Category Archives: Impresje Anny

Dzień Przesilenia

Jesteśmy już po najdłuższej nocy w roku i od dzisiaj dnia zacznie przybywać. To dla mnie najbardziej magiczny i przepełniony symboliką czas w roku, dlatego  życzę z tej okazji wszystkiego najlepszego, oby spełniły się wasze marzenia i  nigdy nie zabrakło miejsca na nowe.

Przypominam też co pisałam na temat przesilenia zimowego w poprzednich latach:

https://biegnaczwilkami.wordpress.com/2013/12/22/nie-poprawiajmy-slonca/

i

https://biegnaczwilkami.wordpress.com/2012/12/21/czas-powrotu-slonca/

Bardzo serdecznie dziękuję wszystkim odwiedzającym, komentującym oraz lubiącym profil bloga na FB, zebrała się tam już taka ilość osób, o jakiej nigdy nie marzyłam.

Pozdrawiam serdecznie, do zobaczenia w Nowym Roku!

greetings

Opowiadać Opowiadania o Opowiadaniach…

… bo takie chyba postawiłam sobie zadanie, kiedy w kwietniu 2012 bardzo nieśmiało zasiadłam do pisania tego bloga, nie wiedząc jeszcze dokładnie jak będę go prowadzić. Liczyło się tylko to, aby przybliżyć polskim czytelnikom Biegnącą z Wilkami czyli Archetyp Dzikiej Kobiety w Mitach i Legendach dr Clarissy Pinkoli Estes.

I oto stało się: przedstawiłam wszystkie rozdziały książki. Może to dziwnie zabrzmi, ale zupełnie się tego nie spodziewałam, kiedy zakładałam bloga – omówienie całości wydawało mi się tak odległą przyszłością, że nie brałam jej w ogóle pod uwagę.

Samo przeczytanie Biegnącej z Wilkami pomogło mi odnaleźć siebie i poukładać psychikę, a pisanie o tej książce i dzielenie się przemyśleniami sprawiło, że zainteresowałam się wnioskami Carla Gustava Junga i powróciłam do tworzenia swojej własnej opowieści, chociaż wydawało mi się, że to już nigdy się nie stanie. Wiele zrozumiałam i stałam się mniej podatna na to co próbuje w mój tok myślenia wtłoczyć kultura, sądzę, że w wielu aspektach powróciłam do tego, co dr E nazywa stanem dzikości. Co ciekawe, choć książka mówi o kobietach i jest dla kobiet przeznaczona, to patrząc przez pryzmat własnych obserwacji oraz założeń Junga, doszłam do wniosku, że rozciągnęłabym pojęcie Dzikiej Kobiety na Dziką Istotę, tak by obejmowało również mężczyzn z silną animą, niesłusznie w naszej kulturze lekceważonych.

Czy to znaczy, że teraz zakończę bloga? Oczywiście nie. Mam zamiar nadal publikować co najmniej raz w miesiącu dokładnie tak jak do tej pory, a skoncentruję się dwóch tematach:

1) tym co dr Estes pisze poza Biegnącą z Wilkami czyli fragmentami innych jej książek, textami czy analizami oraz statusami z FB

oraz

2) kontynuowaniem prezentacji ważnych motywów jungowskich, które są ogółowi raczej nieznane, a które pomagają zrozumieć zachowanie swoje i innych. Od razu podaję linki do kilku stron, jakie mogę polecić

PL

blog Pastuha (który mam zamiar przywoływać w przyszłym roku)
Polskie Towarzystwo Analizy Jungowskiej

EN

Carl Jung Depth Psychology : grupa i blog
Jung Hearted  i jego blog Jung Currents

Jednocześnie serdecznie dziękuję wszystkim za czytanie, komentowanie i wspieranie mnie w mojej pracy. Kiedy na swoim osobistymi blogu Lawendowe Pola zamieściłam dwie baśnie rosyjskie Piórko Finista Jasnego Cud Sokoła oraz Królewna w Żabę Przemieniona, natychmiast pojawiły się komentarze: ‘Super, ale gdzie twoja analiza?’. Tak jak zawsze podkreślam nie mam wykształcenia psychologicznego i nie czuję się wystarczająco kompetentna, żeby samej tworzyć analizy; tej jesieni miałam wielką ochotę zapisać się na zajęcia prowadzone przez Polskie Towarzystwo Psychoanalizy Jungowskiej, ale niestety, moje plany udaremnił szef nadgodzinami. Obiecuję, że gdybym jednak poczuła się na siłach to napiszę parę słów własnej analizy.

Na razie pozostaję przy pracy nad własną opowieścią, zainteresowanych fantastyką oraz duchowością serdecznie zapraszam.

Dziękuję wszystkim jeszcze raz i życzę udanej końcówki roku.

Anna ‘Lawenda’ Solun

PS. Na rynku anglojęzycznym właśnie ukazało się tłumaczenie oryginalnych baśni braci Grimm, które są w miarę najwierniejszym odtworzeniem podań ludowych i które zostały potem przez braci złagodzone w wymowie – na początku to własna matka wyganiała z domu Jasia i Małgosię czy życzyła śmierci Śnieżce. Więcej o tym tu oraz po angielsku tutaj.  Zastanawiałam się oczywiście jak to wpływa na ich interpretację, może przy okazji podzielę się wnioskami.

Nie Poprawiajmy Słońca

Wszystkim życzę radości w czas zimowego przesilenia. Czy jesteś wikkaninem, czy chrześcijaninem, czy muzumaninem, czy żydem, czy obchodzisz Yule, czy Boże Narodzenie, czy Hanukkę, czy Yaldę, pamiętaj że czas grudnia był od wieków czasem świętowania w praktycznie wszelkich kulturach na całym świecie. Moment gdy dzień staje się ponownie dłuższy, a noc krótsza jest magicznym i wyrazistym symbolem nieustannej walki między Światłem a Ciemnością, Porządkiem a Chaosem, Dobrem a Złem i wszelkimi innymi przeciwstawnymi siłami. Ciesz się tym momentem niezależnie od tego jakie rytuały religijne będziesz przeprowadzać i błogosław słońce powracające do twego życia.

A co do towarzystwa w te dni to coraz bardziej skłaniam się do tego, żeby otaczać się ludźmi, którzy sprawiają że czujemy się dobrze i bezpiecznie w ich towarzystwie, którzy motywują nas do robienia pozytywnych rzeczy i przy których rozkwitamy. To często wymaga aby rozstać się z osobami sprawiającymi że czujemy się zdenerwowani, zmęczeni i przytłoczeni, tymi krytykującymi, wiedzącymi lepiej, znającymi się na wszystkim etc. Coraz mocniej wierzę, że trzeba się od nich odseparować, inaczej przypominamy roślinę nie będącą w stanie się rozwinąć, bo zagłuszają ją chwasty. Uważam, że po prostu trzeba to zrobić, nawet jesteśmy powiązani z tymi osobami genetycznie. To banał, ale najlepszym prezentem jest miłość, a nieodłączną częścią miłości są szacunek i akceptacja. Jeżeli nie dostaje się ich od otoczenia, to trzeba zmienić otoczenie. Nie mamy obowiązku dostosowywać się do poziomu ogółu ani znosić nieprzyjemność, no naprawdę życie jest na to zbyt krótkie! Polecam felieton Pauliny Młynarskiej.

A oto co dr E pisze na temat jesienno – zimowego czasu świętowania:

Drogie Dzielne Dusze, w Stanach Zjednoczonych wiele dni świątecznych ma miejsce szczególnie w czas powrotu promiennego Blasku do przygasłego w  okrytym ciemnościami świecie zimowego słońca.

Kilka słów aby przypomnieć sercu i duszy o tym co się świętuje, niezależnie od tego gdzie, z kim i jak się świętuje.

Nic nie opuszcza planety.
Miłość naprawdę wystarcza.
Świętowanie nie może być powodem wpadania w pułapkę kredytów.
Coś co zrobisz samemu może być warte o wiele bardziej niż złoto.
Jeśli chodzi o dzieci, które nie skończyły jeszcze dziesięciu lat:
przynieś mini lodówkę, połóż obok prezentów i obserwuj co się wydarzy.
Miłość okazuje się oczyma, dotykiem, słowem, piosenką, słuchaniem,
odwiedzaniem, czytaniem, koncentrowaniem całej uwagi i
nie rozpraszaniem się telefonem komórkowym, gotowaniem,
rozdzielaniem obowiązków, pomaganiem w sprzątaniu,
sprawianiem, że inni spontanicznie się śmieją i
dawaniem prezentów skierowanych na duszę obdarowanego.

Cała reszta jest jak próba haftowania serwetki dookoła słońca w nadziei, że je poprawimy i będzie ładniej wyglądać.

