Odcinek 15: Skóra Foki. O powrocie duszy do domu

biegnaca z wilkami skora foki

“I’ll tell you something banal. We’re emotional illiterates. And not only you and I — practically everybody, that’s the depressing thing. We’re taught everything about the body and about agriculture in Madagascar and about the square root of pi, or whatever the hell it’s called, but not a word about the soul. We’re abysmally ignorant, about both ourselves and others. There’s a lot of loose talk nowadays to the effect that children should be brought up to know all about brotherhood and understanding and coexistence and equality and everything else that’s all the rage just now. But it doesn’t dawn on anyone that we must first learn something about ourselves and our own feelings. Our own fear and loneliness and anger. We’re left without a chance, ignorant and remorseful among the ruins of our ambitions. To make a child aware of it’s soul is something almost indecent…How can you understand other people if you don’t know anything about yourself? Now you’re yawning, so that’s the end of the lecture.”
Ingmar Bergman

Skóra Foki — Skóra Duszy

Dawno temu, w porze, która teraz przeminęła, lecz wkrótce powróci, każdy dzień wypełniało tylko białe niebo i biały śnieg, a małe czarne punkciki widoczne w oddali okazywały się ludźmi, psami albo niedźwiedziami.
W tych stronach nie żyje się za darmo. Wicher wieje tak silny, że ludzie rozmyślnie zakładają parki i mamleki (wysokie buty z foczej skóry) odwrócone na drugą stronę. Wymawiane słowa zamarzają w powietrzu, a żeby zrozumieć całe zdanie, trzeba je mówiącemu wyłamywać siłą spomiędzy warg i topić przy ogniu. Tutaj ludzie żyją pośród białych bujnych włosów starej Annuluk, naszej babki, prastarej czarownicy, która jest Ziemią. I w tej to właśnie krainie żył sobie człowiek… tak samotny, że z biegiem lat łzy wyżłobiły na jego policzkach głębokie bruzdy.
Próbował się uśmiechać, być szczęśliwy. Polował. Zastawiał sidła, tropił zwierzynę, twardo sypiał. Ale brakowało mu ludzkiego towarzystwa. Czasami, osiadłszy w kajaku na mieliźnie, patrzył na zbliżające się foki i przypominał sobie, co mówią stare legendy — foki były kiedyś ludźmi, a teraz jedynym śladem po tym są ich oczy, w których widać te same spojrzenia, mądre, gorące, kochające. Czasami czuł tak wielki przypływ bólu i samotności, że łzy toczyły mu się po głębokich bruzdach na twarzy.
Pewnej nocy wyruszył na polowanie tuż po świcie, ale niczego nie znalazł. Kiedy księżyc podnosił się na niebie, a kry lodowe zalśniły w jego świetle, człowiek podpłynął do wielkiej skały na morzu, a jego bystrym oczom wydało się, że coś się na niej porusza z nieskończonym wdziękiem.
Płynął powoli, głęboko zanurzając wiosła, by znaleźć się bliżej. Na szczycie skały wypatrzył grupkę tańczących dziewcząt, nagich jak w chwili narodzin. A że tak długo był samotny i po ludziach zostały mu tylko wspomnienia, zatrzymał się i patrzał. Kobiety wyglądały jak utkane z księżycowego mleczka, ich skóra migotała srebrnymi kropelkami jak łososie na wiosnę, a ich stopy i dłonie były smukłe, długie i piękne.
Tak niezwykłej urody były te dziewczęta, że usiadł oniemiały w łodzi, a woda uderzała o burtę, coraz bardziej przysuwając go do skały.
Słyszał śmiech tych pięknych istot… tak przynajmniej sądził, choć może to woda się śmiała, rozbijając się o urwisko. Był zmieszany i olśniony. W dziwny sposób poczucie osamotnienia, które ciążyło mu na piersiach jak mokra skórzana odzież, opuściło go i bez namysłu, jakby tak właśnie miało być, wyskoczył na skałę i zabrał jedną z foczych skór, które tam leżały. Ukrył się za występem skalnym i schował skórę za qutnguq (parką).
Wkrótce jedna z kobiet zawołała głosem tak pięknym, jakiego dotąd nie słyszał… zupełnie jak wieloryby śpiewające o świcie… nie, raczej jak małe wilczki baraszkujące wiosną… nie, ten głos był jeszcze piękniejszy, ale to nieważne, bo… co one robią?
A one zakładały na siebie focze skóry i jedna za drugą zsuwały się do morza, piszcząc i wołając radośnie. Oprócz jednej. Najwyższa z dziewcząt szukała wszędzie swojej skóry, lecz nigdzie jej nie było. I wtedy mężczyzna poczuł się ośmielony. Wyszedł zza skały i odezwał się:
Kobieto… zostań moją żoną. Jestem taki samotny…
Nie, nie mogę być niczyją żoną — powiedziała. — Nie jestem z twego rodu, jestem z rodu tych, co żyją temeqvanek — pod wodą.
Zostań moją żoną — nalegał mężczyzna. — Po siedmiu latach oddam ci foczą skórę i zrobisz, jak zechcesz, odejdziesz albo zostaniesz.
Dziewczyna-foka przyglądała się długo jego twarzy oczami, które wbrew jej pochodzeniu wydawały się ludzkie. Niechętnie odrzekła:
— Dobrze, pójdę z tobą. Po siedmiu latach zdecyduję, co robić.

Po jakimś czasie urodziło im się dziecko, które nazwali Uruk. Był to chłopczyk gibki i pulchny. W zimie matka opowiadała mu baśnie o podwodnych stworzeniach, podczas gdy ojciec strugał mu nożem niedźwiadki i wilki. Kiedy matka kładła Uruka spać, pokazywała mu przez otwór w suficie obłoki o różnych kształtach. Jednak nie widziała w nich kruków, niedźwiedzi ani wilków, lecz morsy, wieloryby, foki i łososie, bo te stworzenia dobrze znała.
Z biegiem czasu jej ciało zaczęło wysychać. Najpierw zwiotczało, potem zaczęło się kruszyć. Łuszczyła się skóra na powiekach. Wypadały włosy na głowie. Stała się naluaą — blada, prawie biała. Kiedyś tak krągła, schudła straszliwie. Usiłowała ukryć, że kuleje. Z każdym dniem jej wzrok się pogarszał. Musiała wyciągać ręce, by znaleźć drogę, bo prawie nic nie widziała.
I tak było, aż pewnej nocy Uruka obudził krzyk i chłopiec usiadł na futrzanym posłaniu. Ktoś ryczał niczym niedźwiedź — to jego ojciec wymyślał matce. Usłyszał też płacz, jakby srebrny pręt uderzał o kamień. To płakała jego matka.
– Siedem długich lat temu ukryłeś moją foczą skórę, idzie już na ósmą zimę. Chcę, żebyś mi zwrócił to, z czego jestem zrobiona — płakała kobieta-foka.
– Jeśli ci ją oddam, to zostawisz mnie, kobieto — grzmiał mąż.
– Nie wiem, co zrobię. Wiem tylko, że muszę mieć to, do czego należę.
– Zostanę bez żony, a chłopiec bez matki. Jesteś złą kobietą.
To mówiąc, mąż zerwał zasłonę z drzwi i zniknął w ciemności nocy.
Chłopiec bardzo kochał matkę. Bał się ją stracić i płakał tak długo, aż zasnął z wyczerpania. Obudził go wiatr. Dziwny to był wiatr; zdawało się, że woła jego imię:
— Uuuuruk, Uuuuruk.
Wstał z posłania i ubrał się tak pospiesznie, że założył parkę na odwrotną stronę, a mukluki (buty z foczej skóry) wciągnął tylko do połowy. Wciąż słysząc swe imię, wyszedł w rozgwieżdżoną noc.
— Uuuuruk.
Pobiegł na skalne urwisko i patrząc stamtąd na morze, daleko pośród wzburzonych fal na morzu zobaczył olbrzymią, kudłatą srebrzystą fokę… z wielką głową, z wąsami do piersi i żółtymi oczami.
— Uuuuruk.
Chłopiec spuścił się w dół po skale i poczuł pod stopami jakiś kamień… nie, to tobołek, który wytoczył się ze skalnej rozpadliny. Włosy chłopca opadły na twarz tysiącem zlodowaciałych kosmyków.
— Uuuuruk.
Chłopiec rozerwał tobołek i wytrząsnął jego zawartość — to była focza skóra jego matki. Poczuł jej zapach. A kiedy tulił skórę do twarzy i wdychał jej woń, dusza skóry zaczęła w nim trzepotać niczym letni powiew wiatru.
Zapłakał z bólu i radości i znów uniósł skórę do twarzy, i znów dusza matki przeszła przez jego duszę. Płakał, bo przepełniła go bezbrzeżna miłość do matki.
A stara srebrzysta foka w oddali zanurzyła się z wolna pod wodę.
Chłopiec wspiął się na urwisko i pobiegł do domu; focza skóra powiewała za nim, kiedy wpadł jak burza do domu. Matka podniosła go na rękach razem ze skórą i przymknęła oczy, wdzięczna losowi, że oboje są bezpieczni.

