciężki wypadek, rujnujący związek czy dzieciństwo pełne przemocy, to nie będziesz patrzył na świat tak jak osoby, które tego nie doświadczyły. Jeżeli czyjś gniew zniszczył twoją ufność i pozbawił nadziei, to nie da się ich odzyskać za pomocą jednego cudownego sposobu, ale to nie znaczy, że nie da się ich odzyskać w ogóle. Według buddyzmu zen moment, kiedy włos ląduje w ogniu, a znachorka wymawia te proste słowa, jest momentem najwyższego oświecenia. Zauważmy, że oświecenie nie następuje na szczycie góry. Przychodzi dopiero wtedy, gdy po spaleniu niedźwiedziego włosa rozwiewa się wyobrażenie o magicznym lekarstwie. Wszystkie w życiu napotykamy takie sytuacje, ponieważ wszystkie się łudzimy nadzieją, że po ciężkiej pracy i uświęconych poszukiwaniach czeka nagroda, coś namacalnego, uchwytnego, choć niekoniecznie materialnego, co w mgnieniu oka wprowadzi ład w nasze życie i rozwiąże wszystkie problemy. Tak nie jest. Jest tak, jak oddaje to baśń. Możemy zdobyć całą wiedzę wszechświata, ale sprowadza się ona do jednej jedynej rzeczy: praktyki i samodyscypliny. Oznacza to, że wróciwszy do domu, musimy krok po kroku wprowadzać w życie zdobytą mądrość.

Zazwyczaj jest tak, że najszybciej mija świeży gniew wywołany niedawnymi wydarzeniami, a najbardziej dokucza nam i „gryzie” ta nawarstwiona przez lata, nieposprzątana i nieusunięta złość, szczególnie jeżeli była wywołana przez bliską nam osobę. A już szczególnie jeżeli za pomocą manipulacji psychologicznych i kulturowych („nadstaw drugi policzek”, „nieś swój krzyż”) zmusza się nas do milczenia i bezsilnego znoszenia tego jak nadużywa się naszego zaufania i dobrej woli. W takiej sytuacji zazwyczaj, zależnie od charakteru, wykonujemy dwie niebezpieczne rzeczy:

1. internalizujemy gniew, stres i ból, pozostają one dosłownie w naszych organach, gruczołach, mięśniach, naczyniach krwionośnych, a co najgorsze w naszym umyśle, prześladują nas i nie pozwalają się uspokoić

2. wyrzucamy gniew pośrednio poprzez złośliwość, komentowanie, dogryzanie, plotkowanie, szantaże emocjonalne, perfidne karanie i poniżanie innych pod pozorami życzliwości albo zachowania reguł (tzw. pasywna agresja)

W obydwóch przypadkach TRUJEMY, czy to siebie, jak w pierwszym, czy to otoczenie, jak w drugim. To bardzo okrutne traktować w ten sposób siebie i innych. Często próbujemy nie dopuszczać do tego obiecując, że „będziemy milsze” albo „nie będziemy się tym przejmować”, ale potem albo wpadamy ze skrajności w skrajności i stajemy się służalcze, albo powracamy do starych wzorców.

Prawda jest taka, że jeżeli nam nie okazano empatii, to, o ile się nie obudzimy, my także nie będziemy okazywać jej innym. To spowolnienie reakcji jest rezultatem okaleczenia instynktu już w dzieciństwie, kiedy dziewczynki są usilnie zachęcane do ustępliwości, niewdawania się w kłótnie, grzeczności za wszelką cenę, niewtrącania się do innych i znoszenia upokorzeń dopóty, dopóki problem sam nie zniknie. Kobiety, które odebrały takie wychowanie, zazwyczaj nie okazują odczuwanej złości, ale przedwcześnie ją uciszają; często muszą upłynąć całe tygodnie, miesiące czy lata, zanim kobieta zrozumie, co powinna była, mogła była powiedzieć lub zrobić. Najczęściej przyczyną takiego stanu rzeczy nie jest nieśmiałość czy skrytość, ale raczej za dużo spekulacji, staranie, by „dobrze wypaść” i niezdolność do kierowania się uczuciami. Spontaniczna dusza wie, kiedy i jak zadziałać, ale kobieta nie chce jej słuchać. Właściwa reakcja jest sumą intuicji, współczucia i siły charakteru. Okaleczony instynkt trzeba leczyć, wyznaczając silnie strzeżone granice, ucząc się reakcji stanowczych i jeśli to możliwe, wyrozumiałych, lecz zawsze konsekwentnych.

Takie postępowanie wygasza również gniew zbiorowy: oburzenie na niesprawiedliwość, które wywołuje z kolei chęć zmian, wprowadzenia ulepszeń, wzięcia odpowiedzialności etc. Ten gniew jest dobry, bo napędza do działania, to naturalny element psychiki.

Bez umiejętności kontrolowania gniewu i wyładowywania go w bezpieczny sposób będziemy wobec niego bezbronne. Wilki na ogół unikają konfrontacji, ale kiedy muszą umocnić swoje terytorium, kiedy coś lub ktoś stale je nęka, tropi, osacza, potrafią się zdobyć na skuteczną, gwałtowną reakcję. Zdarza się to rzadko, ale zdolność do wyrażenia gniewu jest stale w ich repertuarze, tak jak powinna się znaleźć w naszym (…) Dla kobiety oznacza to, że są chwile, gdy trzeba obnażyć kły, pokazać, że potrafi się bronić swego terytorium i powiedzieć: „Ani kroku dalej, ja też mam coś do powiedzenia, to się musi zmienić”.

Dobre relacje z kimkolwiek opierają się na obustronnym szacunku, dobrej woli i zasadzie wzajemności. Jeżeli ktoś bierze je od ciebie, ale nie daje ich w zamian to jest to wykorzystywanie emocjonalne. Jeżeli ktoś narusza twoje granice, oskarża, gra na uczuciach, szantażuje emocjonalnie, manipuluje, składa obietnice bez pokrycia, to do jasnej cholery, tak, masz prawo się wkurzyć! I masz potem również święte prawo nie dać się przekonać, że „jesteś przewrażliwiona/-y”, że „ci się wydawało” etc., bo to kolejna technika manipulacji, jaką stosuje agresor/-ka, żeby osłabić twoją pewność siebie.

Pamiętaj, że każda zaczepka, obelga czy argument to zaproszenie do kłótni, ale wcale nie musisz wchodzić na ten ring. Podobnie jeżeli już nawet pokłócisz się z kimś i nie widzisz możliwości przekonania go, możesz zupełnie spokojnie wycofać się i przestać kłócić, zachowując własne zdanie oczywiście. Jeżeli myślisz „ale wyjdzie na jego”, „pomyśli, że to on ma rację”, „wyjdę na głupią”, to pamiętaj, że to są podpowiedzi ego. Ego kocha wartościować i porównywać się do innych, nie twierdzę, że jest kompletnie niepotrzebne, ale warto pamiętać, że to tylko część twojej osobowości. Nie jesteś tylko swoim ego. Osoby, które nie potrzebują potwierdzania swojej wartości od zewnątrz, bo stały się silne od wewnątrz, nie dają się wciągać w pyskówki, nie traktują każdego sprzeciwu jako ataku na swoją osobę. Potrafią określić granice do których warto jeszcze walczyć, a po ich przekroczeniu są w stanie odpuścić. To jak przeciąganie liny, kiedy puszczasz swoją, osoba po przeciwnej stronie przewraca się. Gniew jest jak ogień, aby płonąć potrzebuje czyichś emocji, uwagi i energii, jeżeli je odetniesz, nie ma się na czym pożywić. Wybieraj swoje bitwy, zastanawiaj się czy warto angażować w dany temat swoje emocje, uwagę i energię.

Ale, tak jak napisałam, najbardziej boli stary, zadawniony gniew i ten zadany przez bliskich (często te pojęcia są tożsame). Mąż bohaterki symbolizuje tę część nas, która przeszła olbrzymie, wyczerpujące bitwy emocjonalne i która nie chce się już angażować, nie chce walczyć, stawiać oporu ani nawet myśleć o gniewie i gwałtowności. Ta część nas już się poddała. Może być też wręcz przeciwnie: ktoś wszczyna kłótnie, uparcie broni swojego i nie chce widzieć innych racji, bo gniew daje mu poczucie władzy i słuszności, umacnia jego ego i utrzymuje złudzenia.

Ludzie, którzy przeszli wiele w życiu mogą widzieć, rozumieć oraz czuć więcej niż przeciętniacy, pod warunkiem, że nie zasklepią się w sobie i odmówią patrzenia wyłącznie przez pryzmat własnej krzywdy. Jednak każde takie trudne wydarzenie kosztuje emocjonalnie, mądrości nie otrzymuje się za darmo. Trzeba opłakać nasze wewnętrzne straty, nie ma sensu dłużej ich wypierać ani zaprzeczać ich istnieniu. Tak jak to robi bohaterka baśni, trzeba zatrzymać się przy nich, poświęcić uwagę, zatroszczyć się i wypuścić wolno.

Kobiety, zanim skończą dwadzieścia lat, umierają tysiąc razy. Poszły taką czy inną drogą i zostały podcięte w pół kroku. Miały wiele nadziei i marzeń, które nie doczekały realizacji. Ktokolwiek twierdzi inaczej, jeszcze się nie przebudził. (…)W życiu każdej kobiety, najczęściej w średnim wieku, przychodzi czas, kiedy musi ona dokonać wyboru — być może najważniejszego psychicznego wyboru co do dalszego życia — czy być zgorzkniałą czy nie. Zbliżając się do czterdziestki lub nieco później, kobiety bywają rozczarowane życiem. Dochodzą do punktu, kiedy przepełnia się czara goryczy, kiedy mają wszystkiego dość, czują się zawiedzione i niespełnione. Marzenia młodości prawdopodobnie legły w gruzach. Mają za sobą złamane serca, rozbite małżeństwa, nie dotrzymane obietnice. Każdy organizm w ciągu długiego życia gromadzi zbędne, toksyczne substancje. Nie można tego uniknąć. Ale jeśli kobieta, zamiast się zasklepiać w goryczy, powróci do naturalnych instynktów, to odżyje i narodzi się na nowo. Wilczęta rodzą się każdej wiosny. Te małe, skomlące, sennookie, ciemne stworzonka, utytłane w kurzu i liściach, od chwili narodzin są żwawe, skore do zabawy, serdeczne, przejawiają potrzebę bliskości i miłości. Chcą się bawić, chcą rosnąć. Kobieta, która powraca do swej instynktownej, twórczej natury, też powróci do pełni życia. Poczuje chęć do zabawy. Zapragnie rosnąć i rozwijać się, na zewnątrz i w głąb. Wcześniej jednak musi dokonać oczyszczenia.

Jak można to osiągnąć? Jak po katastrofie można powrócić do życia będąc mądrzejszym i silniejszym?

Poprzez wybaczenie.

Dlaczego? Nie dlatego, że osoba, która nas skrzywdziła jest tego godna. Robimy to dla siebie, bo jak to ktoś kiedyś powiedział: Trzymanie w sobie gniewu to tak jakby pić truciznę i oczekiwać, że umrze ktoś inny.

Wybaczenie to nie zapomnienie o winie ani przyznanie racji osobie, która nas skrzywdziła. To stan, w którym ani ona, ani jej wina nie zajmują już miejsca w naszym umyśle i sercu. To umiejętność zdystansowania się, a nie samooszukiwania.

10603983_884096984936141_472063906732083292_o

Wokół wybaczenia narosło już tyle mitów, że trzeba chyba stworzyć instrukcję ze sposobem postępowania, aby uniknąć wszystkich tych nieporozumień i przekłamań. Dr E wyszczególnia cztery, ale na podstawie własnych doświadczeń widziałabym pięć. Przyjrzyjmy się czterem etapom przebaczenia. Opracowałam je na cele pracy terapeutycznej i stosowałam przez długie lata. Każdy poziom ma wiele warstw. Można się nimi zajmować w dowolnym porządku i dowolnie długo, wymieniam je jednak w kolejności takiej, jaką uważam za najwłaściwszą dla moich pacjentek.

Cztery fazy przebaczenia

  1. zaniechać — ustąpić z pola bitwy,
  2. rozgrzeszyć — powstrzymać się od kary,
  3. zapomnieć — wymazać z pamięci, nie roztrząsać dłużej,
  4. wybaczyć — darować wszelkie winy.

Ja zaczęłabym od tego co jest moim zdaniem absolutnie konieczne do całego procesu: odcięcia się. Jeżeli źródłem naszego gniewu jest złośliwy znajomy czy wymagający szef, to małe piwo: od znajomego można się odciąć przestając się z nim widywać, odpisywać na smsy czy wyrzucając z grona znajomych, szef może sobie gderać, ale po prostu wykonujemy swoje obowiązki, a po pracy i tak idziemy do domu, w ostateczności szukamy nowej pracy i lepszego szefa. To nie złośliwy znajomy ani upierdliwy szef są tak naprawdę źródłem gniewu. Największy gniew i ból wywołują ci, których obdarzyliśmy miłością i zaufaniem, a oni go nadużyli. W praktyce są to osoby najbliższe: rodzice, dzieci, partnerzy…Tu odcięcie się przychodzi trudniej ze względów i praktycznych, i kulturowych, ale nadal jest możliwe do wykonania, wymaga jednak większej siły i konsekwencji. Dlatego mój Krok 1 to odseparowanie się fizyczne.