Przesyłam miłość

dr.e

Status z 21.11.13

https://www.facebook.com/pages/Dr-Clarissa-Pinkola-Estes/29996683634

greetings

Mały Cud

Miałam się nie odzywać przez wakacje, ale pojawił się dobry powód, aby przerwać letnią siestę.

Nie wiem czy ktoś pamięta sytuację, którą opisywałam w La Lloronie, pozwólcie że zacytuję dla przypomnienia:

Znam taki przypadek osobiście. Zdolna dziewczyna mająca i wizję, i dobry warsztat pisarski tworzyła przez wiele miesięcy powieść fantastyczną w wielu odcinkach. Publikowała ją na portalu pisarskim, gdzie zbierała pozytywne recenzje, jednak w chwili osobistego kryzysu (i jak podejrzewam depresji) skasowała swoje konto z całą zawartością. Jak się później dowiedziałam, destrukcji uległy także wszystkie jej texty na twardym dysku. Kiedy dziewczyna jakoś się pozbierała, próbowała pisać raz jeszcze, tym razem na blogu, ale i on przetrwał tylko kilka miesięcy, po czym został przez nią skasowany. Z tego co się orientuję nie miała w otoczeniu nikogo, kto by ją wspierał w pisaniu, przychylne opinie pochodziły chyba tylko z naszego portalu pisarskiego, tak czy inaczej i zewnętrzne, i wewnętrzne podszepty destrukcyjnego w tym wypadku animusa skutecznie zatruły jej twórcze wody. Nie wiem co teraz robi, czy pisze, czy zupełnie się poddała, ale myślę, że jeżeli faktycznie to zrobiła, skrzywdziła najbardziej samą siebie, bo całą swoją naturą, całą sobą jest twórczą rzeką.

Gdzieś w głębi ducha bardzo chciałam, żeby przeczytała ten fragment, chociaż patrząc realistycznie nie było na to zbyt dużej szansy. Kiedy pisałam te słowa nie miałyśmy ze sobą kontaktu od dwóch lat, więc nie wiedziała o tym blogu i nie mogła znać adresu.

A jednak, cud się wydarzył. Trafiła tu, przeczytała analizę La Llorony i ku mojej wielkiej radości napisała do mnie. Niestety, z jej emaila dało się wyczuć przygnębienie, z tego co opowiada wynika, że nadal przebywa w mało ją wspierającym otoczeniu. Tym co wydało mi się najsmutniejsze był fakt, że określiła siebie jako ‘była pisarka’.

To nieprawda. Zawsze w takich wypadkach parafrazuję powiedzenie Maca Taylora z pozornie mało psychologicznego serialu CSI:NY (‘Kryminalne Zagadki Nowego Jorku’): Once a marine, always a marine (Jeżeli raz zostanie się żołnierzem marynarki, to pozostaje się nim już na zawsze). Nie można przestać być pisarką (czy malarką, czy rzeźbiarką, czy piosenkarką etc.). To że się w danym momencie nie tworzy nie oznacza, że przestała istnieć potrzeba wyrażania się. Nie umiera talent do uważnego obserwowania, głębszego postrzegania, przedstawiania pozornie zwykłej sytuacji w zupełnie innym świetle, a przede wszystkim przyciągania uwagi odbiorcy i poruszania w nim struny, której nic innego nie dotknie i której nie jest nawet świadomy. To jest źródło, które będzie zawsze biło, bo taka jest siła wody. Nie na darmo to ten element symbolizuje uczucia i twórczość, wody nie da się zatrzymać. Jeżeli ktoś będzie próbował zatamować źródło tam, gdzie biło do tej pory, to wytryśnie w innym miejscu. Nie dasz rady przestać być pisarką.

To nie brak wyobraźni Cię powstrzymuje przed pisaniem, tylko wewnętrzny krytyk. I co najdziwniejsze, to wcale nie musi być głos twierdzący, że nie potrafisz pisać, to również Twoje własne oczekiwania: żeby text został wydany, żeby nie był krytycznie przyjęty przez otoczenie, etc. Uciszenie ich to pierwszy krok do oczyszczenia rzeki, bo słuchając tych podszeptów będziesz ciągle natykać się na kolejne tamy i w rezultacie nie stworzysz niczego, co byłoby zgodne z Twoim własnym wnętrzem. A to jest przecież sedno tworzenia: wyprowadzać to co wewnątrz na zewnątrz w formie, jaka najbardziej współgra z nami samymi. Spróbuj się na tym skoncentrować, nie na okolicznościach zewnętrznych, po prostu pisz co Ci siedzi w sercu, nie zastanawiaj się co inni na ten temat powiedzą. Nie przejmuj się tym na razie. Być może za jakiś czas okoliczności zmienią się diametralnie, może zmienisz się Ty, być może to co teraz wydaje Ci się przeszkodą nie do przejścia, zniknie zupełnie albo Ty będziesz na tyle silna aby sobie z nią poradzić. Ale, tak jak mówi dr E, Zacznij. Tak się czyści rzekę.

Pamiętasz, że swojego czasu też nie chciałam wracać do pisania? Pamiętasz, co wtedy mi odpowiedziałaś? Może przypomnę:

Początkowo byłam rozczarowana, kiedy przeczytałam, że nie zamierzasz wracać do pisania naszego wspólnego projektu. Ale potem podeszłam do tego faktu bardziej optymistycznie i postanowiłam po prostu dokończyć moją część pracy, a resztę zostawić Tobie i szczęśliwemu losowi. Bo kto wie… Może za trzy lata zdecydujesz się jednak dopisać swoje części, za pięć lat znajdziemy dla tej książki wydawcę, a za dziesięć lat będziemy opijać sukces szampanem. Przecież ja też postanawiałam już więcej do tej książki (i pisania w ogólności) nie wrócić. Dlatego proszę, nie zarzekaj się, że nie będziesz już pisać opowieści z tej serii, bo życie – czasami na szczęście, czasami na nieszczęście – bywa nieprzewidywalne. Pozostaw mi furteczkę nadziei…

Wprawdzie nie do naszego projektu teraz wróciłam, tylko do mojej najstarszej opowieści, no ale nie mów, że nie miałaś racji!

I wiedz, że nie jesteś sama, masz przynajmniej jedną cheerleaderkę czyli mnie zeby. Przypuszczam też, że co najmniej kilkoro czytelników tego bloga przeżywało kiedyś to, co Ty i może się wczuć w Twoją sytuację. A jeżeli nie będę chwilowo Twoją cheerleaderką to pewnie tylko dlatego, że odgrywam rolę współczesnego Wolanda wydobywając Twoje texty z czeluści mojego laptopa. Dokumenty wordowskie nie płoną grin. Małe cuda się zdarzają i to wtedy kiedy się ich kompletnie nie spodziewamy. Ale sądzę, że na cuda trzeba sobie solidnie zapracować, więc proponuję zabrać się do roboty wink3. Spokojnie i w swoim tempie, bez żadnej presji, ale od razu.

A przynajmniej nie zatruwać już rzeki. Jest zbyt bystra, żeby stawiać jej nurtowi tamy.

Odcinek 11: Manawee. O jedności z drugim człowiekiem i współistnieniu przeciwieństw

biegnaca z wilkami manawee

Manawee

Był sobie młodzieniec, który zalecał się do dwóch sióstr bliźniaczek. Jednak ich ojciec powiedział:

— Nie dostaniesz ich za żony, dopóki nie odgadniesz ich imion.

Manawee myślał i myślał, zgadywał i zgadywał, ale nie odgadł imion sióstr. Ich ojciec potrząsał tylko głową i za każdym razem odsyłał Manawee z niczym.

Pewnego dnia, idąc z wizytą do sióstr, Manawee zabrał ze sobą swego małego psa, który od razu zauważył, że jedna z sióstr jest pięk­niejsza niż druga, druga zaś słodsza niż pierwsza. I choć żadna z nich nie posiadała wszelkich cnót, obie piesek polubił, bo dawały mu smakołyki i uśmiechały mu się prosto w oczy.

Tego dnia Manawee znowu nie odgadł imion dziewcząt i ciężkim krokiem wracał do domu. Ale jego piesek pobiegł z powrotem do chaty młodych kobiet. Przytknął ucho do jednej ze ścian i usłyszał, jak siostry chichocząc, rozmawiają o Manawee, jaki jest przystojny i męski. Piesek usłyszał, jak zwracają się do siebie po imieniu, i ile sił w nogach pobiegł do swego pana, by mu to powiedzieć.

Jednak niedaleko ścieżki, którą wracał, lew porzucił wielką kość z mięsem; pies zwęszył ją natychmiast. Nie zastanawiając się, dał nura w zarośla i rzucił się na kość. Uszczęśliwiony zaczął ją lizać i tarmosić, aż wylizał ją do czysta. Dopiero wtedy przypomniał sobie o swym zadaniu, ale niestety, całkiem zapomniał imiona młodych kobiet.

