Odcinek 16: La Mariposa, Baubo, Kojot Dick i Kapo. O ciele i zmysłowości

biegnaca z wilkami la mariposa baubo kojot dick i kapo

Zaraz na wstępie zaznaczam, że w tym wejściu chcę połączyć tematy z rozdziału 7, ‘Radość Ciała: Fizyczna Spontaniczność’, oraz rozdziału 11, ‘Powrót do Świętej Zmysłowości’, ponieważ sądzę, że łączą się ze sobą tematycznie. Do tej pory w Biegnącej z Wilkami mowa była przede wszystkim o duszy i życiu wewnętrznym, jednak nie da się nie zauważyć, że w życiu codziennym zwracamy uwagę głównie na ciało i wygląd zewnętrzny.

Dr E wyraża się o ciele jako o wiernym małżonku duszy, który pozwala jej poruszać się i działać w przestrzeni materialnej, myślę, że chyba tak właśnie powinniśmy je traktować, z uwagą i przyjaźnią, ale jako narzędzie. Możemy brać przykład ze zwierząt, które po prostu biegają, fruwają czy wspinają się, zachowując naturalnie i nie zastanawiając nad tym jak wyglądają. Nasze ciała różnią się od siebie i są w rozmaity sposób postrzegane w zależności od kultury, w której się wychowujemy, ale też subiektywnych ocen poszczególnych osób. Dla psychiki kierującej się instynktem ciało stanowi ośrodek czuciowy odbierający wszelkie wrażenia związane z istnieniem; jest siecią informacyjną z licznymi systemami komunikacji — układem sercowo-naczyniowym, oddechowym, kostnym, autonomicznym układem nerwowym, a także systemem emocjonalnym i intuicyjnym. Dla wyobraźni ciało jest potężnym wehikułem, duchem żyjącym razem z nami, modlitwą życia; rządzi się własnymi prawami (…) Ciało przemawia wieloma językami. Przemawia kolorem i temperaturą, rumieńcem rozpoznania, blaskiem miłości, popiołami bólu, żarem podniecenia, chłodem obojętności. Przemawia nieustannym, niedostrzegalnym tańcem, czasem kołysaniem, czasem pląsaniem, czasem drżeniem. Każde radosne drgnienie serca, każdy upadek ducha, depresja, budząca się nadzieja znaczą się na ciele. Całe ciało, kości, stawy, nawet mały palec przechowują pamięć. W każdej komórce w postaci obrazów i wrażeń zamknięty jest zapis naszych doświadczeń. Ciało jest jak gąbka nasiąknięta wodą — jeśli je nacisnąć, wyżąć, nawet lekko musnąć, to pamięć wypływa z niego stłumieniem.

W naszych kulturach zakorzenione są silnie stereotypy co do wyglądu i nie wygląda aby coś w tej kwestii szybko uległo zmianie. Twój chłopak jest rudy? Zaraz dostaniesz radę: uważaj bo wszystkie rude są fałszywe. Masz za dużo kilogramów? Zaraz dostaniesz serię brzydkich epitetów od świni do kaszalota. Masz za mało kilogramów? Będziesz nazywana/-y anorektyczką/anorektykiem czy wieszakiem. Założysz coś, co komuś się nie podoba? Ktoś zaraz powie, że wyglądasz jak siódme dziecko stróża. Wygląd to coś, co najłatwiej skrytykować i jeżeli ktoś myśli, że otoczenie pozwoli mu po prostu cieszyć się swoim ciałem, to, niestety, szybko spotka się z rozczarowaniem.

A przecież przyglądając się naturze da się zauważyć, że jej największym bogactwem jest różnorodność gatunków, wielkości, grubości, zachowań, przystosowań do środowiska… Tak samo jest wśród ludzi, nie ma sensu ślepo podążać za kulturą skoro jesteśmy częścią natury. Jedyne co możemy zrobić to zaakceptować ciało, jakie dostaliśmy od niej z całym dobrodziejstwem inwentarza czyli genów i wierzyć w to, że dla kogoś innego również wyda się ono atrakcyjne. Nie ma sensu wpatrywać się w tych, którzy są uważani za pięknych i próbować ich naśladować, trzeba zmierzyć się ze swoimi własnymi zapatrywaniami na ciało. Z szacunku do niego i tego jak dzielnie nam ono służy na co dzień mimo, że często je zaniedbujemy, nie należy słuchać ludzi, którzy je krytykują dla samej tylko krytyki. Psychologia zna mechanizm projekcji czyli tego że własne negatywne cechy czy zachowania nieświadomie przerzucamy na Bogu ducha winne osoby aby nie musieć samemu się z nimi uporać. Jeżeli ktoś mówi, że jesteś za wysoki/niski/gruby/chudy/blady etc to jest wysoce prawdopodobne, że ma własne problemy z samooceną. Osoby o zdrowym poziomie samoakceptacji nie wypominają innym, że wyglądają tak a nie inaczej. Nie ma sensu ani się garbić aby ukrywać wzrost, chodzić na wysokich obcasach by wydawać się wyższą ani wypychać biustonosza udając, że ma się duży biust, czy wykonywać innych magicznych sztuczek by dopasować się do oczekiwań otoczenia. Nie jesteś tylko swoim wyglądem zewnętrznym. Jeżeli opierasz swoją ocenę tylko na tym jak wyglądasz, to ręczę ci, że zawsze będzie ona za niska.