KROK 1: Odseparuj się fizycznie

To jeszcze nie wybaczenie samo w sobie, ale pierwszy krok do niego i bez niego nigdzie nie ruszysz. Jeżeli żyjesz w tej samej przestrzeni, co osoba, która cię krzywdzi (nieważne czy to będzie partner/-ka, matka, ojciec czy ktoś inny), to będziesz tę krzywdę przeżywać cały czas od nowa, niezależnie od tego czy odbywa się na poziomie fizycznym, emocjonalnym, werbalnym czy duchowym. Musisz odciąć od siebie osobę, która na tobie pasożytuje. Bez wyraźnego zakreślenia granic nadal będziesz tkwić w zamkniętym kole tłamszonego gniewu. Jeżeli ktoś nie szanuje granic, które mu nakreślasz, to nie masz innego wyjścia niż odsunąć się fizycznie, inaczej twoje granice nadal będą naruszane, a przez to będzie malało twoje poczucie wartości i godności.

Uciekaj. Ratuj się. Zabierz najpotrzebniejsze rzeczy i szukaj tymczasowego miejsca u rodziców, rodzeństwa, przyjaciół, ostatecznie w schronisku dla ofiar przemocy. Już. Teraz. Nie zwlekaj. Ja mówię zupełnie poważnie. Sama straciłam lata na przekonywaniu do siebie rodziny, która absolutnie nie zamierzała okazać mi życzliwości, szacunku ani akceptacji i wiecznie podnosiła poprzeczkę, nigdy nie byłam wystarczająco dobra, chociaż, mówiąc obiektywnie, niejeden rodzic przyjąłby takie dziecko jak ja z otwartymi rękami. To wyjątkowo wyniszczające dla psychiki, kiedy jest się związanym z prześladowcą więzami krwi, z początku dziecko nie czuje się jeszcze, że coś jest nie tak z dorosłym, a nie z nim i obwinia się o wszelkie przewinienia, które słusznie czy nie wytykają mu rodzice. Kiedy rośnie, zaczyna zauważać, że coś nie pasuje w tej układance, ale jego poczucie własnej wartości jest już skrzywione i zatrute przez niesprawiedliwe traktowanie, więc myśli, że nie umie, nie potrafi, nie uda mu się…

Nieprawda. Uda ci się. Potrafisz. Dasz radę. Ucieczka od tego, co jest chore, ale co znasz w to, co może być o niebo lepsze, ale czego nie znasz to trudna decyzja, jeżeli nie masz mocnego poczucia własnej wartości, to będziesz zwlekać, opóźniać i czekać na lepsze warunki. Tak pracuje nasza podświadomość, ona gromadzi jedynie doświadczenia, nie przetwarza ich, bo od tego mamy świadomość, ale ogromna ilość trudnych przeżyć wykrzywia współpracę podświadomości ze świadomością. Możemy świadomie chcieć uciec, ale podświadomie blokować to i jeszcze wynajdować całkiem logiczne argumenty, dlaczego nie możesz uciec natychmiast, tu i teraz. Wiem o tym. Sama to przerabiałam.

Ale uwierz mi, nie ma nic gorszego niż pozostawać dalej w toxycznym, negatywnym środowisku. Jeżeli chcesz zmienić swoje życie na lepsze to musisz otoczyć się pozytywnymi ludźmi, którzy będą cię wspierać i rozumieć. Pozostawanie w toxycznym środowisku nie tylko naraża cię na dalsze rany, ale też sprawia, że dokonujesz autocenzury swojego zachowania (‘jeżeli nie będę robić tego czy tamtego, to on/-a się nie wścieknie i nie zacznie wrzeszczeć’, ‘jeżeli nie założę tej bluzki tylko tamtą, to oszczędzę sobie jego/jej kąśliwych komentarzy’ etc.). Nie ma nic gorszego niż długotrwała autocenzura. Wysysa duszę kawałek po kawałku aż zostaje tylko suchy wiór.

Dlatego uciekaj. Nie wahaj się. Jeżeli podejmiesz decyzję, to świat zacznie pomagać ci w przejściu w nowe warunki, pojawią się nowe możliwości, życzliwi ludzie, okaże się, że osoby które bałeś/-aś się prosić o pomoc chętnie ci jej udzielą. Wiem, bo sama to przeżyłam. Najtrudniej jest podjąć decyzję, wprowadzić ją w życie i przetrwać pierwsze chwile po zmianie, potem dzień po dniu życie staje się coraz łatwiejsze, aż w końcu pewnego dnia zaczynasz się dziwić jak mogłeś/-aś tak długo znosić podobne traktowanie.

Nie bój się. Uciekaj.

KROK 2: Przyzwyczaj się do nowych warunków

Teraz, kiedy jesteś w bezpiecznym miejscu, skoncentruj się na sobie. To nic złego, nawet jeżeli całe lata wmawiano ci, że twoje potrzeby nie są tak ważne jak innych. Poznawaj nowe otoczenie, przyzwyczajaj się do nowego rytmu dnia, wyrabiaj nowe nawyki, zapamiętuj nowe twarze i odkrywaj nowe możliwości. Spokojnie, powoli, krok po kroku, dzień za dniem. Być może czujesz się rzucony/-a na głębokie wody, a nie umiesz pływać. Bez paniki. Nie rzucaj się gwałtownie na fale, tylko połóż na wodzie, rozluźnij i dryfuj. Ostatecznie morze wyrzuci cię na brzeg. W tym czasie nie zakładaj wielkich planów ani nie zaczynaj wielkich projektów, po prostu żyj i odtruwaj się z negatywów, powoli i spokojnie. Nie myśl o prześladowcy, unikaj kontaktu z nim/nią, a jeżeli to niemożliwe, ogranicz go do minimum. Nie reaguj na jego/jej zaczepki. Nie musisz. Już nic nie musisz. Twoje wyleczenie nie zależy od prześladowcy, twoje wyleczenie zależy wyłącznie od ciebie. Moja uwaga techniczna: dbaj o siebie. To bardzo istotne. Jedz zdrową, nieprzetworzoną żywność, pij dużo wody (najlepiej wyciskaj do niej trochę soku z cytryny), wysypiaj się (jeżeli na skutek traumatycznych wydarzeń nasz problemy z zasypianiem, zgłoś się od razu do lekarza, bezsenność można wyleczyć szybciej, jeżeli nie staje się nawykiem) i funduj sobie regularną porcję ruchu, chociażby poprzez spacer. To naprawdę istotne, wierz mi. Ciało nasiąka negatywami równie łatwo jak psychika, zwłaszcza jeżeli masz tendencje do internalizowania stresu, trzeba je z nich odtruwać i ładować pozytywną energią. Na początku trudnej drogi do wybaczenia dobrze jest na chwilę ustąpić z pola bitwy. Trzeba przestać myśleć o danej osobie czy wydarzeniu. Nie będzie to zostawianie nie dokończonych spraw, ale coś w rodzaju urlopu od nich. Dzięki temu unikniemy skrajnego wyczerpania, umocnimy się w innych sferach życia, zaczniemy dostrzegać inne radości. Takie ćwiczenie sprzyja późniejszemu całkowitemu odpuszczeniu win, które ma przyjść z wybaczeniem. Trzeba się starać zostawić daleko przykre wydarzenia, wspomnienia, konflikty. Nie chodzi o to, by przymykać oko na czyjeś przewinienia, ale by nabrać wprawy i siły w dystansowaniu się od nich. Zaniechanie może oznaczać zajęcie się ulubioną czynnością — tkanie, pisanie, wyjazd nad morze, naukę i miłość, wszystko, co przywraca siły i pozwala na jakiś czas porzucić myśl o gniewie. To słuszne, dobre i uzdrawiające. Problemy związane z dawnym urazem są dla kobiety o wiele mniejszą udręką, jeśli przekona swą zranioną psychikę, że teraz tylko nakłada kojący balsam, a całością sprawy zajmie się niebawem.

KROK 3: Obserwuj swoje wnętrze

Kiedy już poczujesz się bezpiecznie i stabilnie, zwróć szczególną uwagę na to co dzieje się w twoim wnętrzu. Jakie uczucia w nim dominują? Co jest ich przyczyną? Co je nasila? Co je redukuje? Teraz, kiedy jesteś bezpieczny/-a i na nowo zakotwiczyłeś/-aś się w życiu, możesz rozpocząć odbudowywanie siebie z gruzów. Pisz dziennik, w którym zanotujesz swoje odczucia i wrażenia. Jeżeli możesz zacząć współpracę z terapeutą albo dołączyć do grupy wsparcia, to rozważ to, doświadczeni ludzie pomogą ci dostrzec głęboko zakorzenione lęki, zahamowania, wzorce zachowań, komplexy etc. Nie jesteś sam/-a, wiele osób przed tobą borykało się z tym problemem i udało im się je przezwyciężyć. Poradzili sobie. Dlaczego tobie miałoby się nie udać? Koncentrujesz się na tym co jest tu i teraz, a także na tym co będzie, nie jesteś już niewolnikiem przeszłości. Dawne wydarzenia ukształtowały cię, ale cię nie definiują. Zapomnieć, znaczy usunąć z pamięci, zaprzestać roztrząsania sprawy — innymi słowy, dać spokój i nie rozgrzebywać wspomnień. Nie chodzi o absolutne zapomnienie. Świadome zapominanie oznacza odłożenie bolesnego wydarzenia do przeszłości, nie wysuwanie go na pierwszy plan, lecz usunięcie ze sceny, na plan drugi. Świadome puszczanie win w niepamięć jest w praktyce powstrzymaniem się od zaogniania konfliktu, odrzuceniem bolesnych wspomnień. Jest to wysiłek aktywny. Nie wywlekamy starych spraw, nie wałkujemy ich w nieskończoność, nie zadręczamy się powracającymi myślami, obrazami, emocjami. To wysiłek woli, by nie poddać się obsesjom, nabrać dystansu i nie patrzeć wstecz. Dzięki temu możemy zacząć żyć w nowym krajobrazie, tworzyć sobie inne życie, zdobywać nowe doświadczenia, które nas pochłoną, zamiast wciąż się dręczyć przeszłością. Takie zapominanie oczywiście nie oznacza kompletnej amnezji, pozwala natomiast złożyć na wieczny spoczynek uczucia wzbudzane przez pamięć.

To także czas aby pochować stary gniew i ból. Dr E opowiada o tym, że z pacjentką rysują mapę jej życia i zaznaczają, gdzie wydarzyły się większe i mniejsze straty emocjonalne: las muertes chiąuitas (małe śmierci) i las muertes grandotas (wielkie śmierci), gdy jakaś jej część umarła. Rysują przy nich krzyż tak jak stawia się krzyże przy drogach w miejscu, gdzie ktoś zginął tragiczną śmiercią. Należy zrobić swoje descansos [miejsca wiecznego spoczynku – przyp. A.L.] — pomyśleć nad linią swego losu i zadać sobie pytania: „Gdzie stoją moje krzyże? Które miejsca w życiu powinnam upamiętnić, otoczyć czcią?” Wszystkie one są istotne dla teraźniejszego życia. Trzeba o nich pamiętać, a zarazem zapomnieć o nich. Na to trzeba czasu. I cierpliwości.

KROK 4: Przyjrzyj się prześladowcy

Zazwyczaj ten krok przychodzi razem z Krokiem 3 albo wkrótce po nim. Przyjrzyj się swojemu prześladowcy, zastanów nad powodami, dla których zachowywał/-a się tak a nie inaczej. Nie rozgrzeszaj go/jej. Nie usprawiedliwiaj. Nie zdejmuj z niego/jej odpowiedzialności za to co zrobił/-a. Przyjrzyj się jego/jej życiu, zauważ okoliczności i prawidłowości, które zaprowadziły go/ją, do takich a nie innych wyborów. Tu nie chodzi o negowanie win twojego prześladowcy, chodzi o spojrzenie w szerszym świetle. Jeżeli jako dziecko twój mąż widział ojca bijącego w alkoholowym amoku matkę to najprawdopodobniej zaowocowało to jego znęcaniem się nad tobą. Jeżeli twojej matce jako dziecku wyznaczano sztywne ramy „bądź taka a taka” i karano surowo za ich przekroczenie, to gdy dorośnie, będzie w ten sam sposób terroryzować ciebie. Nie, to absolutnie ich nie usprawiedliwia. W każdym momencie życia mogli się zatrzymać i zmienić ścieżkę. Jednak dostrzeżenie szerszego obrazu, uruchamia w tobie współczucie, a współczucie jest emocją oczyszczającą i neutralizującą gniew. [Kolejna] faza to rozgrzeszenie, szczególnie w sensie powstrzymania się od wymierzenia kary; nie planujemy jej i nie staramy się mścić ani na małą, ani na dużą skalę. Takie zapanowanie nad emocjami jest ćwiczeniem niezwykle owocnym, ponieważ sprowadza problem w jedno miejsce, zamiast rozprzestrzeniać go na wszystkie sfery życia. W ten sposób przygotowujemy się do chwili przejścia do następnych kroków. Oczywiście nie oznacza to, że mamy stać się ślepe, głuche i zatracić samozachowawczą czujność. Musimy natomiast okazać wyrozumiałość i sprawdzić, jak ona zadziała (…) Zrób w tym kierunku tyle, ile akurat potrafisz (…) Możesz się powstrzymać od karzących półsłówek, uszczypliwych uwag, pretensji, wrogości. Rezygnacja z niepotrzebnych sankcji podkreśla prawość twego charakteru i czynów. Rozgrzeszenie wiąże się z okazaniem wspaniałomyślności; w ten sposób pozwalasz, by twoja szlachetna strona mogła uczestniczyć w rozwiązaniu problemów, które dawniej wzbudzały w tobie cały wachlarz emocji, od nieznacznego poirytowania do wybuchów furii.