Ruszył więc z powrotem do chaty sióstr. Nastała już noc, dziewczyny nacierały ręce i nogi wonnym olejkiem. Wyglądało na to, że przygoto­wują się na jakąś uroczystość. Znowu mały piesek usłyszał, jak mówią do siebie po imieniu. Aż podskoczył z radości i pędem pobiegł do chaty Manawee, kiedy z zarośli dobiegł go zapach świeżej gałki musz­katołowej.

A trzeba wiedzieć, że dla naszego pieska nie było większego przy­smaku niż gałka muszkatołowa. Bez namysłu więc zboczył ze ścieżki i popędził w busz, gdzie na drewnianym balu leżał pieczony pasztet. Wkrótce nic z niego nie zostało, a piesek pachniał gałką muszkatołową. Z pełnym brzuchem ruszył do domu, próbując sobie przypomnieć imio­na bliźniaczek, ale na próżno, bo znowu je zapomniał.

Po raz trzeci więc zawrócił do ich chaty. Tym razem zobaczył, że przygotowują się do wesela.

— O nie! — pomyślał piesek — za chwilę będzie za późno!

I kiedy siostry znowu wymieniły swoje imiona, zapamiętał je dobrze i pospieszył do swego pana, postanawiając, że nic mu już nie przeszkodzi w zaniesieniu tej cennej wiadomości Manawee.

Na drodze leżało świeżo ubite zwierzę, ale pies przeskoczył je, nawet się nie zatrzymując. Przez chwilę zdało mu się, że w powietrzu unosi się zapach gałki muszkatołowej, ale nie zważając na to, biegł dalej do domu, do swego pana. Nie spodziewał się tylko, że z ciemności lasu wyskoczy na niego nieznajomy człowiek, złapie go za szyję i potrząśnie z całej siły.

Tak się właśnie stało, a obcy człowiek cały czas krzyczał:

— Powiedz mi ich imiona! Mów, jak się nazywają te dwie młódki,
żebym mógł je zdobyć!

Zdawało się pieskowi, że padnie bez życia, tak silny był uścisk pięści wokół jego szyi, ale walczył dzielnie. Warczał, drapał, kopał i wreszcie ugryzł napastnika w rękę zębami ostrymi jak osy. Nieznajomy zawył jak bawół, ale piesek nie puszczał. Człowiek wbiegł do buszu z małym pieskiem zwisającym mu u ręki.

— Puść, puść mnie, piesku, to ja też dam ci spokój — prosił
nieznajomy.

A pies zawarczał przez zęby:

— Nie waż się tu wracać, bo nie doczekasz poranka.
Nieznajomy uciekł do buszu, jęcząc i trzymając się za obolałą dłoń.

A mały piesek pospieszył do swego pana, Manawee.

I mimo że broczył krwią i szczęki go bolały, imiona dziewcząt pozo­stały w jego pamięci. Rozpromieniony pokuśtykał do Manawee. Ten de­likatnie obmył mu rany, a piesek opowiedział mu całą historię i wyjawił imiona sióstr. Manawee pobiegł ile sił do wioski, w której mieszkały; na ramionach niósł pieska, którego uszy powiewały jak dwa końskie ogony.

Kiedy wypowiedział przed ojcem imiona obu córek, bliźniaczki przyjęły go całkowicie ubrane do drogi; w istocie cały czas na niego czekały. Tak to Manawee zdobył dwie najpiękniejsze dziewice w nad­rzecznej krainie. I wszyscy czworo, siostry, Manawee i mały piesek żyli długo i szczęśliwie.

Krik-krak, krik-krak,

To było właśnie tak.

————————————————————————–

Skoro była już mowa o Dzikiej Kobiecie, to najwyższy czas przyjrzeć się także Dzikiemu Mężczyźnie. Element żeński i męski współistnieją ze sobą od zawsze nie tylko w przyrodzie, ale i w kulturze oraz religii. W hinduizmie Trimurti, męski aspekt boskości (Brahma, Wisznu, Śiwa) współistnieje z aspektem żeńskim Tridewi (Saraswati, Lakszmi, Parwati). Również mitologia mezopotamska i śródziemnomorska pełna jest par bóstw związanych ze sobą cyklami śmierci i odrodzenia, by wymienić tylko Inannę i Dumuziego (W micie babilońskim Inanna o cedrowych udach wzywa swego ukochanego, boga-rolnika: „Przyjdź do mnie ze swoją dzikością”), Isztar i Tammuza, Kybele i Attisa czy Afrodytę i Adonisa. Dlatego kobieta czerpiąca siłę z intuicji, natury i jej cykli potrzebuje mężczyzny, który rozumie i szanuje jej sposób bycia tak samo jak mężczyzna potrzebuje kobiety mądrej, uważnej i potrafiącej wyjść mu naprzeciw. O poszukiwaniu drogi do siebie opowiada baśń afroamerykańska opowiedziana dr E przez V.B. Washington, na potrzeby literackie nazwana Manawee.

PODWÓJNA NATURA

Odczytując baśń na dosłownym poziomie można założyć, że opowiada ona o poligamii, ale chyba nikt nie trafia w to miejsce by szukać znaczeń dosłownych zeby. Przyjrzyjmy się baśni o Manawee w kategoriach związ­ku między kobietą i jej partnerem, pamiętając cały czas, że „to, co na zewnątrz, jest odbiciem wnętrza”. Warstwa symboliczna mówi o tym, że zrozumienie i głębokie uczucie nie przychodzą ot tak, po prostu, ale znowu, tak jak w innych baśniach, aby je posiąść trzeba udać się na wyprawę, okazać cierpliwość, rozwiązać zagadkę i zaprząc do pracy instynkt (pojawiający się tutaj w postaci psa). Kluczem do sukcesu jest zrozumienie i zaakceptowanie podwójnej natury, dopiero wtedy mogą odbyć się zaślubiny. Próby pojęcia podwójnej natury kobiety często sprawiają, że mężczyźni, a nawet i same kobiety, przymykają oczy i błagalnie zawodzą, prosząc niebo o pomoc. Paradoks bliźniaczej natury kobiety polega na tym, że jedna strona jest chłodna, druga — gorąca. Jedna jest zdolna do trwałych i bogatych związków, druga może być wręcz lodowata. Często jedna jest radosna i elastyczna, druga — „sama nie wie, czego chce”. Jedna — słoneczna, uśmiechnięta, druga — smutna i zadumana. Te dwie kobiety w jednej to oddzielne, ale zjednoczone elementy, które w psy­chice mogą tworzyć tysiące kombinacji. Aby przedstawić to obrazowo powołam się na z pewnością doskonale znany symbol yin i yang, przedstawiający wszelkie przeciwieństwa świata, które są ze sobą połączone i współistnieją mimo diametralnych różnic między nimi.

Yin to wszystko co ciemne, zimne, ciężkie, wilgotne, delikatne, kobiece, nieruchome, bierne, czarne, niebieskie i zielone wraz z odcieniami, związane ze sferą snu, księżyca, zimą, doliną, ziemią, liczbami parzystymi, tym co znajduje się niżej, na prawo, wewnątrz i z tyłu, a także z pustką, krzywizną i ogrodem. Yang natomiast przejawia się w tym co jasne, ciepłe, lekkie, suche, twarde, męskie, białe, czerwone wraz z odcieniami, ruchome, aktywne, związane ze sferą rzeczywistości, słońca, lata, góry, nieba, liczbami parzystymi, tym co znajduje się wyżej, na lewo, na zewnątrz i z przodu, a także z domem, bryłą i kształtem geometrycznym. Jak mówi Jacek Kryg, znawca metafizyki chińskiej, elementy te współistnieją ze sobą, bo określamy jeden odnosząc się do drugiego, którego obraz od razu pojawia się w naszym umyśle (aby stwierdzić, że ławka, na której chcemy usiąść jest sucha automatycznie stwierdzamy, że nie jest mokra). Podobnie jest z naszą wewnętrzną, introwertyczną oraz ekstrawertyczną i nastawioną na zewnątrz naturą, mimo wielkich różnic muszą one ze sobą współistnieć.

Motyw bliźniąt i ich walki między sobą pojawia się w wielu kulturach, w Europie najbardziej znany jest z mitu o Remusie i Romulusie, ale pojawia się także wśród pierwotnych plemion Ameryki (opowieść o dwóch chłopcach, potomkach Aataentsic, również bardzo podobny mit o Gluskapie i Malsumie, stąd kobiety starały się unikać jedzenia podwójnych owoców, które uważano za nasilające prawdopodobieństwo urodzenia bliźniąt) czy Afryki (Nommo). Opowieści te symbolicznie przedstawiają sytuację, gdy dwa pierwiastki nie potrafią zachować równowagi i tworzyć całości, a pozbawione kontroli rozpoczynają proces autodestrukcji. Przekładając to na język psychiki, ważnym jest aby nasza podwójna natura potrafiła dogadywać się między sobą i współistnieć jako jeden organizm; jeżeli jedna ze stron będzie ukrywana lub faworyzowana, to brak równowagi zachwieje podstawami i siłami życiowymi, nie będziemy się w pełni realizować.