Mówiąc o pięknym ciele powinniśmy mieć na myśli ciało zdrowe, odpowiednio odżywione, nawilżone i zadbane niezależnie od tego jaką ma wysokość, strukturę kości, kolor skóry czy fakturę włosów. Powinniśmy też mieć świadomość, że nasza rzeczywistość wcale nie jest zorientowana na to by nasze ciała były zdrowe i zadbane, więc jeżeli sami tego nie dopilnujemy to raczej się takimi nie staną. Warunki pracy często wymagają od nas pozostawania w jednej, niekoniecznie wygodnej pozycji przez wiele godzin. Przemysł spożywczy podsuwa nam gotowe jedzenie, ale są to raczej produkty żywnościopodobne niż prawdziwa, zdrowa żywność. Natłok informacji oraz bodźców atakuje nas zewsząd, męcząc mózg. Nasze ciała były przystosowane przez tysiąclecia do stabilnego rytmu odzwierciedlającego zmianę pór roku czy dnia, dlatego nie ma się co dziwić, że nie nadążają za zmianami cywilizacyjnymi. Nie są przyzwyczajone do żywności dostępnej wszędzie i wielkiej obfitości skoro przez całe wieki trzeba się było mocno napracować aby ją zdobyć, a i tak często bywały okresy, gdy jej brakowało. Ciało ma zakodowane głęboko w sobie, że dopóki jest żywność to trzeba jeść, bo jutro może już jej nie być. To, owszem, miało rację bytu w czasach paleolitu, średniowiecza czy nawet jeszcze w dwudziestym wieku, ale teraz, niekontrolowane przez świadomość, prowadzi do otyłości czy zaburzeń odżywiania, tym bardziej że często właśnie żywnością próbujemy zagłuszyć nasze emocje (ile osób podjada batoniki albo słone paluszki w chwilach przygnębienia). Bardzo często nasze ciała mimo że mają nawet zbyt wiele kilogramów są po prostu niedożywione, bo w produktach żywnościopodobnych zbyt mało jest witamin i składników odżywczych. Bardzo często na skutek urazów psychicznych tracimy kontakt ze swoim ciałem (mówią o tym zwłaszcza ofiary przemocy) i przechodzimy trudną drogę do odzyskania go. Bardzo często nasze ciało jest dotknięte przez wieloletnią chorobę i utrudnia harmonijne funkcjonowanie na co dzień.

Niestety, ciało jest w naszej kulturze traktowane po macoszemu, z jednej strony prezentuje się je jako obiekt seksualny, który trzeba stale poprawiać, a z drugiej jako źródło wstydu i grzechu oraz mechanizm, który exploatuje się dopóki się da. Zwróćcie uwagę, że bardzo często do lekarza idziemy dopiero w ostateczności, kiedy objawy nie dają nam już normalnie funkcjonować. Zwróćcie uwagę jak niechętnie do lekarza chodzą mężczyźni, mając wpojone od najmłodszych lat, że mężczyzna nie skarży się i powinien być nie do zdarcia. Zwróćcie uwagę, że kobiety najpierw zatroszczą się o zdrowie dzieci i partnera, a dopiero na końcu o swoje. To są wszystko zachowania zaprogramowane od dzieciństwa przez często niewerbalne przekazy z zewnątrz. Nasza kultura nie nauczy nas zdrowej relacji ze swoim ciałem, sami musimy do niej dojść.
Niszczenie instynktownej więzi kobiety z jej naturalną fizyczną postacią odziera ją z elementarnej pewności siebie. Wątpi ona, czy jest pełnowartościowym człowiekiem, a swoją samoocenę opiera na wyglądzie, a nie charakterze. Pod presją panujących norm traci energię na pilnowanie się, żeby za dużo nie jeść, z wypiekami na twarzy śledzi wskazania wagi, liczy centymetry. Jest nieustannie zaprzątnięta swym wyglądem, myśl o nim przenika wszystko, co robi, planuje, przewiduje. W świecie instynktów jest nie do pomyślenia, by kobieta była do tego stopnia pochłonięta swoją powierzchownością. Dr E pisze tylko o kobietach i dziewczętach, ale to jak najbardziej dotyczy także mężczyzn i chłopców. Oburzacie się, że magazyny dla kobiet piszą głównie o modzie i wyglądzie? To spojrzyjcie na magazyny dla mężczyzn, które dają sposoby jak wypracować sobie mięśnie brzucha (i oczywiście sugerują, że dzięki temu wyrwie się laski i będzie miało fantastyczny sex). Obrazowo mówi o tym ten mem:

6556d7fe06d219bc07271ed126bb979d

(Oto Barbie, od wielu lat przedmiot kontrowersji, oskarżana przez feministki o reprezentowanie nierealistycznego, niezdrowego i niesprawiedliwego standardu piękna prowadzącego do “kryzysu” samooceny u dziewcząt. A oto He – Man.)