KROK 5: Przebaczaj tyle ile możesz

Dopiero w tym momencie jesteś gotowy/-a na przebaczenie. Nie dawaj sobie wmówić, że ‘musisz wybaczyć, bo…’. Wybaczasz TYLKO WTEDY gdy jesteś na to wewnętrznie gotowy/-a. Zewnętrzne wydarzenia nie mogą przyspieszać twojego rytmu wewnętrznego. Nie spiesz się. Im większa była krzywda i im dłużej trwała, tym więcej czasu zajmie wybaczenie. Nie wierz również w to, że wybaczenie jest aktem jednorazowym i że koniecznie musisz wybaczyć całkowicie. Wybaczaj po trochu, krok za krokiem, tyle ile w danej chwili możesz. Rozważcie to: wiele osób nie umie przebaczać, ponieważ wpojono im mylne przekonanie, że jest to pojedynczy akt, którego można dokonać podczas jednej rozmowy. Nic bardziej fałszywego. Przebaczenie ma wiele warstw, wiele faz. W naszej kulturze panuje opinia, że przebaczenie powinno być stuprocentowe. Wszystko albo nic. Uczy się nas także, że przebaczyć to patrzeć przez palce na przewinienia i zachowywać się tak, jak gdyby nic się nie stało. To także nieprawda. Kobieta, która umie wybaczyć wielką krzywdę w dziewięćdziesięciu pięciu procentach, kwalifikuje się niemal do beatyfikacji, jeśli nie do świętości. Jeśli przebacza w siedemdziesięciu pięciu procentach, a w dwudziestu pięciu nie jest pewna i nawet nie wie, czy tego pragnie, to i tak jest to nieprzeciętnie dużo. W zupełności wystarczy, że przebaczy w sześćdziesięciu procentach przy czterdziestu: „Nie wiem, nie jestem pewna, wciąż nad tym pracuję”. Jeśli jesteśmy w stanie przebaczyć w pięćdziesięciu procentach, to praca psychiczna wciąż jest w toku. A jeśli to mniej niż dziesięć procent? Dopiero zaczęłaś, a może jeszcze nie podjęłaś naprawdę poważnych prób.Ja powiem tak: jeżeli nie będziesz czuć gniewu ani chęci zemsty w stosunku osoby, która cię skrzywdziła, to jest już naprawdę w porządku. Dobra robota. Idziesz w prawidłowym kierunku, bądź cierpliwy/-a.

Co jeszcze istotne: nie dawaj się omotać osobom, które powołując się na wiarę, będą naciskać, że trzeba wybaczyć prześladowcy, bo to zachowanie godne chrześcijanina. Odeślij ich wtedy do Biblii, do Ewangelii Łukasza (Łk 17:3), która mówi wyraźnie: Jeśli brat twój zawini, upomnij go; i jeśli żałuje, przebacz mu I jeśliby siedem razy na dzień zawinił przeciw tobie i siedem razy zwróciłby się do ciebie, mówiąc: “Żałuję tego”, przebacz mu!». Nie może być tak, że jesteś zmuszany/-a do wybaczenia i wystawiania się na dalszą przemoc, a twojemu prześladowcy wolno robić co się mu/jej żywnie podoba. Dla osób znających angielski polecam świetną stronę: http://www.luke173ministries.org/. Nie przeceniałabym też wartości przeprosin, wiem że dzieci z rodzin dotkniętych przemocą chcą często usłyszeć przeprosiny z ust rodziców, ale jeżeli mogę coś sugerować, to powiedziałabym raczej, żeby jednak nie uzależniać wyzdrowienia od przeprosin ze strony oprawcy tylko zadbać o siebie, z dwóch przyczyn: po pierwsze, praktycznej – nie mamy wpływu na postrzeganie i zachowanie innych osób, ale mamy na swoje. Po drugie, nie zawsze te przeprosiny mają faktyczną wartość, jeżeli prześladowca nie zrozumiał rozmiaru krzywdy jaką wyrządził, to staną się wręcz farsą, a ofiara poczuje się jeszcze bardziej dotknięta i upokorzona. Ponadto w przypadku osób z psychopatycznymi zaburzeniami charakteru takimi jak narcyzi, te przeprosiny będą odegrane o ile będzie to dla niego/niej opłacalne lub wymuszone przez otoczenie.

Niektórym wybaczenie przychodzi łatwiej, inni potrzebują więcej czasu i włożonego wysiłku. Nie ma sensu porównywać się, bo znowu aktywujemy myślenie według wzorów ego. Ani ktoś komu wybaczenie przychodzi łatwo nie jest święty, ani ten, komu jest ciężej to osiągnąć nie jest zły. Jednak żeby się rzeczywiście uleczyć, trzeba wpierw powiedzieć sobie prawdę, i to nie tylko o żalu i bólu, ale i o doznanych krzywdach, wściekłości i wstręcie, a także o pragnieniu ukarania samej siebie i zemsty, o wszystkich uczuciach, które w nas wzbierają. Stara znachorka w naszej psychice rozumie ludzką naturę ze wszystkimi ułomnościami i wybacza, znając nagą prawdę. Daje nie tylko jeszcze jedną szansę, daje ich całe mnóstwo.

Trzeba pamiętać, że ostateczne wybaczenie nie jest kapitulacją. To świadoma decyzja, że odtąd przestajemy żywić żal i pretensje, że darujemy wszelkie winy i rezygnujemy z zaprzysiężonej zemsty. To ty zdecydujesz, kiedy wybaczyć i jaki rytuał zastosować, by podkreślić to wydarzenie. To ty ogłosisz, że nie chcesz już żadnej spłaty długów.

A na koniec najważniejsze: wybaczenie należy zacząć od siebie. Trzeba wybaczyć sobie błędy, braki i zaniechania. To być może jedna z najtrudniejszych i najbardziej mozolnych psychicznych robót, ale niezbędna dla dalszego rozwoju. Wybaczenie jest aktem twórczym. Jest wiele starych, wypróbowanych sposobów do wyboru. Można wybaczyć na razie, do jakiegoś czasu, do następnego razu, można wybaczyć, nie dając więcej szans — jeśli incydent się powtórzy, to zupełnie inna sprawa. Można dać jedną czy więcej szans, ale tylko pod jakimś warunkiem. Można wybaczyć częściowo, całkowicie, tylko w połowie. Można odkryć przebaczenie absolutne. Decydujesz ty.

Jung&The Tree of Life

W listopadzie publikuję gościnnie artykuł Eweliny Barszcz na temat wpływu Carla Gustava Junga na film Drzewo Życia Terrence’a Mallicka (informacje o autorce znajdują się pod textem). Wśród wielu źródeł, jakie cytuje są również dr Estes oraz mój blog, co odnotowuję z nieukrywaną przyjemnością.

Jednocześnie chciałabym serdecznie zaprosić do współpracy osoby zainteresowane tematami poruszanymi na blogu, jeżeli ktoś miałby ochotę napisać o tym jak na jego życie wpłynęła Biegnąca z Wilkami, dr Estes czy archetypy i symbolika baśni to proszę o kontakt, chętnie udostępnię łamy.

Pozdrawiam

Anna ‘Lawenda’ Solun

———————————————————————

Jung&The Tree of Life

Reżyser Terrence Malick naprowadza widza, bardzo subtelnie, acz sugestywnie, na trop inspiracji do filmu pt. The Tree of Life. Scenariusz wypełniają chwile z życia przeciętnej rodziny, od momentu poczęcia syna pierworodnego. Ojciec zawsze chciał zostać muzykiem. Ostatecznie nie podążył za swoim marzeniem. Zasiada do organów marki Kohler & Campbell. Jakie to ma znaczenie? Na pierwszy rzut, czytelny jest tylko drugi człon nazwy firmy. Nie chodzi zatem o inżyniera instrumentów, Kohler’a, ani też jego wspólnika Johna Charlesa Campbell, lecz o Josepha Campbell. W książce pt. Bohater o tysiącu twarzy, przedstawił koncepcję wyprawy archetypowego bohatera, który pojawia się w mitologiach całego świata. Amerykański mitograf, znany szczególnie w latach 80. ze swoich programów telewizyjnych, stwierdził, że mity które przetrwały tysiące lat, łączy ta sama, fundamentalna struktura, tj. monomit. Jej nazwa odnosi się do Złotej Gałęzi J. Frazera, który starał się wyjaśnić i zdefiniować, co łączy prawie wszystkie prymitywne religie ze sobą, bądź religiami współczesnymi, o zasięgu globalnym, np. chrześcijaństwem. Na pełny cykl monomitu składają się trzy fazy: odejście, dzielne podjęcie wyzwania; inicjacja, przygoda, droga prób i błędów; oraz powrót, powrót do domu ze zdobytą wiedzą i darem mocy czynienia dobra.

Indywiduacja, podróż w głąb siebie

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, za siedmioma rzekami… Tak zaczynałaby się trywialna bajka. Ale bajek nikt opowiadał nie będzie. Poważny, dorosły człowiek, zorientowany na cel i sukces nie ma czasu na podobne rzeczy. Z biegiem lat, gdy traci wyobraźnię dziecka, gdy przestaje wykraczać poza wymiary logiki, uwikłany w związki przyczynowo-skutkowe, ego zaczyna sugerować mu, że dochodzi, a co gorsza doszedł, do doskonałości (por. film N. Burger pt. Jestem Bogiem). Gdy człowiek oddaje się swoim fantazjom, by odetchnąć od kierowniczego stanowiska, postępuje całkiem logicznie, czyli biologicznie. Ster bezgranicznie oddaje instynktom, czyhającym w cieniu. Działa stosunkowo racjonalnie. W przeciwnym razie mógłby oszaleć od myślenia i z przepracowania. Pozorna to jednak równowaga. By zachować ją, nie można tak po prostu zlekceważyć sfery duchowej. Taka kolej rzeczy implikuje niniejszy baśniowy wstęp – Tu i teraz, w naszej nieświadomości, w bliskości z górami, lasami i rzekami, toczą się historie, których bohaterowie muszą przejść drogę życia, drogę indywiduacji, naznaczoną trzema etapami: odejścia, inicjacji i powrotu. Świadomi są swego przemijania. Ani trawa, ani drzewo, ani człowiek go nie uniknie. Dlatego podejmują podróż w głąb siebie, do jądra ziemi. Pragną znaleźć coś, co jest nieśmiertelne; jakąś siłę, z której wszystko się wywodzi, w której wszystko obecnie trwa i do której wszystko wróci. – W pierwszym etapie indywiduacji człowiek musi przystosować się do wymagań środowiska, które go otacza; określić, czy jego mocną stroną jest myślenie, czucie, percepcja, czy intuicja. W drugim zaś, zaczyna poznawać swoją duszę i innych ludzi, tym samym przygotowuje się do śmierci. Uświadamia sobie własną naturę, rozpoznaje działanie instynktowne, powodowane emocjami, nieuwarunkowane kulturowo. Szukając analogii w wyobrażeniach uniwersalnych, mitycznych, historycznych i kulturowych, rozpoznaje i interpretuje obrazy pierwotne, dziedziczone, wrodzone w psychikę każdego człowieka, które w marzeniach sennych układają się indywidualnie. Przy pierwszym poznaniu człowiek konstatuje – Nie poznaję siebie! To nie byłem ja! – Dzięki tej podróży, może ustalić swoją wewnętrzną i zewnętrzną więź z porządkiem ziemskim i kosmicznym.