Jednak symbol bliźniąt niesie także ze sobą podwójny potencjał, a zatem podwójną siłę. I znowu pierwszym co nasuwa się osobie wychowanej w kulturze europejskiej to Dioskurowie czyli boskie bliźnięta Kastor i Polideukes (Polluks), ale dr E wspomina także o społecznościach, które uważają bliźnięta za dwa osobne byty połączone jedną duszą, dlatego nawet po śmierci bliźnięta karmi się, daje podarunki, rozmawia z nimi i składa ofiary. W kulturach afrykańskich oraz karaibskich, gdzie silne są wierzenia voodoo bliźnięta posiadają juju – energię duszy, dlatego należy podawać im takie samo jedzenie, dbać aby nie były względem siebie zazdrosne i szczególnie dbać o ich rozwój, zwłaszcza nie dopuścić by umarło jedno, bo wtedy również umiera i drugie, a całą wspólnotę dotyka zły los, gdy zabraknie juju. Obrazuje to doskonale jak bardzo powinniśmy dbać o to by nasze obydwie natury, i ta nastawiona na zewnątrz, i ta skierowana na życie wewnętrzne, pozostawały ze sobą w harmonii. Siłą bliźniaczej natury jest współdziałanie dwóch pierwiastków jako integralna całość. Symboliczną postacią reprezentującą integralność natury utrzymującą w równowadze obydwa elementy jest ojciec. To on wystawia na próbę wartość zalotnika, jego prawość. Sens tego fragmentu jest taki, że zdrowa psychika poddaje sprawdzianowi nowe elementy, które chcą się do niej przyłączyć. Zdrowa psychika, która ma opiekuńczego ojca, nie przyjmuje każdej zużytej, banalnej myśli, postawy czy osoby, tylko te, które są mądre i wyczulone lub robią wszystko, by się takimi stać. Ojciec sióstr mówi: „Czekaj. Dopóki mnie nie przekonasz, że naprawdę pragniesz poznać kwintesencję rzeczy — prawdziwe imiona — dopóty nie dostaniesz moich córek”.

Bliźniaczą naturę widać wyraźnie w postaciach sióstr, ale również sam Manawee reprezentuje dwa aspekty: cywilizowany i ludzki jako młodzieniec oraz instynktowny i dziki reprezentowany poprzez postać psa, który od wieków wiązany był ze światem podziemia i tajemnic (podając za przykłady chociażby postacie Anubisa, boga z głową szakala, pilnującego wrót Hadesu Cerbera czy bogini Hekate, której towarzyszyło właśnie to zwierzę)*. Ludzki charakter, choć dobry i kochający, nie wystarcza, by odnieść sukces w zalotach. To pies, symbol naturalnego instynktu, potrafi się podkraść do kobiet i bystrym słuchem rozpoznać ich imiona. To pies uczy się pokonywać światowe pokusy i zachować najważniejszą wie­dzę. To pies Manawee ma wyostrzony słuch i wytrwałość, to jemu instynkt każe ryć pod ścianą i znaleźć to, czego szuka, nie ustawać w pogoni, wydobywać najcenniejsze idee. I znowu motyw współdziałania cywilizowanego oraz dzikiego człowieka obecny jest w rozmaitych kulturach (chociażby w Eposie o Gilgameszu, gdzie racjonalnie postrzegającemu świat bohaterowi towarzyszy Enkidu, pochodzący z lasu, który posługuje się sferą instynktów, a w wersji jak najbardziej współczesnej widzę to w parze Han Solo&Chewbacca z Gwiezdnych Wojen). Manawee nie zaprzecza swojej podwójnej naturze ani nie lekceważy żadnego z jej pierwiastków, pozwala działać obydwóm. Jest przez to pozytywnym przykładem męskiej siły respektującej dwoistość w odróżnieniu od Sinobrodego, który dąży do opanowania, podporządkowania, narzucenia perfekcji i jedynej prawdy (a w praktyce często przybiera postać mężczyzny szukający ideału w jednej, idealnej kobiecie).

ODGADNIĘCIE IMIENIA

Akt nadania imienia jakiejś mocy, żywemu stworzeniu, osobie lub rzeczy ma kilka konotacji. W społeczeństwach, w których do wyboru imion przywiązuje się wielką wagę ze względu na ich magiczną moc lub dobrą wróżbę, poznanie prawdziwego imienia człowieka jest równoznaczne ze zrozumieniem jego życiowej drogi i charakteru. Prawdziwe imię często jest utrzymywane w tajemnicy, żeby chronić tego, który je nosi, tak by mógł przejąć moc zawartą w imieniu. Imię trzeba ukrywać, by nikt nie mógł go zbeszcześcić ani oderwać się od niego, aby władze duchowe mogły się w pełni rozwinąć. W wersji literackiej pięknym tego przykładem są opowieści o Ziemiomorzu Ursuli K. LeGuin, do których przeczytania bardzo gorąco zachęcam (autorka zresztą z wykształcenia i zawodu zajmuje się antropologią zeby). Pierwszym kluczem do poznania prawdziwego imienia czyli prawdziwej natury jest intencja, Manawee udaje się odgadnąć imiona bliźniaczek, ponieważ nie posłużą mu one do zagarnięcia ich mocy, ale do wzmocnienia w ten sposób swojej własnej, do wydobycia z siebie tego co najlepsze. Odgadnięcie imienia to symbol wprowadzenia harmonii między duszą a ego, stan wewnętrznej zgody, a także akceptacji drugiego człowieka.

WYTRWAŁOŚĆ PIERWOTNEJ NATURY

Drugim kluczem do poznania prawdziwego imienia jest wytrwałość, domena dzikiej natury. W baśni pies lubi siostry, ponieważ one również lubią go i karmią, dlatego nie waha się i wraca do ich domu, by poznać ich imiona mimo, że skoncentrowany na rzeczywistości Manawee poddaje się. Pies przypomina wilka, z tą różnicą, że jest bardziej oswojony, choć, jak widzimy w dalszym ciągu opowieści, niezupełnie. Piesek jako psychopompos reprezentuje sferę instynktu w psychice. Widzi i słyszy inaczej niż człowiek. Dokopuje się do poziomów, których istnienia ego nawet nie podejrzewa. Słyszy słowa i wskazówki niesłyszalne dla ego. Idzie za tymi wskazówkami(…) Świat psa jest wypełniony nieustającym katastroficznym zgiełkiem, dźwiękami, których nasze ludzkie ucho w ogóle nie rejestruje. Ucho psa to potrafi. Pies słyszy poza zakresem ludzkiego słuchu. Ten mediumiczny aspekt instynktownej psychiki intuicyjnie wychwytuje najgłębszy wy­siłek psychiczny, najgłębszą muzykę, najgłębsze tajniki żeńskiej psychiki. Właśnie taka istota zdoła pojąć dziką naturę kobiety.

Pies po usłyszeniu imion zawraca i chce przekazać je Manawee, ale po drodze napotyka na rozmaite smakołyki, które odwracają jego uwagę. Podobnie jest w życiu, jeżeli ulegamy pokusom i dajemy się rozpraszać to nie osiągniemy celu. Ten epizod obrazuje bardzo częste zdarzenie psychiczne: żądze i zachcianki hamują proces rozwoju. Często po niespełna miesiącu pracy z pacjentką słyszę: „Nie mogę się skupić na pracy nad sobą, miałam namiętny romans, ochłonęłam dopiero po tygodniu” albo: „W tym tygodniu akurat jest odpowiedni czas, żeby poprzesadzać rośliny doniczkowe, mam ich mnóstwo”, albo: „Zabrałam się za siedem nowych rzeczy, bardzo twórczych, czułam się rewelacyjnie, a potem się okazało, że żadna z nich nie ma tak naprawdę przyszłości i porzuciłam wszystkie”. W wersji extremalnej jest to nałóg, ale nawet jeżeli nie jesteśmy uzależnieni, to wyjątkowo łatwo ulegamy wymówkom i samousprawiedliwianiu się. Jak już o tym pisałam, wymówki są świetną pożywką dla ego, ale nigdzie nas nie prowadzą, raczej blokują proces rozwoju. Pies jako przedstawiciel instynktownej natury nie poddaje się, biegnie z powrotem do domu bliźniaczek, po raz kolejny daje się zwieść i po raz kolejny wraca. W tym zawiera się rada dla osób pragnących żyć w szczęśliwym, trwałym, satysfakcjonującym obie strony związku: zawsze powracaj**.