Wspominałam już o tym w analizie La Llorony: im więcej koncentrujesz się na wyglądzie zewnętrznym, tym mniejszą wagę będziesz przywiązywać do życia wewnętrznego. Co innego jest dbać o ciało jedząc zdrowe produkty, uprawiając umiarkowaną aktywność fizyczną i regularnie pilnując higieny, a co innego głodzić lub opychać się, katować na siłowni i przeprowadzać operacje plastyczne. Agitowanie kobiet do podejmowania różnych zabiegów upiększających uderzająco przypomina sposób, w jaki traktujemy naszą planetę — kroimy ją, palimy, odzieramy z naturalnych warstw, obnażamy do kości. Okaleczenia na psychice i ciele kobiet mają swoje odpowiedniki w kulturze i w samej przyrodzie. Psychologia holistyczna uznaje, że wszystko we wszechświecie jest wzajemnie zależne, że nie ma odrębnych, niezależnych światów. W tym świetle nie dziwi, że w naszej kulturze, w której naturalną fizyczną urodę ciała kobiety poddaje się okrutnym zabiegom, analogicznym manipulacjom poddaje się krajobraz i przyrodę, a także całe społeczeństwa, by dostosować je do obowiązujących mód. I choć kobiety z pewnością nie mogą z dnia na dzień powstrzymać sekcji dokonywanej na planecie i społeczeństwie, mogą nie pozwolić, by to samo robiono z ich ciałem.
Mity i baśnie obfitują w rozmaite artefakty takie jak czapka – niewidka czy latający dywan dające właścicielom nadprzyrodzone właściwości. Symbolizują one ciało, które jest czynnikiem sprawczym, pozwalającym duszy wcielać plany w życie. Prócz latających dywanów spotykamy i inne symbole ciała. Jest pewna opowieść, która przedstawia trzy z nich. Usłyszałam ją od Fahtah Kelly. Nazywa się po prostu Baśń o latającym dywanie. Sułtan wysyła trzech braci na poszukiwanie najpiękniejszego przedmiotu na świecie. Ten z braci, który przyniesie największy skarb, dostanie całe królestwo. Pierwszy powraca z rurką z kości słoniowej, przez którą można zobaczyć każde miejsce na ziemi. Drugi brat przynosi jabłko, którego zapach może uleczyć każdą dolegliwość. Trzeci przynosi latający kobierzec przenoszący w każde miejsce, o którym się pomyśli.
— Co jest najcenniejsze? — pyta sułtan. — Zdolność jasnowidzenia? Uzdrawiania? Czy duchowych podróży?
Bracia po kolei zachwalają swoje dary. Ale sułtan na koniec macha ręką i oświadcza:
— Żadna z tych rzeczy nie jest cenniejsza od innych, bo bez jednej inne byłyby bezużyteczne.
I królestwo zostaje podzielone na trzy równe części między wszystkich braci.
Baśń ta operuje potężnymi obrazami, które dają pojęcie, na czym polega prawdziwe życie ciała. Ta i inne podobne baśnie opisują wielkie moce intuicji, wnikliwości, uzdrawiania dotykiem i ekstazy ukryte w ciele (…) Przypuśćmy, że jak w baśniach o metamorfozach ciało jest pełnoprawnym bóstwem, nauczycielem, mentorem, przewodnikiem. Czy wobec tego mądrze jest spędzać całe życie, chłostając nauczyciela, który tak wiele może nam dać, tak wiele nauczyć? Czy chcemy przez całe życie pozwalać innym na ubliżanie naszym ciałom, osądzanie ich, doszukiwanie się w nich braków? Czy jesteśmy dość silne, by zanegować obiegowe poglądy i wsłuchać się głęboko w nasze ciało jak w potężną i świętą istotę?

Aby jeszcze bardziej przybliżyć temat dr E opowiada historię La Mariposy (Kobiety – Motyla).