Dobro gwarantem pogody ducha

Jak już wiadomo, ci niezwykli bohaterowie to zwykli ludzie. To każdy, kto tęskni za czymś szczególnym, co przyniesie mu spokój, pewność i bezpieczeństwo. W związku z tym rozpoczyna poszukiwania. Tęskni za czymś, bo najgłębsze pokłady psychiki, których na początku wyprawy zupełnie nie jest świadom, przebijają się ze swoją silną energią libido do świadomości. Podpowiadają mu, że coś takiego istnieje, że istnieje w każdym z nas i łączy nas z przodkami, nawet najstarszych cywilizacji. Niespokojne jest serce człowieka – mawiał św. Augustyn – dopóki nie spocznie w Bogu. – Być może sedno tkwi w preparacji serca w miłości, pod warunkiem, że świadomej. Miłość to inicjatorka, która jest w stanie tchnąć życie w kogoś, lub w coś. Motywuje do działania. Inicjuje początek, nie ma zaś końca. Nawet gdy ciało człowieka pójdzie do piachu. Ma na celu rozwój osobowości, stanowi cel wędrówki do doskonałości. Doskonałości nie da się jednak osiągnąć w stu procentach. By tego dokonać, musielibyśmy w pełni poznać treści naszej nieświadomości, a te objawiają się wyłącznie fragmentarycznie, najczęściej w marzeniach sennych. By do niej dążyć, – nie wystarczy wspiąć się na najwyższy z możliwych szczebli rozwoju świadomości. – Twierdził Jung. Świadomość, obejmująca rozwój intelektualny, wiedzę i adekwatne doświadczenie, potrzebna jest po to właśnie, by skonfrontować się z samym sobą, z nieświadomą warstwą ludzkiej duszy, z pierwotnymi instynktami, naturalnymi impulsami, które ukształtowały się na przestrzeni dziejów i nie różnią nas od zwierząt. Bez niej to przedsięwzięcie może być trudne i niebezpieczne. Już w pierwszych scenach filmu głos z offu uprzedza – (…) Siostry zakonne uczyły nas, że istnieją dwie ścieżki przejścia przez życie: ścieżka Natury i ścieżka Łaski. Musisz wybrać, tę którą podążysz. Ścieżka Łaski nie wiedzie do samozadowolenia. Godzi się z upokorzeniem, zapomnieniem, niechęcią. Akceptuje zniewagi i krzywdę. Natura dąży wyłącznie do samozadowolenia. I chce, by zadowalali ją inni. Lubi nad nimi panować tak, aby wszystko było po jej myśli. Znajduje powody do strapienia, kiedy cały świat wokół lśni i zewsząd uśmiecha się miłość. – Przewodnikiem na ścieżce Natury jest rozkapryszone ego. Wola pragnie tylko jednego, przyjemności. Nie liczy się z konsekwencjami. – Świat schodzi na psy. – Stwierdza w pracy najstarszy syn, Jack. – Ludzie są coraz bardziej zachłanni. Chcą cię dostać w swoje ręce. – Z jego myślą koresponduje głos z offu – Tylko kochając, można być szczęśliwym. Jeśli nie będziesz kochał, twoje życie przeminie, nie zauważysz kiedy. Czyń dobro! Zachwycaj się! Nie trać nadziei! – By nie popadać ze skrajności w skrajność, Jezus dał nam przykład. Oprócz boskości miał w sobie człowieka. Uczył człowieczeństwa; dobroci i tolerancji. Miarą naszej dobroci nie jest bowiem to, czego nie robimy, czego sobie odmawiamy, przed czym się bronimy i kogo wyłączamy spośród nas. Miarą dobroci jest to, co osiągamy, tworzymy i do kogo wyciągamy dłoń. Tylko na tej drodze możemy poczuć radość i pogodę ducha (patrz: film L. Hallström pt. Czekolada).

Zrównoważony rozwój

Bohatera, który podjął podróż w głąb własnej duszy, na ekranie Drzewa Życia, grał Sean Penn. – Szczerze mówiąc, wciąż zastanawiam się, co ja tam robię, i jakie miałem zadanie. – Wyznaje w wywiadzie dla francuskiego Le Figaro – (…) Bardziej przejrzysta i konwencjonalna narracja pomogłyby filmowi, moim zdaniem, bez umniejszania jego pięknu. – Do niego właśnie należą sceny końcowe. W filmie jawi się jako najstarszy syn, Jack, w dojrzałym już wieku, w świecie korporacji, drapaczy chmur, zmysłów technicznych, karierowiczów, którzy do uczuć i związków małżeńskich podchodzą jak do eksperymentu. Wyrusza w podróż świata wewnętrznego, podróż wysadzaną archetypami i symbolami, utkaną wspomnieniami i twarzami z dzieciństwa. Okresem jego dojrzewania są lata 50., lata psychoanalizy, osiągającej swoje apogeum na kontynencie amerykańskim. Idealną pożywką owej psychoterapii stały się marzenia senne, czyli obrazy o nietransparentnej narracji. O takiej narracji, jaka towarzyszy całemu filmowi. Nie chodzi tu jednak o podejście Freuda, który sprowadza je wszystkie do stłumionych popędów i walki pokoleń. Podejściem właściwym naszej opowieści jest podejście jungowskie. Ot kość niezgody, która poróżniła obu lekarzy psychiatrii, mentora i ucznia. Zdaniem Junga, żeby wyprzeć pewne treści, muszą one najpierw zaistnieć w świadomości. Na początku jest zatem nieświadomość, skała macierzysta świadomości. Rodzimy się, żyjąc w nieświadomości. Kierują nami wyłącznie instynkty, podobnie jak u zwierząt. Świadomości nabieramy dopiero później, rozwijając przeciwstawne funkcje psychiki – uczucie i myślenie, intuicję i percepcję – jedne mniej, inne bardziej. Idealnie byłoby pracować nad nimi wszystkimi w tym samym stopniu. Wieloletnie kserofity, żyjące na pustyni, silnie redukują wielkość liści, bądź całkowicie z nich rezygnują. Ten zabieg zmniejsza tempo utraty życiodajnej wody. Podobnie należy pielęgnować duszę (gr. psyche). na co dzień absorbuje nas sztuczna inteligencja i fizyka kwantowa, bywa, że nasza inteligencja emocjonalna leży w powijakach. W pewnym momencie, zainteresowania analityczne mogą pochłonąć całą energię. Zapominamy o reszcie świata. Trzeba mieć zatem oczy szeroko otwarte i w odpowiedniej chwili skrócić kolejne szkodliwe zapędy. Podobnie jest w życiu prywatnym. Mądra kobieta – definiuje aktor P. Królikowski – to taka, która wie. Jak nie wie to ma intuicję i o nic nie pyta. – Czasem lepiej nie drążyć, nie analizować, nie szukać wyjaśnień, a pozwolić dojść do głosu sercu, lub intuicji.

Kobieta Wilk a archetyp Wielkiej Matki

Dlaczego dorosły facet, w czarnym garniturze, w tak nieadekwatnym, wizytowym stroju, przemierza pustynię? Chwilami podobnie jak oko kamery za nim, tak on kroczy za tajemniczą kobietą i chłopcem, którym był w dzieciństwie. Wcześniej musi jednak przejść przez kamienną, antyczną futrynę, osadzoną w wolnej przestrzeni, w powietrzu. Dlaczego na diabelsko rudym i ognisto pomarańczowym pustkowiu szuka odpowiedzi na nurtujące go pytania: – Kiedy po raz pierwszy, [nieśmiertelna siło – przyp. E.B], dotknęłaś mego serca? W jakim przebraniu ukazałaś mi się? – Tę tajemnicę skrywa w sobie archetyp Wielkiej Matki. W filmie na mnogość jego znaczeń wskazuje symboliczna kolorystyka sukienek Pani O’Brien. Zgodnie z interpretacją astrologiczną łączy ona w sobie intuicję, spirytualizm, idealizm, iluzje, zagubienie i utratę świadomości. W naszej zbiorowej nieświadomości – zdaniem Junga – tkwi pewna bogini, rodzicielka, obraz natury, wymiar macierzyństwa; matka ochraniająca i żywicielka. W oczach starożytnych Greków, skórę Matki Ziemi, Gai, stanowiły gleba i roślinność, jej piersi tworzyły góry, a łono jaskinie. Obrazy te przeplatają się w Drzewie Życia z sekwencjami, w których pojawia się Sean Penn. Spotykają się z krytyką, zwłaszcza tych widzów, którzy nie dostrzegają związku między głównym wątkiem familijnym a zdjęciami kamery z filmu przyrodniczego. Nadmieniona kobieta jest jednocześnie matką niszczącą, diablicą. Psychoanalityk szkoły jungowskiej, Amerykanka C. P. Estés, w książce Biegnąca z wilkami. Archetyp Dzikiej Kobiety w mitach i legendach, opowiada historię zasłyszaną na obrzeżach Teksasu, o La Lobie, która przywraca umarłych do życia. – (…) W niedostępnym, odludnym miejscu, które każdy w duszy zna, ale które niewielu widziało, żyje stara kobieta. Podobnie jak we wschodnioeuropejskich baśniach wyczekuje, aż jakiś zagubiony w drodze wędrowiec czy poszukiwacz szczęścia zbłądzi pod jej dach. (…) Jedynym zajęciem La Loby jest zbieranie kości. Zbiera i przechowuje szczególnie kości tych istot, którym grozi wymarcie na ziemi. (…) Czołgając się i pełzając na kolanach, przeczesuje montanas (góry) i arroyos (wyschłe koryta rzek) w poszukiwaniu wilczych kości, a kiedy zgromadzi już cały szkielet, (…) siada przy ogniu i duma, jaką zaintonować pieśń. (…) Śpiewa z całych sił, z głębi płuc, aż pustynia drży w posadach, a podczas pieśni wilk otwiera oczy, podskakuje i zaczyna biec kanionem. A w którymś momencie biegu, czy to od wielkiego pędu, czy to od bryzgów wody w rzece, czy to od promienia słońca lub księżyca, który pada wprost na bok zwierza, wilk nagle przemienia się w roześmianą kobietę, która biegnie wolna ku widnokręgowi. – Legenda koresponduje również z projektem Izraelczyka Idan’a Raichel’a pt. Im Telech/ Gdy odejdziesz. Tekściarz uchyla się od periodyzacji. Pisze o tym, co czuje każda kobieta, również współczesna, po stracie swojej miłości. Jednocześnie wideoclip, z jakże uniwersalnymi przeżyciami, przenosi nas w pierwotny świat. Bohaterką jest element rysunku naskalnego. Na naszych oczach ożywa, wyrywa się z kręgu wspólnoty i udaje w podróż, by nabrać sił do walki z tęsknotą za brakującym ogniwem, za mężczyzną. Mądrość i intuicja animy prowadzą dziewczynę ku słońcu, na złote pola, na pustynię. Ona wie, ona czuje, że energii nabierze w bliskości z naturą, szczególnie z ptakami, w których drzemią dusze zmarłych. Gdy przestanie myśleć o potrzebach swojego ciała (larwy, robaka) i skoncentruje się na duszy, jej psyche zintegruje się ze swoją drugą połową i uniesie wysoko ponad ziemią, jak motyl. Jest dzielna i nie traci nadziei. – Na południowym zachodzie Ameryki – pisze Eses – archetyp starej kobiety bywa też uosabiany jako La Que Sabe, Ta, Która Wie. – O kobietach wie wszystko, stworzyła kobietę ze zmarszczki swojej stopy, stopy która wszystko czuje, z części ciała, która styka się z ziemią. Dlatego kobiety posiadają jej mądrość i moc generowania cyklu życiowego. Nieustannie łączą się z nią i odnawiają swój potencjał twórczy, gdy dotykają jej bosymi stopami. – Ta, która na nowo tworzy życie z tego, co już umarło, – kontynuuje Estés – jest zawsze archetypem o dwóch obliczach. Matka Stworzenia jest zarazem Matką Śmierci i odwrotnie (por. utwór LUXTORPEDY pt. Wilki Dwa). Ta dwoista natura, podwójna funkcja, stawia przed nami trudne zadanie zrozumienia, co wokół nas, ponad nami i w nas powinno żyć, a co powinno umrzeć. Naszym zadaniem jest zrozumieć rytm życia i śmierci, i pozwolić umrzeć temu, co musi umrzeć, a żyć temu, co powinno żyć. – Kości to to, co zagubiło się gdzieś w procesie naszej socjalizacji, pod wpływem środowiska w jakim żyjemy, doczesnej cywilizacji z jakiej wyrastamy. W którymś momencie, gdy nasze idee tracą blask i skrzydła, gdy ów płomień przygasa, bo taka jest naturalna kolej rzeczy, dusza zamienia się w pustynię. Pustynia jest punktem wyjścia, jest czymś pierwotnym. Możemy przemierzyć ją dwiema drogami. Sfrustrowani, widząc ze życie umyka nam przez palce, zaczynamy na niej budować, na piasku, prowadząc do autodestrukcji, lub wręcz przeciwnie, w odcieniach pomarańczy, jak pustelnicy, szukamy mądrości. Przebywając ze sobą sam na sam, zbieramy myśli, żeby ułożyć je w sensowną całość. Poddajemy je starannej selekcji. Przycinamy i odrzucamy niepotrzebne pędy, te które wyciągają z nas soki i trwonią naszą energię, te które nas wręcz ograniczają.