Zaczęła się ubierać w skórę.
— Matko, nie! — zakrzyknął chłopczyk.
Przygarnęła go, otoczyła ramieniem i kulejąc, biegła w stronę wzburzonego morza.
— Mamo, nie zostawiaj mnie!
Widać było, że pragnie zostać przy dziecku, chce tego, ale coś ją wzywało, coś starszego, potężniejszego od niej, od niego, od czasu.
— Mamo, nie! — odwróciła się do niego z wyrazem bezbrzeżnej, tragicznej miłości w oczach. Ujęła w dłonie jego głowę i tchnęła słodki oddech w jego płuca, raz, drugi, trzeci. I trzymając go pod pachą jak cenny tobołek, zanurkowała w morze, w dół, głęboko, a pod wodą oddychali lekko i swobodnie.
Płynęli przez głębiny, aż dotarli do podwodnej groty fok, gdzie przeróżne stworzenia śpiewały i jadły, tańczyły i rozmawiały, a olbrzymia stara foka, która nocą wołała Uruka, objęła go i nazwała wnukiem.
— Jak ci się wiedzie tam na górze, córko?

Kobieta-foka spojrzała w bok i rzekła:
– Skrzywdziłam człowieka, mężczyznę, który dał mi wszystko, co miał. Ale wrócić do niego nie mogę, bo zostałabym jego więźniem.
– A chłopiec? — spytał stary. — Mój wnuk? — Jego głos drżał z dumy, gdy to mówił.
– On musi wrócić, ojcze. Nie może tu zostać z nami. Jeszcze nie przyszedł jego czas. — I zapłakała, a po chwili płakali wszyscy razem.
Minęło tak kilka nocy i dni, dokładnie siedem, a w tym czasie blask powrócił we włosy i oczy kobiety-foki. Nabrała rumieńców, jej wzrok się poprawił, ciało odżyło, pływała z wielką gracją. Wreszcie przyszedł czas, by chłopiec wrócił na ląd. Tej nocy dziadek i piękna matka chłopca popłynęli, trzymając go między sobą. Wypłynęli na powierzchnię. Łagodnie umieścili Uruka na skalistym brzegu w promieniach księżyca.
Matka zapewniała go:
— Zawsze będę z tobą. Dotknij tylko, czego ja kiedyś dotykałam, moich patyków do krzesania ognia, mego ulu (noża), kościanych wydr i fok, które dla ciebie wyrzeźbiłam, wtedy tchnę oddech w twoje płuca, byś mógł wyśpiewać swe pieśni.
Stara srebrzysta foka i jej córka ucałowali dziecko wiele razy. Wreszcie oderwali się od niego, odpłynęli w morze i rzuciwszy na chłopca ostatnie spojrzenie, znikli w kipieli fal. A Uruk został, bo jego czas jeszcze nie nadszedł.
Z biegiem czasu chłopiec wyrósł na znaczącego bębniarza, pieśniarza i gawędziarza, a ludzie powiadali, że to wszystko dlatego, że w dzieciństwie potężne focze duchy wywiodły go w morską głębinę. Potem często widywano go, jak w szarej porannej mgle, uwiązawszy kajak, klęczał na morskiej skale i rozmawiał z foczą samicą, która często pojawiała się na brzegu. Choć wielu na nią polowało, nikomu nie udało się jej złowić. Nazywają ją Tanqigcaq (jasna) i mówią, że chociaż jest foką, w jej oczach widać ludzkie spojrzenie, mądre, gorące i kochające.
———————————————————

Ta opowieść to wyższa szkoła jazdy, dlatego zostawiłam ją niemal na koniec.

Ta opowieść wymaga spojrzenia głębiej w swoją duszę.

Dusza. Niezbyt chętnie używane słowo, prawda? Zbyt mocno kojarzy się z religią, ponadto w mocno zracjonalizowanej kulturze zachodniej wszystko co nie jest jasne, logiczne, ściśle odmierzone i odważone może wydawać się podejrzane.

Dlatego właśnie spojrzenie wgłąb siebie i zadbanie o swoją duszę wydają się takie trudne. Jednak zakładam, że po czternastu odcinkach jesteśmy na to wszyscy gotowi, a czytając to o czym pisze dr E, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że już gdzieś tę opowieść czytałam i to nie raz, tylko w innej wersji. Ale o tym na samym końcu.

Motyw opuszczenia domu w krainie sił nadprzyrodzonych i zejścia na ziemię pojawia się we wszelkich mitologiach od niepamiętnych czasów, motyw ukrycia prawdziwej natury pod postacią zwierzęcia znamy z wielu legend z całego świata. Baśnie o zwierzętach tajemniczo spokrewnionych z ludźmi opowiada się na całym świecie, bo przekazują one archetypową, uniwersalną wiedzę o duszy. Czasem baśnie i opowieści ludowe tkwią korzeniami w duchu konkretnego miejsca, szczególnie bliskiego duszy. Baśń, którą przytoczę, powstała w zimnych krajach Północy, a opowiada się ją wszędzie tam, gdzie jest lodowate, zamarzające morze lub ocean. Jej różne wersje spotykamy u Celtów (np. Szkotów), plemion Indian Ameryki Północnej, na Syberii i w Islandii. Opowieść zwykle nazywa się Dziewczyna-foka, Selkie-o, Pamrauk, Mała Foka albo Eyalirtaą, Ciało Foki (…) U różnych ludów świata, nie wyłączając mieszkańców regionów okołopolarnych i zachodniej Afryki, spotykamy wierzenie, że człowiek dopóty nie może zacząć prawdziwego życia, dopóki jego dusza nie zrodzi ducha, dopóki go nie wychowa, nie wykarmi, nie napełni siłą. Według tych wierzeń dusza powraca potem do swego dawnego, dalekiego domu, a duch zaczyna samodzielne życie w świecie.

FOKA JAKO SYMBOL DUSZY

Aby zrozumieć dlaczego foka ma taką a nie inną symbolikę trzeba najpierw przyjrzeć się życiu tego zwierzęcia. Jest stworzeniem wodnym, to oznacza, że na co dzień obcuje z wodą symbolizującą uczucia i nieświadomość. Na brzeg wychodzi tylko po to by urodzić i wychować młode. Cały proces zajmuje około dwóch miesięcy, po tym czasie pielęgnowane troskliwie małe foki są gotowe by żyć samodzielnie. Ludzie żyjący w pobliżu tych zwierząt twierdzą, że foki są z natury łagodne, ufne i przystępne, łatwo się przywiązują, ale potrafią też szybko wyczuć niebezpieczeństwo i oddalić się z niebezpiecznego miejsca albo obronić przed atakiem przeciwnika.


Zdarza się i tak, że foka, która nie jest oswojona z ludźmi, tak jak w baśni pada ich ofiarą. Podobnie jest w życiu, chyba każdy z nas miał nieszczęście trafić w życiu na myśliwego, zabijającego w nas coś dla nas bardzo cennego, czy to uczucie, czy plany na przyszłość, czy zaufanie oraz wiarę w ludzi, i oddalającego się potem z trofeum. Dzieje się tak, bo zazwyczaj myśliwy pojawia się zupełnie niespodziewanie, często w przebraniu ekologa, a my albo nie mamy jeszcze doświadczenia, albo nasz instynkt jest przytępiony i wpadamy w jego sidła. Te, które pozwoliły się w ten sposób ograbić, nie są złe. Nie weszły na złą drogę. Nie są głupie. Brakuje im natomiast doświadczenia albo popadły w coś w rodzaju psychicznej drzemki. Pomyłką byłoby przypisywać taki stan tylko osobom młodym wiekiem. Może on się przytrafić każdej, niezależnie od wieku, przynależności etnicznej, wykształcenia i nawet dobrych intencji.


O procesie inicjacji, który zapobiega psychicznemu i emocjonalnemu okradaniu nas była już mowa w baśniach o Wasylisie Mądrej oraz Sinobrodym. Jeżeli proces przebiega prawidłowo, to potrafimy wytropić i unieszkodliwić przeciwnika wewnątrz i na zewnątrz siebie. Problem pojawia się jednak jeżeli nie ma nikogo, kto by nas w tę inicjację wtajemniczył albo osoba ta sama nie jest wystarczająco dobrym nauczycielem/-ką, bo sam/-a nie zakończył/-a jeszcze tego procesu. W takiej sytuacji etap kradzieży będzie się powtarzał. Ponieważ matrylinearne linie inicjacji — starsze kobiety wpajające młodszym pewne psychiczne fakty i procedury ważne w życiu kobiety — w przypadku bardzo wielu kobiet nie istnieją, zostały zakłócone lub zerwane, więc prawdziwym błogosławieństwem jest archeologia baśni, z których możemy czerpać nauki. Wszystko, co można wydobyć z ich głębokiej mądrości, jest echem wrodzonych wzorców najbardziej integralnych psychicznych procesów kobiety. Pod tym względem baśnie i mity są wtajemniczającymi mędrcami, którzy uczą swoich następców.