————————————————————————————————————

LA MARIPOSA
Goście przybywają z wszelkiego rodzaju oczekiwaniami, od sacrum do profanum. Przybywają, by zobaczyć coś, co nie każdemu jest dane zobaczyć, rzecz najdzikszą z dzikich, żywego ducha, La Mariposa (Kobietę-Motyla).
Taniec motyla jest ostatnim wydarzeniem dnia. Wszyscy w wielkim napięciu wyczekują tego jednoosobowego spektaklu. Tańczyć ma kobieta, i to nie byle jaka… Kiedy słońce skłania się ku zachodowi, nadchodzi stary mężczyzna spowity w olśniewający, uroczysty turkusowy strój. Przez megafon, skwiercząc jak kurczak na widok jastrzębia, szepcze do mikrofonu z lat trzydziestych: „Nasz następny taniec to taniec motyla”. Odchodzi, kuśtykając i przydeptując sobie dżinsy.
W odróżnieniu od baletu, gdzie po zapowiedzi kurtyna się rozsuwa i na scenę wybiega rój tancerek, tu, w Puye, jak i w innych plemiennych tańcach, między zapowiedzią a pojawieniem się tancerza czy tancerki może minąć od dwudziestu minut do nieskończoności. Gdzie się podziewa tancerz? Może właśnie sprząta w przyczepie. Temperatura około 40°C nie jest tam niczym nadzwyczajnym, może więc trzeba zamalować strużki potu na misternym malowidle na ciele. Jeśli pas taneczny, należący jeszcze do dziadka tancerza, pęknie po drodze na scenę, tancerz się nie pojawi, ponieważ duch pasa musi odpocząć. Może się też ociągać, ponieważ w radiu Taos, w audycji „Tony Lujan’s Indians Hour” nadają akurat jakąś dobrą piosenkę.
Czasami tancerz nie słyszy głośnika i trzeba po niego posłać. Potem jeszcze musi pogadać z wszystkimi krewnymi, których spotka po drodze na scenę, a już najpewniej zatrzyma się, żeby wszyscy siostrzeńcy i siostrzenice dobrze mu się przyjrzeli. Małe dzieci są zachwycone widokiem górującego nad wszystkim potężnego ducha Katsina*, który dziwnie przypomina wujka Tomasa, albo tancerki kukurydzianej uderzająco podobnej do ciotki Yazie. Ponadto zawsze jest możliwość, że tancerz znajduje się jeszcze na autostradzie do Tesuąue, z nogami zwisającymi z budy ciężarówki, w kłębach czarnego dymu z rury wydechowej.
W niecierpliwym oczekiwaniu na taniec motyla wszyscy rozprawiają o dziewicach-motylach i pięknych dziewczętach z plemienia Zuni, które tańczyły w czarnoczerwonych strojach z jednym ramieniem odsłoniętym, z jasnoróżowymi kręgami wymalowanymi na policzkach. Ludzie chwalą tancerzy-jeleni, młodzieńców tańczących z gałęziami sosen przywiązanymi do rąk i nóg.
Czas płynie.
I płynie.
I płynie.
Ludzie podzwaniają monetami w kieszeniach. Cmokają językami. Turyści nie mogą się doczekać cudnej Tancerki-Motyla.
Niespodziewanie, kiedy już wszyscy są znudzeni do niemożliwości, bębniarz zaczyna wybijać święty rytm motyla, a śpiewacy na całe gardło zawodzą do bogów.
Dla turystów motyl to delikatna istota. Spodziewają się zobaczyć kruchą piękność. Nic dziwnego więc, że są wstrząśnięci, kiedy w podskokach pojawia się Maria Lujan15. Jest wielka, naprawdę olbrzymia, jak Wenus z Willendorfu, jak matka-Dzień, jak potężna kobieta Diego Rivery, która zbudowała Mexico City jednym strzepnięciem nadgarstka.
A Maria Lujan, o zgrozo, jest stara, tak stara, jakby powstała z martwych, starajak najstarsza rzeka, starajak najstarsze sosny na skraju lasu. Jedno ramię ma odsłonięte. Czerwono-czarna manta (szata z derki) podskakuje razem z nią w górę i w dół. Jej ciężkie ciało i bardzo chude nogi sprawiają wrażenie, jakby była skaczącym pająkiem utaplanym w tamale (kukurydza z mięsem).
Skacze na jednej nodze, potem na drugiej. Macha na wszystkie strony wachlarzem z piór. Jest motylem, który przybywa, by pokrzepić słabnących. Jest wcieleniem tego, co uważa się powszechnie za słabe: starości, motyla, kobiety.
Włosy Dziewicy-Motyla sięgają ziemi. Są gęste jak włosy z dziesięciu kaczanów kukurydzy, kamiennoszare. Ma też motyle skrzydła — takie same jak u małych dzieci w rolach aniołków na szkolnych przedstawieniach. Jej biodra sąjak dwa wielkie kołyszące się kosze, a pośladki tworzą półeczkę, na której mogłaby usiąść dwójka dzieci.
Skacze, skacze, skacze, nie cicho jak królik, ale z głośnym przytupem, aż się niesie echo.
Jestem tutaj…
Jestem tutaj, tutaj, tutaj…
Obudźcie się, ty, i ty, i ty!
Kołysze wachlarzem z piór w górę i w dół, rozsiewając ducha motyla na całą ziemię i ludzi na niej żyjących. Bransolety z muszli grzechoczą jak węże, podwiązki z dzwoneczkami brzęczą jak deszcz. Jej cień o wielkim brzuchu i cienkich nogach tańczy z nią od jednej strony kręgu
do drugiej. Stopy wzbijają obłoczki kurzu.
Plemiona indiańskie są pełne czci, przejęte. Ale niektórzy turyści patrzą po sobie i mruczą: „To ma być to? To ma być Dziewica-Motyl?” Są zaskoczeni, nawet rozczarowani. Już chyba nie pamiętają, że świat ducha to miejsce, gdzie wilki są kobietami, niedźwiedzie — mężczyznami, a stare kobiety o bujnych kształtach — motylami.