Pierwsza z możliwych dróg – sztuczna chemia

Do celu zbliżymy się, obierając wariant pustelnika. Przed nami jest jednak jeszcze druga ścieżka – przeobrażenie homo sapiens sapiens w homo ludens. Pielęgnowanie pustyni zamiast duszy sprawi, że zaczniemy po niej błądzić. Lęki, frustracje, zbyt wysoko postawione poprzeczki skłaniają do poszukiwań transcendentnych wrażeń, do ucieczki w psychodeliczne miasto używek, seksualności, kultu piękna, splendoru, konsumpcji i anonimowości, do wyładowania agresji na innych i rasizmu. Zjeżdżanie pustyni zdezelowanym jeepem, prowadzi do krótkotrwałego oczyszczenia. Najpierw ryje się własne podłoże, po czym doły zalewa się kieliszkiem sfermentowanych winogron, z myślą – Odpłynę! Choć na chwilę! – To intensywna forma życia, lecz krótka – cykl wegetacji jednorocznej rośliny pustynnej, który kończy się wraz z krótkotrwałym okresem opadów deszczu. H. Freudenberger i G. North wyróżnili dwanaście faz wypalenia zawodowego. Od próby udowodnienia czegoś sobie i innym, przez zwątpienie we własny system wartości, pasje i przyjaciół, przez alienację i obojętność, przez bezgraniczne oddawanie się uciechom cielesnym, po rozwiązanie sytuacji samobójstwem. To od nas zależy, na którym etapie powstrzymamy niszczycielski ogień, czy w ogóle go ugasimy, czy wreszcie obudzimy się na pogorzelisku. Burnout. Trend wśród stawianych diagnoz przez psychoterapeutów. Wszystko byłoby na miejscu, gdyby chodziło o trędowatych, o chorobę, która odpycha, z którą trzeba ukrywać się w leprozorium. Choć miejsce to służy izolacji, chory ma szansę odczuć w nim namiastkę wspólnotowego życia, z ludźmi podobnymi sobie. Dzisiejsza moda przyzwala na przyjmowanie papierów o niezdolności do pracy bez skrępowania. Osoby w stanie depresyjnym, zgodnie z zaleceniami lekarza, w celu spoczynku, oddają się na dłużej w ramiona Morfeusza. Paradoksalnie, nieprzeciętnie długi sen nie prowadzi do poprawy stanu zdrowia. W rezultacie pacjenci spędzają w łóżku coraz więcej czasu. Jednocześnie izolują się. Puszczają w niepamięć fakt, że są istotami społecznymi i potrzebują drugiego, choćby po to, żeby poprawić własne samopoczucie. – Człowiek – rzekł Jung – sam dla siebie jest mroczną zagadką. Jeśli chce poznać siebie, potrzebuje innych. – Z czasem syndrom Burnout staje się wytłumaczeniem nie tylko dla chwilowej niedyspozycji oraz wyczerpania, lecz również dla gnuśności i nieporadności, napędzanych przez samego siebie. Pacjent dezaktywizuje i zaniedbuje się. Przestaje pracować nad sobą, nad automotywacją i samozaparciem.

Druga z możliwych dróg – chemia naturalna

Matka Natura na wyczerpanie, depresję i bezsenność znalazła inne rozwiązania. Dr S. Cabot, w książce Świeże soki z warzyw i owoców mogą uratować Twoje życie, podaje recepty na magiczne trunki z wyselekcjonowanych składników. Miksuje selera (źródło Mg; działającego kojąco na system nerwowy), buraki (Mg, Ca, Cr) marchew (Ca, K, Mg i wit. B), sałatę (lactuarium – naturalny środek uspokajający), sos tabasco (w tym: pieprz kajeński, chili – uwalniające endorfiny z mózgu). To zbiór przepisów na codzienną dawkę naturalnego valium i relanium. Czarodziejskie mikstury uzupełniają też braki związków chemicznych w organizmie, które wyzwalają szczęście. By zwiększyć ich produkcję, wystarczy trochę wysiłku, aktywności fizycznej, pośmiać lub zakochać się. Przyroda wyposażyła człowieka w komórki, które regulują napływ opiatów, środków uzależniających jak morfina, heroina lub kodeina, do tkanki nerwowej. Mózg wytwarza własne narkotyki. Reakcje chemiczne po zażyciu morfiny wywołują stany graniczące z seksualnym spełnieniem; spokój, euforię, ekstazę. Czterdzieści lat temu C. Pert dowiodła, że akt miłosny zwiększa poziom endorfin o dwieście procent. Równie dobrze miłość może zabić, jak każde niepohamowane uzależnienie. M. Liebowitz badał chorych z miłości i osoby, które z tego powodu popełniły samobójstwo. Wszystkie odznaczały się zaniżonym stężeniem fenyloetyloaminy (PEA) w mózgu, substancji należącej do grupy amfetamin. W pierwszych latach związku wstajemy i kładziemy się spać na rauszu. Odurzenie przejawia się euforią, bezsennością, uczuciem nieuzasadnionej radości, pewnością siebie, zaburzeniami łaknienia, bądź depresją na przemian z ożywieniem i brakiem koncentracji. To dopiero początek łańcucha reakcji. PEA mobilizuje zwiększoną aktywność noradrenaliny, a ta z kolei dopaminy. Wszystkie razem sprawiają, że obecność ukochanej osoby działa na nas jak odbieranie nagród i wyróżnień. Samotne kobiety nie czują powołania do macierzyństwa, nie odczuwają harmonii i przywiązania, bo ich mózg i jajniki nie wyzwalają oksytocyny. Ten hormon zarówno pomaga skurczami wypchnąć na świat jak i wykarmić dziecko, odpowiada za laktację. Podczas, gdy u kobiety w trakcie seksu ta sama substancja nasila uczucie rozkoszy, mężczyźnie jej nadmiar uniemożliwia wzwód, przemawia do rozsądku – Uspokój się Kowalski! Nie szukaj przygód! Masz już dzieci i kobietę, którą kochasz! – Ewentualnie – Wypadałoby, żebyś ją kochał! – Miłość jest jak skok na bungee, wspinaczka wysokogórska, spływ kajakowy rwącym potokiem, podróż w nieznane, Formuła 1, rugby, walka gladiatorów, hazard, wyścig szczurów, zdrada, innymi słowy, wyzwanie. Noradrenalina. Pochodna adrenaliny podwyższa ciśnienie i poziom glukozy we krwi, przyspiesza bicie serca, zmniejsza apetyt, u kochanków wywołuje uczucie podniecenia i zwiększa wrażliwość na dotyk. Rumieńcami okrutnie zdradza nasze wstydliwe emocje na czyjś widok. Z miłości szalejemy od około osiemnastu miesięcy do czterech lat. Później wkrada się nuda, której nie każdy potrafi lub chce zaradzić. Przy odrobinie chęci i siły woli, można jednak ulec zastrzykowi uśmierzającej morfiny w postaci endorfin, dotychczas tłumionych przez PEA. Poza nudą przyniosą to, do czego każdy prędzej czy później dąży, do czego w końcu dorasta – spokoju, poczucia przywiązania, przyjaźni i harmonii. Obok formowania charakteru przez kształcenie praktycznych umiejętności i intelektualnych zdolności, bardzo ważne jest przebudzenie duchowe. Szczególnie dbał o to centaur Chiron, ucieleśnienie archetypu Zranionego Uzdrowiciela. Jego cierpienie polegało na nieśmiertelności. Umiał leczyć rany innych. Gdy ktoś zadał z kolei jemu ranę, nie potrafił jej zaradzić. Chciał umrzeć, lecz nie mógł. Nie wolno oddzielać uzdrowiciela od chorego. Chory musi wierzyć w swoje wewnętrzne zdrowie i zdolności do samoleczenia. Nie może pokładać nadziei wyłącznie w terapeucie. Podobnie, ktoś genialny, musi uznać swoje braki, by uleczyć własną psychikę.

Drzewo Życia a archetyp Jaźni

Tytułowe drzewo życia to nic innego jak przedstawienie mandali w innej kulturze. Centrum połączonych ze sobą dwóch figur – koła i kwadratu; nieba z ziemią i człowiekiem – stanowi jednocześnie początek i koniec. W ujęciu astrologicznym to świadomość, tożsamość, kreatywność i autoekspresja. Dla Junga tworzy odpowiednik archetypu Jaźni, obrazu doskonałości, pełni, całości i jedności człowieka. Jego zdaniem jaźń jest – (…) wielkością nadrzędnego świadomego ja. Obejmuje nie tylko świadomą, ale i nieświadomą część psyche i dlatego jest jakby osobowością, którą my także jesteśmy. – Celem życia jest powrót do źródła, do tego, co niedostępne i tkwi w nas poza tym, co przeżywamy świadomie; powrót do tego, co w nas pierwotne i dzikie, nieoswojone, niewychowane zgodnie z obecnie panującymi konwencjami. Zintegrowanie duszy wymaga zjednoczenia psychologicznych przeciwieństw, pierwiastka męskiego i żeńskiego (por. film D. Finchera pt. Fight Club). Niekiedy doświadczamy w sobie wręcz tchnienia Boga, w którym scalają się przeciwstawne elementy. Należy pamiętać, że Jung był Szwajcarem wyznania kalwińskiego i nigdy od tej wiary nie odstąpił mimo, że nie pozostawał wobec niej bezkrytyczny.

Afryka – przenikające się światy żywych i umarłych – harmonia

Tak jak Jung patrzył na własną kolebkę religijną krytycznym okiem, tak doktor medycyny, psychiatra C. Żechowski podchodził do teorii Junga z dystansem, dopóty dopóki nie udał się w podróż do Afryki. Zachowując pełen krytycyzm, przyznał przed samym sobą, że przeżył sen na jawie. Nieporównywalne bogactwo kształtów i barw, bujność natury, niezwykle radosne chmary dzieci, formy życia społecznego, jakich na Zachodzie już nie ma, w sąsiedztwie z suszą, głodem i malarią stwarzają iluzję. Racjonalista zapragnął w niej uczestniczyć i rozumieć ją. – Czułem jak na wyschniętą ziemię padają krople deszczu i pojawia się życie. (…) Suche ugory zamieniają się w zielone łąki. Czułem, że uczestniczę w czymś pierwotnym, bardzo prostym, a jednocześnie bogatym i witalnym, w jakimś doświadczeniu wspólnoty wykraczającym poza to, co znałem dotychczas. Było to doświadczenie obecności innych i jakiejś absolutnej, podstawowej równości wobec natury, życia i śmieci. – W takim świecie rezygnacja z emocjonalnej niezależności niesie poczucie bliskości i bezpieczeństwa. Ludzie są zdolni do tworzenia grup i wspólnoty, są odporni na atomizację. To przejaw swoistej inteligencji – emocjonalnej. W swej formie komunikacji przekraczają granice i sztywno ustalone konwencje. Razem stają się silni, zdolni do obrony przed lękiem, który budzi inny, groźny, nieznany, obcy. W pogańskich wierzeniach duchy żyją między ludźmi. W artykule Pogański Rytuał, M. Snowida, czytamy – (…) W szamanizmie uznaje się, że oddziałujące na nas moce istnieją na zewnątrz nas, a nie w naszych ciałach czy umysłach. (…) Siły natury są czymś żywym (rzeki, drzewa, skały, góry, wodospady, ogniska, planety, niebo, doliny, jaskinie itd.). – Duchy mogą być dobre, neutralne, bądź złe, w zależności od tego jak traktujemy środowisko naturalne. Ptaki, owady, inne zwierzęta i rośliny również są właścicielami gruntów, co cywilizacje krajów rozwiniętych zwykle lekceważą. – Kiedy wycięte zostanie ostatnie drzewo, – cytuje autor – ostatnia rzeka zostanie zatruta i zginie ostatnia ryba, odkryjemy, że nie można jeść pieniędzy. W zależności od naszego stosunku do Ziemi – pisze dalej – i istot ją zamieszkujących, miejscowe duchy albo będą nam utrudniały pracę albo wspierały nasz wysiłek. Mogą nam przeszkadzać wywołując choroby, problemy w pracy lub w związku, wpływając na nasze umysły i utrudniając duchową praktykę oraz oddziałując na naszą energię tak abyśmy czuli się zmęczeni, przygnębieni, zdenerwowani lub zmieszani. Z drugiej strony mogą zwiększać nasze siły witalne, chronić nas oraz usuwać zakłócające niesubstancjonalne energie w naszym środowisku, pomagać koncentrować umysł na duchowej praktyce, leczyć oraz tworzyć z nami harmonijny związek. – W seansach spirytystycznych i rytuałach religijnych, np. w Nepalu, można zaobserwować walkę duszy ludzkiej o ciało z demonem. W pierwszym przypadku praktyki te łudząco przypominają egzorcyzmy, w drugim zaś ludzie dobrowolnie narażają się na niebezpieczeństwo. Wejście na inny poziom świadomości ma służyć wzmocnieniu własnej duszy, której doświadczamy w sobie na co dzień. Problem pojawia się, gdy po przerażających zmaganiach zły duch nie opuści człowieka. W. Cejrowski w Podróżach z żartem opowiadał, że w Peru zdarzyło mu się usiąść na babci, a zaraz potem na dziadku indiańskiej rodziny, u której gościł. To nie tylko dlatego, że zostali oni pochowani dokładnie tam, gdzie było ich stałe miejsce przy stole. W tym świecie człowiek nie umiera od razu. Pogrzeb nie jest uroczystością żałobną. Jak pisze pastor i religioznawca J. S. Mbiti, proces umierania trwa dotąd, aż nie zostanie pochowany ten, kto znał osobiście żywego zmarłego. Ciągle przebywa w pobliżu tych, którzy go znali. Bywa, że ukazuje się najstarszym członkom wspólnoty. Tak objawia się jego osobista nieśmiertelność. Natomiast, gdy w świecie doczesnym nikt już go nie rozpoznaje i zaczyna wzbudzać lęk, przechodzi do sfery nieśmiertelności zbiorowej; do wspólnoty duchów, pośredników między Bogiem a człowiekiem. W nocy duchy są najaktywniejsze. Ogniska domowe, palone przed chatami stanowią punkt odniesienia, źródło i cel życia, rozświetlają ciemność i najgłębsze, najczarniejsze zakamarki duszy, uprzytamniając pierwotne instynkty. Mają utrzymać ciągłość w łączności z martwymi przodkami. Wokół nich toczy się życie wspólnoty. U Chirona w grocie, o ognisko domowe dbały kobiety, uosobienia mądrości i pożytku jego nauk. Zapewniały ciepłą atmosferę, która zapobiegała jednostronnemu kształceniu uczniów. Filmowy Jack również rozpalał w swoim domu płomień, niebieski znicz.