STAWIENIE CZOŁA WEWNĘTRZNEMU DRAPIEŻCY

Kiedy pies powraca do Manawee tym razem koncentrując się i nie dając zwieść smacznym pułapkom, musi stawić czoła jeszcze jednemu przeciwieństwu, dobrze nam już znanemu czyli psychicznemu drapieżcy, który chce go zmusić do wyjawienia imion sióstr. Psychicznemu drapieżcy nie zależy na poznaniu bliźniaczek, zaakceptowaniu ani zaprzyjaźnieniu się z nimi, on chce je zdobyć tak jak żonę – trofeum. Napastnikiem może być jakiś nasz kompleks czy słaby punkt, ale bardzo często jest to realna osoba, próbująca nas wykorzystać, zniewolić czy zmusić do przyjęcia jej punktu widzenia. W baśni mały pies walczy o życie. Czasami jedynym sposobem na utrzymanie głębokiej wiedzy jest właśnie pojawienie się „obcego”. Wówczas jesteśmy zmuszone do walki o to, co dla nas drogie — musimy walczyć, by poważnie traktować to, do czego dążymy; walczyć, by przezwyciężać powierzchowne duchowe zachcianki, które Robert Bly nazywa „pragnieniem odlotowych doznań”, walczyć by się trzymać najgłębszej wiedzy, by skończyć to, co zaczęte.

Pies walczy i nie pozwala sobie z powrotem popaść w nieświadomość. Przekazuje imiona Manawee, a ten powtarza je ojcu bliźniaczek, który widząc, że jest on gotowy dobrze zaopiekować się nimi pozwala na zaślubiny. Dobry partner to człowiek, który stale powraca i stale próbuje zrozumieć, który nie pozwala, by zatrzymały go błyskotki na drodze.

Jeśli kobiety pragną, by mężczyźni naprawdę je poznali, to muszą użyczyć im nieco swej głębokiej mądrości. Niektóre kobiety twierdzą, że już opadły z sił, stając na głowie, żeby swych mężczyzn czegoś nauczyć. Z całym szacunkiem muszę tu zasugerować, że widocznie wybrały mężczyznę, który nie dba o tę naukę. Większość mężczyzn chce wiedzieć i chce się uczyć. Właściwy czas na odsłonięcie prawdy przychodzi, kiedy mężczyźni przejawiają to pragnienie, a my nie robimy tego dla zasady, lecz dlatego, że drugi człowiek o to poprosił.(…) Jednak jeśli kobieta wybierze sobie na partnera ko­goś, kto nie może lub nie chce pokochać jej drugiego oblicza, to z pewno­ścią w pewnym sensie „rozpadnie się na części”, zostanie ułomna. Tak więc mężczyźni na równi z kobietami powinni nazywać po imieniu swe podwójne natury.

WSPÓŁPRACA MIĘDZY ELEMENTEM KOBIECYM I MĘSKIM

Jak rozumieć „nazywanie po imieniu swojej podwójnej natury”? Spróbuję przedstawić jak to rozumiem, uczciwie zaznaczając, że to moja własna interpretacja, bez pomocy dr E. Nie upieram się, że muszę mieć słuszność, ale bazuję na swoich obserwacjach życia codziennego i wnioskach, jakie wyciągam.

Przez wieki w naszej kulturze panował schemat sztywnego podziału ról społecznych, który sprowadzał się do tego, że mężczyźni mieli zapewniać podstawy materialne utrzymania rodzin, a kobiety koncentrować się na pracach domowych i wychowywaniu dzieci. Ten model już w świecie zachodnim praktycznie nie istnieje, a w krajach rozwijających się, gdzie jeszcze obowiązuje, jest coraz częściej kwestionowany i odrzucany. Dla mnie osobiście jego największą wadą jest właśnie brak elastyczności i zakładanie, że należy coś robić tylko dlatego, że urodziło się kobietą lub mężczyzną. Z tym modelem walczy się na różne sposoby, najczęściej w mediach wspomina się o nim w kontekście informacji o inicjatywach feministycznych, ale obawiam się, że ten przekaz nie przebija się przez szum medialny. Nie chcę nikogo oskarżać, ale uważam, że jednak mainstreamowe feministki być może nieświadomie robią tu krecią robotę.

Spójrzmy choćby na najważniejszą organizację feministyczną czyli Kongres Kobiet. Jakie są jedne z najważniejszych postulatów? M.in. wprowadzenie obowiązkowego parytetu do parlamentu i rad nadzorczych (bo kobiety są bardziej kompetentne, skłonne do kompromisu, łagodzą obyczaje etc) jako że panie chcąc awansować natykają się na szklany sufit, który uniemożliwia im osiąganie stanowisk na pewnym poziomie, a jeżeli we władzach będzie więcej kobiet to będą one nawzajem się promowały, a także bardziej dbały o sprawiedliwy podział dóbr, o żłobki i przedszkola dla matek etc. Przyznaję, że początkowo byłam za tym postulatem, ale po obserwacjach i przemyśleniu tematu doszłam do wniosku, że opiera się na fałszywych założeniach. Nie jest tak, że urodzenie się kobietą od razu czyni z ciebie istotę społecznikowską, opiekuńczą, sprawiedliwą i pełną innych cnót. Wystarczy spojrzeć na polski parlament, posłanki Sobecka, Szczypińska czy Pawłowicz są kobietami i co z tego? Ich poglądy wcale nie są z tego powodu automatycznie zbieżne z poglądami pań z Kongresu Kobiet, a zaangażowania w tworzenie nowych żłobków czy przedszkoli także nie widzę. Oczywiście są na pewno również bardzo kompetentne, zapracowane posłanki, tyle że o nich nie mówi się w wiadomościach. A już wiarę w to, że kobiety będą dbały o sprawiedliwszy podział dób skutecznie podważyła marszałkini Nowicka przyjmując sporą premię za wypełnianie obowiązków. Bardzo ciekawa była zresztą reakcja środowisk kongresowych, które nagle zaczęły oburzać się na oburzonych tym faktem, choć gdy na podobnych niekonsekwencjach finansowych przyłapuje się polityków innych opcji to zaraz uruchamiają krytykę (bardzo cenię profesor Środę jako etyczkę, ale zdecydowanie nie podoba mi gdy zamienia się w polityczkę).

Myślę, że paradoxalnie najlepszym co feministki mogłyby zrobić jest pójście w zupełnie  przeciwną stronę. Może zamiast walczyć ze szklanym sufitem lepiej byłoby zabrać się z niszczenie szklanej podłogi? Bo przez schematy i wzorce myślowe, w których utknęliśmy nie tylko kobieta aspirująca do najwyższych władz ma poważne problemy z przebiciem się, ale także ojciec, który chce aktywnie zająć się dziećmi i domem. W tym przekonaniu utwierdził mnie wywiad z Jesperem Juulem w Tygodniku Powszechnym , o którym pisałam prawie rok temu, zacytuję najistotniejszy dla mojego wywodu fragment:

Z mężczyznami jest trudniej. Zostali bardziej zniszczeni niż kobiety. Spójrzmy na warunki, w jakich funkcjonowali przez setki lat, pracując w kopalniach, fabrykach, walcząc na wojnach czy siedząc za ohydnymi biurkami. Traktowano ich potwornie, kompletnie nie brano pod uwagę ich osobowości, granic, potrzeb, rodzin…

Przyczyną tego, że kobiety są generalnie mądrzejsze od mężczyzn, była konieczność spędzania czasu z dziećmi. Bycie z dziećmi pozwala na rozwój emocjonalny. Ojcowie nigdy nie mieli takiej możliwości. Udziałem wielu kobiet jest pewna pomyłka: wyobrażają sobie, że mężczyzna jest jak sklep. Wchodzą do sklepu i mówią, czego pragną. A kiedy nie mogą tego dostać i nie widzą nigdzie na półkach, wyobrażają sobie, że to coś jest na zapleczu. Myślą, że nie dostają od swoich facetów troski czy miłości, bo oni nie chcą jej dać. A ci faceci po prostu tego nie mają na stanie, nie mają pojęcia, czym to jest ani skąd to wziąć. Zaplecze jest puste…Ciekawie wygląda to w Szwecji, gdzie kobiety zrównały się z mężczyznami pod względem wykształcenia i pozycji zawodowej (a nawet są lepiej wykształcone). Mieliśmy nadzieję, że gdy to się stanie, sposób zarządzania się zmieni, przestanie być oparty na tych idiotycznych męskich piramidach. Tak się nie stało: kobiety, które zdobyły władzę, zaczęły zachowywać się jak mężczyźni. Dzieje się za to coś innego. Mężczyźni-szefowie, np. prezes Volvo, chodzą coraz częściej na urlopy ojcowskie. A kiedy wracają do pracy, zmieniają prawo i wprowadzają w życie kobiece wartości. Mówią: „Więcej się nauczyłem o ludziach i o sobie w ciągu czterech miesięcy z dzieckiem niż kiedykolwiek podczas studiów i szkoleń”. Dawniej mężczyźni byli wrogami kobiet, ale dziś żaden nie może powiedzieć o swojej żonie: „To przez nią nie mogę się rozwijać”. Naszymi jedynymi wrogami jesteśmy my. Kiedy ojcowie już się zaangażują, kiedy rozwiną inteligencję emocjonalną, kiedy powiedzą sobie: „O kurczę, tego właśnie chcę…”, są nie do zatrzymania.