Tak, właśnie tak powinno być, że Dzika Kobieta albo Kobieta-Motyl jest stara i o bujnych kształtach, bo w jednej piersi dźwiga burze i pioruny, a w drugiej — cały świat podziemny. Plecy to widnokrąg Ziemi z wszystkimi plonami, pożywieniem i zwierzętami. Kark niesie wschód i zachód słońca. Lewe udo dźwiga wszystkie grube sosny, prawe — wszystkie wilczyce świata. Brzuch mieści wszystkie dzieci, które się kiedykolwiek narodzą.
Dziewica-Motyl uosabia żeńską siłę płodności. Przenosząc pyłek z miejsca na miejsce, zapładnia wszelkie życie, tak jak dusza zapładnia umysł nocnymi marzeniami, tak jak archetypy zapładniają świat ziemski. Jest centrum świata. Łączy przeciwieństwa, biorąc z jednego i kładąc po drugiej stronie. Przeobrażenie jest nie bardziej skomplikowane. Tego właśnie uczy Kobieta-Motyl. Tak robią to motyle. Tak robi to dusza.
Kobieta-Motyl przeczy błędnemu przekonaniu, że przeobrażenie jest dobre dla męczenników, świętych albo nadludzko silnych. Jaźń nie musi przenosić gór, by ulec transformacji. Wystarczy tylko trochę. Mała rzecz może zmienić wiele. Siła zapładniająca zastępuje przenoszenie gór.
Kobieta-Motyl zapyla dusze tej ziemi, mówiąc: „To łatwiejsze, niż myślicie”. Potrząsa wachlarzem z piór, podskakuje, bo musi rozsypać duchowy pyłek po wszystkich obecnych, rdzennych Amerykanach, małych dzieciach, turystach, po wszystkich. Całe jej ciało jest błogosławieństwem, ciało stare, słabe, wielkie, ciało o krótkich nogach i krótkim karku, ze skazami na skórze. Oto kobieta zjednoczona z dziką naturą, tłumaczka świata instynktów, siła zapładniająca, naprawiająca, pamiętająca odwieczne idee. Oto La voz mitológica. Oto wcielona Dzika Kobieta.
Tancerka-Motyl musi być stara, ponieważ symbolizuje odwieczną, starą duszę. Ma szerokie uda i szerokie pośladki, ponieważ tak wiele dźwiga. Siwe włosy są znakiem, że nie musi już przestrzegać tabu nie-dotykania innych. Wolno jej dotykać wszystkich: chłopców, dziewcząt niemowląt, mężczyzn, kobiet, dziewczynek, starych, chorych i umarłych. Kobieta-Motyl może dotykać każdego — to jej przywilej. Na tym polega jej moc. Jej ciało to ciało motyla, La Mariposa.