Powrót do dzieciństwa vs. socjalizacja

C. Żechowski dostrzegł duże podobieństwo między własnymi wrażeniami z podróży do Afryki, a przeżyciami Junga i religioznawcy J. S. Mbiti, znacznie różniącymi się w czasie. Dzięki nim lepiej zrozumiał siebie, własną kulturę oraz głęboki związek i przenikanie się pozornie bardzo odległych cywilizacji. – Duch przenika wszystko, czas i przestrzeń. – Pisze o zbiorowych procesach zachodzących w nieświadomości i archaicznych pokładach psychiki Z. W. Dudek, organizator corocznego Forum Inspiracji Jungowskich. – Człowiek nie jest tylko prochem rozwiewanym po historii jak piasek na pustyni, lecz odnajduje się nieustannie w sieci ludzkich doświadczeń. – Podróże w nieznane i spotkania z nieznanymi ludźmi to przypomnienie tych, których już kiedyś poznaliśmy w opowieściach z dzieciństwa. Z dzieciństwa wyrasta nasza przyszłość, natomiast celem życia jest powrót do źródła, do snów z dzieciństwa. Kamera często wchodzi do pokoju Jack’a, R. L i Steve’a, również, gdy chłopcy kładą się spać. Dudek, podpierając się autopsją, uważa, że dzieciństwo i doświadczenia z pierwszego okresu życia są niezwykle ważne. Kryją w sobie wzory i punkty oparcia dla przyszłych działań i twórczych myśli. Historie opowiadane przez dorosłych, rodziców i dalszych krewnych stają się nieprzeniknionymi, ponad historią uwarunkowanymi mitami i wytworami kultury. Są jak prawdy kultury, ukazujące prawdziwe życie psyche. Samych gawędziarzy natomiast należy traktować jako bohaterów, którzy dokonali wielkich czynów. To oni sprawiają, że dziecko staje się w przyszłości silniejsze i mądrzejsze. To ich słowo, padające na skałę macierzystą nieświadomości, stwarza grunt dla świadomości. Reżyser trylogii romantycznej Przed wschodem słońca, Przed zachodem słońca i Przed północą, R. Linklater, zastanawia się nad sobą: – Czy czas i doświadczenie zmieniły mnie mimo, że nadal jestem sobą, ze swoimi wszystkimi ograniczeniami. – W wywiadzie dla Wysokich Obcasów mówi o bohaterach filmu – (…) Zmieniły się okoliczności w jakich funkcjonują, ale czy oni też? Gdzie teraz są? Ze wszystkich związków w jakich będziemy funkcjonować, czy to z rodziną, znajomymi, ukochanymi, najtrwalszą jest relacja z naszymi poprzednimi wcieleniami. Dlatego warto się zastanowić – jaka jest moja relacja z ośmioletnim mną? Z dwudziestoletnim mną? Czterdziestoletnim mną? Nigdy nie wolno przestać zadawać tego pytania. Co się zmieniło w świecie i we mnie, co mnie zmienia, czy jestem szczęśliwy… To podstawa wszystkiego. – W którymś momencie należy wyjść z własnego ciała, stanąć obok niego i krytycznie na siebie spojrzeć, zastanowić się, czy stanowimy to, kim chcieliśmy być, czy socjalizacja ma na nas wyłącznie pozytywny wpływ. J. Urbański, początkowo naukowiec, później założyciel pierwszej poważnej hodowli owadów w Polsce, w reportażu Trójki pt. Fabryka Owadów wyznaje – (…) Ludzie często nie wiedzą, dlaczego nie lubią owadów i czują wobec nich odrazę. Nie znam pięcio-, czy sześciolatka, który nie lgnąłby do nich, nie był nimi zafascynowany i nie wziął ich do ręki. – I na filmie widzimy zabawę synów, którzy straszą Panią O’Brien gadem, złapanym w gołe dłonie. Jak tłumaczy Urbański, to niechęć nabyta kulturowo. Europa jest w tym przypadku ewenementem. Na innych kontynentach insekty stanowią integralną część posiłku, o dużej zawartości białka. Wiele z nich ma praktyczne zastosowanie. Niektóre, choćby, potrafią rozkładać produkty organiczne znacznie szybciej niż chemia stosowana na wysypiskach śmieci. – O czarny pijar dla owadów – kontynuuje Urbański – postarało się głównie chrześcijaństwo, które utożsamiło je z nieczystymi mocami. – Gdybyśmy oderwali się, co najmniej na tym polu, od dotychczasowego myślenia, ukształtowanego przez cywilizację, zrobilibyśmy ukłon w stronę pierwotnych, niekoniecznie gorszych, rozwiązań.

Refleksją nad samym sobą jest zbieranie rozsypanych kości na pustyni. Każdy cykl ma na niej swój początek. Pustynia nie jest jałowa, jakby mogło się zdawać. Głęboko w sobie skrywa tajemnicze życie. Do niego musimy się dostać i dostarczyć mu regularnych opadów deszczu. Jack dotarł do brzegu, gdzie wody było pod dostatkiem. Tam spotkał dusze zmarłych, w tym najbliższych. Rośliny pustynne wykazują specyficzne przystosowania do środowiska, w którym żyją. Wytrzymują długie okresy uśpienia. Wieloletnie gatunki mają na ogół rozbudowane systemy korzeniowe, sięgające głęboko w glebę lub w szczeliny skalne. Odżywczym dla nich deszczem, śpiewem La Loby wskrzeszającym kości, może stać się wszystko, co pobudza zmysły i rozpala wyobraźnię; joga, taniec, pisanie, malowanie, tworzenie sztuki. Filmowi bracia z Drzewa Życia stanowili zupełne przeciwieństwa. R. L. – młodszy brat Jack’a, przejawiał uzdolnienia muzyczne i plastyczne. Jack szybko go stracił. W tym samym momencie stracił też kontakt ze sztuką. R(eal) L(ife) umarł jako mały chłopiec. Wtedy również w Jack’u umarło prawdziwe życie, to które tak bardzo różni się od wirtualnego świata i samotności w sieci. Zdaniem Coco Chanel, może zdarzyć się, że ktoś urodzi się bez skrzydeł, ale nigdy nie może pozwolić na to, by mu nie wyrosły. La Loba pokazuje różnicę miedzy roślinami zwiędniętymi a zasuszonymi ze starości. J. Korczak, prekursor działań na rzecz praw dziecka-człowieka, pedagog i pisarz, nie bacząc na wiek, potrafił odnaleźć w sobie animę, dziką kobietę, która wskakiwała na stół i zarządzała Dzień Psot, gdy opiekunka wyjechała na jeden dzień z Domu Sierot. Przynajmniej raz do roku ustanawiał Dzień Brudasa i nakładał kary, na tego, kto spróbował się umyć. Dziecko powinno samo zrozumieć i emocjonalnie przeżyć daną sytuację, doświadczyć jej, wyciągnąć wnioski, ponosić konsekwencje i zapobiegać negatywnym skutkom. Korczak traktował dzieci poważnie, prowadził z nimi dyskusje. Znajdował posłuch wśród dorosłych, bo jak rzadko kto potrafił wejść w skórę dziecka, oderwać się od konwencji i powszechnie panujących poglądów. Miał ogromną lekarską wiedzę, ale i moc zmieniania świata, płynącą z głębi duszy. Rodzinę uważał za najlepsze środowisko dla dorastania dziecka, choć sam zrezygnował z własnego, biologicznego. Dzięki temu mógł przelać swoją miłość, pasję i zaangażowanie na działalność społeczną. W domu dziecka stworzył znacznie większą rodzinę niż ta tradycyjna. Starość – mawiała Chanel – nie chroni przed miłością, ale miłość chroni przed starością.

„Sztuka” wyrazu frustracji a archetypowa twórczość

Zatrważające jak zmieniło się pojęcie humanisty, jak jego świat oparty na koherentnym światopoglądzie, podzielił się na dwa odrębne, naukowca i artysty, na empiryczno-obiektywny i irracjonalno-subiektywny. Na porządku dziennym słyszy się: – Proszę ode mnie nie wymagać poprawnej analizy wykresu, ani obliczania strat z zaciągniętej przeze mnie Chwilówki! Jestem humanistą. – Coraz częściej to synonim ludzi nieprzystosowanych do rynku pracy, studentów kierunków humanistycznych. Statystyki ogólne potwierdzają, że i oni czytają tylko to, co muszą. Gdzie się podziali zatem filolodzy i myśliciele z prawdziwego zdarzenia? Wśród magistrów, których tytuł zaczyna przypominać, uzyskane z opóźnieniem, świadectwo dojrzałości, dostępne już dla każdego? Kiedyś – pisze Dudek – artysta był również myślicielem, i odwrotnie, myśliciele byli artystami (Leonardo da Vinci). Nie tylko poddawał się zmysłom czy impulsom twórczej intuicji i ulegał potrzebie ekspresji, ale także kontemplował swe dzieło, odkrywał w nim formę, pośrednio lub bezpośrednio porządkował swój świat wewnętrzny, filozofował o życiu. – Według Junga tak wygląda właśnie twórczość wizjonerska, czyli archetypowa. Chanel w odróżnieniu od mody sztuką nazwała to, co dziś nie spotyka się z aplauzem, to, co dziś jest brzydkie. Dopiero po czasie dostrzegamy w tym piękno. Być może dlatego, że po odcięciu wpływów i nurtów epoki, w której powstaje prawdziwa sztuka, odnajdujemy coś ponadczasowego, pierwiastek archetypowy, przemawiający z nieświadomości do świadomości ludów wszystkich cywilizacji. Dzisiejsze natomiast, subiektywne, krzyki, ukazujące wewnętrzny chaos, bez potrzeby intelektualnych rozważań, stanowią tzw. twórczość symptomatyczną. Nie współtworzą jednego światopoglądu z wizją naukową. Dalekie są od osiągnięcia stanu równowagi, to wyzwalanie kolejnej uzależniającej dawki adrenaliny, uśmierzającej frustracje i przykre zaszłości z okresu dorastania artysty. Marina Abramović, ikona jakże modnego body artu i performansu, po latach swej działalności przyznaje – (…) Z każdym Rytmem [kolejnym występem – przyp. E. B.] coraz bardziej zbliżałam się do samobójstwa. Niszczyłam się na wszystkie sposoby. – Odrzucała wszystko, co łatwe i piękne, zadawała sobie ból i cierpienie, czemu dała wyraz w nagraniu wideo, zatytułowanym Sztuka musi być piękna, artysta musi być piękny. Marina z furią czesała na nim swoje długie czarne włosy, powtarzając: – Art must be beautiful, artist must be beautiful. – Z każdym powtórzeniem robiła to coraz gwałtowniej, aż do krwi. Jej występy przypominają raczej eksperymenty socjopsychologiczne, niż sztukę. Sprawdzają, na ile publiczność jest pasywna na zadawanie innym bólu i cierpienia. Pod szyldem performansu Thomas Lips zjadła litrowy słój miodu i wypiła tyle samo wina. Kieliszek zgniotła w dłoni. Na własnym brzuchu żyletką wycięła pięcioramienną gwiazdę, po czym zaczęła biczować się po plecach. Oblana krwią położyła się na krzyżu, ułożonym z brył lodu. Żeby brzuch mocniej krwawił, nad krzyżem powiesiła wcześniej grzejnik. Pół godziny leżała przymarznięta do instalacji, aż nadeszli zbawiciele z widowni, którzy zdjęli ją z krzyża i uratowali przed samą sobą, w tym jej przyszły mąż. Później przyznała, że dopóki nie poznała swojej pierwszej miłości, w swoich pracach uzewnętrzniała frustrację, poczucie tego, że jest samotna i nieszczęśliwa. Okazywanie miłości kojarzyła z bólem i cierpieniem. Nie zaskakuje taka postawa, gdy do układanki doczepimy brakujący element. Dzieciństwo. Matka nigdy nie okazywała córce miłości, ani najdrobniejszej czułości, wręcz przeciwnie, wychowywała ją na zasadach skrajnie autorytarnych. Dziewczyna odnalazła się w sztuce performansu, bo uważała, że podobnie jak muzyka jest ona abstrakcyjna i swoją energią wpływa na człowieka bezpośrednio, bez barier. – Performance tym różni się od teatru, – mówi Abramović – że w teatrze jest tępy nóż i keczup, a w performansie – ostry nóż i prawdziwa krew. Dajesz z siebie wszystko, nie chowasz się za rolą ani za rekwizytem. Widownia czuje każdy fałsz i jeśli ci nie uwierzy, performance będzie tylko serią dziwnych działań, które wyglądają na szaleństwo. – Po latach okrutnych doświadczeń, zorientowana na buddyjskie kontemplacje, prawie siedemdziesięcioletnia artystka, uznając, że w końcu zapracowała na miano wariatki, wkłada obcasy, piękne sukienki, pozuje do zdjęć, prężąc sztuczny biust i co jakiś czas występuje w autobiograficznych sztukach teatralnych, bądź filmach dokumentalnych. Dzięki temu, jak twierdzi, nabiera do siebie dystansu i zaczyna porządkować swój wewnętrzny świat. Na to wygląda, że jednym z naszych podstawowym celów jest nabranie wyczucia w rozważnym ustalaniu własnych zasad, które będą strzegły równowagi życia zgodnego z naszym ja (por. schizofreniczna walka animusa z animą, w filmie D. Finchera pt. Fight Club).