No właśnie. Możemy oburzać się, że kobiet jest mało w biznesie i żądać parytetów, ale prawdopodobny wynik ich wprowadzenia to większa ilość kobiet przyjmujących męski tryb zarządzania (nazywam je typami Ateny) jak niedawno zmarła, bardzo kontrowersyjna premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher niż faktyczna zmiana mentalności. Rzeczywistość jest taka, że mężczyźni na skutek tych sztywnych wzorców myślowych są również poszkodowani. Bycie macho krzywdzi zarówno kobiety z otoczenia jak i samego mężczyznę. Wychowujemy chłopców w przeświadczeniu, że świat emocji jest dla nich nieodpowiedni, że prawdziwi mężczyźni nie płaczą itd. Czy to eliminuje ich uczucia? Oczywiście, że nie! Sprawia tylko, że nie wyrzucają ich na zewnątrz, zamiast tego internalizują te negatywne albo próbują oszukać je nałogiem. Mówiąc wprost, popularny w Polsce scenariusz jest taki, że mężczyźni harują aby zarobić na rodzinę, nie dbają o zdrowie i tłumią emocje, umierają na zawał w wieku 60-65, a wdowy po nich żyją jeszcze kolejnych 15 – 20 narzekając w kolejce do lekarza, jakie to życie jest niesprawiedliwe. Jestem zbyt surowa? Być może, nie upieram się, że ten scenariusz jest prawdziwy dla każdego. Ale coś w tym jest, że chociaż tak przytłoczone stereotypowym postrzeganiem, kobiety mają jednak społeczne przyzwolenie na okazywanie strachu, żalu czy emocji w ogóle. Tyle, że to zawsze dzieje się czyimś kosztem. Aby bluszcz mógł piąć się do góry musi mieć oparcie w innej roślinie, aby jakiś element mógł być słabszy, drugi musi być silniejszy. Mimo że kobiety w coraz większej ilości odrzucają patriarchalne poglądy na swój temat to świadomie czy podświadomie trzymają się tych związanych z mężczyznami. Gdyby zapytać polskie kobiety czego szukają w mężczyźnie, większość zapewne gremialnie odpowiedziałaby: POCZUCIA BEZPIECZEŃSTWA! No to panowie są jak skała dopóki sił im na to starcza, a potem umierają na zawał. Niestety, ale sami z własnej woli konserwujemy sztywne wzorce myślowe. O ile „wyzwolona” kobieta, która jest niezależna, samodzielna i skoncentrowana na realizowaniu siebie jakoś „ujdzie” w towarzystwie to niepewny siebie, emocjonalny czy wystraszony mężczyzna jest traktowany z lekceważeniem, jeżeli nie z pogardą. Dlatego uważam, że dążenie do zrównania praw na poziomie legislacyjnym jest jak najbardziej istotne, ale i tak największą walkę musimy stoczyć sami z sobą. Nie sądzę aby świat potrzebował większej czy mniejszej ilości konkretnej płci u władzy, sądzę, że potrzebuje dojrzałych emocjonalnie ludzi.

Co rozumiem przez ludzi dojrzałych emocjonalnie? Gdybym miała podać kilka najważniejszych cech byłyby to zapewne:

1 zgoda z samym sobą, poczucie własnej wartości i szacunek dla samego siebie (stan, w którym potrafimy świadomie i bez wpadania w skrajności rozróżnić w czym jesteśmy świetni, a nad czym można popracować)

2 umiejętność obserwowania bez oceniania

3 odpowiedzialność, przyjmowanie za swoją zasady Co zasiałeś to zbierzesz i Co wysyłasz wraca do ciebie

4 umiejętność słuchania innych, a także wewnętrznego głosu intuicji

5 kierowanie się współodczuwaniem oraz empatią w relacjach ze światem istot żywych

6 umiejętność rozwiązywania problemów i znajdowania satysfakcjonujących kompromisów oraz realizowania własnych zamierzeń w relacjach z innymi ludźmi (ale NIE chodzi tu o wykorzystywanie czy manipulowanie!)

7 umiejętność nie ulegania emocjom i podświadomym strachom, nie narzucania ich innym, nie stosowania żadnej formy agresji (ani czynnej – fizycznej, ani biernej – psychicznej), a także zdolność kontrolowania gniewu i hamowania wybuchów emocji (nie tłumienia, a umiejętnego i bezpiecznego rozładowywania napięcia emocjonalnego, np. poprzez sport czy inną aktywność fizyczną)

8 umiejętność odczytywania i nazywania emocji innych oraz swoich własnych

9 umiejętność motywowania się i osiągania celu (co często oznacza odsunięcie w czasie przyjemności)

Punkty 5 – 9 powtarzam za Danielem Golemanem, który przedstawił je w książce Inteligencja Emocjonalna, gdzie w przekonujący sposób udowadnia, że na dłuższą metę bardziej niż wysokie IQ liczą się zdolności w relacjach międzyludzkich i, co ważne, w przeciwieństwie to ilorazu inteligencji można je w sobie wyćwiczyć. To właśnie dla mnie praktyczny sposób uznawania swojej podwójnej natury, a nie kierowanie się wyłącznie ego.

Celowo piszę tu o elemencie kobiecym i elemencie męskim, a nie stricte o kobietach i mężczyznach, bo wiem doskonale, że dusza niekoniecznie musi czuć się dobrze i swobodnie w płci i ciele, do jakiego trafiła. Zbyt wiele już widziałam kobiet o męskim usposobieniu, mężczyzn o kobiecym usposobieniu, gejów o kobiecej naturze, gejów o męskiej naturze etc. żeby używać ograniczających się do płci fizycznej stwierdzeń. Oczywiście, najbardziej radykalnym przypadkiem niedopasowania do płci fizycznej są transsexualiści, którzy płacą za to wielką cenę i fizycznie, i psychicznie, ale również w mniej drastycznych sytuacjach sztywne wzorce myślowe i stereotypy potrafią zatruwać duszę na wielką skalę. Przez wiele stuleci żyliśmy w mentalnych kajdanach, a nasze dusze doznawały wielkiej opresji. Reżim władzy świeckiej jasno określał co wolno, a czego nie wolno ciału i umysłowi. Reżim religii wymierzył duszę w centymetrach i tępił wszelkie odstępstwa od normy. W Europie i Stanach Zjednoczonych te reżimy już nie istnieją albo powoli dogorywają. Przegrywają z radością życia i naturalną ludzką potrzebą własnego wyboru i rozwoju. Na naszych oczach rodzi się nowy świat, którego porządek być może po raz pierwszy w historii są w stanie aktywnie tworzyć sami ludzie (wręcz dosłownie jak mieszkańcy Islandii piszący swoją konstytucję przy pomocy Internetu, oczywiście zdaję sobie sprawę, że to możliwe, bo społeczeństwo jest stosunkowo małe, wewnętrznie uczciwe i nastawione na współpracę, ale jednak o czymś to świadczy). Ten nowy świat jest jak dziecko, powinien mieć mądrą, dojrzałą matkę i mądrego, dojrzałego ojca, aby byli w stanie pokierować go na dobrą drogę. Mądrzy, dojrzali emocjonalnie rodzice współpracują ze sobą, przyglądają się uważnie swojemu życiu i są elastyczni jeżeli chodzi o podział ról. Być może teraz kiedy dziecko się urodziło bardziej  potrzebuje matki, więc to ona zostaje w domu, ale za jakiś czas kiedy podrośnie, to ojciec będzie się nim bardziej zajmował, a matka np. pójdzie na studia. Mam wielką nadzieję, że wychowamy wspólnie naprawdę dobry i szczęśliwy świat.

I na koniec dodam jeszcze, że jak być może niektórzy wiedzą, bardzo interesuję się duchowością i ezoteryką, dlatego po obserwacjach i przemyśleniach widzę wyraźnie, że to do jakiego ciała trafia dusza może ją wspierać albo ograniczać w przeżywaniu i gromadzeniu doświadczeń. Wierzę w reinkarnację i w ewolucję duszy. Wierzę, że dusza rozpoczyna rozwój jako dusza niemowlęca, a jej podstawowym celem jest nauczenie się przeżycia na podstawowym poziomie, potem staje się duszą dziecięcą uczącą się reguł funkcjonowania we wspólnocie, następnie duszą młodą skoncentrowaną na indywidualizacji i sukcesie, aż na etapie duszy dojrzałej dostrzega ważność relacji międzyludzkich by w końcu stać się duszą starą. Na tym ostatnim poziomie jest już naprawdę głęboka, po wielu wcieleniach przestaje utożsamiać się z konkretną płcią i potrafi spojrzeć na problem z szerokiej perspektywy. Dlatego chciałabym widzieć wśród rządzących więcej osób o starych duszach, które pielęgnują w sobie zarówno rozumowy jak i intuicyjny pierwiastek i które przeszły już w życiu niejedną wyprawę inicjacyjną. Chcę widzieć wśród władz i gremiów decydujących o prawie jak najwięcej mądrych osób niezależnie od ich fizycznej płci. Chciałabym abyśmy wszyscy nauczyli się rozpoznawać i uznawać zarówno świadome jak i podświadome elementy naszej osobowości i dzięki temu potrafili tworzyć satysfakcjonujące relacje międzyludzkie.