UTRATA SKÓRY

Czy w tę pułapkę trzeba koniecznie wpaść? Oczywiście nie, ale nawet utrata wolności nie oznacza końca, wręcz przeciwnie, w wielu baśniach (Sinobrody, Roszponka, Narzeczona Diabła, Kwiat Dzikiej Róży) jest momentem, kiedy zaczynamy patrzeć z szerszej perspektywy i odkrywać głębsze warstwy. Z początku nieświadomi swojej siły, jesteśmy zmuszeni ją odkryć i ujawnić na zewnątrz.

Skóra jest symbolem harmonii z samym/-ą sobą i wewnętrznej spójności oraz kontaktu ze swoją pierwotną naturą. Zrzucenie jej wystawia nas na niebezpieczeństwo ataku ze strony źle wpływających na nas uczuć i ludzi, bo podobnie do skóry fizycznej chroni tę delikatną warstwę nas przed zagrożeniami. Zdjęcie jej na dłużej powoduje utratę kontaktu z własnym wnętrzem i wyczerpanie. Tak jak na fizycznej skórze zdarzają się zadrapania, tak my możemy czasami na skutek wielu zdarzeń stracić kontakt ze swoim własnym  głosem. Nie jest to tragiczne w skutkach, jeżeli zdamy sobie z tego sprawę i zaczniemy przeciwdziałać, na psychice, podobnie jak na skórze fizycznej, rany goją się po usunięciu źródła zatrucia i opatrzeniu ich. Najbardziej zabójczym jest dla nas zaprzestać wsłuchiwać się w to, co mówi nasze wnętrze. Co jakiś czas tracimy poczucie, że jesteśmy całkowicie we własnej skórze, za sprawą czynników już omawianych, a także długotrwałego zniewolenia. Zagrożone są także kobiety, które zbyt długo i bez wytchnienia ciężko pracują. Skóra duszy zanika, kiedy przestajemy zauważać to, co naprawdę robimy, a zwłaszcza, kiedy nie zauważamy, jaką płacimy za to cenę. Tracimy skórę duszy, pozwalając, by zawładnęło nami ego, kiedy jesteśmy zbyt wymagające i pedantyczne, kiedy bez potrzeby stajemy się męczennicami lub kiedy popycha nas ślepa ambicja. Tracimy skórę duszy, kiedy jesteśmy niezadowolone z siebie lub rodziny, ze środowiska, z kultury czy ze świata — i nic w tej sprawie nie mówimy, nie robimy, a także wtedy, gdy udajemy, że jesteśmy niewyczerpanym, niezastąpionym źródłem dla innych i nie robimy nic dla siebie. Skórę duszy można stracić na tyle sposobów, ile jest kobiet na świecie.

Naturalną potrzebą każdej istoty jest powrót do domu, gdzie czuje się spokojnie i bezpiecznie. Z psychiką jest dokładnie tak samo, bez regularnego powrotu do „swojego” miejsca przestaje się regenerować. Wiele osób (na szczęście) bije na alarm, że ginie naturalne środowisko i kolejne gatunki zwierząt, ale mało kto zwraca uwagę na to, że ginie również psychika. Nie pomoże jej ani wyjazd z miasta na krótki urlop ani rozdawanie siebie potrzebującym, którzy domagają się naszej uwagi czy pocieszenia. Jakkolwiek dziwnym może się to wydawać, trzeba założyć swoje własne konto wpłat i wypłat energetycznych. Kiedy poświęcamy czas, energię, uwagę czy troskę, oddajemy jakąś część siebie, a zatem wypłacamy „walutę” z naszego konta energetycznego. Jeżeli będziemy tak wypłacać i nie doładowywać konta, to prędzej czy później nieuchronnie narobimy sobie debetu.

W baśni dziewczyna-foka traci skórę podczas tańca, gdy zapamiętuje się w przyjemności i traci czujność. W takim stanie podejmujemy błędne decyzje, czy będzie to zbyt wczesny ślub i założenie rodziny, czy porzucenie czegoś bardzo dla nas ważnego w imię doraźnych, często finansowych korzyści, czy inny wybór, który sprawia, że czujemy się przytłoczeni. Tracimy wtedy mechanizmy psychiczne, które każą nam zatrzymać się i spojrzeć uważnie na sytuację, tak jak skóra reaguje na zmianę temperatury „gęsią skórką” i unoszeniem się włosów. Utrata skóry jest równoznaczna z utratą osłony, ciepła własnego ciała, systemu ostrzegania, instynktownego postrzegania. Jeśli kobieta jest psychicznie pozbawiona skóry, to zaczyna szukać tego, co tylko wydaje jej się dobre, a nie tego, czego naprawdę potrzebuje. Brak skóry sprawia, że idzie za tym, co robi wrażenie najsilniejszego, niezależnie, czy jest to dla niej dobre czy nie. Radośnie podskakuje, nie rozgląda się wokół. Zamiast traktować życie poważnie, obraca wszystko w żart, zbywa śmiechem, odkłada na potem. Uchyla się przed następnym krokiem, przed konieczną głęboką refleksją, czeka tak długo, aż coś się wreszcie wydarzy.

We współczesnej cywilizacji, która nie honoruje rytmu wewnętrznych cykli tę skórę zgubić jest bardzo łatwo. Nasza psychiczna skóra powinna tworzyć się już w dzieciństwie, dzięki pomocy rodziny czy nauczycieli objaśniających świat, pomagających się w nim poruszać i uczących stale stawiać pytania: ‘na czym to polega?’, ‘co kryje się wewnątrz?’, ‘co stanie się jeżeli to zrobię?’, ‘jak to wpłynie na innych?’. Wielu z nas nie może na to liczyć i taką skórę wytwarzamy sobie sami z biegiem życia, jednak nawet jeżeli skóra ukształtuje się prawidłowo w dzieciństwie, to od początku narażona jest na ataki ze strony otoczenia czy to osób z rodziny, czy z instytucji, czy z (pop) kultury. Zgubienie skóry to jeszcze nic straconego, trzeba ocknąć się z letargu i narzucić ją na nowo, inaczej będzie się szło przez życie bez ochrony. Choć można próbować się ustrzec przed ponowną kradzieżą, zaszywając się w skórę, bardzo niewiele kobiet osiągających pełnoletność ma na sobie więcej niż parę skrawków pierwotnej, nienaruszonej skóry. Na czas tańca odkładamy ją na bok. Uczymy się świata, ale skórę tracimy. Potem okazuje się, że bez niej zaczynamy usychać. A ponieważ większość kobiet wychowano tak, by znosiły to ze stoickim spokojem, jak ich matki przed nimi, więc nikt nie zauważa, że następuje powolna śmierć, aż pewnego dnia…

Mężczyzna – myśliwy reprezentuje w baśni ego. Ego jest najłatwiej zauważalnym elementem ludzkiej psychiki, najwcześniej się ujawniającym (na dziecięcym etapie rozwoju zaznacza się tylko nasze “ja”) i niezbędnym do zaznaczenia swojej obecności w świecie. Problem w tym, że ego jest i pozostanie właśnie na etapie rozwoju dziecka. Ma tendencję do zawłaszczania psychiki i zmniejszania wpływu innych jej aspektów na nasze zachowanie, domaga się stanowczo całej uwagi oraz energii człowieka, a to prowadzi do tego, że stajemy się głusi na głos podświadomości oraz Wyższego Ja. Ego jest krótkowzroczne, “leci” na to co szybkie, łatwe, olśniewające i pozwalające mu stać na piedestale. Bez dobrego prowadzenia ze strony dojrzalszych i mądrzejszych osób, przez całe dzieciństwo, młodość, a także często lata dorosłe jesteśmy skazani na dyktat ego nad naszym życiem. Dopiero w późniejszym wieku u części osób (bo z całą pewnością nie u wszystkich) zaczyna świtać, że jest coś więcej, coś głębiej, coś subtelniejszego, co od zawsze próbuje skomunikować się z naszą świadomością i poprowadzić nas poprzez nią przez życie. Mimo całego szacunku dla buddyzmu, nie sądzę, że trzeba się ego całkowicie pozbywać, jest przecież częścią naszej psychiki i nie da się go wyciąć z chirurgiczną precyzją, wszelkie gwałtowne operacje na psychice kończą się fatalnie. Sądzę, że ego należy po prostu zaprowadzić na plac zabaw, gdzie jest jego miejsce i trzymać je z daleka przy podejmowaniu ważnych życiowych decyzji. Można od czasu do czasu pozwolić mu zamanifestować się przy mniej ważnych sprawach, kiedy nie jest to szkodliwe dla nas ani innych ludzi, ale nie wolno mu oddawać władzy nad psychiką ani kontroli nad naszym życiem. Nie wolno oddawać mu naszej psychicznej skóry. Żadne zdrowe zwierzę nie rzuca się samo w kierunku myśliwego. Wyobraźmy sobie ego na stałej, stosunkowo krótkiej smyczy. Nie może przekroczyć pewnej granicy co do wglądu w tajemnice życia i ducha. Zwykle opanowuje je strach. Ma brzydki zwyczaj kwitowania sfery duchowej obojętnym: „To nic, tylko.. .” Potrzebuje faktów dających się obserwować. Świadectwa natury uczuciowej lub mistycznej nie przemawiają do ego. Dlatego jest osamotnione. Jego wewnętrzne struktury są ograniczone, nie może w pełni uczestniczyć w tajemniczych procesach duszy i psychiki. Ale samotny mężczyzna tęskni za duszą, mętnie rozpoznaje dzikość i duchowość, kiedy są w pobliżu.