Miłość, miłość bliższa, miłość najbliższa

Książkę Psychologia chłopca według Junga. Na początku była nieświadomość Dudek pisał językiem lekkim, jakby z myślą o dziecku, spragnionym ciekawej opowieści. Nie wychodzi poza świat rodziców, dziadków i wujków. Opatrzył ją opisem, który równie dobrze mógłby znaleźć się na okładce filmu Malicka. – Jest to opowieść o tym, jak rodzi się mały człowiek, jak rozwija się w dzieciństwie jego dusza i jak mieszka mu się w ogromnym i pełnym wspaniałości domu, który dorośli nazywają ŚWIATEM. Malick z kolei z myślą o widzu, spragnionym piękna wyrazu środków artystycznych, posłużył się zdjęciami E. Lubezki’ego. Narracja w filmie nie jest przejrzysta. Widz musi zmierzyć się z dwugodzinnym marzeniem sennym. Czy to wada? Czy zaleta? Trudno ocenić. Gdyby Jung wykładał swoją psychologię archetypów jeszcze dziś, z pewnością posłużyłby się filmem w formie pięknego pokazu slajdów, wymagającego komentarza. Dudek zaczyna historię słowami: – Dawno, dawno temu, dwoje młodych, ale dorosłych już ludzi, bardzo się pokochało. Ona była kobietą, a on mężczyzną. Poczuli się jak w raju, wszystko było dla nich piękne i wspaniałe. Widzieli raj dookoła, ale najwięcej w sobie, aż przelewał się on w ich sercach. Kochali siebie w myślach na odległość i pokochali siebie na blisko. Byli tak blisko siebie, że spotkały się ich ciała w jednej rajskiej miłości. Z tej najbliższej miłości rozpoczął życie nowy człowiek, niewidzialne jeszcze DZIECKO. Kobieta stała się jego mamusią, a mężczyzna tatusiem. – Miłość zapoczątkowała nowe życie. Podziwiam pary, – mówi Linklater – które po latach spędzonych ze sobą wciąż mają blask w oczach, gdy patrzą na siebie. Kiedy widzę takich ludzi, myślę sobie, że wiedzą coś, czego ja nie wiem. Że rozszyfrowali tajemniczy kod. – Asaf Avidan szuka odpowiedzi na tę samą zagadkę. Folkowo-rockowy muzyk z Izraela, w utworze Is This it?, żarliwie stawia pytania. Układa je w listę pragnień. Pełen obaw pyta adresata, czy pomoże mu śpiewać i na starość ocalić w nim chłopca. Taką moc, twórczą, posiada właśnie miłość. This is it! To o nią modlił się artysta. Miłość musi być adresowana do kogoś. Adresatem nie może być cel. Cel powinien stanowić jedynie uwieńczenie działania. Owocem związku dwojga ludzi może być dziecko, dom, wspólny wypoczynek na wakacjach. Najistotniejsze jest jednak to, jak i z czego on się rodzi i czy później jest pielęgnowany. Podobnie praca nie może stać się wyłącznie źródłem zasobów pieniężnych. Należy traktować ją jak źródło energii, którą daje obcowanie z innymi ludźmi, pomaganie im i podejmowanie wspólnych inicjatyw, wspólne kreowanie. Siłą napędową powinna być miłość do drugiego człowieka. Jeśli czujemy, że jesteśmy mu potrzebni, zaczynamy odczuwać sens tego, że w ogóle żyjemy. Kobieta jak aktorka M. Kożuchowska, radosna, zmysłowa, wrażliwa, uwodzicielska, pełna wdzięku i powabu, a zarazem mądra, zaradna i charyzmatyczna, jednym słowem pełna łaski (łac. gratia), nie potrzebuje kogoś, kto będzie porządkował jej świat i będzie dla niej oparciem. Potrzebuje tylko kogoś, kto ją pokocha, ze wszystkimi jej niedoskonałościami. By to się jednak stało, kobieta musi uwierzyć w swoją grację (gr. gratia) i piękno. Dominikanin o. A. Szustak, podczas konferencji pt. O warkoczach, stawia kobietę na piedestale. Nazywa ją ożywicielką, najwartościowszym elementem na świecie. Ma bowiem w sobie ogromny ładunek miłości i czułości. Nie będzie spełniona, ani szczęśliwa, jeśli nie znajdzie ujścia dla swojej energii. Nie musi to być mężczyzna. To może być praca, w której niesienie pomoc innym. Mądrość i dojrzałość uzdrowicielki tkwi nie w poświęceniu i oddaniu, lecz w empatii i zrozumieniu drugiego człowieka. Mężczyzna z kolei jest jak dziecko, potrzebuje tej kobiecej wrażliwości. Duma nie pozwala mu jednak na okazywanie tego, bo to okazanie słabości. Stąd też często mężczyźni nie są wylewni w uczuciach. Pielęgnują więc skrycie swój skarb, nośnik mocy, która uszczęśliwia i umacnia. Najpiękniejsze jest właśnie to, co rozwija się w sekrecie, wyłącznie między dwojgiem ludzi, z dala od innych. Przemyślnie człowiek został stworzony. – Właśnie w miłości – pisze badacz procesu twórczego, C. Dziekanowski, – ustaje chęć bycia kimś więcej i bycia kimś innym. – Chemia miłości sprawia, że nią obdarowani, czujemy się szczególnie wyróżnieni i dziwnie wolni. Zniewolenie przyjdzie, gdy nie kochamy szczerze i myślimy przede wszystkim o sobie. Zatruwamy życie swoje i czyjeś, przesadnie uzależniając siebie od kogoś lub czegoś. Trzeba uwierzyć w siebie, nie szukać oparcia i zbawienia w kim innym. Nie jest to łatwe, bo kiedyś i tak każdy z nas umrze. Skoro tak, to żadne działanie nie miałoby sensu. Walczenie ze słabościami również. Warto jednak wierzyć, że miłość przetrwa, że w niej kryje się nasza siła i cel wędrówki po ziemi. Trzeba umieć w niej trwać i nie oczekiwać od niej dowodów, one przyjdą same, niespodziewanie.

Oczekiwania wobec siebie – TAK, wobec innych – NIE

Dzieci. Dlaczego dzieci sprawiają nam niewymowną radość, nie robiąc zupełnie nic?! Dlaczego tak mocno kochamy je za nic? Lubimy patrzeć, gdy uśmiechają się i gdy sprawiamy im radość. Rozpieszczamy je z przyjemnością. Jednocześnie jesteśmy świadomi, że one poza swoim szczerym śmiechem i uśmiechem nie mogą nam nic ofiarować. To czyni z nas magików. To tylko dlatego, że wobec dzieci nie stawiamy żadnych oczekiwań. Jesteśmy wobec nich bezinteresowni. Siła i czar dawania odbijają się w czyichś oczach, w oczach dziecka, tylko wtedy, gdy nasza intencja pochodziła z najgłębszych pokładów szczerości, z głębi serca. Wówczas możemy dostrzec w innych swoją moc, tworzenia i niszczenia, potęgę manipulacji. To my decydujemy, czy chcemy uszczęśliwiać, czy degradować. Spróbujmy podarować coś komuś, wobec kogo, wydaje nam się, że działamy bezinteresownie. To rzadkie i niecodzienne w świecie dorosłych. Zawsze rościmy sobie prawo do najdrobniejszego dziękuje. Wobec trzylatka niekoniecznie, co uzasadnimy – Przecież on nie wie jeszcze, że tak trzeba, że tak należy! Jak można więc, tego od niego oczekiwać? To zakrawa o absurd! – Tym samym nieświadomie dajemy mu szansę zaskoczenia nas. Jego dziękuję będzie miodem polanym na nasze serce. Miła niespodzianka. Niespodzianka, bo nieoczekiwana.

BIBLIOGRAFIA:

C. G. Jung: Archetypy i nieświadomość zbiorowa, Warszawa 2011.

C. G. Jung: Typy Psychologiczne, Warszawa 1997.

S. Cabot: Świeże soki z warzyw i owoców mogą uratować Twoje życie, Warszawa 2007.

Z. W. Dudek: Psychologia chłopca według Junga: Na początku była nieświadomość, Warszawa 2010.

Z. W. Dudek: Psychologia integralna Junga, Warszawa 1995.

Z. W. Dudek: Sny, bogowie i człowiek współczesny, w: K. Maurin, Z. W. Dudek (red.): Spotkania z Jungiem,

seria Inspiracje Jungowskie, Warszawa 2007.

Z. W. Dudek: W poszukiwaniu psychologii integralnej, w: K. Maurin, Z. W. Dudek (red.): Spotkania z

Jungiem, seria Inspiracje Jungowskie, Warszawa 2007.

C. Dziekanowski, Próby miłości, w: K. Maurin, Z. W. Dudek (red.): Spotkania z Jungiem, seria Inspiracje

Jungowskie, Warszawa 2007.

C. P. Estés: Biegnąca z wilkami: Archetyp Dzikiej Kobiety w mitach i legendach, Poznań 2012.

J. Jacobi: Psychologia C. G. Junga, Warszawa 1996.

K. Pajor: Psychologia archetypów Junga, Warszawa 2004.

P. Piotrowski: Jung i astrologia, Białystok 2002.

A. Tatarska: Nie tylko przelotne zauroczenie, w: Wysokie Obcasy Extra, nr 3/18, lipiec 2013.

C. Żechowski: Z Jungiem w Afryce, w: K. Maurin, Z. W. Dudek (red.): Spotkania z Jungiem, seria Inspiracje

Jungowskie, Warszawa 2007.

Porozmawiajmy o mężczyznach, wywiad z Małgorzata Kożuchowską, w: Twój Styl, nr 2, luty 2013.

PROGRAMY AUDIOWIZUALNE

E. Karpacz-Oboładze, Fabryka Owadów, Program 3, reportaż z dnia 30.07.2013.

K. Stoparczyk, K. Pruchnicka, Zagadkowa niedziela, Program 3, audycja z dnia 20.07.2013.

National Geographic: Taboo, program TTV, odc. z dnia 23.07.2013.