* Dr E sugeruje wręcz, że postać psa jest psychopomposem czyli przewodnikiem dusz, w mitologii podróżującym między światem widzialnym a niewidzialnym. Carl Gustaw Jung jako psychopomposa rozumiał element pośredniczący w psychice między tym co świadome i nieświadome (którego symbolem jest często zwierzę).

** Chodzi mi tu oczywiście o zdrowy związek, gdzie po konflikcie nie trzyma się długo urazy. Nie mówię o relacjach toxycznych, osaczaniu drugiej osoby itd., które nie mają nic wspólnego z miłością, bo zbudowane są na ego i potrzebie dominacji.

Ciekawy wywiad na temat dojrzałości psychicznej można przeczytać tu.

Czas Powrotu Słońca

Witam słonecznie w dzień Przesilenia Zimowego! sun1

Oto post, który rok temu opublikowałam na starszej wersji Krainy Blogini, ale temat jest jak najbardziej aktualny, dlatego pozwalam sobie zamieścić go raz jeszcze z niewielkimi zmianami.

Chciałabym serdecznie podziękować wszystkim, którzy tu zaglądają, czytają i zastanawiają się nad treścią. Mam nadzieję, że przyszły rok będzie równie sprzyjający blogowaniu jak ten, który się właśnie kończy.

Z życzeniami wielu szczęśliwych Powrotów Słońca

Anna Lawenda

————————————————————————

To będą życzenia nie-świąteczne, ale niezwykle słoneczne sun. Nie obchodzę urodzin Jezusa, co nie znaczy, że nie cieszy mnie koniec grudnia i moment zimowego przesilenia. W końcu był to czas, który starożytni celebrowali szczególnie radośnie podczas festiwalu Saturnaliów, a potem święta Sol Invictus czyli Słońca Niezwyciężonego, kiedy cesarz Aurelian wprowadził do Rzymu kult perskiego boga słońca Mitry. Było to święto tak popularne, że wcześni chrześcijanie czuli się wobec niego praktycznie bezradni. Nie potrafiąc z nim walczyć przyjęli taktykę skoro nie możesz pobić wroga to przyłącz się do niego i zaczęli obchodzić w tym czasie narodziny Jezusa, mimo że nie ma żadnych danych potwierdzających tę właśnie datę jako moment jego przyjścia na świat (a niektórzy badacze twierdzą, że w rzeczywistości urodził się on wiosną 6-7 lat p.n.e).

sillychristian

Nawiasem mówiąc to właśnie ‘arcychrześcijański’ cesarz Konstantyn ustanowił niedzielę Dniem Słońca…Chyba nie muszę dodawać, że zimowe przesilenie obchodzone było też jako Yule przez plemiona germańskie, a gdyby na rzecz spojrzeć globalnie to czas grudniowy wypełniony był przeróżnymi świętami w niemal każdej kulturze (więcej po angielsku tutaj). Mnie osobiście zachwyciły obchody związanego z przesileniem oraz narodzinami Mitry święta Yalda w Iranie, kiedy to mieszkańcy zbierają się w domach z rodziną, jedzą arbuzy, granaty oraz orzechy i  recytują poezję Hafeza (więcej po angielsku tutaj). Czy naprawdę nie moglibyśmy zamienić Bożego Narodzenia na Yaldę?! zeby

Dlatego jakoś mnie nie wzruszają lamenty duchownych nad narastającym konsumpcjonizmem i zagubieniem mistyki tego święta. Nie lubię jak próbuje mi się robić wodę z mózgu. Mistyką samą w sobie jest moment przesilenia zimowego, kiedy po najkrótszym dniu w roku następuje Powrót Słońca, gdy Światło zwycięża Ciemności, dni stają się znowu dłuższe, a wiosna wydaje się coraz bliższa. Im bardziej wgłębiam się w karty bogiń, w mity i wierzenia starożytnych, tym bardziej rozumiem cykliczność panującą w kosmosie, która daje nadzieję, że nawet w chwili największego mrozu i śniegu czeka już czas odrodzenia oraz radości. Nigdy nie znosiłam zimy, mrozu, chorób, trudności i monotonii śniegu, już u schyłku lata chwytały mnie albo dołki, albo regularna depresja, miałam wrażenie, że wszystko co dobre i pozytywne umiera wraz z latem i teraz już nie czeka mnie nic dobrego.

Dopiero dwa lata temu, kiedy miałam napisać o kolejnej karcie dla forum, zaczęłam zastanawiać się głębiej nad sensem mitu o Demeter i Korze. Starożytni byli w o wiele większym stopniu niż my uzależnieni od rytmu pór roku. Nie mieli elektryczności, kiedy zachodziło słońce można było tylko udać się na spoczynek, ewentualnie siąść przy ogniu i poznawać życie słuchając opowieści. Nie mieli supermarketów, jeżeli nie zebrali wystarczających plonów latem to głodowali na przednówku. Szacunek dla cykliczności był naturalny. Ziemia nie może rodzić zbóż, warzyw i owoców non stop, trzeba dać jej odpocząć. Nawet pokryta śniegiem gleba wcale nie jest martwa, jesienią i zimą zachodzą w niej procesy, które przygotowują ją do tego by odżyła gdy przyjdą ciepłe i słoneczne dni. Bo ta wiosna w końcu przyjdzie. W większości kultur starożytnych przewija się motyw Narodzin – Śmierci – Odrodzenia, który wiele mówi o mądrości tamtych czasów. Starożytni nie mieli mikroskopów, komputerów ani żadnych skomplikowanych urządzeń pozwalających na badania naukowe, ale zwyczajnie obserwując świat dookoła zdawali sobie sprawę, że jest jakaś siła, która sprawia, że o oznaczonej porze rozkwitają kwiaty, zielenią się liście na drzewach, a zboża wypuszczają kłosy. I o oznaczonej porze ta siła nagle znika. Gdzie w takim razie jest? Skoro nie ma jej na ziemi to musi znajdować się pod jej powierzchnią, to w końcu szalenie logiczne, prawda? Więc trzeba tam zejść i przyprowadzić ją z powrotem!

Starożytni stworzyli piękne legendy tłumaczące ten proces albo miłością matki do córki, albo kochanki do oblubieńca, to dlatego fizycznie lub metaforycznie Izyda, Demeter, Kore, Isztar czy Inanna musiały zejść w mroki Podziemia, po to aby odrodzić się na nowo i przyprowadzić z powrotem Życie. Bo świat Podziemia jest światem naturalnym, przynależymy do niego już poprzez same narodziny. Każdy z nas ma prawo, a nawet musi do niego zejść. Nie można być cały czas szczęśliwym, zadowolonym, uśmiechniętym i energicznym. Każdy z nas ma prawo do lęków, smutków, niepewności i osłabienia, to zgodne z naszym wewnętrznym cyklem i prawem uniwersalnym. Niezgodnym z prawem uniwersalnym jest zbyt długie przebywanie w Podziemiach. Nasze miejsce jest na Ziemi, nie pod nią. Trochę czasu mi to zajęło, ale w końcu zrozumiałam, że jestem i chcę być Isztar, a nie Ereszkigal.

I to jest właśnie mistyka, którą odkrywa czas Powrotu Słońca, mistyka która istniała jeszcze przed narodzinami Jezusa, kiedykolwiek się one odbyły. To jest nadzieja, radość i inspiracja, którą chciałabym się dzielić. Wszystkiego najlepszego wszystkim tu zaglądającym, wielu szczęśliwych Powrotów Światła! sun1

invincible summer

greetings

O baśniach i feministkach

Witam sierpniowo

W tym miesiącu postanowiłam wziąć sobie wolne od analizowania kolejnej opowieści  ze względu na wakacje, jednak coś ostatnio zbulwersowało mnie do tego stopnia, że muszę to odreagować i chyba ten blog jest najlepszym na to miejscem.