W baśni myśliwy chce aby dziewczyna-foka zamieszkała z nim. Tak samo ego jest ciekawe duszy, ale chce ją zagarnąć dla własnych potrzeb, nie szanuje jej odrębności i nie próbuje nawiązać z nią prawdziwej relacji. Ego jest wewnętrznie puste, szuka czegoś głębokiego co je wypełni choć na chwilę, a kiedy ta chwila zgaśnie, odrzuci je i poszuka czegoś nowego. Nie ma się co łudzić, ego nie nadaje się do rozwijania relacji opartych na szacunku oraz wierności. Zawsze będzie samotne i zawsze będzie głodne interakcji, aby pożywić się na tym czego samo nie posiada. Pozwolenie na to by ego kierowało naszym zachowaniem jest bardzo niebezpieczne. To z tęsknoty za duszą ego kradnie skórę. „Zostań ze mną”, szepcze. „Uczynię cię szczęśliwą — izolując cię od twojej duszy i cykli powrotu do prawdziwego domu. Uczynię cię bardzo, bardzo szczęśliwą. Proszę, zostań”.

Trzeba przygotować się na to, że ogromna ilość, jeżeli nie większość osób, które spotykamy, egzystuje tylko na poziomie ego.

Dusza może dać się zwieść (i najczęściej tak właśnie robi), ale nie ma szans nie tylko na to, żeby rozkwitnąć, ale także by zachować swój pierwotny kształt. Dziewczyna-foka zaczyna usychać, kiedy zamieszkuje na lądzie. Jej umysł może się podporządkować ograniczeniom, ale ciało nie słucha logiki i słabnie. Ile razy dokładnie tak samo dzieje się tak w naszym życiu? Tkwimy w pracy czy związku, chociaż nasze ciało wyraźnie daje nam do zrozumienia, że nie jest to dla nas dobre? Większość przypadków kobiecych depresji, marazmu i zagubienia wynika z rygorystycznego ograniczania życia duchowego, w którym nie ma miejsca na innowacje, natchnienie, tworzenie. Kobiety posiadają ogromną siłę twórczą dającą potężne impulsy do działania. Nie możemy nie dostrzegać faktu, że w dzisiejszym świecie wciąż zdarzają się „kradzieże” i krępowanie talentów kobiet będące konsekwencją kulturowych sankcji i kar za naturalne, dzikie instynkty. Możemy wyrwać się z tego stanu, jeśli mamy dostęp do podziemnej rzeki lub choćby malutkiego źródełka bijącego ze świata ducha w nasze życie. Ale jeśli oddalona od domu kobieta poddaje się całkowicie, to stanie się jak mgła, jak opar, wreszcie jak cień dawnej, dzikiej jaźni.

Zazwyczaj nie zauważamy całego tego procesu i ignorujemy objawy, aż w końcu choroba jest tak zaawansowana, że uziemia nas i ogranicza nasze codzienne funkcjonowanie. Jesteśmy głusi na głos podświadomości, bo ego każe nam robić coś wbrew sobie aby uzyskać akceptację i poklask otoczenia. Obrazowo pisze o tym dr E przytaczając anegdotę swojego wuja Vilmosa, którą opowiadał gdy rodzice nadmiernie strofowali dzieci. Otóż mężczyzna zlecił krawcowi uszycie garnituru. Gdy był już gotowy i mierzył go, okazało się że marynarka jest nieco nierówna na dole. Jednak krawiec nie przejął się tym zbytnio i poradził aby klient przytrzymał krótszy koniec ręką. Kiedy ten tak postąpił, zauważył, że klapa trochę odstaje. Niezrażony tym krawiec zasugerował, żeby klient przekręcił głową i przytrzymał ją podbródkiem. Mężczyzna tak uczynił, jednak okazało się, że szew w spodniach jest zbyt ciasny i uwiera go w kroku. Na to krawiec odparł, że może przytrzymać je drugą ręką. Klient zapłacił i odszedł. Kiedy kuśtykał do domu trzymając się zaleceń krawca, zobaczyli go dwaj mężczyźni grający w parku w szachy. Jeden z nich westchnął żałując biednego kaleki, a drugi skomentował: Tak, rzeczywiście ledwo idzie, ale gdzie on dostał taki garnitur? Na pewno wszyscy znamy to uczucie, kiedy serce nam pęka, ale na zewnątrz trzymamy fason i uśmiechamy się jak do kamery. Reakcja drugiego staruszka trafnie odzwierciedla powszechną społeczną postawę wobec kobiety, która wypracowała sobie nienaganną personę, ale musi się okaleczać, by ją utrzymać. Owszem, jest kaleka, ale popatrzcie, jak ładnie wygląda, jakaż niej dobra, przykładna, znająca swe miejsce pani. Nawet kiedy usychamy i kulejemy, staramy się funkcjonować normalnie i stwarzać pozory, że trzymamy wszystko w garści, że dajemy sobie radę, że wszystko w porządku. Czy to skóry duszy nam brakuje, czy też skóra narzucona przez kulturę na nas nie pasuje, skazujemy się na kalectwo, udając, że jest inaczej. Ale robiąc to, zawężamy nasze życie i płacimy wysoką cenę.

A ponieważ lekceważymy zagrożenie i zazwyczaj tłumaczymy sobie racjonalnie, dlaczego musimy trwać w chorej sytuacji (“bo mam dzieci”, “bo trzeba jakoś zarabiać”, “bo mam kredyt do spłacenia”), to zazwyczaj wyrywa nas z niej dopiero jakieś nagłe wydarzenie, kiedy już jesteśmy tak wycieńczeni, że nie możemy normalnie egzystować. W baśni to głos starca wołający znad morza.


DUCHOWE DZIECKO I GŁOS ZNAD MORZA

Mimo, że dusza nie czuje się z ego szczęśliwa, z ich związku może narodzić się dziecko – świadomość zdolne jako psychopompos do pośredniczenia między jednym a drugim, bo samo jest częścią obojga. To dziecko jest w stanie usłyszeć wewnętrzny głos psychiki wzywający do powrotu do domu i życia w rytmie cykli, zwraca w ten sposób duszy jej skórę. To właśnie dziecko zrywające się ze snu, wychodzące w ciemną wietrzną noc nad wzburzone morze sprawia, że czujemy pewność: „Bóg mi świadkiem, pójdę tą drogą”, „Wytrwam”, „Nie dam się odwieść”, „Znajdę sposób, by iść dalej”. To właśnie dziecko przynosi matce jej foczą skórę, skórę duszy. To dziecko umożliwia matce powrót do domu. Dziecko to siłą duchowa, która pobudza nas do kontynuowania ważnej pracy, odpierania przeciwności, dokonywania zmian w życiu, ulepszania społeczeństwa, włączania się w działalność na rzecz równowagi w świecie… dzięki powrotom do domu. Jeśli chcemy mieć udział w tych rzeczach, to wpierw muszą nastąpić trudne zaślubiny ego z duszą, a duchowe dziecko musi zostać powołane do życia. Najdonioślejszym celem jest naprawienie błędów i powrót do domu.