————————————————————————————————————

Siła życia jaka cechuje Dziką Istotę objawia się również jako naturalna siła zmysłowości i sexualności, która była zazwyczaj poddawana ścisłej kontroli przez kulturę, religię i mentalność, a teraz w czasach po rewolucji sexualnej bardzo często jest sprowadzana do poziomu porno. W epoce starożytnej istniały boginie, w których kultach zbliżenie było częścią obrzędu, a hieros gamos, święte zaślubiny, praktykowano na Bliskim Wschodzie oraz w Helladzie. W Babilonie każdy nowy król musiał spędzić noc w świątyni bogini Inanny (Isztar), aby potwierdzić swoją władzę, kładziono wtedy w jednym łożu posągi boga i bogini (podobnie było w Helladzie z figurami przedstawiającymi Zeusa i Herę). Jak widać w dawnych czasach sexualność w naturalny sposób łączona była z elementem sacrum, sytuacja uległa zmianie dopiero z nadejściem religii monoteistycznych. Co więcej, w tradycjach pogańskich zmysłowość oraz sexualność łączone były ze śmiechem, o czym opowiada historia Baubo, którą wspominano w czasie misteriów eleuzyjskich.
————————————————————————————————————
Matka-Ziemia, Demeter, miała niezwykłej urody córkę imieniem Persefona. Pewnego dnia Persefona, bawiąc się na łące, ujrzała prześliczny kwiat i wyciągnęła dłoń, by dotknąć jego płatków. Nagle ziemia zadrżała i rozpękła się, a wielka zygzakowata szczelina przecięła łąkę. Z podziemnej otchłani wynurzył się Hades, bóg świata umarłych. Wysoki i potężny stał w czarnym rydwanie ciągnionym przez czwórkę czarnych koni.
Hades porwał Persefonę i uwiózł w swoim rydwanie, poganiając konie coraz niżej, w głąb ziemi. Krzyk Persefony cichł coraz bardziej, kiedy szczelina zasklepiała się za nimi, nie zostawiając śladu, tak jakby nic się nie stało.
Ale głos dziewczyny poniósł się echem po górskich skałach, brzmiał w dźwięku morskich fal. Demeter słyszała, jak płaczą kamienie, jak płacze woda. A potem na całej ziemi nastała niesamowita cisza; unosił się tylko zapach zdeptanych kwiatów.
Demeter szalała z rozpaczy, rwała włosy ze swej nieśmiertelnej głowy. Zarzuciwszy ciemne szaty, leciała nad ziemią jak wielki ptak, wszędzie wypatrując córki, wołając ją po imieniu.
Tej nocy stara czarownica siedząca u wejścia do groty rzekła do swych sióstr, że trzykrotnie słyszała krzyk tego dnia: najpierw młody, przerażony głos, potem żałosne wołanie, wreszcie nieutulony płacz matki.
Demeter długo szukała na próżno. Tak zaczęła się jej pełna żalu, trwająca długie miesiące tułaczka. Szalała z gniewu i rozpaczy, płakała, krzyczała, dopytywała się, przeszukiwała wszystkie zakamarki ziemi, błagała bogów o litość, o śmierć, a choć czyniła wszystko, nie mogła znaleźć umiłowanej córki.
I wreszcie ta potężna bogini, opiekunka wiecznie odradzającego się życia, przeklęła żyzne pola, wołaj ąc w żalu i rozpaczy: — Niech wszystko umiera! — Klątwa Demeter sprawiła, że dzieci przestały się rodzić, zboża przestały rosnąć i wydawać plon na chleb, ginęły kwiaty i drzewa. Wszystko usychało — i ziemia, i piersi kobiet.
Pogrążona w bólu Demeter nie zażywała już nawet kąpieli. Snuła się zabiedzona, w łachmanach, ze splątanymi włosami. Choć smutek przeszywał jej serce, nie poddawała się. Wciąż chodziła, szukała, pytała, błagała. Wreszcie, po wielu daremnych wysiłkach, dotarła do wioski, w której nikt nie wiedział, kim jest, i spoczęła przy studni. A kiedy opierała swe zbolałe ciało na chłodnym kamieniu cembrowiny, pojawiła się przy niej kobieta, a raczej istota podobna do kobiety. Zaczęła tańczyć przed Demeter, kołysała biodrami i piersiami, wymownie naśladując akt miłosny. Demeter, ujrzawszy ją, nie mogła się powstrzymać od uśmiechu.
W istocie tańcząca żeńska postać była zaczarowana; nie miała głowy, jej oczami były sutki, a pochwa ustami. To właśnie te usta zaczęły opowiadać Demeter zabawne, rubaszne historyjki. Demeter najpierw się uśmiechnęła, potem zaczęła chichotać, aż wybuchnęła śmiechem z głębi brzucha. Śmiały się razem, mała brzuchata boginka Baubo i potężna Matka-Ziemia, Demeter.
Śmiech wydobył Demeter z rozpaczy i dał jej siłę do dalszych poszukiwań. W końcu z pomocą Baubo, starej Hekate i boga słońca, Heliosa, odnalazła swą córkę. Persefona została zwrócona matce. Cały świat, ziemia i łona kobiet znów zaczęły rodzić.

———————————————————————————————————–

Postać Baubo (Iambe) prawdopodobnie wywodzi się od neolitycznych bóstw symbolizowanych przez Wenus z Willendorf, Boginię – Matkę o obfitych piersiach, udach i pośladkach symbolizujących płodność. Nie raz byłam świadkiem, jak dobre maniery w pewnych sytuacjach tłamszą kobietę i nie pozwalają jej oddychać. A przecież śmiech polega właśnie na oddychaniu, jest ciągiem szybkich wdechów i wydechów. Kinezjologia i inne terapie ciała, na przykład Hakomi, dowodzą, że zaczerpnięcie oddechu pozwala wyraźniej odczuwać własne emocje, natomiast kiedy nie chcemy czuć, powstrzymujemy oddech. Śmiejąc się, oddychamy pełną piersią i w trakcie tej czynności możemy poczuć niedozwolone uczucia. A jakie to mogą być uczucia? Okazuje się, że są to nie tyle uczucia, ile raczej ulga i lekarstwo na uczucia negatywne — uwolnienie długo powstrzymywanych łez, przypływ zepchniętych w cień wspomnień, zerwanie kajdanów krępujących zmysłową osobowość.