D. Wellman, M. Prokop: Podróże z żartem, Peru, program TVP1, odc. z dnia .07.2013.

STRONY WWW

Joseph Campbell: pl.wikipedia.org/wiki/Joseph_Campbell

Syndrom wypalenia zawodowego, Burnout: de.wikipedia.org/wiki/Burnout-Syndrom

Gazeta.pl Kultura: Nie wiem co ja tam robię. Sean Penn rozgoryczony swoją rolą w Drzewie Życia?:

kultura.gazeta.pl/kultura/1,114438,10160503,_Nie_wiem_co_ja_tam_robie___Sean_Penn_rozgoryczony.html

M. Snowid: Pogański Rytuał, w: białczyński: bialczynski.wordpress.com/2011/05/23/mezamir-snowidpoganski-

rytual/ A. Solun: La Loba. O kościach, wilkach i Rzece pod Rzeką, w: Biegnąca z Wilkami:

biegnaczwilkami.wordpress.com/2013/03/08/odcinek-10-la-loba-o-kosciach-wilkach-i-rzece-pod-rzeka/

K. Sulej: Marina Abramović – sztuka cierpienia, wysokieobcasy.pl: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokieobcasy/

1,53662,12173062,Marina_Abramovic___sztuka_cierpienia.html

A. Szustak: O warkoczach, konferencja: 188.165.20.161/langustanapalmie/S04E05.mp3

J. L. Wiśniewski: Miłość jest serią reakcji chemicznych: uamostrow.republika.pl/fenyloetyloamina.htm

VIDEOCLIPY

A. Avidan: Is This It?: http://www.youtube.com/watch?v=zPIZUKtbf4E#at=13

LUXTORPEDA: Wilki Dwa: http://www.youtube.com/watch?v=pHyu1yH1kgs

I. Raichel: Im Telech: http://www.youtube.com/watch?v=q-fx7-sYk38

FILMY

T. Malick: Drzewo Życia (2011)

N. Burger: Jestem Bogiem (2011)

D. Fincher: Podziemny Krąg (1999)

L Hallström: Czekolada (2000)

O Ewelinie Barszcz:
Autorka tekstu, jest studentką filologii germańskiej na UMK w Toruniu. Jej zainteresowania tworzą szeroki wachlarz – od natury przez kulturę aż po ekonomię. Swoich prac nigdzie nie publikuje, również do tego nie dąży, choć bardzo chętnie dzieli się swoimi spostrzeżeniami. Inspiracją do przedstawienia obserwacji odnośnie postaw ludzkich stała się niska nota filmu T. Malicka, pt. „The Tree of Life”. Zasługuje on na uwagę nie tylko ze względu na piękne zdjęcia E. Lubezkiego. Zdaniem autorki reżyser przemyca treści z „Bięgnącej z wilkami”, zwłaszcza te o La Lobie, lecz obrazuje je w mało czytelny sposób. Film tworzy jedynie nitkę przewodnią. Rolę „głównej organizatorki” materiału i tematu przejmuje intuicja – funkcja irracjonalna, jedna z czterech funkcji psychiki w teorii C. G. Junga. Użyta, bardzo arbitralnie szereguje zależności pomiędzy zjawiskami, sama i poza porządkiem racjonalnego wyjaśniania, łączy je w całości i w struktury podrzędne. Kiedy pada pytanie – ale dlaczego TAK? – jedyną odpowiedzią intuicji jest – BO TAK! I albo ktoś dzieli z nami doświadczenie, to znaczy “wie”, że TAK, albo nie podziela naszej wiedzy i zaczyna się dramat: coś co widzimy zupełnie oczywiście jako uporządkowaną, dynamiczną całość, ktoś inny chce zrozumieć “krok po kroku” i będzie się domagać “wytłumaczenia”. Gdyby chcieć poddać esej zabiegowi “porządkowania”, analizie i zracjonalizowania całości, pewnie można by z niego wykroić kilka artykułów na różne tematy.

Koniec z wymówkami. Do roboty!

Przeczytałam ten text na facebookowym profilu dr Estes kilka tygodni temu i na początku pomyślałam, że przetłumaczę go jako suplement do odcinka o La Lloronie. Doszłam jednak do wniosku, że więcej osób przeczyta go jeżeli wydzielę go do osobnego posta, więc oto on. Z dedykacją dla wszystkich, którzy nie mogą wyrobić się z pracą wink3.

Tytuł ode mnie zeby.

—————————————————————————————-

Drogie Dzielne Dusze:  oto cztery błędy, które często popełniają twórcy, w wyniku czego ich dzieła nigdy nie zostają ukończone.

1. Przekonanie, że trzeba mieć wiele wolnego czasu aby to co tworzymy było dobrej jakości.

2. Przekonanie, że należy znajdować się w spokojnym (w puste miejsce wstaw własne określenie) otoczeniu aby to co tworzymy było dobrej jakości.

3. Przekonanie, że należy dokładnie znać każdy niuans przed rozpoczęciem aby to co tworzymy było dobrej jakości.

4. Przekonanie, że można ruszyć bez planu i dotrzeć do miejsca przeznaczenia.

Na każde z tych przekonań da się znaleźć sposób:

1. Ustal jako swój cel pisanie, rzeźbienie, malowanie, uczenie, planowanie, sprzątanie, tworzenie, wykonywanie, opiekowanie się, oglądanie, badanie itd przez x minut/godzin dziennie.

Następnie zrób to.

2. Wiedz, że możesz pisać, rzeźbić, malować, uczyć, planować, sprzątać, tworzyć, wykonywać, opiekować się, oglądać, badać itd w trakcie gdy lata spaghetti, psy ujadają, boli głowa, żołądek się buntuje, rozpraszają cię atrakcyjne osoby lub czynności, kochane dzieci, dobrotliwi starsi, kumple, przyjaciele, gdy nie masz czasu ogarnąć domu, gdy stawiasz czoła wielkim wyzwaniom i gdy przechodzisz przez piekło.

Wykonuj swoją pracę. Codziennie.

3. Na litość boską, wiem, że wiesz, że Duch Twórczy jest istotą, która współtworzy razem z tobą. No to pozwól mu na to.  Zostaw miejsce dla ożywiającego ducha, by pomógł sprowadzić inne światy i inne pomysły. Zostaw bramy otwarte. Albo chociaż szczelinę w nich. Albo śluzę w tamie.

Słuchaj tego co ci mówię.

4. Przygotuj plan, zarys, spis treści, narysuj go, namaluj albo napisz i przyczep do ściany.

Trzymaj się go I/ALE zostaw też otwarte drzwi dla Ducha św. oraz Angelitos y Santitos (aniołków i świętych – przyp. Anna Lawenda), żeby wpadali cię odwiedzić i podpowiadali rozwiązania*.

Oto migawka z mojego dzisiejszego dnia: wstawanie, modlitwa, zwyczajne poranne mycie, ciasto ryżowe z masłem orzechowym, herbata imbirowa. Spoglądam na listę, którą zrobiłam poprzedniego wieczora, od razu widzę, że wszystkiego nie skończę w jeden dzień, więc stawiam czerwone gwiazdki przy sprawach priorytetowych. Dzwonię do sklepu, żeby dowiedzieć się czy dostępne są dwie rzeczy, na których mi zależy. Nie ma ich, więc zaoszczędzę czas na podróż. Wkładam benzynę do ciężarówki. Dodaję kartonowe pudła do recyclingu. Podchodzę do stołu do pisania, spoglądam na zarys najnowszego projektu, który chodzi mi po umyśle. Nie czytałam go od dwóch dni, więc jest świeży. Jestem podexcytowana. To musi wypalić. Spędzam kilka minut na zastanawianiu się: Nie wiem czy mogę zaczynać ten nowy projekt z powodów x, y i z. Ucinam szybko te dywagacje, przypominając sobie ile dusz czeka właśnie na to, żebyśmy ucinali swoje wahania i po prostu wykonywali pracę. Siedzę i piszę ręcznie strona za stroną. Mija godzina. Szacuję, że napisałam jakieś 800 słów. Ręka zaczyna mnie boleć. Całość powinna mieć nie mniej niż 80,000 słów. Spędzam minutę dręcząc się tym czy dam radę napisać aż w 80,000 słowach o tym co jest użyteczne, znaczące oraz piękne tak aby miało to ręce i nogi. Moje anioły mówią, żebym przestała. Idę zjeść trochę owoców jagodowych. Myję zlew i zabieram ubrania do treningu do prania. Ustawiłabym minutnik, ale nie mogę go znaleźć. MUSZĘ uporządkować biurko [znowu]. Biorę cztery pudła. Papiery, ubrania [nawet nie pytaj], przedmioty, książki. Potem odpowiadam na przynajmniej sześć emaili. Następnie dwie rozmowy telefoniczne w sprawach zawodowych. Przez około dwadzieścia minut rozmawiam z rodziną z czego dziesięć zajmuje mi znalezienie śmiesznego zdjęcia, które wysyłam im, żeby się pośmiali. Wracam do biurka. Czuję się zmęczona. Potrzebuję białka. Przygotowuję rybę i sałatkę. Lepiej. Spędzam 20 minut na poszukiwaniach wiadomości o egzotycznych motylach, gdy nagle odzywa się minutnik [który w końcu odnalazłam]. Schodzę na dół, wyciągam jedno pranie i ładuję następne. Z powrotem na górę, odbieram telefon, z radością rozmawiam na tematy nie mające NIC wspólnego z egzotycznymi motylami. Siedzę przy biurku i piszę trzy projekty “na wczoraj” oraz oś czasu dla nich, po raz enty zdaję sobie sprawę, że naprawdę, ale to naprawdę potrzebuję się sklonować i to od razu w kilku kopiach. 😀 . Tworzę szkic nowego projektu. Oglądam wideo z informacjami, których potrzebuję, ale kurczę, strasznie nie lubię oglądać widea, kiedy potrzebuję ZAPISANYCH wiadomości, z którymi zapoznanie zajęłoby może 10 minut. Zamiast tego muszę oglądać trwającą 59 minut całość, aby wyłowić je wszystkie. Odpowiadam na trzy emaile dotyczące dochodzenia do siebie po urazie oraz kilkanaście próśb o modlitwę. Około południa zatrzymuję się aby pomodlić. Potem powracam do pracy, oglądam wideo, robię notatki, komentuję je i segreguję. Słychać hałas w głębi domu. Coś spadło. Myślę, że to inwazja na moją siedzibę, ale w rzeczywistości to mała, o wiele zbyt mocno obciążona półka, która nie wytrzymała nadmiaru ładunku. Wypakowuję z niej chyba z dwie tony książek i odkładam na bok, tam gdzie powinny stać. Wracam do stołu, przy którym pracuję. O nie! Znowu minutnik! Schodzę na dół, kolejna tura prania. Czuję się niemal purytańsko…WSZYSTKIE ubrania czyste naraz, hahaha! Otwieram rozdziały dla nowych projektów, tworząc dla każdego plik w komputerze. Zaczynam przepisywać notatki. Zatrzymuję się aby napisać więcej ręcznie. Czas znaleźć narzędzie obrotowe, żeby stępić fragment biurka, który ułamał się i zostawił zadzior. Ha, i dokładnie wiem gdzie znajduje się wiertarka! Używam jej, od razu lepiej. Muszę wnieść na górę biblioteczkę. Demontuję ją i wnoszę po dwóch rzędach schodów. Od razu lepiej. Teraz czas na obiad, a potem trzeba wynieść śmieci. Zauważam, że toalety proszą się o uwagę…ich potrzeb nigdy nie da się zaspokoić. Wymieniam dwie spłuczki, zostaje mi jeszcze jedna. Spoglądam na zegarek, jest już szósta po południu. Nie skończyłam jeszcze roboty ani pisania na dzisiaj, ale mam już gotowych 1600 dobrych, solidnych słów na stronie plus czyste ubrania, kontakt z rodziną, dobre jedzenie, czas na poszukiwania itd.

TO JEST TYPOWY DZIEŃ, a przecież nie dotarłam jeszcze do momentu, gdy kładę się spać. Pamiętaj, że pisałam Biegnącą z Wilkami przez ponad dwadzieścia lat wychowując dziecko, chodząc do szkoły i pracując na cały etat.

Filarami mojego twórczego życia jest modlitwa poranna, południowa i wieczorna, od dziecka zamykam dzień modlitwą do anioła.

Nie sugeruję, żeby każdy pracował tak jak ja ani modlił się tak jak ja, chodzi o to, aby pracować codziennie na swój własny sposób i tworzyć regularnie tyle ile dasz radę. Wiem, że wiesz co teraz powiem, bo zawsze mówię to samo:  ważny jest postęp, a nie perfekcja. Taki cel stawiam sobie i delikatnie radzę tobie zrobić to samo.

Jeżeli wątpisz, to naprawdę sugeruję abyś mnie posłuchał/-a. Wiele przeżyłam i zabliźniło się we mnie wiele ran. Znowu powołując się na Biegnącą z Wilkami, przypomnę ci, że każdego dnia i nocy niesiemy wewnątrz siebie spokojny las. Świat na zewnątrz może z nim współgrać lub nie, ale to jest właśnie wewnętrzny las, la selva subteranea, las podświadomości, w którym rosną i dzikie oraz chaotyczne pomysły, i spokojne planowanie. To dzięki niemu tworzymy.

A teraz wstawaj, jeszcze nie jest zbyt późno, możesz śmiało tworzyć przez następnych pięć czy pięćdziesiąt minut…każda z nich jest cenna. Rób tak jak chcesz i jak ci pasuje, ale nie wymiguj się od pracy. Nie bądź twórczy/-a w wymyślaniu powodów, dla których nie możesz być twórczy/-a.

Z miłością,
dr.e

Oryginał znajduje się tu

* I tu się w pełni podpisuję pod tym o czym mówi dr E. Wprawdzie nie uznaję kultu aniołów i świętych, ale gdy rok temu tłumaczyłam bardzo długi i skomplikowany post o Sofii Boskiej Mądrości na anglojęzyczną wersję mojego bloga o boginiach, to tak naprawdę jedyne co musiałam zrobić to siąść i stukać na komputerze, bo post dosłownie sam się tłumaczył. Słyszałam w umyśle jak ktoś dyktował mi dokładnie zdanie po zdaniu. Naprawdę. Nie ściemniam. Takie osobowości jak Jane Leade czy Władimir Sołowjow doznawały wizji, w których przemawiała do nich Sofia, ale nawet jeżeli mnie objawiła się tylko poprzez przekład textu na angielski to jak najbardziej mi to wystarcza i czuję się zaszczycona.