To dziecko jest w stanie sforsować tamy i mury stawiane w naszej psychice od niepamiętnych czasów, może pomóc nam się otworzyć nawet jeżeli sądziliśmy, że jesteśmy na zawsze zamknięci. W naszym życiu może wiele się dziać, możemy czuć się przytłoczeni i oniemiali, ale tak długo jak to dziecko jest w stanie usłyszeć głos dobiegający znad morza – naszej podświadomości, tak jesteśmy bezpieczni i nie pozwolimy świadomości zasnąć na dobre. Dziecko nie tylko słyszy głos, ale odpowiada na to wołanie, wychodzi z domu i znajduje skórę matki, bo reprezentuje pierwotny stan, niezmieniony jeszcze przez kulturę. Nie boi się śniegu, lodu i zimna, nie jest jeszcze świadome ryzyka – gdyby było świadome, nie wyszłoby z domu. Często niepokojowi kobiety towarzyszy rozdrażnienie i poczucie, że wszystko albo ją przytłacza, albo jest niedosięgłe. Czuje się zagubiona — mniej lub bardziej — bo za długo była oddzielona od domu. To dobrze, że ma takie odczucia. One komunikują: „Przyjdź natychmiast”. Uczucie rozdarcia pojawia się, kiedy — świadomie lub nie — dobiega nas głos wzywający do powrotu i nie możemy mu odmówić, nie narażając się na krzywdy.

Dziecko wędruje nocą, co oznacza odwagę wkroczenia w nieznane. Potrafi poruszać się w ciemnościach, jego wewnętrzny wzrok odziedziczony po podświadomości wskazuje drogę. Aby zobaczyć światło, trzeba przebrnąć przez ciemną noc duszy. Wszystkie te motywy związane z poruszaniem się w ciemności zawierają odwieczne przesłanie brzmiące: „Nie bójcie się niewiedzy”. W różnych fazach życia jest ona naturalna. Baśnie i mity dodają odwagi, by iść za wołaniem, nawet jeśli nie ma się pojęcia dokąd, w jakim kierunku ani na jak długo. Wiemy tylko, że tak jak dziecko w baśni musimy zerwać się z posłania, wstać i pójść. I nawet jeśli przez jakiś czas brniemy po omacku, starając się dowiedzieć, co nas wzywa, to sam fakt, że mimo wszystko wychodzimy, niechybnie zaprowadzi nas do foczej skóry. A kiedy zaczynamy oddychać jej wonią, automatycznie czujemy: „To właśnie to. Teraz wiem, czego potrzebuję”.

Do domu idzie się w samotności i to jest kolejna blokada, bo po wiekach egzystowania we wspólnotach mamy wdrukowane w umysłach przekonanie, że bez innych ludzi, rodziny/partnera/dzieci/przyjaciół nic nie znaczymy. Większość tradycyjnych form spędzania wolnego czasu jest nastawiona na kolektywność. Kiedy zostajemy sami, często w pierwszej chwili dopada nas strach, ale kiedy pokonamy tę przeszkodę okazuje się, że samotne spędzanie czasu wcale nie jest takie złe. Ba, okazuje się być bardzo wzbogacające. Samotność nie wiąże się z brakiem energii i działania, jak siej niektórym zdaje. Jest raczej darem i błogosławieństwem, jakim obdarza dzika dusza. W czasach starożytnych, jak przekazują znachorzy, mistycy i ludzie głęboko religijni, dobrowolna izolacja od świata miała działać zarówno kojąco, jak i zapobiegawczo. Zalecano ją, by leczyć znużenie,: unikać zmęczenia. Sprzyjała też przepowiadaniu przyszłości, dawała; możność wsłuchania się w wewnętrzny głos, który miał udzielić odpowiedzi na trudne pytania, głos niedosłyszalny w zgiełku dnia.


Najtrudniej jest wyruszyć. Dziewczyna-foka zwleka choć już nie tylko serce, ale i ciało dają jej wyraźne sygnały, że czas najwyższy opuścić stały ląd i powrócić na morze. Ziemia jako żywioł zawsze była symbolem stabilności, stateczności i solidności, ale także uporu, zatwardziałości i konserwatyzmu. Każdy kto pracował w polu albo w ogrodzie wie, ile trzeba wysiłku, żeby ją poruszyć. Ziemia jest dobra jeżeli chcemy osiąść i budować, ale potrafi być przez tą stabilność zwodnicza. Uspokaja tak, że nie widzimy, gdzie czają się zagrożenia. Wpadamy w powtarzalność i rutynę. Sądzimy, że jeżeli będziemy sobie spokojnie mieszkać w swoim domu to nic złego nam się nie przydarzy. I właśnie to nas usypia, bo chociaż morze potrafi być groźne, to rutyna na dłuższą metę jest o wiele bardziej szkodliwa. Nie wierzycie? Zapytajcie tych, którzy wpadli w depresję. Kiedy nie masz czym żywić duszy, ona przestaje żywić ciebie. Dzieje się to powoli, tak że nawet się tego nie zauważa, tłumaczy się sobie, że to tylko zły humor, że to samo przejdzie, że jest to spowodowane przez x albo y i na pewno minie jak już załatwię x czy y…ale wcale nie mija. Nagle zaczyna się tracić apetyt, chudnąć, miewać zmienne nastroje, po jakimś czasie nie da się już skoncentrować ani kończyć rozpoczętych spraw, aż w końcu nie da się już nawet rano zwlec z łóżka. Brzmi znajomo dla wielu z was? Dlatego nie ma wyjścia, cokolwiek by się miało nie dziać, trzeba wyczuć moment gdy koniecznie trzeba już wracać do morza. Kiedy kobieta zbyt długo jest z dala od domu, traci stopniowo umiejętność czynienia postępów w życiu. Zamiast ciągnąć zaprzęg, który sama wybrała, wlecze go ze spuszczoną głową. Z wyczerpania mąci jej się w oczach i omija miejsca, gdzie mogłaby znaleźć pomoc i pociechę. „Martwy pomiot” to pozbawione życia, wypijające energię ideały, obowiązki, zadania i wymagania, w których ponosi porażkę. Taka kobieta staje się wyblakła i nieciekawa, za to gderliwa i uparta, coraz bardziej kłótliwa i rozbita. Jej lont nie pali się długo. Potoczny język nazywa to „wypaleniem”, ale to coś gorszego, to hambre del alma — głód duszy. Wówczas kobieta chwyta się ostatniej deski ratunku. W końcu dociera do niej, że musi — nie „być może”, nie „dobrze by było”, ale musi — powrócić do domu.

Nie liczcie na to, że otoczenie wam to ułatwi. Zawsze znajdą się ludzie wypaleni i puści od środka tak jak myśliwy, który łamiąc obietnicę, nie zwraca kobiecie skóry. Zawsze znajdą się ludzie, którzy często pod przykrywką rady i opieki, będą dawać ci dokładne wytyczne jacy powinniście być i co powinniście robić. Zawsze znajdą się tacy, którzy pod pozorem pragmatyzmu będą cię zniechęcać do nowych przedsięwzięć. Pytanie tylko co z tym zrobisz? Jak się zachowasz? Będziesz dalej usychać czy odważysz się powrócić do domu? Wybór należy do ciebie, ale powiem jedno: jeżeli pozostaniesz i będziesz nadal usychać to za jakiś czas, gdy w twoim otoczeniu pojawi się dziewczyna-foka w podobnej sytuacji, to ty będziesz jedną z tych powstrzymujących ją przed ruszeniem w morze. Zbyt wiele takich zmęczonych, wypalonych, nieciekawych, gderliwych i upartych kobiet miałam nieszczęście spotkać w życiu, aby ci tego nie powiedzieć. Która kobieta nie zna na pamięć tych nigdy nie dotrzymanych obietnic? „Jak tylko skończę to czy tamto, pójdę… Jak tylko uda mi się wyrwać od… Pójdę, jak tylko przyjdzie wiosna… Pójdę, niech tylko minie lato. Gdy dzieci pójdą do szkoły… późną jesienią, kiedy drzewa są takie piękne, wtedy już pójdę. Nie, w zimie nie ma co zaczynać. Poczekam na wiosnę… tym razem na pewno”. Powrót do domu jest szczególnie ważny i naglący jeżeli, uwikłane w codzienne sprawy, przegapimy właściwy moment. Tylko kiedy przychodzi ten właściwy moment? Dla każdej kobiety w innym czasie, dość powiedzieć, że kobieta z absolutną pewnością wie, kiedy już za długo zostaje w świecie. Wie, kiedy zaczyna się spóźniać. Jej ciało jest tu i teraz, ale umysł błądzi daleko.