Podobne pozytywnie obsceniczne zabarwienie ma opowieść o Kojocie Dicku, którą dr E usłyszała z ust Willowdean, żony Old Reda zarządcy kempingu w Nogales, kiedy pytała o tamtejsze opowieści.

——————————————————————————————————-
Był sobie raz Kojot Dick, najgłupszy i zarazem najsprytniejszy typ, jakiego można sobie wyobrazić. Ciągle się za czymś uganiał, ciągle próbował kogoś okpić, żeby dostać, czego chciał. Poza tym nic nie robił, tylko spał.
Pewnego razu, kiedy Kojot Dick drzemał sobie w najlepsze, jego fiut znudzony tym wszystkim postanowił go zostawić i poszukać przygód na własną rękę. Odczepił się więc od Kojota Dicka i ruszył w drogę. Tak naprawdę to skakał, bo jak wiadomo, miał tylko jedną nogę.
Skakał sobie radośnie i bardzo mu się to podobało, aż zeskoczył z drogi w las, a tam — rety! — wskoczył prosto w kępę pokrzyw. Zaczął krzyczeć: Auu! Auuu! Ratunku!
Przeraźliwe krzyki zbudziły Kojota Dicka, a gdy się obudził i sięgnął ręką, żeby ulżyć pęcherzowi, nie znalazł fiuta na miejscu! Kojot Dick popędził drogą, trzymając ręce między nogami i w końcu znalazł uciekiniera w wielkich tarapatach. Delikatnie wydobył swego poszukiwacza przygód z pokrzyw, pogłaskał, uspokoił i włożył na miejsce.
Old Red śmiał się jak wariat, aż dostał napadu kaszlu, a oczy niemal wyszły mu z orbit.
Taka była historia z Kojotem Dickiem.
Ale Willowdean go ofuknęła:
Zapomniałeś o zakończeniu.
O jakim zakończeniu? To już wszystko — mruknął Old Red.
Stary pijaku, zapomniałeś powiedzieć prawdziwe zakończenie.
— Skoro tak dobrze pamiętasz, to sama opowiadaj. — Zadzwonił
dzwonek u drzwi i Old Red podniósł się z krzesła.
Willowdean spojrzała na mnie roziskrzonymi oczami.
— Na końcu jest morał — powiedziała.
W tym momencie chyba wstąpiła w nią Baubo, bo zaczęła chichotać, parskać i śmiać się do łez, tak że dwa ostatnie zdania krztusiła przez całe dwie minuty, a każde słowo powtarzała kilka razy między haustami powietrza.
— Morał jest taki, że odkąd fiut poparzył się pokrzywami, to tak
zaczął Dicka swędzieć, że do tej pory nie przestał. I dlatego każdy chłop
dobiera się do baby i chce się poocierać, jakby go swędziało. Odkąd ten
fiut raz uciekł, wszystkie fiuty na świecie swędzą tak samo.

——————————————————————————————————

Dostaliście ataku śmiechu? Wiem. Jeżeli jednak sądzicie, że odłączenie organu sexualnego jest w opowieściach wyłącznie sztuczką mężczyzn to śpieszę poinformować, że znam również podobny motyw wyjmowania narządów płciowych związany z hawajską boginią Kapo.

——————————————————————————————————-
Kapo jest hawajską boginią magii, siostrą Pele, bogini wulkanów i matką Laki, bogini tańca hula. Kapo potrafiła przybierać różne kształty, ale jest znana głównie z innego swojego talentu—mogła odłączyć waginę od reszty ciała i posłać ją tam gdzie chciała. Pewnego razu użyła swojej kohe lele (‘latającej waginy’) aby uchronić swoją siostrę Pele przed gwałtem. Gdy Pele przechadzała się niedaleko swojego domu w Kilauea na wyspie Hawai’i, śledził ją Kamapua’a, bóg mający postać pół – człowieka, pół – świni. Kiedy miał się na nią rzucić, Kapo wyczuła zagrożenie i rzuciła waginą, tak że przeleciała tuż nad twarzą Kamapua’y. Ten natychmiast zapomniał o Pele i zaczął ścigać pochwę Kapo’s aż do wyspy Oahu, gdzie wylądowała tworząc krater Koholepelepe (najczęściej nazywany Kraterem Koko) przy Zatoce Hanauma. Kohe lele powróciła następnie do Kapo, zostawiając Kamapua’ę samego na skałach. Imię Kapo oznacza Ciemność, jest również znana jako Kapo-’ula-kina’u (Kapo O Czerwonych Plamach), Kapo-kohe-lele (Kapo O Latającej Waginie) oraz Kapo-ma’i-lele (Kapo O Latających Genitialiach).