Otóż w ciągu ostatnich miesięcy coraz częściej spotykam się z atakami feministek na baśnie, dającymi się streścić do przekazu kobiety w baśniach są słabe, bierne i bezbronne, należy stworzyć nowe, które prezentowałyby kobiety w innym świetle. Proszę mnie dobrze zrozumieć: uważam, że feminizm jest ważny i potrzebny, sama pracuję zawodowo, nie jestem prawnie zależna od mężczyzn, głosuję i mam własne pieniądze (a głównie o to chodziło Emmeline Pankhurst i innym dzielnym sufrażystkom, które domagały się tego na przełomie XIX i XX wieku). Zgadzam się z wieloma inicjatywami feministycznymi, ale sądzę też, że samym prawem choćby było ono najlepsze nie da się zmienić rzeczywistości. Myślę, że teraz, kiedy mamy już to, o co walczyły sufrażystki, należy skupić się na rewolucji mentalnej samych kobiet. Nie podoba mi się ten mit “siostrzaństwa”, który prezentują niektóre feministki, ja osobiście doświadczyłam o wiele więcej zła od kobiet niż od mężczyzn i przypuszczam, że nie jestem w tym jedyna. Kobiety są mistrzyniami pasywnej agresji, szantażu emocjonalnego i innych brudnych gierek psychologicznych. Kobiety, zwłaszcza starsze, należą do Systemu – Matrixa i będą pierwszymi, które staną aby walczyć z innymi, które jak Neo będą się mu przeciwstawiać.  Gdyby ktoś potrzebował przykładu, oto rady św. Anieli Merici dla mistrzyń zakonu urszulanek (tak przy okazji dodaję, że urszulanki nadal prowadzą szkoły dla dziewcząt)

Przypominajcie im, aby w domach zachowywały się dobrze, rozsądnie, roztropnie i skromnie. Niech będą wstrzemięźliwe i umiarkowane we wszystkim. Niech jedzą i piją nie dla przyjemności i dla zaspokojenia apetytu, lecz tylko z konieczności podtrzymania naturalnych sił dla lepszej służby Bogu. Niech będą też umiarkowane co do snu, śpiąc tylko tyle co konieczne. Również w śmiechu niech będą opanowane i umiarkowane. Słuchając rozmów niech mają upodobanie tylko w rzeczach uczciwych, przyzwoitych i potrzebnych. (…) Najpierw co do obcowania ze światem, strzeżcie swe córki zwłaszcza przed zbytnią poufałością z ludźmi młodymi i innymi mężczyznami, nawet gdyby byli pobożni, gdyż nadmierne spoufalenie się duchowe z mężczyznami niemal zawsze przechodzi w zażyłość zmysłową. O ile możecie, nie pozwalajcie im także przestawać z kobietami próżnującymi i takimi, którym nie podoba się życie czyste, i które lubią słuchać o rzeczach próżnych i mają upodobanie w rozrywkach światowych. Czuwajcie, aby jakiś spowiednik albo zakonnik nie odwodził córek waszych od żadnego z dobrych postanowień, od postu, od trwania w dziewictwie, od poszanowania tej świętej, przez Boga ustanowionej Reguły, albo od innych, podobnych rzeczy dobrych. Wielu z nich bowiem, pod pozorem [udzielania] dobrej rady, zwykle odwodzi biedne [dziewczęta] od ich dobrych poglądów i postanowień. Co do ustrzeżenia [córek waszych] przed zarazą heretyckich poglądów, gdy usłyszycie, że jakiś kaznodzieja lub inna osoba podejrzana jest o herezję, albo głosi nową naukę, odmienną od przyjętej przez Kościół, czy też sprzeczną z tym, co od nas przyjęłyście, powstrzymajcie taktownie wasze córki od słuchania tych osób. Zdarza się bowiem często, że gdy nasiona błędu zakiełkują w umyśle, bardzo trudno je stamtąd wykorzenić.

Nie wystarczy zmieniać prawa. Jeżeli kobiety nie zmienią same siebie, to ten świat nie stanie się w cudowny sposób lepszy. A jeżeli nie zaczną w końcu o tym dyskutować we własnym gronie, to dają młyn na wodę wszelkim gadającym głowom wielbiącym matrixowo – patriarchalny system, których jest w Polsce całe mnóstwo. Celowo piszę, że w Polsce, bo na Zachodzie to się zaczyna zmieniać, i to nie tylko w tej progresywnej Skandynawii, ale i w Stanach Zjednoczonych (czego dowodem jest Good Men Project, portal bardzo sensownie rozważający co to znaczy być mężczyzną we współczesnym świecie i jakie powinny być relacje między kobietami i mężczyznami). Zresztą nawiasem mówiąc, chciałabym widzieć w mediach mężczyzn, którzy zaczną tłumaczyć, że mężczyzna jest równoprawnym rodzicem i też ma prawo wziąć opiekę nad dzieckiem bez potrzeby dopraszania się tego u szefa. Proszę sobie wyobrazić jak mocno dostałoby się mu nie od kobiet, tylko właśnie od mężczyzn… W tym kraju stereotypy trzymają się mocno umysłów i nie chcą puścić.

I teraz któraś z pań feministek mogłaby powiedzieć, Właśnie aby usuwać stereotypy należy zmieniać bajki! Na co ja odpowiadam stanowczo, NIE! Ręce precz od bajek! Kiedy czytam jak feministki chcą tworzyć ideologicznie słuszne bajki albo jak socjolożka po studiach genderowych “analizuje” popularne baśnie to nie nie wiem czy śmiać się czy płakać. Proszę pań, baśnie to nie są roboty! Baśnie przypominają ludzi, mają duszę! Traktowanie ich dosłownie to dokonywanie na nich gwałtu! Rozważanie ich tylko na polu feministycznym jest jak operowanie bez znieczulenia  na żywym organizmie. Jeżeli pani genderolożka widzi baśnie bez żadnej głębi psychologicznej, bez całej otoczki związanej z mitami, symbolami, archetypami, no to będzie w stanie zobaczyć tylko Królewnę Śnieżkę przechadzającą się po ogrodach… Ja rozumiem, że nie wszyscy muszą zachwycać się psychoanalizą jungowską, na której opiera się dr Estes, ale wszelkie legendy, mity i baśnie przekazują coś więcej, to jest źródło wiedzy na temat tego skąd się wywodzimy, jak kiedyś postrzegano świat, co się zmieniało (bo słynne opowieści zmieniały się na przestrzeni dziejów, mity istniały w wielu wersjach  itd.) . A jeżeli tworzy się opowieść pod jakimś określonym kątem (i nieważne, że dzieje się to w dobrej wierze) to ona nigdy nie będzie prawdziwa. Prawdziwa opowieść rodzi się z potrzeby duszy i z niczego więcej. Wszelkie inne powody dla pisania są podszeptami ego. Prawdziwa opowieść przetrwa przez wieki właśnie dlatego, że jest prawdziwa, a nie sztuczna. Za kilkadziesiąt lat ludzie nadal będą zachwycać się Władcą Pierścieni, a Gra o Tron odejdzie w niepamięć. Za kilkadziesiąt lat czytelnicy nadal będą fascynować się tym jak Anne Rice rozebrała ludzką psychikę pod przebraniem krwiopijcy w Wywiadzie z Wampirem, a o Zmierzchu będzie się pamiętało tyle co teraz o New Kids on the Block. Mistrz i Małgorzata nadal będzie fantastycznym czytadłem na najwyższym literackim i filozoficznym poziomie, żadne bajki pisane w określonym celu nie przebiją się do masowej wyobraźni i nie będą rozpalały dusz młodych (nie tylko wiekiem) ludzi  tak jak to zrobił Bułhakow.

Chciałabym być dobrze zrozumiana: nie lubię krytykować feministek, bo już wystarczająco są krytykowane ze wszystkich stron, ale też bardzo proszę, nie dawajcie powodów do krytyki robiąc coś, o czym nie macie pojęcia. Nie walczcie z czymś tylko dlatego, że nie odpowiada to wizerunkowi jaki Wy macie na ten temat. Jeżeli już naprawdę chcecie z czymś walczyć to z tym, co zrobił Disney z baśniami – o ile w ogóle widzicie różnice między oryginalną baśnią, a tym co zrobiło z niej amerykańskie przedsiębiorstwo rozrywkowe, oczywiście… Mnie się to skomercjalizowane podejście bardzo nie podoba, tak samo jak obecna moda na to, żeby filmy dla dzieci były wszystkie “shreckopodobne” czyli żeby dużo się działo, żart pojawiał się co 30 sekund i żeby rodzicom się nie nudziło. Takie filmy mogą dać dziecku rozrywkę, ale nie przekazują głębszej mądrości. Dzieci potrzebują akcji i śmiechu, ale potrzebują też zastanowienia nad światem i właśnie to dają im baśnie. Nieważne czy ideologicznie słuszne czy nie.

I zapewniam własnym przykładem, że kiedy młody człowiek będzie gotowy, to sam zacznie pisać swoją własną opowieść. A o to chyba chodzi, prawda?

Anna Lawenda, z natury opowiadaczka