Zwlekanie jest powszechnie występującym mechanizmem psychicznym, który skutecznie blokuje nas przed rozwojem. Bardzo często mówimy sobie że zrobimy to i tamto, nawet dokładnie wyznaczamy sobie datę, po czym nic się nie dzieje i zaczynamy od początku te ‘obiecanki – cacanki’. Innym czynnikiem blokującym jest przekonanie, że jest się niezastąpionym i że bez naszej pomocy na pewno nikt sobie nie poradzi. Niektórzy lekceważą to przeświadczenie jako w gruncie rzeczy nieszkodliwe, ale ja mówię wprost: jest wyjątkowo szkodliwe. Tak, nawet jeżeli chodzi o twoje dzieci. Po pierwsze: stale się o nie troszcząc, nie pozwalasz się im rozwijać. Dziecko uczy się z dnia na dzień i chce samodzielnie wypróbowywać te umiejętności, trzeba na to pozwalać adekwatnie do wieku, tylko niemowlę nic samo nie zrobi, im dziecko starsze tym więcej potrafi. Uszanuj to. Nie rodzisz dzieci dla siebie, tylko dla świata. Po drugie: ignorując swoje potrzeby pokazujesz dzieciom, że to normalne. Twoje dzieci będą robić to samo, kiedy dorosną. Na pewno tego chcesz? Po trzecie: to przekonanie o byciu niezastąpionym pochodzi od twojego ego i uaktywnia się, jeżeli nie masz innych płaszczyzn, na których możesz się realizować. O ile nie czujesz się silny/-a od wewnątrz i spełniony/-a również w jakiejś innej dziedzinie to łatwo dasz wiarę temu co mówi ego, bo w czymś w końcu musisz czuć się pewnie i dobrze. Gorzej dla osób w twoim otoczeniu, bo chociaż kryje się to pod przykrywką opieki to jednak skutecznie wykoślawia ich psychikę, rozleniwia, zniechęca do poszukiwania i do wiary we własne siły. Jeżeli zwlekasz to być może również dlatego, że sądzisz, że nie będziesz zrozumiany/-a. Ale czy teraz jesteś? Czy jesteś rozumiany/-a, szanowany/-a, akceptowany/-a i otaczany/-a życzliwością? Przeszkadzać może również nieustanne pragnienie bycia przydatnym/-ą i robienia wielu pożytecznych rzeczy. Samo w sobie bycie pożytecznym nie jest złe, jednak trzeba wiedzieć kiedy wyznaczyć temu granicę, co nie jest łatwe, bo w większości kultur kobieta jest traktowana jako naturalna opiekunka ogniska domowego, dzieci i starszych. Jeżeli nie ustanowimy dobrego hasła zabezpieczającego, to do naszego psychicznego konta będą stale włamywali się hakerzy i wykradali nasze zasoby. Nie trzeba na każdym kroku udowadniać, że jesteśmy przydatni. Mamy prawo do własnych potrzeb. Trzeba podkreślić, że powrót do domu może dla każdej kobiety oznaczać co innego. Mój przyjaciel, rumuński malarz, dobrze wiedział, że dla jego babci powrót do domu oznaczał posiedzieć na drewnianym krześle na końcu ogrodu i patrzeć w słońce szeroko otwartymi oczami. „To dobrze robi moim oczom”, mawiała. Wszyscy wiedzieli, że nie wolno jej wtedy przeszkadzać, a jeśli nie wiedzieli, to szybko się dowiadywali. Zauważmy też, że powrót do domu wcale nie wiąże się z wydawaniem pieniędzy. Trzeba natomiast zainwestować swój czas. Trzeba aktu woli, by powiedzieć nieodwołalnie: „Idę”. Jak radzi moja przyjaciółka Jane, można zawołać przez ramię: „Nie ma mnie dla nikogo, ale niedługo wrócę”, nie przerywając marszu.

Wprawdzie są krótkie chwile — na przykład różnego rodzaju doświadczenia duchowe — kiedy archetypy emanują z nas wielkim blaskiem, jednak żadna kobieta nie może nieprzerwanie utożsamiać się z archetypem. Tylko archetyp sam w sobie może być zawsze gotowy, wszechobdarzający, wiecznie dynamiczny, energiczny, wszechpotężny. Można gorliwie próbować go naśladować, ale należy pamiętać, że to ideał nieosiągalny dla śmiertelników i wcale nie trzeba mu dorównać. Pułapka polega na tym, że od kobiety wymaga się, by do ostatnich sił starała się wzbić na te nierealne wyżyny. By tego uniknąć, trzeba się nauczyć mówić: „Dość”, i to stanowczo.

ZANURZENIE

Nasz psychiczny dom oznacza coś innego dla każdego z nas, to czynność, w trakcie której czujemy się naturalnie. Rozpoznajemy łatwo co nią jest, przy niej zatrzymują się na dłużej nasze uczucia, a umysł nie odrywa myślami o tym, że to czy tamto jest ważniejsze. Dom to nie miejsce, tylko stan umysłu i duszy. Ile czasu w nim spędzać? Tyle ile potrzebujesz, żeby choć częściowo się zregenerować. Jak często tam zaglądać? Najlepiej regularnie, zwłaszcza jeżeli jesteś osobą szczególnie wrażliwą lub prowadzisz bardzo aktywne życie. Tak jak mówi przysłowie: Jak długo medytować? Jeżeli masz czas to przez dwadzieścia minut, a jeżeli nie masz czasu to przez godzinę wink3.

Oczywiście, wielu czytając te słowa kręci głowami i mówi, że nie, że ma obowiązki, że nie ma czasu. Otóż przykro mi to mówić, moi drodzy, ale są to myśli z kategorii tischnerowskiej “gówno prawdy”. Rzeczywistość jest taka, że jeżeli będziecie chcieli, to wygospodarujecie ten czas. Z moich obserwacji wynika, że matki małych dzieci są wyjątkowo dobrze zorganizowane. Technicznie to nie jest aż taki problem dopisać “chwila dla mnie” do listy rzeczy do zrobienia, problem tkwi w głowie. Bo prawda jest taka, że wiele z was nie myśli o tym jako o rzeczy koniecznej takiej jak ugotowanie obiadu czy zrobienie prania. I to jest bardzo smutne… Niezależnie od tego, czy w domu spędza się godzinę czy kilka dni, dobrze jest pamiętać, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby w tym czasie ktoś inny zaopiekował się kotem, choćby sam kot twierdził, że tylko właścicielka umie go głaskać. Pies zechce wzbudzić litość, zachowując się jak porzucony szczeniak, ale w końcu przebaczy. Trawnik spłowieje, ale niedługo odżyje. Tęsknota za dzieckiem wzmocni radość powitania po powrocie. Mąż będzie zrzędził, ale nastąpi pogodzenie. Szef zacznie rzucać pogróżki, ale da się ugłaskać. Zwlekanie z powrotem jest szaleństwem. Powrót do domu przynosi psychiczne zdrowie.


Co jeszcze dzieje się jeżeli zwlekamy? Nierozładowywany gniew narasta i wybucha często pod byle pretextem. Jeżeli nie powracamy do psychicznego domu, to kiedy nie możemy już wytrzymać, wpadamy w ślepą furię i stawiamy wszystko na ostrzu noża. Tymczasem walkę powinniśmy toczyć nie z wrogiem na zewnątrz, a tym wewnątrz nas, który sprawia, że stopniowo, dzień po dniu, rezygnujemy, poddajemy się, dopasowujemy zamiast od początku jasno i wyraźnie manifestować to, czego potrzebujemy. To wyjątkowo podstępny wróg, kryjący się często pod płaszczykiem “zdrowego rozsądku” czy “logiki”* i wspierany przez kulturę, religię, często przełożonych, starsze panie w rodzinie oraz pseudoprzyjaciółki, trzeba go tropić i unieszkodliwiać za każdym razem, gdy atakuje. Tym, którzy protestują, możesz wytłumaczyć, że kiedy wrócisz będziesz wypoczęta i silniejsza, jest duża szansa, że to zrozumieją i zaakceptują. Jeżeli mimo twoich tłumaczeń, nie potrafią się na to zgodzić, to zastanów się głębiej jak ta relacja wygląda i na czym się opiera. Być może stoisz wobec wyboru: albo porzucę daną osobę/ pracę, albo porzucę siebie. Mnóstwo jest takich wehikułów, dzięki którym kobieta dociera do domu: muzyka, sztuka, las, spienione fale oceanu, wschody słońca, samotność. Wiodą one do domu, do odżywczego wewnętrznego świata, który rządzi się własnym ładem, własnymi ideami, własnym bogactwem (…) Niektóre kobiety nigdy nie udają się do domu, zamiast niego wybierając życie a la zona zombi — w strefie zombi, w martwej strefie. Najokrutniejszy w tej martwej egzystencji jest fakt, że kobieta funkcjonuje, chodzi, mówi, działa, nawet osiąga wiele rzeczy, ale już nie potrafi odczuć negatywnych skutków tego, co się z nią stało — gdyby mogła, nieznośny ból kazałby jej natychmiast coś zmienić. Niestety, kobieta w takim stanie ducha, utykając, brnie dalej z wyciągniętymi ramionami, broni się przed bolesną tęsknotą za domem; jest ślepa i, jak mówią na Bahamach, sparat, co znaczy, że dusza ją opuściła i cokolwiek teraz zrobi, czuje się jakby nierzeczywista. Doznaje dziwacznego poczucia, że choć wiele zdziałała, nie dało jej to żadnej satysfakcji. Robi to, czego, jak sądzi, zawsze pragnęła, ale skarb w jej rękach niewytłumaczalnie obraca się w popioły. Dobrze, jeśli kobieta ma tego świadomość. Niezadowolenie to sekretne drzwi do wielkiej życiowej przemiany.