Na podstawie http://www.goddessaday.com/polynesian/kapo
—————————————————————————————————-

W podobnym tonie dr E snuje opowieść o tym jak pewnego dnia generał Eisenhower miał wizytować wojska stacjonujące w Rwandzie. Gubernator chciał aby kobiety z rdzennych plemion stały przy drodze i wiwatowały na jego cześć, problem tkwił w tym, że ich ubrania ograniczały się do kilku sznurów korali i krótkich przepasek. Gubernator zwrócił się zatem z prośbą do wodza plemienia, aby na tę jedną okazję włożyły spódnice i koszule, które im dostarczy, ten zgodził się bez problemu i obiecał że będą stosownie ubrane. W dzień parady okazało się, że chociaż kobiety założyły spódnice to za nic na świecie nie chciały zgodzić się na noszenie koszul i pojawiły się z odsłoniętymi piersiami, nie nosiły też żadnej bielizny. Gubernator ponownie wezwał na rozmowę wodza plemienia, ten po konsultacji z kobietami solennie obiecał, że na pewno będą zasłaniać biusty. I rzeczywiście, kiedy samochód z generałem przejeżdżał obok, kobiety zarzucały sobie na twarz spódnice, zasłaniając w ten sposób piersi.

Jak widać tłumienie naturalności i spontaniczności może prowadzić do takich właśnie komicznych efektów. Zarówno poczucie humoru jak zmysłowość mają wspólne korzenie właśnie w naturalności i fizyczności, dlatego są ze sobą powiązane. Świętość i zmysłowość-seksualność sąsiadują ze sobą w psychice, bo jedna i druga objawia się jako cud, nie dzięki procesom intelektualnym, ale przez bezpośrednie doznania fizyczne; na krótką chwilę albo na zawsze pocałunek, wizja czy szczery śmiech zmieniają nas, wstrząsają naszymi podstawami, zabierają na szczyt, prostują ścieżki, dają taneczny krok, nagły gwizd, prawdziwą eksplozję życia.
Przechodzimy długą drogę od czasów dziecięcych, kiedy określamy siebie poprzez opinie innych do chwili, gdy sami możemy spojrzeć na swoją osobę i zdecydować co w naszym wyglądzie jest świetne, co mniej korzystne, a co zupełnie nam nie pasuje. Mówię jako ktoś kto sam przeszedł transformację od nieśmiałej okularnicy chodzącej w ciężkich dzianinowych ubraniach (bo trzeba jakoś zatuszować tą chudość jak twierdziła matka) do osoby, która chociaż nie przykłada nadmiernej wagi do wyglądu to odnalazła swój własny, wygodny styl. Zamiast narzekać na wygląd, wzięłam się do roboty: zamieniłam okulary na soczewki kontaktowe, przyciemniłam odcień włosów, znalazłam sobie wcale niedrogie, ale wygodne i w miarę efektowne ubrania, dorzuciłam trochę biżuterii… Wszystko zgodnie z zasadą: zmieniaj to co możesz zmienić i zaakceptuj to czego nie jesteś w stanie zmienić. Nie mogę zmienić swojego wzrostu czy struktury kości, więc po co się frustrować? Mój wygląd przypomina ten, który jest przez wiele pań określany pogardliwie jako anorektyczka. Nie należę do tych kobiet, którymi tak zachwyca się dr E, nie mam szerokich bioder czy ud ani dużych piersi. Baaaardzo daleko mi do Wenus z Willendorf. Jestem niewysoka, chuda, koścista i płaska. Moje ciało nie jest przystosowane do rodzenia dzieci. Moje ciało jest tym czym powinno być: przykryciem dla ducha i niczym więcej. Mojej energii wystarcza na to żebym przeprowadziła zajęcia, napisała kolejne wejście na bloga czy poszła na spacer, jednak nie obciążam ciała pracą fizyczną ani wyczynowym sportem. To nie moje ciało rodzi dzieci, ale umysł w postaci kolejnych odcinków mojej opowieści czy postów na blogu, a jest przy tym bardzo płodny. Jestem zdrowa, mam dobre wyniki, wiek metaboliczny o wiele młodszy niż metrykalny i czuję się dobrze, akceptuję siebie z całą moją chudością, kościstością oraz płaskością tak jak akceptują siebie Dzikie Istoty.

* O jednej z kachina (kaczynów) pisałam tutaj.

One response to “Odcinek 16: La Mariposa, Baubo, Kojot Dick i Kapo. O ciele i zmysłowości

  1. Pingback: Kreatywny Plan Na Wrzesień | Lawendowe Pola

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s