ODDYCHANIE POD WODA I WYNURZENIE

Dziecko pośredniczące między świadomością i nieświadomością, między sferą wyobrażeń a światem realnym pozwala na to by swobodnie poruszać się między tym co jest naszym domem a obowiązkami dnia codziennego. W baśni matka wcale nie porzuca syna, tylko na jakiś czas zabiera go pod wodę i przedstawia swojej foczej rodzinie. Mimo że ma pozostać na lądzie, to jednak potrafi poruszać się także w wodzie i komunikować się z istotami w niej żyjącymi. To odzwierciedla przepływ energii między świadomością a nieświadomością: nasze marzenia i plany z planu abstrakcyjnego są wcielane w realnym wymiarze, a wydarzenia ze świata realnego bezpośrednio wpływają na sferę nieświadomości przejawiając się jako sny i wizje. Nie możemy pozostać na zawsze w sferze marzeń skoro żyjemy w świecie materialnym. W baśni matka pozostaje w morzu, jednak utrzymuje kontakt ze swoim dzieckiem, pozostawia mu narzędzia, które sprawią, że będzie o niej pamiętał (symbolicznie krzesiwo przedstawia gotowość do tworzenia, zaczynania, “rozpalania ognia”, a nóż pomaga poruszać się w rzeczywistości, funkcjonować w niej i “operować”). Dlatego syn nie pozostaje w odmętach morskich, spokojnie wraca na ląd wiedząc, że zachowa kontakt z matką. Komunikuje się z nią regularnie, kiedy ta podpływa do lądu. Gdy powracamy do zgiełku tego świata, zwłaszcza jeśli podczas podróży do domu byłyśmy w jakiś sposób odseparowane, ludzie, maszyny i inne przedmioty wydają się jakieś obce, niesamowite, nawet zwykłe rozmowy otaczających nas ludzi brzmią jakoś niedorzecznie. Ta faza powrotu, powtórne wejście w świat, jest najzupełniej naturalna. Uczucie „bycia z innego świata” mija po kilku godzinach lub kilku dniach. Potem spędzimy dłuższy okres w ziemskiej codzienności, napędzane energią zebraną podczas podróży do domu, wciąż wprawiając się w kontaktach z duszą przez oddawanie się samotności.

Jeżeli zacznie się praktykować, to prędzej czy później nauczy się powracać do domu nawet w obecności innych osób. Na pewno każdy z nas zna te momenty kiedy “wyłączamy” lub “zawieszamy się” będąc w pracy, na zajęciach czy towarzystwie. To normalna reakcja mózgu, kiedy od intensywnego myślenia “przegrzewają się obwody” i umysł zwalnia. To samo można zrobić świadomie, kiedy akurat siedzi się na nudnym zebraniu (ach te rady pedagogiczne… wink3 ) czy czekając w kolejce do kasy. Jak jednak zawezwać duszę? Sposobów jest wiele: medytacja, wszystkie czynności mające własny rytm, jak bieganie, bębnienie, śpiewanie, pisanie, malowanie, muzykowanie, piękne widoki, modlitwa, kontemplacja, obrzędy i rytuały, znieruchomienie, wywoływanie nastrojów i myśli. Wszystko to są psychiczne wezwania, sprowadzające duszę do jej siedziby. Jestem zwolenniczką metod nie wymagających ani specjalnych rekwizytów, ani żadnego specjalnego miejsca — takich, które dostępne są w każdej chwili. Oznacza to posługiwanie się tylko umysłem. Każda zna przynajmniej jeden stan umysłu, który sprzyja temu rodzajowi samotności. Dla mnie samotność jest jak składany las, który noszę ze sobą wszędzie; rozkładam go wokół siebie, kiedy mam taką potrzebę. Siadam u stóp wielkich starych drzew dzieciństwa. Z tej dogodnej pozycji zadaję pytania, otrzymuję odpowiedzi, potem zwijam leśne ostępy do rozmiarów listka — do następnego razu. To doświadczenie bezpośrednie, krótkie i bardzo pouczające. Jedyną rzeczą, jakiej człowiek istotnie potrzebuje, by znaleźć się w dobrowolnym odosobnieniu, jest zdolność wyeliminowania wszystkiego, co przeszkadza i rozprasza. Kobieta może się nauczyć „wyłączać” na innych ludzi, dźwięki, rozmowy, bez względu na to, czy jest zaangażowana w spór na zebraniu rady, czy dręczy się bałaganem w domu, czy otacza ją tłum rozgadanych krewnych po trzydniowym balu. Jeśli byłaś nastolatką, to z pewnością wiesz, jak się odseparować i wyłączyć. Jeśli byłaś matką źle sypiającego dwulatka, to wiesz, jak zdobyć dla siebie trochę samotności. Nie jest trudno tego dokonać, trudno tylko o tym na co dzień pamiętać.

Oczywiście, może być to niemile widziane, szczególnie w miejscach publicznych, bo kultura w jakiej żyjemy, nie lubi kiedy obcujemy z duszą. Ale jedynym komentarzem, jaki na to mam to słowa Friedriecha Nietzschego: Nie znoszę, kiedy ktoś kradnie moją samotność, nie oferując w zamian prawdziwego towarzystwa (“I hate who steals my solitude without really offering true company”). Nie oferujesz mi nic oprócz swojego ego? Nie dajesz niczego, co wzbogaci moją duszę? To nie kradnij mojego czasu. Stanowczo zbyt bardzo przyzwyczailiśmy się do rzeczywistości, która karmi ego, a nie duszę i traktujemy ją jako normalną sytuację. To tak jakbyśmy na stałe zaczęli żywić się w barach z fast foodem, nasze zdrowie mentalne i emocjonalne bardzo cierpi na takiej diecie. Dbamy o to jak wyglądać na zewnątrz, a nasze wnętrze płacze z zaniedbania. O ile są pewne miejsca, gdzie nie wejdzie się bez odpowiedniego ubrania, to nie mamy wyrobionych mechanizmów, które izolują od nas osoby nie posiadające wystarczająco atrakcyjnego charakteru. Najwyższy czas je sobie wyrobić. Przypomina mi się akcja: “Nie czytasz książek? Nie idę z tobą do łóżka” laughing1 . Może zmodyfikujmy ją na: “Nie masz ciekawej osobowości ani bujnej wyobraźni? Nie poświęcę ci więcej czasu niż to absolutnie konieczne.” A nuż do kogoś dotrze, że na dłuższą metę liczy się właśnie piękny charakter, a nie piękna otoczka. Mądrość nigdy nie była w cenie, a bogate wnętrze zawsze skazywało na izolację, tak jak gorszy pieniądz wypiera lepszy. A być może to jest właśnie moment na to aby to zmienić? Cytując Junga: Byłoby znacznie lepiej, gdybyśmy umieli po prostu się przyznać do naszego duchowego ubóstwa. A jeszcze lepiej byłoby gdyby po przyznaniu się, umieli zacząć pracować nad sobą i budować bogactwo.

Zwróćcie uwagę na zakończenie baśni – wielu myśliwych próbowało znaleźć i zabić fokę, jednak bezskutecznie.


Powrót do psychicznego domu nie wymaga zamożności, pozycji społecznej, wykształcenia ani fizycznej mobilności. Naturalne cykle może rozbudzić nawet pojedyncze źdźbło trawy, nawet mały kawałek nieba, nawet jeden zabłąkany chwast między płytkami chodnika. Wszystkie możemy wypłynąć na morze. Wszystkie możemy pojednać się z foką na skale. Każdej kobiecie należy się to pojednanie: matkom z kilkorgiem dzieci, kobietom zakochanym, samotnym, pracującym, kobietom w depresji, kobietom sukcesu, kobietom zamkniętym w sobie, otwartym na świat, obciążonym poważnymi obowiązkami.


TO NIE JEST KRAJ PRZYJAZNY DUSZY


Jeżeli czytasz te słowa, to albo żyjesz albo wychowałeś/-aś się w tym samym polskim kręgu językowym i kulturowym co ja. Dlatego parafrazując tytuł powieści Cormaca McCarthy’ego To Nie Jest Kraj Dla Starych Ludzi, chcę powiedzieć o tym do czego dotarłam po latach obserwacji: jeżeli masz duszę, która mocno przebija się przez warstwy ego, to będziesz w tym kraju mniej lub bardziej cierpieć.

Skąd wysnuwam taki wniosek? Wystarczy spojrzeć na mentalność osób urodzonych w Polsce i powiązać ją z historią. Wieloletnie zabory, dwie wojny światowe, dwa totalitaryzmy…to nie mogło nie odcisnąć piętna na zbiorowej mentalności. Jak była już o tym mowa także na tym blogu, sam pojedynczy traumatyczny wypadek ma ogromny wpływ na psychikę, a co dopiero lata przemocy i opresji. Polacy jako naród mają psychikę ofiary. Cierpią na zbiorowe, nieodreagowane PTSD i nieświadomie przekazują swoje lęki z pokolenia na pokolenie. Przykład z własnego życia: jako dziecko byłam tzw. „niejadkiem” co oznacza, że po prostu jadłam ile chciałam, a nie tyle ile ładowały mi na talerz matka czy babcia. Pamiętam, że byłam akurat „na przechowaniu” u dziadków i zjadłam połowę zupy, a reszty już nie chciałam. Babcia wszelkimi szantażami emocjonalnymi namawiała mnie do zjedzenia reszty, a dziadek opowiadał jak to w czasie wojny nie miał co jeść, kiedy był więźniem na robotach przymusowych. I to wszystko działo się w latach osiemdziesiątych, czterdzieści (!) lat po wojnie moi dziadkowie nadal funkcjonowali według psychicznych wzorców, których nabrali za młodu, a te wzorce nastawione były na przeżycie, nie na wzrastanie. Nie ma się co dziwić, że na co dzień tak bardzo dołują nas beznadzieja i bylejakość, szczególnie jeżeli ma się cechy, które jak pisze dr E cechują Dziką Istotę: spontaniczność, kreatywność, niezależność, intuicję, wyczucie czasu… Ponieważ spontaniczna, twórcza i ciekawa świata dusza jest w tych realiach bardzo źle traktowana to chowa się do wewnątrz jak ślimak czy żółw, wycofuje się do swojego własnego, bezpiecznego świata, gdzie nie będzie narażona na agresję, niechęć oraz brak szacunku i akceptacji.

Nie lubię robić wycieczek w kierunku socjologii, bo jest nastawiona na społeczeństwo, a mnie interesuje jednostka, ale nóż mi się w kieszeni otwiera, kiedy słyszę, że dwudziestolatkowie są niby „straconym pokoleniem”. No błagam! Mają całe życie przed sobą, jeszcze wszystko może im się świetnie poukładać i wszystkiego mogą się nauczyć (szczególnie jeżeli starsi zejdą trochę z piedestału ego i zaczną traktować ich z szacunkiem, przekazując wiedzę, a nie zestaw gotowych rad na życie). Od dziesięciu lat mam kontakt z młodymi ludźmi jako nauczycielka więc trochę zdążyłam ich zaobserwować. Oni nie są przegrani, oni są najwyżej zagubieni, onieśmieleni i niedokształceni, ale to wszystko da się jeszcze wyprostować. Im się jeszcze chce, oni nadal poszukują. Jeżeli miałabym rzeczywiście koniecznie znajdować jakieś stracone pokolenie (chociaż, tak jak już mówiłam, wolę myśleć w kategoriach jednostki niż zbiorowości) to wskazałabym na to wojenne. Nasze babcie i dziadkowie zastygli w swojej mentalności i frustrują się, że świat nie chce być nadal taki jaki był za czasów ich młodości. Nie znoszę także zwalania wszystkiego na patriarchat, ale w tym kraju rzeczywiście pokutuje przekonanie, że pewne rzeczy należą się z racji starszeństwa i to również przyczynia się do tego, że jest to kraj nieprzyjazny duszy oraz Dzikim Istotom. Dzikie Istoty bowiem z natury są młode niezależnie od fizycznego wieku i nie podlegają sztywnym, patriarchalnym strukturom. Nie mówię tego, żeby kogoś zranić czy umniejszać czyjś wkład w życie, ja po prostu mówię o swoich obserwacjach i nie wymagam, żeby wszyscy się ze mną zgadzali**.

Co więcej, sądzę, że jest to cecha całego rejonu środkowo- i wschodnioeuropejskiego. Żyjemy podwójnym życiem, inni pokazujemy się na zewnątrz, a inni jesteśmy sami z sobą. Uciekamy wewnątrz siebie, jak to się kiedyś mówiło udajemy się na wewnętrzną emigrację, bo mentalności dookoła nas nie jesteśmy w stanie zmienić. To ciekawe jak często w baśniach rosyjskich (takich jak Królewna w Żabę Przemieniona czy Piórko Finista Jasnego Cud Sokoła), człowiek zamienia się w zwierzę, a zwierzęta pomagają ludziom. To piękne, fantastyczne opowieści o poszukiwaniu, niepoddawaniu się, stawianiu czoła własnym lękom i ograniczeniom (Baba Jaga i Kościej! grin100), które warto czytać dzieciom zamiast pozwalać im oglądać kolejną disnejowską szmirę.

Ale gdybym ja miała dać jakąś radę duszy, która miała nieszczęście urodzić się w tym kraju, to osobiście polecam baśń szwedzką Córka Słońca i Księżyca, od której zapożyczyłam kiedyś tytuł do własnej opowieści. Dziewczyna schodzi z niebios na ziemię i za każdym razem Słońce oraz Księżyc wzywają ją do powrotu, jednak za którymś razem zostaje ona na Ziemi z miłości do mężczyzny. Często zdarza się tak, że rezygnujemy z czegoś zawierając związek małżeński, prawda? Wprawdzie życie dziewczyny dobrze się układa, jest szczęśliwa i ma dzieci z mężem, ale za cenę milczenia o tym, kim naprawdę jest. W pewnym momencie nie może już dłużej tego wytrzymać (prawda wychodzi na jaw, gdy zabiera z rabatki roślinę…dziewczyna przeżywająca transformację zrywając kwiat…stary jak świat motyw, prawda? wink3) i powraca wraz z dziećmi do domu jako gwiazdy.

Jak ja interpretuję tę baśń? Jeżeli urodziłeś/-aś się na tym świecie, a czujesz, że nie jesteś z niego, to nie wpadaj we frustrację, nie daj się przekonać, że to z Tobą jest coś nie tak i nie próbuj niewolniczo naśladować tych, mają pełno pomysłów na Twoje życie. Gdyby ktoś mnie zapytał o radę (i tylko wtedy), powiedziałabym, żeby robić to co dziewczyna z baśni: schodzić na dół, wykonywać to co jest potrzebne do przeżycia, ale nie przykładać do tego wagi, większej niż na to zasługuje. Jeżeli przerastasz otoczenie, to nie kul się w sobie i nie próbuj zniżać do otaczającego Cię poziomu w nadziei na akceptację. Ludzie z twojego otoczenia i tak wyczują, że nie jesteś „swój/swoja” i nie obdarzą Cię miłością czy akceptacją. Próbując się dostosować, będziesz krok po kroku porzucać samego/samą siebie. Taka transakcja się nie opłaca. Nie rzucaj pereł przed wieprze. Ostatecznie dziewczyna i tak wraca tam skąd pochodzi, bo ciągnie ją do domu…

I wraz z tym odcinkiem kończę w zasadzie to, o czym jest mowa w Biegnącej z Wilkami na temat duszy. Teraz czas na ciało.

*Logika i zdrowy rozsądek są bardzo niesłusznie brane za wymówki przy podejmowaniu decyzji. Logika i rozumowanie to chłodne ocenianie sytuacji i wyciąganie wniosków z istniejących faktów, I TYLKO TYLE! Na podstawie obserwacji i wyciągniętych wniosków podejmuje się następnie działanie, ale logika nie decyduje wcale, jakie konkretnie to ma być działanie. Można jak najbardziej oszacować koszty, jakie poniesie się podejmując taką, a nie inną decyzję, ale to nie znaczy, że nie należy jej podejmować. Jeżeli boisz się podjąć decyzję i tłumaczysz brak działania logiką, to nie oszukuj się: nie postępujesz zgodnie z logiką, tylko jesteś tchórzem. Nie mieszaj tego i nie obrażaj logiki oraz rozumowania.

** Polecam również to, co Małgorzata Kalinowska pisze na temat relacji psychiki z historią: http://psychoterapiajung.pl/poszukujac-polaczenia-z-wygnana-przeszloscia/#sthash.ywI6YKn9.lfFv9ZDr.dpbs

4 responses to “Odcinek 15: Skóra Foki. O powrocie duszy do domu

  1. Świetna analiza. Czytając fragment pod nagłówkiem “To nie jest kraj przyjazny duszy” nie mogłam przestać potakująco kiwać głową! Spędziłam dzieciństwo w tym samym kręgu kulturowym co Ty i nigdy nie zdołałam się w nim zadomowić.

    • Dziękuję JY, myślę że lepiej się nie zadamawiać, to toxyczne miejsce🙂 Ja na razie znajduję się na emigracji wewnętrznej, jednak cały czas mam nadzieję, że oddalę się stąd również fizycznie. I thx za komentarz, jak zwykle jesteś niezastąpiona.

  2. Pingback: Kreatywny Plan Na Sierpień | Lawendowe Pola

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s